W jak morderstwo - Katarzyna Gacek - ebook + audiobook

W jak morderstwo ebook i audiobook

Katarzyna Gacek

4,5

Opis

Kryminalne perypetie sympatycznej pani weterynarz

 


Magda, klasyczna kura domowa, pewnego wieczoru znajduje dowód na zdradę męża oraz obce zwłoki. Okazuje się jednak, że nie do końca obce – ofiara miała na szyi wisiorek, który należał do zaginionej przed laty przyjaciółki Magdy, Weroniki. Podczas gdy policja prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa, Magda postanawia zbadać, co łączyło zamordowaną w parku kobietę z jej przyjaciółką. Odkrywając powoli tajemnice z przeszłości, wpada na trop mordercy, któremu sama będzie musiała stawić czoło. Jednocześnie próbuje jakoś ogarnąć swoje życie prywatne, co bywa czasami dużo trudniejsze niż polowanie na mordercę.

 

Katarzyna Gacek – pisarka i autorka scenariuszy, z wykształcenia psycholog. Wraz z Agnieszką Szczepańską napisała powieści kryminalne: Zabójczy spadek uczuć, Zielony trabant, Dogrywka oraz Mag i diabeł, Wisielec i księżyc, Moc i cesarzowa. Autorka scenariuszy między innymi do seriali Anna Maria Wesołowska (TVN), Przeznaczenie (Polsat) oraz Unia serc (TVP 3 Info). Współautorka scenariusza filmu Za niebieskimi drzwiami. Z Markiem Kamińskim napisała przygodową książkę dla dzieci Marek i czaszka jaguara. Mieszka pod Warszawą, ma troje dzieci, trzy koty i dwa psy.   

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 449

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 39 min

Lektor: Katarzyna Gacek

Oceny
4,5 (393 oceny)
234
114
35
9
1
Sortuj według:
Solind

Nie oderwiesz się od lektury

Lekko napisana i ciekawa książka o odwadze jaką trzeba zebrać aby zamknąć sprawy z przeszłości i zadbać o teraźniejszość. Kryminalny wątek świetnie splata ze sobą bohaterów i daje idealny pretekst do ruszenia z działaniami na innych polach. Autorka fajnie prowadzi fabułę, więc czyta się książkę bardzo szybko i przyjemnie.
10
Delles29

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta się jednym tchem. Wartka akcja, ciekawe postacie i niebanalne dialogi. Super
00
Mike22

Nie oderwiesz się od lektury

Bohaterka jest szalenie kobieca. Dziękuje za możliwość przeczytania i życzę dalszych sukcesów.
00
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Z wielką przyjemnością słuchałam, szukam książki o dalszych losach bohaterów. Lubię kryminały nie tylko z zagadkami ale obyczajowe . Polecam wszystkim lubiącym kryminał bez trupów co kilka kartek lub opisujących ze szczegółami krwawe zbrodnie. Tego tu nie znajdziecie. Miło spędzony czas.
00
KochanskaEwa

Nie oderwiesz się od lektury

Błyskotliwa, śmieszna, prosta, optymistyczna. Czegoż można więcej chcieć od książki na poprawienie nastroju?
00

Popularność




Moim najważniejszym Magdom, mamie i córce

Wstęp

Confessio est regina probationum[1]

Każdy ma w życiu takie chwile, które chciałby cofnąć. Wymazać. Wykasować. Przewinąć na szybkim podglądzie z powrotem do napisów początkowych. Ja akurat mam ich sporo. Gdybym na przykład mogła cofnąć czas, to jadąc do Warszawy w zeszłym tygodniu nie zignorowałabym świecącej już od jakiegoś czasu kontrolki paliwa i nie ominęłabym w roztargnieniu stacji benzynowej, tylko zatankowała do pełna. Oszczędziłoby mi to dwudziestu minut upokorzeń, kiedy mój samochód zdechł na pasie dla lewoskrętów w jednym z najruchliwszych miejsc Warszawy, w samym szczycie popołudniowego szczytu. Każdy, naprawdę każdy kierowca, któremu jakimś cudem udało się przebić na sąsiedni pas i mnie wyminąć, unosił znacząco w górę środkowy palec. Bardzo wtedy żałowałam, że nie mogę cofnąć czasu.

Żałuję tego również za każdym razem, kiedy wyjmujęz pralki koszule męża, godzinę wcześniej śnieżnobiałe, terazszarawe, a na końcu wygrzebuję z bębna samotną czarną skarpetkę. Żałuję momentów zamyślenia, które pieczołowicie przygotowywane dania zamieniły w zwęgloną breję. Ale tamtej majowej, sobotniej nocy, kiedy w parku miejskim w Podkowie Leśnej znalazłam zwłoki, pod żadnym pozorem cofnąć bym nie chciała.

[1] Przyznanie się jest królową dowodów.

Rozdział 1

Był ciepły, majowy sobotni wieczór. Dzieci od dawna leżały już w łóżkach, a Tomasz zamknął się w swoim gabinecie, żeby pracować.

Gabinet Tomka był najważniejszym punktem naszego domu. Centrum. Czy raczej epicentrum, tak, to jest to słowo. Po pierwsze za pieniądze, które włożyliśmy w te piętnaście metrów kwadratowych, można by było urządzić spore mieszkanie, po drugie – Tomasz roztaczał wokół swojego gabinetu aurę wyjątkowości. Kiedy zaszywał się w swojej samotni (ściegiem krzyżykowym), pozostali domownicy musieli wyciszać komórki, poruszać się po domu na palcach, najlepiej w ogóle nie oddychać. Z punktu widzenia mojego męża – to i tak niewielka cena za obcowanie z wielkością. Z mojego punktu widzenia wszystko, co pozwalało uniknąć jego irytacji, warte było wysiłku. I tyle.

Ponieważ na niedzielny obiad Tomasz zażyczył sobie karkówkę, przystąpiłam do przygotowań. Wyjęłam mięso z lodówki, pocięłam na plastry, ułożyłam w garnku i zalałam olejem wymieszanym z przyprawami. Potem odstawiłam garnek do lodówki, dokładnie wytarłam blat, poprawiłam wiszącą krzywo ściereczkę, sprawdziłam, czy pies ma wodę w misce, i ruszyłam na górę.

Zmęczona po całym dniu trochę straciłam czujność, co natychmiast wykorzystała Kobyła.

Z Kobyłą trzeba uważać. Jest stara i tak wielka, że nie udało jej się umieścić w żadnym sensownym pomieszczeniu w domu, wylądowała więc w holu na piętrze, gdzie się natychmiast zaczęła rozpychać i panoszyć. Właściwie nie sposób przejść obok niej, żeby o nią nie zawadzić albo przynajmniej się o nią nie otrzeć. Nie lubię jej. Nikt jej nie lubi. Ale ponieważ dostaliśmy ją w spadku po ciotecznej babce mojego męża, nie mogliśmy tak po prostu wywalić jej na śmietnik. Zresztą który śmietnik zniósłby Kobyłę?

Zamieszkała więc z nami ta ogromna, przedwojenna trzydrzwiowa szafa o bardzo niemiłych cechach charakteru. Jest narowista i złośliwa. Atakuje znienacka, celnie i boleśnie. Ma prostą, ale skuteczną taktykę – kiedy ktoś z domowników się zbliża, jej środkowe drzwi, te z lustrem, nagle się otwierają i nie ma szans, żeby się z nimi nie zderzyć.

Wydawałoby się, że nic prostszego, jak zamykać owe drzwi na klucz. Niestety Kobyła przewidziała to i klucze gubi. Średnio raz na miesiąc okazuje się, że klucza nie ma, i nawet najszerzej zakrojone poszukiwania nie dają efektu. Dzieci twierdzą, że szafa te klucze połyka, a ja, po sześciu latach regularnego odwiedzania sklepu z artykułami metalowymi w celu dokupowania kolejnych egzemplarzy, jestem skłonna przyznać im rację.

Tym razem drzwi Kobyły uchyliły się na tyle wolno, że udało mi się w ostatniej chwili uniknąć zderzenia. Znalazłam się jednak naprzeciwko lustra, co nie poprawiło mi humoru. Czy to możliwe, że ta nijaka, trzydziestopięcioletnia kobieta z lekką nadwagą i włosami o nieokreślonym kolorze ściągniętymi w końskiogon to ja? Niestety, wszystko na to wskazywało. Gwałtownym ruchem zamknęłam więc szafę i omijając starannie wzrokiem swoje odbicie, poszłam „ucałować dzieci na dobranoc”. Użycie cudzysłowu zrozumiecie za chwilę.

***

Pokój po prawej – królestwo mojej córki.

Ostrożnie nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka. Kaja, dziewięciolatka o aparycji aniołka, leżała w łóżku z książką na kolanach. W ciepłym świetle nocnej lampki, ubrana w różową piżamkę wyglądała tak słodko i niewinnie, że każdy dałby się nabrać. Każdy, z wyjątkiem mnie.

Ominęłam rozłożoną na dywanie kolekcję Barbie i podeszłam do łóżka.

– Dlaczego jeszcze nie śpisz? – spytałam.

Dziecko posłało mi niewinne spojrzenie i zatrzepotało rzęsami.

– Bo sobie czytam, mamciu.

Nawet gdyby nie użyła tego ostatniego, przesłodzonego zwrotu, i tak bym się zorientowała, że kłamie – bardzo trudno jest czytać do góry nogami. Uśmiechnęłam się więc, trochę krzywo, i szybkim ruchem podniosłam książkę. Spod starego wydania Mary Poppins w parku wyłonił się tablet, na którego ekranie angry birds szykowały się właśnie do kolejnego ataku.

Skonfiskowałam go bez słowa.

– Mamo – jęknęła Kaja. – Bym miała rekord.

Trudno się było w jej postawie dopatrzeć skruchy.

– Jutro szlaban na telewizję. Trzeci raz w tym tygodniu. I już masz rekord!

– A Kuba to może grać!

– Bo jest starszy! – wiedziałam doskonale, że mała nienawidzi tego argumentu. Trzyletnia różnica wieku była dla niej przepaścią nie do przeskoczenia.

– To niesprawiedliwe! – pisnęła.

Przez ułamek sekundy zastanawiała się, jaką przyjąć strategię, po czym zanurkowała pod koc. Przecież wiadomo, że kiedy kogoś nie ma, jego problemy nie istnieją.

– Jutro porozmawiamy. Dobranoc. – Pocałowałam koc w miejscu, w którym zapewne znajdował się czubek głowy córki, i ruszyłam kontynuować obchód.

***

Pokój po lewej – królestwo mojego syna.

Kuba oczywiście również nie spał. Zgarbiony, z dłonią na komputerowej myszce, rozwalał kolejnego wirtualnego przeciwnika w grze, w której dyplomacja i metody pokojowe z pewnością nie były wysoko punktowane. Położyłam obok niego na biurku zabrany małej tablet.

– Kaja znowu grała, zamiast czytać. Prosiłam cię, żebyś jej nie dawał.

Kuba, nie odrywając wzroku od ekranu, mruknął pod nosem coś, co równie dobrze mogło oznaczać: mamo, przesadzasz, jak: mamo, przeszkadzasz.

– Słucham?!

– Sama sobie bierze.

– To nie możesz lepiej schować? Usiądź prosto! – dodałam, czując, że brnę w ślepą uliczkę.

– A ty nie możesz jej zabronić? – syn posłał mi spojrzenie pełne irytacji, a jego plecy nie drgnęły ani o milimetr. – Tylko tak wiesz, skutecznie.

Poczucie wychowawczej klęski, które nie opuszczało mnie, odkąd pierwszy raz próbowałam nakarmić piersią głodnego noworodka, gwałtownie przybrało na sile.

– Jutro porozmawiamy – powiedziałam stanowczym tonem. – A teraz proszę spać.

I poszłam sobie.

***

Nie uważam, żeby macierzyństwo było moim powołaniem. Jasne, że jak większość kobiet chciałam założyć rodzinę. Marzyłam o pięknym domu w wielkim ogrodzie, przystojnym, kochającym mężu, dwójce uroczych dzieci i psie. Nie wiem właściwie, skąd się takie marzenia biorą, ale z pewnością nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Przede wszystkim nie istnieje pojęcie „dwójka uroczych dzieci”. Jedno dziecko tak, jedno dziecko ma szansę bywać urocze, choć też nie dłużej niż przez kwadrans dziennie. Ale pojęcie „dwoje uroczych dzieci” jest wewnętrznie sprzeczne. Dwoje dzieci to ciągłe kłótnie, podszczypywanie, wyrywanie sobie zabawek, wkładanie palców w oko i skarżenie. Dwoje dzieci to również dwa razy większe możliwości zgubienia się w supermarkecie i pewność, że jeżeli nie jedno, to drugie w samym środku zakupów będzie chciało siku. Dwoje dzieci to dwa razy więcej prania, prasowania oraz odmienne gusta kulinarne. Idę o zakład, że każda kobieta, która zdecydowała się na drugie dziecko, żeby mieć uroczą parkę, prędzej czy później poczuje się nabita w butelkę. Tak jak ja.

Koc, pomyślałam. Muszę się schować pod kocem.

I pewnie by mi się to udało, gdyby nie fakt, że na mojej drodze do sypialni po raz kolejny stanęła Kobyła. Tym razem nie udało mi się odskoczyć i dostałam lustrem w prawą skroń. Boleśnie.

– Ty małpo wredna! – warknęłam, choć obrzucanie szafy inwektywami to zajęcie bez sensu. – Zobaczysz, jeszcze kiedyś pożałujesz!

Nacisnęłam ramieniem na drzwi, próbując je domknąć, coś jednak stawiało opór. Tym czymś okazał się rękaw beżowego garnituru Tomasza. I nagle cała złość i irytacja na Kobyłę przeszły mi, jak ręką odjął, a ich miejsce zajęła panika.

– Cholera jasna.

Garnitur był Tomka ulubionym. Niestety, kilka dni temu paskudnie poplamił go kawą, po czym wręczył mi, podkreślając, że chce go mieć z powrotem na poniedziałek.

Była wtedy jakaś siódma wieczór, a o tej porze nasza lokalna pralnia jest już zamknięta, więc postanowiłam oddać garnitur do czyszczenia następnego dnia, po czym schowałam godo szafy, a jak mi coś niknie z oczu, to mogiła. Tak więc „następnego dnia” o nim zapomniałam, jeszcze następnego również, w efekcie mieliśmy sobotę wieczór, a garnitur wciąż wisiał brudny w szafie.

Wizja poniedziałkowego poranka i konfrontacji z mężem na chwilę mnie sparaliżowała. Odruchowo skuliłam się w sobie i przygryzłam wargę. Sprawa nie wyglądała dobrze. Pralnia w Podkowie jest w weekendy zamknięta, a walka z plamami metodą chałupniczą nie wchodziła w grę. Na szczęście po panice przyszła mobilizacja. Zaczęłam gorączkowo szukać w głowie rozwiązania, i nagle wyświetlił mi się wielki, zielony neon „Janki”. Oczywiście! Tylko tam! Zwłaszcza że na jutrzejsze popołudnie Tomasz zaplanował kino z dziećmi. Przed seansem wrzucę garnitur do pralni, po seansie odbiorę, błogosławione usługi ekspresowe. Błogosławione i podwójnie płatne, ale trudno. Jakoś to może udźwignę. I oczywiście nie miałam na myśli finansów, tyko uszczypliwe uwagi Tomka na temat mojego zapominalstwa i rozrzutności.

W poczuciu, że otarłam się o katastrofę, wyjęłam garnitur z szafy i zaczęłam odruchowo przeszukiwać kieszenie. Zapewne w przypadku prania chemicznego to, czy są one pełne, czy puste, nie ma dla jakości procesu większego znaczenia, jednak wieloletni nawyk sprawdzania ciuchów przed włożeniem do pralki zrobił swoje. Wiadomo, nic tak nie potrafi popsuć humoru pani domu jak chusteczka higieniczna uprana z czarnymi dżinsami.

Najpierw wsunęłam dłoń w lewą kieszeń, potem w prawą.

Pod palcami zaszeleścił mi papier o charakterystycznej strukturze sklepowego kwitka. Wyjęłam go – zwykły paragon z Empiku – i już miałam zmiąć w kulkę i wyrzucić do kosza, kiedy mój wzrok przykuły cyferki widniejące na samym dole: 375 zł.

Gdyby to był kwitek z jakiegoś sklepu z ciuchami, kwota nie zwróciłaby mojej uwagi. Tomasz często kupował sobie ubrania, właściwie miał ich dużo więcej niż ja. Ale Empik? Przecież ostatnio w domu nie pojawiły się ani nowe filmy, ani płyty, ani książki, których za 375 złotych musiałoby być przynajmniej kilka. Z ciekawości przebiegłam więc wzrokiem rachunek w poszukiwaniu nazwy towaru.

Chanel Allure woda perfumowana nie brzmiało jak tytuł filmu. Ani tytuł książki, niestety.

Zdziwienie, że w Empiku sprzedają perfumy, natychmiast ustąpiło miejsca kolejnemu: Tomek kupił perfumy za prawie cztery stówy?! Ale dla kogo?

Bo przecież nie dla mnie. Ja przez trzynaście lat małżeństwa nie dostałam od niego żadnych perfum.

Kupował mi oczywiście prezenty pod choinkę, a nawet czasami na urodziny, ale należały one zawsze do kategorii „praktyczne”, a maksymalny pułap cenowy wynosił sto złotych. Na przykład na gwiazdkę rok temu dostałam od niego elegancką, drewnianą deskę do krojenia. Tyle w temacie.

Zatem jeżeli nie kupił tych perfum dla mnie...

Poczułam, że robi mi się słabo.

Madziu, spokojnie, pomyślałam, oddychając głęboko. Przecież to nie oznacza jeszcze, że ma kochankę. Może kupił te perfumy w pożegnalnym prezencie dla kogoś, kto właśnie odchodził z firmy? Albo czekając do kasy w Empiku wziął z blatu odruchowo wydruk, zostawiony przez poprzedniego klienta? Obecność tego świstka można wytłumaczyć na wiele sposobów.

Gówno prawda, zreflektowałam się natychmiast. Od kupowania pożegnalnych prezentów Tomasz ma sekretarkę. A chowanie po kieszeniach cudzych kwitków to absurd. Rusz się, zrób mu awanturę, wydrap oczy, na co czekasz?!

Wzięłam kilka głębokich oddechów, żeby się nie rozryczeć, i trzymając papierek w dwóch palcach, jak najdalej od siebie, ruszyłam z powrotem na dół.

W holu u stóp schodów leżał nasz pies, Alf, włochate cielę, którego nie zauważyłam, bo jego brązowe futro idealnie zlewało się z kolorem klepki. Niestety, on również mnie nie zauważył, choć moje futro nie zlewało się z niczym. W efekcie o mało się o niego nie zabiłam. Zahaczony nogą przeciągnął się leniwie, rysując pazurami po podłodze, a lakier superstrong, taki, jakiego używa się na boiskach do koszykówki, aż jęknął. A potem spojrzał na mnie jednoznacznie. Pies, nie lakier.

– Nie! – rzuciłam histerycznie, rozpoznając bez pudła charakter tego spojrzenia. – Nigdzie nie idziemy! Leżeć!

Podeszłam do drzwi gabinetu i chociaż serce łomotało mi jak szalone, nacisnęłam klamkę.

Tomasz siedział za biurkiem – wielkim nowoczesnym meblem, na którego blacie panował zawsze przygnębiający porządek – i pisał coś na komputerze. Moje nagłe pojawienie się sprawiło, że przestał uderzać w klawisze, wyprostował się i przeniósł wzrok z ekranu na mnie. Nabrałam więc powietrza i zaatakowałam.

– Tomek?

Dziwne. Mój głos wcale nie zabrzmiał mocno i oskarżycielsko, a zamiast wykrzyknika na końcu wszedł mi znak zapytania.

– Pracuję. Coś ważnego?

– Chciałam się spytać. To znaczy, chciałam powiedzieć. – Zacisnęłam palce na kwitku.

– No słucham! – w głosie mojego męża pojawiło się zniecierpliwienie.

– Wychodzę z psem! – odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z pokoju.

***

Jaka ja jestem żałosna, jaka żałosna. Zamiast rzucić się facetowi z pazurami do oczu, zamiast zrobić karczemną awanturę, zamiast mu wystawić walizki za drzwi, potrafiłam się tylko poryczeć. Trzęsła mi się broda, trzęsły ręce, co w połączeniu ze łzami napływającymi do oczu praktycznie uniemożliwiało przypięcie smyczy do obroży psa.

W końcu po kolejnej próbie poddałam się i wypuściłam go na ulicę luzem. Alf popędził radośnie do najbliższej latarni, a ja za pomocą ostatniej chusteczki higienicznej, którą przez przypadek znalazłam w kieszeni, spróbowałam doprowadzić twarz do porządku. Z mizernym skutkiem.

Akacjowa, przy której mieszkamy, łączy dwie Podkowy, Wschodnią i Główną. Po chwili wahania ruszyłam w prawo, w kierunku Wschodniej. Tam o tej porze nikt nie powinien się kręcić, a ja nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył mnie zasmarkaną. Bo daję głowę, że gdyby tak się stało, następnego dnia pół miasta zastanawiałoby się nad powodem mojej rozpaczy.

Niestety zapomniałam, że kiedy mi na czymś bardzo zależy, dzieje się dokładnie odwrotnie. Nie zdążyłam przejść nawet pięciu metrów, kiedy naprzeciwko mnie pojawiła się kobieta. Wysoka, szczupła, w białym, rozpiętym prochowcu, którego poły trzepotały wokół jej nóg jak skrzydła łabędzia, zmierzała w moją stronę energicznym krokiem, stukając szpilkamio asfalt.

– Alf! – wrzasnęłam odruchowo. Naprawdę lepiej, żeby się z nią nie spoufalał. A zwłaszcza żeby się nie spoufalał z jej jasnym płaszczem.

Psi głupek wypadł z krzaków po drugiej stronie ulicy zziajany, z wywieszonym językiem i kawałkami zeschłej trawy w sierści.

– Do mnie! – klepnęłam otwartą dłonią w udo. Była to jedna z niewielu komend, na które reagował. Czasami.

Na szczęście tym razem podbiegł i zatrzymał się przede mną, patrząc wyczekująco. Zanim się zorientował, że nie mam dla niego ani piłeczki, ani nawet marnego patyka, chwyciłam go za obrożę i zaczęłam uspokajająco klepać po karku. Skupiona na psie nagle zarejestrowałam, że stukot obcasów się urwał, a powietrze wokół mnie wypełnił intensywny zapach perfum.

– Przepraszam.

Podniosłam wzrok. Kobieta, która stała teraz o pół metra ode mnie, mogła mieć trzydzieści, może trzydzieści pięć lat. Zwróciłam uwagę na jej nienaganną figurę, odważny dekolt obcisłej sukienki i błękitny wisiorek, w którym odbijało się światło najbliższej latarni.

W mojej głowie na moment pojawiło się skojarzenie, dalekie, nieuchwytne. Może gdybym była w lepszej formie, spróbowałabym to skojarzenie odnaleźć, wydostać z pamięci. Ale nie byłam w lepszej formie. Byłam w formie fatalnej. Jedyne, na czym potrafiłam się teraz skupić, to mechaniczne poklepywanie psa.

– Szukam stacji kolejki.

Coś dziwnego było w tym głosie i nagle zdałam sobie sprawę, że kobieta, tak jak ja, musiała przed chwilą płakać.

– Prosto, na końcu ulicy w prawo, po lewej stronie zobaczy pani przystanek.

Alf zaczął przestępować z łapy na łapę i wachlować ogonem. Kobieta odsunęła się i nerwowym ruchem odrzuciła do tyłu długie, jasne włosy, odsłaniając twarz. W żółtym świetle latarni zauważyłam ciemne smugi tuszu, rozmazanego na policzkach i opuchnięte od łez powieki. W odruchu współczucia chciałam nawet zaproponować chusteczkę, ale przypomniałam sobie, że jedyna, jaką dysponuję, nie nadaje się raczej do tego, żeby się nią dzielić.

Zresztą i tak było za późno. Kobieta bez słowa podziękowania ruszyła w kierunku, który jej wskazałam. Szła szybko, prawie biegła, poprawiając jednocześnie zsuwający się z ramienia pasek maleńkiej, czarnej torebki z charakterystycznym zapięciem w kształcie połączonych liter C. Mogłam się założyć o całkiem spore pieniądze, że ona również płacze przez faceta.

Patrzyłam za nią jeszcze przez chwilę, a potem puściłam psa i skręciłam w prawo, w Topolową. Jakoś mi się nie spieszyło do domu.

Rozdział 2

Znam kobiety żyjące w ciągłej obsesji zdrady. Kontrolujące mężów, sprawdzające ich komórki, grzebiące w mejlach i obwąchujące za każdym razem, kiedy później wracają z pracy. Ja do nich nie należałam. Ufałam Tomkowi, ufałam ślepo.

Zaczęłam analizować ostatnie dni i tygodnie. Nie, nie wracał z pracy później niż zwykle. Nie, nie wyjeżdżał służbowo. Nie, nie wspominał o żadnej nowej kobiecie w firmie. Nie, nie wysiadywał do późna w nocy przy komputerze.

Nagle poczułam, że jeżeli natychmiast z kimś o tym nie porozmawiam, zwariuję.

Elżbieta odebrała po trzecim sygnale.

– Nie możesz spać? – spytała zamiast powitania.

– Też byś nie mogła, gdybyś się dowiedziała, że twój mąż ma kochankę – wyjaśniłam. Ostatnie słowo, pierwszy raz tego wieczoru głośno wypowiedziane, zawisło w powietrzu jak szykujący się do ataku szerszeń.

– Co ma mój mąż? – zainteresowała się Elka.

– Nie twój, tylko mój! Kochankę ma!

Spodziewałam się współczucia, użalenia się, wsparcia. A usłyszałam śmiech. Perlisty, szczery i wkurzający.

– Uwielbiam twoje poczucie humoru – oświadczyła beztrosko moja najlepsza przyjaciółka. – A tak w ogóle to czemu dzwonisz tak późno? Coś się stało?

Jęknęłam.

– No przecież mówię! Tomasz kupił perfumy za czterysta złotych. Ma kogoś!

Po drugiej stronie słuchawki na chwilę zapadła cisza.

– Wiesz, że nie należę do fanklubu twojego męża – zaczęła Elka ostrożnie – ale kochanka jest ostatnią rzeczą, jakiej bym się po nim spodziewała.

– Kochanka nie jest rzeczą – mój głos zadrżał niepokojąco. – Kochanka jest kobietą. Śliczną, młodą i pachnącą drogimi perfumami. Na samą myśl normalnie mnie mdli.

Elżbieta westchnęła.

– Jesteś w domu?

– Nie. Na spacerze z Alfem.

W tym momencie uświadomiłam sobie, że psa jednak od dłuższej chwili nie widzę.

– To chodź do nas. Opowiesz mi wszystko na spokojnie.

– Moment. Alf! – krzyknęłam, ale pies się nie pojawił. – Gdzieś polazł, muszę go znaleźć. Zadzwonię za chwilę. – I rozłączyłam się.

Na komórce była dokładnie dwudziesta trzecia czterdzieści dziewięć.

Ruszyłam Modrzewiową w kierunku Kościelnej, co chwila gwiżdżąc i nawołując głupka, za każdym razem do imienia dodając inny przymiotnik o znaczeniu pejoratywnym.

Bez skutku.

Na wysokości dawnego „Milimoi”, kultowej kawiarni, zamkniętej kilka lat temu, drugą stroną ulicy minął mnie jakiś mężczyzna, ale ponieważ kompletnie nie przypominał Alfa, nie zwróciłam na niego uwagi.

Na skrzyżowaniu z Kościelną zatrzymałam się i zaczęłam nasłuchiwać, próbując namierzyć uciekiniera po dziamaniu innych psów, uwięzionych na swoich posesjach i obszczekujących z nienawiścią wszystko, co w sposób nieskrępowany poruszało się po ulicy. Niestety tym razem w okolicy nie było słychać ani pół szczeknięcia. Niedobrze, pomyślałam, cisza wróży źle.

I natychmiast tej myśli pożałowałam. Bo nagle od strony miejskiego skweru doleciało przejmujące, mrożące krew w żyłach wycie. Tak mógłby wyć pies Baskerville’ów, gdyby naprawdę chciał kogoś nastraszyć. Ale ja nie poszłam na spacer z psem Baskerville’ów, tylko z Alfem, psem łagodnym i kompletnie pozbawionym morderczych instynktów, którego mózg miał kształt i wymiary piłki tenisowej. Okoliczności, w których ten baranek wydałby z siebie taki dźwięk, musiały być ekstremalne.

Puściłam się biegiem w kierunku linii drzew, za którymi rozpościerał się skwer – dwa elegancko przystrzyżone trawniki i kilka żwirowych alejek, zbiegających się przy kamiennej tablicy ku czci bohaterów walk z hitlerowskim najeźdźcą. I właśnie tam zobaczyłam Alfa. Z uniesionym do góry łbem, schowanym pod siebie ogonem i zjeżoną sierścią przypominał wyjącego do księżyca wilka.

– Cicho! – krzyknęłam, a miejsce niepokoju zajęła irytacja.

Pies zamilkł. A potem cofnął się, odsłaniając ciało.

***

Kobieta wyglądała tak, jakby położyła się na chwilę, żeby odpocząć. Złożone razem, lekko ugięte w kolanach nogi, jedna ręka wyciągnięta wzdłuż ciała, druga uniesiona w górę, jakby chciała poprawić rozsypane dookoła głowy jasne włosy. Jednak krew wypływająca z rany na piersi, znacząca ciemną plamą czerwoną wizytową sukienkę i wsiąkająca powoli w połę jasnego prochowca oraz szeroko otwarte, nieruchome oczy świadczyły o tym, że odpoczynek nie wchodził tutaj w grę. No, chyba że wieczny.

Tuż obok ciała, tak blisko, że przygniatał sobą fragment płaszcza leżał długi, żelazny pręt z drewnianą rączką, zakończony podwójnym szpikulcem. Słabe światło księżyca odbijało się w ostrzach i ciemnej, gęstej cieczy, w której były zanurzone.

Kiedy uświadomiłam sobie, na co patrzę, zaczęłam krzyczeć.

***

Siedziałam na drewnianej ławeczce na placu zabaw. Ktoś okrył mnie troskliwie polarowym kocem, ktoś inny wcisnął mi w dłonie plastikowy kubeczek gorącej herbaty, ale mimo to cały czas się trzęsłam. Mój dziadek mówił: drży jak osika, i właśnie tak sobie teraz drżałam, z jednym wyjątkiem: osiki nie mają zębów, którymi mogą szczękać. Ja jeszcze miałam, więc dzwoniłam nimi, zapewne z katastrofalnym skutkiem dla szkliwa. Co za dzień, co za parszywy dzień!

Parking przed urzędem miasta był pełen ludzi i samochodów. Położone kilkadziesiąt metrów dalej miejsce zbrodni oświetlono reflektorami i otoczono biało-czerwoną taśmą, przy której pomimo późnej pory zdążył się już zebrać całkiem spory tłumek ciekawskich. Wyglądali, jakby żałowali, że to nie oni znaleźli zwłoki. Ja również tego żałowałam.

Coś wilgotnego dotknęło mojej nogi. Spojrzałam w dół. To Alf przesunął pysk i jego wielki, mokry nos znalazł się centralnie na mojej stopie. Podrapałam go za uszami, nie zareagował. Zastygł w dziwnym stuporze, nieszczęśliwy i zdezorientowany.

Na wysokości mojego wzroku pojawiły się męskie nogi w dżinsach i adidasach.

– Jak się czujesz?

To był Jacek Sikora, mąż Elki. Znaliśmy się od dziecka, był mi bliski jak brat, ale teraz nie przyszedł tutaj, żeby mnie pocieszać. Jako szef dochodzeniówki Komendy Powiatowej w Grodzisku miał trochę inne zadanie.

– Nieźle – skłamałam.

– Czy on mógłby się przesunąć? – dotknął butem łapy Alfa.

Z pewnym trudem przeciągnęłam psa na drugą stronę i Jacek opadł na ławkę obok mnie.

– Gdzie Tomek?

Mogłam się spodziewać takiego pytania. W końcu mój dom znajdował się jakieś pięćset metrów dalej, przy tej samej ulicy. Cóż prostszego zadzwonić do męża i poprosić, żeby przyszedł, przytulił, wsparł i pocieszył? Nic, poza faktem, że Tomek był ostatnią osobą, którą chciałam w tym momencie oglądać na oczy. Tyle tylko, że Jackowi nie mogłam tego powiedzieć.

– W domu. Nie chciałam, żeby dzieci zostały same. Napisałam mu esemesa, że wpadłam do was na wino i niedługo wrócę.

Gdybym spróbowała tę historię wcisnąć Elce, natychmiast by się zorientowała, że to kit. Ale Jacek, pomimo licznych zalet, był facetem. Faceci nie chwytają niuansów. Faceci kupują wszystko jak leci.

– Nie wiem, czy tak niedługo, bo jeszcze cię musimy przesłuchać. Dasz radę?

– Dam – odpowiedziałam szybko.

To idiotyczne, ale zrobiłabym wszystko, żeby spotkanie z Tomkiem odsunąć od siebie, ile tylko się da.

– Zaraz ci tu kogoś przyślę – wstał energicznie. – Ja muszę iść. Prokurator czeka.

***

No i przysłał.

Sierżant Pastuszko musiał mieć koło trzydziestki, ale wyglądał najwyżej na lat osiemnaście. Niezbyt poważną powierzchowność rekompensował wysokim wzrostem, toteż kiedy usiadł obokmnie na niskiej ławeczce, kolana podjechały mu prawie pod brodę. Zdecydowanie nie była to pozycja, w której mógłby zapisywać cokolwiek. Pokręcił się chwilę, w końcu jakimś cudem udało mu się ulokować notatnik na wąskim, drewnianym oparciu ławki. Pstryknął długopisem, jakby repetował broń, i odchrząknął. Potem znowu pstryknął długopisem. I znowu odchrząknął.

– Proszę pytać – zachęciłam go.

Sierżant Pastuszko odchrząknął po raz trzeci.

– To moje pierwsze – wyznał cicho.

– Pierwsze co? – zdziwiłam się.

– Pierwsze morderstwo – wyjaśnił. – Bo potrącenie ze skutkiem śmiertelnym raczej się nie liczy.

Pokiwałam głową ze współczuciem.

– Moje też – pocieszyłam go. – I, mam nadzieję, ostatnie.

Och, jakże grubo się myliłam.

***

Przesłuchanie trwało czterdzieści minut, z czego większość czasu zajęło notowanie moich słów przez złożonego w paragraf Pastuszkę. Wypytał mnie dokładnie o wszystko, od momentu wyjścia z domu aż do chwili znalezienia denatki. Na koniec poprosił o moje dane i numer telefonu, a potem wstał, rozprostował swoje dwa metry i sobie poszedł.

Poczekałam chwilę, mając nadzieję, że może coś się jeszcze komuś przypomni, ale się nie przypomniało. Nikomu nie byłam potrzebna, nikogo już nie interesowałam. Nie pozostało mi więc nic innego, jak wracać do domu.

***

Mieszkaliśmy w dużej, piętrowej, otynkowanej na biało willi. Została zbudowana na początku lat osiemdziesiątych, dlatego roiło się w niej od skosów, łuków, półpięter i balustrad, a stromiznami dachu dałoby się obdzielić kilka bacówek. Wcześniej należała do moich rodziców i od razu uprzedzę pytanie: nie, nie dostaliśmy jej w spadku. Rodzice żyli i każde z osobna cieszyło się całkiem dobrym zdrowiem, niestety razem nie cieszyli się już niczym. Jakieś osiem lat temu mama nakryła bowiem ojca uprawiającego seks z recepcjonistką, dziewczyną o imponującym biuście i dużo mniej imponującym intelekcie. Pikanterii całej historii dodaje fakt, że działo się to na fotelu dentystycznym w gabinecie ojca, właściciela prywatnej praktyki stomatologicznej. Matka natychmiast kazała mu się pakować i wynosić z domu, a po przeprowadzeniu bardzo korzystnego dla siebie rozwodu postanowiła zacząć nowe życie.

– Nigdy nie lubiłam tego miejsca – wyznała szczerze, oddając mi klucze do willi. – Ale wam na pewno będzie tutaj bosko. – Po czym wyprowadziła się do Warszawy, zostawiając nam dwieście dwadzieścia metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej i dwa tysiące metrów działki. Bardzo miło. Jakoś mi wtedy nie przyszło do głowy, że historia lubi się powtarzać.

***

Na parterze było już ciemno, światło świeciło się tylko w oknie naszej sypialni. Weszłam do domu najciszej, jak się dało, a psu, który pchał się za mną, zamknęłam drzwi przed nosem. Jego beztroskiej i hałaśliwej obecności raczej nie dałoby się ukryć, a ja za żadne skarby nie chciałam, żeby Tomek zorientował się, że wróciłam. Pozbywszy się w sionce butów, na bosaka przemknęłam przez ciemny przedpokój i wślizgnęłam się do kuchni. Tu było względnie bezpiecznie. Przysiadłam na jednym z krzeseł i przez chwilę tkwiłam bez ruchu, nasłuchując, ale w całym domu panowała cisza zmącona tylko swojskim i uspokajającym buczeniem lodówki.

Nie wiem, dlaczego akurat w tym momencie doszła do głosu ta część mojej osobowości, którą nazywam pieszczotliwie „mały masochista”, i kazała mi sięgnąć do tylnej kieszeni dżinsów i wyjąć z niej pechowy rachunek z Empiku. Mały masochista, wyjątkowo skuteczna cholera, oczywiście bez problemu osiągnął zamierzony efekt, bo zabolało. Zabolało potężnie. I nic poza tym. Nie spłynęło na mnie żadne olśnienie, nie pojawiła się mobilizacja ani żadna nadludzka odwaga, która popchnęłaby mnie do konfrontacji z mężem. Za to poczułam głód. Wilczy.

Wiem, wiem, otwieranie lodówki po północy powinno być karane sądownie, ale naprawdę nie miałam innego wyjścia, bo za chwilę burczenie z mojego brzucha postawiłoby na nogi cały dom. Zrobiłam więc sobie kanapkę z żółtym serem i wróciłam do stołu, żeby dalej smutno kontemplować dowód zdrady Tomka.

– Magda?

Nie wiem, jak to się stało, że nie usłyszałam jego kroków. No, ale nie usłyszałam. Zamarłam z kanapką w ręku i ze świadomością, że tuż za mną stoi mój mąż i za sekundę zauważy leżący na środku stołu rachunek. A ponieważ ciągle nie byłam przygotowana na konfrontację, upuściłam kanapkę. Upadła dokładnie na kwitek, co dało mi jakieś pięć sekund, bo kanapka na środku stołu to nie było coś, co mój mąż mógłby tolerować dłużej.

– Przepraszam – bąknęłam, podnosząc kanapkę razem z rachunkiem. Sprytna ja. Tylko co mam dalej zrobić z tym cholernym świstkiem?

Ratunek przyszedł w postaci Jadłonomii, którą przeglądałam po południu w poszukiwaniu jakiegoś przepisu, zostawiłam otwartą i zapomniałam schować. Poderwałam się więc z krzesła i zasłaniając sobą blat, wsunęłam papierek między strony książki. Tak, to była najlepsza kryjówka pod słońcem. Kto jak kto, ale Tomek do książek kucharskich nie zaglądał nigdy. Potem, już spokojna, odwróciłam się do mojego męża, który patrzył na mnie z coraz większym zdziwieniem.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał karcąco, i w tym momencie zauważył moje zapuchnięte od płaczu oczy i czerwony nos. – Coś się stało?

A ja, zamiast: „Wiem, że mnie zdradzasz”, odpowiedziałam:

– Na skwerze przed urzędem zamordowano kobietę. Znalazłam zwłoki.

Rozdział 3

Noc spędziłam skulona na swojej połowie łóżka, wpatrując się w majaczącą przede mną w ciemnościach ścianę. Nie, żeby była jakąś wyjątkowo interesującą ścianą, po prostu nie byłam w stanie robić nic innego. W każdym razie na pewno nie byłam w stanie spać, ponieważ każde zamknięcie oczu uruchamiało wyobraźnię. A wyobraźnia usłużnie podsuwała mi wizję Tomasza w łóżku z jakąś cizią. Co rzecz jasna nie wpływało dobrze na moją rozklekotaną psychikę. Leżałam więc owinięta kołdrą, modląc się, żeby mój mąż nie podejmował już więcej prób pocieszania mnie.

Jedną podjął w kuchni, kiedy powiedziałam mu o zbrodni. Widocznie uznał, że naprawdę mam prawo być roztrzęsiona, bo zaproponował, że zrobi mi herbatę, co nie zdarzało mu się zbyt często, i przebiegła mi nawet przez głowę złośliwa myśl, że przynajmniej do czegoś się ten trup przydał.

Tak więc zrobił mi tę herbatę i próbował nawet przytulić, w sensie mnie, nie kubek, ale się odsunęłam. Przy czym to „odsunięcie” miało energię panicznego odskoku, bo dotknięcia Tomka po prostu bym nie zniosła. Na szczęście mój mąż złożył to nerwowe zachowanie na karb stresu, szoku i w ogóle wszystkiego, z czym miałam przez ostatnie dwie godziny do czynienia.

– Chcesz o tym porozmawiać? – rzucił klasycznym cytatem z amerykańskiego filmu obyczajowego i z wyraźną ulgą przyjął moją wyjątkowo stanowczą odpowiedź:

– Nie!

Potem zamknęłam się w łazience na dobre pół godziny, a kiedy w końcu stamtąd wyszłam, już spał.

Wślizgując się pod kołdrę, miałam wielką nadzieję, że kiedy się obudzę następnego dnia, dzisiejszy wieczór okaże się koszmarnym snem, złudzeniem, wytworem wyobraźni. Niestety moment przebudzenia nie został mi dany, bo przez całą noc nie zmrużyłam oczu. Druga, trzecia, czwarta. Ciemność powoli przeszła w szarówkę, szarówka w świt. Wśród drzew zaczęły rozbrzmiewać pojedyncze głosy ptaków, które po jakimś czasie zlały się w jeden głośny, trochę chaotyczny chór. Z zaspanym stukotem przejechała pierwsza kolejka w stronę Warszawy,a w okno sypialni zajrzało słońce. Kiedy jeden ze złotych promieni odnalazł szparę w zasłonach, prześlizgnął się przez nią i przeciął na pół łóżko, dzieląc świetlistą linią demarkacyjną nasze ciała, uznałam, że czas wstawać. Była szósta dwanaście.

Najostrożniej jak umiałam wysunęłam się z łóżka i poszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Dom wyglądał zupełnie zwyczajnie, jak każdego innego poranka. Otworzyłam drzwi tarasowe, wpuszczając do domu obrażonego psa, zrzuciłam klapki i boso wyszłam na wilgotną od rosy trawę. Powietrze było rześkie, pachniało świeżą zielenią młodych liści i zbliżającym się latem, ale ja zamiast radości poczułam wzbierający w gardle płacz. Nieszczęścia nie powinny przydarzać się w maju. Listopad, proszę bardzo. Ewentualnie październik. Ale maj? Jak można schrzanić komuś najpiękniejszy miesiąc roku?

Wróciłam do kuchni i zdążyłam wstawić kawę, kiedy moja komórka dźwięknęła sygnałem esemesa. Otworzyłam wiadomość. Była od Jacka Sikory. „Wpuścisz mnie?”

***

Jacek najwyraźniej tej nocy również nie spał. Był nieogolony, miał podkrążone oczy, a na sobie tę samą koszulę, w której widziałam go poprzedniego wieczoru. No i śmierdział papierosami, a Elka nie pozwalała mu palić w domu. Właściwie, prawdę mówiąc, w ogóle nie pozwalała mu palić.

– Nie wyglądasz dobrze – zauważyłam.

– Ty też nie.

– Kawy?

Opadł na krzesło jak worek kartofli.

– Całą noc piłem kawę. Mam w żyłach kofeinę zamiast krwi. Zrób mi herbaty.

Zalałam mu wrzątkiem torebkę Earl Greya i postawiłam kubek na stole. Jacek przysunął go do siebie i przez chwilę wpatrywał w unoszącą się nad powierzchnią parę.

– Czy poznałabyś tego człowieka, którego wczoraj widziałaś na Modrzewiowej? – zapytał w końcu.

Wyobraziłam sobie siebie przed weneckim lustrem, dokonującą identyfikacji. Przez plecy przebiegł mi dreszczyk emocji. Niestety natychmiast uświadomiłam sobie, że na taką atrakcję nie mam co liczyć.

– Nie, na pewno nie. Nie widziałam jego twarzy.

A ponieważ poczułam coś na kształt wyrzutów sumienia, że nie mogę pomóc, odruchowo dodałam:

– Przepraszam.

– Przepraszasz? A za co? – Jacek jakby się lekko rozbudził.

– Że mu się lepiej nie przyjrzałam.

– Rzeczywiście, błąd. W ogóle się dziwię, że mu nie zrobiłaś zdjęcia. Albo że go od razu nie zatrzymałaś. Teraz mamy przez ciebie kupę roboty.

– Nie nabijaj się ze mnie!

– To nie pieprz głupot – powiedział łagodnie. – Wiesz, że nie znoszę tego twojego wiecznego przepraszania. Wszystkich. Za wszystko.

Ja w sumie też tego nie znosiłam. Bo nie jest łatwo żyć, kiedy przeprasza się nawet sklepowy stojak z gazetami, który się przez nieuwagę potrąciło.

– A wracając do tego gościa na Modrzewiowej. Nic ci się nie rzuciło w oczy? Nic charakterystycznego? W sylwetce, w ubraniu? Przypomnij sobie.

Pokręciłam gwałtownie głową.

– Wszystko powiedziałam Pastuszce.

– Zgubił notes.

– Słucham?

– Żartowałem. – Jacek upił łyk herbaty, parząc sobie wargi. – Po prostu potrzebuję więcej szczegółów. Postaraj się, to ważne.

Miał rację. To było ważne. Zaczęłam mozolnie grzebać w pamięci.

– Śmierdział alkoholem.

Jacek parsknął.

– Świetnie! Zaraz wyślę patrol na miasto, niech obwąchują mieszkańców.

– Jesteś wredny.

– Nie wredny, tylko zmęczony. Wysil się trochę.

Zamknęłam oczy i spróbowałam się skupić. I nagle rzeczywiście coś mi się przypomniało.

– Nie jestem pewna – zaczęłam ostrożnie – ale wydaje mi się, że utykał.

Jacek aż się wyprostował.

– No, to już jest jakiś konkret. Na którą nogę?

– Nie wiem.

– Skup się! Na którą?

– Chyba na lewą. Tak, na pewno na lewą.

Zanim skończyłam mówić, Jacek już miał w ręku komórkę i przekazywał informację Pastuszce, któremu najwyraźniej sen tej nocy również nie był dany.

– Myślisz, że to on ją zamordował? – spytałam, kiedy odłożył telefon.

– Na tym etapie śledztwa nie myślę, tylko ustalam fakty. A fakty są takie, że spotkałaś gościa dwieście metrów od miejsca zbrodni. Nawet jeżeli nie zabił, to mógł coś widzieć albo słyszeć. Musimy go znaleźć. To wszystko.

Przed oczami stanął mi widok sprzed kilku zaledwie godzin – leżąca na plecach kobieta, rozrzucone na ziemi poły jasnego płaszcza i ten dziwny metalowy przedmiot, którym została zamordowana, zanurzony w kałuży krwi. Wzdrygnęłam się.

– To straszne – powiedziałam cicho. – A wiecie już, kim ona była? Ta ofiara, znaczy?

– Jeszcze nie. Nie miała przy sobie dokumentów, a jak na razie nie wpłynęło żadne zgłoszenie o zaginięciu, z którym można by ją było połączyć. Za wcześnie.

– Kiedy ją widziałam, miała przy sobie torebkę.

– Wiem, czytałem twoje zeznania. Nie znaleźliśmy torebki. Nie miała też żadnej biżuterii, dlatego podejrzewamy, że to zabójstwo na tle rabunkowym.

– Tyle że mordercy często pozorują rabunek, żeby odsunąć podejrzenia od prawdziwego motywu – uświadomiłam mojemu przyjacielowi, oficerowi policji.

Sikora wzniósł oczy w górę.

– Ktoś tu się naczytał kryminałów.

– A co w tym złego?

– Kryminały to jedna wielka ściema.

– Czy dlatego, że policjanci są w nich przystojni, inteligentni i skuteczni?

Sikora odsunął krzesło od stołu i wyprostował nogi.

– Dobra, nie twierdzę, że tak się nie zdarza. Ale akurat w tym wypadku motyw rabunkowy jest bardzo prawdopodobny. Wiele faktów do niego pasuje, nawet ten twój, pożal się Boże, rysopis. Załóżmy, że jakiś menel potrzebował gotówki na flaszkę, więc ruszył w miasto. Namierzył ogród bez psów i monitoringu, dostał się do środka, ale nie znalazł tam nic, co dałoby się ukraść, żadnej kosiarki, żadnych rowerów, tylko ten szpikulec. Zabrał go więc, żeby opchnąć na skupie złomu.

– A co to w ogóle jest? Pogrzebacz?

– Nie. Pręt do pieczenia kiełbasek. Tutaj ludzie mają duże ogrody, więc robią sobie często specjalne miejsce na ognisko. I żeby nie latać po okolicy w poszukiwaniu patyków, zamawiają takie cuda – metalowe, solidne. I ciężkie. Na skupie zawsze parę złotych za to dostaniesz. Potem nasz sprawca spotkał na ulicy elegancko ubraną kobietę. Może ją poprosił o parę złotych, a ona nie chciała mu dać, zaczęli się szarpać. Albo od razu zaatakował. To oczywiście tylko teoria, ale dość prawdopodobna.

– Dlaczego ukradł tylko jedną sztukę? – spytałam. – Jeżeli, tak jak mówisz, ten sprzęt służy do pieczenia kiełbasek, to musiało być tego więcej. Sześć, osiem. Dlaczego ukradł tylko jeden?

– Magda, a skąd ja mam wiedzieć? – zirytował się. – Może wziął wszystkie, ale mu wypadły, gdy przechodził przez płot? Najważniejsze, żeby tego gościa znaleźć i porównać odciski palców.

Zastrzygłam uchem.

– Macie odciski palców mordercy?!

Jacek odchrząknął.

– Hm... Pamiętaj, że oficjalnie nie mogę przekazywać żadnych informacji na temat śledztwa.

– Och, przestań. Przecież jestem świadkiem, który znalazł zwłoki, nie dziennikarską hieną. Były na narzędziu zbrodni?

– Owszem – podniósł się. – Muszę iść. Pozdrów Tomka.

– A ty Elkę.

– Nie sądzę, żebym się z nią dzisiaj zobaczył.

I wyszedł. A ja, żeby nie eksplodować, zabrałam się za pieczenie biszkoptu z truskawkami.

Rozdział 4

Ogłoszenia duszpasterskie. Dawno nie powitałam z taką ulgą tych dwóch słów, wypowiedzianych beznamiętnym tonem przez odprawiającego niedzielną liturgię księdza. Oznaczały one bowiem, że msza święta dobiega końca, a dzisiaj wyjątkowo trudno było mi na niej wytrzymać. Gdyby nie to, że odruchowo usiadłam w jednej z pierwszych ławek, uciekłabym z kościoła po kwadransie. Ale przeciskanie się między ludźmi z pewnością wzbudziłoby zainteresowanie, więc zacisnęłam zęby i wytrwałam.

Prawda jest taka, że nie należę do osób specjalnie uduchowionych. Owszem, czasami udaje mi się na tyle skupić, żeby dotknąć modlitwy, a nie rytuału, ale dziś w ogóle nie było o tym mowy. Zajmowałam się wyłącznie odganianiem uporczywych myśli i trzymaniem fasonu.

– Związek małżeński zamierzają zawrzeć...

Jak zwykle podczas zapowiedzi pomyślałam o Tomku, ale po raz pierwszy naprawdę się ucieszyłam, że go ze mną nie ma. Jego obojętne nastawienie do spraw wiary kiedyś bardzo mnie uwierało. Miałam głęboko zakodowane, że do kościoła chodzi się całą rodziną, ale każda próba wyciągnięcia Tomka razem z nami na mszę kończyła się porażką. Oraz spapraną jego fochami niedzielą. Więc odpuściłam i dzięki temu dzisiaj mogłam dziękować Bogu, że mój mąż nie siedzi obok mnie w ławce. Tego z pewnością bym nie zniosła.

– Na koniec czuję się w obowiązku poinformować was, moi kochani, o strasznej tragedii, która miała miejsce wczoraj w nocy.

Zamarłam.

– Zaledwie kilkaset metrów od naszej świątyni dokonano brutalnego morderstwa, którego sprawców szuka teraz policja. Pomódlmy się w intencji ofiary – młodej, niewinnej kobiety, której życie zostało tak bezwzględnie przerwane. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie.

Właściwie mogłam się tego spodziewać. W małym miasteczku, jakim jest Podkowa, informacje rozchodzą się przecież lotem błyskawicy. O tym, kto znalazł zwłoki, też już zapewne wszyscy wiedzą. Aż mi ciarki przeszły po plecach na myśl, że będę musiała odpowiadać na pytania żądnych sensacji sąsiadów. Kiedy więc tylko organista zaczął zawodzić pieśń na wyjście, przeżegnałam się szybko i popchnęłam dzieci w kierunku bocznych drzwi. Boczne drzwi dawały nadzieję, że wymknę się niezauważona.

***

Wyszliśmy z kościoła jako jedni z pierwszych. Wyjęłam z torebki ciemne okulary i wsunęłam na nos, a potem ruszyłam szybko skrajem kościelnego dziedzińca w kierunku najbliższej furtki w nadziei, że nikt mnie nie zatrzyma. Nagle do moich uszu dobiegło ciche, choć wyraźne:

– Magdziu!

Och, błagam, tylko nie Bieleccy!

Ale oczywiście, to byli oni. Nikt poza panią Bielecką nie mówił już do mnie Magdziu. Stali pod pergolą jakieś pięć metrów od nas.

– Och, dzień dobry państwu! – entuzjazm w moim głosie nie był niestety szczery.

Podeszli do nas powoli: wysoki, szczupły mężczyzna o pooranej zmarszczkami twarzy i kobieta o błękitnych, bardzo smutnych oczach. Byli dokładnie w wieku moich rodziców, ale tragedia, która ich dotknęła, sprawiła, że wyglądali o dziesięć lat starzej.

– Magdusia. – Bielecka próbowała uśmiechnąć się na mój widok. Bez powodzenia. – Miło cię widzieć, kochanie.

Kaja i Kuba przywitali się grzecznie. Pani Bielecka powiedziała coś na temat tego, jak szybko rosną dzieci, a potem staliśmy dłuższą chwilę naprzeciwko siebie bez słowa, nie bardzo wiedząc, o czym tak naprawdę moglibyśmy rozmawiać. W końcu pan Bielecki odchrząknął i odezwał się szorstko, prawie niechętnie:

– Co tam u ciebie?

– Wszystko w porządku, dziękuję.

– Rodzice zdrowi?

– Zdrowi.

– Mamy dawno tu nie widziałem.

– To już osiem lat, odkąd się rozwiedli – przypomniałam mu.

Bielecki pokiwał głową.

– Ale ten czas szybko leci.

Niestety zdanie o upływie czasu natychmiast przywołało inne wspomnienia. Choć tak naprawdę nie przywołało – to, co stało się siedemnaście lat temu, było obecne między nami przez cały czas.

– Wpadłabyś do nas kiedyś na herbatę – zaproponowała pani Bielecka. Jak zawsze, kiedy się spotykaliśmy. Na co ja, również jak zawsze, odpowiedziałam:

– Wpadnę. Na pewno wpadnę.

Oczywiście kłamałam, a oni doskonale o tym wiedzieli. Od tamtego lata nigdy u nich nie byłam. Przypadkowe spotkania, rzadkie i bezpiecznie krótkie, i tak wiele nas wszystkich kosztowały.

– Tylko zadzwoń wcześniej – pouczył pan Bielecki. – Czasami wyjeżdżamy do syna, do Otwocka.

– Zadzwonię.

Bielecka pogłaskała mnie po policzku szczupłą, bladą dłonią, poprzecinaną błękitnymi nitkami żyłek.

– Do widzenia, kochanie, do widzenia.

Powoli odeszli. Wiedziałam, że nie mają się do czego spieszyć. A ponieważ ja też nie miałam, zabrałam dzieci i zamiast w stronę domu, ruszyliśmy w kierunku ulicy Lotniczej, przy której mieszkali Elżbieta i Jacek.

***

– Espresso?

– Podwójne. Albo lepiej potrójne.

– Jasne. I erka.

– Szpital? To by mnie nawet urządzało.

Siedziałam przy kuchennym stole u Sikorów i obserwowałam, jak Elka uruchamia ekspres do kawy. Wysoka, szczupła, o długich prawie do pasa gęstych ciemnych włosach, ubrana w kolorową sukienkę i bosa skojarzyła mi się nagle z Pocahontas, bo odkąd do kina chodziłam głównie z dziećmi, właśnie tacy bohaterowie wypełniali moją wyobraźnię.

– Fajnie, że wzięłaś młodych. Natalka uwielbia, gdy przychodzą – powiedziała, odstawiając puszkę z kawą do szafki.

Przez wychodzące na ogród okno widać było trzy podskakujące na trampolinie dziecięce postaci. Natalka, córka Eli i Jacka była rezolutną czwartoklasistką i świetnie dogadywała się zarówno z Kają, jak i z Kubą. Bezcenna, niedana mi umiejętność. Czasami, kiedy rodzeństwo przeżywało kryzys, wypożyczałam ją, żeby odegrała rolę negocjatora. Albo buforu, jak kto woli.

Promienie słońca, załamujące się w wiszącym w oknie krysztale, tańczyły po podłodze tęczowymi smugami, na jednym z krzeseł spał zwinięty w kłębek kot. Ekspres wydał z siebie ciche syknięcie, a powietrze wypełnił intensywny aromat świeżo parzonej kawy. Skupiłam wzrok na kapiącym do filiżanki płynie. Przez chwilę ten widok działał na mnie uspokajająco, ale kiedy spłynęły ostatnie krople, natychmiast mi się przypomniało, że mój świat to teraz popioły i zgliszcza.

– Fatalnie się czuję – oznajmiłam.

Elżbieta postawiła przede mną filiżankę, a potem objęła mnie mocno i przytuliła.

– Naprawdę mi przykro. To musiał być dla ciebie straszny wstrząs.

– Chyba najgorsze, że się tak kompletnie tego nie spodziewałam. Żyjesz sobie spokojnie, normalnie, bezpiecznie, a tu nagle... – głos zaczął mi niebezpiecznie drżeć, więc zabrałam się za słodzenie kawy.

– Kochanie, nikt wychodząc na spacer z psem nie zakłada, że znajdzie zwłoki – przerwała mi Elka miękko. – Mam ciasto. Chcesz?

I nie czekając na odpowiedź, otworzyła piekarnik.

– Chcę. Ale ja nie mówię o zwłokach. Mówię o Tomku!

Elka wyprostowała się gwałtownie, odstawiła blachę na kuchenkę i odwróciła się do mnie, a w jej oczach zobaczyłam bezbrzeżne zdziwienie.

– To ty serio z tą kochanką?

– Oczywiście, że serio.

Moja najlepsza przyjaciółka patrzyła na mnie tak, jakbym była ostatnim żywym egzemplarzem ptaka dodo, odnalezionym w dżungli Mauritiusu.

– Uważam, że musimy poważnie porozmawiać – oznajmiła, sięgając po nóż. – Brzeg czy środek?

– Wszystko jedno.

Elżbieta wbiła ostrze w ciasto.

– Cienkie mi jakieś wyszło – stwierdziła mimochodem. – Jak ty to robisz, że tobie zawsze wyrasta?

– Jestem kurą domową – wzruszyłam ramionami. – Mnie musi.

I po chwili dodałam:

– Myślisz, że ona dobrze gotuje?

Elżbieta jęknęła.

– Węglowodany. Potrzebuję węglowodanów.

Nałożyła sobie ogromny kawał ciasta i zaczęła systematycznie pochłaniać. Patrzyłam na to z zazdrością. Elka była chuda jak patyk i nigdy w życiu nie stosowała żadnej diety. Mogła jeść od rana do wieczora, a przyśpieszona przemiana materii, którą została obdarowana przez naturę, radziła sobie z każdą ilością kalorii. W ogóle Elka miała wszystko przyśpieszone. Każdą czynność, która mnie zajęłaby kwadrans, Elka wykonywała w minutę. Może dlatego ilość aktywności w jej życiu znacząco przewyższała to, co działo się w moim. Elżbieta była dyrektorką miejskiej biblioteki, wychowywała dziecko i uprawiała kilka sportów naraz. W ogóle kipiała energią. Ciągle coś wymyślała, upiększała, tworzyła. Potrafiła sama uszyć sobie kieckę i sama odmalować starą szafkę, sama też produkowała zaproszenia na biblioteczne eventy. Była ciepła, radosna i wszechstronnie uzdolniona. Reasumując: jej ciasta naprawdę nie musiały wychodzić.

– Opowiadaj – zażądała, przełykając ostatni kęs. – Po kolei. Wszystko.

No to opowiedziałam. Łaskawie mi nie przerywała, choć widziałam, że bardzo ją korci.

– I w ten sposób całe moje życie legło w gruzach – zakończyłam patetycznie. – Co ty byś zrobiła na moim miejscu?

– Nie jestem na twoim miejscu – rzeczowo stwierdziła moja najlepsza przyjaciółka. – Ale gdybym to ja znalazła coś podejrzanego w rzeczach Jacka, po prostu bym go o to zapytała.

Pokręciłam gwałtownie głową.

– Odpada.

– Dlaczego?

– Boję się go. Nie dam rady. Zresztą próbowałam wczoraj. Bez szans.

– OK. W takim razie poradzę ci coś, czego sama bym pewnie nie zrobiła, bo to trochę nieetyczne i tak dalej. Ale w tej sytuacji nie widzę wyjścia. Spróbuj pogrzebać.

– Co masz na myśli? – spytałam ostrożnie.

– Komórka – wyjaśniła Elżbieta. – I poczta elektroniczna. Jeżeli ma kogoś, musiał zostawić ślady.

Rozdział 5

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Wstęp
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37

Copyright © Oficynka & Katarzyna Gacek, Gdańsk 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2018

Opracowanie redakcyjne: zespół

Projekt okładki: Studio Karandasz

Zdjęcia na okładce: © andreiuc88/fotolia.com, creativefamily/fotolia.com

ISBN 978-83-66613-08-9

www.oficynka.pl

email: oficynka@oficynka.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek