Wakacje z truchłami - Iwona Banach - ebook + książka

Wakacje z truchłami ebook

Iwona Banach

3,6

Opis

Na terenie utworzonego przez pewną pasjonatkę kryminałów Prywatnego Parku Zbrodni, dochodzi do morderstwa. Tymczasem nieopodal odbywa się zlot blogerek. Dwie przyjechały na organizowane tam warsztaty z jasnym celem: chcą stworzyć mroczny portal o krwawych morderstwach i zarobić na nim wielkie pieniędze. Na czas trwania zlotu zatrzymują się u ciotecznej babki jednej z nich, pani co najmniej specyficznej, która wszędzie widzi zjawiska nadprzyrodzone i energicznie je tępi z obawy o swoje życie.

Iwona Banach ma ten sam dar, który miała Joanna Chmielewska. Rozmiesza czytelnika od pierwszej do ostatniej strony jej powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (20 ocen)
6
6
4
3
1
Sortuj według:
mamczysko

Dobrze spędzony czas

czytałam zabawniejsze tej pisarki
00
Danjak

Całkiem niezła

Ta pisarka ma lepsze książki w swoim dorobku
00
Katjusza1a7

Nie oderwiesz się od lektury

super historia
00

Popularność




Waka­cje z tru­chłami

Las był ciemny, ale z daleka prze­dzie­rały się pobły­ski świa­tła albo świa­teł. Okrzyki, jakieś głosy. Coś się działo. I to coś nie było dobre.

Gdzieś szcze­kały psy.

Sły­chać było szczęk jakie­goś żela­stwa.

Noc roz­no­siła odgłosy po oko­licz­nych polach tak, że nie było wia­domo, skąd nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo. Wia­domo było tylko, że się zbliża. Moż­liwe, że nad­cho­dziło zewsząd. Było pewne, że to miej­sce nie jest bez­pieczne. Może ni­gdy nie było.

– I co my teraz zro­bimy?

– Musimy się ukryć. Na długo, może na bar­dzo długo, ale kie­dyś wró­cimy i odbie­rzemy to, co nam się należy.

– Ale jak?

Ubrana na czarno postać uci­szyła ręką szepty.

– Zapa­mię­taj­cie. Maje­ra­nek, łopian, cha­ber, a potem senes i wer­bena, to ważne. To tylko część. Reszta jest pod kro­pi­dłem. Zapa­mię­ta­cie? Posta­raj­cie się! Teraz musimy ucie­kać.

Trza­snęła jakaś gałąź.

– Idą po nas…

– To ma być senes czy sedes?

– Senes! Jesz­cze ktoś nas usły­szy…

Las tonął w ciem­no­ściach i mgle. A może to nie była mgła, tylko dym?

Wszy­scy rozej­rzeli się dookoła, ale w tych warun­kach nie było szans zoba­czyć cze­go­kol­wiek, a już z pew­no­ścią kogo­kol­wiek.

Ktoś jed­nak tam był. Sły­szał. Słu­chał… To, co się tu działo, było ważne. Kil­ka­krot­nie powtó­rzył usły­szaną infor­ma­cję. Liczył, że przy­nie­sie mu for­tunę.

– Maje­ra­nek, łopian, cha­ber, senes i wer­bena, kro­pi­dło – powta­rzał cichym gło­sem, odda­la­jąc się z miej­sca, które z chwili na chwilę sta­wało się coraz bar­dziej nie­bez­pieczne. – Maje­ra­nek, łopian, cha­ber, senes i wer­bena, kro­pi­dło. – Na­dal jed­nak nie był pewny, czy cho­dziło o senes czy sedes? I co z tym kro­pi­dłem? Moż­liwe, że trzeba zro­bić jakiś płyn… Napar… Nalewkę. A sedes to prze­cież coś z łaciny, od sie­dze­nia, więc może należy nim nacie­rać pośladki?

Nie był jedyną osobą, która sły­szała i widziała, co się działo. Ktoś nawet zapi­sał co waż­niej­sze słowa. Nie­stety, nie było zbyt dobrze sły­chać.

Wiedźmy, bo to na pewno były wiedźmy, szep­tały, prze­ka­zy­wały sobie tajemne for­muły, knuły…

Nie tań­czyły nago przy księ­życu, tym razem ucie­kały.

A potem nastą­pił arma­ge­don.

Na park peni­sów nie zgo­dził się pro­boszcz, ale w sumie to i tak nie miało więk­szego zna­cze­nia. Nawet nie musiała pytać. Odkąd teren nale­żał do niej, nikomu nie musiała się tłu­ma­czyć z tego, co zamie­rza tam zro­bić. Kło­pot był zupeł­nie gdzieś indziej. Arty­ści… Oni nie chcieli rzeź­bić peni­sów, a prze­cież jak ina­czej miała je zdo­być? Piękne, arty­stycz­nie wyko­nane penisy nie walają się po uli­cach, nie­stety.

Kiedy prze­czy­tała w jed­nej z bul­wa­ró­wek o Haesin­dang, kore­ań­skim parku, który przy­ciąga tłumy tury­stów, zdała sobie sprawę, że to jest genialny pomysł na zaro­bek, i to taki, który nie będzie wyma­gał wiel­kich nakła­dów. Wystar­czy­łoby tro­chę peni­so­po­dob­nych rzeźb i jakaś legenda, zresztą bez legendy też by jakoś prze­szło.

Jed­nak zna­le­zie­nie kogoś, kto wyrzeźbi penisa wiel­kiego jak pół domu i nie zażąda za to milio­nów zło­tó­wek, oka­zało się nie­moż­liwe. A potrzeba było tych rzeźb co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt. I, nie­stety, nie mogły być z pla­stiku.

Już sobie wyobra­żała penisy kamienne, mar­mu­rowe, spi­żowe, w osta­tecz­no­ści drew­niane albo choć gip­sowe, ale… No cóż, takie były poni­żej god­no­ści arty­stów. I choć ta ich god­ność nie miała dla niej naj­mniej­szego zna­cze­nia, to jed­nak pro­jekt upadł.

Może to była rze­czy­wi­ście za mała wieś na takie atrak­cje? Tak przy­naj­mniej twier­dzili wta­jem­ni­czeni miesz­kańcy. A może nie­po­trzeb­nie ich po pro­stu wta­jem­ni­czała w ten pro­jekt?

Już sprze­daż tego terenu nie każ­demu się na wsi podo­bała. Nato­miast pomysł, by zało­żyć tu park roz­rywki, wywo­łał ogromne poru­sze­nie, zie­mia się nie­mal zatrzę­sła. No, ale ludzie, jak to ludzie, zawsze gadają. Nie miała zamiaru się tym przej­mo­wać.

Na próżno tłu­ma­czyła, że atrak­cje nie są dla wsi, ale dla reszty świata, i z pew­no­ścią przy­niosą wio­sce i sławę, i pie­nią­dze. Ale stare baby i młode dewotki, wielce obra­żeni arty­ści, któ­rych śmiała spro­wa­dzić do roli wytwór­ców taniej por­no­gra­fii, oraz pro­boszcz powie­dzieli sta­now­cze „nie”. Pomysł upadł, lecz ziarno zostało zasiane.

Mie­tek wra­cał do domu nad ranem upa­lony i pijany, jak co noc po wypła­cie, a że pra­co­wał doryw­czo i wypłaty też były doryw­cze, to zda­rzało mu się to czę­sto.

Tym razem impre­zo­wał z turyst­kami, z dziew­czy­nami, co dla niego było rzad­ko­ścią. To zna­czy może tak bar­dzo nie impre­zo­wał, tylko dołą­czył do nich i tro­chę się u nich zasie­dział. Było ogni­sko i oczy­wi­ście stada koma­rów. Jemu nie prze­szka­dzały, ale turyst­kom dobrze dały w kość, szcze­gól­nie tym, które prze­sa­dziły i padły w boju. Nie że zaraz bar­dzo padły, tylko tro­chę.

Z powodu zawro­tów głowy Miet­kowi droga się dłu­żyła, ale w końcu dotarł do furtki i wszedł na zachwasz­czoną dróżkę. Kop­nął dziu­rawy gar­nek, pokle­pał kro­ko­dyla, który wyło­nił się z asfal­to­wej rzeczki w sadzie, zjadł kilka kana­pek rosną­cych na krzaku przed domem, wes­tchnął, otwo­rzył drzwi i już miał wejść do kuchni, kiedy zoba­czył kobietę leżącą pod sto­łem.

– Szlag mnie zaraz trafi! Co on dodał do tego ziel­ska? Takich efek­tów jesz­cze nie mia­łem – poskar­żył się nie­ist­nie­ją­cym sąsia­dom, pomam­ro­tał tro­chę do sie­bie i poszedł się poło­żyć.

Wyima­gi­no­wane kanapki nie wystar­czyły na długo, więc po godzi­nie wstał, wygrze­bał z lodówki kawa­łek zeschłej, ale – jak sądził – jesz­cze jadal­nej pasz­te­to­wej, dwa jajka, cebulę, śmie­tanę z lekko tylko widocz­nym śla­dem ple­śni i kaszankę. Wrzu­cił to wszystko na patel­nię. Wyło­wił sko­rupki jaj, zamie­szał i zaczął jeść pro­sto z patelni. Po chwili jed­nak włą­czył gaz. Z chle­baka wycią­gnął kilka kro­mek nie­zbyt świe­żego chleba.

Zamy­ślił się nad świa­tem. To tro­chę trwało.

