W Central Parku - Wojciech Karpiński - ebook

W Central Parku ebook

Wojciech Karpiński

0,0

Opis

W Central Parku” Wojciecha Karpińskiego to opis podróży do Nowego Świata (każda istotna podróż jest wyprawą do Nowego Świata), wędrówka w przyszłość, ku temu, co nowe, przy jednoczesnym odkrywaniu przeszłości, swoich korzeni, dopisywania genealogii. Przewodnikami w podróży Karpińskiego są pisarze, malarze i myśliciele: Gombrowicz, Miłosz, Hockney, Nabokov, Sołżenicyn i Tocqueville.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Mapa Ameryki

Na godzinę przed początkiem przedstawienia rozległe łąki Central Parku mieściły już kilka tysięcy ludzi. Rozrzuceni grupami, leżący na kocach, zajęci jedzeniem i piciem, rozmawiający, uśmiechnięci. Wciąż napływali nowi. Dołączyliśmy i my, w świetnych humorach. Wyjęliśmy zakupione u Zabarsa kurczaki na zimno, białe wino kalifornijskie, whisky z lodem, orzeźwiające w parnym upale nowojorskiego czerwca. Powoli zapadał zmrok. Chłodniejsze powietrze sprzyjało koncentracji uwagi. Spokojnie czekaliśmy na rozpoczęcie Rigoletta. Jak co roku Metropolitan Opera, wspomagana przez bogate instytucje, dawała mieszkańcom Nowego Jorku bezpłatne przedstawienie w największych parkach miasta.

Wciąż przybywało ludzi, nie było jednak tłoku. Atmosfera rozluźnienia i spokoju. Nad drzewami rysowała się ściana wieżowców Manhattanu. Rozpoznawałem znajome budowle. Miasto przyglądało nam się z wysoka. Wreszcie wypłynął księżyc. Na spotkanie muzyki i rozbawienia. Przedstawienie zaczęto od podziękowania instytucjom. Dyrektor Chemical Bank, dzisiejszego mecenasa, powiedział tylko parę słów: bank szczyci się tym, że mało mówi, a szybko działa. Publiczność radośnie klaskała. Tym mocniej, im dziwniejsze wyczytywano osoby. Związek Śmieciarzy zobowiązywał się do oczyszczenia Parku i ustawił wielkie kosze, aby było gdzie wrzucać resztki wielotysięcznego pikniku, dostał więc entuzjastyczne brawa. Mrok gęstniał. Coraz ostrzej rysował się neonowy termometr na jednym z drapaczy. Przez łąkę przechodzili ludzie z fosforyzującymi zielonymi naszyjnikami. Rozświetlona reklama głów nie zawsze zasługujących na taką iluminację. Dużo jednak ładnej, po amerykańsku swobodnej młodzieży.

W otwartej przestrzeni zabrzmiała muzyka. Otaczali mnie przyjaciele, z którymi przybyłem na przedstawienie, tłumy słuchaczy, drzewa zlewające się w ciemną linię, miasto rozbłyskujące reklamami. Patrzyłem na przeniknięty dźwiękami Central Park. Słuchałem jednocześnie Rigoletta z dziwną uwagą. Nie spodziewałem się takiego wrażenia. Opera? Słyszałem ją wyjątkowo wyraźnie, lecz z zaskakującą ostrością dochodziły do mnie równocześnie inne głosy. Tylko pedant będzie wyznaczał ścisłe granice. Po cóż, powiedz, zabawiać się w formalistykę? Czy warto pytać o paszport zjawiska? Ale spać mi się nie chciało. Przeciwnie. Nie ruszając się z miejsca, odbywałem podróż, kilka podróży. Nie potrzebowałem środków odurzających. Wystarczyła muzyka, przyjaciele, miasto, rozradowana rzesza, złączona nie tylko obecnością dzieła sztuki, oczywistą i subiektywną, lecz również umiejętnością bycia razem, tradycją zachowania swobody w zbiorowości. Uderzyła mnie ich spontaniczna kultura i lekkość: nic z hałaśliwości czy napuszonej celebracji.

Migocące neonami drapacze tworzyły wspaniałą scenerię. Wytryskująca ku górze linia nie stanowiła zamknięcia parku, otwierała napowietrzną Operę ku nowym przestrzeniom, na całe miasto, na Amerykę. Jeżeli muzyka jest przede wszystkim rozwijaniem się dźwięku w czasie, to muzyka w Central Parku była także oswajaniem przestrzeni. Każdy z nas, słuchających, mógł udać się w innym kierunku. Mógł być tylko tu, w czystej materii dźwięku, mógł być też tylko tu, na nowojorskim jarmarku, przechadzać się po wielkomiejskim odpuście sztuki. Mógł także przedostać się za ścianę Central Parku. Iść dalej.

Opowiedzieć o podróżach tamtego muzycznego wieczoru? Nie był to moment uniesienia wydzielony z przepływu czasu. Tkwił w amerykańskich doznaniach, w doświadczeniach i przemyśleniach jeszcze wcześniejszych. Muzyka otwierała widoki dotąd istniejące oddzielnie. Ożywiała pamięć. Odnajdywałem obrazy wpółzapomniane. Umiałem je łączyć. Śledzić ich sens. Nie potrafiłem uwięzić ich w siatce terminów. Nie starałem się o to, słuchałem muzyki. Uniesienia sztuką bywają nietrwałe. Wyjątkowość tych momentów wycina je z obszaru rzeczywistości, zamyka w sobie. Czasem jednak sztuka łączy się z naszą genealogią, przemawia do naszego doświadczenia, choćbyśmy nie potrafili przełożyć jej słów na język codziennego życia. Ta sztuka otwiera przed wrażliwością wiele wymiarów. Wyprowadza poza ograniczenia teorii, stwarza pole intensywnego odczuwania. Stąd świadomość jednoczesnej obecności w kilku miejscach, przeżywania wielu spraw. Znikają bariery wznoszone przez nas samych i przez innych. Dotykamy pulsującej rzeczywistości. Świat odbija się w pamięci wielowymiarowymi zdjęciami.

Pamiętam zapach trawy, smak jedzenia. Widzę intensywną świetlistość żółtej tarczy księżyca zawieszonego nad drapaczami Wschodniej Strony. Neonowy termometr notuje zbawcze ochłodzenie. Coraz przyjemniej oddychać. Słyszę arię księcia. Jestem w tej muzyce. Jestem tu. A jednocześnie jakbym śledził równolegle kilka filmów. Oglądam zmieniające się widoki. Nakładają się, lecz zachowują wyrazistość. Mówią do mnie, rozmawiają we mnie. Jestem sobą bardziej niż kiedykolwiek, a zarazem jestem tym parkiem zanurzonym w tym wieczorze, jestem tym miastem odbijającym się we mnie i mnie odbijającym. Nie mam żadnych dokładnych terminów i słów na określenie tego stanu. Wybiega poza terminy, a słowa pozostawia ociężałe, zasapane, daleko w tyle. Gdyby można było – można, dopóki trwa urzeczenie, i można, choć trudniej, dopóki trwa pamięć, a umysł odrzuca fałszujące określenia – gdyby można było, jak chciał Humpty Dumpty z Alicji w krainie czarów, obciążać słowa dowolnym sensem i tylko później, w sobotnie popołudnia, płacić im dodatkowo za wykonaną ponad normę pracę. Niekiedy obawiam się jednak, czy cena takiej swobody nie byłaby zbyt wysoka.

W czasie przedstawienia Rigoletta ogarnęło mnie przekonanie, że odnajduję ukryty sens dotychczasowej wędrówki. A przecież wciąż natykałem się w Stanach na nieprzekraczalną zasłonę oddzielającą od spraw, ludzi, widoków, książek, obrazów. Wspaniałość doznań nieraz paraliżuje. Intensywność chwili, odmienna od czasu powszedniego, stanowi wówczas dodatkową kurtynę. Niestyczność wyobraźni, obcość języka. Ten, kto przeżywa, jest osobowością wewnątrz osobowości, wydzielony, odmienny. Niekiedy jednak wyobraźnia odnajduje się i utwierdza w podróży, wyjeżdża z nami, wysyła nas ku światu, ułatwia porozumienie, uczy o innych i o nas samych. Festyn w Central Parku sprzyjał otwarciu i komunikatywności wyobraźni. Od dawna problem dla mnie podstawowy: uzyskać głos, nauczyć się języka, w którym mógłbym ujmować świat i siebie bez deformacji sensu. Podróże – jak dzieła sztuki – są szkołą mowy. Napór nowości jest tak olbrzymi, że zmusza do coraz precyzyjniejszego nazywania. Czasem się to udaje, otrzymujemy wówczas dar głosu. Nie w pełni, nie na zawsze. A jednak nawet chwilowe przedarcie się przez zasłonę dostarcza na długo pokarmu. Jednym z uprzywilejowanych momentów intensywnego widzenia był wieczór w Central Parku.

W tych momentach na wewnętrznym ekranie przebiegają obrazy nie tylko barwniejsze niż zazwyczaj, ale też prawdziwsze – bliżej związane i ze światem, i ze sferą prywatności. Potrafię wówczas wyrwać się spod władzy sprzeczności paraliżujących głos. Dostrzegając wielowymiarowość świata, widzę lepiej siebie. Opada martwa skorupa słów. Przez pewien czas myślę nie pojęciami, lecz wartko toczącą się rzeką obrazów. Jak ją utrwalić, jak wpleść w nurt codziennego doświadczenia? „Podwójne jest płynięcie, dwoisty ruch i szum”. A jednak zespolenie, choćby ułamkowe, obu nurtów jest możliwe. W pamięci trwają minione chwile intensywnego widzenia.

Powraca wspomnienie z pierwszej zagranicznej podróży. Było to w Gruzji, na Kaukazie, daleko za Tyflisem. Przełamująca się przez góry droga. Autobus zatrzymał się po kolejnym zakręcie. Oddaliłem się od wycieczki. Za wzniesieniem nagła otwartość powietrza. Wielość planów. Daleko spadała biała nić wody. Czułem się wówczas, w natężeniu nigdy dotąd niespotykanym, w centrum przyjaznego mi świata: i tam, gdzie stałem, i tam, gdzie strumień toczył się ze skał, i jeszcze tam, u stóp Elbrusu. Przestrzeń wyzwalała się z praw geometrii, natura żyła rytmem własnym, bliskim mi od dawna. Górski krajobraz nie przygniatał ogromem. Piękno przyrody nie było czymś niezwykłym, zadziwiającym wybrykiem obcych sił. Było dla moich wrażeń i fundamentem, i rozwinięciem. Miarą nadającą sens. Domem.

Ziemia zyskiwała ciężar, a powietrze stawało się naprawdę środowiskiem naturalnym. Fizyczne doznanie wagi ludzkiej i wagi świata. Często męczyła mnie jałowość lub ciężar, zbyt przygniatający, rzeczy i przeżyć. Przebywały, nie mogąc do siebie przemówić, oddzielone, niewspółmierne. Tutaj wszystko istniało swobodnie i zrozumiale. Wielość wymiarów i konkretność rzeczy. To było przeżycie ontologiczne, doświadczenie bytu bardziej przejmujące niż jakiekolwiek późniejsze lektury filozofów. Bliższe byłoby porównanie z działaniem pewnych twarzy, z rytmem wierszy, dźwięków.

Przeżycie wyjątkowe, poczucie spokoju i pełni. Zestawiałem je ze stanem dziwnego zafascynowania, gdy kilka dni przedtem nie mogłem oderwać oczu od okrętowego okienka. Płynąłem z Odessy do Soczi. Była noc. Snop reflektora wyrywał z ciemności trójkąt wody. Fale wynurzały się znikąd. Przez chwilę śledziłem ich grzywy. Znikały, aby znowu powrócić. Monotonny rytm wciągał. Stałem długo z czołem przyłożonym do chłodnej szyby. Słowa nie przeszkadzały mi, bo nie potrzebowałem słów. Byłem nieobecny. Poza sobą. I pamiętałem inne jeszcze doznania: wyobraźnia ożywa na chwilę. Porusza się leniwie to w jednym, to w drugim kierunku. Uwaga oderwała się od czyjejś opowieści. Nie śledzę gry tego aktora. Oczy odbiły się od czerniących stronicę znaczków. Posuwają się dalej – czy bliżej? – ku mnie. Dopowiadają, włączają się w nowe obrazy.

Podczas wieczornego przedstawienia w Central Parku wyobraźnia uległa dziwnemu spotęgowaniu. Wyzwolona, posuwała się przecież ku realnemu światu. Pobudzała wspomnienia niedawnych przeżyć, całą dotychczasową podróż, i nadawała im nowe perspektywy. W nagłym impecie obrazów i myśli jeszcze nie zamarłych w formuły, jeszcze swobodnie przenoszących się z jednego obszaru na inny, paszporty jeszcze niekonieczne, nie trzeba wypełniać kwestionariusza – wciąż narzucała mi się pewna książka, którą odczytywałem wyobraźnią między kartami książki realnej. Projekt śmiałej autobiografii, dziejącej się w tak wielu planach, że sylwetka bohatera uległa rozbiciu. Pozostaje tylko zręczność autora, magiczna różdżka. Portret czystej wyobraźni. Ale właśnie o czystej wyobraźni nie myślałem. Tkwiła korzeniami w mojej pamięci. Przyglądałem się korowodowi postaci. Przepływały wraz z muzyką. Mówiły do mnie, a raczej były własnym sensem, wreszcie widocznym. Jeszcze nie zamarły w dosłowność portretowej linii.

Dawna tradycja: spraszać widma na festyn wyobraźni, kazać im mówić o przyszłości, niech odczytują za mnie mgliste znaki.

...„co się w duszy komu gra, co kto w swoich widzi snach”... Czy okazałem przez to brak odwagi, nieufność do bezpośredniości słowa? Możliwe. A jeżeli tacy właśnie rozmówcy przyszli do mnie, to dlatego, że byli potrzebni, dawno już towarzyszyli moim krokom. Zwiedzaliśmy razem Nowy Świat. Pomagali w zrozumieniu tego, co nowe. Znali przecież moją przeszłość. Zdołali zaskarbić sobie zaufanie. Dopuszczani do różnych sekretów. A jeżeli byli agentami Policji Obcej Myśli? Prowokatorami? To się zdarza. Nie bałem się jednak. W ten wieczór wśród drzew Central Parku pojawiały się duchy dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe. Dzięki nim mogłem zobaczyć Amerykę, dostrzec tam bliskie mi problemy. Bez nich byłbym jeszcze bardziej bezradny. Pogrążyłbym się w czysty subiektywizm bądź zagubił w kategoryczności ogólnych formuł: tacy są Amerykanie, takie stoją przed światem fundamentalne problemy, w takim kierunku powinien przebiegać rozwój struktur społecznych. Do tego rodzaju sądów nie mam przygotowania, nie wydają mi się zresztą ani możliwe, ani potrzebne komuś, kto spędził w tym kraju raptem dziewięć miesięcy. Wolę opowiadać, jak szkicowałem prywatną mapę Ameryki.

Siedziałem na kocu ze szklanką whisky w ręce. Dawałem się unosić muzyce. Cały byłem swobodną uwagą. W dziwnym podnieceniu – to momenty od dawna wybrane, gdy nagle w rytm myśli zaczynam biec ulicą bądź uśmiecham się z odpowiedzi jednej z półwymyślonych osób – starałem się zapamiętać obrazy, nie tamując ich przepływu. Na tle Central Parku, Nowego Jorku, wszystkich widm, jakie przybyły na ten amerykański festyn, wciąż powracała wyszukana w fikcyjnej autobiografii przysięga-wyznanie:

Love only what is fanciful and rare;

What from the distance of a dream steals through; What knaves condemn to death and fools can’t bear. To fiction be as to your country true.

To z Daru Nabokova. Dar? Wieczór w Central Parku był darem i pojawienie się tylu imaginacyjnych rozmówców. Cała podróż była darem, możliwością ofiarowaną mi, abym uczynił z niej, co potrafię. Co? Co zobaczył w Stanach Nabokov, którego widzę, jak przejeżdża Piątą Avenue po raz pierwszy, pierwszego dnia pobytu w Nowym Jorku? W jego walizce jest więcej rękopisów niż koszul. Jest już tam Dar, nie ma jeszcze Lolity, nie ma i nigdy nie będzie tych książek, które chciałbym mieć za towarzyszy podróży. Dlaczego zaprzestał wtedy, w pełni daru, posuwać się w bliskim mi kierunku? Kiedy przyjechał, był biedny. Podwójny wygnaniec. Przypłynął właśnie z Europy ogarniętej wojną. W Ameryce musiał zaczynać wszystko od nowa.

Na świecie zwyciężała umundurowana przeciętność, wroga swobodzie ducha. W Niemczech, zanim je opuścił, mógł się przekonać, czym jest wyobraźnia pod przymusowym zarządem policji. Nie potrzebował zresztą dowodów, wiedział już przedtem. W Berlinie zarabiał lekcjami języków. Nauczać ludzi pozbawionych własnego głosu? Uczniowie skrzętnie notowali słówka, jak notuje się adres kogoś, o kim wiemy, że go nigdy nie odwiedzimy. Tracił czas. A przecież miał własny język, z którym potrafił robić, co mu się żywnie podobało. Tego powinien uczyć, sztuki zwielokrotnionego widzenia. Przenikającego współczucia dla nagle ujrzanych odłamków rzeczywistości. I tego jeszcze – ciągłego przeświadczenia, że nasze dni tutaj to tylko kieszonkowe, tylko miedziaki brzękające w ciemnościach, i że gdzieś tam tkwi prawdziwe bogactwo, od którego życie powinno odbierać procenty w postaci marzeń, łez szczęścia, dalekich gór. Ale kto chciałby się tego uczyć od młodego wygnańca wyprzedającego z biedy nadwyżki dobrej edukacji. Zamykał się w sobie. Poświęcał czas czystej alchemii literackiej.

Miał dar. Walczył o swobodę wyobraźni. Czy jednak nie naruszył jej korzeni? Czy z pogardą odwracając się od przemocy, która wszystko stara się podporządkować rozkazom, wszystko zredukować do jednego poziomu istnienia, nie wpadł w pewnej mierze w jej sidła? Wycofując się przed niwelującą bezmyślnością w kraj czystej fikcji, redukował przecież sfery, na które osobowość mogła dokonywać pokojowej ekspansji.

Od dawna nachodził mnie ten dylemat: kto wbrew przemożnej presji otoczenia wybiera styl życia, styl duchowy, nawet styl artystyczny odmienny od panującego, od jego czystych zaprzeczeń także inny, ten stwarza grunt sprzyjający nieporozumieniom. Nie pozwala sobie dotykać pewnych problemów, odwraca się wzgardliwie od pewnych sfer rzeczywistości, chce zachować czystość. Słowo i myśl nieuprawiane jałowieją bądź stają się dla innych wyschnięte, dziwaczne. Głos niknie, przestaje być rozumiany. Wyobraźnia zamiera. Jest ona bowiem nie tylko czystym impetem jednostki, jest również umiejętnością współbrzmienia ze światem.

A jeżeli koszty są zbyt wysokie? Jeżeli rozszerzenie horyzontów wymaga częściowego zestrojenia się z otoczeniem? Konfrontacji z jego deformującą, miażdżącą siłą? To także jest pole walki o głos. Walki trudnej. Nabokov był świadomy komplikacji. Umiał je przezwyciężyć, choć nie zawsze z równym sukcesem. Musiał domagać się uznania dla własnej odrębności, musiał jednak robić to w sposób uchwytny dla innych. Ameryka otwartych przestrzeni, Ameryka wolności i samotności nie zawsze sprzyja precyzji widzenia. Ameryka, którą zobaczyłem w Central Parku podczas opery na trawie, w ten wieczór muzycznej zabawy, gdy sztuka znów stawała się radosną grą, pobudzeniem i ośmieleniem wyobraźni, a jednocześnie kluczem do miasta, zaproszeniem do podróży, lekcją żywego języka – ta Ameryka, ten Nowy Jork bliskie były marzeniom autora Daru, moim o nim marzeniom.

Od młodości pracował nad odbudową domu, naturalnego środowiska, w którym mógłby swobodnie oddychać. „Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli moich...”. Jego ojczyzną, wiedział dobrze, nie było tylko miejsce na mapie ani majątek, ani polityczne stronnictwo, ani nawet bagaż wspomnień uratowanych. Mógłby powtarzać (czyniłem to za niego) przemienione fragmenty wierszy Iłłakowiczówny. Nie szukajcie mnie w mieście ani w kraju, lecz w dźwiękach, kolorach, w zapachu powietrza. Mieszkam w zimie, która się przesila w tej jednej ku wiośnie nachylonej chwili, nie dłużej, nie dalej. Szukać mnie?... raczej w zmyślonych państwach u Szekspira, raczej na Lermontowskim Kaukazie, tam raczej, nie tu, tu się nie mieszczę. Kto na obrazie Leonarda spłoszył ze skał pawia składającego hołd Madonnie? Komu przyglądają się zdziwione oczy młodego Rembrandta z bostońskiego autoportretu?

Jakkolwiek było (właśnie: jak było naprawdę? w jakich okolicach toczyły się jego tajemne przygody?), starał się odnaleźć głos i wyrazić siebie. Utrwalić dar, ślimaczy dom, który niósł w samotności. Niezgodę na kapitulację. Kochać chciał to, co piękne i kryjome, co przez pokłady snu wabiąco lśni, co łotry ślą na śmierć, a głupców mdli. Fikcji – swojej fikcji – chciał być wierny jak ojczyźnie. Czy był wierny? Czy zdołał zbudować dom dostępny także dla innych, dla mnie? Niekiedy słyszałem jego głos i wydawał mi się bliski. Przez wyobraźnię przepływały wielokształtne obrazy. Podrzucano mu tyle określeń, ale tylko jeden rozmówca zasługiwał na uwagę. Słowa wynurzały się, wchodziły grupami do głowy, czasem nie potrafiły się odnaleźć i tylko rytmem markowały obecność, aż wreszcie hop, wskakiwały na swoje miejsce i dźwięczą znów:

O swear to me that while the heartblood stirs, You will be true to what we shall invent.

Słyszę jeszcze szept przysięgi, a on odjeżdża, rozpływając się w nowojorskim mroku. Mam go dalej śledzić? Czekają go biblioteki Harvardu, strome serpentyny Cornell zimą omiatane przez wszystkie wiatry, motele i motyle Ameryki, luksusowa bezdomność nad Lemanem. Nie spełnił jednak tej zapowiedzi, jaką dostrzegłem we fragmentach Daru. Pozostanie w kręgu moich marzeń, przesunie się w parku wyobraźni. Tam nie zajmuje się już czystą zabawą słowną. Znów dotyka ziemi, samotny, ale nie zgorzkniały, arielowy, wierny pamięci, nie sprzeniewierzający się bytowi, otwarty na przyszłość.

Czy mi się wydaje, że gdy jechał taksówką pierwszego dnia pobytu w Nowym Jorku, wyruszając z kilkuset dolarami w kieszeni na podbój Ameryki, uległ gdzieś koło Piątej Avenue i Pięćdziesiątej ulicy dziwnemu rozdwojeniu? Jeden Nabokov posuwa się naprzód, ku pisarskiej sławie, ku zmianie języka, a drugi, już swobodniejszy, przejrzysty, z wyobraźnią otwartą na świat, wierny, błąka się po Nowym Jorku, szukając schronienia. Chciałbym, aby przez moment był obecny gdzieś tu, przy mnie, wplątany w barwny tłum nowojorski, objęty tą samą muzyką. Jest. Towarzyszy mi i daje znaki. Chciałbym, aby przez moment spotkali się tu Mag i Prorok, Nabokov i Sołżenicyn, otwartość wyobraźni i upór pamięci, wolność i wierność. I przez moment nie wydaje mi się to niemożliwe. Przecież byli już fizycznie tak blisko siebie, gdy w suwerennej Szwajcarii pełnili obowiązki ambasadorów godności słowa. Ich dzieła narzuciły się wyobraźni, stanowią część prywatnej mitologii, pozwalają rozumieć świat.

Nabokov towarzyszący mi w Ameryce był spokrewniony, lecz nie tożsamy, z autorem dzieł opublikowanych pod jego nazwiskiem. Istnieją pisarze, z którymi tak długo i bezpośrednio rozmawiałem w wyobraźni, że stali się jej częścią. Nieraz krytycznie przyglądałem się ich zewnętrznym wobec mych rojeń egzystencjom. Widziałem w nich kalekie plagiaty mych snów. Choć za niektóre ich utwory nie czuję się odpowiedzialny, inne działają ze zwielokrotnioną siłą. Mówią do mnie i udzielają mi prawa głosu. Posuwam się ich tropami, a one otwierają nagle nowe perspektywy. Na łące Central Parku, lekko oszołomiony otoczeniem, muzyką, alkoholem, śledziłem półrealne postaci na tle półrealnego miasta. Przestrzeń i czas dostosowały się do nastroju, plastyczne, ale przez to prawdziwsze, wreszcie realne. Uciekły z kantowskich tabel, z uczonych wywodów, wplotły się w nowojorski tłum, przeniknęły muzykę, która przeniknęła mnie – ożywały, nadając impet pamięci i wyobraźni.

Posuwałem się tropami tych postaci. Z wdzięcznością przyjąłem ich obecność. Towarzyszyły mi w podróży. Już od dawna. Nie potrafię określić dat. To niemożliwe, niepotrzebne. Tamtego wieczoru w Central Parku wykroczyłem przecież daleko poza park i czerwcowy wieczór. Przeżycie swobodnego zespolenia z miastem i ludźmi. Wejście w siebie dzięki muzyce i dzięki muzyce wykroczenie ku zewnętrzności minionej i przyszłej. Byłem w centrum mojego świata, dotykałem rzeczywistości, choć nie umiałem jej nazwać. Rozumiałem sens podróży i wiedziałem, że nie uda mi się go wyczerpać. W milczeniu uczyłem się mówić, nazywać to, co przepływa. Uczyłem się Ameryki, siebie. Bez pośpiechu. Pamiętałem (potem uprzytomniłem sobie, że pamiętałem, w tamten wieczór byłem tylko otwartym na świat skupieniem), pamiętałem wiersz Kawafisa, który dostałem od Miriam jako talizman na drogę. Kiedy wybierasz się do Itaki, proś bogów, aby podróż była długa. Nie obawiaj się niebezpiecznych spotkań, od ciebie przecież zależy, czy wyjdziesz z nich bez szwanku. Wrogowie nie potrafią cię zranić, jeżeli nie dopuścisz ich do własnej duszy. Proś, aby podróż była długa, aby wiele było letnich poranków, abyś często przeżywał radość pierwszych odwiedzin w dalekich portach. Nie oczekuj bogactwa, otrzymałeś już dar, wyruszyłeś w podróż. I wszystko, czego się nauczyłeś, co dostrzegły szeroko otwarte oczy, jest tym darem. Pamiętałem także końcowe słowa Fausta, zawierające nadzieję ocalenia: kto wiecznie dążąc trudzi się...

A więc mów, pamięci, wspominaj widzenia tamtego wieczoru, opisuj podróże. Pamiętałem wystawę Hockneya, która najechała na mnie w zaśnieżonym New Haven. Radość widzenia i otwarcie oczu. Sztuka ożywała, dotykała świata. Uczyła mowy. Pamiętałem wieczory w Operze, gdy kuliste świeczniki gasnąc unosiły się ku górze i z intensywnością dotąd mi nieznaną wchodziłem w świat muzyki. Pamiętałem i w milczeniu powtarzałem przysięgę-wyznanie. Przez wyobrażoną wyobraźnię Nabokova szukałem tego, co we współczesnej literaturze jest mi bliskie. Pamiętałem chwile inne, gdy obrazy miasta i kraju ożywały: uchwytna stawała się budowa tkanki społecznej, złożone funkcjonowanie mechanizmów politycznych. Szukałem wówczas naczyń krwionośnych, które pozwalają swobodnie oddychać olbrzymiemu zbiorowisku. Dzięki czemu może się ono rozwijać, jak krążą pokarmy, gdzie rodzą się trucizny? Pamiętałem małe miasteczka, a w każdym z nich lokalną gazetę przejętą lokalnymi sprawami. I pamiętałem słowa Tocqueville’a o źródłach i perspektywach amerykańskiej demokracji. Starałem się mieć go za przewodnika także po dzisiejszej Ameryce. Pamiętałem ludzi, którym to miasto musi się wydać przerażającym Babilonem. Pamiętałem twarz i oskarżycielski gest ręki Sołżenicyna-Proroka, gdy z dziedzińca Uniwersytetu Harvardzkiego rzucał gromy na współczesną Amerykę, domagał się obrony społeczeństwa przed samowolą jednostek, zbyt dufnych w swe prawa. I pamiętałem o tych, którzy uczyli mnie mówić, oprowadzali po rodzimym języku. Dzięki nim ożywały słowa, dostrzegałem naczynia krwionośne kultury. Pamiętałem spotkanie z Miłoszem w San Francisco, pamiętałem inne, przed laty, z Gombrowiczem w Vence. Nie konkretne rozmowy, nie one były ważne, lecz budowanie własnej genealogii, spotkania z ich dziełami, które pozwoliły mi pełniej zrozumieć także to miasto, tę podróż.

Pamiętałem również chwile osamotnienia, zmęczenie jałowym przepływem czasu, momenty bezradności, gdy rzeczywistość wydawała się zbyt skomplikowana, niedosiężna. Pamiętałem wulgarną monotonię pewnych fragmentów Nowego Jorku, niewiarygodną dewastację innych, szalony, duszący rytm miasta. Chwile pustki i zniechęcenia. Pamiętałem agresywną szpetotę tłumu przewalającego się po Times Square. Mdlący zapach biedy nacierający z tamtejszych snack-barów. Brudny śnieg topniejący na pochyłych chodnikach. Pamiętałem pretensjonalny, obskurny hotel na Czterdziestej Czwartej ulicy, gdzie spędziłem trzy zimowe tygodnie. Nieszczelne okna, zepsute krany, duszna klatka pokoju. Pamiętałem niewiarygodną burzę śnieżną, gdy na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy wiatr, jak czasem w górze Kotła Goryczkowego, wpychał mi przemocą oddech z powrotem do gardła. Pamiętałem letnie dni, gdy upał oblepiał ciało i zabierał powietrze płucom. Pamiętałem zamykające się nad głową dwa posępne skrzydła hotelu Hudson. Wybrałem się przed ten dom w zachodniej części Pięćdziesiątej Siódmej ulicy, aby zobaczyć miejsce, w którym samotność i desperacja dosięgły Lechonia.

Często poruszałem się po Nowym Jorku jego śladami. Powracałem do Dziennika. W Bibliotece Publicznej czytałem napuszone frazy w broszurach o literaturze i polityce. W Instytucie Polskim oglądałem zdjęcia, listy, rękopisy. Ale nie jego poglądy mnie interesowały ani jego maski. Chciałem odgadnąć siły spajające tego człowieka z tymi wierszami. Myślałem o nim, chodząc po ulicach, które zamieszkiwał. Myślałem, gdy na szczycie Empire State Building widziałem siatkę chroniącą przed samobójczą pokusą. Czasem wydawało mi się, że w kanionach nowojorskich ulic dostrzegam jego ulotny cień, zarys – trudny do odczytania, broniący się przed zrozumieniem – ludzkiej rozpaczy, lęku. Był samotny wśród milionów Nowego Jorku. Wspierany szacunkiem garstki wielbicieli, bał się siebie. Przed samą katastrofą dzwonił do przyjaciół, błagając, aby go zamknęli, uchronili w te złe dni przed nim samym. Nie miał siły odepchnąć zagrożenia. Czy istnieje jakiś związek między tym zagrożeniem, czającym się od lat i porażającym wolę życia, a sporadycznymi wybuchami mocy twórczej, linijkami wierszy, które żyją we mnie i w innych? Ich czar nade mną trwa. Ileż razy odczytywałem je, ile razy zestawiałem z postacią autora.

Dziwna, przepalająca moc słowa sprawiła, że on, egocentryk, neurotyk, tracący czas w pogoni za złudą światowości, zamknięty dla bardziej uniwersalnych spraw myśli i sztuki, stał się autorem kilku wierszy brzmiących nadal dźwiękiem czystym, oczyszczającym. Skąd czerpał łaskę głosu? Kiedy na niego spływała? Ten sam człowiek jest przecież autorem Dziennika, szokującego płaskością stylu, wąskością horyzontów, brakiem choćby nawet powierzchownej błyskotliwości. Niechby był konsekwentny w polskim tradycjonalizmie, w potępieniu wszelkich kompromisów politycznych. Jeżeli ukazałby racje tych postaw, czytałbym jego wywody z pasją. Nie, zamiast tego żenujące snobizmy, plotki. I one także na pół tylko szczere (w najlepszym wypadku). A jednak Dziennik jest lekturą przejmującą. Między wierszami mówi przecież o klęsce Lechonia, o jego artystycznych niepowodzeniach, o czającym się nieszczęściu. Z napięciem śledziłem banalne sprawozdania ze spotkań i snów, odgrzewane anegdotki literackie i teatralne z przedwojennej Warszawy, komunikaty o pisaniu powieści, której napisać nie mógł. Szukałem źródeł jego sztuki i jego śmierci.

W piwnicach Instytutu Polskiego, mieszczącego się na eleganckiej Sześćdziesiątej Piątej ulicy przy Piątej Avenue, przeglądałem zakurzone pudła tekturowe z jego papierami. Natrafiłem na cienki szkolny zeszyt w spłowiałej okładce. Dotykałem ze wzruszeniem wyblakłych stron, lekko zażenowany, że naruszam czyjąś tajemnicę. Próby przełamania wewnętrznych zahamowań: Lechonia paraliżowała kartka papieru, paraliżowała doskonałość zamierzeń i wysoki pułap czytelniczych oczekiwań. Lekarz zalecił mu, aby pisał bez skreśleń. Jak uczeń pierwszej klasy linijka po linijce powtarzał jedno słowo. Później dołączało się drugie, razem szukały następnych. Powracała wcześniejsza wersja. Nowa próba złączenia. Jeszcze jedna. Rytm brzmiał coraz wyraźniej. Z przejęciem śledziłem, jak wyrazy nawoływały się w monotonnych powtórzeniach, jak rytmicznie wystukiwały swe brzmienie w nadziei, że głos się odnajdzie. Po kilku, niekiedy po kilkunastu stronach zbijały się w linijkę. Czasem doskonale poprawną, koturnowo martwą, a czasem dźwięczącą głosem znanym, nowym, melodią natrętną i trafną.

Zeszyty Lechonia stanowią niezwykły dokument walki o głos. Zmagał się z banałem, z narzuconym sobie kostiumem. Trzeba było chwili oczyszczenia, oddzielenia od codziennego życia, od hałasu nowojorskich ulic. Niebezpieczne zabiegi. Kiedy ustawał gwar towarzyskiej zabawy, nachodziły go Erynie. Poza deskami swojego teatru był bezbronny. Choć tak dobrze miał opanowane role, nie czuł się na siłach grać dalej. Dlatego prosił przyjaciół, aby zabrali mu w czas najtrudniejszy władzę nad sobą. Nie było to chyba możliwe. Sam był dla siebie katem i wiersz Erynie, pełen kostiumów, wstążek, gałęzi jarzębiny, powłóczystych szali („tylko że to już z innej i straszliwszej sztuki”), czyta się jak wyznanie nagiej rozpaczy.

Śmiertelny skok z okien hotelu Hudson pozostanie w naszej zbiorowej wyobraźni. Dopełnia wizerunku Lechonia, łączy blask dnia, świetność słowa, splendor kostiumu – z nocną rozpaczą, pustką. Patrzeć będziemy w stronę świetlistą bądź w przerażenie i mrok. Bliższy nam będzie Lechoń pompatyczny bądź spadający w przepaść. Dla obu Nowy Jork pozostanie tłem finału. Tu spełniła się ta romantyczna tragedia mówiąca o rozdarciu między życiem a sztuką – i o kosztach takiego rozdarcia. Jakiekolwiek były bezpośrednie przyczyny rozpaczliwego gestu, nie stanowią jego wyjaśnienia. Pragnienie śmierci tliło się w Lechoniu od lat, strona nicości zakryta pysznym płaszczem. Trzeba o tym pamiętać, wówczas spotęgowanego blasku nabierają wiersze z takim trudem wyrywane nicości. Wówczas Dziennik staje się lekturą przejmującą. Gdzie ulotnił się talent, który znamy z wierszy, gdzie zniknęła błyskotliwość znana z legendy?

Otaczający świat zamykał go, narzucał mu jedną rolę, rolę narodowego poety. Sztuka była wyniosłością maski. Kiedy zbliżał się kolejny kryzys, ludzie byli mu obcy, obcy był Nowy Jork, obcy sobie i światu był człowiek omotany własnym przerażeniem, schwytany w kleszcze dwu wielopiętrowych wież hotelu Hudson. O, gdyby miał wówczas sny, którym mógłby pozostać wierny, gdyby mógł się pogardliwie odwrócić od głupców, a łotrów unicestwić, gdyby z koszmarów mógł się wyrwać do ojczyzny, obojętne, ojczyzny marzeń czy ojczyzny pragnień. Gdyby (napisał to Tadeusz Nowakowski w pięknym wspomnieniu) przetrwał jakoś te najgorsze dni, gdyby dotrzymał do końca czerwca, to głos z kraju, echo dobiegające z poznańskich ulic zagrodziłoby drogę Eryniom, których przyjścia od dawna się obawiał.

Echo tej śmierci słyszałem w Stanach kilkakrotnie. W Houghton Library, przebogatej harvardzkiej bibliotece starych druków i rękopisów, natrafiłem w papierach po Józefie Wittlinie na list Jerzego Stempowskiego o śmierci Lechonia. Była dla Polaków wstrząsem. Szukano wytłumaczenia. Dlaczego? Nie miał prawa tego zrobić, on, niezłomny, on, autorytet moralny i artystyczny. Traktowano samobójstwo jako gest racjonalny, dający się zanalizować i ocenić. W tej interpretacji Stempowski widzi odblask tradycji stoickiej. W rozumieniu ludzi nowożytnych, a psychiatrzy raczej opowiadają się za tą tezą, samobójstwo wolno dojrzewa w głębokich pokładach psyche, ale jego spełnienie jest niespodziewane jak błyskawica – i jak błyskawica oświetla tylko przypadkowe fragmenty otoczenia. Jan Potocki pozostanie idealnym wcieleniem tej postawy. Dręczony przez nieznane nam mroki, całymi tygodniami cierpliwie szlifował srebrną kulkę od cukiernicy. Aż do dnia, w którym zmieściła się w lufie pistoletu. Wtedy padł strzał. Samobójca długo nosi w sobie swój gest, poleruje go w szczegółach. Nie rozstaje się z nim. I tylko okazja potrzebna jest do spełnienia czynu. Spojrzenie w lufę pistoletu, wychylenie się z okna hotelu.

Tylko okazja? Nie śmiałbym o tym orzekać. W którymś momencie szala ostatecznie się przechyla. Siły życia cofają się w popłochu. Ciemności ogarniają, ale nie są to już ciemności fascynujące, związane trudnymi do przeniknięcia nićmi z pasją życia. To ciemności jałowe, zabójcze, bo martwe. Zło jest brakiem dobra? W każdym razie samobójstwo jest unicestwieniem bytu, odrzuceniem daru, przekreśleniem pamięci. Sądzę, że na temat pewnych problemów (samobójstwo do nich należy) nie powinno się wypowiadać sądów zbyt ogólnych i kategorycznych. Grzeszy się wówczas brakiem delikatności, traci się precyzję i subtelność rozeznania. To są sprawy intymne i złożone. Śmierć Lechonia pozostanie na zawsze tajemnicza, wieloznaczna.

Jego sylwetka twórcza pozostanie także tajemnicza. Istnieją bowiem żywoty przejrzyste, radośnie ekshibicjonistyczne, będące własnym spełnieniem i pragnące w cudzych oczach odnaleźć potwierdzenie tego spełnienia. Istnieją inne, zawsze oddzielone od siebie o dystans – czego? Kostiumu, maski, analizy, wyobraźni? Objaśnianie ich anegdotą jest zdradą, sprowadzaniem do jednego wymiaru czegoś, co dzieje się w wielu czy w innym. Casanova mógł opowiedzieć siebie, na ile to jest osiągalne, ale czy opowiedział siebie Cellini? Jestem w stanie wyobrazić sobie pamiętniki Tycjana, ale nie Tintoretta. Ci twórcy kryją się gdzieś za dziełami. Między życiem a sztuką następuje rozłam. To napięcie czasem prowadzi do tragedii. Jak w wypadku Lechonia.

Trudno tu nie myśleć o Gombrowiczu, który także zmagał się z przepaścią dzielącą życie i twórczość. Zestawienie ich Dzienników byłoby zabiegiem nielojalnym i mało sensownym. Różnią się skrajnie i poziomem, i miejscem w całości dorobku. Są szczytowym osiągnięciem artystycznym Gombrowicza, są dokumentem klęsk Lechonia. Można jednak zestawiać duchową strategię, sposób rozwiązania problemów życia. Gombrowicz prowadził grę na wielu poziomach, starał się, wciąż psując sobie i czytelnikowi szyki, dotrzeć do rzeczywistości. Jego Dziennik, bawiący się maskami, uderza szczerością. Wytężoną uwagą wobec bytu, nawet gdy okazuje się rozpaczliwie niedosiężny. Dlatego Gombrowicz, niewierzący, sceptyczny, był jednym z niewielu współczesnych pisarzy, którzy wymawiali słowo duchowość z najwyższym szacunkiem. I miał do tego prawo. Budzi podziw stylem, nie tylko umiejętnością efektownego łączenia słów, lecz stylem rozumianym głębiej – jako umiejętność znalezienia formy dla pamięci i wyobraźni. Dzięki temu zdołał złączyć śmiech i oszołomienie, mądrość i głupotę. Zespolił światło dnia i mroki nocy.

U Lechonia uderza wtórność sądów o świecie i ludziach. Wyobraźnia zaszufladkowana. Nietropiąca głębszych racji, nieinteresująca się w istocie własną genealogią. Kochał namiętną, zaślepioną miłością rodzinny kraj. Natężenie tej miłości jest przejmujące. Ale co kochał, w co wierzył? Z założenia nie chciał sobie stawiać takich problemów. Ironicznie wspominał francuskich intelektualistów katolickich, którym dogmat o Wniebowzięciu, wtedy ogłoszony, sprawi umysłowe kłopoty. Jemu nie. On wierzy, w co każą mu wierzyć. Analiza przekonań go nie kusi. Podobnie w dziedzinie kultury. Jego wykłady o literaturze polskiej jakby wciąż jeszcze pisane dla ambasadora Łukasiewicza. Łańcuch grandilokwentnych zdań. Literatura polska jest mocarstwem. Bez próby przeniknięcia, jakie były duchowe problemy Kochanowskiego, Mickiewicza, Słowackiego. Co oni znaczą dla nas, w czym są odkrywczy?

Stąd żałosne skargi: Fredro niedoceniony w świecie, Wyspiański niedoceniony. Zależało mu na opinii Zachodu – Francji, w której kochał się pełną dąsów miłością. Sam nie starał się dotrzeć do żywego nurtu polskiej myśli, dlatego szukał uwierzytelnienia własnej wartości w cudzych oczach. Oburzał się na dekadencję Francji, na salony Paryża, na których wciąż brylował w komicznie snobistycznych snach. Palił teraz, co kiedyś tak ślepo podziwiał. Polemiki z tym światkiem, podniesionym do godności symbolu Europy, należą do bardziej żenujących kart Dziennika. Rozumiem bolesne źródła resentymentów, uzasadnione poczucie krzywdy, pamięć niedotrzymanych obietnic. Koszty płacili jednak sami obrażeni, tracili jasność sądów, kontakt z duchową problematyką współczesności. Nie zyskiwali wewnętrznej niezawisłości, przeciwnie, narzucali sobie nowe pęta. To zaślepienie dotknęło nie tylko Lechonia, nie tylko polskich intelektualistów. Całą formację wstydzącą się swego rodowodu. Różne były skutki: jedni popadali w szaleństwa fellow-travellerstwa, inni, jak Lechoń na niektórych kartach Dziennika, w sklerotyczną zachowawczość narodową. Jedni i drudzy nie rozumieli ani problematyki narodowej, ani społecznej, choć z takim zaślepieniem nią szermowali.

A jednak – na stronachDziennika nagle odzyskane widzenie. Choćby wówczas, gdy przez banalność stylu przebija dramatyczny opis Nowego Jorku. Rano droga autobusem do śródmieścia wzdłuż Hudsonu. Popielatorude drzewa w zgaszonym blasku. Poniżej żywe światło rzeki. Wieczorem zalew samochodów, jakby ulice przemierzał fantastyczny pochód zapalonych zniczy. Szaroczerwona draperia zmroku za Rockefeller Center. Miasto przeniknięte jakąś mistyką. Nie ma ona nic wspólnego z uniesieniami gotyku, nie ma tam diabła ani żadnych bóstw dobrych lub złych, jest tylko mistyka nicości. Z atakami tej nicości Lechoń toczył walkę. Przeciwstawiał jej przede wszystkim tworzenie. Wciąż powracał do dziecinnych zeszytów. Zapisywał stronice słowami. W bólu rodziły się koturnowe strofy.

A jednak – niektóre jego wiersze są dla mnie czymś więcej niż piękną deklamacją. Są źródłem, jednym ze źródeł pokarmu, który syci ważne głody. Rzadko dziś mówi się o tym głodzie, ale jeżeli literatura ma zachować znaczenie, jakie jej kultura Zachodu narzuciła, trzeba z powagą zastanowić się nad jej działaniem. Czego tam szukamy, pod jakimi warunkami odnajdujemy pokarmy ziemskie – i skąd nabierają one sensu, stają się nie tylko ziemskie? Które z nich są ożywcze, otwierają horyzonty, pozwalają odczuć spiętrzenia czasu? Które narkotyzują umysł i oddalają od rzeczywistości? Natychmiast przychodzi ostrzeżenie. Czy źródła te nie są sprawą zbyt indywidualną? Czy uogólnienia nie prowadzą na manowce? Trzeba mieć przecież dodatkowe kryteria, analizować prywatne mitologie. Co porównać z pierwszymi uniesieniami wyobraźni, z oczarowaniemArsenem Lupin, Trzema muszkieterami? Już wówczas odbywałem dalekie podróże. Wybiegałem poza siebie i jeszcze zachłyśnięty wrażeniami odnajdywałem siebie, a wyprawy te – brakowało słów na ich określenie – zmuszały do wykroczenia poza bierną rejestrację doznań.

Zastrzeżenia dotyczące subiektywności wyobraźni są słuszne, lecz słuszne jest też przekonanie, że istnieją przewodnicy szczególnie biegli w swej sztuce, którzy potrafią nadać indywidualnym wrażeniom walor powszechny. Szukałem takich przewodników w czasie podróży do Stanów. Szukałem dawniej. Pozwalają lepiej rozumieć codzienną rzeczywistość. Nawet gdy wprowadzają w fikcyjny świat. Wieże Martinville nachodzą na siebie i pozostają zespolone w mojej pamięci. Czuję zapach głogu, choć nie potrafię go określić. Panna Albertyna wyjechała, ale trwa zdanie i otwiera drogę przede mną. Nigdy nie zdołamy wyczerpać sensu tych obrazów, możemy jednak wsłuchać się w ich mowę. Odcyfrowywać znaczenia. Bez pedanterii, z otwartą wyobraźnią, z szacunkiem dla tego, co pozostanie na zawsze nieznane. Pamięć jest dynamiczna, żyje w czasie. Jutro może rzucić zmienione światło na dziś, a wczoraj może zabłysnąć nowym lśnieniem. Przewodnicy wyobraźni i rozumu pomagają wychodzić poza siebie i wracać z tych wypraw. Bogatszym? Choćby tylko otwartym na świat, bliższym źródłom.

W czasie amerykańskiej podróży z wielkopańskim gestem zatrudniałem licznych przewodników. Wciąż szukałem dalszych. Mieli przecież niełatwe zadanie: oswoić nowy kontynent. Zachowuję ich we wdzięcznej pamięci. Gdy zjawili się na łące Central Parku, w wielu rozpoznałem starych znajomych. Czy mógł tu nie przybyć Vladimir Nabokov, rosyjski wygnaniec zamieniony w amerykańskiego profesora i tropiący w motelach dalekich stanów tajemny przedmiot pożądania: rzutowane w teraźniejszość marzenie o doskonałej przeszłości? Czy mógł nie pojawić się Alexis de Tocqueville, francuski arystokrata, który tu analizował zapowiedź nowego porządku? Przestrzegał przed tym, co było mu obce: przed tyranią mas czy też w imię mas, stojących w karnych kohortach, kontrolujących siebie nawzajem. Szukał ratunku dla tego, co było mu najbliższe i czego dobroczynne skutki śledził na jednym brzegu rzeki Ohio: na tym, gdzie ludzie żyli w wolności. Nie zdziwiłem się też, gdy nad parkiem, jakby na olbrzymim ekranie telewizyjnym, zobaczyłem postać Sołżenicyna-Proroka, przybysza z innego świata: palcem wymierzonym we mnie, we mnie aprobującego Amerykę, miotał oskarżenia na liberalną demokrację. Wdzięczny byłem za częste odwiedziny bliskiej mi poezji. Nachodziła na mnie w wielu miejscach. Spotkanie z Czesławem Miłoszem w San Francisco było tylko symbolem. Otrzymany od niego zielony tom wierszy towarzyszył mi stale i nieraz rysowałem w wyobraźni, zwłaszcza podczas nowojorskiego pobytu, mapę krainy Ulro.

Byli też inni, mniej dotąd spoufaleni. Nie spodziewałem się, że przyjdą z pomocą. Davida Hockneya znałem jedynie powierzchownie, pokazał mi teraz tkwiącą w sztuce współczesnej umiejętność odżycia, odzyskaną władzę mowy. Saula Steinberga znałem lepiej, lecz nie traktowałem zbyt poważnie. Na jego wielkiej retrospektywie w Whitney Museum zobaczyłem zaszyfrowany komentarz do mojej amerykańskiej podróży, zwłaszcza do wędrówek po Nowym Jorku, poetyckie uwierzytelnienie moich fikcji. Byłem zaskoczony. Steinberg, znany w Stanach z okładek i dowcipów rysunkowych do „New Yorkera”, powielanych w pismach całego świata, moim zdaniem jest jednym z nielicznych autentycznych artystów we współczesnej plastyce. Potrafi rysunkiem uchwycić dzisiejszy świat, odczytać go na swój sposób i ukazać innym. Po obejrzeniu jego wystawy, zwłaszcza w Nowym Jorku, trudno nie patrzeć na rzeczywistość jego oczyma.

Wyzywająco podkreśla przynależność do rodzajów „niższych”: jestem tylko karykaturzystą waszego stylu, autorem mniej lub bardziej zabawnych rysunków. Może dlatego potrafi pokazać skomplikowane gry sensów. Kto istnieje naprawdę na tym szkicu, kto kogo rysuje, gdzie jest granica między fikcją a realnością, między formą istniejącą a formą postulowaną? Rysunki Steinberga to rozpisana na setki obrazów autobiografia. Czyja? Przecież autor stale umyka na inny plan. Już wydawało się, że dopadliśmy go za którąś maską, a on spokojnie powrócił do punktu wyjścia. Przecież bohater tych rysunków plącze się ustawicznie wśród wielu rzeczywistości. Czyja? Tego, kto na tle zawijasów Steinberga potrafi zobaczyć siebie lub własne fantazje. Kto wejdzie w labirynty sensów i zdoła się wydostać. Podjęcie gry jest już częściowym w niej sukcesem. W jakimś stopniu zostajemy jednak w tych labiryntach, władza fantazji trwa.

Jego rysunki wydawały mi się przedtem intelektualnymi rebusami, zabawną stylizacją. To niebezpieczne, myślałem, tak mieszać rodzaje, do sztuki wplatać filozoficzne zagadki, na rysunkach umieszczać gry słowne. Steinberg zdołał ominąć te niebezpieczeństwa, dokonał syntezy gatunków. Stworzył indywidualne widzenie. Jest pisarzem obrazów. Architektem snów. Rysuje filozoficzne problemy. To tylko nasza bezradność w nazywaniu i twórczym oswajaniu świata każe rozbijać nowy styl i przypisywać jego elementy gatunkom znanym. W salach Whitney Museum śledziłem, jak swobodna wyobraźnia znajduje znaki własne i potrafi je przekazać. Odwołuje się do naszych przyzwyczajeń, zmusza do ich porzucenia i skierowania się ku nowemu widzeniu. Linia cieszy się własną sprawnością, jednocześnie podaje w wątpliwość ukazywany kształt. Rysunek układa się w słowa, tylko że słowa występują już w odmiennej roli, zostały schwytane w formę plastyczną.

Sytuacja graniczna w sztuce. Ukazana bez patosu. Widoczna tym jaskrawiej w Whitney Museum, że obok były wystawy współczesnego malarstwa. Wyszedłem z tamtych sal zażenowany i zasmucony. Tym mocniejsze wrażenie wobec Steinberga. A więc ktoś potrafi mówić o współczesności nowatorsko i mądrze. Bez zadęcia i przepastnej nudy wielu nowoczesnych dzieł. Steinberg nie poucza bez przerwy, nie buduje jednoznacznych teorii sztuki i życia. Umyka gdzieś pośrodku między skrajną powagą a żartem. Jego rysunki często prowokują do śmiechu, nieraz budzą dziwny dreszcz. Trafnie ukazują zagubienie człowieka wśród wielości stylów i konwencji, niemoc porozumienia się z innymi, nawet ze sobą, z własną przeszłością. Czasem jednak wywołują jednocześnie uśmiech i drżenie. To tylko sugestie, zdaje się mówić Steinberg, tylko poetyckie ożywienie schematu, zestawcie go, jeżeli potraficie, z waszym życiem, z prawdą waszej wrażliwości.

Steinberg, jak Nabokov, lubi fałszować rzeczywistość, płaskim formom przydawać zdradziecko wycyzelowane kontury. Nagle otwierają się ukryte zapadnie i oto jesteśmy po drugiej stronie sensu. Bawią go kaligrafie fantazyjnych zawijasów, fikcyjne dyplomy, podrobione dokumenty. Na jego salonach kilkunastu gości narysowanych każdy w innej manierze. Co mężczyzna o picassowsko rozszczepionym profilu może powiedzieć damie pointylistyczno zwiewnej, co łączy chłopca z komiksów i dziewczynę z żurnala? Style wyraźne, lecz istniejące obok siebie, nagły dysonans konwencji. Częsty motyw tej sztuki: linie prowadzące donikąd, schody zawieszone w pustce, ludzie zagubieni wśród wielości perspektyw, pozbawieni własnego głosu.

Steinberg tworzy prywatną mitologię. Czerpie ją z okruchów banalnej mitologii amerykańskiej, ukazanych w nowym ujęciu. Buduje własną biografię (to tytuł rysunku może najpiękniejszego, uwspółcześnionej, pozbawionej patosu, lecz nie mniej przejmującej wersji Więzień Piranesiego). Rysuje