W zakątku cmentarza czyli koniec wieczności - Magdalena Kawka - ebook

W zakątku cmentarza czyli koniec wieczności ebook

Magdalena Kawka

4,0

Opis

Kolejna niezwykła książka niezwykłej Autorki. Magdalena Kawka sięgnęła po temat, można powiedzieć, ryzykowny. Życie po życiu, ale bardziej dosłownie.

     Czy zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje na cmentarzu, gdy za ostatnim odwiedzającym zamyka się brama? Jakie emocje, namiętności i obawy kłębią się między nagrobkami?

    Czy wiecie ile samozaparcia potrzebuje Artystka, by zdobyć choćby lichą pomadkę, która podreperuje jej nadwątloną śmiercią urodę?

    A Poeta? Ileż, biedak, musi przerzucić rozmokłych kartonów po zniczach, zanim znajdzie jeden, na którym da się coś zapisać…

    Po drugiej stronie życia zwykłe, codzienne czynności zyskują inny wymiar i stwarzają niewyobrażalne trudności. Zwłaszcza, gdy człowiek nieustannie obawia się świateł znad łąki oraz tajemniczej Kobiety z Klasą, o której krążą potworne historie.

   I gdy najbardziej ze wszystkiego boi się utraty wieczności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0

Popularność




Magdalena Kawka

W ZAKĄTKU CMENTARZA czyli KONIEC

Copyright © 2014, Magdalena Kawka

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-252-0

Projekt okładki: Tadeusz Kazubek

Korekta: Agnieszka Kwiatkowska

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

I.

Mają zmarli w niedzielę ten pośmiertny kłopot,

Że w obczyźnie cmentarza czują się – bezdomnie -

A lubią noc tę spędzać popod mgłą lub popod

Wiecznością, co się w jarach gęstwi nieprzytomnie[1].

Szybko zapadał zmierzch. Słońce zakończyło swą codzienną wędrówkę za horyzont, przestało użyczać blasku placom i ulicom i z ulgą schowało się za zalesiony pagórek, pogrążając miasto w krótkotrwałym cieniu. Zazwyczaj o tej porze następowała chwila na głębszy oddech, nim znów rozbłysną pomarańczowe latarnie, a mrok, forpoczta ciemności, już zacierający ręce, będzie zmuszony wycofać się między drzewa.

– O Boże, czy ja nie spóźnię się na ten samolot do Krakowa?! Ale czy na pewno się nie spóźnię?! – Młoda kobieta w eleganckiej czarnej sukni nerwowo przestępowała z nogi na nogę. – Bo ja muszę lecieć akurat tym, dzieci na mnie czekają. Czy mógłby pan rzucić okiem? – desperacko podsunęła bilet mężczyźnie z fantazyjnie zaczesaną pożyczką.

– Od rzucania okiem lepszy jest Pan Poeta – zaśmiał się rubasznie mężczyzna, bezceremonialnie trącając łokciem swego smutnego towarzysza.

Poeta, wysoki, złamany smutkiem młodzieniec o spojrzeniu zdołowanego basseta, od stóp do głów spowity był w głęboką czerń. Nieogolone, zapadnięte policzki zdradzały lenistwo, w najlepszym razie rezygnację; w oczach malowała się chmurna zaduma. Gdyby beznadzieja miała postać – niewątpliwie tak by wyglądała.

Szyję miał obwiązaną białym szalikiem, który biały przestał być dawno temu. Szare końce smętnie zwisały na plecach. Brakowało jedynie czarnego kapelusza z szerokim rondem, skrywającego w cieniu rozwiewne źrenice; wówczas dekadencki obraz byłby dopełniony.

– Poza tym, jeśli jest pani tutaj, to już raczej nie ma mowy o spóźnieniu… – zarechotał mężczyzna z pożyczką.

– Panie Maryś! – odezwał się z wyrzutem Poeta. – Trochę delikatności. Widzi pan, że kobieta zdenerwowana… Niech pani, z łaski swojej, spocznie i niczym się nie martwi – zwrócił się uprzejmie do nerwowej pasażerki.

– Spocznie, a to dobre! – zarechotał znowu Maryś i złapał się za pokaźny brzuch, z rozmiarów wnioskując, wyhodowany na regularnej piwnej pożywce. Rechotałby dalej, nie zwracając uwagi ani na kobietę, ani tym bardziej na swego towarzysza, gdyby nagle z oddali nie dobiegło go wołanie.

– Panie Marysiu, panie Marysiu! Jest pan tam?

Jak spod ziemi wyrosła nagle niewysoka, czarnowłosa niewiasta w zwiewnych szatkach. Na głowie miała błękitny kapelusz z dużym rondem, spod którego jak peleryna spływały gęste, długie włosy, miękkimi falami układając się na plecach. Woalka w takim samym kolorze przysłaniała twarz.

Trudno było odgadnąć krój sukni czarnowłosej piękności. Zwoje muślinów, tiulowych szali i koronek otulały ją, fruwając wokół bioder. Żyły własnym życiem, co było nader cenną kategorią w tym przytulnym, lecz specyficznym miejscu. Sprawiały, że kiedy się poruszała, wyglądała, jakby unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Jak delikatny obłoczek, połyskujący wszystkimi odcieniami błękitu… Jedynie wprawne oko mogłoby dostrzec niewielkie zabrudzenia w dole sukni, małą plamę na gorsie oraz ślady po rozpruciu przy szwie rękawa, nieudolnie zacerowane granatową nicią. Kiedy uniosła woalkę, w czarnych oczach odmalowała się troska, za to policzki płonęły ceglastym pomarańczem, zupełnie niepasującym do jej chłodnego typu urody.

– Tu pan jest, panie Marysiu! – ucieszyła się na widok mężczyzny. – Nie mogłam spać cały dzień – poskarżyła się płaczliwie – coś mnie uwierało w plecy. Może pan do mnie zajrzeć? Deska jakaś się wypaczyła. To już tyle trwa, więcej tego nie zniosę – zaszlochała. – Panie Marysiu, bardzo proszę, niech pan idzie!

Przybycie kobiety nie wywołało entuzjazmu, a już z pewnością nie w mężczyźnie z fantazyjną pożyczką, a jednak z rezygnacją dźwignął się ze swojego miejsca i powlókł za nią.

– Kurwa, nie jestem żadna Marysia – mruknął pod nosem i już go nie było.

Poeta popatrzył za nimi bez żalu. Nie zauważył, że na widok kobiety w kapeluszu twarz niedoszłej pasażerki zrobiła się nagle kredowobiała, jakby w jednej sekundzie odpłynęła z niej cała krew. Kobieta złapała się za gardło, nie spuszczając wzroku z kierunku, w którym przed chwilą zniknęli.

– To… to… była… to… – bełkotała, nie mogąc wydusić słowa.

– Poznała ją pani! – ucieszył się Poeta. – Tak… – rozmarzył się, nie patrząc na nią. – Artystka, wielka sława. Talent, i w dodatku doceniony – dodał z goryczą. – Owszem, zasługuje, nie powiem, ale czyż sztuka ma tylko jeden wymiar?

Odwrócił się i wreszcie spojrzał na pasażerkę.

– Co pani? – zdziwił się, bo kobieta w dalszym ciągu trzymała się za gardło, jakby nie mogąc złapać tchu.

– Ona… ona… ja ją znam… ona…

– Co ona? – zniecierpliwił się, nie mogąc doczekać dalszego ciągu. – Wszyscy ją znają, mówię przecież, że światowej sławy.

– Ale ona… – jęknęła pasażerka i to chwilowo były jej ostatnie słowa. Zemdlona osunęła się na ziemię.

Poeta westchnął, ale nie ruszył się z miejsca.

– No i co z tego, że ona – wydął blade wargi. – Bywają gorsze nieszczęścia, na przykład taka zgaga. Niby nic, a piecze. Albo wypadające oko – dodał, wpychając sobie gałkę z powrotem w oczodół.

Kolejny dzień nie przyniósł widocznej zmiany. Ciało pasażerki nadal leżało w rogu, pod murem, na szczęście niewidoczne z głównej alei. Natknęła się na nie Artystka, kiedy jak zwykle przechadzała się wąskimi alejkami w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza.

– Panie Marysiu, panie Marysiu! – wydarła się piskliwie, jakby obdzierali ją ze skóry. – Panie Marysiu! Tu ktoś leży!

– O święta godzino, znowu ta histeryczka – westchnął ktoś z boku i czym prędzej się oddalił.

– Trzymaj mnie pan! – mruknął Maryś do Poety. – Jak ona jeszcze raz nazwie mnie Marysią, nie ręczę za siebie!

Poeta poklepał go po ramieniu.

– Spokojnie, panie Maryś, to w końcu Artystka.

– Ale ile razy mam jej powtarzać, że jestem Maryś, kurwa, nie Marysia!

Poeta podrapał się po głowie.

– Ona w zasadzie wcale nie mówi: Marysia. Ona tak w wołaczu się zwraca.

– To niech się, kurwa, zwraca w mianowniku, ja się nie obrażę.

Artystka nerwowo miotała się wokół leżącego ciała.

– O Boże, ona chyba nie żyje!

– Ale odkrycie… – mruknął Maryś.

– Ona ma myśli, że jakoś dziwnie nie żyje – sprostował Poeta, silnie akcentując słowo „dziwnie”.

– O Boże, zróbmy coś, skąd ona jest, od tamtych?

– Możliwe, całkiem świeża. Z tym że ja bym nie używał takiego nieprecyzyjnego określenia. To nie jest niedoszła pasażerka, wręcz przeciwnie… To tamten samolot, co to wiecie…

– Panie Marysiu, panu znowu się na żarty zbiera! – ofuknęła go Artystka. – Ta biedaczka nie może tu leżeć w nieskończoność, zróbcie coś! – zażądała tonem osoby przyzwyczajonej, że wszystkie jej życzenia są natychmiast spełniane.

– Cicho, ktoś idzie! Krzaki szeleszczą. – Poeta znieruchomiał.

Wydawało się to dość nieprawdopodobne. O pierwszej w nocy na cmentarz raczej nikt nie zaglądał. Zdarzyło się kilka razy, że miejscowe pijaczki urządziły sobie libację, ale zazdrosny Maryś tak im pogonił kota, że jeden prawie zemdlał, a drugi został abstynentem, o czym Maryś nie miał zielonego pojęcia. (Gdyby wiedział, wyrzuty sumienia nie dałyby mu zasnąć spokojnie.)

– Cicho! – powtórzył Poeta zupełnie niepotrzebnie, gdyż pozostała dwójka zastygła w bezruchu (nie licząc leżącej pod płotem pasażerki, która z oczywistych względów pozostała nieruchoma).

Znajdowali się w najstarszej i najrzadziej odwiedzanej części cmentarza, przez co najspokojniejszej. Nagrobki były tu nieco nadgryzione zębem czasu i porosłe szarozielonym mchem, ale za to zabytkowe i najokazalsze. I miejsca było jakby więcej. Kamienne lwy sąsiadowały z wyniosłymi aniołami opartymi nonszalancko o grobowce, popiersia kobiet i mężczyzn patrzyły w dal nieprzeniknionym wzrokiem, a ilość kolumienek, rzeźb, płaskorzeźb, edykułów i ozdobnych murków wbijała przechodnia w ziemię, co być może w takim miejscu nie było posunięciem zbyt zręcznym. Jedynie stąd widać było znajdujące się za murem fragmenty ruin Starego Zamku.

– To ja – szepnął niewysoki mężczyzna, wynurzając się z mroku i trwożliwie rozglądając na boki.

– Trendy Romek! – ucieszył się Maryś. – A już myślałem, że to znowu te moczymordy. Tym razem bym nie odpuścił.

– Panie Romku, pan tutaj? Znowu będzie pan miał na pieńku z Górnikiem – zaniepokoił się Poeta.

– Co tam Górnik – obruszył się Trendy Romek. – Wieści mam takie, że z krzeseł pospadacie. O, a ta co tu robi? – dostrzegł pasażerkę spod płotu. W jego głosie nie było jednak zdziwienia.

– Pan ją zna? – ucieszyła się Artystka.

– Kilka dni temu się pokazała, ale zdaje się nikt jej nie powiedział…

– Wiedziałem, że jest od was, świeżutka taka. Zabieracie ją?

Trendy Romek podrapał się po głowie.

– Może i dobrze się składa, pójdę i powiem, żeby ją wzięli, a wy zawołajcie wszystkich. To naprawdę ważna sprawa – oświadczył z powagą, obrócił się na pięcie i tyle go widzieli.

– Dlaczego powiedział pan do niego: trendy? – zaciekawiła się Artystka, tracąc chwilowo zainteresowanie pasażerką. Przebywała w tej ekscentrycznej społeczności najkrócej z obecnych i nie wszystkie osobliwości cmentarza były jej znane. – Nie zauważyłam, żeby był szczególnie oryginalnie ubrany… Zwykły garnitur i to nie najlepszej jakości, chyba bistor… Fryzura też jakaś taka przeciętna. – Artystka znała się na rzeczy.

– Jego gęby kostropatej pani nie widziała czy co? Trędowaty taki, że nietrudno zgadnąć skąd przezwisko – roześmiał się Maryś.

Nie zdążył wyjaśnić niczego więcej, gdyż od strony nowego cmentarza nadciągnął osobliwy pochód. Prowadził go wysoki, barczysty mężczyzna o wyjątkowo nieprzyjemnym wyrazie twarzy i obszarpanym ubraniu, co rzucało się w oczy, zważywszy, że pozostali mieszkańcy na ogół byli ubrani przyzwoicie. Niektóre garnitury, garsonki i sukienki miały nieco staroświecki i niemodny krój, ale widać było, że właściciele dbają o nie, jak mogą.

Za mężczyzną kroczyli trzej młodzieńcy w skórzanych kurtkach, ubrani jak motocykliści. Trzymali się za ręce. Gest ten w innych okolicznościach mógłby wzbudzać zdziwienie, może nawet zażenowanie, jednak tutaj był jak najbardziej uzasadniony. Środkowy motocyklista nie miał bowiem głowy. Miejsce, gdzie można by się jej spodziewać, ziało przejmującą pustką.

Kondukt zamykał Trendy Romek.

– Gdzie ona jest?! – ryknął obszarpany, nawet się nie przywitawszy. Obrzucił niechętnym spojrzeniem Artystkę i splunął pod nogi Poecie.

– Trochę kultury – odezwał się oburzony Poeta. – Kobiety tu są.

– Jedną widzę, tamta nieświeża się nie liczy.

– Ależ ona jest całkiem świeża – zaprotestowała Artystka, nachylając się nad pasażerką.

– Nie ją miałem na myśli – huknął mężczyzna.

Artystka teatralnym gestem złapała się za głowę.

– No, no, ty się, Górnik, licz ze słowami. – W Marysiu odezwało się poczucie cmentarnej solidarności. – Nie jesteś u siebie. Zabieraj tych swoich wybrakowanych i jazda stad, pókim dobry! Niech przyjdą, jak głowę znajdzie – zarechotał.

Zabarwione niepokojącą czerwienią białka Górnika złowrogo błysnęły w świetle księżyca. Poeta instynktownie się cofnął, za nic mając solidarność, która Marysiowi kazała stanąć w obronie Artystki. Górnik sapnął chrapliwie, rozstawił szeroko nogi jak byk gotujący się do ataku i zaryczał.

– A w ucho chcesz?!

– Panowie, panowie, tylko bez nerw – włączył się odważnie Trendy Romek. – Mamy ważniejsze sprawy. Panie Górniku, przecież pan wie, że to nasza wspólna troska. Jak przegramy, to wszyscy razem, nie będzie lepszych i gorszych. A ty, Maryś, choć raz wykazałbyś odrobinę powagi – zwrócił się do rechoczącego Mariana. – Ja mam propozycję, jeśli wolno oczywiście – spojrzał wymownie na Górnika, który po wcześniejszym wystąpieniu odpoczywał oparty o nagrobek. – Zabierzemy teraz ciało, a za godzinę spotkamy się w ruinach. Zbierzcie kogo się da, to naprawdę poważna sprawa – zakończył i skinął na motocyklistów, którzy natychmiast rzucili się do płotu. Ściślej rzecz ujmując, dwóch się rzuciło, bo trzeci rzucił się w przeciwnym kierunku i wylądował w pokrzywach. Po krótkich przepychankach i szamotaninie udało im się w końcu podnieść pasażerkę i ulokować ją na szerokiej desce, którą przezornie przynieśli ze sobą.

Kiedy byli gotowi do odmarszu, Górnik oderwał się od nagrobka, wypluł trawkę, którą właśnie przeżuwał, i nie zaszczycając nikogo ani jednym spojrzeniem, dał sygnał do odwrotu. Na odchodnym rzucił:

– Tylko dlatego, że ja WIEM, co to za sprawa, tym razem ci daruję.

[1] Bolesław Leśmian, „W zakątku cmentarza”.


Artystkę, która co chwilę zaplątywała się we własną sukienkę. Obie ręce miała zajęte, więc nie mogła w żaden sposób jej podtrzymywać. Górnik, słysząc, jak co chwila biadoli pod nosem, pomyślał, jakie to szczęście, że pochowano go w spodniach. Biorąc pod uwagę pomysły jego żony, różnie mogło z tym być.