W blasku zorzy. Tom 1. Zamek z płatków róż - Anna Szafrańska - ebook

W blasku zorzy. Tom 1. Zamek z płatków róż ebook

Szafrańska Anna

4,6

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Gwen pisze bestsellerowe romanse, ale wcale nie wierzy w miłość. I chociaż przylgnęła do niej łatka skandalistki i wyrachowanej celebrytki, ona pragnie tylko jednego – spokoju. Przytłoczona nadmiarem obowiązków, postanawia w końcu spełnić swoje dziecięce marzenie i zobaczyć na własne oczy zorzę polarną. Niestety, jej pobyt w Norwegii zaczyna się w najgorszy z możliwych sposobów: dziewczyna zostaje napadnięta i okradziona. Nawet fakt, że z opresji ratuje ją tajemniczy przystojniak, nie poprawia sytuacji. Mężczyzna okazuje się bowiem gburem, jakich mało, i chce skutecznie pozbyć się nieznajomej. A jednak to przypadkowe spotkanie zwiąże ich ze sobą na dłużej, niż mogliby podejrzewać. Czy los szykuje dla nich szczęśliwe zakończenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 467

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (66 ocen)
47
12
5
1
1
Sortuj według:
Paulina_Pinina

Nie oderwiesz się od lektury

Trzeba przeczytać tę historię, żeby w pełni móc zachwycać się okładką i tytulem książki. Jestem zachwycona, oczarowana, uśmiecham się od ucha do ucha i najchętniej zaczęłabym czytać od nowa. To była wspaniała podróż do Norwegii i ogromnie dziękuję Pani Ani, że mnie w nią zabrała. Ogromnie polecam!
10
Sylwiajabl

Całkiem niezła

bajkowa o królu i zwykłej dziewczynie. niby poprawnie napisana, ale dla mnie zbyt oklepana historia i dla nastolatek .
00
Kaganaabooklover

Dobrze spędzony czas

Gwen to autorka bestsellerowych romansów z łatką skandalistki. Przytłoczona ilością obowiązków postanawia wziąć urlop i spełnić swoje marzenie o zobaczeniu zorzy polarnej. Wyrusza do Norwegii, ale tam niestety zostaje napadnięta i okradziona. Cudem tylko nie dochodzi do najgorszego, a to za sprawą nieznajomego, który ratuje ją z opresji. Niestety, to okropny gbur, chociaż z zasadami. Ofiarowuje dziewczynie pomoc i kąt we własnym domu, który okazuje się… Anna Szafrańska stworzyła bardzo przyjemną w odbiorze historię. Lekką i wciągającą, w całości otuloną bajkową scenerią. Jest rycerz na koniu, jest zamek i dama, która potrzebuje pomocy. Narracja jest prowadzona z dwóch perspektyw, Gwen i Christophera, dzięki czemu możemy poznać ich rozterki i przemyślenia. To dwa całkowicie odmienne charaktery, a jednak coś ich do siebie przyciąga. Możemy dostrzec, że pomiędzy bohaterami iskrzy, ale autorka niczego nie przyspiesza. Relacja pomiędzy nimi rozwija się w idealnym tempie, tak jak lubię. ...
00
Pasjonatka9

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna baśniowa historia, od której ciężko się oderwać. Czekam na tom 2. Polecam.
00
xxrobertusxx

Nie oderwiesz się od lektury

Wstyd się przyznać, że to dopiero moje pierwsze spotkanie z piórem autorki, jednak już wiem, że nie ostatnie. “Zamek z płatków róż” to pierwsza część dylogii “W blasku zorzy”. Historia opowiada losy młodej pisarki o imieniu Gwendolyn oraz gburowatego Christophera, który niespodziewanie stanie na jej drodze ratując ją z opresji. Ich historia nie będzie usłana różami, pojawią się kłótnie, sekrety i niewyjaśnione sprawy. Pojawi się również uczucie, które będzie zakazane, w końcu oboje pochodzą z innych światów. Gdy na jaw wyjdzie z kim przyszło się mierzyć Gwen, ich uczucie zostanie wystawione na próbę. Od dobrej połowy książki wiedziałam, że jednymi z pierwszych słów mojej opinii odnośnie tej książki, będzie stwierdzenie, że jest to jedna z najlepszych książek jakie miałam okazję czytać w życiu. “Zamek z płatków róż” jest wyjątkową historią która poruszyła moje serce. Emocje zawarte w środku sprawiły, że byłam wzruszona do granic możliwości przy czym potrafiłam być równie mocno zła na ...
00

Popularność




– Dzisiejszego wieczoru poznaliśmy kulisy sławy Laury Lewis, bestsellerowej autorki, która na dobre uplasowała się na szczycie listy „New York Timesa”. Jednak to nie zadziwiający talent do tworzenia romantycznych historii ani fakt, że potrafi rozpalić zmysły milionów czytelniczek na całym świecie, dodały temu programowi pikanterii, ale jej brawurowe, niemal hollywoodzkie, gwiazdorskie życie towarzyskie. – Przystojny prezenter, z równo zaczesanym tupecikiem, wyszczerzył białe ząbki, a publiczność nagrodziła go gromkimi oklaskami i pełnymi uznania gwizdami.

Zniesmaczona przewróciłam oczami, a jednak, niczym ostatnia masochistka, dalej oglądałam żałosny show.

– W ciągu zaledwie kilku lat nazwisko Lewis stało się prawdziwą marką, a sama Laura otoczyła się wianuszkiem zachwyconych jej nieodpartym urokiem adoratorów. Biznesmeni, aspirujący politycy, młode pokolenie aktorów, a nawet żonaci miliarderzy… Można wymieniać tak bez końca, ale z kim tak naprawdę połączył ją namiętny romans? Ludzie z otoczenia Laury Lewis zgodnie twierdzą, że pisarka zaciekle broni swojej prywatności, jednak do myślenia mogą dać jej ostatnie zdjęcia z José Ramirezem, gorącym aktorem znanym z roli obłędnie seksownego doktora Cote z serialuER!

Nastąpiła eskalacja podniecenia, gdy na planszy pojawiły się zdjęcia z naszego spaceru po parku, a także z niedawnej celebryckiej imprezy, na którą w ostatniej chwili wplątał mnie Simon. Na ten widok warknęłam pod nosem, bo przecież te fotki pokazywały jedynie to, że cieszymy się własnym towarzystwem, a nie, że jesteśmy w sobie do szaleństwa zakochani. A właśnie taki kit próbował wciskać prezenter, by jeszcze bardziej rozochocić publiczność zgromadzoną w studiu i widzów spragnionych sensacji.

Wzięłam głęboki wdech i zmusiłam się do tego, by ponownie skupić wzrok na telewizorze. I poważnie się zastanawiałam, jak wielka była moja cierpliwość, skoro nie cisnęłam nim jeszcze przez okno. Oczywiście miałam tu na myśli prezentera. Telewizora zwyczajnie byłoby mi szkoda.

– Dodatkowego smaczku nada fakt, że José Ramirez od kilku lat jest w stałym związku, więc… Czyżby to zakrawało na skandal? – Dramatycznie zawieszając głos, rozłożył ręce i spojrzał wprost w oko kamery. Ten jego uśmieszek pozera zaowocował u mnie odruchem wymiotnym. – Będziemy informować was na bieżąco. Do kolejnej środy, ludzie!

Z pomrukiem ulgi w końcu wyłączyłam tv i próbując zebrać myśli, zatopiłam palce we włosach.

Miałam już serdecznie dość tych wszystkich programów plotkarskich. Bokiem wychodziły mi rozmaite domniemania, kłamstwa i pomówienia, jakimi żyły prasa oraz telewizja. A to wszystko z wiecznym powołaniem się na „źródła bliskie pisarce”.

– Bliskie jak mój tyłek! – wysyczałam zawzięcie.

Ale i tak nie mogłam narzekać – w końcu jeszcze dwa lata temu przeżywałam prawdziwe męczarnie, sprzątając po menadżerze, który – w imię zwielokrotnienia sprzedaży i większego rozgłosu – narobił w moim życiu jeszcze większego bałaganu. Jednak wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam współpracować z wydawnictwem, którego właścicielem był Simon Murray. On sam, jak i cały sztab piarowców, prawników i asystentów, zapewniali mi względny komfort i powrót do pozornie normalnego życia sprzed okresu, gdy stałam się sławna. Musiałam przyznać, że czasami brakowało mi tego poczucia anonimowości, gdy byłam jedną z wielu, osobą niewyróżniającą się z tłumu. Pseudonim Laura Lewis miał mnie wyalienować z życia publicznego, ale mój pierwszy menadżer był odmiennego zdania, więc moja twarz, twarz Gwendolyn O’Sullivan, zaczęła się pojawiać na okładkach plotkarskich magazynów, w telewizjach śniadaniowych, reklamach oraz w rozmaitych kampaniach. Nie taki był plan i nie do końca czułam się na to przygotowana. Nigdy nie chciałam stać na świeczniku, nie lubiłam, gdy oczy wszystkich skupione były wyłącznie na mnie – gotowe, by wychwycić każdy zły ruch. Gdzieś powoli gasły moja pewność siebie oraz determinacja, z jaką początkowo walczyłam o spełnienie marzeń. Zapadałam się w sobie i z czasem zaczęłam wątpić w słuszność podjętych lata temu decyzji.

Chociaż… gdyby nie to, pewnie nadal pracowałabym w małym wydawnictwie, a do moich głównych obowiązków należałoby czytanie nadesłanych maszynopisów, po lekturze których poważnie zaczynałam się zastanawiać nad szerzącym się analfabetyzmem wtórnym, co gorsza u ludzi aspirujących do grona pisarzy. Zresztą sama również od kilku lat pisywałam, ale do szuflady, bo jeszcze nie byłam na tyle śmiała, by pokazać swoje prace komukolwiek. Niemniej kiedy przyszedł w końcu odpowiedni moment i zdecydowałam się wysłać pierwszą powieść, i to nie do jednego, ale chyba wszystkich wydawnictw w Stanach, miałam w swojej wirtualnej szufladzie już kilkanaście wyszlifowanych tekstów. To dało mi pewność, że mogłabym pogodzić pracę zawodową z hobbistycznym pisaniem, które tak kochałam. Ale gdy przyszedł pierwszy kontrakt, a za nim następne, wówczas zatraciłam się w tym wszystkim, a ten wir błyskawicznie wciągnął mnie bez reszty. Premiery, spotkania autorskie, praca nad kolejnymi książkami, seriami, udziały w antologiach, promowanie innych młodych pisarzy, wywiady – i na koniec utknęłam po uszy w celebryckim światku.

I dlatego teraz stałam samotnie przed wielkim panoramicznym oknem, za którym rozpościerał się widok na drapacze chmur Hell’s Kitchen. Bo wielki sukces okupuje się poświęceniem tego, co najbardziej kochamy.

Moje smętne rozmyślania przerwał dźwięk telefonu. Niespecjalnie zaangażowana powlokłam się przez salon, bo doskonale wiedziałam, kto mógł dzwonić o tej porze, w dodatku tuż po emisji najbardziej plotkarskiego i zarazem najbardziej niewiarygodnego programu w historii wolnej telewizji w tym kraju. Dlatego rozsiadając się na kanapie, odebrałam połączenie słowami:

– Tak. Oglądałam.

Simon zarechotał prześmiewczo.

– Przed chwilą dzwonił do mnie José! Twój nowy chłopak miał ubaw po pachy!

– Chociaż on jeden – odparłam skwaszona. – Nie masz problemu z tym, że podkradam ci narzeczonego? – spytałam ironicznie.

– Po mnie spływa to jak po kaczce, wiesz o tym. Nasz związek jest stabilny i wbrew temu, co większość myśli o gejach, świata poza sobą nie widzimy.

O tym to doskonale wiedziałam. W końcu kiedy któryś ze szmatławców zrobił mi i José zdjęcia w parku, akurat byliśmy w trakcie omawiania przyjęcia rocznicowego, które miało być niespodzianką dla Simona. Okrągłe dziesięć lat razem do czegoś zobowiązuje.

– Ale przechodząc do meritum – odezwał się poważnie. – Dziewczyno, i po co tym się katujesz? Mówiłem ci, żebyś przestała oglądać te bzdury. Mówiłem… czy tak?

– Jakbyś sam tego nie zrobił.

Simon zacmokał.

– No tak, ale to akurat moja praca, nie twoja. Nie powinnaś zaprzątać sobie głowy tym beznadziejnym bełkotem – wymamrotał. Dotarł do mnie przytłumiony szelest kartek, więc domyśliłam się, że nadal siedział w biurze. – Swoją drogą, dzisiaj zleciłem wypłatę honorarium za twoją nową książkę. I tak zdajesz ją na dniach, a że w myślach już witam się z ciepłym piaskiem Hawajów, chciałem to ogarnąć przed wylotem.

– Super, dzięki. Tak przy okazji… Nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy zabierzesz swój kościsty zadek z biura przed wieczornym wydaniem wiadomości? Za dużo pracujesz, Simon.

– Musiałem zaakceptować kilka projektów. Przedłużyło się też spotkanie w sprawie twojej trasy autorskiej po Wschodnim Wybrzeżu, ale przynajmniej teraz wszystko jest dopięte na ostatni guzik. A jeśli chodzi o José, to ma wieczorne zdjęcia, a mnie nie uśmiecha się leżeć samotnie w zimnym łóżku do czasu, aż łaskawca wróci i raczy położyć swoje duże dłonie na moim gorącym…

– Kurde, Simon! – Zerwałam się z kanapy jak oparzona i zaczęłam gwałtownie kręcić głową, jakby miało mi to pomóc w zastopowaniu bujnej wyobraźni. – Kocham cię, słowo, ale nie mam ochoty poznawać szczegółów waszego pożycia, choć wierzę, że jest bardzo urozmaicone.

– Tak, jest urozmaicone… Wystarczy tylko spojrzeć na jego wydatne usta, a umysł sam podsuwa pewne sposoby ich twórczego wykorzystania.

– Simon!

– Ale wracając do sedna sprawy, mam zmiażdżyć tego pozera z „Prawdziwych plotek”? – Zmienił temat jak na pstryknięcie palcem. – Gwen, uwierz mi, jeden telefon i będzie prowadził program o bezdomnych dla bezdomnych.

Nie mogłam powiedzieć, że propozycja nie brzmiała kusząco… I z pewnością, gdyby Simon pociągnął za odpowiednie sznurki, prowadzący jeszcze dzisiaj zwalniałby garderobę w studio, ale…

– Wyjdę na sadystkę, jeśli skażę biedaków na towarzystwo takiego kretyna. – Westchnęłam ciężko i z ozdobnej miski wzięłam kilka winogron. Przez chwilę rolowałam je w palcach, aż w końcu wrzuciłam do ust i rozgryzłam z pasją. – Poza tym tylko byśmy dolali oliwy do ognia. Może tak jak w ostatnim przypadku, kiedy to ponoć umawiałam się z żonatym miliarderem, temat umrze śmiercią naturalną.

– Albo będzie jeszcze gorzej. Gwen, przecież słyszę, że jesteś zła.

– Nie jestem zła. Jestem wściekła. W znanym programie plotkarskim powiedziano, że miałam trzech narzeczonych, których zdradzałam niemal na każdym kroku, a przez moje łóżko w ciągu ostatnich pięciu lat przewinęło się więcej mężczyzn, niż może pomieścić stadion Michigan! A o tym starym miliarderze to nawet nie chcę myśleć, bo pamiętam scysję z jego żoną. – Prychnęłam arogancko i w następnej chwili pożałowałam, że cokolwiek zjadłam. Z nerwów żołądek zacisnął mi się w supeł. Na moment przymknęłam oczy i pocierając czoło, dodałam spokojnie: – Ale oczywiście wszystkie te informacje pochodzą z pewnych źródeł.

Rozgoryczona pomyślałam, że przecież powinnam się do tego przyzwyczaić – do plotkowania, do skandali. Ale jakoś nadal z oporem przychodziło mi podejrzewanie ludzi o coś takiego. Zniszczyć kogoś za wszelką cenę? Znieważyć i wyśmiać? To naprawdę podłe, ale snucie intryg i wymyślanie kłamstw na temat kogoś, kto obracał się wśród celebrytów, było na porządku dziennym. Mimo że zachowywałam czujność, że nie dawałam pretekstu do plotek, to i tak moje życie okazało się gorącym tematem dla mediów, dla których liczyły się wyłącznie słupki oglądalności.

– Okej, teraz to już wiem, co należy zrobić – powiedział spokojnie Simon. – Jeszcze dziś wyślę maila do naszych prawników, żeby jutro z samego rana wzięli się do pracy nad pozwem o publiczne zniesławienie.

– Nie, Simon, to nie jest konieczne…

– Nie słucham cię. Jestem głuchy. Nie będziesz przechodziła załamania nerwowego z powodu steku bzdur wyssanych z palca. – Już miałam ponownie zaprotestować, ale przerwał mi tak poważnym głosem, że z miejsca struchlałam: – Kochanie, każdy, kto cię zna, nie uwierzy w te głupoty! Niemniej opinia publiczna to często pozbawione rozumu owce. Wystarczy, że jedna zabeczy, a całe stado pójdzie w jej ślady. I dlatego nawet nie myśl o wchodzeniu w social media! Wystarczy, że ja to zrobiłem i teraz czytam, jak porównują cię do Kim Kardashian. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

Wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Nie wiedziałam, jak Simon to robił, to musiała być jakaś jego tajemna supermoc, ale potrafił obrócić kryzysową sytuację w żart.

– Bylebyś nie umówił mnie z nią na lunch jak ostatnio.

– Sama nalegała, a ty w końcu się zgodziłaś!

– Dla świętego spokoju – przypomniałam mu i wykrzywiłam usta z przekąsem. – A tak poważnie, Simon, dzięki. Stajesz w obronie mojej czci niczym rycerz.

– W końcu w tym związku ktoś musi nosić spodnie – rzucił na poczekaniu, na co parsknęłam śmiechem. – No dobrze, kiedy już zajęliśmy się wczesnym zwolnieniem pana w nieśmiertelnym tupeciku z lat osiemdziesiątych, chciałbym ci przypomnieć, że wyjeżdżam na urlop… Sam nie wierzę, że to mówię… – sapnął ledwo słyszalnie, jakby do siebie, po czym dodał głośno: – Rebeca jest już zwarta i gotowa, by przyjąć od ciebie książkę. Pewnie wyrobi się z redakcją jeszcze przed moim powrotem.

Automatycznie zapadłam się niżej na kanapie.

– Został mi tylko ostatni rozdział. Zdam ją w przyszłym tygodniu – wymamrotałam, nerwowo przygryzając usta.

– To świetnie, tyle że w twoim przypadku rozdział może mieć ponad pięćdziesiąt stron.

Jakby to była moja wina. Zawsze zasiadałam do pisania nowej powieści z jasno nakreślonym konspektem, jednak mniej więcej w połowie pracy historia odrobinę wymykała się spod kontroli. O zakończeniu nie wspominając. Moim jedynym argumentem na obronę było to, że bohaterowie żyli własnym życiem i za nic w świecie nie potrafiłam ich poskromić.

– Ogarnę sprawę – przytaknęłam, a w myślach zdecydowałam, że zamiast zawracać sobie głowę bzdetami, usiądę do komputera i napiszę dzisiaj chociaż kilka stron. – Wyrobię się do przyszłego tygodnia, obiecuję.

– No to trzymam za słowo! – stwierdził Simon. – Kolejna dobra wiadomość tego dnia! To żeby nie tracić czasu, resztę rzeczy ustalimy, jak będę na miejscu. Możesz już parzyć herbatę, za pół godziny powinienem zjawić się z ekipą.

Zdusiłam bolesny jęk i bezsilnie uderzyłam dłonią w poduszkę.

Pa, pa, moja wieczorna praco z tekstem!

– Muszę tam jechać? – spytałam nadąsanym głosikiem, rozmyślnie przeciągając ostatnie sylaby.