Kiedy maź na patelni lekko już się przy­pa­lała, znów się­gnął po łyżkę i zaczął jeść.

Danie nie nale­żało do luk­su­so­wych, ale było, ist­niało, co w takich chwi­lach miało kolo­salne zna­cze­nie, bo po mie­szance prze­róż­nych spe­cy­fi­ków i wypa­le­niu spo­rej ilo­ści zioła zawsze był tak głodny, że zjadłby wszystko, nie wyłą­cza­jąc kociej karmy.

Tyle że się skoń­czyła.

Mru­sia zaopa­trzyła go w trzy zde­chłe myszy, które leżały jak wyrzut sumie­nia na kuchen­nym stole, ale nie był w sta­nie ich zjeść. Zna­czyło to tylko tyle, że karmy nie ma już od kilku dni i Mru­sia musi radzić sobie sama, co zawsze robiła nie­chęt­nie.

Zigno­ro­wał to, że Mru­sia nie żyje już co naj­mniej tak długo jak jego matka i że karmy nie kupo­wał w ogóle.

Myszy nie zro­biły na nim wra­że­nia.

Wes­tchnął z rezy­gna­cją, wyli­zał patel­nię i wró­cił do łóżka, po dro­dze ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na kobietę pod sto­łem.

Na­dal tam leżała.

Mimo wszystko, z domieszką czy bez, towar pierw­sza klasa!

O ile park peni­sów jako pomysł na zaro­bek padł, o tyle sam pomysł zało­że­nia parku pozo­stał. Oczy­wi­ście, park jako taki nie jest miej­scem, na któ­rym da się zaro­bić, bo mało kto kupuje bilety do parku, i to na wsi. Par­ków w Pol­sce jest sporo i nie są czymś nad­zwy­czaj­nym nawet w mia­stach, a cóż dopiero na wsi, gdzie cała miej­sco­wość jest wła­ści­wie par­kiem. Oczy­wi­ście w poję­ciu ogól­nym, czyli drzewa, krzaki, alejki, ławki, może też kilka sto­łów pik­ni­ko­wych i coś szem­rzą­cego… Lep­sze parki mają ponadto dzi­waczne rzeźby, fon­tanny, jakieś domki gotyc­kie czy inne świą­ty­nie Sybilli, jak park Czar­to­ry­skich w Puła­wach. Ale i to nie wystar­czy.

Nie tu, nie teraz i nie za takie pie­nią­dze, o jakich marzyła. Na swoim dość spo­rym tere­nie chciała urzą­dzić park, który przy­nie­sie jej i sławę, i pie­nią­dze. Mówi się „wielka sława to żart”, ale nie, to nie jest prawda! Wielka sława to wiel­kie pie­nią­dze! Tak jak z tym par­kiem peni­sów – był tak sławny, że cią­gnęli tam ludzie z całego świata! I na pewno kupo­wali bilety wstępu. Wszy­scy jak jeden mąż.

No, ale penisy już prze­pa­dły, lecz idea pozo­stała.

Zasta­na­wiała się, co by mogło być rów­nie fascy­nu­jące jak penisy.

Na pewno nie sztuka. To już nie te czasy. Teraz sztuka jest bar­dziej dla sno­bów. A więc co? Co się sprze­daje jak świeże bułeczki? O czym się mówi? Co jest na pierw­szych stro­nach gazet albo w zajaw­kach pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych?

Oczy­wi­ście zbrod­nia!

I tak wła­śnie powstał Park Zbrodni. Pry­watny Park Zbrodni. Pierw­szy i jedyny w Pol­sce, a może i na świe­cie. Pry­watny Park Zbrodni.

Mie­tek obu­dził się rano ska­co­wany, roze­dr­gany i chory. Świe­żość pasz­te­to­wej albo kaszanki, nie pierw­sza ani nie druga, a może nawet zde­cy­do­wa­nie ostat­nia, dała mu się we znaki. Nie­wy­klu­czone też, że połą­cze­nie tych świe­żo­ści z kanap­kami z krzaka przed domem, które oka­zały się owo­cami śnie­gu­liczki i były nieco tru­jące, spo­wo­do­wały, że się pocho­ro­wał.

W zasa­dzie był do tego przy­zwy­cza­jony, toteż nie prze­jął się tym za bar­dzo. Tylko się tro­chę wku­rzył na koguty, które ośmie­liły się obu­dzić go tak wcze­śnie. Było chyba około jede­na­stej.

Nie­zbyt przy­jaź­nie nasta­wiony do świata, wyj­rzał przez okno. Asfal­towa rzeczka w ogro­dzie już znik­nęła, kro­ko­dyla też nie było. Polazł do kuchni. Myszy, które wywa­lił wie­czo­rem do śmiet­nika, znów leżały na stole. Prze­szedł do pokoju i zasiadł przed tele­wi­zo­rem z butelką wody w ręku.

Zasta­na­wiał się, co mógłby zjeść na śnia­da­nie albo raczej co wypić, by coś pora­dzić na kaca, ale nic nie zna­lazł.

Kobieta na­dal leżała pod sto­łem i teraz pomy­ślał, że może to wcale nie taki znowu dobry towar, tylko zwłoki Pako­sio­wej jakoś się do niego przy­wle­kły i teraz leżą bez sensu nie tam, gdzie powinny.

Nie było to dla niego nawet prze­ra­ża­jące, wię­cej, natych­miast wyczuł oka­zję, by tro­chę na tym zaro­bić. To pozwo­li­łoby mu prze­trwać ten dzień, a może i ura­czyć się na noc.

Mie­tek nie miał wiel­kich ambi­cji. Żył i to mu wystar­czało. Póki żyła jesz­cze jego matka, usi­ło­wał mieć jakieś plany i ambi­cje, z reguły były to jej ambi­cje. Robił, co mu kazała, cza­sami nawet coś sen­sow­nego, no i nie­raz się mył i cze­sał, a teraz zupeł­nie nie miał na to ochoty.

Wstał sprzed tele­wi­zora, prze­cze­sał czu­prynę pal­cami, omi­nął zwłoki sze­ro­kim łukiem, wpadł do łazienki, zawle­czony tam przez wła­sny żołą­dek, który przez jakiś czas nie pozwa­lał mu się stam­tąd odda­lić, i posta­no­wił iść jak naj­szyb­ciej sfi­na­li­zo­wać sprawę zwłok Pako­sio­wej, a potem – zaopa­trzony w kil­ka­na­ście, może kil­ka­dzie­siąt zło­tych – udać się za naj­bliż­szy poste­ru­nek poli­cji, gdzie znaj­do­wała się sta­cja ben­zy­nowa i można było zaku­pić coś z pro­cen­tami. Jak naj­szyb­ciej…

– Prze­bąki są, że pój­dzie ten kon­kurs – powie­działa Aure­lia. – Podobno facet od castin­gów już buszuje w sieci, ale to ma być naj­pierw gru­powo. Potem dopiero będzie dziew­czyny wybie­rał. Wie­cie, jaki zapo­wiada się szał?! Wszyst­kie pin­dzie się posrają, a ta, która zwy­cięży, to nor­mal­nie utopi się w szam­pa­nie i będzie srała dola­rami.

Kon­kurs na Miss Insta­grama był legendą. Ta legenda krą­żyła od lat i raczej nie miała wiele wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią, ale wiele dziew­czyn się na nią łapało, wiele marzyło, a były i takie, które wie­rzyły w nią niczym w prawdę obja­wioną.

Znane są legendy wiej­skie, te od kra­sno­lud­ków i cało­wa­nia żab, by prze­mie­nić je w ksią­żęta prze­cud­nej urody, z kasą i posia­dło­ściami. I to w zasa­dzie bywa prawdą, bo jeśli ktoś ma kasę i posia­dło­ści, od razu wydaje się dziew­czy­nom księ­ciem, nawet gdy ma wul­kany prysz­czy na twa­rzy i budyń zamiast mię­śni na brzu­chu. Są też legendy miej­skie, te z czarną wołgą i kro­ko­dy­lem wyła­żą­cym z muszli klo­ze­to­wej na war­szaw­skim Ursy­no­wie. Krąży też wiele legend sie­cio­wych. O ludziach roz­da­ją­cych miliony przy­pad­ko­wym użyt­kow­ni­kom inter­netu albo o karie­rach z YouTube’a. O kuzy­nie z Nige­rii, który zmarł przed wła­sną śmier­cią i ma takie samo imię, dla­tego praw­nik albo bari­sta z tejże Nige­rii ma dla kogoś miliardy. Ludzie wie­rzą i nawet się na to łapią.

Legenda o szy­ku­ją­cym się kon­kur­sie na Miss Insta­grama krą­żyła od dawna. Ten kon­kurs elek­try­zo­wał, kusił i wywo­ły­wał skrajne emo­cje. Wszy­scy wie­dzieli, że ma być, że się szy­kuje, że będzie, wie­dzieli też oczy­wi­ście, że mogła to być zwy­kła plotka, tyle że na takie plotki dobrze jest być przy­go­to­wa­nym. W sieci są miliardy zdjęć dziew­czyn, które pra­gną być zauwa­żone.

Aby zwięk­szyć swoje szanse, trzeba jed­nak coś zro­bić.

Takiej oka­zji nie można prze­ga­pić. To by było straszne, wręcz kary­godne! Żeby więc jakoś w to wejść, nie­które dziew­czyny posta­no­wiły stwo­rzyć grupę. To nic nie kosz­tuje. Żadna wpraw­dzie nie wie­działa, do czego taka grupa jest potrzebna, ale wszyst­kie były prze­ko­nane, że taka potrzeba rze­czy­wi­ście ist­nieje.

