Wiedźma naczelna. Kroniki belorskie. Tom 3 - Olga Gromyko - ebook

Wiedźma naczelna. Kroniki belorskie. Tom 3 ebook

Olga Gromyko

4,5

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Uwielbiana przez czytelników Wolha Redna powraca w trzecim tomie bestsellerowych Kronik Belorskich autorstwa Olgi Gromyko - znanej w Polsce m.in. dzięki znakomitej trylogii Rok Szczura.


„Zawód: wiedźma” i „Wiedźma opiekunka” to za mało? Przygotujcie się, bo „Wiedźma naczelna” dostarcza jeszcze większej dawki emocji, magii i humoru spod znaku Kronik Belorskich!

Będzie śmiesznie, będzie niebezpiecznie, będzie upiornie i emocjonująco. Życie najbardziej W.Rednej wiedźmy na świecie przejdzie prawdziwą rewolucję, a ona sama znów będzie przygniatać sarkazmem, imponować odwagą i rozczulać urokiem osobistym.

Ale czy uda jej się uniknąć spalenia na stosie?

Albo stanięcia na ślubnym kobiercu?

Powróćcie do świata Belorii, aby przekonać się, czym tym razem zaskoczy Was Olga Gromyko!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 548

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




ROZDZIAŁ 1ŻYWOT ŚWIĘTEGO FENDUŁA

Jaki dajn, taka świątynia.

stare belorskie powiedzenie

 

Wiosną nawet najgęstszego, wypełnionego dzikimi zwierzętami i strzygami lasu nie można nazwać mrocznym i złowieszczym. Posępne skrzypienie omszałych pni tonęło w szczebiotaniu ptaków, a na ziemi rozciągały się całe dywany z kwiatów, nadające starej puszczy wygląd niezwykle radosny, czarowny i tajemniczy. Tylko patrzeć, jak z pobliskiej kupy gałęzi wyskoczy śliczna driada na białym jednorożcu (albo chociaż jedno z tych dwojga) lub dobra wróżka, nadal pod urokiem słonecznej kąpieli i w związku z tym chętna, by bez żadnych opłat uszczęśliwić pierwszą napotkaną osobę, spełniając jej trzy największe życzenia albo przynajmniej jedno, to naj-naj!

Zresztą, od biedy starczy też paskudna wiedźma na czarnej kobyle.

– No tak, Smołko... co my tu mamy?

Kobyłka położyła uszy po sobie i cicho brzęknęła sprzączkami ogłowia. Jej pani była w wyjątkowo złym humorze – nie licząc innych problemów, parę minut temu odpadła jej podeszwa od prawie nowego buta.

Strzemię nieprzyjemnie chłodziło bosą stopę, a ja puściłam wodze i obracałam pechowy kawałek obuwia w ręku. Zastanawiałam się, czy olać sprawę i podkleić go przy użyciu magii, czy może wrócić do wsi i od serca porozmawiać sobie z szewcem-oszustem, miłośnikiem zgniłej dratwy. Mimo że powrotna droga nie była daleka, nie miałam szczególnej ochoty na jej pokonywanie. Pieniędzy również było mi szkoda, a zaklęcie naprawcze wymagało codziennego odnawiania. Ale nic to, zawsze mogłam wpaść do tego partacza później, w drodze powrotnej. Pamiętam, jak z pianą na ustach dowodził, że niby „będzie panna sto lat nosiła!”, więc do końca okresu gwarancyjnego miałam jeszcze daleko.

Ze wstrętem poszeptałam nad butem i naciągnęłam go na nogę. Podeszwa trzymała, a but nawet zrobił się wygodniejszy, przestał cisnąć w palcach. Nieco pokrzepiona na duchu, w końcu raczyłam popatrzeć uważniej dookoła, ale w tym momencie było już trochę za późno na podziwianie budzącej się do życia przyrody – wyjechałam z lasu, a trawa na jego skraju dopiero co zaczęła nieśmiało przezierać się spod suchych zeszłorocznych kępek.

– I oto co mamy – stwierdziłam w zamyśleniu, nie doczekawszy się odpowiedzi od kobyły.

W odległości około pięciu sążni od skraju lasu ktoś przybił wprost do pnia rosnącej samotnie brzózki popękany drogowskaz z ułamanym nosem. Mimo prób nie udało mi się odczytać prawie startych przez deszcz i czas run – ni to „Maliniki”, ni to „Małe Lipki”... Nie widziałam dookoła ani malin, ani lipek, na mapie również nie mogłam znaleźć nic podobnego. Dziwne, mało prawdopodobne, by moja mapa była starsza niż ten szyldzik. Trzeba zapytać miejscowych, gdzie też mnie przywiało – wczoraj wieczorem dla hecy wybrałam się zupełnie nieznaną drogę, logicznie zakładając, że raczej nie skończy się w szczerym polu, a pracę dla wiedźmy można znaleźć wszędzie. Lub prawie wszędzie.

Pod pierwszą tabliczką wisiała druga, nowiutka, z wymyślnym napisem „Czary, wróżby oraz pozostałe konszachty z diabłem zabronione są pod groźbą kaźni”.

– Nie, to nie – burknęłam półgłosem.

Prawdopodobnie gdzieś w okolicy znajdowała się jakaś większa świątynia, która tym oto prostym sposobem zwalczała konkurencję. I to mimo królewskiego rozporządzenia, które zrównywało w prawach magię oraz religię! Niestety, tylko na papierze. O ile w stolicy i miastach magowie ze słodkimi uśmiechami wymieniali powitania z dajnami, o tyle w dalszych rejonach kraju wpływ Konwentu Magów zauważalnie spadał i przechodził w ręce kleru. Nic w tym dziwnego, praktycznie każdy mógł zostać dajnem, a była to praca łatwa i dochodowa, więc chętnych mieli dosyć, by zapełnić swoimi przedstawicielami wszystkie wsie, nawet te najmniejsze. Tymczasem magiczne zdolności wykazywał nie każdy, zaś jedyna na całą Belorię Szkoła Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa znajdowała się w stolicy, gdzie też pozostawała przeważająca część jej absolwentów.

Na razie miałam dosyć pieniędzy, a doświadczenie podpowiadało mi, że wystarczy minąć dwie czy trzy niegościnne wsie i w czwartej wiedźma powitana zostanie ze wszystkimi honorami, po czym potajemnie przybiegną tam mieszkańcy z trzech poprzednich. Bo magii owszem można zabronić, lecz modlitwy są słabym substytutem zaklęć, a słowa „bogowie tak chcieli” niezbyt pocieszają młodego wdowca, którego żona miała pecha napotkać strzygę czy też zmarła w połogu.

Uniosłam się w strzemionach i rozejrzałam. Aha, Lipki-Maliniki były całkiem sporą wsią, mającą nawet plac targowy – w chwili obecnej pusty. Żadnej świątyni nie dostrzegłam. Po lewej stronie, za brzozowym gajem, w dolince lśniło malutkie jeziorko, po prawej rozciągały się przecięte jakąś rzeczką ugory, po których małymi stadkami wałęsały się krowy i owce, ze smutkiem kontemplujące burą ziemię z niewielkimi plamkami zieleni. A dalej, za siołem na porośniętym lasem pagórku... oho!

Zamek był ogromny. Nadal miałam do niego co najmniej pięć wiorst, ale czubki wszystkich ośmiu wież już dumnie wznosiły się nad lasem, przyciągając spojrzenia jaskrawymi cegłami. Na iglicach tańczyły ostre języczki flag. Nie chciało mi się wierzyć, że wszystkie te wieże otoczone były jednym murem – pomiędzy nimi spokojnie zmieściłoby się nawet osiem zamków. Ale kto wpadłby na to, by stawiać je obok siebie?!

Natychmiast zrozumiałam też, gdzie mnie zaniosło. Żadne tam Maliniki, tylko Mael-ine-kirren. W języku krasnoludów „Krucze Szpony” to nazwa największego w Belorii zamku rycerskiego. A wieś najpewniej nazywała się Rozdroże – na słupie przy pierwszych domach wisiała kolejna tablica.

Podjechałam bliżej i przekonałam się o słuszności moich podejrzeń. Rozdroże było jedną z tych wsi, które zaczynają się rozrastać od karczmy, stojącej na skrzyżowaniu dróg. Z jednej (tej właśnie, którą przyjechałam) właściwie już prawie nikt nie korzystał, gdyż zmieniła się w zwykłą wiejską dróżkę. Druga natomiast w międzyczasie rozszerzyła się prawie do rozmiarów traktu i prowadziła wzwyż, w kierunku zamku.

Mieszkańcy gapili się na mnie nieprzyjaźnie, nie wychodząc z przydomowych podwórek, ale też nie oddalając się od furtek. Wielu demonstracyjnie czyniło znak krzyża i pluło przez ramię, któryś nawet pokazał figę, która jakoby chroniła przed złym okiem. Nie pozostałam dłużna i zademonstrowałam delikwentowi inny, nie mniej symboliczny palec. Nawet nie przyszło mi do głowy, by skrywać swój zawód, wręcz przeciwnie, odrzuciłam kaptur kurtki i dumnie wyprostowałam się w siodle, by wszyscy mieli okazję obejrzeć trzepoczące na wietrze rude włosy i rękojeść miecza wiszącego na plecach. W końcu nikt nie bronił mi tędy jechać ani reklamować „konszachtów z diabłem”. Zauważyłam parę zaciekawionych spojrzeń i uśmiechnęłam się z zadowoleniem. Może powinnam wyjechać za granice wsi, zatrzymać w najbliższym lasku i poczekać na klientów?

Ale w następnej chwili zauważyłam gospodę i natychmiast zmieniłam plany. Miałam już powyżej uszu wytrząsania sobie flaków w siodle i czerstwych kanapek – wypadałoby dla odmiany trochę dopieścić żołądek, a przy okazji rozprostować nogi oraz część ciała, znajdującą się nad nimi.

Lokal nie mógł poszczycić się ani czystością, ani nadmiarem gości. Po moim wejściu opustoszał ostatecznie, a karczmarz nawet nie pytając czego gość sobie życzy, postawił przede mną wypełniony jedzeniem talerz.

Ziemniaki były przesolone, ogórki miękkie, a kotlet schabowy podejrzanie przypominał moją oderwaną podeszwę. Jakimś cudem udało mi się nabić to arcydzieło sztuki kulinarnej na widelec, ale zdjęcie go z powrotem okazało się niewykonalne. Ugryzienia również nie zaryzykowałam, wyobraziwszy sobie dwa szeregi własnych zębów, tkwiące tuż obok widelca. Poza tym ktoś chyba wcześniej próbował dobrać się do niego z drugiej strony, ale również bez powodzenia. Ponownie potrząsnęłam widelcem i nieoczekiwanie kotlet ustąpił. Ze złowieszczym szumem rozciął powietrze, lotem koszącym pokonał całą długość karczmy i ostatecznie wylądował w wiadrze z pomyjami, gdzie majestatycznie zatonął. Na twarzy karczmarza pojawił się tęskny grymas – najwidoczniej owo unikalne danie koczowało ze stołu na stół od samego rana i wchodziło nie tylko do menu obiadowego, ale też do kolacyjnego.

Oswobodzonym widelcem zaczęłam ponuro rozmazywać po talerzu ziemniaki. Byłam coraz bardziej głodna, ale nadal nie do tego stopnia, by zmusić się do przełknięcia choćby kęsa tej brei, szkalującej dobre imię jedzenia.

Odłożyłam widelec i spojrzałam przez okno. Dokoła karczmy niemrawo kręcili się jacyś chłopi, którzy co i rusz spoglądali na drzwi i wymieniali między sobą krótkie uwagi. Chyba nie mieliby nic przeciwko możliwości wypicia kufelka piwa, ale Smołka przywiązana koło drzwi swoimi żółtymi oczyma odstraszała spragnionych, a w środku na dodatek siedziała wiedźma...

Karczmarz już kilka razy przespacerował się koło mojego stołu, a za ostatnim podejściem po prostu stanął obok, znacząco sapiąc mi nad uchem. Odchyliłam się na oparcie krzesła i udawałam, że nic nie zauważyłam. I w ogóle starałam się robić wrażenie, że mam w planach krótką drzemkę.

– Hej, szanowna pani! – karczmarz nie wytrzymał i podjął inicjatywę. Jakoś nie zauważyłam w jego głosie specjalnego szacunku, a wyłącznie pretensję, zaledwie trochę hamowaną lękiem przed wiedźmą. – Zamierza pani płacić, czy jak?

– Zamierzam – potwierdziłam chętnie i dla dodania wagi swoim słowom pokręciłam w palcach srebrną monetę. Gospodarz wyciągnął rękę, ale pieniążek zniknął tak samo niespodziewanie jak się pojawił. – Ale czy nie robi się tego przed samym wyjściem?

Chłop niechętnie skinął głową.

– W takim razie niech szanowny gospodarz idzie i zajmie się swoimi sprawami, bo mnie się nigdzie nie spieszy – zapewniłam uprzejmie, wygodniej lokując się na krześle. – Ma pan tu tak wspaniałe miejsce i doskonałe jedzenie, że człowiek ma ochotę rozciągnąć przyjemność na dłużej. Powiedzmy do wieczora. A może nawet spędzę tutaj noc. Przecież nie będzie pan miał nic przeciwko, prawda?

Karczmarz sapnął jak smok, który porwał księżniczkę i dopiero w jaskini odkrył, że pomylił ją z dziewięćdziesięcioletnią służącą. Przy czym pozbycie się mile połechtanej babci wcale nie było łatwiejsze niż bezczelnej wiedźmy, która przeszkadzała mu truć bardziej uległych klientów. Nie wiem, jak w tej sytuacji poradził sobie smok, ale przede mną już po kwadransie stał talerz ze smakowitą kurzą piersią w gęstym sosie, świeżutką i jeszcze parującą.

– Mam nadzieję, że tym pani wiedźma naje się szybciej – burknął karczmarz chmurnie.

Delikatne mięso faktycznie rozpływało się w ustach. Chciałam z czystej złośliwości rozciągnąć sobie przyjemność jeszcze na pół godziny, ale z kretesem przegrałam ze zdrowym apetytem, zmiotłam wszystko w parę minut i ze smutkiem wrzuciłam do pustego talerza monetę.

Odwiązałam kobyłę, z pewnym trudem ulokowałam swoje syte ciało w siodle i wyjechałam za bramę, mając szczery zamiar postąpić zgodnie z ułożonym wcześniej planem, ale napotkałam niespodziewaną przeszkodę.

Okazało się, że żądni piwa chłopi nie marnowali czasu. Kiedy ja siedziałam w karczmie, oni zebrali się i wysłali gońca. Nawet gorzej – zdążył on wrócić ze wsparciem.

W moim kierunku zmierzało przynajmniej pięć pudów żelaza – pod dwoma z nich skrywał się rycerz, pod kolejnymi trzema – jego wierny koń, powoli i majestatycznie przestawiający nogi. Spod długiego srebrzystoszarego czapraka widać było tylko kudłate pęciny z masywnymi kopytami. Górna część bojowego wierzchowca została zapakowana w hełm z wycięciami na ślepia, uszy i nozdrza, od którego do samego łęku siodła ciągnął się kołnierz z wypolerowanych do blasku płytek. Grzbiet zwierzaka okrywała zbroja ze stalowych pasów, więc jedynym niechronionym miejscem był poruszający się z irytacją ogon.

Jeźdźca opancerzono jeszcze solidniej – łatwiej było go spłaszczyć niż zranić. W lukach między płytami zbroi widoczne były fragmenty kolczugi, przy siodle wisiał wielgachny dwuręczny miecz, który prawie zaczepiał o ziemię. Cały ten majdan wesoło podzwaniał i szczękał przy najlżejszym ruchu, straszył kury i doprowadzał do szału psy.

Za rycerzem w pełnej szacunku odległości truchtał giermek na niewielkim, myszatym koniku. Był to ciemnowłosy chłopaczek mniej więcej piętnastoletni, o radosnej i jeszcze pozbawionej zarostu twarzy. Warto zauważyć, że nie niósł ani nie wiózł żadnej broni, a w charakterze zbroi miał na sobie tylko lekką kolczugę do połowy uda ze zwykłym skórzanym pasem. Kawalkadę zamykało ze dwadzieścia wiejskich kundli, bezskutecznie usiłujących przeszczekać wydawany przez rycerza hałas.

Na widok złotego znaku na srebrnym łańcuchu, wygodnie ulokowanego w zagłębieniu napierśnika mruknęłam z szacunkiem. Rycerzy zakonnych najwyższej rangi nazywano mistrzami i byli oni odpowiednikami naszych bakałarzy. Ale nie było się co łudzić – rycerze ci byli ślepo oddani świątyni i nie znali innego określenia na magię niż „paskudne czary” czy „wstrętne kuglarstwo”. Do wiedźm mieli identyczny stosunek.

Spróbowałam cofnąć się na pobocze, ale obaj jeźdźcy skręcili mi na przeciw i zatrzymali się, niedwuznacznie zagradzając drogę. Mistrz, wyraźnie popisując się, zmusił swoje „gorącokrwiste” konisko do stanięcia dęba i leniwego pomachania przednimi kopytami. Na ziemię spadły one z takim łomotem, że nabrałam poważnych obaw odnośnie tego, czy jeździec i koń przypadkiem nie rozsypią się na osobne segmenty. Chyba nie warto dodawać, że ani ja, ani Smołka nawet nie drgnęłyśmy, patrząc na rycerza z tak szczerym zdumieniem, aż zawstydzony giermek uciekł spojrzeniem.

– Uaa em oaiać z uawą wieeą! – doleciało spod przyłbicy dźwięcznie i z przeciąganiem samogłosek.

Moje zdumienie przerodziło się w nie mniej szczere niezrozumienie, a kobyłka nawet lekko nastawiła uszu, nasłuchując odbijającego się we wnętrzu zbroi echa.

– Prawdopodobnie szanowny mistrz miał na myśli, że chce rozmawiać z wiedźmą – giermek przyszedł swojemu panu w sukurs.

– Uawą? – spytałam podejrzliwie.

– Zaiste tak! – rycerz w końcu wpadł na to, by podnieść osłonę. – Bo wiedźma jest z natury swojej nasieniem mroku, źródłem zła i skupiskiem siły przeklętej na grzesznej ziemi naszej, więc niedopuszczalne jest nazywanie jej inaczej niż „plugawą”!

– Schlebia mi pan – mruknęłam. – Ale co dalej? Macie zamiar urozmaicić nudne życie tej porządnej wsi jedynie słuszną i właściwą akcją spalenia mojej skromnej osoby?

– Niestety nie – przyznał mistrz ze smutkiem. – Ja, czyli zakon Białego Kruka w mojej osobie chcemy cię wynająć.

Uważniej spojrzałam na złotą blaszkę z wyżej wymienionym Białym Krukiem. Ptaszek przypominał raczej kurczaka i to nie będącego u szczytu formy. Sprawiał wrażenie, jakby biedaczek zakończył żywot na własne życzenie metodą powieszenia się na srebrnym łańcuchu, na którym po dziś dzień dyndał z rozłożonymi skrzydłami, wyciągniętymi łapami i nienaturalnie wygiętą szyją.

Sens wypowiedzi rycerza dotarł do mnie dopiero po chwili.

– Wynająć? Mnie?! Raczy pan żartować?

Z chmurnej fizjonomii mistrza dawało się wyczytać, że też wolałby wybrać tę opcję, ale niestety nie może.

– Bardzo nie chcę pana zasmucać – zaczęłam delikatnie – ale na skraju lasu wisi pewna obiecująca tabliczka...

– Wiem... – rycerz machnął ręką. – Osobiście ją tam przybiłem.

– To ma pan oryginalną metodę informowania przejeżdżających magów o pojawieniu się wolnego etatu! – prychnęłam. Kobyła ochoczo poparła mnie analogicznym, ale znacznie bardziej złośliwym i głośniejszym dźwiękiem.

– Niech nas bogowie uchowają przed waszym biesowskim plemieniem! – Mistrz z irytacją podniósł głos. – Potrzebujemy JEDNEJ wiedźmy do wykonania JEDNEGO zadania. A potem, mimo tego, że jest to sprzeczne z naszymi zasadami, puścimy ją wolno...

Rycerz i giermek z niepewnymi minami spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc, co mnie tak śmieszy. Zgięta w pół nad łękiem siodła z trudem zdołałam wyksztusić:

– Czy chce mi pan powiedzieć... że pan mnie... złapał?! No, ja nie mogę...

– No prawie złapaliśmy – poprawił giermek, zapadając się w sobie pod ciężkim spojrzeniem starszego towarzysza. – Można powiedzieć, że jesteśmy w trakcie...

– Aha... – lekko klepnęłam się w pierś, przeganiając resztki kipiącego tam śmiechu. – Ale jeżeli się nie przesłyszałam, początkowo padło słowo „wynająć”, a ono chyba zakłada opłatę za moją działalność, czyż nie?

– Owszem – potwierdził mistrz z godnością. – Ty wyświadczasz nam pewną usługę, a my darujemy ci życie i wolność. Moim zdaniem jest to godna zapłata za twoją wstrętną bogu działalność.

– Czyli chce pan zapłacić mi, używając w tym celu odebranej mi sakiewki? Nic z tego. Niech pan najpierw spróbuje ją odebrać.

Na policzku rycerza nerwowo drgnął mięsień. Pewnie do tej pory spotykał się wyłącznie z wiejskimi znachorkami, niezdolnymi do stworzenia nawet prościutkiego pulsaru. I chyba nie bardzo miał ochotę sprawdzać, do czego zdolny jest mag bojowy z dyplomem wyższej uczelni. Niestety, było za późno, by mógł się wycofać.

Mistrz opuścił osłonę i z brzękiem wbił ostrogi w stalowe końskie boki. Wierny rumak zareagował na znany dźwięk i ruszył do przodu.

– Drżyj, pomroko, jako że w rękojeści mojego miecza umieszczono paznokieć z lewej nogi świętego Fenduła i samo dotknięcie go obróci cię w proch!

– Drżę – przyznałam uczciwie. – Straszne paskudztwo i nie mam najmniejszej ochoty go dotykać!

Rycerz ryknął z oburzeniem i rzucił się do ataku.

Mój miecz nie zawierał żadnych Fendułów, a poza tym nie miałam zamiaru go wyciągać. Po pierwsze, uczciwa walka (przynajmniej w moim rozumieniu) winna być toczona z użyciem broni, do której każda ze stron przyzwyczajona jest najbardziej. W moim przypadku zdecydowanie nie był to miecz. Po drugie, z pochwy wystawała jedynie rękojeść z odłamkiem głowni, której nadal nie udało mi się zastąpić. Przez półtora roku pracy na drogach wymieniłam przynajmniej tuzin wszelakich mieczy – od krasnoludzkich po elfie. Złośliwe klingi uparcie odmawiały współpracy: gubiły się, łamały, gięły albo topiły w trującej krwi potworów. Poza tym pozwalały się ukraść, przypadkiem pomylić w gospodzie, pożyczyć (i zapomnieć o oddaniu) albo zabrać komuś do grobu, a ja „z rozpaczą” zgrzytałam zębami i ponownie sięgałam do sakiewki.

Tak więc po prostu pstryknęłam palcami i rycerz ze swoim Fendułem przeleciał obok, bez sensu machnąwszy mieczem nad czubkiem mojej głowy. Oszukanie ludzkich oczu to najprostsza sztuczka, którą opanowaliśmy na piątym roku, kradnąc jabłka skąpym handlarkom. Mistrz dogalopował do końca ulicy, ściągnął wodze, zdezorientowany potrząsnął głową, wycelował miecz jak kopię i zaszarżował po raz drugi... trzeci... i czwarty...

Nad ulicą unosiły się tumany kurzu. Chłopi, podzieleni na dwie kibicujące drużyny, witali każdą rundę okrzykami zachwytu lub rozczarowania. Ja i Smołka z zaciekawieniem tylko obracałyśmy głowy to w jedną, to w drugą stronę, nie ruszając się z miejsca.

Ostatecznie mistrz uznał, że zmieni taktykę i ruszył w naszym kierunku z powolnością ciężkiej balisty, załadowanej mieczem długim na ponad dwa łokcie. Wyglądało to dosyć efektownie i nawet się leciutko zaniepokoiłam, ale w tym momencie Smołka kokieteryjnie wygięła szyję i cienko zarżała, jakby pytająco.

Polowanie na wiedźmę zostało tymczasowo przerwane – rumak bojowy okazał się ogierem, który wykazał spore zainteresowanie moją towarzyszką i zatańczył tak, że rycerzowi zadzwoniły wszystkie złączki. Mistrz z wściekłością ściągnął wodze, ale jego wierzchowiec uznał, że zademonstruje charakter i zaczął kręcić się w miejscu, próbując ponownie stanąć dęba, tym razem z własnej inicjatywy.

Osobiście byłam bardzo ciekawa tutejszych metod polowania na wiedźmy, więc nie śpieszyłam się w dalszą drogę, że to niby mam jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy. Giermek podjechał bliżej i razem z westchnieniami oraz jękami witaliśmy każdy podskok ogiera. Mistrz ostatecznie zrezygnował z prób uspokojenia wierzchowca, rzucił wodze i miecz, przytulił się do końskiej szyi i desperacko trzymał jej obiema rękami.

– Ehem... pani wiedźmo – zaczął chłopak niepewnie, nie odrywając spojrzenia od zachwycającego widowiska. – A może się pani podda dobrowolnie?

– Za nic – odparłam nieuważnie, z zadowoleniem obserwując jak rycerz zaczyna powoli zwisać na lewą stronę. – Będę walczyć do ostatniej kropli krwi...

– A jeżeli wyznaczymy jakąś kwotę za pani złapanie i pani zgłosi się po nią jako pierwsza?

Spojrzałam na giermka ze znacznie większym zainteresowaniem i uwagą, niż początkowo. Prosta, dobroduszna i otwarta twarz, ale z podbródkiem zwiastującym siłę woli. Brązowe oczy, patrzące zbyt poważnie jak na tak młody wiek. Z takich dzieciaków po jakimś czasie wyrastają albo wierni sojusznicy albo groźni wrogowie. Ale tak czy siak chwilowo nie miał nawet prawa do własnego miecza, a myszaty konik przyzwyczajony był raczej do ciągnięcia wózka, a nie noszenia siodła.

– Zależy od wielkości sumy – powiedziałam ostrożnie.

Chłopak skwapliwie odczepił od pasa sakiewkę i rzucił ją w moim kierunku. Woreczek nieoczekiwanie przyjemnie ciążył w ręku. Rozwiązałam, zajrzałam. Oho! Wyglądało na to, że w środku było co najmniej pięćdziesiąt kładni w złocie. Oczywiście należało sprawdzić, jaką robotę próbowali mi wcisnąć, ale w razie czego zawsze można zażądać dodatku za ryzyko. Bo właśnie okazało się, że łapanie wiedźmy to praca dosyć niebezpieczna, skomplikowana i niewdzięczna... Łup! Mistrz rąbnął o ziemię, robiąc w niej płytki dołek. Koń natychmiast zastygł nieruchomo, podziwiając rezultat swoich popisów.

– No dobra – powiedziałam krótko, chowając sakiewkę do torby podróżnej koło ziół. – Niczego nie obiecuję, ale spróbuję wam tę paskudę złapać.

Giermek rzucił mi wdzięczne i przepraszające spojrzenie, po czym zeskoczył z konia, podbiegł do leżącego na wznak rycerza, kucnął przy nim i z szacunkiem uniósł osłonę hełmu.

– Panie, zwycięstwo, ona się poddaje!

– Bardzo dobrze – burknął mistrz, poruszając kończynami jak leżący na grzbiecie żuk. – Tiwalu, pomóż mi się podnieść!

Chłopak skwapliwie złapał rycerza pod pachy i cały czerwony z wysiłku ustawił go na powrót do pionu. Mistrz nawet nie spojrzał na wiedźmę, którą z takim trudem pojmał, tylko zaczął z sapaniem włazić na zastygłego jak słup konia. Najtrudniejsze okazało się podniesienie nogi do strzemienia, a już do założenia go niezbędny okazał się giermek – na szczęście metalowy czubek buta był wygodnie spiczasty. Mistrz chwilę balansował na jednej nodze, po czym jednak ulokował się w siodle i dopiero wtedy raczył zwrócić na mnie uwagę.

Posłałam mu czarujący uśmiech. Poczerwieniał, ale nie dał się sprowokować.

– I jeszcze jedno – dodał sucho. – Skoro już po modlitwie i z krwawiącym sercem zdecydowaliśmy się uciec do pomocy sił nieczystych, to powinny być to siły najwyższej próby, a nie jakieś żałosne sztuczki wędrownych kuglarzy!

Wzruszyłam ramionami. Takie wymagania były całkiem zasadne, choć wolałabym, aby wypowiadano je innym tonem. Pogrzebałam w torbie i wyciągnęłam z niej obszarpany zwój z tłustymi plamami i przyklejonymi okruchami – świadectwo ukończenia Szkoły Magii z następującą po tym listą zajmowanych stanowisk – który podałam mistrzowi.

Rycerz ze wstrętem dwoma palcami złapał zwój za róg, potrząsnął, by rozwinąć i zaczął czytać. Po pierwszym wierszu jego oczy ze zdumienia wyszły z orbit, po drugim pergamin wyślizgnął się ze słabnących palców, zwinął w locie i wskoczył do mojej nadstawionej dłoni.

– No więc, szanowny mistrzu, czy moje rekomendacje są dla pana wystarczające? – spytałam możliwie niewinnym tonem.

– Tttak plug... pani wiedźmo, bardziej niż.

– Doskonale – ujęłam wodze, trąciłam Smołkę obcasem i zszokowany mistrz bez słowa sprzeciwu pozwolił mi stanąć na czele oddziału „łapaczy”.

* * *

Z bliska zamek wręcz oszałamiał rozmiarami, górując nade mną jak skała. Niezdobyta oczywiście. Wzdłuż murów obronnych ciągnęła się szeroka fosa z wkopanymi w dno palami. Ponieważ w najbliższym okresie nie spodziewano się wrogów, fosa była w remoncie i wody w niej było akurat tyle, by kura przeszła ją w bród. Zgarnięci z Rozdroża chłopi sprawnie machali szerokimi łopatami, wybierając nagromadzony przez lata muł. Obok fosy stał wóz z zaciosanymi kołkami, mającymi zastąpić te nadgniłe. Po hałdach wyrzuconego na brzeg szlamu skakały wielkie, oburzone żaby. Jakoś nie rzucały się w oczy zardzewiałe zbroje, czaszki czy inne świadectwa sławnych bitew. Wrogowie (zwykle stepowi orkowie, chociaż czasami zdarzało się, że na belorskie ziemie wybierali się też najbliżsi sąsiedzi – Winessa i Wolmenia), gdy zbliżali się do zamku, tak samo jak ja podnosili głowy, gwizdali, mówili „Poszukajcie sobie innych durniów!” i szli walczyć w inne miejsce, nawet nie próbując rozpocząć oblężenia. Rycerze klęli, wyłazili zza wysokich murów i doganiali niesumiennego przeciwnika w szczerym polu, tudzież maszerowali bezpośrednio na miejsce spotkania z regularnym wojskiem.

Zamek zbudowany został przez krasnoludy – powoli ale bardzo solidnie. Przez całe sto trzydzieści lat, dopóki kolejny król nie wpadł na to, by wprowadzić opłatę za całość zamiast czasowej. Nie minęły trzy miesiące i Krucze Szpony zostały uroczyście oddane do użytku. Ale ponieważ wrogowie nie docenili pracy, która została wykonana na ich cześć, twierdzę obronną przekształcono w szkołę rycerską, która regularnie dostarczała dzielnych wojaków do belorskiego legionu.

Na tamten brzeg można było się przedostać wyłącznie przekraczając jeden-jedyny zwodzony most. Oczywiście, nie wliczając wszelakich tajemnych przejść, których każda szanująca się twierdza powinna mieć aż nadto. Oprócz masywnej bramy, wzmocnionej stalowymi okuciami, wejście bronione było przez kratę ze sterczącymi na zewnątrz kolcami długości dłoni. Ale to nie koniec – za kratą zaczynał się długi, stosunkowo wąski korytarz z bramkami wypadowymi po bokach. Pod stropem czerniały prostokątne okienka, przez które łucznicy mogli bez przeszkód rozstrzelać napastników, nierozmyślnie wkraczających do korytarza. Bronienie się tutaj byłoby prawdziwą przyjemnością. Szkoda tylko, że wrogowie nigdy nie sprezentowali twierdzy prawdziwego oblężenia.

W tej chwili most był opuszczony, wszystkie bramy otwarte, a kratownica podniesiona. Koło wejścia, zabijając czas nieśpieszną rozmową stało dwóch wartowników, opartych leniwie o mur. Na nasz widok błyskawicznie się wyprostowali, chrzęszcząc kolczugami.

Niespodziewanie zorientowałam się, że już nie słyszę tupotu kopyt i szczękania zbroi za plecami. Zatrzymałam kobyłę i spojrzałam do tyłu. Rycerz i jego giermek stali w odległości pięciu kroków od mostu, obserwując mnie z dziwnie zachłanną ciekawością.

– Ale, o co chodzi? – spytałam podejrzliwie. – Tylko nie mówcie, że specjalnie w oczekiwaniu na moją skromną osobę podpiłowaliście tu jakieś belki!

– Ależ panno wiedźmo, co też pani mówi! – obruszył się chłopak, objechał Smołkę i pokonał most jako pierwszy. Zatrzymał się koło bramy, zawrócił konia i znowu się zagapił.

O dziwo, na twarzach strażników widziałam ten sam wyczekujący wyraz, a nawet wymienili szeptany komentarz, a następnie uścisnęli sobie ręce, zawierając jakiś zakład.

Koło mnie, demonstracyjnie nie śpiesząc się ani nie oglądając do tyłu, przejechał mistrz.

Dalsze oczekiwanie było głupie. Zwykły most, szeroki, solidny, na dwóch grubych łańcuchach. Swobodnie mogły przemaszerować po nim cztery kolumny ciężkozbrojnych, nie powodując nawet zachwiania. Wzruszyłam ramionami, po czym władczo cmoknęłam i potrząsnęłam wodzami. Praca to praca i dziwactwa klientów nie powinny mnie obchodzić.

Gdy tylko Smołka postawiła kopyto na drugim brzegu, wszyscy odetchnęli z ulgą, wymieniając znaczące spojrzenia. Mistrz dał znak, bym jechała za nim i skierował konia pod łukowaty strop mrocznej galerii.

– Może mi to jednak wyjaśnisz? – spytałam szeptem giermka, który został w tyle i zrównał się ze mną. Chłopak zerknął na swojego pana i również zniżonym głosem odparł:

– Wieść niesie, że ten most został przeklęty i każda wkraczająca na niego kobieta natychmiast pada trupem.

– Co?! – z oburzenia aż się zatrzymałam. – A wcześniej nie mogłeś mi tego powiedzieć?!

– Ale przecież pani jest wiedźmą – wymamrotał chłopak, zawstydzony.

– No właśnie! Wiedźmą, a nie czarownikiem! Czy wszystkie „skupiska zła” dla was wyglądają tak samo?

– Oczywiście, że nie – poprawił się Tiwal błyskawicznie. – Rozumiem doskonale, że poza tym jest pani czarującą kobietą, ale czy wiedźmie może zaszkodzić jakieś tam przekleństwo?

„I to jak!” – omal mi się nie wyrwało, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie należy podkopywać własnej reputacji, tym bardziej, że przekleństwo nie zadziałało, a ja nie poczułam żadnej magii na moście. Pewnie plotka ta została rozpuszczona przez mistrzów i miała na celu wspomożenie pozostałych braci w dochowaniu świętych ślubów celibatu – przynajmniej w obrębie zamkowych murów.

– A gdybym odruchowo odbiła przekleństwo na któregoś z was? – znalazłam właściwą odpowiedź.

Z jakiegoś powodu ta kusząca perspektywa rycerzom się nie spodobała. Chłopak pośpiesznie cofnął się pod ścianę, a mistrz opuścił osłonę hełmu.

Korytarz się skończył, a zamek się nadal nie zaczął. Mur obronny łączył osiem wież strażniczych – Szponów, a na przestrzeni pomiędzy nim, a właściwym zamkiem bez problemu mieściły się stajnie, kuźnia, ogrodzone szranki oraz niziutka piekarnia z dwoma kominami, skąd dolatywał smakowity zapach świeżego chleba.

Dotarliśmy do bramy zamku, która w niczym nie ustępowała zewnętrznej i zsiedliśmy z koni. Od strony stajni już biegła dwójka koniuchów, którzy odebrali od nas wierzchowce. Kolejny długi korytarz (tym razem bez okienek strzelniczych, za to z trzema zakratowanymi drzwiami) i znalazłam się w samym sercu Kruczych Szponów – na dziedzińcu wewnętrznym.

Było tu cicho i chłodno, z góry dobiegało ciche gruchanie gołębi. Rozłożyste całoroczne bluszcze pięły się aż do samego gzymsu. Pośrodku dziedzińca stała niewielka, kryta dachówką sześciokątna altanka, udekorowana na szczycie drewnianą podobizną kruka. Przyjrzałam się lepiej i stwierdziłam, że to studnia z wysoką cembrowiną.

Środkowy dziedziniec czterema arkadami otwierał się na mniejsze podwórce. Do wnętrza prowadziło szesnaście jednakowych wejść z niskimi gankami (natychmiast powzięłam podejrzenie, że połowa z nich jest fałszywa i zamurowana cegłą w celu zmylenia wroga). Właśnie do jednego z nich skierował się mistrz.

Wydawałoby się, że tak gigantyczny zamek powinien mieć również szerokie korytarze – ale nic z tego! Owszem, były wysokie, na trzykrotność mojego wzrostu, ale musieliśmy iść po nich gęsiego. Co prawda, często rozszerzały się w tak samo niewielkie pokoje ze strzelistymi sufitami i drzwiami w bocznych ścianach. Niektóre były otwarte, a za nimi widniały identyczne korytarze, różniące się wyłącznie sposobem oświetlenia – pochodniami na ścianach lub promieniami słońca wpadającymi przez zakratowane okna. Sama zabłądziłabym tu w ciągu kilku minut i nie miałam pojęcia, czy tego losu wcześniej nie dostąpiło parę tuzinów rycerzy i czy ich smętne szczątki...

– A gdzie są wszyscy? – spytałam, dziwiąc się panującej na korytarzach ciszy.

– Pora obiadu – wyjaśnił giermek. – Bracia znajdują się w jadalni i my również się tam udajemy.

Prowadziła tam droga po kręconych schodach, które zwijały się w kamienny korkociąg. Ni to krasnoludy zapomniały się i zbudowały je na swoje gabaryty, ni to w planach oznaczono je jako pułapkę na szczególnie grubych przeciwników. Przynajmniej ja już po pierwszym kółku miałam okazję doświadczyć wszystkich uroków klaustrofobii. Lewej ściany dotykałam lekko odstawionym łokciem, a centralnego słupa bokiem, gdy instynktownie pochylałam się, by nie walnąć głową o niski sufit. Mistrz chyba o tym zapominał, ponieważ z przodu regularnie dolatywały niemelodyjne metaliczne brzdęknięcia i tak samo niemelodyjne przekleństwa.

– Czy to jest jedyna droga na górę? – wysapałam, gdy po dziesiątym tuzinie stopni w końcu trafiliśmy na drzwi i zatrzymaliśmy się, by złapać oddech.

– Nie, panno wiedźmo. To przejście tajemne. Korzystają z niego wyłącznie mistrzowie albo specjalni goście. Cała reszta wchodzi na piętro po czterech zwykłych schodach. Ale na drugie piętro, gdzie mieszkają mistrzowie, prowadzą tylko kręcone.

– A macie tu trzecie piętro?

– Tak jest, wieżę. Właśnie w niej pani zamieszka... znaczy, zostanie zamknięta – poprawił się szybko chłopaczek, zerkając na mistrza.

Jęknęłam w myśli, wyobrażając sobie trzy kolejne ciągi schodów. Ponownie ruszyliśmy, a giermek kontynuował z zapałem:

– Mamy legendę o sławnym rycerzu, który jako pierwszy zauważył wrogie wojsko, podstępnie przekradające się przez las dookoła zamku. Aby szybciej donieść tę ważną nowinę do modlących się w wieży mistrzów, ten odważy mąż bez zatrzymywania się przebiegł wszystkie trzysta osiemdziesiąt siedem stopni i padł bez tchu!

– A nie macie przypadkiem pokoju... czy znaczy celi... gdzieś w piwnicy? – spytałam błagalnie. – Jakieś sali tortur czy czegoś w tym stylu?

– Mamy, ale upiór chodzi tylko po górnych piętrach, więc i tak będzie pani musiała... – chłopak urwał pojmując, że się wygadał.

– Jaki up... – zaczęłam, ale mistrz bez zatrzymywania się z irytacją pchnął ciężkie dwuskrzydłowe drzwi.

Otworzyły się nieoczekiwanie lekko i łupnęły o ściany, a następnie odbiły i pomknęły z powrotem. Nie zdążyłam przemknąć śladem rycerza, więc podniosłam ręce, jak zwykle zastępując zwykłe pchnięcie magicznym. Albo źle oszacowałam moc, albo drzwi były lekko nadpróchniałe, ale niespodziewanie dla mnie samej rozleciały się z trzaskiem na spore odłamki, które zasypały podłogę w promieniu dwudziestu łokci.

Oczywiście tak efektowne wejście nie przeszło niezauważone. Patrzyły na mnie przynajmniej cztery setki oczu, z czego dwie dziesiątki – spod najbliższego stołu. Ich właściciele musieli zapewne siedzieć tam w zasadzce, bo w końcu pojęcia „rycerz” i „tchórz” są wewnętrznie sprzeczne, przynajmniej jeżeli wierzyć kodeksowi rycerskiemu, który miał identyczną moc jak królewski rozkaz o magach i dajnach.

Odchrząknęłam.

– Przepraszam – mruknęłam w zapadłej ciszy. – To był wypadek...

Wyraz twarzy wszystkich zebranych osób wyrażał bardzo głębokie zwątpienie w tej materii.

– Oto wiedźma! – mistrz ze wstrętem wskazał na mnie palcem.

W odpowiedzi spojrzałam na ów palec tak znacząco, że rycerz cofnął go śpiesznie, po czym ściągnął metalową rękawicę i obejrzał dłoń w celu oszacowania ewentualnych strat.

Oświadczenie nie wywołało szczególnego zdziwienia. Chyba wszyscy doskonale wiedzieli, gdzie i w jakim celu się udawał. Młodzież oglądała mnie z bojaźliwą ciekawością, starsi rycerze bezskutecznie próbowali ukryć identyczne uczucie za pełną wyższości pogardą. Zresztą zauważyłam również kilka bezpośrednich, spokojnych i oceniających spojrzeń. Ich autorzy nawet lekko się skłonili, witając damę.

Jadalnia była ogromna, większa nawet niż królewska sala posłuchań. Przy stołach najbliższych ścian siedzieli giermkowie, w kolejnym rzędzie młodzi rycerze, a w trzecim – starzy wyjadacze, wygodnie rozparci na krzesłach. Na samym środku znajdował się stół mistrzów. Pięć krzeseł z dziewięciu było puste, zaś jedno wyróżniało się wyższym i bardziej masywnym oparciem, zdobionym kamieniami szlachetnymi. „Mój” mistrz ruszył w kierunku skromniejszego siedziska, a jego giermek z szacunkiem podsunął mi sąsiednie i stanął za jego oparciem.

Nieoczekiwanie gwar w sali ucichł. Nawet mistrzowie zerwali się ze swoich miejsc i wyciągnęli na baczność, odprowadzając spojrzeniem siwego mężczyznę około sześćdziesiątki, który powoli zmierzał w kierunku środkowego stołu. Nie miał przy sobie broni, a ubrany był w długą białą szatę ze złocistym haftem na piersi, który oczywiście przedstawiał kruka.

Pytająco spojrzałam na Tiwala.

– To przywódca zakonu, wielki mistrz – szepnął z nabożnym szacunkiem. – Przez ostatnie dwa tygodnie umartwiał swe ciało głodem i samobiczowaniem, błagając świętego Fenduła, by ochronił nas przed złem!

Wielki mistrz istotnie miał na sobie trochę za dużo tego ciała, wystarczyłoby jeszcze na jakieś pół roku umartwiania. Ot taki dobroduszny grubasek, który już dawno zrezygnował z machania mieczem i spoczął na zasłużonych laurach. Krocząc przez salę mimochodem rozczochrał włosy zawstydzonego nastolatka, zamienił kilka słów z rycerzem, który natychmiast zrobił się cały czerwony i, o dziwo, całkiem przyjaźnie skinął głową w kierunku mojej skromnej osoby. Naturalnie bezczelnie siedzącej.

Przed zajęciem miejsca wielki mistrz złożył ręce na piersi i pochylił głowę.

– Bracia, pomódlmy się i podziękujmy świętemu Fendułowi za zesłaną nam strawę!

Spojrzałam na stół. Chyba święty był dosyć bliskim krewnym karczmarza z Rozdroża: na większości półmisków leżały ćwiartki cebuli, grubo pokrojony chleb i ser wątpliwej świeżości, a rozstawione pomiędzy talerzami karafki zawierały zwykłą wodę (bez skrępowania przechyliłam jedną i powąchałam).

Tu i ówdzie w samotności leżały kadłubki smażonych kurcząt, przywodzące na myśl ptasi pomór, w trakcie którego jako pierwsi zdychają pisklęta i szacowni starcy. Samotny szczupak z przerażeniem spoglądał na tłum głodnych rycerzy, którzy już zabrali się do organizowania turnieju o prawo do jego zimnego trupa.

Rycerze, również mając świadomość stanu rzeczy, nie przeciągali modłów dziękczynnych. Ale gdy tylko opuścili ręce, celując w najbliższe kurczęta, wielki mistrz jeszcze bardziej uroczystym głosem ogłosił:

– Bracia! Patrzę na ten przepych, który równocześnie cieszy mnie i smuci, gdyż ugrzęźliśmy w grzechu obżarstwa...

Na wszelki wypadek jeszcze raz zerknęłam na stół, nadaremno próbując wykryć na nim ten cały przepych.

– ...który ciężkim kamieniem pada do już i tak przepełnionej czary naszych występków, dając mieszkającemu w zamku złu dodatkową moc. Tak więc proponuję, byśmy ogłosili trzydniowy nieplanowy post ku czci świętego Fenduła i na pohybel upiora. Oczywiście, jest to rzecz całkowicie dobrowolna i w żadnym razie nie będziemy osądzać tych wątłej wiary...

Wątłą wiarą nie wykazał się nikt z zebranych, mimo że aprobujący uśmiech mistrza był słabym substytutem uciekających sprzed nosa kalorii. Usługujący w sali chłopcy błyskawicznie zebrali i odnieśli do kuchni podstępne kury, oskarżone o wspomaganie upiora. Rycerze posępnie chrzęścili cebulą, próbując nie patrzeć ani nie oddychać w kierunku towarzyszy. Ja jeszcze nie zdążyłam zgłodnieć, a wielki mistrz usilnie się umartwiał, więc nic nie stało na przeszkodzie, byśmy rozpoczęli rozmowę o interesach. Oczywiście, po kwiecistym wstępie na temat mojego wyjątkowo paskudnego zawodu. Pamiętając, że klient ma zawsze rację, wysłuchałam go z uwagą, ale uprzejmie odmówiłam przekwalifikowania się na dajnę. Zresztą mistrz zbytnio nie nalegał, w końcu akurat teraz znacznie bardziej potrzebował wiedźmy.

Okazało się, że wspomniany już upiór spacerował po zamku bynajmniej nie w celach zdrowotnych czy rozrywkowych. Chociaż z jego punktu widzenia mogła to być rozrywka, tylko dosyć osobliwa. Zakon stracił siedmiu ludzi w ciągu trzech miesięcy! Szczególnego pecha mieli mistrzowie i rycerze, giermek trafił mu się wyłącznie jeden, a i ten w towarzystwie swego pana.

– A czy jest pan całkowicie pewien, że to upiór, a nie, powiedzmy, strzyga? – sprecyzowałam.

– Strzyga, upiór, duch – tego nie wiemy – westchnął wielki mistrz. – Ale pojawia się w nocy, w zardzewiałej zbroi, siedząc na rozkładającym się koniu i przenika nawet do zamkowych wież, po czym znika bez śladu, przechodząc przez ściany.

Zamyśliłam się na dłuższą chwilę. Z jednej strony przez ściany... ale z drugiej – na wpół rozłożony trup konia... którego można podnieść z mogiły wyłącznie używając magii, bo zwierzęta nie mają paskudnego zwyczaju wracania z tamtego świata w celu polowania na rycerzy. Nie, musiałam sama obejrzeć ten cud natury. Najlepiej zza węgła, by następnie w spokoju zastanowić się, czy nie zażądać podwyżki z uwagi na szkodliwe warunki pracy.

– Zjada ich? – spytałam rzeczowo. – Albo przynajmniej nadgryza?

Połowa rycerzy odłożyła łyżki, dziękując świętemu Fendułowi, że nie skusili się na bardziej sycącą strawę, która próbowałaby teraz wydostać się na zewnątrz z wielkim entuzjazmem.

Wielki mistrz powoli pokręcił głową.

– Tylko zabija. Zatrutą klingą wprost w serce, ale cios jest zadawany w plecy.

„Wygląda jednak na upiora. Czyli chodzącego trupa, który z nieznanego powodu wyszedł ze swojej wygodnej mogiłki. Strzyga by nie wytrzymała i choć odrobinę nadgryzła, a duchy nie używają materialnej broni” – pomyślałam.

– A czy przed wynajęciem... znaczy się złapaniem mnie, próbowaliście sami znaleźć na niego jakiś sposób?

– Oczywiście, wypróbowaliśmy wszystkie możliwe i niemożliwe metody: trzy po trzydzieści razy przeczytaliśmy modlitwy oczyszczające, skropiliśmy zamek święconą wodą i paliliśmy antybiesowe kadzidła, jak również złożyliśmy wiele słusznych ślubów, ale bez skutku...

– A czy próbowaliście może stawiać pułapki pod drzwiami?

Mistrzowie poczęli szemrać z oburzeniem, ale wielki mistrz uciszył ich jednym ruchem dłoni i uśmiechnął się nieoczekiwanie.

– Przyznam, że miałem podobne myśli. Ale ponieważ mamy w zamku jednego upiora i tysiąc razy więcej żywych braci, działająca pułapka wpędzałaby ich w grzech przeklinania i mam wrażenie, że niewielu potrafiłoby uchronić się przed pokusą.

Po sali przetoczyła się fala śmiechu potwierdzająca, że wrażenie to jest jak najbardziej słuszne.

– No dobrze, a jeśli po prostu zamknąć drzwi od wewnątrz?

– Zasuwy nie chronią przed upiorem. Może pojawiać się na samym środku komnaty, kilka razy musieliśmy wyważać drzwi zamknięte od wewnątrz. A czasami mimo srogiego zakazu bracia otwierali mu sami! I tego kompletnie nie rozumiem...

Skłonna byłam się zgodzić, że było to bardzo osobliwe. Wszystkie upiory, jakie napotkałam na swojej drodze, nie zachęcały do nawiązywania bliższej znajomości i przyjacielskich objęć. Miały one tylko jedną pożyteczną cechę – były wyjątkowo tępe, co pozwalało bez większego trudu wpakować je z powrotem do mogiły. Jednak żaden nie potrafiłby przejść przez ścianę, o ile oczywiście nie było w niej magicznego portalu czy jakiegoś zwykłego tajemnego przejścia. Bardziej skłaniałam się ku tej drugiej możliwości – wnioskując ze zbroi, za życia upiór siadywał przy jednym z tych stołów, więc znał Krucze Szpony jak swoje dwieście sześć kości.

– Dostanę mapę zamku?

Wielki mistrz ze smutkiem rozłożył ręce:

– Niestety takowej nie posiadamy. Krasnoludy przekazały nam jeden, jedyny egzemplarz, ale podczas fałszywego alarmu bojowego został on dobrowolnie, wraz z mapą okolicznych terenów, zjedzony przez jednego z naszych braci, który pragnął uchronić je przed dostaniem się w ręce wroga. Mimo wszelkich prób nie udało nam się jej odtworzyć, ponieważ zamek jest ogromny, a jego korytarze niezbadane...

– Zauważyłam.

Pomyślałam chmurnie, że przy tutejszym wikcie mapa mogłaby uchodzić nawet za delikates. Czyli o pomyśle z tajemnym przejściem należało zapomnieć. Znałam krasnoludy na tyle dobrze, by wiedzieć, że mogłabym go szukać do samej śmierci – a raczej do momentu, gdy zaintrygowany upiór poklepie mnie po ramieniu od tyłu. Sprawdzenie zamku pod kątem śladów magii było wiele prostsze i właśnie od tego należało zacząć. W każdym razie czekało mnie spanie w dzień, żeby wszechobecny szkielet nie mógł mi zakłócić nocnego odpoczynku. Większość rycerzy chyba robiła to samo, bo zauważyłam, jak ukradkiem ziewają w kułak.

– Ale damy pani coś lepszego – uroczyście obiecał mistrz, lśniąc przećwiczonym na „braciach” uśmiechem. – Tiwal! Podczas pobytu panny wiedźmy w zamku będziesz jej wszędzie towarzyszył.

Szczęki moja i giermka opadły równocześnie.

– On?! Po co?!

– Ja?! Za co?!

– Dla bezpieczeństwa – wyjaśnił wielki mistrz mgliście.

Nie sprecyzował czyje bezpieczeństwo miał na myśli, ale chyba raczej nie moje. Sprzeciw z góry skazany był na porażkę. Swoją drogą i tak bardzo mnie dziwiło, że odważyli się wpuścić lisicę do kurnika, czyli wiedźmę do zamku. Tiwal skinął głową z wyjątkowo nieszczęśliwym wyrazem twarzy, przyjmując rozkaz. No dobrze, w razie czego i tak nie zdoła mi przeszkodzić, a jeżeli będzie co godzinę biegał do mistrza z meldunkami to proszę bardzo, ja nie mam nic przeciwko. Szczególnie pamiętając o...

* * *

– ...dwieście dziewięćdziesiąt jeden... dwieście dziewięćdziesiąt dwa...

Giermek pokornie wlókł się z tyłu, podzwaniając kolczugą i sapiąc.

– A niech to leszy! – potknęłam się i zgubiłam wątek. – Ile ich tam było?

– Trzysta siedem, panno wiedźmo.

– Jesteś pewien?

– Chce pani wrócić i przeliczyć wszystkie od początku?

Byłam do tego stopnia wykończona, że puściłam docinek płazem. Na trzecie piętro wpełzałam już niemal na czworakach. Czy nie prościej było zamiast tego wężyka dookoła słupa zbudować normalne schody? Przecież byłyby pięć albo i dziesięć razy krótsze! Sufity na pierwszym i drugim piętrze były niżej niż na parterze, tak na dwie moje wysokości z podskokiem, ale sądząc z odczuć wspięłam się już na jakieś sto sążni. Nawet nie to, że straszliwie zmęczyły mi się nogi, ale zwyczajnie miałam zawroty głowy. Chłopak coś mamrotał, że „do tarasu obserwacyjnego pozostało ledwo cztery tuziny stopni, a stamtąd ma pani niesamowity widok na okolice...” – ale widząc mój wyraz twarzy szybko zamilkł.

Na ostatnim piętrze, płynnie przechodzącym we właściwą wieżę było tylko pięć komnat, a raczej cel o wymiarach półtora na dwa sążnie. Mogłam wybrać sobie dowolną z nich, przy czym różnica była mniej więcej taka sama, jak między przysłowiowym morem i zarazą. Smętnie obejrzałam mniej niż skromne umeblowanie w postaci ławy z brzozowym polanem po jednej stronie, które po dłuższej chwili zidentyfikowałam jako łóżko i poduszkę.

– Brakuje mi tylko deski zamiast kołdry! I to ma być pokój dla gości?! Specjalnie, żeby się nie zasiedzieli, czy raczej nie zależeli?

– No co też pani, panno wiedźmo, mistrzowie wyświadczyli pani ogromny honor! – odparł Tiwal. – Do tych cel bracia udają się, kiedy pragną uciec od pełnego pokus świata, pogrążyć się w modlitwie oraz rozmyślaniach o wieczności.

– A jeśli ja mam inne wartości życiowe?

– No dobrze, zaraz przyniosę pani poduszkę i siennik – westchnął giermek z rezygnacją, odwracając się w kierunku trzystustopniowej dziury.

Metodą losowania wybrałam jedną z cel, podniosłam z podłogi torby (jedna zawierała mój dobytek, a druga eliksiry, kilka książek i niespójne strzępy notatek podróżnych, które w przyszłości miały zmienić się w dysertację) i wciągnęłam je do środka. Z pojedynczego okna rozciągał się dosyć smętny widok na wewnętrzne dziedzińce, plac do ćwiczeń oraz mury obronne z kawałkiem nieba. Dziwne, skoro do wierzchołka wieży rzekomo pozostało tylko pięćdziesiąt schodków, to jakim cudem miałabym zobaczyć stamtąd coś ciekawszego? A może każdy stopień był wysokości człowieka?!

Zaczęłam od opukania ścian – oczywiście nie wszystkich, a tylko najbardziej podejrzanych kamyczków. Z niezadowoleniem podmuchałam na bolące kostki i zdecydowałam, że nie ma sensu marnować czasu i palców, po czym nałożyłam na ściany zaklęcie cementujące. Niechaj ten ich upiór teraz postoi w tym swoim tajemnym przejściu, próbując otworzyć zaklinowane drzwi!

Giermek wrócił podejrzanie szybko, jak gdyby leciał na dół galopem, a na górę towarzyszył mu depczący po piętach upiór. Pościeliłam łóżko i szczodrym gestem zaproponowałam chłopakowi polano („podłożysz pod głowę dwa na raz, będzie bardziej miękko!”), ale on ze skrępowaniem przyznał, że z niewiadomego powodu na razie nie nawiedzały go myśli o wieczności, więc dla siebie również przyniósł koc.

– Panno wiedźmo, a co będziemy teraz robili? – nie wytrzymał, widząc brak jakichkolwiek śladów przygotowań do łapania upiora.

Ja tymczasem zdążyłam zrzucić buty oraz rozciągnąć się na leżącym na łóżku kocu, więc teraz tylko z niezadowoleniem spojrzałam na Tiwala jednym okiem.

– Osobiście mam zamiar się przespać. Więc bądź tak miły i idź sobie stąd, tylko nie zapomnij zamknąć drzwi.

– A co z upiorem?! – chłopak zdębiał.

– Jeśli na niego wpadniesz to poproś, żeby zgłosił się do mnie za parę godzin.

– Ale...

– Słuchaj – powiedziałam, starając się zachować cierpliwość. – Wczoraj miałam bardzo ciężki dzień we wsi, ogarniętej krowim pomorem. W nocy z jakiegoś powodu nie spodobałam się stadu leśnych raskwyrów, a do obiadu trzęsłam się w siodle, tak więc w chwili obecnej absolutnie nie mam nastroju na uganianie się za waszym bezczelnym szkieletem. Więc do rana masz wolne.

– Do rana?! Przecież do zmroku jeszcze daleko!

– Cieszy mnie to bardzo, akurat zdążę odespać obie noce, tę i poprzednią.

Giermek pokręcił się dookoła łóżka, powzdychał z wyrzutem, ale nie zdecydował się nalegać.

* * *

Koło północy cichutko otworzyłam drzwi i rozejrzałam się. Aha, uwierzył! I chrapie w sąsiedniej celi tak, że nawet przez ścianę słychać. Pod żadnym pozorem nie miałam w planach zabierania dzieciaka na polowanie – osłanianie go wymagałoby znacznie więcej wysiłku niż wyniosłyby ewentualne korzyści, a na dodatek mógł wrzasnąć w jakiejś nieodpowiedniej chwili.

Wzięłam ze sobą jedynie parę amuletów. Co prawda przydałby się też miecz... ale czego nie ma, tego nie ma. Zresztą, przeciwko duchowi i tak niewiele by pomógł.

Oczywiście upiorowi nawet do głowy nie przyszło kręcić się pod moimi drzwiami. Po skonstatowaniu tego smutnego faktu zeszłam na drugie piętro. Niekończący się korytarz prowadził na prawo i na lewo, widziałam czarne dziury bocznych odnóg na przemian z plamami światła dookoła pochodni na ścianach. Syczenie ognia nadawało i bez tego przytłaczającej nocnej ciszy szczególnie złowieszczy posmak.

Uznałam, że na początek po prostu przespaceruję się po korytarzu tam i z powrotem, nigdzie nie skręcając. Jeżeli biegł on po obwodzie całego zamku, zamykając się w pierścień, to tym lepiej. Gdzieś na tym piętrze powinny chodzić dwa pięcioosobowe patrole rycerskie, ale biorąc pod uwagę rozmiary Kruczych Szponów przez całą noc mogli nie spotkać ani mnie, ani siebie nawzajem. Jak widać, upiorowi również zupełnie nie przeszkadzali.

Buty na skórzanej podeszwie pozwalały mi poruszać się po kamiennej podłodze praktycznie bezgłośnie i wyraźnie słyszeć każdy obcy dźwięk. W cieniach szurały i popiskiwały niewidoczne szczury, wył wiatr wpadający przez nieszczelne okna. Raz usłyszałam tak samo ostrożne kroki gdzieś za plecami, nawet zatrzymałam się i zaczęłam nasłuchiwać, ale chyba było to złudzenie. Za to po lewej stronie zauważyłam drzwi z prostą runą, zrozumiałą nawet dla niepiśmiennych. Napis pod nią, wykonany znanym mi schludnym pismem głosił: „Wyłącznie dla mistrzów”.

„No patrz, jak znalazł” – pomyślałam złośliwie. Tytuł bakałarza IV stopnia z magii bojowej otrzymałam niedawno, poprzedniej zimy i jeszcze nie zdążyłam do końca wypróbować wszystkich należnych z tego tytułu korzyści. W szczególności takich jak możliwość skorzystania z wewnętrznej wygódki zamku rycerskiego. Zresztą, kto powiedział, że w przeciwnym wypadku bym z niej nie skorzystała?! Poszukiwania upiora, szczególnie zakończone powodzeniem, to sprawa nerwowa i skomplikowana, więc nie zaszkodzi przedtem...

Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się, stwierdzając, że pomieszczenie jest do mojej wyłącznej dyspozycji – upiór pewnie wymusił na mistrzach pośpieszne nabycie nocników. Wewnątrz dostrzegłam cztery drewniane kabinki wzdłuż dalszej ściany, umywalkę ze stojącym pod nią wiadrem i dwa wpół wypalone łuczywa w podstawkach. Poczułam się roztkliwiona tak niesłychanym komfortem i ruszyłam w kierunku najbliższej kabinki. Jednak nie zdążyłam zrobić nawet dziesięciu kroków, gdy ze zdumieniem stwierdziłam, że już nie idę, tylko lecę i to gdzieś w dół z przerażającą prędkością.

Zaklęcie lewitacji zastosowałam zupełnie odruchowo, tak jak kot wykręca się w powietrzu, kiedy ześlizgnie się z dachu. Problem polegał na tym, że w nocy działało ono wyłącznie nekromantom, a magowie żywiołów, tacy jak ja... ale nie skończyłam tej myśli.

Podziałało.

Zawisłam w powietrzu w pozycji na wpół leżącej z nogami w górze i z kołaczącym sercem wyciągnęłam rękę, by pomacać zimne kocie łby. Do ziemi zostało nie więcej niż półtora łokcia. Mmmamusiu... Desperacko przełknęłam ślinę, wyszłam ze stanu skupienia i solidnie grzmotnęłam łopatkami o kamienie. No cóż, mogło być gorzej...

Powietrze powoli wracało do płuc, a oczy stopniowo przyzwyczajały się do mroku. Chyba spadłam na jeden z wewnętrznych dziedzińców zamkowych – malutki zakątek między wysokimi ścianami i pojedynczymi drzwiami, wzmocnionymi okuciami z żelaza. Na środeczku dziedzińca bujnie i aromatycznie kwitła karmazynowa elfia śliwa, a obok niej pluskała malutka fontanna, przy której stała ławeczka. Zamkowy mur jak wszędzie oplatał wszędobylski bluszcz.

Nade mną – jakieś pięć sążni, nie mniej – czerniała spory prostokątny otwór. Podziwiałam go około minuty, nijak nie mogąc zebrać się w sobie i chociażby usiąść, nie wspominając nawet o przyjęciu godniejszej pozycji. Trzeba przyznać, że do kabinki szłam dosyć beztrosko – w końcu, kto spodziewałby się pułapki w takim miejscu? – ale jednak nie aż tak, by w świetle pochodni nie zauważyć gigantycznej dziury w podłodze. Może nadepnęłam na jakąś ukrytą sprężynę?

Nagle z góry doleciał paskudny zgrzyt. Dziura zaczęła powoli się zamykać, jak gdyby z niemałym wysiłkiem zasłaniana ciężką pokrywą. Sprężyna sprężyną, ale ktoś tam właśnie przywracał podłogę do poprzedniego stanu, nie śpiesząc się do składania wyrazów współczucia pod adresem leżącego na dole ciała. Wręcz przeciwnie, na górze coś podejrzanie załomotało, głucho i złowieszczo, jak gdyby w kierunku dziury toczył się gigantyczny kamień. Myśl ta momentalnie postawiła mnie na nogi, a raczej na czworaki. Nie próbując osiągnąć nic ponad to, rześko odpełzłam na środek dziedzińca. I samą porę – na miejsce, gdzie przed chwilą leżałam, zleciała... nie, żaden głaz, tylko płonąca pochodnia, która dokładnie oświetliła ziemię pod dziurą.

Wstrzymałam oddech, ale tajemniczy zamachowiec zachował swoje emocje dla siebie. Płyta ze szczękiem wpasowała się we właściwe miejsce i zapanowała cisza.

Po paru minutach wahania zawróciłam i podniosłam pochodnię. Wyglądała na całkiem świeżą – nasączona szmata na końcu nie zdążyła nawet zczernieć i płomień radośnie otulił ją ze wszystkich stron. Pewnie zapalono ją od płonącego w wychodku łuczywa i natychmiast zrzucono na dół. Ciekawe kto wpadł na to, by chodzić po zamku z zapasową, jeżeli na każdym rogu można było wziąć którąś z miejscowych?

Zerknęłam w górę i ponownie wymruczałam zaklęcie lewitacji. Bez skutku. Strach to potężna siła, innego wytłumaczenia nie widziałam. Ale tak czy siak nikt nie wpuściłby mnie z powrotem. Nie żebym nie chciała z oburzonym okrzykiem „Hej, no co to za głupie dowcipy?!” załomotać w kamienną płytę pięścią, a rano posłuchać, który z rycerzy się jąka...

Opuściłam pochodnię i ruszyłam w kierunku furtki, gdzie czekało mnie kolejne rozczarowanie. Drzwi były zamknięte. Pociągnęłam za pierścień, ale na zewnątrz nieprzekupnie brzęknęła żelazna zasuwa. Dobrze radziłam sobie z haczykami, lekkimi zatrzaskami, a nawet z kłódkami, ale ten ciężki kawałek metalu coś blokowało i nawet magia nie mogła sobie z tym poradzić, musiałabym chyba wyważyć całe drzwi.

Nie bardzo mi się uśmiechało rozwiązywać problem w tak radykalny sposób, a już tym bardziej wyjaśniać rycerzom, którzy niechybnie zbiegliby się na hałas, jak tu trafiłam. Oczywiście mogłabym otworzyć teleport, by przejść przez drzwi, ale kto mógł zaręczyć, że po drugiej stronie tego muru nie ma kolejnego identycznego dziedzińca, również z furtą zamknięta na głucho? Teleportacja zresztą też była zaklęciem raczej dziennym i w nocy dałabym radę rzucić je tylko dwa albo trzy razy. Z żalem spojrzałam w górę, gdzie na trzecim piętrze kusząco kiwało do mnie otwarte okno. W sumie to nawet nie tak wysoko, jakieś osiem sążni. Na pewno bliżej niż tymi przeklętymi schodami.

Pociągnęłam bluszcz obiema rękami. Wydawał się mocny. Węźlasty pień u nasady nie był dużo cieńszy od młodego drzewa, składał się z kilku zrośniętych ze sobą pnączy, które na wysokości mej twarzy rozchodziły się na różne strony.

Zastanowiłam się, czy nie zabrać pochodni ze sobą na górę, ale musiałabym ją chyba nieść w zębach, ryzykując wywichnięcie szczęki – do włażenia potrzebowałam wszystkich czterech kończyn. Po chwili namysłu zgasiłam płomień w fontannie, wcisnęłam drzewce w kąt pod ławeczką i rozpoczęłam wspinaczkę. Szło całkiem nieźle, choć miałam duszę na ramieniu. Bluszcz wydawał się solidnie wrośnięty w ceglany mur, a giętkie gałązki przeplatały się tak mocno i gęsto, że z trudem udawało mi się wsadzić pomiędzy nie czubek buta. Ale jak już znalazłam miejsce na stopę, stałam równie pewnie jak na drabinie. Najważniejsze: nie patrzeć w dół.

Do pierwszego piętra dotarłam szybko i bez przygód. Pozostawało drugie, najkrótsze, czy raczej najniższe. Przeniosłam się bliżej ciągu okien, wygodnie postawiłam nogę na brzegu parapetu drugiego piętra i stanęłam, by trochę odpocząć, gdy nagle w głębi pokoju dostrzegłam słaby płomyk – chyba świecy albo łuczywa. Pisk, który usłyszałam natychmiast potem, prawie wysłał mnie z powrotem na dół. Mocniej chwyciłam za pnącza, zajrzałam przez okno i zobaczyłam grubą babę w białej nocnej koszuli, zastygłą na środku pokoju z nadgryzionym baranim udźcem we włochatej ręce. Baba chyba dostrzegła mnie nieco wcześniej...

Nawet nie zdążyłam się zdziwić, że widzę w zamku inną kobietę, kiedy udało mi się rozpoznać w babsku wielkiego mistrza – przykład świętości, ascetyzmu i wierności ślubom – który, jak widać na załączonym obrazku, pracowicie umartwiał ciało nie tylko swoje, ale również baranie.

Z braku lepszych pomysłów uprzejmie pomachałam mu ręką i ruszyłam dalej.

Pisk rozbrzmiał ponownie, na korytarzu załomotały czyjeś kroki, ale brzuchem już leżałam na parapecie, po czym ciężko spadłam na podłogę w moim pokoju. Czym prędzej się pozbierałam, złapałam oddech i cicho zamknęłam okno. Oj, psi ghyr, lepiej bym faktycznie zrobiła nie wyłażąc z łóżka!

Panika trwała przez jeszcze przynajmniej dwie godziny, a nawet po jej ustaniu w całym zamku do rana trzaskały drzwi. Oczywiście w tak nerwowej atmosferze upiór odmówił ukazania się. Na wszelki wypadek poczekałam do świtu, a następnie z czystym sumieniem padłam na łóżko i spróbowałam kontemplować wieczność. Niestety, skandalicznie szybko zasnęłam.

* * *

Śniadanie w przybytku gościnnego Fenduła składało się z chleba i soli, przy czym kromki wyglądały jakby święty własnoręcznie ukroił je za czasów swojej młodości. Ale za to strawa duchowa była na poziomie! Wielki mistrz stał na środku jadalni z rękoma wzniesionymi ku sufitowi i z natchnieniem prawił:

– Bracia moi, słuchajcie i drżyjcie, bo w nocy odwiedził mnie upiór! Unosił się za oknem, ale nie miał mocy, by przekroczyć stojący na parapecie relikwiarz z zębem świętego Fenduła i tylko pozostawił na nim odcisk swojego kopyta!

Rycerze z okrzykami zdumienia przekazywali z rąk do rąk wspomniany relikwiarz. Hm, a ja w ciemności wzięłam go za skrzynkę na kwiaty...

– Panno wiedźmo... – Tiwal z widocznym wysiłkiem przeżuł i przełknął kawałek suchego chleba, możliwie szybko popijając go wodą. – Czy pani naprawdę nic nie słyszała?

Lekko wzruszyłam ramionami, zawijając swoją porcję w chustkę i pakując do kieszeni. Miałam nadzieję, że Smołka będzie mogła spożyć szczodry dar Fenduła z mniejszą szkodą dla zębów i żołądka niż ja.

– I nigdzie pani nie wychodziła? – ciągnął chłopak ostrożnie, nie spuszczając oczu z mojej twarzy.

– Tylko do toalety – przyznałam uczciwie. – Czemu pytasz?

– Przecież gdyby miała pani pójść gdzieś jeszcze, to by mnie pani ze sobą zabrała, prawda? – kontynuował namolnie.

– Oczywiście – podniosłam się z miejsca. – I uprzedzam, właśnie wybieram się na cmentarz.

– Po co?! – zachłysnął się giermek.

– Pogrzebać swoje marzenia o śniadaniu – odparłam, ruszając do drzwi. – Możesz zebrać jego smętne resztki i dołączyć do konduktu!

 

 

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: wydawnictwo@papierowyksiezyc.pl

www.papierowyksiezyc.pl