– Innej możliwości nie widzę. No chyba że to ja mam założyć szpilki i wbić się w tę cholerną suknię od Diora… Co w zasadzie nie byłoby aż tak strasznym doświadczeniem, ale z pewnością kapituła by się skapnęła, że to nie Laura Lewis do nich przemawia, a przypominam ci, że jesteś nominowana aż w pięciu kategoriach w głosowaniu czytelników największej księgarni w kraju. Jesteśmy podobni, skarbie, ale nie tacy sami.

– No tak, jestem od ciebie wyższa – przyznałam taktownie i wbiłam spojrzenie w dziurę w spodniach, którą teraz skwapliwie poszerzałam. – A czy… Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z harmonogramem, to czy byłaby możliwość, że…

Krzątanina po drugiej stronie słuchawki ustała. Najwyraźniej zaciekawiłam Simona, bo rzadko o cokolwiek prosiłam.

– O co chodzi, Gwen? – spytał i uważnie zaczął nasłuchiwać mojej odpowiedzi. Ale kiedy jeszcze rozważałam, czy to aby na pewno właściwe rozwiązanie, dodał: – Tak, wiem, ostatnio było zbyt duże ciśnienie, w dodatku planujemy wrześniową trasę po Wschodnim Wybrzeżu i jeszcze masz zdać książkę, więc to napięcie to coś zrozumiałego. A może… A może odwiedzisz rodziców?! – wykrzyknął oszołomiony i… niezdrowo podniecony własnym pomysłem.

Prawda była taka, że właśnie o to samo chciałam zapytać, ale nie odważyłam się. Jak sam powiedział, mieliśmy sporo na głowie i to raczej nie był najlepszy moment, by wybrać się na dłuższe wakacje.

– Myślałam o tym – potaknęłam niemrawo. – Ale tylko jeśli wcześniej to przedyskutujemy, bo nie chciałabym mieszać w grafiku…

– Gwen – przerwał mi zdecydowanym głosem. – Powinna istnieć równowaga między życiem zawodowym a prywatnym, jednak z powodu tego, że żyjemy w ciągłym biegu, często zdarza nam się o tym zapominać. To raczej ja powinienem cię przeprosić. Jako wydawca trochę dałem dupy, należało wcześniej to zauważyć – przyznał bez ogródek i zły na samego siebie prychnął pod nosem. – Ile to już nie było cię w domu, co? Pół roku?

– Nie jestem pewna, z kim teraz rozmawiam… – mruknęłam powątpiewająco, delikatnie nabijając się z Simona. Rady dawał mi pracoholik, który sam od kilkunastu miesięcy tyrał od rana do wieczora, bez jednego dnia przerwy od laptopa czy telefonu. – Czy to nie czasem ty ostatnio pokłóciłeś się z José, bo trzeci raz przekładacie wspólne wakacje?

– Nie zmieniaj tematu – warknął srogo. – Kiedy byłaś u rodziców?

Nachmurzona wydęłam usta.

– Miałam pojechać w grudniu na ślub Flynna, ale akurat wskoczyła propozycja wyprodukowania serialu, więc…

– Dobra, postanowione! Więcej nie musisz mówić, bo zaraz spalę się ze wstydu. Zarezerwuję ci lot na przyszły tydzień, chociaż jako przyjaciel chciałbym móc wsadzić cię do samolotu jeszcze dziś, ale… sama wiesz. W drodze do ciebie sprawdzę twój grafik i ocenię, z czego możemy zrezygnować, a co przesunąć tak, żeby dać ci wystarczająco dużo wolnego. Może nawet upchniemy to wszystko w sierpniu lub we wrześniu i pod promocyjną trasę podepniemy premierę nowej książki.

– Jasne! – zgodziłam się momentalnie i w przypływie nagłego podekscytowania skoczyłam na równe nogi. – Obiecuję! Do wtorku zdam tekst! Propozycje poprawek, redakcja… Całą resztę ogarniemy zdalnie z Rebecą!

– Tylko odbieraj…

– Tak, będę pilnować zasięgu i odpowiadać na maile!

– Cholera! – Simon się roześmiał. – Gdybym wiedział, że tak podziała na ciebie metoda kija i marchewki, już dawno bym z niej skorzystał!

– Ale wtedy zakrawałoby to na niewolnictwo.

– Pomyślę nad odebraniem ci paszportu – zażartował, śmiejąc się pod nosem. – Okej, Gwendolyn O’Sullivan, wracasz do domu. Lot do Irlandii w samo południe. A teraz śmigaj pod prysznic, niedługo u ciebie będę.

Gdy tylko się rozłączyłam, pozwoliłam sobie na mały taniec zwycięstwa. Ktoś patrzący na mnie z boku mógłby pomyśleć, że takie zachowanie nie przystoi dwudziestoośmioletniej kobiecie, ale miałam to gdzieś. Myślami byłam już w domu, rozpakowywałam się w swoim starym pokoju, a przy kolacji żartowałam wraz z rodzicami, braćmi i Inez. Skype czy FaceTime to nie to samo, co spotkanie na żywo – nie mogłam ich dotknąć, przytulić ani poczuć charakterystycznego zapachu domu.

Napędzona nową energią pobiegłam do łazienki i wedle zaleceń Simona wzięłam prysznic. Później, susząc włosy, wyszczerzyłam się przekornie do swojego odbicia w lustrze.

– Pięć dni. Pięć dni i w końcu wracasz do domu!

Rozdział 1

Gwendolyn

Cichy pomruk chłodnego wiatru wiejącego znad zatoki niósł za sobą widmo rychłego sztormu. Wysoka trawa porastająca klif uginała się pod naporem wzmagających się podmuchów, czuć było sól i wilgoć, a nawet drobne krople wody przeniesione wprost z rozbijających się u podnóża skały fal. Ale nawet wzmagające się zimno nie było w stanie mnie stąd przepędzić. Mimo zdrętwiałej twarzy i szczypiącej skóry na dłoniach uporczywie chłonęłam rozciągający się przede mną widok.

Prawie rok nie było mnie w domu. Był to rok intensywnej pracy i wyrzeczeń. Coś kosztem czegoś. Bolało mnie, że nie mogłam odwiedzać rodziców wystarczająco często, że musiałam mieć w życiu inne priorytety – niestety moja rodzina nie mogła stać na piedestale.

Wzięłam kolejny głęboki wdech i przez chwilę przytrzymałam orzeźwiające powietrze w płucach.

Jeśli jakiś zapach mógłby przywołać na myśl mój rodzinny dom, to z pewnością byłyby to charakterystyczna wonność dzikiej trawy i morskiego powietrza, świeże wypieki mamy oraz drapiący w gardło aromat tytoniu do fajki taty. Szczególnie brakowało mi tego podczas minionych świąt. Nie spędziłam ich samotnie, bo zostałam zaproszona na wigilię do Simona i José, ale to nie było to samo. Tęsknota za domem, za znajomymi dźwiękami, za śmiechem, za wesołym przekomarzaniem… Nic nie mogło tego zastąpić.

– Tęskniłam za tym widokiem.

Uśmiechnęłam się nostalgicznie i spojrzałam na mamę. Zauważyłam, że wokół jej dużych, kocich oczu pojawiły się drobne zmarszczki, jednak spojrzenie miała tak samo bystre, jak zapamiętałam. Otulając się ręcznie dzierganym pledem, przygniotła grube mahoniowe loki. Jeśli chodziło o wszelkie prace ręczne, mama była wręcz artystką i może właśnie po niej odziedziczyłam nie tyle wygląd, co wyobraźnię. Właściwie z charakteru również byłyśmy do siebie bardzo podobne, co niejednokrotnie przyznawał tata.

– Jaki widok masz na myśli? – spytałam, nie potrafiąc oderwać oczu od jej łagodnego uśmiechu.

– Twój. To twoje ulubione miejsce, prawda? – Westchnęła przeciągle i przeniosła spojrzenie na burzowe chmury, które zaczęły pojawiać się na horyzoncie. – Przez lata monitorowałam z okna w kuchni, czy czasem moja szalona córka nie wpadnie na jakiś kolejny genialny pomysł. – Mrugnęła do mnie.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam i dlatego spontanicznie parsknęłam śmiechem.

– To, że chłopcy z sąsiedniej farmy skakali z klifu, nie znaczyło, że ja też będę! Nie jestem aż taką ryzykantką!

– A kiedy chciałaś namówić braci, by przyczepili cię do latawca? Marzyło ci się pooglądać okolicę z lotu ptaka.

Teraz mój perlisty śmiech poniósł się echem po klifie.

– No dobra, może jednak byłam trochę szalona. Ale miałam wtedy pięć lat!

– Teraz obie się z tego śmiejemy, ale wtedy… – Zawiesiła głos i surowo pokręciła głową. – Twoje pomysły przerażały mnie nie na żarty. Ale nawet teraz, gdy zmywam naczynia, nie mogę się odzwyczaić od ukradkowego spoglądania przez okno. Taki matczyny nawyk – dodała i pozornie swobodnie wzruszyła ramionami.

Zmarkotniałam, bo wyczytałam z twarzy mamy tęsknotę identyczną jak ta, która i mnie rozdzierała serce. Czas, który spędziłyśmy razem, gdy ojciec i moi bracia pracowali na farmie, uważałam za cenny i wartościowy. Nauczyła mnie wielu rzeczy, a także jak rozmawiać na każdy temat, jak rozwijać w sobie empatię i ciekawość świata. Wtedy miałam w niej powierniczkę i najbliższą przyjaciółkę i podświadomie żywiłam nadzieję, że to nigdy nie minie.

– Przestań, bo zaraz sama się rozkleję – powiedziałam zdławionym głosem, widząc, jak mama ukradkiem wyciera zbłąkaną łzę.

– Ani mi się waż! Nic mi nie będzie. To tylko rozchwiane hormony. Starzeję się.

Bez namysłu przytuliłam się do niej i głośno pocałowałam w zimny policzek.

– Ty nigdy się nie zestarzejesz, mamusiu.

– Tak, tak – zironizowała, przewracając oczami. – Conal mówi tak samo, gdy przynosi koszulę do zacerowania. Modlę się o wyrozumiałą i cierpliwą żonę dla niego. Chodźmy do domu. Masz zarumienioną twarz i lodowate ręce.

– Marzę o twojej gorącej czekoladzie – jęknęłam i wlepiłam w mamę błagalne spojrzenie.

– Oczywiście, że się napijesz. Po kolacji – dodała surowo.

Przytaknęłam dość niechętnie i bez słowa powlokłam się za nią.

Farma rodziny O’Sullivan znajdowała się blisko malowniczego klifu. Zajmowała kilkanaście hektarów, na które w większości składały się pola uprawne oraz pastwiska dla bydła. Natomiast w głębi lądu stał dom wybudowany przez mojego prapradziadka. Miał więcej pokoi, niż mogliśmy wykorzystać, olbrzymią kuchnię, jadalnię oraz pokój wypoczynkowy. Była tu również piwnica, która w dzieciństwie przerażała mnie liczbą ciemnych zakamarków – nie, poprawka, nadal się jej bałam – oraz strych. Ten ostatni okazał się dla mnie skarbnicą wiedzy na temat poprzedniej epoki. Znajdowały się tam kufry z ubraniami, przybory osobiste, książki, a nawet mapki naszych ziem czy księgi ze stanem inwentarza. Przybywało tego z pokolenia na pokolenie. Moi bracia nie byli tym w żadnym stopniu zainteresowani. Całkowicie wdali się w ojca, który całymi dniami zajmował się hodowlą bydła.

Kiedy minęłyśmy las, zauważyłam, że z jednego z wielu kominów unosi się gęsty, szarawy dym. Najwidoczniej żona Flynna rozpaliła ogień w dużym pokoju, byśmy po kolacji mogli porozkoszować się ciepłem buchającym z kominka.

Już od progu poczułam zmianę temperatury i aż sapnęłam, gdy do moich zlodowaciałych palców i policzków z powrotem napłynęła ciepła krew. Ściągając płaszcz, odwróciłam się, chcąc przywitać się z Inez, ale zamarłam zaskoczona – przy kominku klęczał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, którego ciemne włosy oraz krzaczasta broda przeplatane były cienkimi pasmami siwizny. Dołożywszy drewna do ognia, otrzepał duże ręce i żwawo podniósł się na nogi. Wyglądał groźnie, szczególnie gdy z surowym wyrazem twarzy wziął do ręki pogrzebacz.

– Całe szczęście wróciliście przed sztormem – powiedziała mama. Rozwiesiła pled na oparciu kanapy i obrzuciła tatę czułym spojrzeniem.

– Można powiedzieć, że zerwaliśmy się z roboty wcześniej. – Zagarnął ją w ramiona i pocałował jej włosy. – W sumie to dobrze, bo mogłem zgotować ci ciepłe powitanie. Gwen, chodź bliżej kominka, pewnie przemarzłaś na kość! – zawołał i wolną ręką potarł moje ramię.

– Zerwaliście się z pracy? – Mama się roześmiała. – To do ciebie niepodobne.

– Chciałem nacieszyć się wizytą mojej córeczki i mieć was wszystkich razem.

– Masz rację, rodzina dawno nie była w komplecie – poparła mama i wychylając się, mrugnęła do mnie porozumiewawczo. Gdy ponownie zbliżyła się do taty, zmarszczyła nos i spojrzała na niego z wyrzutem. – Kochanie…? Brałeś prysznic?

Tata wciągnął powietrze i przewrócił oczami ze zblazowaną miną, a ja… ledwo zdusiłam parsknięcie.

– Jeszcze nie – mruknął. – Najpierw chciałem napalić w kominku, wiesz, żeby sprawić ci przyjemność…

– Nie migaj mi się tu – ucięła mama i dźgając ojca palcem w pierś, dodała stanowczo: – Pełen zestaw. Kąpiel, czyste ciuchy i proszę się ogolić.

Ojciec westchnął tak, jakby już chciał znaleźć się w łazience, a nie słuchać tego gderania. Albo w ogóle żałował, że od razu nie postąpił odwrotnie.

– Dobrze, kochanie, będzie, jak zechcesz.

– Brodę też?

Ponownie przewrócił oczami i pochylił się, by pojednawczo cmoknąć mamę w policzek.

– Najdroższa, dla ciebie wszystko, ale broda? Po moim irlandzkim trupie, Sienna – odpowiedział z błyskiem w oku.

Wychodząc z pokoju, mrugnął do mnie konspiracyjnie i potargał mi włosy. Rozbawiona pokręciłam głową, bo nie istniała taka siła na niebie czy ziemi, która sprawiłaby, że po dobroci zgoliłby brodę.

Podczas gdy tata i najpewniej również moi bracia doprowadzali się do porządku, my poszłyśmy do kuchni, by dokończyć przygotowania do kolacji. Zastałyśmy tam drobną niebieskooką blondynkę, która właśnie zawzięcie coś mieszała w jednym z wielu garnków. Inez, żona mojego starszego brata, miała delikatne rysy twarzy, przez co sprawiała wrażenie zupełnie niepozornej, a nawet łagodnej i… tak niepasującej do Flynna! Różnica we wzroście między nimi wydawała się wręcz komiczna, a dodatkowo mój brat był barczystym mężczyzną o dość surowym spojrzeniu. Początkowo i ja dałam się zwieść jej delikatnej powierzchowności, jednak Inez okazała się kobietą twardo stąpającą po ziemi z iście ognistym charakterem. I umiała odpowiednio to wykorzystać. Aż miło było patrzeć, jak Flynn, który od dziecka nie był skory do pomocy, nie mówiąc już o spełnianiu czyichś zachcianek, grzecznie słuchał żony, a nawet stawał na uszach, by zaskarbić sobie jej uwagę. I to zachowanie niewiele miało wspólnego z tym, że obecnie Inez była na początku czwartego miesiąca ciąży, bo Flynn już wcześniej nie widział poza nią świata.

– O, już jesteście! – zawołała, wycierając dłonie o szmatkę przewieszoną przez kieszonkę w fartuchu. – Jak pogoda?

– Okropna. Zapowiada się sztorm.

– Wcale nie jest taka straszna – odparłam markotnie.

– Mieszkasz w Nowym Jorku od kilku lat, więc już zapomniałaś, jak silne potrafią być niepozorne sztormy – wytknęła mama, zbierając rozwiane przez wiatr włosy na czubku głowy.

– Nieprawda – fuknęłam i złożyłam ręce na piersi, co wyszło mi tak dziecinnie, że mama i Inez parsknęły śmiechem. – A tak przy okazji – nie miałaś odpoczywać? – spytałam, patrząc znacząco na bratową.

– Odpoczęłam i teraz czuję się rewelacyjnie. Na tyle, by przejść się do piwnicy po warzywa – odparła i zamaszystym ruchem zgarnęła z blatu wiklinowy koszyk. – Jutro tata i chłopcy naprawiają ogrodzenie w zachodniej części pastwiska, więc nie będą mieli czasu, żeby wrócić na obiad. Dlatego pomyślałam, że ugotuję im pożywny bulion. Przy takiej pogodzie koniecznie muszą zjeść coś ciepłego.

– Masz rację, dziękuję, że o tym pomyślałaś. No a dzisiaj w końcu skończyli znakować bydło… – powiedziała z westchnięciem mama, zaglądając do pieczeni. – Od kilku dni mają ręce pełne roboty, pracują od świtu do zmierzchu. Pewnie są głodni jak wilki.

– W takim razie pomogę Inez z tymi warzywami i zaraz wrócę do ciebie – zawołałam i zeskoczywszy z krzesła, pognałam za bratową. Nucąc pod nosem, łagodnie zabrałam koszyk z jej rąk, na co prychnęła rozbawiona.

– Jesteś jak Flynn! Mogę nieść…

– A widzisz jeszcze własne stopy? – odparowałam, trącając ją złośliwie. – No to zajmij się bezpiecznym schodzeniem po schodach, a ja poniosę koszyk.

Nie wyglądała na zadowoloną, a jednak przytaknęła i teraz już uważnie patrzyła pod nogi. Wiszące u sklepienia zakurzone żarówki rzucały przytłumione światło na piaskową ścieżkę i czające się w kątach białe pęki pajęczyn. Udawałam, że w ogóle ich nie widzę. Inaczej uciekłabym z piskiem, po drodze wzdrygając się z obrzydzeniem. Najpierw doszłyśmy do drewnianych, wypełnionych ziemią skrzyń, ustawionych rządkiem pod ścianą. Wykopałyśmy z nich ziemniaki, marchew i cebulę, a następnie podeszłyśmy do skrzynek z jabłkami, ogórkami oraz cukinią. Trwało to zaledwie chwilę, a i tak z powodu przejmującego zimna na całym ciele pojawiła mi się gęsia skórka. Obejrzałam się na Inez, bo od pewnego czasu ciężko posapywała. I aż skoczyłam na równe nogi, gdy dojrzałam, że opierając się o drewnianą skrzynię, przyciskała rozpostarte dłonie do brzucha.

– Inez, wszystko dobrze? Źle się czujesz? Poczekaj, pobiegnę po Flynna…

– Nie, spokojnie! – zawołała z drżącym z wysiłku uśmiechem. – To normalne. Zasapałam się.

Zawahałam się, widząc, jak na czole Inez pojawiają się kropelki potu. Przestępując z nogi na nogę, zastanawiałam się, czy nie będzie lepiej, jak zawołam tu brata, ale wtedy Inez głęboko westchnęła i strzepując ręce, próbowała rozluźnić ramiona.

– Trochę szybciej się męczę niż przy normalnej ciąży.

– Normalnej? – powtórzyłam zdezorientowana i chyba zbladłam równie szybko jak ona.

 – Tak, bo… będziemy mieć bliźniaki – wyznała na wydechu. – Dlatego Flynn nie przestaje mnie niańczyć. Cały czas się boi, że ciąża, w dodatku bliźniacza, to zbyt duży wysiłek dla mojego organizmu.

– Bliźniaki – powtórzyłam, lekko ogłuszona tą informacją. – Nic nie wiedziałam, no i… Cholera, w naszej rodzinie jeszcze nigdy nie było bliźniaków! – wykrzyknęłam, gwałtownie przy tym gestykulując. – To rewelacyjna wiadomość, Inez! Ale Flynn ma rację… Sama nie wierzę, że to mówię, ale skoro to bliźniaki, to musisz dwa razy więcej wypoczywać, częściej jeść i…

– No nie! – Inez otwarcie naśmiewała się z mojego nerwowego dreptania w miejscu. – Ty też? A myślałam, że chociaż ty jedna zachowasz zimną krew!

– A dziwisz mi się? To najlepsza wiadomość, jaką ostatnio usłyszałam! No i oczywiście gratuluję z całego serca! – pisnęłam i szybko zamrugałam, a w gardle już czułam narastającą gulę. – Ale dobrze, obiecuję, że już nie będę niepotrzebnie panikować. Sama wiesz, co dla ciebie najlepsze.

– I dobrze, bo taka nadopiekuńczość potrafi koszmarnie wkurzyć przyszłą mamę – odgryzła się i posłała mi zadziorne spojrzenie. – Dzięki, że tak się przejmujesz moim stanem, ale naprawdę wszystko jest w porządku. Lekarz mówi, że dzieciaki rozwijają się w podręcznikowy sposób. Mam na siebie uważać, oszczędzać się, ale również starać się prowadzić normalny tryb życia i nie odmawiać sobie tego, co lubię robić. Jak spacery czy gotowanie.

– To jasne, jeśli tylko czujesz się na siłach – potaknęłam.

– Twoja mama pomaga mi we wszystkim. Jest naprawdę cudowna. – Inez uśmiechnęła się wzruszona. – Jeszcze nie powiedzieliśmy rodzicom o ciąży bliźniaczej, więc jeśli mogłabym cię prosić…

– Obiecuję! – zawołałam natychmiast i w powietrzu zasznurowałam sobie usta. – Pełna dyskrecja! Będę milczeć jak grób!

– Dzięki. Chcemy im zrobić niespodziankę. W przyszłym miesiącu będą obchodzić rocznicę ślubu. Myślisz, że spodoba im się taki prezent? – spytała, a jej jasne oczy rozbłysły w podekscytowaniu.

Mrugnęłam porozumiewawczo i opiekuńczo objęłam Inez ramieniem.

– Myślę, że lepszego nie mogliby sobie wymarzyć.

Po chwili, w trakcie której pozwoliłyśmy spłynąć kilku łzom wzruszenia, wróciłyśmy do kuchni. Mama zdążyła już zagonić do pomocy Flynna i młodszego ode mnie o dziesięć lat Conala. Sylwetką w najmniejszym stopniu nie przypominał starszego brata, lecz pewne podobieństwo jednak istniało. Szczególnie tyczyło się ciemnych włosów i oczu, które obaj odziedziczyli po ojcu.

Mimo że Flynn urobiony był po łokcie, to i tak znalazł sposób, by podejść do swojej żony i skraść jej namiętnego całusa. Wykazałam się odrobiną zrozumienia i wyręczyłam brata w karceniu Conala, który właśnie symulował odruch wymiotny. A mógłby już przywyknąć do takich widoków, bo w końcu nasi rodzice byli wobec siebie tak samo czuli jak trzydzieści lat temu, gdy się pobierali.

– Bolało! – warknął na mnie Conal, łapiąc się za potylicę.

– I miało. Mógłbyś w końcu dorosnąć.

– Ja tylko proszę, żeby oszczędzili mi tego słodkiego widoku przed, w trakcie i po posiłkach. Mdli mnie, a mama przygotowała naprawdę popisową pieczeń.

Flynn nic nie robił sobie z komentarza młodszego brata, mało tego, pospiesznie opłukał ręce, by przytulić się do pleców żony.

– A co się stało, że jesteś taka wyrozumiała, siostrzyczko? – Zaśmiał się, obejmując spracowanymi dłońmi brzuch Inez.

– Najwidoczniej życie w Nowym Jorku jej służy – prychnął Conal, zadowolony z tego, że może mi dopiec. – Tyle plotek krąży o Gwen, że pewnie któraś musi okazać się praw…

– Zamilknąłbyś w końcu. – Flynn uciszył brata jednym ostrzegawczym spojrzeniem, po czym zaniepokojony zerknął na mnie. – Mówisz tak, jakbyś nie znał Gwen. Żadnego chłopaka w liceum i ponoć żadnego na studiach. Nawet by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że wszystkie te skandale są bzdurami wyssanymi z palca. Moja siostrzyczka ma po prostu wysokie standardy – dodał i mrugnął do mnie swawolnie.

Z trudem wykrzesałam z siebie pogodny uśmiech. Chociaż poczułam się lepiej z myślą, że moja rodzina nie uwierzyła w kłamstwa z plotkarskich magazynów, to i tak docinki Conala sprawiły, że w moim żołądku pojawił się tępy ucisk. Ale zanim na dobre wróciłam pamięcią do skandalu, jaki wybuchł, zanim wyjechałam z Nowego Jorku, tata niespodziewanie poklepał mnie po głowie – z charakterystycznym dla siebie brakiem delikatności.

– Akurat cieszy mnie fakt, że mam rozsądną i mądrą córeczkę, która potrafi odróżnić porządnego faceta od kanalii. Przynajmniej mogę spać spokojnie – dodał i znacząco spojrzał na najmłodszego syna, który niepostrzeżenie czmychnął do jadalni z półmiskiem z pieczenią.

– Jeśli chodzi o twój spokojny sen, to racja, nic go nie zagłuszy. Nawet twoje głośne chrapanie – powiedziała mama i uśmiechnęła się swawolnie do męża.

Tata już do niej ruszył, by ukrócić kolejne uszczypliwe uwagi na temat swojego chrapania, a ja z rozczuleniem spojrzałam na moją rodzinę.

Zamieszanie, kłótnie i przytyki – za nimi również tęskniłam. Nawet za ironicznymi uwagami Conala, ale chłopak w końcu był w wieku, gdy nastoletnia burza hormonów dawała o sobie znać, więc jako wyrozumiała starsza siostra puszczałam jego uwagi mimo uszu. Właśnie tego brakowało mi najbardziej – rodzinnego zgiełku. A przecież powinnam się już przyzwyczaić do świdrującej uszy ciszy, do samotnego przesiadywania w pustym mieszkaniu, do tego, że zdarzały się dni, gdy nie odzywałam się do nikogo nawet słowem. Dlatego teraz chłonęłam widok przed sobą. Nawet jeśli wybuchłaby drobna awantura – albo Conal ponownie przyczepiłby się do mojego życia intymnego – byłam w stanie zapanować nad gniewem. Bo właśnie taką miałam rodzinę – byliśmy charyzmatyczni i bardzo hałaśliwi, dumni i honorowi, ale zawsze to siebie wzajemnie stawialiśmy na pierwszym miejscu. Dlatego kilka bezmyślnie rzuconych żartów nie mogło sprawić, że zawinę manatki i wsiądę do samolotu do Nowego Jorku. Bo tu był mój dom i kochałam swoją rodzinę ze wszystkimi jej wadami oraz zaletami. Tego właśnie potrzebowałam i to było moje lekarstwo. Kilka dni spędzonych z rodzicami, z braćmi i z Inez traktowałam jak sposób na naładowanie wewnętrznych akumulatorów, nim wrócę do swojego pustego nowojorskiego życia.

Atmosfera podczas kolacji nieco się uspokoiła, chociaż nadal dochodziło do dziecinnych kłótni, między innymi o jedzenie. Mimo że na stole znajdowało się go pod dostatkiem, moi bracia mieli niezaspokojony apetyt i rościli sobie prawo do ostatniej sztuki mięsa, a wszelkie sprzeciwy graniczyły z wypowiedzeniem wojny. Ja również wzięłam w niej udział, jednak zrobiłam to tylko na przekór Conalowi, który zaciekle bronił ostatniego kawałka ulubionej pieczeni. W końcu odpuściłam, bo czego nie robi się dla młodszego brata. Poza tym i tak byłam już najedzona po same uszy. Potrawy mamy i Inez były przepyszne, dlatego bez wyrzutów sumienia napychałam sobie żołądek, a i tak znalazłam jeszcze miejsce na deser.

Po kolacji tata wraz z braćmi sprzątali ze stołu i zmywali naczynia, a my przeniosłyśmy się do salonu.

– Nie rozumiem, dlaczego czuję się taka zmęczona. – Westchnęłam, po czym przeciągnęłam się leniwie i zwinęłam w kłębek na swoim ulubionym skórzanym fotelu.

– Może nie jesteś przyzwyczajona do lenistwa? – podsunęła Inez, masując brzuch. – Słyszałam, że są ludzie, którzy rzadko biorą urlopy, bo męczy ich nicnierobienie. Zamiast porządnie odpocząć i oczyścić umysł, cały czas myślami są w pracy.

– Uwierz mi, Inez, ja uwielbiam leniuchować. – Parsknęłam śmiechem i owinęłam się szczelniej zielonym pledem zabranym z oparcia fotela. – Położyć się na kanapie z książką albo spędzić dzień na oglądaniu seriali… Problem w tym, że rzadko mam ku temu okazję.

Nawet jeśli byłam wystarczająco dobrą aktorką, która nauczyła się robić dobrą minę do złej gry, wobec czujnych i wpatrujących się we mnie z troską oczu matki okazałam się bezsilna.

– Problemy w pracy?

Cisnęło mi się na usta: „Bingo, mamo!”, jednak ostatecznie zrezygnowałam z tych słów. Nie chciałam niepotrzebnie zawracać mamie głowy. I tak wystarczająco się o mnie martwiła – swoją jedyną córkę żyjącą na drugim kontynencie. Ten niepokój nie był mi obcy i dało się go wyczuć podczas naszych rozmów telefonicznych.

– Częściowo – przyznałam niechętnie, wiercąc się nerwowo pod jej wyczekującym spojrzeniem. – Ale zanim wyjechałam, oddałam książkę do redakcji, co więcej, mam już ustaloną trasę autorską, a we wrześniu ruszają zdjęcia do serialu. Simon uznał, że przed takim maratonem przyda mi się odrobina wolnego.

– To chyba dobrze, co nie, siostra? Wszystko kręci się tak, jak chciałaś.

Do salonu wszedł Flynn, trzymając tacę z porcelanowym białym dzbankiem i trzema filiżankami, a zaraz za nim dreptał Conal, w skupieniu niosąc półmisek z dyniowymi ciasteczkami. Gdy przypomniałam sobie ich smak, aż ślinka napłynęła mi do ust. Inez nie tylko była rewelacyjną kucharką, ale piekła też ciasta jak wybitny cukiernik.

Bracia ostrożnie podali nam herbatę w porcelanie pochodzącej ze ślubnego serwisu mamy, i nie mogłam nie zauważyć, że Flynn przesunął talerz z ciasteczkami bliżej Inez. Nawet włożył poduszkę pod jej stopy i dopiero wtedy, wybitnie z siebie zadowolony, usiadł obok żony. Uśmiechnęłam się na ten widok, jednak głośno niczego nie skomentowałam. Bądź co bądź, przyjemnie się patrzyło na starszego brata, który tak troskliwie opiekował się swoją ukochaną. Ta zmiana w jego zachowaniu była aż niezwykła, bo pamiętałam, jak wcześniej był oziębły wobec każdej innej dziewczyny, a te uganiały się za nim jeszcze we wczesnej podstawówce.

– To jak z tą pracą? Jest okej? – dopytał Flynn, a ja w pierwszym momencie nie wiedziałam, o co mu chodzi. Dopiero gdy spojrzał na mnie uważnie, jakby się zastanawiał, czy nie mam problemów z pamięcią, zaczęłam gwałtownie przytakiwać.

– Wszystko w najlepszym porządku – skłamałam gładko. – Książka jest w redakcji i pewnie dostanę wytyczne z poprawkami, bo zawsze jakieś są, ale mogę to załatwić zdalnie. Zamknę się w pokoju na jeden dzień i odbębnię swoje – odpowiedziałam wymijająco, odbierając filiżankę od Conala, który, porwawszy największe ciastko z półmiska, przysiadł na podłokietniku mojego fotela. – A co do trasy… Z Simonem atakujemy Wschodnie Wybrzeże, więc zadbał o każdy szczegół. Mój harmonogram pęka w szwach od wywiadów, spotkań autorskich, a nawet sesji zdjęciowych. Będę też na festiwalu literackim, gdzie mam dwa panele dyskusyjne. Na sam koniec odwiedzimy studio, gdzie będą kręcić sceny do pilotażowego odcinka serialu na podstawie mojej serii dla młodzieży.

– Całkiem tego sporo. – Conal zagwizdał z uznaniem, ale widząc moją strapioną minę, głośno poklepał mnie po plecach. Byłam w szoku, że nie uroniłam ani jednej kropli herbaty. – Będzie dobrze, siostra. Twarda jesteś, więc ze wszystkim sobie poradzisz.

Uśmiechnęłam się do niego w podziękowaniu, a kątem oka zerknęłam na parę siedzącą naprzeciwko. Flynn próbował zachęcić żonę do zjedzenia kilku pełnoziarnistych ciastek, argumentując, że takie są w diecie przepisanej przez lekarza.

– Zjedz chociaż jedno… – marudził nieprzerwanie, przysuwając pod usta Inez kruszące się w jego wielkich palcach ciastko.

– Mówiłam już, jestem pełna! – syknęła cicho i ściągając groźnie brwi, po raz kolejny odepchnęła od swojej twarzy rękę Flynna. – Ile razy mam powtarzać, nim do ciebie to w końcu dotrze?!

– Dobrze, tylko się nie denerwuj – spasował i momentalnie zmarkotniał.

To koniec! Przegrałam z kretesem! W dużej mierze doprowadził do tego Conal, który otwarcie parsknął śmiechem i porozumiewawczo trącił mnie łokciem, a ja aż musiałam zasłonić kocem twarz, by uciec przed przeszywającym spojrzeniem starszego brata. I choć miał w sobie niezmierzone pokłady czułości wobec żony, to w tym momencie jego oczy ciskały błyskawice.

– Co? – warknął rozjuszony Flynn.

Wystawiłam czubek nosa zza koca i wysapałam odważnie:

– Nic, piękny widok.

– Jaki widok? O co ci chodzi?

Byłam już na dobrej drodze do tego, by zapanować nad oddechem, ale wtedy zauważyłam minę Inez i tym samym wróciłam do punktu wyjścia. Gdy byłam zajęta wycieraniem łez z kącika oka, Conal, jak przystało na młodszego brata, przejął pałeczkę.

– Wiesz, taka góra mięsa chodzi na paluszkach wokół chochlika…

– Chochlika, który umie kłapnąć zębami – wcięła się Inez, przez co Flynn posłał jej groźne spojrzenie, a ona… pokazała mu język.

Nawet mama dołączyła do ogólnego rechotu, przez co sfrustrowany Flynn cisnął okruszkami ciastka w młodszego brata.

– Chłopcy, spokój, w tej chwili. – Mama nie musiała nawet podnosić głosu, by w sekundę uciąć to małe zamieszanie. Niemniej bracia nadal pojedynkowali się na spojrzenia. – Gdzie się podziewa tata?

Obaj natychmiast zmarkotnieli, a na ich czołach pojawiła się identyczna zmarszczka, gdy w zamyśleniu ściągnęli brwi.

– Poszedł zajrzeć do klaczy.

– Już urodziła? – spytałam Flynna.

– Jeszcze nie i to ojca martwi.

– Powinna oźrebić się kilka dni temu – wtrącił Conal, pocierając knykcie o wnętrze lewej dłoni. To oznaczało, że coś go bardzo niepokoiło.

– Pójdę sprawdzić, czy czegoś nie potrzebuje – powiedział Flynn, wstając, na co Conal przytaknął i również podniósł się z miejsca.

Zanim wyszli, posłali nam jeszcze pokrzepiające spojrzenia. Po ich minach stwierdziłam, że sytuacja naprawdę musiała wyglądać nieciekawie. Pomyślałam, że może również pójdę do stajni i zobaczę, czy w czymś nie mogłabym pomóc, jednak mama ledwo zauważalnie pokręciła głową. To nakazało mi z powrotem usiąść na miejscu. W sumie miała rację – jeśli będzie tam zbyt wiele osób, klacz mogłaby się zaniepokoić, nie mówiąc już o tym, że nie widziała mnie od wielu miesięcy.

– Nie martw się, tata trzyma rękę na pulsie – powiedziała mama i wychyliła się przez oparcie fotela, by poklepać mnie po ręce. – Zmieńmy temat, żebyś nie musiała o tym myśleć… Więc teraz masz urlop, a później od razu jedziesz w trasę. To będzie dla ciebie olbrzymie wyzwanie i też obciążenie dla organizmu. Pamiętaj, żeby się wysypiać i regularnie jeść posiłki.

Tak jak myślałam – wymijająca odpowiedź w pełni jej nie usatysfakcjonowała, a nawet powiedziałabym, że tylko podsyciłam jej obawy.

– Zapamiętam, mamo – odparłam naprędce i gładko dodałam: – Poza tym będziemy do siebie dzwonić, więc pewnie przypomnisz mi o tym jeszcze kilka…

– Kilkanaście – wtrąciła Inez, maskując swoje słowa kaszlnięciem.

– Kilkanaście razy – powtórzyłam po bratowej, która, uciekając przed wzrokiem mamy, z uwagą wpatrywała się teraz w drewniany sufit. – Będę o siebie dbała, obiecuję!

Mama, niezbyt zadowolona, zacisnęła usta i westchnęła. Sprawiała wrażenie zamyślonej. Nie wiedziałam, co miałabym jeszcze dodać, dlatego posłałam jej nieporadny uśmiech. Inez również wyczuła, że atmosfera stała się napięta, więc czym prędzej pospieszyła mi z pomocą.

– Czyli w ogóle będziesz miała czas na pisanie? Taka trasa to pewnie harówka od rana do wieczora.

– Czasem i w nocy – przyznałam pół żartem, pół serio. – Simon często w moim imieniu przyjmuje zaproszenia na gale, rozdania nagród czy przyjęcia, a one niestety odbywają się późnym wieczorem i ciągną aż do wczesnych godzin porannych – uściśliłam, a Inez współczująco ściągnęła brwi. – Po kłopotach, jakie spowodował mój poprzedni menadżer, muszę teraz dbać o swój wizerunek. Tak przynajmniej tłumaczy to Simon. Dlatego to on zajmuje się selekcją imprez, na które dostaję zaproszenia. Tylko jakoś tak… nie potrafię się do tego przyzwyczaić – dodałam markotnym tonem. Widząc, że mama już nabiera powietrza, by dać mi wykład, że przecież „nie muszę tego robić”, pospiesznie odpowiedziałam na pytanie bratowej: – Ale masz rację, niezbyt będę miała czas na pisanie książki. Poza tym i tak niespecjalnie mam pomysł na nową serię, a właśnie taką chciałby Simon.

– Na pewno uda ci się coś wymyślić.

Inez starała się podnieść mnie na duchu, jednak nie najlepiej jej to wychodziło. „Coś” łatwo napisać, można nawet na kolanie, odbębnić pracę i tyle, ale mnie nigdy nie zadowalało błahe „coś”. Wymyślanie fabuły i kreowanie świata oraz wyimaginowanych bohaterów to dopiero zarys całej historii. Później trzeba książkę napisać, poprawiać, dopisywać, zmieniać – słowem szlifować tekst, aż będzie wystarczająco dobry, by odesłać go wydawcy. Pisanie było ważną częścią mojego życia, tak ważną, że nawet przyrównanie go do oddychania brzmiało zbyt banalnie. O wymyślonych przez siebie historiach myślałam przez większość czasu i nie dawały mi one spokoju, dopóki nie zasiadłam do komputera. A radość z tworzenia miała swoje zwieńczenie, gdy brałam do rąk gotową książkę. Wówczas czułam się naprawdę dumna z tego, czego dokonałam.

– Gwen? Mogę o coś zapytać? – Przywołując się do porządku, pokiwałam głową i gestem dłoni zachęciłam Inez do mówienia. – Wiem, że liczne magazyny o tobie plotkują i moim zdaniem to bezduszne, bo takie wchodzenie z butami w czyjeś życie zasługuje na największe potępienie, ale… Czy naprawdę nie masz nikogo na oku? Nie pojawił się nikt wyjątkowy?

– To nie takie znowu niewinne pytanko – zażartowałam ironicznie, chociaż w głębi ducha trzęsłam się jak galareta. Nienawidziłam kłamać. – W nikim się nie kocham, to aż takie dziwne? Gdzie jest napisane, że muszę kogoś mieć?

Inez zamrugała zaskoczona.

– Gwen, przepraszam, nie chciałam cię urazić! – zawołała naprędce. – Jesteś silną i niezależną kobietą. I tak, racja, tylko od ciebie zależy, czy lub kiedy będziesz chciała się z kimś związać, tylko… Po prostu się martwię – dodała cicho.

Cholera, nie pomyślałam o tym. Powinnam lepiej panować nad swoimi uszczypliwościami.

– Po prostu nie chcę na siłę się zakochiwać ani też szukać kandydata na męża tylko dlatego, że powoli dobijam do trzydziestki. Nie jestem aż tak zdesperowana – powiedziałam, starając się załagodzić sytuację, jednak Inez nadal wyglądała na przygnębioną. Dlatego roześmiałam się perliście i uniosłam ramię tak, jakbym napinała muskuły. – Nie martwcie się o mnie, samotne kobiety potrafią całkiem dobrze o siebie zadbać.

Całe szczęście mama w mig pojęła, że nieudolnie próbowałam nadać sytuacji odrobinę żartobliwego charakteru.

– Zawsze możesz liczyć na syna Brandonów – podsunęła niewinnie, za co przeszyłam ją spojrzeniem spod przymrużonych powiek. – On bez przerwy o ciebie wypytuje. Jestem prawie pewna, że wytapetował sobie pokój wycinkami z prasy na twój temat.

Jej słowa zostały zagłuszone przez odgłosy obrzydzenia wydane równocześnie przeze mnie i Inez. Obie znałyśmy młodego Browna – zarówno jego błyszczące podnieceniem oczka, jak i lepkie dłonie. Mogłam nawet z ręką na sercu stwierdzić, że był obłędnie przystojny, ale miał paskudny charakter i w dodatku nie szanował kobiet. Gdybym związała się z kimś takim, nie było opcji, żebym nie skończyła z wyrokiem za morderstwo. I to ze szczególnym okrucieństwem.

– Mamo, poważnie, przestań grozić Gwen tym Brownem. To cios poniżej pasa.

– Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać!

Machając rękami, jakbym chciała odpędzić od siebie natarczywą muchę w postaci widma Browna, pospiesznie dodałam:

– W każdym razie na czas wakacji zamierzam zabunkrować się tutaj. Przynajmniej naładuję baterie i…

Zaskoczona spojrzałam na Inez, która wydała z siebie zduszony pisk i aż podskoczyła na stercie poduszek, którymi obłożył ją Flynn. Przeszło mi przez myśl, że miała jakieś skurcze albo coś w tym stylu, jednak ona z zapałem wysapała:

– Wakacje!

Zamrugałam zdekoncentrowana.

– Tak, wakacje. Chyba właśnie to powiedziałam, czyż nie?

– Tak, ale mnie chodzi o to, w jaki sposób je spędzisz! – Inez przechodziła samą siebie. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam jej tak pobudzonej. – Sama powiedz, kiedy ostatnio gdzieś wyjechałaś? Dom rodzinny się nie liczy! – dodała zapobiegawczo, gdy już nabierałam powietrza.

Z nietęgą miną zaczęłam poddawać analizie swoje ostatnie wycieczki. I niestety nie potrafiłam jednoznacznie odpowiedzieć, kiedy spędziłam czas tak, jak tego chciałam. Często wyjeżdżałam w trasę autorską, ale wtedy, przez napięty grafik, nie miałam ani chwili dla siebie. Co prawda jeździłam do parków rozrywki, hoteli i pensjonatów albo nad jeziora, jednak tylko po to, by pozyskać informacje do książek.

– W sumie… – zaczęłam nieporadnie, ale Inez przerwała mi, klaszcząc w dłonie.

– Widzisz? Dlatego to najlepszy moment, byś pomyślała o sobie! Na pewno są miejsca, które chciałabyś zobaczyć, kraje, które chciałabyś odwiedzić! I kto wie, może przy okazji zbierzesz materiał na nową książkę! Zmienisz otoczenie, poznasz inne miejsca, spotkasz ciekawych ludzi… Poza tym sama powiedziałaś, że życie pisze najlepsze scenariusze! – dodała, umyślnie próbując wzbudzić w ten sposób moją ciekawość.

– Niegłupi pomysł. – Mama entuzjastycznie pokiwała głową. – Może i nawet Simon zgodzi się z tobą pojechać.

– Simon pewnie wygrzewa swoje blade, kościste dupsko na jednej z hawajskich plaż, więc odpada, ale… – Urwałam zamyślona.

Odkąd wpadłam w wir dorosłego życia, nie miałam czasu na wycieczki czy dalekie podróże. Dostałam stypendium na wymarzonym Uniwersytecie Columbia, ale to i tak była kropla w morzu potrzeb, więc dorabiałam w jednym z małych nowojorskich wydawnictw jako młodszy edytor. Później pojawiły się kontrakty, wzrosło zainteresowanie moimi powieściami i tak oto nastał moment, gdy siedząc w fotelu w rodzinnym domu, zdałam sobie sprawę, że kilka ostatnich lat przepłynęło mi przez palce, a ja nawet nie wiedziałam, kiedy się to stało. A jeśli Inez miała rację i właśnie tego potrzebowałam? Zmiany otoczenia? Może faktycznie samotna wyprawa pomogłaby mi zebrać myśli i odpowiednio przygotować się do nowych wyzwań, które czekały na mnie po powrocie do Stanów?

Byłam zaintrygowana tym pomysłem do tego stopnia, że ani się obejrzałam, a już zaczęłam kreślić wizję podróży i zastanawiać się, dokąd pojadę. Najwidoczniej miałam to wypisane na twarzy, bo Inez, śmiejąc się, powiedziała:

– A może właśnie tam spotkasz miłość swojego życia?

Na te słowa wesoło parsknęłam.

Wtedy machnęłam na to ręką, bo przecież nie było takiej możliwości. Ale po czasie stwierdziłam, że Inez miała całkiem dobry instynkt.

Bo znalazłam swoją miłość – tego jedynego – i to w miejscu, w którym nigdy bym się nie spodziewała jej znaleźć.

Rozdział 2

Gwendolyn

Zieleń.

Zieleń.

Intensywna zieleń.

Urodziłam się i wychowałam w Irlandii, więc powszechnie znany kolor nadziei nie powinien być mi obcy, jednak spoglądając na ostre górskie szczyty, liczne jeziora z tak przejrzystą wodą, że widać było skaliste dno, i majestatyczne widoki stworzone przez matkę naturę, byłam do głębi oczarowana. I w końcu czułam, że mogę odetchnąć pełną piersią i cieszyć się wilgotnym, orzeźwiającym norweskim powietrzem.

Mama i Inez namawiały mnie na którąś z licznych hiszpańskich wysp, na kulinarną podróż po Beaujolais*, a w szczególności odwiedzenie kilku znanych winiarni, czy też na kurort narciarski w Austrii, ale żadna propozycja do mnie nie przemówiła. A to dlatego, że najbardziej ze wszystkiego pragnęłam ujrzeć zorzę polarną. Niedoścignione dziecięce marzenie wysunęło się na prowadzenie na liście rzeczy, które chciałabym zobaczyć, czy miejsc, które miałam ochotę odwiedzić. Wprawdzie sezon na zorze miał się ku końcowi, lecz pozostała duża szansa, że mi się poszczęści.

Oczywiście nim zarezerwowałam bilety i zaczęłam się pakować, musiałam zajrzeć do paszczy lwa – czyli uprzedzić Simona, że plany urlopowe odrobinę uległy zmianie. Mój wydawca był osobą, która nie traciła entuzjazmu nawet w obliczu kryzysowych sytuacji. Niejednokrotnie też spontanicznie podejmował ważne decyzje – słowem był elastyczny, jednak zdarzały się momenty, takie jak na przykład teraz, gdy potrafiłam całkowicie zbić go z pantałyku. To, że był w szoku, to spore niedopowiedzenie, bo gdy taka gaduła jak on przez chwilę nie mogła wykrztusić z siebie słowa, to oznaczało, że spodziewał się po mnie wszystkiego, ale nie… tego! I gdy już zdążył przetrawić mój absurdalny pomysł, wydukał z siebie: „Ale… dlaczego Norwegia?!”. Cóż, tłumaczenie tego Simonowi, który telepał się z zimna, gdy temperatura spadała poniżej dwudziestu pięciu stopni, mijało się z celem. Niemniej nie odwodził mnie od pomysłu wyjazdu ani niczego nie zabronił. Prosił jedynie, bym była z nim w kontakcie i chociaż raz na kilka dni dawała znać, gdzie aktualnie jestem.

Musiałam przyznać, że ulżyło mi, gdy usłyszałam te słowa. Może i on przejął się moim stanem i zaczął się bać krążącego nade mną widma wypalenia zawodowego? Nie chcąc wyjść na osobę nieodpowiedzialną, obiecałam, że poczekam na redakcję nowej książki i dopiero gdy uporządkuję wszystkie sprawy związane z jej korektą, wyjadę na dwa tygodnie. Liczyłam się z tym, że mogę znaleźć się w miejscu, gdzie dostęp do Internetu może być dość ograniczony, a nie chciałam niepotrzebnie martwić Simona ryzykiem ewentualnego przesunięcia premiery. Wtedy z pewnością wystawiłabym jego żelazną cierpliwość na wielką próbę.

Spakowałam się w jedną walizkę i plecak, pełniący funkcję bagażu podręcznego, i zostałam zawieziona na lotnisko w Cork w obstawie całej rodziny. I mimo że na każdym kroku czułam troskę oraz zaangażowanie wszystkich, bo przecież pomogli mi ułożyć trasę wycieczki, stosując odpowiedni podział z przeznaczeniem na zwiedzanie i odpoczynek, to i tak było mi ciężko na sercu. Nie chciałam tak szybko się z nimi rozstawać. Te kilka dni, które razem spędziliśmy, to stanowczo zbyt mało, bym mogła w pełni nacieszyć się rodzinnym ciepłem. Do ostatniej chwili wahałam się, czy wejść na pokład samolotu. Wszyscy mnie wspierali, dopingowali, uważali, że taka podróż postawi mnie na nogi… jednak ja nadal widziałam łzy w oczach mamy, które tak usilnie starała się ukryć.

Z Cork poleciałam do Dublina, później do Oslo, aż w końcu do docelowego miejsca, skąd miałam rozpocząć podróż – Trondheim. Miałam upatrzony przytulny pensjonat za miastem i jeśli zdjęcia pokoi nie były przerobione, to leżąc w łóżku, będę mogła cieszyć się malowniczymi widokami okolicznych gór i jeziora. Niebawem miałam się o tym przekonać. Zbliżała się północ, a ja ociężałym ruchem rozmasowałam napięty kark, marząc już tylko o ciepłym prysznicu i miękkiej kołdrze. Chyba było po mnie widać, że padam na twarz, bo z chwilą, gdy wyszłam przed terminal, tuż obok zatrzymała się taksówka. Uznałam to za szczęśliwy zbieg okoliczności i bez gadania podałam kierowcy walizkę. Zajęłam miejsce na tylnym siedzeniu, zapięłam pasy i odszukałam w telefonie dane pensjonatu. Gdy mężczyzna usiadł za kierownicą i mrukliwie o coś zapytał, wychyliłam się i, by ograniczyć do minimum błędy w skomplikowanej wymowie, pokazałam mu adres. Przytaknął i w milczeniu odpalił samochód. Zadowolona wróciłam na swoje miejsce i schowałam telefon do bocznej kieszonki plecaka.

– Pierwszy raz w Norwegii? – spytał z twardym angielskim akcentem.

– Tak.

– A jaki jest cel podróży?

– Zwykła wycieczka krajoznawcza – odparłam zwięźle.

– A skąd pani jest?

– Z Irlandii.

– I mąż puścił panią samą?

– Nie mam męża – wypaliłam, zbyt późno zdając sobie sprawę, że powinnam ugryźć się w język. – W każdym razie proszę jak najszybciej zawieźć mnie do hotelu. Czeka na mnie rodzina, z którą mam się tam spotkać – dodałam na wydechu.

– Jasna sprawa. Ale powinni panią sami odebrać z lotniska. Parszywe czasy mamy. Szkoda, żeby coś się pani stało.

Ta cholerna aluzja wystraszyła mnie nie na żarty. To nie pierwszy raz, gdy w taksówce kierowca próbował wciągnąć mnie w rozmowę, jednak w tym momencie poczułam się dziwnie… nieswojo. Zaniepokoił mnie jego ton – daleko mu było do swobodnego. Nie było niewinnego wypytywania, zamiast niego słyszałam podejrzliwość. Rzuciłam pospieszne spojrzenie na przygarbioną sylwetkę mężczyzny i w tej samej chwili odwróciłam wzrok. Wyłupiaste, wodniste oczy, które dostrzegłam w lusterku, wpatrywały się we mnie natarczywie i… łakomie.

Nerwy miałam napięte do granic możliwości. Do diabła, przecież przez kilka lat sama mieszkałam w Nowym Jorku! Znałam podstawy samoobrony i nie rozstawałam się z gazem pieprzowym, więc byle taksówkarz nie powinien mnie tak nastraszyć. Położyłam sobie plecak na kolanach i wyciągnęłam telefon. Udając, że coś na nim piszę, namacałam podłużne aluminiowe opakowanie. Starając się nie robić zbędnego hałasu i nie wzbudzić podejrzeń mężczyzny, wcisnęłam gaz za mankiet bluzy.

– Proszę odpocząć. Za kwadrans powinniśmy być w pensjonacie. Jeśli pani chce, proszę poczęstować się wodą i przekąskami. Są pod podłokietnikiem.

– Nie, dziękuję – odparłam tak swobodnie, na ile tylko pozwalało mi na to ściśnięte ze strachu gardło.

Jeszcze próbowałam sobie wmówić, że niepotrzebnie panikowałam i zaufałam swojej wybujałej wyobraźni, ale w tym momencie mężczyzna odpowiedział tonem, który zmroził mi krew w żyłach.

– Jak pani chce.

Więcej nie było mi trzeba. Teraz miałam pewność, że natknęłam się na kompletnego świra. Instynkt samozachowawczy kazał mi zatrzymać samochód i wiać ile sił w nogach, choćby przez otaczający nas las. Ale zanim przemyślałam swój kolejny ruch, poczułam, że zjeżdżamy z równej asfaltowej drogi wprost na wyboistą ścieżkę prowadzącą coraz głębiej między drzewa.

– Już jesteśmy na miejscu? – spytałam naiwnie, a gdy zostałam całkowicie zignorowana, serce podskoczyło mi do gardła.

Zatrzymał się. Nie zgasił świateł, nie wyłączył silnika. Wysiadł. Gdy otworzył drzwi od mojej strony, odsunęłam się poza zasięg jego rąk. Warknął coś niezrozumiałego, pochylił się, by wyciągnąć mnie siłą, a wtedy ja, nie zastanawiając się dłużej, prysnęłam mu gazem pieprzowym prosto w oczy. Mężczyzna zawył z bólu i cofając się, zawzięcie pocierał zaczerwienione powieki. Wykorzystałam moment. Wypięłam się z pasów i wypadłam z samochodu, ale zanim odbiegłam, doskoczyłam jeszcze do klęczącego na leśnej ściółce napastnika i z całej siły zasadziłam mu kopniaka prosto w brzuch. Zaraz potem zwiałam, nie oglądając się za siebie. Biegłam ile sił w stronę drogi. Nie wywiózł mnie daleko i już po chwili zauważyłam światła samochodów. Ale w momencie, kiedy przyspieszyłam, coś szarpnęło mnie za włosy i pociągnęło do tyłu.

– Puszczaj! – wykrzyknęłam, jednocześnie kopiąc mężczyznę w piszczel.

Starałam się namacać gałąź, kamień, cokolwiek, co pomogłoby mi go odstraszyć, ale zgarniałam jedynie suche liście i drobne kamyczki. Zatopiłam palce w wilgotnej glebie i gdy podrywałam się na nogi, cisnęłam grudkami prosto w twarz faceta. Ale tym razem był na to przygotowany. Uchylił się i jednym celnym ciosem w głowę posłał mnie z powrotem na ziemię. Całe powietrze uszło mi z płuc, kiedy uderzyłam brzuchem o wystający korzeń drzewa. Przedramię paliło żywym ogniem, ale zignorowałam ból i przewróciłam się na plecy. Mój wzrok się rozmazał i chociaż zawzięcie mrugałam, nie mogłam przywrócić ostrości widzenia. Usłyszałam tylko, jak napastnik sapie podekscytowany, wypinając pasek z metalowej klamry.

Próbowałam wstać, ale ręce i nogi zdrętwiały, nie słuchały mnie. Starałam się odczołgać jak najdalej od mężczyzny, jednak ten tylko zarechotał nieprzyjemnie. Bawiłam go. Próba stawiania oporu, obrona, woń strachu, która unosiła się w powietrzu – lubował się w tym uczuciu, we władzy, jaką miał nade mną, w poczuciu dominacji. Zanim zdołałam się osłonić, dopadł do mnie i wymierzył siarczysty policzek. Siła tego ciosu zamroczyła mnie na tyle, że nie wiedziałam, kiedy przygwoździł mnie do podłoża swoim ciężarem. Szamotałam się, chcąc go z siebie zrzucić, biłam na oślep, ale złapał za moje nadgarstki i unieruchomił mi je nad głową. Zaraz też wbił palce w moje biodra, próbując zedrzeć ze mnie spodnie. Szeptał słowa w obcym języku, ale podświadomie zrozumiałam, co chciał zrobić. Jak bardzo pragnął mnie skrzywdzić… Adrenalina dzwoniła mi w uszach i chociaż ciężar mężczyzny pozbawiał mnie tchu, zaczęłam krzyczeć, szarpać się, wbijałam mu paznokcie w nadgarstek… Robiłam wszystko, by się obronić.

Nagle poczułam, że zamarł, a tuż nad głową usłyszałam jego opryskliwy ton. Skołowana spojrzałam w bok i przez chwilę nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ktoś jednak mnie usłyszał…

Na skarpie między dwoma wyjątkowo grubymi pniami drzew stał ogromny koń, a na nim siedział jeździec. W półmroku nie widziałam jego twarzy, jedynie ciemny kontur sylwetki. Głębokim, ostrym głosem rzucił kilka słów w stronę trzymającego mnie mężczyzny i to odwróciło jego uwagę. Gdy tylko poczułam, że uścisk krępujący moje nadgarstki zelżał, wykręciłam napastnikowi rękę i zrzuciłem go z siebie. Odbiegając od niego, trzymałam się za gardło i starałam się nie zwymiotować. Moje ręce drżały, gdy usiłowałam wygrzebać z kieszeni bluzy telefon i prawie wyłamałam sobie palce, próbując wybrać numer alarmowy. Widząc to, mężczyzna dźwignął się na nogi i z przyciągniętą do piersi ręką pognał do samochodu. Odjechał, rozbryzgując pod kołami wilgotną ziemię. Dopiero gdy całkowicie umilkł dźwięk silnika, zdałam sobie sprawę, że wszystkie moje rzeczy zostały w aucie. Gniewnie przetarłam wzbierające w oczach łzy. Jak mogłam być tak głupia i naiwna?!

– Ty… ty… ty skurwysynie!