Dziew­czyny w gru­pie mogły się też lepiej pro­mo­wać. Razem miały więk­sze szanse, przy­naj­mniej na pierw­szym eta­pie, bo potem to już wia­domo… Każda liczyła na wię­cej, każda wie­rzyła, że jest tą jedyną. Naj­mniej szans miała chyba Kalina, ale ona potra­fiła pomóc innym dziew­czy­nom, jakoś je zor­ga­ni­zo­wać, co na tym eta­pie było naj­waż­niej­sze. Już rekru­ta­cja poka­zała, że nada­wała się do tego ide­al­nie.

– Kaśki z nami nie będzie? – zapy­tała Aurelka tro­chę zdzi­wiona, a Kalina tylko wzru­szyła ramio­nami i powie­działa:

– Wypa­dła za majo­nez, a Monika za flaczki po zamoj­sku. Nie mogłam się na to zgo­dzić, chyba wia­domo, nie? Mamy być naj­lep­sze! Nie śmie­ciowe!

Żadna z dziew­czyn nie zare­ago­wała obrazą, bo to było oczy­wi­ste. Majo­nez? Prze­cież majo­nez jest syno­ni­mem bez­gu­ścia, a flacz­ków nawet po zamoj­sku nie jada się na salo­nach.

– A ta Danka? Przez co odpa­dła?

– Przez lakiery do pod­łóg. – Kalina wzru­szyła ramio­nami po raz kolejny, potem pokrę­ciła głową, zro­biła skrzy­wioną minę i rzu­ciła: – Czy to tak trudno zro­zu­mieć, że nie roz­drab­niamy się na pier­doły?! Żadne ter­mo­mixy, majo­nezy i inne gówna. Jeste­śmy model­kami! Rozu­mie­cie?! To ma być nasza działka! Jak to wygląda, żeby ktoś, kto się zaj­muje czymś takim na poważ­nie, odwa­lał posty z takim gów­nem?! Rozu­mie­cie, prawda?

Począt­kowo myślały, że liczy się tylko wygląd, ale Kalina im uświa­do­miła, że jest ina­czej.

I miała rację.

– Pasz­tet wam urody nie doda, rozu­mie­cie? Ani kaszanka!

Jasne, że rozu­miały. I dla­tego wła­śnie szy­ko­wały się na pry­watne zgru­po­wa­nie mode­lek, choć nie było to takie pro­ste, bo wszystko orga­ni­zo­wały sobie same. Grupę też zało­żyły same i same zamie­rzały jakoś to pocią­gnąć i jesz­cze tro­chę na tym zaro­bić. Pew­nie, że nie teraz, póź­niej. W osta­tecz­nym roz­li­cze­niu każ­dej pra­wie dzia­łal­no­ści bły­ska na hory­zon­cie kasa, choć nie każ­demu udaje się do niej dobrać.

– A cia­ło­po­zy­tyw­ność przej­dzie, czy też wypada? – zary­zy­ko­wała pyta­nie Saman­tha.

Zdę­biały.

Saman­tha miała tak naprawdę na imię Cze­sława i usi­ło­wała zaist­nieć na Insta­gra­mie jako Tsche­sWaVa, ale zupeł­nie jej to nie wycho­dziło. Jak tylko ktoś prze­czy­tał na głos jej nick, od razu wyła­py­wał pro­blem i leciało: „Co u cie­bie, Cześka” albo „Jak leci, Cze­sławo” – nie­na­wi­dziła tego. Nie­na­wi­dziła! To imię było dla niej traumą i zaświad­cze­niem, że jej matka chciała ją skrzyw­dzić już w nie­mow­lęc­twie. Poza tym psuło wszyst­kie zdję­cia. Nawet zmiana z Cze­sławy na Tsche­sWaVa nie poma­gała, ale Saman­tha – jak naj­bar­dziej.

Poza tym dziew­czyna miała głowę na karku, ale ręce zde­cy­do­wa­nie lewe. Inte­re­so­wała się wszyst­kim, co może dać jakiś zaro­bek i nie wymaga sie­dze­nia w pracy oraz – co ważne – nie szko­dzi na hybrydy. No i robiła genialne sel­fie. Miała w tej dzie­dzi­nie spore, wypra­co­wane przez lata doświad­czeń, umie­jęt­no­ści. Uży­wała prze­róż­nych tric­ków. Wie­działa, jak sta­nąć, żeby nogi się­gały do nieba, a nie tylko do szyi. Jakie świa­tło nada jej inte­re­su­jącą bla­dość, a jakie pokaże jej wewnętrzny blask. Raz pró­bo­wała nawet z ledo­wymi świa­teł­kami zamknię­tymi w ustach, ale wyszło paskud­nie, tro­chę jakby wymio­to­wała błę­kitną poświatą. A gdy robiła foto poślad­ków, to roz­sma­ro­wy­wała na nich nabłysz­czacz do kwia­tów, kakao i złoty cień do powiek tak umie­jęt­nie, że wyglą­dały, jakby każdy z nich był w siód­mym mie­siącu ciąży i to bliź­nia­czej.

Potra­fiła cuda.

Liczyła, że to jej się przyda.

Kalina zajęła się stroną orga­ni­za­cyjną, a pozo­stałe dziew­czyny spra­wami urody. Miały wsta­wiać jak naj­pięk­niej­sze zdję­cia z naj­lep­szymi hash­ta­gami. Moda, biu­ściki, kolanka, maki­jaż, dekolty, a nawet plecy. Kalina zro­biła bada­nie rynku i wysłała kil­ka­na­ście ankiet do wypeł­nie­nia na Face­bo­oku. Wyszło jej, że jeżeli chcą cokol­wiek osią­gnąć na kon­kur­sie, muszą się zjed­no­czyć. Insta­gra­mer jako taki już się nie liczy. Zero, nul, bez sensu, marki nie zbu­duje, może będzie nie­zły, może nawet dobry, ale wielki nie będzie, a tylko wielcy są wielcy, no i… zara­biają!

To oczy­wi­ście jesz­cze nie zna­czy, że jest źle. Nie! O ile insta­gra­mer czy samotny blo­ger się nie liczy, to grupa tak. Tyle że nie cho­dzi o jakąś grupę przy­pad­ko­wych ludzi, nawet jeżeli wszy­scy są lub nazy­wają się blo­gerami, cho­dzi o spe­cy­fikę i pewną spe­cja­li­za­cję.

Nic poza spe­cja­li­za­cją nie wcho­dzi w grę.

– Wszystko inne musi pójść w odstawkę – oświad­czyła Kalina kil­ku­na­stu chęt­nym dziew­czy­nom. Nie wszyst­kim się to spodo­bało, bo nie­które miały swoje wypra­co­wane już układy, a grupa, którą zakła­dały, dopiero racz­ko­wała i jej roz­wój pozo­sta­wał na razie w sfe­rze marzeń. Z jed­nej strony, była dla nich szansą, z dru­giej – mogły zbyt dużo stra­cić. Grupa mogła nie wypa­lić albo – prze­ciw­nie – być super, ale nie dawać korzy­ści, na jakie liczyły. A liczyły na cudeńka, kon­trakty na ciu­chy, reklamy bie­li­zny, mydełka, maskary… Towary ze „złota i pla­tyny”, czyli pro­dukty marek z naj­wyż­szej półki, tak dro­gich, że prze­ciętny czło­wiek pra­cuje na to latami. Ale tak naprawdę wzię­łyby wszystko, co dawało jakie­kol­wiek wymierne korzy­ści. Miały świa­do­mość, że naj­pierw byłyby na umo­wach bar­te­ro­wych, ale potem? Mie­rzyły wysoko! Gdyby grupa się spraw­dziła albo wygrała w kon­kur­sie, cze­ka­łaby na nie brzę­cząca gotówka!

I głę­boko w to wie­rzyły.

Wie­rzyły też w Kalinę. Była zde­cy­do­wana, twarda, cza­sami może wredna, ale zawsze wie­działa, co robi. Takie przy­wód­czy­nie się sza­nuje.

– No, co z tą cia­ło­po­zy­tyw­no­ścią? – pono­wiła pyta­nie Saman­tha.

– Cia­ło­po­zy­tyw­ność? No, nie wiem. Podobno od tego się tyje – zary­zy­ko­wała Karola.

– Od biedy, naprawdę tylko od biedy. – Kalina wes­tchnęła. – To nie jest nasz tar­get. Jeżeli już musisz? Ale lepiej, żebyś nie musiała musieć.

Saman­tha zre­zy­gno­wała. Nie z grupy, o nie, z pro­pa­go­wa­nia idei cia­ło­po­zy­tyw­no­ści.

Było więc ich led­wie cztery: Saman­tha, Karola, Aurelka i – oczy­wi­ście – Kalina, która to wszystko wykom­bi­no­wała. Dla nie­któ­rych w sieci tempa dzida i wariatka, osoba, która wyma­gała posłu­szeń­stwa, lojal­no­ści i cho­lera wie czego w zamian za: „na razie jesz­cze nic nie zara­biamy, ale to się zmieni”.

Pozo­sta­wało wie­rzyć. Dziew­czyny nale­żały do tych łatwo­wier­nych. Insta­gram już się o to posta­rał i zro­bił im nie­złą papkę z mózgu.

Zor­ga­ni­zo­wa­nie wspól­nego wyjazdu było pomy­słem Kaliny. Miały się poznać i polu­bić. W zasa­dzie to dru­gie nie było wcale konieczne, ale bliż­sze pozna­nie się miało sens. Któ­re­goś wie­czoru, kiedy wszyst­kie były już zmę­czone i odro­binę wcięte, Kalina umie­ściła na Face­bo­oku tekst w stylu: „Dziew­czyny, zróbmy coś razem!”. Były waka­cje, miały czas i tygo­dniowa wspólna wyprawa w nie­znane nabie­rała rumień­ców.

– Park Zbrodni! – zapro­po­no­wała Kalina jako cel podróży. – Wszystko zała­twię, pokoje nie będą dro­gie, bo to wio­cha, bilety też nie, a żar­cie jakoś same ogar­niemy. Co wy na to?

– A po cho­lerę nam jakiś park? Krzaki nie są dobrym tłem. I są klesz­cze, komary, pokrzywy. Tego dla nas chcesz? Poważ­nie? Sel­fie w tar­ni­nie?

– Co to w ogóle za park? Jakiej zbrodni? Po co nam to? Oci­pia­łaś?! Zbrod­nia nie ma nic wspól­nego z modą, no, chyba że ktoś wyleje kawę na torebkę Vuit­tona.

Kalina popa­trzyła na nie z led­wie skry­waną pogardą.

– Nie wie­cie nawet, gdzie to jest, prawda? – zapy­tała, licząc, że któ­raś się zorien­tuje.

Nie­stety, nie wie­działy.

– Wiedź­miany! – powie­działa z takim zachwy­tem, jakby obwiesz­czała im wygraną w kon­kur­sie. – Wiedź­miany! Rozu­mie­cie?

Nie rozu­miały. To spra­wiło, że Kalina zaczęła się naprawdę zasta­na­wiać, jakim cudem je wybrała. Takie rze­czy się wie. Po pro­stu się wie! Była znie­sma­czona.

– For­muła! Coś wam to mówi?

Dziew­czyny zamarły.

– Ale ta for­muła?! Ta?! Poważ­nie?! Ta?! – jęk­nęły z zachwytu. – Nie robisz sobie jaj?

Zgo­dziły się.

– Pani Pako­siowa, wasze zwłoki mi się pod sto­łem walają. Nie wiem, skąd one się tam wzięły, ale niech pani je zabie­rze, bo prze­szka­dzają – oświad­czył Mie­tek pew­nym gło­sem z dość rosz­cze­niową miną, którą wyćwi­czył przed lustrem, żeby nie prze­ga­pić moż­li­wo­ści, jakie dawało mu zna­le­zi­sko.

Pako­siowa pokrę­ciła głową z wście­kłą dez­apro­batą.

– Jakie nasze zwłoki? Jakie nasze?! Nasze leżą pod jabło­nią, sama spraw­dza­łam! Innych na dziś nie bra­łam! Tylko te jedne. Kukuła leży z tasa­kiem w gło­wie.

Mie­tek spo­dzie­wał się takiego obrotu sprawy, w końcu Pako­siowa rzadko roz­kła­dała zwłoki w cudzych domach, ale nie zamie­rzał odpu­ścić.

– Kiedy ta baba zale­gła mi pod sto­łem… bez tasaka. Pani coś zrobi, bo szlag mnie już tra­fia na jej widok.

Pako­siowa zro­biła zdzi­wioną minę.

– Baba? Prze­cież ja bab nie biorę. Zaraz im tury­ści pod spód­nice zaglą­dają albo usta-usta chcą robić!

– A nie, to nie taka, star­sza jakaś, tej by nikt nie zaglą­dał. Paniu­sio­wata. Ale nie bar­dzo się jej przy­glą­da­łem.

Pako­siowa się wście­kła, pewna, że ktoś znowu usi­łuje ją nacią­gnąć. Dość czę­sto się to zda­rzało, odkąd roz­krę­ciła inte­res.

– Ja już znam te wasze układy! Wiem, jak jest! Sprze­daje się nie­le­gal­nie miej­sce zbrodni, żeby taki czy inny mógł się napić, wyspać i przy oka­zji jesz­cze zaro­bić! – wrza­snęła wście­kła. – Ja na to nie idę! Potem tury­ści spa­ce­rują, a tu zwłoki zaczy­nają chra­pać! Zwłoki nie mogą chra­pać!

Pro­ce­der, czyli sprze­da­wa­nie miej­sca do leże­nia, kwitł w naj­lep­sze i pew­nie by kwitł na­dal, gdyby Pako­siowa nie zaczęła spraw­dzać, co i jak. No i gdyby nie poli­cja, bo kie­dyś jeden sobie alibi zapo­dał: leżał jako zwłoki, a poszedł kraść do mar­ketu – i wyszło szy­dło z worka.

Ludzie potra­fią kom­bi­no­wać, a tym bar­dziej w takiej sytu­acji. Nawet nie była spe­cjal­nie zdzi­wiona. No, bo praca była super, tylko leżeć i uda­wać mar­twego. Nie wymaga to wiel­kich kwa­li­fi­ka­cji. Cisza, spo­kój, ptaszki śpie­wają, tro­chę sel­fie z tury­stami, wia­domo, na to nic się nie pora­dzi.

W ogóle idea parku była świetna. Na nie­wiel­kiej prze­strzeni pocię­tej ście­żyn­kami i podzie­lo­nej sztucz­nie, ale zgrab­nie na cie­kawe zakątki było wszystko. Pako­siowa już się o to posta­rała. Była stara gilo­tyna kupiona od jakie­goś magika, pra­wie ame­ry­kań­ski dom jak z hor­roru, szu­bie­nica z suge­styw­nie dyn­da­ją­cym sznu­rem, wrak spa­lo­nego samo­chodu czy stare zde­ze­lo­wane wesołe mia­steczko z tune­lem miło­ści, które chyba stra­szyło naj­bar­dziej. Wszystko było po pro­stu wspa­niałe i gdyby nie ogro­dze­nie i nazwa, ludzie mogliby pomy­śleć, że to zwy­kłe śmiet­ni­sko z wala­ją­cymi się maka­brycz­nymi odpa­dami. W jed­nym miej­scu leżał jakiś szma­ciany klaun z obciętą głową, w innym kilka maka­brycz­nych lalek i zwłoki, cza­sami z trzon­kiem noża wysta­ją­cym z piersi, cza­sami z pla­sti­ko­wym tasa­kiem przy­mo­co­wa­nym do głowy… Wszel­kie pomy­sły rodem z Hal­lo­ween dosko­nale się spraw­dzały. Wciąż trzeba było jed­nak wymy­ślać nowe, kom­bi­no­wać, bo tury­ści szybko się nudzili.

Zwłoki były zazwy­czaj żywe, w odróż­nie­niu od reszty eks­po­na­tów, i leżały jedy­nie od dzie­sią­tej do sie­dem­na­stej. Pako­siowa uwa­żała, że dodaje to auten­tycz­no­ści całemu przed­się­wzię­ciu. Począt­kowo zatrud­niała wszyst­kich jak leci, ale nie­któ­rzy tak się sta­rali, że miej­scowa poli­cja, która przy­je­chała kilka razy, wezwana przez jakie­goś tury­stę, kazała jej sta­ran­niej dobie­rać kan­dy­da­tów na zwłoki i odrzu­cać tych zbyt suge­styw­nych.

Zabro­nić jej nie mogli, ale upo­mnie­nie otrzy­mała.

I poucze­nie, a także kilka suge­stii.

– Zero kobiet, szcze­gól­nie mło­dych, a nie daj Boże ład­nych i do tego w spód­ni­cach czy sukien­kach – na szczę­ście chęt­nych nie było. – Zero face­tów po wie­czor­nych ustaw­kach, bo pod­bite oczy i roz­bite głowy jed­nak robią paskudne wra­że­nie.

Zostało więc tylko kilku meneli, któ­rzy byli dość paskudni na spraw­dza­nie im pulsu, ale dość malow­ni­czy, by paso­wać na zwłoki. Zara­biali i to nie­źle. Ale zarobku wciąż im było mało, więc odsprze­da­wali swoje miej­sca innym.

No, ale baba?!

– I gdzie ona? W domu? U cie­bie, Mie­tek? – Pako­siowa nie dowie­rzała. – Może znów zwidy masz, jak ostat­nio, co żeś pie­ro­gów w wychodku szu­kał?

– Nie, no nie mam zwi­dów. Wczo­raj też tak jakoś myśla­łem, ale dziś rano już nie, nor­mal­nie leży.

– No to, czy ja wiem? Moje to one na sto pro­cent nie są, te zwłoki. Może pocze­kaj, baba się wyśpi i sama sobie pój­dzie, czy jak? – zapro­po­no­wała, nie bar­dzo wie­dząc, co zro­bić.

– Tylko wie Pako­siowa, ja to tak sobie myślę, że ona to nie za bar­dzo powinna tak spać. Ubra­nie kościo­łowe bar­dziej, nor­malne buty też, nie od gnoju… Tak za bar­dzo to ja jej nie oglą­da­łem, ale macie rację, jak śpi, niech śpi. A jakby co, to co mam robić? – zapy­tał na wszelki wypa­dek.

– Jakby jakie co?

– No, jakby nie wiem? Leżała, powiedzmy, jesz­cze jutro, to jak?

– Ooo, to szlag, wtedy chyba poli­cję trzeba by wzy­wać, żeby ją sobie gdzieś do wytrzeź­wiałki zabrali, czy co?

Pako­siowa nie chciała Mietka stra­szyć, ale wie­działa, że gdyby kobieta jesz­cze jutro tam leżała, to raczej wytrzeź­wiałka nie wcho­dzi­łaby w grę. Zna­jąc jed­nak Mietka, wie­działa też, że jeżeli go nastra­szy, gotów jest do domu przez tydzień nie wró­cić, żeby unik­nąć ewen­tu­al­nej wizyty poli­cji. Jed­nakże Mie­tek to jed­nak Mie­tek, a więc nikt go nie brał na poważ­nie.

– A ona to jakaś może tutej­sza?

– A bo ja wiem? Nie przy­glą­da­łem się, ale tak jakby bar­dzo do mojej byłej teścio­wej podobna.

– Twoja teściowa nie żyje! I to już od dawna.

– No, niby wiem, ale kilka razy ją prze­cież widzia­łem, jak cho­dziła po polu z kosą. Kto to wie, żyje, nie żyje? Może wstała i się pod moim sto­łem poło­żyła tak po mar­twemu?

– Mie­tek, ogar­nij się! – jęk­nęła Pako­siowa. – Masz tu dychę, kup sobie jakieś piwo, czy co, bo zupeł­nie od rze­czy gadasz.

Ucie­szył się ze zdo­by­czy i od razu pobiegł do piwo­poju. Co prawda liczył na wię­cej, ale i dycha dawała szanse na pora­to­wa­nie zdro­wia.

Mie­tek teściową kie­dyś miał, a zwidy mie­wał na bie­żąco.

Teściową zała­twiła mu matka. Nie żeby zabiła, zna­la­zła. Wydała synka za cał­kiem fajną dziew­czynę z sąsied­niej wsi, jed­nak ta była za głu­pia, by przed ślu­bem się zorien­to­wać, czym Mie­cio pach­nie. Po ślu­bie zmą­drzała i pogo­niła dziada, ale swoje prze­szła. Kobiety nie mądrzeją tak od razu. Jej zajęło to kilka lat.

A zwidy to Mie­tek miał, w sumie nie wia­domo od czego. Może od maje­ranku? Dookoła wsi cią­gnęły się maje­ran­kowe zagony i pach­niały dość inten­syw­nie. No, ale maje­ra­nek nie powo­duje prze­cież zwi­dów. Ow­szem, bywały czę­sto po zje­dze­niu grzyb­ków i mary­chy, a inne to nawet bez wspo­ma­ga­nia. Nikt się jed­nak nimi nie przej­mo­wał, bo we wsi było wia­domo, że jego była teściowa miała sporo za uszami.

I nie tylko Mie­tek ją widy­wał, mimo że od jej pogrzebu upły­nęło sporo czasu.

Dziew­czyny znały się już dość dobrze. Nie oso­bi­ście, lecz zdal­nie. Codzien­nie ze sobą roz­ma­wiały. Łączyła je bli­skość inter­ne­towa, choć oczy­wi­ście ist­niało też mię­dzy nimi współ­za­wod­nic­two, które doty­czyło zwłasz­cza ciał, na pewno nie inte­lek­tów. To jed­nak nikomu nie prze­szka­dzało. No bo co taki inte­lekt może? Nic. Nie widać go, a Insta­gram to tylko obrazki. Jasne, że można zro­bić inte­li­gentną minę do zdję­cia, mieć roz­gar­nięte spoj­rze­nie czy w mądry spo­sób zmarsz­czyć brwi, ale – tu uwaga! – zmarszczki pozo­stają, jak się z tą mądro­ścią prze­sa­dzi. Tak więc urodą ciał dziew­czyny były tak jakby razem, nato­miast psy­che osobno. Takie już jest życie pięk­nych kobiet!

Nie­które pró­bo­wały pro­mo­wać się książ­kami, na co Kalina łaska­wie się zga­dzała, ale, wia­domo, książki mar­nie przy­cią­gają fol­lo­wer­sów, zde­cy­do­wa­nie lep­sze są cycki.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, naj­le­piej być pięk­nym, sław­nym i boga­tym, ale nie oszu­kujmy się, nie jest to wymóg aku­rat Insta­grama – w życiu zawsze lepiej być pięk­nym, sław­nym i boga­tym. I w zasa­dzie to się ze sobą wiąże. Bo jak się jest pięk­nym, to można być sław­nym, a za sławą idzie z reguły kasa. Nie każdy jed­nak „wygrywa w geny” albo dzie­dzi­czy mają­tek. Waż­niej­sze jest jed­nak bogac­two, bo bycie pięk­nym da się teraz zała­twić pra­wie od ręki, oczy­wi­ście, jak już zej­dzie opu­chli­zna poope­ra­cyjna.

Dziew­czyny były piękne! Albo może ina­czej: dziew­czyny uwa­żały się za piękne, ale to było dla nich za mało, nie wystar­czało, nie w insta­gra­mo­wym uję­ciu. Tak czy ina­czej bez Pho­to­shopa do zdjęć nie pod­cho­dziły. Miały swoją dumę, która nie pozwa­lała im poka­zy­wać bocz­ków, prysz­czy, trą­dziku oraz nad­miaru kilo­gra­mów. A prze­cież cza­sami każ­demu trafi się pryszcz…

Kalina miała głowę do inte­resu i w tej gło­wie nie było miej­sca na luk­sus posia­da­nia skru­pu­łów. Ważne było „żeby”, a nie „jak”. Dla­tego wła­śnie wykom­bi­no­wała coś, co było dla niej korzystne. Wykom­bi­no­wała to spo­tka­nie, które nazwała kur­sem, żeby się dziew­czy­nom tro­chę przyj­rzeć i zoba­czyć, do czego się nadają. Bo, wia­domo, zdję­cia to zdję­cia, a warto zwró­cić uwagę jesz­cze na przy­kład na inte­li­gen­cję. Dziew­czyna nie mogła być strasz­li­wie głu­pia, choć za mądra też nie.

Powinna rów­nież być posłuszna, lojalna i pozba­wiona ambi­cji, to zna­czy wła­snych ambi­cji. Nie, to jesz­cze nie tak. Mogła mieć ambi­cje, byleby te nie wykra­czały poza lustro i bron­zer oraz płyn do ukła­da­nia rzęs w war­ko­cze. Brwi dziew­czyny nie miały. No i ważne, żeby inte­re­so­wały się for­mułą.

Kalina zna­la­zła kobietę, która wyna­jęła im dwa pokoje. Miesz­kała kil­ka­dzie­siąt metrów od Parku Zbrodni. Miała stary, duży dom i choć lubiła święty spo­kój, to dla pie­nię­dzy była gotowa się poświę­cić. Tylko bar­dzo się mar­twiła, czy za to poświe­ce­nie odpo­wied­nio dobrze jej zapłacą. Tym razem cie­szyła się, że pokoje wyna­jęła turyst­kom. Uwa­żała, że są spo­koj­niej­sze i mniej chlają niż męż­czyźni. Miała rację. I choć dziew­czyny były bar­dzo różne, to jed­nak piły rze­czy­wi­ście nieco mniej niż faceci, no i nie sikały do zlewu.

Saman­tha kochała romanse, szcze­gól­nie te mafijne, oraz lite­ra­turę porno, super się ją czy­tało. Nie za bar­dzo się do tego przy­zna­wała, bo Kalina uwa­żała to za chłam, a z Kaliną lepiej było żyć w zgo­dzie.

Karola z kolei kochała hor­rory i wie­rzyła w moce nad­przy­ro­dzone, cza­sami nawet aż za bar­dzo. Jej matkę to bar­dzo mar­twiło, ale wśród kole­ża­nek dawało spore powa­ża­nie, bo waria­tów każdy się boi i ich unika. Jed­nak uni­ka­nie kogoś za bar­dzo widać, więc lepiej się powstrzy­mać. Poza tym Karola nie była zwy­kłą wariatką, taką, która gada od rze­czy czy biega nago po ulicy, ona sty­li­zo­wała się na wariatkę z mocami tajem­nymi, a to prze­raża, bo kto wie, co taka może?

Aurelka czy Aure­lia, jak kazała się nazy­wać, była dziwna i bar­dzo jej to odpo­wia­dało, bo w obec­nych cza­sach bycie kimś cał­ko­wi­cie zwy­czaj­nym i nor­mal­nym po pro­stu nie popłaca.

Wspólne dla wszyst­kich dziew­czyn było to, że inte­re­so­wały się pięk­nem i for­mułą oraz zarob­kami cele­bry­tów.

Poja­wie­nie się Parku Zbrodni w wio­sce począt­kowo jakoś prze­oczono. Pako­siowa przez kilka mie­sięcy ścią­gała na swój teren zde­ze­lo­wane sta­ro­cie i wszy­scy myśleli, że albo będzie to wysy­pi­sko śmieci, albo szrot.

Wysy­pi­sko tak samo cie­szyło, jak wku­rzało, w zależ­no­ści od nastroju sąsia­dów, a ten zmie­niał się czę­sto. Jak było w porządku, to i wysy­pi­sko było w porządku, jak tylko coś szło nie tak, to do powiatu szły donosy o skła­do­wa­niu nie­bez­piecz­nych odpa­dów, smro­dzie roz­kładu, ewen­tu­al­nie wycieku che­mi­ka­liów i zagro­że­niu dla eko­lo­gicz­nych upraw maje­ranku, któ­rych oczy­wi­ście nikt nie pro­wa­dził, ale prze­cież mógł.

Szrot był tro­chę lep­szy, bo można było na nim zaopa­trzyć się w jakiś pasek kli­nowy, o ile jesz­cze komuś był potrzebny, czy jakieś stare dekle lub opony.

Park Zbrodni nie był potrzebny nikomu.

Pako­siowa kupiła teren za namową męża, świeżo poślu­bio­nego, który uwa­żał, że to świetne miej­sce na kilka mio­do­wych mie­sięcy, a może i lat. Mąż bar­dzo sobie cenił święty spo­kój, wiej­skie powie­trze i siel­ską atmos­ferę, co wydało się jej uro­cze, a na spra­wach uro­czych prze­cież też da się zaro­bić. Miała smy­kałkę do inte­re­sów, lubiła zara­biać i, co istotne, umiała to robić.

Teren został ogro­dzony, odpo­wied­nio oświe­tlony i nad wej­ściem poja­wiła się tablica z nazwą. No i dopiero wtedy roz­pę­tała się we wsi praw­dziwa burza. Ludzie nie lubią pomy­sło­wych sąsia­dów, a takich, któ­rzy mają pomysł na zaro­bek, po pro­stu nie­na­wi­dzą. Bo jak to ktoś tuż pod nosem może zara­biać? Tak bez­praw­nie? Na tury­stach? Toż to roz­bój w biały dzień! Nie zapy­tała sąsia­dów o pozwo­le­nie! Nie pomy­ślała o nich! Kasę będzie kosić, a oni będą patrzeć?! To nie do pomy­śle­nia! Coś trzeba z tym zro­bić!

Naj­le­piej zaka­zać!

Po tym, jak prze­padł jej park peni­sów, Pako­siowa nie spo­wia­dała się nikomu ze swo­jego nowego pomy­słu, bo z pew­no­ścią i ten nie doszedłby do skutku. Czę­sto jed­nak powra­cała do tam­tego pro­jektu. Park peni­sów byłby o wiele lep­szą inwe­sty­cją, bo nakła­dów wyma­gał tylko począt­kowo, na zakup eks­po­na­tów, a potem już zara­białby sam na sie­bie. Nie­po­trzebny byłby nawet stróż, bo kto ukradłby kil­ku­set­ki­lo­gra­mo­wego penisa? A jeżeli nawet, to co, spa­ce­ro­wałby z nim? Jak? Nawet samo­cho­dowe kra­dzieże nie bar­dzo wcho­dziły w grę… Penisy są nie­po­ręczne.

Zbrod­nia nato­miast nie może popła­cać. Nawet nie wolno się nią parać. Poli­cja dostaje bia­łej gorączki na samo słowo „zbrod­nia”, bo to prze­cież nie kra­dzież wafelka w super­mar­ke­cie, ale coś o wiele poważ­niej­szego.

Ksiądz był wście­kły, a sąsie­dzi obu­rzeni i prze­ra­żeni, bo nie chcieli, aby w pobliżu ich domów docho­dziło do… zbrodni.

Wszystko było nie tak.

Na domiar złego zaczęto widy­wać dawno już prze­cież mar­twą teściową Mietka, która prze­cha­dzała się z kosą po polach jako uoso­bie­nie śmierci, w typowo wesel­nej gar­sonce z bazaru, w kolo­rze raz bordo, raz mor­skim, z wło­sami na tapir (teściowa, nie gar­sonka). Żadna kobieta w wesel­nej gar­sonce nie powinna spa­ce­ro­wać po polu, tego się po pro­stu nie robi, bo to ani nie ma sensu, ani dobrze nie wygląda, tym bar­dziej z kosą. Ale kosa jesz­cze by uszła, gorzej z gar­sonką, bo pocho­wano ją w fio­le­to­wej i nikt nie wie­dział, jak w tym gro­bie dała radę się prze­brać. Ponadto do kosy bar­dziej paso­wała czarna sukienka, a już, ucho­waj Boże, gar­sonka, naj­le­piej szata z kap­tu­rem. No i teściowa Mietka była kobietą kor­pu­lentną… Daleko jej było do kostu­chy!

I dla­czego, na litość boską, cho­dziła po polu? Jak to tak? Pole to pole! Niby kosa do pola pasuje, ale duch już nie. Kogo ona tam szu­kała w tym zbożu czy maje­ranku?

To wszystko było jakieś nie takie. Wszy­scy wiesz­czyli kło­poty.

Gdyby teściową widy­wał tylko Mie­tek, można by to jesz­cze jakoś wytłu­ma­czyć, ale widy­wali ją we wsi wszy­scy! To zna­czy nie wszy­scy, kilka osób, i nie wszyst­kie były trun­kowe, choć w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści tak.

Teściową Mietka widy­wały też byki Ham­leta – wiel­kie, kudłate wiel­ko­ro­gie byki, które Ham­let dokar­miał mari­hu­aną, czego miej­scowi nie mogli mu daro­wać. Los tych zwie­rząt spę­dzał sen z powiek nie­któ­rym sąsia­dom. Uwa­żali, że Ham­let znęca się nad zwie­rzę­tami. Wole­liby, żeby poznę­cał się nad nimi, dla dobra zwie­rząt.

Pako­siowa ni­gdy teścio­wej Mietka po jej śmierci nie widziała, za to widy­wał ją jej brat, tyle że on chlał i to tak, że mógł zoba­czyć wszystko, łącz­nie z kosmi­tami. No i nikt jej nie widział z bli­ska, więc nie było pewne, czy to rze­czy­wi­ście duch teścio­wej Mietka wałęsa się z kosą po polu.

Gar­sonkę roz­po­znała Ciu­powa, która kie­dyś kupiła sobie taką samą, tę w kolo­rze bor­do­wym: spód­nica za kolano, żakie­cik z odciętą baskinką z białą wszywką zamiast bluzki i z broszką na lewej piersi. Może teściowa Mietka taką kie­dyś miała? Jesz­cze za życia?

Ale to też pewne nie było.

Było nato­miast pewne, że coś się dzieje. I to coś złego!

Takie zda­rze­nia w Wiedź­mia­nach może nie zaska­ki­wały, bo jak Wiedź­miany, to i wiedźmy, ale od dawna żad­nych tu wiedźm nie widy­wano. Ow­szem, lata temu, o ile nie wieki, hasały tu, że ho, ho, całymi sta­dami.

Wiedźmy w zasa­dzie nie wstają z gro­bów, ale kto je tam wie?

Kto spraw­dzał, niech pierw­szy rzuci kamie­niem.

Ludzie mogli oczy­wi­ście kła­mać, ale po co? Co by to komu dało? Bo Mie­tek to mógł, ni­gdy nie był nor­malny. Wszę­dzie widział jakieś zjawy i duchy, tyle że nikt mu nie wie­rzył. Tak, Mie­tek mógł kła­mać, tylko dla­czego miałby to robić? Za teściową nie tęsk­nił, żony (byłej co prawda, ale jed­nak) się bał. Nic na kłam­stwie nie zyski­wał, jeżeli nie liczyć tych kilku łyków jabola czy kie­lisz­ków bim­bru, któ­rym go czę­sto­wano przy takich oka­zjach.

Była piąta rano, kiedy Paula otwo­rzyła drzwi swo­jej kawa­lerki i zoba­czyła kata­klizm, a wła­ści­wie dwa kata­klizmy z waliz­kami sto­ją­cymi na progu jej miesz­ka­nia. Ojciec miał jedną, matka trzy. Wpraw­dzie roz­ma­wiała wcze­śniej z rodzi­cami o tym, że zamie­rzają zamiesz­kać u niej w cza­sie remontu swo­jego miesz­ka­nia, ale nie brała tego na poważ­nie. Nikt by nie brał. Jej kawa­larka miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem metrów kwa­dra­to­wych. Nikt o zdro­wych zmy­słach nie wpadłby na tak kar­ko­łomny pomysł, by miesz­kały w niej trzy doro­słe osoby. Oni jed­nak na taki pomysł wpa­dli. I wła­śnie go zre­ali­zo­wali!

– My, kocha­nie, tylko na kilka tygo­dni – stwier­dziła matka, wpy­cha­jąc ojca przez drzwi wraz z wali­zami. – Nie będziemy ci prze­szka­dzać.

Paula o mało nie osi­wiała. Kilka tygo­dni? Z nimi? Pod jed­nym dachem? Bez moż­li­wo­ści ucieczki?!

Była wyrodną córką. Wyrodną, bo się wyro­dziła, była do nich zupeł­nie nie­po­dobna. Lubiła święty spo­kój i kochała swoją pry­watną prze­strzeń. Rodzi­ców także kochała, nawet ich uwiel­biała, ale zde­cy­do­wa­nie wolała to robić z daleka.

Oczy­wi­ście, chciała im pomóc, jed­nak współ­ist­nie­nie z nimi przez kilka tygo­dni na dwu­dzie­stu kilku metrach kwa­dra­to­wych było dla niej czymś nie­wy­obra­żal­nym.

– Ale prze­cież my się tu nie zmie­ścimy! – jęk­nęła, chcąc ich wysłać do jakie­goś hotelu, motelu czy gdzie­kol­wiek, byle jak naj­da­lej stąd. Nie­stety, matka była nie­ugięta. Wszytko już zapla­no­wała.

– Ojciec będzie spał na łóżku polo­wym w kuchni – oświad­czyła matka. – Ja z tobą na tap­cza­nie – dodała po chwili z zado­wo­le­niem. – Przy­wieź­li­śmy polówkę, jest w bagaż­niku. Mamy też fotel bujany, bo tylko w nim mogę odpo­cząć – wyja­śniła. – No i trzeba zdjąć kwiaty z tej półeczki, bo musimy gdzieś posta­wić Chrumka z osprzę­tem.

Chru­mek to cho­mik, a jego osprzęt sta­no­wił naj­bar­dziej wypa­siony i gigan­tyczny cho­mi­czy pałac, jaki można sobie wyobra­zić. Chru­mek był wieczny, żył już około szes­na­stu lat. Za każ­dym bowiem razem, kiedy zbli­żał się jego kres, to albo ojciec, prze­ko­nany, że matka nie prze­żyje straty przy­ja­ciela, albo matka, pewna, że ojciec się zała­mie po śmierci Chrumka – wymie­niali cho­mika na innego, młod­szego osob­nika, uda­jąc, że to ten sam, wciąż żywy, tylko zysku­jący z wie­kiem coraz to nowe umasz­cze­nie.

– Łazienkę będziemy zaj­mo­wać według gra­fiku – pla­no­wała matka. – Ja będę goto­wać na kilka dni, żeby było wygod­niej. Przy­wio­złam garnki, elek­tryczny pie­kar­nik posta­wimy obok lodówki, a szyb­ko­war i wol­no­war usta­wimy w przed­po­koju, masz tam gniazdko?

Paula miała ochotę rzu­cić się z bal­konu. Ale to nie był dobry pomysł – wysoki par­ter gwa­ran­to­wał jedy­nie jakieś pomniej­sze zła­ma­nia, by­naj­mniej nie święty spo­kój. Mogła też zostać i zwa­rio­wać. Trze­cim wyj­ściem z tej sytu­acji było wyje­chać do babki Ciu­po­wej, zosta­wia­jąc kawa­lerkę we wła­da­niu rodzi­ców. Babka była wpraw­dzie osobą bar­dzo kon­tro­wer­syjną, wredną, dziwną i cza­sami skraj­nie upier­dliwą, ale Paula miała u niej pokój cały dla sie­bie. I były waka­cje. Wtedy rodzice mogliby do woli demo­lo­wać jej kawa­lerkę, razem z Chrum­kiem.

Zasta­na­wiała się, czy łatwiej jej będzie znieść babkę z jej dzi­wac­twami, czy ojca i matkę, sie­dzą­cych jej na gło­wie. Zde­cy­do­wała się na babkę.

Mie­tek z dychą w ręku odda­lał się pospiesz­nie do piwo­poju, kiedy Pako­siowa zatrzy­mała go, gwiż­dżąc na pal­cach.

– Hej, Mie­tek, a ta twoja spod stołu to może kosę ma? – zapy­tała na wszelki wypa­dek, żeby sobie uści­ślić, bo jakby co, to mogła być prze­cież wiedźma, nikt nie wie, gdzie koczują wiedźmy. To zna­czy tak za dnia to ta aku­rat włó­czyła się po polach, ale w nocy. Mogła więc chwi­lowo zame­li­no­wać się u Mietka.

– A nie wiem, nie widzia­łem, żem się spe­cjal­nie nie przy­glą­dał, choć tak, jak teraz myślę, to broszkę miała. Tak o tu, na piersi.

– A gar­sonka? – zapy­tała na wszelki wypa­dek.

– Jaka znowu gar­sonka? Pako­siowa, pić mi się chce! Daj­cie se siana!

– Kolor, jaki miała kolor? – zapy­tała kobieta, mimo wszystko zafa­scy­no­wana tym, czego się dowie­działa. Bo gdyby była to wiedźma, to można by zro­bić na tym jakiś inte­res.

– A bo ja tam się znam na kolo­rach? Jak mie żona kazała kupić łoso­siowy aża­bur, to kupi­łem jej różowy i była awan­tura, a jak kazała zie­lone wstążki, to się oka­zało, żem nie­bie­skie kupił. Nie wiem. To taki kolor, jakby kto się buracz­kami ze śmie­taną zesrał.

No i miała do wyboru: bordo, śliwka albo brąz.

– Czyli jak nic to twoja teściowa – oświad­czyła. – A zle­żała czy nor­mal­nie zwy­czaj­nie cie­li­sta?

– A niech Pako­siowa pój­dzie se sama do mnie spraw­dzi, co? Bo ja to nie wiem. Zle­żała? Nie zle­żała? Klu­cze pod doniczką.

– Tylko wie­cie, dziew­czyny, zdję­cia to zdję­cia, rób­cie sobie, ile i jakie chce­cie, ale potem musi być kolejka do wsta­wia­nia, żeby nie było, że wszyst­kie naraz jeste­ście z pętlą na szyi albo leży­cie w pozy­cji zwłok. Bo jak tak wsta­wi­cie na Insta­gram, to będzie głu­pio! I mają być piękne albo choć fascy­nu­jące! Pokaż­cie, że macie zain­te­re­so­wa­nia!

Poka­za­nie zain­te­re­so­wań to bar­dzo ważna sprawa. Kobieta nie może być tylko piękna, to zna­czy na takich kon­kur­sach nie może, bo jesz­cze ktoś by posą­dził, że jest głu­pia. Wła­śnie dla­tego dziew­czy­nom star­tu­ją­cym w kon­kur­sie na miss tego czy tam­tego zada­wane są też pyta­nia. Oczy­wi­ście nie mają klu­czo­wego zna­cze­nia. Nikt nie spraw­dza zna­jo­mo­ści tabliczki mno­że­nia, ale mię­dzy suk­nią balową a kostiu­mem kąpie­lo­wym zawsze ktoś pyta o zain­te­re­so­wa­nia. Dobrze więc je mieć. Jakieś, jakie­kol­wiek. To może być eko­lo­gia, ale już nie eko­lo­gizm. Moda odpada, bo to zbyt oczy­wi­ste. Lite­ra­tura też nie jest dobra, bo jak zapy­tają, trzeba by znać jakiś tytuł. Zdrowe żywie­nie jest już zbyt okle­pane. No, ale świa­tło­cień ze zbrod­nią jest zawsze cie­kawy.

Tylko nie wolno z nim prze­sa­dzić.

– Ja tam leżeć nie zamie­rzam, tam muszą być jakieś robale albo mrówki i te pie­przone igla­ste papro­chy, mowy nie ma – oświad­czyła Aure­lia. – Wy sobie leż­cie, a ja sobie cyknę na wisielca albo z gilo­tyną. Cał­kiem dobre, jakby je ciut potem jesz­cze obro­bić? Krew, jakieś duchy czy co?

Wybrały się do Parku Zbrodni tro­chę się rozej­rzeć.

W oddali zoba­czyły Mietka Kro­pi­dłę, który biegł kupić sobie piwo na sta­cji. Tego oczy­wi­ście nie wie­działy, ale Mietka zdą­żyły już poznać, bo poprzed­niego wie­czoru tro­chę z nim zaba­lo­wały.

Impreza była sza­lona, ogni­sko buchało iskrami, a kiedy dziew­czyny wresz­cie padły, komary roz­sma­ko­wały się w ich mło­dej świe­żej krwi tak bar­dzo, że obu­dziły się w czer­wo­nych pla­mach, a na odkry­tych czę­ściach ciała miały bąbel na bąblu.

A jed­nak były szczę­śliwe.

Mimo wszech­obec­nego zapa­chu maje­ranku nie czuły się bliż­sze for­muły niż w swo­ich domo­wych zaci­szach, a prze­cież…

For­muła z Wiedź­mian była sławna w całym inter­ne­cie i każdy wie­dział, co się na nią składa, tylko nikt nie wie­dział ani jak ją zro­bić, ani jak zasto­so­wać. Sławę bowiem zyskała w spo­sób szep­tany, czyli zna­joma zna­jo­mej sły­szała, widziała, czy­tała, ale nic poza tym. Głów­nym jej skład­ni­kiem było słowo „podobno”, a głów­nym hasłem rekla­mo­wym „podobno genialna!”. Poza tym żad­nej gra­ma­tury, prze­pisu, nic.

Jedni twier­dzili, że trzeba to pić, inni, że wkle­py­wać, zna­leźli się też tacy, któ­rzy chcieli to palić.

Dziew­czyny nie były nawet pewne, na co dokład­nie ma dzia­łać. Prze­czu­wały jedy­nie, że naj­waż­niej­szy jest chyba pierw­szy, pod­sta­wowy skład­nik.

– No, ale ten maje­ra­nek? Niby co z nim robić? Prze­cież nie będę się sma­ro­wać maje­ran­kiem! Nie jestem kieł­basą! – pie­kliła się Karola. Ona przy­naj­mniej umiała się wykłó­cać o swoje i była na tyle odważna, żeby wyra­żać zastrze­że­nia, inne się bały.

Kalina nie lubiła cze­goś takiego.

– Jak już znaj­dziemy, a wiem, że znaj­dziemy, to sama zoba­czysz – burk­nęła Kalina. – Do niczego nikogo nie będę zmu­szać, powiem tylko, że to jest w waszym inte­re­sie. Nie dość, że można na tym zaro­bić, to jesz­cze może dzia­łać.

Stwier­dze­nie, że „można na tym zaro­bić”, likwi­do­wało wszel­kie nie­do­god­no­ści i nie­zgod­no­ści.

Wiedź­miany to nie było miej­sce z bajki, a już na pewno dla mia­sto­wych. Żad­nych knajp (mor­dow­nie się nie liczą), żad­nych klu­bów, pro­me­nad (jeśli już są, to zabój­cze dla szpi­lek), bul­wa­rów, nad­rzecz­nych błoni oświe­tlo­nych latar­niami, zresztą tu nie było nawet rzeki ani rzeczki, był tylko zamu­lony, śmier­dzący staw. Latarni też nie było. Miej­scowi jakoś sobie z tym radzili, im po pro­stu takie atrak­cje nie były potrzebne, ale przy­jezd­nym bra­ko­wało roz­ry­wek, więc orga­ni­zo­wali je sobie sami. Tak jak wczo­raj­sze ogni­sko, na które przy­pa­łę­tał się Mie­tek.

Dziew­czyny szły do parku jak na ścię­cie. Maki­jaż zajął im zale­d­wie po dwie godziny, był więc nie­do­kładny i nie­ide­alny. Kac robił swoje i wyła­ził na twarz aż za bar­dzo, a prze­cież miały pozo­wać do zdjęć.

– Apa­raty? Wzię­ły­ście apa­raty? – zapy­tała Kalina, bo wej­ście do parku było płatne, więc lata­nie tam i z powro­tem mijało się z celem.

Dziew­czyny oczy­wi­ście miały wszystko: apa­raty, tele­fony z apa­ra­tami, dodatki, żeby zdję­cia były choć tro­chę zróż­ni­co­wane, czyli chu­sty, chustki, szale, jakieś gadżety. Były obła­do­wane wszel­kim dobrem.

W ostat­niej chwili dołą­czyła do nich Paula. Jako jedyna nie była spe­cjal­nie niczym obwie­szona i cie­szyła się na tę wycieczkę. Dziew­czyn wła­ści­wie nie znała, ale uznała, że są dla niej cie­kaw­szym towa­rzy­stwem niż babka. Zamiesz­kały u sąsiadki babki, były gło­śne, kolo­rowe i mniej wię­cej w tym samym wieku co ona.

– Ale ty prze­cież nie zamie­rzasz iść z nimi na Tru­chli­sko? – zapy­tała, a wła­ści­wie stwier­dziła babka Ciu­powa, która wybie­gła przed dom, patrząc na wnuczkę oczami wiel­kimi niczym spodki. – Osza­la­łaś?! Nie wolno! To nie­bez­pieczne!

Paula wzru­szyła tylko ramio­nami.

Tru­chli­skiem nazy­wano tę część wsi, a wła­ści­wie lasu, na któ­rej znaj­do­wał się Park Zbrodni – zanim jesz­cze się tam poja­wił. Nawet nie cho­dziło o cały ten teren, jedy­nie o wzgó­rze, na któ­rym Pako­siowa usta­wiła swój dom z hor­roru. Tru­chli­sko było miej­scem nie­zwy­kłym. Nie dla­tego, że coś się tam działo teraz czy kilka dni wcze­śniej, lecz dawno, dawno temu – tam cho­wano cza­row­nice. To był taki niby-cmen­tarz.

– A dla­czego mia­łaby nie pójść? I co to za kar­to­fli­sko? – zapy­tała nieco zalęk­niona Aure­lia, która usi­ło­wała swoje zalęk­nie­nie opa­no­wać, tro­chę bez­sku­tecz­nie.

– Lepiej uwa­żaj­cie, one tam są! Naprawdę – odpo­wie­działa jej babka, bar­dzo z sie­bie zado­wo­lona. Nie­które kobiety lubią stra­szyć inne kobiety. Zazwy­czaj robią to, kiedy któ­raś jest w ciąży i zbliża się do porodu. Opo­wia­dają jej wtedy strasz­liwe rze­czy. Nie­stety, ostat­nio coraz rza­dziej spo­tyka się kobiety w ciąży, więc do stra­sze­nia nada­wała się każda inna.

– Co, kar­to­fle? – dopy­ty­wała Aure­lia.

– Nie! Tru­chła cza­row­nic! – Babka powie­działa to takim gło­sem, jakby oznaj­miała koniec świata. – W nie­po­świę­co­nej ziemi! Cza­row­nic! Tru­chła! Rozu­miesz?!

– A te tru­chła to co? – zapy­tała Saman­tha. – Zwłoki?

I to nagle je tro­chę zain­te­re­so­wało, bo tam gdzie zwłoki… No, powiedzmy, nie zwłoki, ale groby – może być for­muła. Ktoś ją mógł tam scho­wać. Gdzieś na czymś, pod czymś, pomię­dzy czymś…

Pako­siowa biła się z myślami. Można nawet powie­dzieć, że biła się z nimi pra­wie na pię­ści. I prze­gry­wała. Z jed­nej strony, nie obcho­dziło jej, co znaj­duje się pod sto­łem u Mietka w domu, z dru­giej – była tego cze­goś cie­kawa, a z trze­ciej – o ile ist­nieje jakaś trze­cia strona – zasta­na­wiała się, czy zwłoki nie są tro­chę jej, choć nie powinny być. Wie­działa, że jeśli to zwłoki, zaraz każdy powie, że mają coś wspól­nego z nią, a jeżeli nie zwłoki, to też pad­nie na nią, bo może to być zagu­biona turystka, która przy­je­chała do parku, albo jakaś zagu­biona dusza.

Zagu­bione dusze cza­row­nic też łączono z Pako­siową, bo prze­cież to ona kupiła Tru­chli­sko, choć nie powinna była kupo­wać. Ale – o dziwo! – nikt jakoś nie miał pre­ten­sji do tego, kto wysta­wił Tru­chli­sko na sprze­daż. Samo kupno może by jesz­cze Pako­sio­wej daro­wano, ale to, jak je zago­spo­da­ro­wała, już nie. Tutej­szym zwy­cza­jem powinna zosta­wić wzgó­rze takim, jakim było, albo gdzie­nie­gdzie posa­dzić maje­ra­nek, łopian i wysiać polne cha­bry.

Samo Tru­chli­sko uwa­żano za miej­sce prze­klęte, a więc nie nale­żało się do niego za bar­dzo zbli­żać. Nikomu jed­nak nie prze­szka­dzało jako miej­sce scha­dzek czy śmiet­ni­sko, z opcją zała­twia­nia potrzeb fizjo­lo­gicz­nych, wszyst­kie inne czyn­no­ści budziły grozę. I cza­row­nice!

Tak, podobno można je było obu­dzić.

Pako­siowa teren kupiła tanio i nie zamie­rzała przej­mo­wać się legen­dami, ale musiała dbać o swoje inte­resy i na wszelki wypa­dek posta­no­wiła spraw­dzić, kim jest kobieta spod stołu. Naj­bar­dziej chciała, żeby była zwi­dem. I bar­dzo na to liczyła. Miała zresztą wszel­kie ku temu pod­stawy, bo infor­ma­cje uzy­skała od Mietka, a jemu zda­rzało się widy­wać prze­różne rze­czy, o kro­ko­dylu w asfal­cie nie wspo­mi­na­jąc.

Poszła więc do domu Mietka, który znaj­do­wał się nie­całe trzy­sta metrów dalej. Wygrze­bała klucz spod doniczki, wytarła go w spodnie i weszła do ciem­nej sieni, a stam­tąd do jaśniej­szego pokoju, gdzie stały wer­salka, stół, fotele i tele­wi­zor. Jed­nak naj­bar­dziej rzu­cały się w oczy… zwłoki pod sto­łem.

Były tam! Z pew­no­ścią nie był to zwid ani majak.

Pod sto­łem leżała dość kor­pu­lentna kobieta ubrana w gar­sonkę. Miała chyba siną twarz, chyba otwarte oczy i chyba roz­bitą głowę. Wszystko chyba, bo tę część kobiety zasła­niała ser­weta i cerata. Pako­siowa tylko zer­k­nęła, bo, szcze­rze mówiąc, z praw­dzi­wymi zwło­kami nie chciała mieć do czy­nie­nia, tym bar­dziej z poli­cją i posą­dze­niem ją o jakiś – może nawet czynny – udział w tym zaj­ściu.

Kobieta była zde­cy­do­wa­nie mar­twa.

Pako­siowa z wrza­skiem wybie­gła przed dom. Nie mogła zro­zu­mieć, jak Mie­tek prze­ga­pił ten jakże oczy­wi­sty fakt.

Wycią­gnęła z kie­szeni komórkę i wybrała numer poste­runku.

Aspi­rant Tomasz Mar­kow­ski sie­dział na poste­runku w Wiedź­mia­nach i nudził się mniej wię­cej od trzech lat, odkąd został tu zesłany, a wła­ści­wie zesłał się sam. Z głu­poty.

Był zwy­czaj­nym miesz­czu­chem, który zapra­gnął odmiany losu, siel­sko­ści, pięk­nych wido­ków, zdro­wego trybu życia, świe­żego powie­trza i w ogóle, wia­domo. Miesz­czu­chy tak mają. Widzą wiej­skie życie z wła­snej per­spek­tywy, zupeł­nie odma­wia­jąc reali­zmu swoim spoj­rze­niom. Wieś jest tylko piękna i uro­cza. Ludzie patrzą na siel­skie zdję­cia i wzdy­chają. I jak to się mówi: „gówno widzą, bo nie widzą gówna”. Zero błota, żad­nych dziu­ra­wych dróg, zasp śnież­nych, kogu­tów, bra­ków w dosta­wie prądu. Wred­nych sąsia­dów. Os, gzów, bąków i kro­wich plac­ków. Niczego nie widzą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki