Uzdrowicielka - Agnieszka Krawczyk - ebook + audiobook + książka

Uzdrowicielka ebook i audiobook

Agnieszka Krawczyk

4,7

10 osób interesuje się tą książką

Opis

W Nieznajomce, niewielkiej wiosce ukrytej w górach, wśród polan, łąk i lasów nadchodzi jesień. Antoni Szeptyna pracuje nad kolejną niezwykłą i magiczną książką „Misteriami drzew”, Mariusz próbuje na nowo ułożyć sobie życie z Reginą, Zośka podejmuje leczenie swej blizny. Wszystko wydaje się układać dobrze, ale na horyzoncie już widać ciemne chmury. Ktoś upomina się o odziedziczony przez Zośkę domek, schronisko dla zwierząt także przeżywa trudne chwile, a nowy mieszkaniec wioski wprowadza sporo zamieszania w spokojne dotąd życie sąsiadów. Losy niespodziewanie się krzyżują, pojawiają się pytania, niepokoje, gwałtowne uczucia i wielkie tęsknoty. Czyje marzenia zostaną zawiedzione, a kto odnajdzie się wśród tych życiowych zawirowań?
Czy przyjaźń i miłość naprawdę potrafią zwyciężyć wszystko, czy jedynie rodzą złudną nadzieję?
Pełna uczuć i emocji opowieść o ludziach, którzy noszą w sobie tajemnice, ukryte tęsknoty i czasem bolesne zadry. Wciąż jednak wierzą, że poszukując ukojenia, mogą trafić na kogoś, kto uzdrowi, pomoże zrozumieć samych siebie, symbolicznie wyleczy. A najlepszym kluczem do szczęścia jest wrażliwe serce, któremu warto zaufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 57 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,7 (186 ocen)
131
45
10
0
0
Sortuj według:
Iwona15162

Nie oderwiesz się od lektury

Kiedy przeczytałam pierwszy tom z serii Leśnie Ustronie pt. ,,Warkocz spleciony z kwiatów’’, czułam, że ta seria będzie jedną z tych, które będą miały specjalne miejsce w moim serduszku. Niespokojnie wyczekiwałam drugiego tomu, który na szczęście się pojawił i miałam okazję przedpremierowo go przeczytać. Zastanawiałam się jak podejść do opisu Uzdrowicielki. Pewnie mogłabym wam napisać, jak potoczyły się losy bohaterów. Jednak postanowiłam od tego odejść, bo tomy z serii są ze sobą dość mocno powiązane i gdybym uchyliła rąbka tajemnicy, mogłabym niechcący coś zdradzić. Postanowiłam tym razem nieco ogólnikowo podejść do recenzji książki i skupić się nieco bardziej na moich emocjach i odczuciach. Uzdrowicielka to książka, która może uzdrowić. Wiem, że brzmi to górnolotnie, jednak czułam, że muszę tak napisać, bo tak po prostu czuję. Pani Agnieszka Krawczyk jest mądrą, wrażliwą osobą, kochającą ludzi i naturę i to się dało odczuć na kartach książki i można było z tego czerpać ogromne pokł...
60
YvetteB-oik

Nie oderwiesz się od lektury

Po przeczytaniu I części, nie mogłam doczekać się kontynuacji. A teraz jestem pewna, że to nie sprawiedliwe tak zostawiać czytelnika! Mam nadzieję, że niebawem ukaże się III część, która wyjaśni wszystko u Zosi i innych bohaterów. P.Krawczyk tak pięknie opisuje przyrodę, zioła, drzewa, że aż ma się ochotę zamieszkać w jakiejś pustelni, z dala od wszystkich, od problemów i tylko w samotności przeanalizować swoje dotychczasowe życie. Polecam wszystkim z czystym sercem.
20
Kaganaabooklover

Nie oderwiesz się od lektury

„Uzdrowicielka” to kontynuacja cyklu Agnieszki Krawczyk Leśny Ustronie, w której wracamy do Nieznajomki, aby zobaczyć, co słychać u naszych bohaterów. A dzieje się sporo, chociaż nie zawsze są to dobre rzeczy. Przyznam, że czekałam na tę książkę z niecierpliwoscią, aby znowu móc poczuć tę sielską atmosferę bijącą z kart powieści i dać się pochłonąć opisom przyrody, które są niesamowicie plastyczne. Po raz kolejny dałam się uwieść magii jaką potrafi wyczarować autorka pięknie operując słowem pisanym. Ta książka emanuje ciepłem i pachnie jak zioła, drzewa i rośliny, o których pisze autorka. Wywołała u mnie lawinę wspomnień z dzieciństwa, kiedy beztrosko biegałam po pachnących łąkach, słuchałam szumu lasu i szemrania wolno płynącej rzeki. Agnieszka Krawczyk stworzyła książkę, w której jest miejsce na przyjaźń, miłość i zwyczajne życie, w którym musimy podejmować różne, czasami niełatwe decyzje. Z prawdziwymi, swojskimi bohaterami, radością i smutkami. Jeżeli macie ochotę na ciepłą, otu...
10
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Ciąg dalszy magicznej opowieści o mieszkańcach Nieznajomki, pełna dobrych emocji i opisów przyrody oraz pochwała życia zgodnie z rytmem przyrody Ta powieść czaruje czytelnika miłością do przyrody i zwierząt.Gorąco polecam !
10
andzia455

Dobrze spędzony czas

Świetna ksiazka na letnie dno.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom […], abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem. […] Pragnąłem żyć pełnią życia i wysysać z niego całą kwintesencję […], zbierać bogaty plon i dosięgnąć sedna.

Henry David Thoreau[1]

 

 

 

[1] H.D. Thoreau, Walden, czyli życie w lesie [w:] Życie bez zasad, tłum. H. Cieplińska, Warszawa 1982, s. 116.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwitną w tym czasie: poziewnik szorstki i miękkowłosy, nawłoć późna, rdest szczawiolistny, słonecznik bulwiasty i inne.

Co zbieramy we wrześniu: korzeń lukrecji i łopianu większego, kłącze tataraku zwyczajnego, kwiat malwy czarnej, nasiona kozieradki pospolitej i ostropestu plamistego, owoce szczawiu kędzierzawego i tępolistnego, czeremchy amerykańskiej, ziele nostrzyka żółtego, ruty zwyczajnej, wiązówki błotnej i inne.

Wrześniowe drzewo: jarzębina, wł. jarząb pospolity (Sorbus aucuparia). Drzewo uznawane w wielu kulturach za magiczne, mające zdolność odpędzania złych duchów (sadzono je przy cmentarzach i równie chętnie – niedaleko domu, aby zapewnić ochronę przed siłami nadprzyrodzonymi). Z drewna jarzębinowego wyrabiano laski i kostury, a także magiczne różdżki, chętnie wplatano owoce jarzębiny w dożynkowe wieńce, co miało zapewnić powodzenie i dobrobyt, zalecano, by nosić je w kieszeni, jeśli ktoś obawia się chodzić samotnie w nocy. Gdy jesienią z drzewa nagle spadały jagody, spodziewano się rychłego nieszczęścia. Czerwone jarzębinowe korale to znakomite pożywienie dla ptaków, przyciąga szczególnie gile, jemiołuszki i drozdy. Jarzębina jest drzewem dodającym energii i odwagi, pozwala nam śmiało zmierzyć się z życiem i pojąć, czego naprawdę szukamy, dokąd dążymy. Przydaje nam kreatywności, inspiruje i pobudza intelekt. To drzewo potrafi związać ze sobą ziemię i niebo – duszę i ciało, odkryć tajemnicę naszego wewnętrznego „ja”. Jarzębinę w horoskopie mają osoby urodzone pomiędzy 1 a 10 kwietnia i od 4 do 13 października.

Nów w Pannie: Zapowiada jesienną odnowę, sięgnięcie w głąb siebie i zadanie najodważniejszych pytań: czego tak naprawdę chcemy i co nas ogranicza, aby to osiągnąć. To czas, kiedy warto ubrać swoje marzenia w cielesną powłokę, zabrać się do realizacji planów. Za chwilę zaczną opadać liście – można więc zrzucić z siebie to, co niepotrzebne, co przytłacza i hamuje. Ten nów to pora, kiedy należy przekroczyć próg – nie zatrzymywać się w otwartych drzwiach i nie spoglądać za siebie. Nadeszła chwila, by ruszyć do przodu.

Wrześniowa pełnia nazywana jest Księżycem Kukurydzy lub Księżycem Plonów. Noc jest tak jasna, że wydaje się, iż wciąż trwa dzień, choć światło staje się inne, opalizuje srebrzyście, widmowo, jakby zza zasłony. Odnosi się wrażenie, że takiej nocy wszystko jest prawdopodobne i nie ma granic, których nie można pokonać, biegu zdarzeń nie do odwrócenia, czasu, którego nie sposób zatrzymać. To także pełnia czarowników, gdy magia działa z największą siłą, sny podczas kukurydzianego księżyca mają wróżebną moc i mogą przynieść odpowiedzi na wiele pytań, także tych zadanych szeptem.

Ćwiczenie na wrzesień: Znajdź w sobie motywację; spróbuj uwolnić się od myśli, że życie to nieustanna walka i bieg. Zasłuchaj się w przyrodzie i w naturze. Co dotrze do ciebie? Może śpiew ptaka, szum liści na gałęziach, szepty traw? Popłyń z tymi dźwiękami, odpręż się i uspokój. Poczujesz, jak znikają stres i nerwowość. Powiedz do siebie: „jestem częścią tego świata, mój głos łączy się z jego głosami. Razem tworzymy całość, jestem tu niezbędna i cieszę się tym”.

 

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

Antoni Szeptyna siedział na drewnianym składanym stołeczku i czekał, aż uniesie się mgła. Łąka wśród lasów wciąż jeszcze była zielona, pełna słodko pachnących nawłoci, ale suche baldachy dzięgli leśnych przypominały, że już prawie jesień. I ptaki odlatujące w cieplejsze strony oraz deszcze coraz częściej tulące do snu i witające również o poranku. Mgła nad polaną – gęsta, mlecznobiała i snująca się jak dym – podniosła się w końcu i Antoni zobaczył drzewo jarzębiny. Sięgnął pod krzesło i wyjął kasetkę z farbami, a potem położył sobie na kolanach drewnianą podkładkę, do której miał przypięty papier do akwareli. Jarzębina miała być pierwszym drzewem do jego nowej książki.

Myślał o niej od pogrzebu Zazuliny, gdy Zośka podsunęła mu ten pomysł. Powinien napisać kolejną opowieść, tym razem o drzewach. Siedziało to w nim od bardzo dawna. I domagało się wypowiedzenia, ubrania w słowa. Antoni był człowiekiem lasu, rozumiał go jak nikt i potrafił tutaj żyć. Wśród drzew czuł się sobą: pełen łagodności i spełniony. Kiedy natomiast wychodził na łąki, polany, otwartą przestrzeń, nagle tracił swobodę myśli, stawał się rozkojarzony, poruszony, nerwowy. Nie lubił tego stanu. Najlepiej określał go spokój. Przepływał przez niego i pozwalał na osiągnięcie równowagi i harmonii ze światem, dokładnie takiej jak w lesie, gdzie każdy liść, gałąź, mech i paproć pasowały do siebie.

– Dzień dobry, Antoni.

Stary przyrodnik drgnął, bo bardzo rzadko ktoś zaskakiwał go w ten sposób, właściwie nigdy się nie zdarzało, aby on, obdarzony szczególnie wyczulonym słuchem, pozwolił się podejść bezszelestnie. No, ale tym razem zamyślił się, zapamiętał w rysowaniu i podglądaniu jarzębinowego drzewa, odpłynął w swoich rozważaniach o świecie i uczuciach. Swej roślinnej medytacji, która zawsze towarzyszyła mu podczas tworzenia kolejnej pracy.

To był Mariusz Kalinowski z „Leśnego ustronia”, ostoi dla poszkodowanych dzikich zwierząt. Co go tu przygnało? Antoni mógł się tylko domyślać. Jakiś czas temu odbył się pogrzeb miejscowej znachorki i wróżbiarki Zazuliny, która była też sąsiadką Mariusza. Przyrodnik wiedział, że oboje żyli w przyjaźni, lubili się, i śmierć zielarki była dla gospodarza „Leśnego ustronia” ciosem.

– Dzień dobry – przywitał więc gościa i spojrzał na niego wyczekująco. Był nieufny, nawet względem osób, które znał długo i dobrze, jak Mariusza. Od lat przebywał sam i najlepiej czuł się we własnym towarzystwie, nie potrzebował nikogo.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. – Kalinowski zmierzwił sobie ręką włosy nad czołem, co robił zwykle w sytuacji, gdy był zakłopotany. Antoni uśmiechnął się lekko.

– Nie. Miałem właśnie kończyć. Napijesz się herbaty z miodem? Mam jeszcze trochę podebranego ostatnio…

– Chętnie. Widzę, że robisz jakiś nowy rysunek. To jarzębina? Zacząłeś kolejny projekt czy to tak sobie?

Przyglądał się pięknej ilustracji przedstawiającej jarzębinowe drzewo narysowane w stylu Antoniego: najpierw akwarelowy widoczek, a potem obok niego detale: grono czerwonych korali i starannie oddany liść ze wszystkimi szczegółami. Obrazek miał w sobie wiele magii i niezwykłego mistycyzmu, ukazywał prawdziwą duchowość drzewa, jego tajemnicę i czar. Mariusz był pełen podziwu dla kunsztu artysty, który potrafił tak wiele wyrazić krótkimi pociągnięciami pędzla i kredki.

– Myślę o nowej książce – oznajmił krótko. – Misteria drzew się będzie nazywała, co ty na to?

Kalinowski skinął głową, wciąż wpatrzony w rysunek. Widać jednak było, że jego myśli zaprząta coś innego, jakaś wielka troska.

Antoni nie wypytywał. Nigdy tego nie robił. Uważał, że każde słowo musi samo wybrzmieć we właściwym dla niego czasie.

Razem weszli między drzewa, gdzie nad niewielkim strumyczkiem, z którego początek brał Salamandrowy Potok, przycupnęła „Górska Koliba” – chatynka przyrodnika, bardzo zręcznie przerobiona przez niego ze starej, porzuconej przed laty bacówki. Antoni miał tu wszystko, czego potrzebował – niewielką, ale wygodną izbę dzienną z kuchennym piecem oraz antresolkę do spania. Nauczył się obywać bez wielu wygód potrzebnych ludziom, ale nigdy nie narzekał – uważał swoje życie za doskonałe i szczęśliwe.

Teraz też wskazał gościowi miejsce przy surowym sosnowym stole, a sam zabrał się do podsycania ognia. Ruchy miał oszczędne i pewne, a mimo wieku radził sobie bardzo dobrze. Widać było, że gospodaruje z łatwością i sprawia mu to przyjemność. Izba była starannie uprzątnięta i pachniało tu lasem, żywicą i miodem. Mariusz wciągnął ten zapach z lubością.

– Cieszę się, że wróciłeś do tej pracy. Przy książce – nawiązał do poprzedniej rozmowy.

Stary przyrodnik zmrużył nieco oczy, a potem postawił duży metalowy czajnik na płycie kuchennej.

– Herbaty z wierzbówki zaparzę – objaśnił. – Jeszcze Zazulina mi przyniosła…

– Zazulina… – mruknął Mariusz ponuro i przez jego twarz przeszedł cień. Od śmierci wróżbiarki minęło niewiele dni, a w okolicy wyraźnie odczuwało się jej brak. Jakby naruszona została naturalna struktura, a w powstałej wyrwie ziała niezagojona bolesna rana. Smutek rozlał się po łąkach, szeptały o nim kwiaty, wyśpiewywały ptaki. Lato skończyło się wraz z odejściem Zazuliny. Nic tu już nie było takie jak kiedyś. Nawet źródło snuło swoją opowieść w odmienny, żałobny sposób.

– Właśnie. – Antoni skinął głową, a potem odwrócił się, żeby przygotować napój. Chwilę mu to zabrało, a wówczas Mariusz zastanawiał się, w jaki sposób wyłożyć swoją sprawę. Kilka razy otwierał usta, a potem znowu je zamykał. Wahał się. Czy stary przyrodnik w ogóle był w stanie mu pomóc? I czy będzie go chciał wysłuchać?

– Ten pomysł na książkę to mi Zośka podsunęła – odezwał się niespodziewanie Antoni, stawiając przed swym gościem emaliowany błękitny kubek. – Na pogrzebie ją spotkałem – wyjaśnił, gdy Mariusz pytająco podniósł wzrok. – Miła dziewczyna. Myśląca.

– No tak – odpowiedział nieuważnie. – Ja też w sprawie Zośki… Chodzi o ten spadek…

– Pojawili się Matjakowie? – Szeptyna z zaniepokojeniem poderwał głowę i wpatrzył się w rozmówcę z napięciem. Mariusz zaprzeczył gestem i rzucił mu zdziwione spojrzenie. Starszy mężczyzna wyraźnie odetchnął, a potem poruszył ramionami i odchrząknął nerwowo. – Tak tylko pomyślałem… – usprawiedliwił się.

– Kim są Matjakowie, Antoni? – drążył Mariusz, który powziął podejrzenie, że może się w tym kryć coś niebezpiecznego, zagrażającego w jakiś sposób Zośce.

– Skoro o nich nie słyszałeś, to pewnie nie usłyszysz, więc nie ma o czym gadać po próżnicy – przerwał przyrodnik. – Co mi chciałeś powiedzieć o spadku?

– Zośka podejmie leczenie… Wiesz, ona ma taką bliznę na twarzy, po wypadku…

– Tak, Wikta mi wspominała, że to był pożar auta, zresztą sam widziałem po pogrzebie. Ładna dziewczyna, ale tej szramy nie sposób przeoczyć, pewnie się tym mocno gryzie…

– Owszem i teraz nadarzyła się szansa na operację, która może bardzo pomóc. Ale jest ten dom i spadek po Zazulinie…

– Nie chce go? – spytał konkretnie Antoni, nie wiedząc, do czego Mariusz zmierza. Lecz tamten westchnął.

– Myślę, że się waha. Nie jest pewna, czy powinna przyjąć ten zapis, uważa, że nasza wróżbiarka zbyt pochopnie uczyniła ją swoją spadkobierczynią…

– Banialuki! – Stary przyrodnik podniósł się z krzesła, żeby dolać sobie jeszcze herbaty. – Wikta niczego nie robiła pochopnie i Zośka musi to wiedzieć. Mnie wspominała, że bardzo ceni tę dziewczynę, wręcz była do niej przywiązana. Powinna więc docenić taki dar z serca ofiarowany.

Mariusz poruszył się przy stole.

– To samo jej mówiłem. Ale odnoszę wrażenie, że ona ma jakieś skrupuły. Antoni… Chciałbym cię prosić o wielką przysługę, być może uznasz, że to zbyt dużo dla ciebie, ale dla mnie to ważne. Zośka szalenie się z tobą liczy. Uwielbia twoją Alchemię łąki, uważa, że zmieniła jej życie. Ma do ciebie ogromny szacunek. Może ty byś z nią pomówił? Przetłumaczył jej? Teraz wydaje mi się to jeszcze bardziej sensowne, skoro i tak się znacie. Myślę, że ciebie posłucha.

Wpatrzył się w starego przyrodnika z nadzieją, a ten obrócił swój kubek w dłoniach i zadumał się przez dłuższą chwilę.

– Tak ci na tym zależy? – spytał cicho.

Mariusz nie odpowiedział, namyślał się, jak ująć w słowa to, co chciał wyrazić.

– To ma znaczenie dla niej. Tylko że ona chyba nie do końca zdaje sobie z tego sprawę – odparł i sam wiedział, że zrobił to pokrętnie.

– Słyszałem, że twoja pani wróciła – rzucił niespodziewanie Antoni, a jego gość wzdrygnął się. Wpatrzył się w swego gospodarza zaskoczonym wzrokiem, a tamten skinął głową. – Nie myśl, że skoro ja tu tylko w lesie na górze siedzę, to nie mam o niczym pojęcia.

Mariusz nerwowo pokręcił się na krześle.

– Przyjechała zza granicy – wyznał. – Od razu ścięła się z moją siostrą – dodał, patrząc na swego rozmówcę bystro.

Ten poruszył ramionami.

– Dwie kobiety pod jednym dachem. Każda chce być najważniejsza. I dla ciebie istotna…

– To nie tak. Nie chodzi o zazdrość. Siostra czasami traktuje mnie jak dziecko, choć naprawdę nie ma powodów, bo od dawna w życiu sobie radzę, a Regina…

Aż przymknął oczy, wspominając ich spotkanie po tych dwóch latach.

Był całkowicie i totalnie zaskoczony. Kiedy zobaczył ją na progu swego domu, to właściwie jakby świat się zatrzymał, a czas cofnął. Regina wciąż była takim samym złocistym promieniem jak kiedyś, gdy pojawiła się w jego życiu. Nic się nie zmieniło i nie mógł w to uwierzyć. Myślał, że jeżeli ona wróci (a wcale się tego nie spodziewał ani na to nie liczył), będzie miał wiele pretensji i żalu. To nabrzmiewało w nim przez te wszystkie miesiące i nie pozwalało zapomnieć. Choć powiedział Zośce, że jest to zamknięta i zakończona sprawa, w istocie wcale tak nie było. Niczego sobie nie ułożył i wciąż się z tym zmagał. Ze swoimi wyrzutami sumienia i świadomością, że źle tym pokierował. Gdyby nie był takim tchórzem, nie bał się własnych uczuć i doznań, umiał wyrażać to, co siedzi w jego wnętrzu, chyba łatwiej byłoby im się porozumieć, a może i dogadać. Wówczas sposobna chwila minęła i rozleciało się wszystko jak domek z kart.

A teraz ona pojawiła się i znowu była szansa.

– Szansa na co? – spytał trzeźwo Antoni, gdy wysłuchał tej jego chaotycznej relacji. Najwyraźniej Mariusz sam nie potrafił poskładać sobie tego w głowie.

– Bo ja wiem? Może na nowy początek?

Stary przyrodnik z powątpiewaniem pokręcił głową.

– Tyle nieporozumień i niezałatwionych kwestii… Ale może, kto to wie… Ja już stary jestem, to inaczej myślę, inaczej czuję… – Zamyślił się głęboko, jakby zatopił się w sobie, a po chwili nagle przebudził.

– Dobrze, że nie tracisz nadziei na pogodzenie – zauważył z nagłą pewnością. – Mnie tego zawsze brakowało i może dlatego żyję w ten sposób, a to jest złe. Porozmawiaj z nią, wyjaśnijcie sobie wszystko. Ułóżcie wspólne sprawy, jesteście młodzi.

Mariusz uniósł głowę i spojrzał na niego z wdzięcznością.

– Pomożesz mi z Zośką? Gnębi mnie to, mam poczucie, że Zazulina zostawiła to w moich rękach.

– Nie martw się. – Antoni odwrócił się w stronę kuchni i odłożył garnuszek. – To mądra dziewczyna. Będzie, co ma być. Przeznaczenie jest jak woda w roztopy: zawsze znajdzie drogę do wielkiej rzeki.

„Choć czasem może coś zniszczyć w tym nieustępliwym biegu” – pomyślał właściciel „Leśnego ustronia”, ale się nie odezwał. Przytaknął tylko na znak zgody, a potem się pożegnał.

 

 

 

 

 

2.

 

 

Była słoneczna wrześniowa sobota. Elwira zeszła na śniadanie i zastała kręcącą się po kuchni Reginę. Dziewczyna brata wyglądała na zadowoloną i odprężoną, jakby w ogóle nic tutaj nie zaszło. Ira zmarszczyła brwi, zastanawiając się, jaki obrót przybrały sprawy od jej wyjazdu z Laurą. Opuściły ten dom pod koniec sierpnia, bo mała musiała wrócić do szkoły, a jej matka do swojej praktyki stomatologicznej. Przyłapała się na tym, że tęskni za gospodarstwem brata i tutejszym prostym, pięknym życiem. Szybko przywołała się do porządku – zawsze przecież była dumna z tego, że nie poddaje się sentymentom, więc skąd ta nostalgia?

– Gdzie Mario? – zapytała o brata, nalewając sobie kawy z dzbanka, który stał na starej węglowej kuchni w rogu pomieszczenia. Regina odgarnęła jasne włosy z czoła i uśmiechnęła się do niej łagodnie.

– Wyjechał rano, jak tylko nakarmił zwierzęta. Mówił, że do jakiegoś Antoniego.

– Nie znam nikogo takiego – oznajmiła siostra gospodarza kategorycznie i zarejestrowała jednocześnie, że nieustannie wprowadza pomiędzy sobą a Reginą dystans. Właściwie tak było od pierwszego dnia, gdy podczas pogrzebu Zazuliny dziewczyna brata zapukała do drzwi. Nie mogła wyjść ze zdumienia, że Regina odważyła się wrócić po tym, co zrobiła Mariuszowi, gdy go porzuciła jak zbędny balast, żeby robić błyskotliwą karierę. Bo Elwira nie miała złudzeń co do niedoszłej bratowej. Doskonale znała takie kobiety jak ona. Pozbawione sentymentów łowczynie lepszych okazji. Dopóki wystarczało jej takie życie – bawiła ją prowincja i romantyczne uniesienia w towarzystwie ukochanego, wszystko było w porządku. No, ale kiedy pojawiła się szansa na posadę zapewniającą widoki na przyszłość, nagle perspektywa się odmieniła.

Elwira była ogromnie przywiązana do Mariusza i bardzo lojalna. Choć kłóciła się z nim do upadłego i nieustannie wchodzili ze sobą w jakieś konflikty, dałaby się za niego pokroić i nie pozwoliłaby zrobić mu krzywdy. Nie cierpiała więc Reginy, bo uważała ją za osobę, która przysporzyła Mariowi największych zmartwień, i nie potrafiła tego jej wybaczyć. Z tego też względu patrzyła na dziewczynę brata z dużą nieufnością i dostrzegała w jej obecnych działaniach nieszczere intencje. Regina była tego w pełni świadoma i dlatego starała się nie wywoływać żadnych spięć czy zadrażnień, zakładała, że Elwira będzie tu tylko przelotnym, co najwyżej weekendowym gościem.

Nie zdawała sobie jednak sprawy, jaki plan krystalizuje się w głowie starszej siostry jej chłopaka. Elwira właśnie powzięła postanowienie, że nie pozwoli kolejny raz złamać Mariuszowi serca.

„Po moim trupie” – zadeklarowała w myślach. „Nawet gdybym miała znowu postawić swoje życie na głowie, zdemaskuję intrygi tej podstępnej żmijki”.

– To jest autor jakiejś książki o ziołach. Nosi tytuł Alchemia łąki, jeśli dobrze zrozumiałam – doszedł do niej głos Reginy. Elwira przytaknęła ze zrozumieniem. Teraz już wiedziała, do kogo wybrał się brat.

– Laura ma tę książkę. Dostała ją od Zośki, naszej sąsiadki, przyjaciółki Maria. – Sama nie pojmowała, czemu prowokuje Reginę w ten sposób. W końcu jej brata i Zośki nic nie łączyło, a sugestia, że są szczególnymi przyjaciółmi, była na wyrost. Ot, znali się i lubili, jak wiele innych osób.

– Wiem. Mariusz mi o niej opowiadał. To ta dziewczyna z blizną, prawda?

– Pewnie już niedługo. Klinika mojego męża zakwalifikowała ją do eksperymentalnego leczenia, które daje znakomite wyniki – oznajmiła chełpliwie, a potem się zawstydziła. Co ona tutaj demonstruje i w jakim celu? Jeżeli Mario będzie chciał wrócić do tej kobiety, zrobi to i żadna ludzka siła go nie powstrzyma, a ona się tylko wygłupi i ośmieszy. Postanowiła odpuścić te zaczepki; dyplomacją więcej zdziała. Regina przyglądała się jej nieodgadnionym wzrokiem.

– Wiem, że masz do mnie dużo żalu o to, co się wtedy stało… – zaczęła.

– To są wasze sprawy, mnie nic do tego – pospieszyła z zapewnieniem Ira, ale sama czuła, że brzmi to nieprzekonująco.

– Próbujemy to wszystko poskładać, wyjaśnić, ale to musi potrwać. – Regina westchnęła. – Nie da się tak od razu…

Elwira zerknęła z zaciekawieniem, jakby czekając, co tamta z siebie wyrzuci.

– Rozumiem, że Mariuszowi nie było łatwo, ale mnie również… – ciągnęła z wysiłkiem dziewczyna brata, obawiając się najwyraźniej reakcji.

– Mamo! Jest śniadanie? Zjadłabym jajecznicę ze szczypiorkiem. – Na schodach rozległ się tupot bosych stóp Laury, która wpadła z impetem do kuchni, przerywając Reginie wypowiedź. – O, cześć – zwróciła się do niej.

Laura była jedyną w tym domu osobą, której pojawienie się Reginy nie wprowadziło w zakłopotanie. Potraktowała to z naturalnością właściwą dzieciom i ogromną ciekawością. Już w pierwszych dniach pobytu, pod koniec sierpnia, nowa mieszkanka „Leśnego ustronia” wykonała kilka zabiegów na potrzebujących pomocy zwierzętach, bo właśnie przywieziono do schroniska ranną popielicę, którą szybko trzeba było opatrzyć. Dziewczynka asystowała przy tych pracach i była zachwycona umiejętnościami nowo przybyłej. Marzyła obecnie o pracy weterynarza i nie chciała być nikim innym w przyszłości. Teraz też od razu zaczęła się rozwodzić nad podopiecznymi schroniska i jak zwykle skierowała rozmowę na swą ulubienicę, kozę Skakankę.

– Wujek o niej pisze książeczkę, a ja robię rysunki. Każdego dnia po szkole do tego siadam – pochwaliła się, a Regina uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Pamiętam, wspominałaś już o tym. Chyba dobrze wam idzie?

– Jeszcze jak! Niech tylko zjem to śniadanie, to od razu polecę na wybieg rysować. Wujek dał mi wczoraj ostatni rozdział, żebym zrobiła obrazek. Zobacz. – Podsunęła dziewczynie kartki, a ta przeglądnęła tekst z zaciekawieniem.

– Cieszę się, że Mariusz znalazł takie inspirujące zajęcie. – Regina podniosła wzrok i zwróciła się do Iry, która poruszyła ramionami.

– Całkiem nieźle mu idzie ta literatura dziecięca – oceniła. – Ma do tego smykałkę. Laura, skocz do ogródka i narwij sobie tego szczypiorku.

– Już pędzę! – Dziewczynka wybiegła w podskokach z domu.

– Świetną masz tę córeczkę. – Regina odprowadziła małą wzrokiem, a spojrzenie jej matki od razu złagodniało. Gdy wspominało się o dziecku, Elwira natychmiast stawała się inną osobą.

– Tak, niesamowity dzieciak. Jak ona kocha te zwierzaki, po prostu nie masz pojęcia. Nawet tę koszmarną kozę, która wszystko niszczy i nas terroryzuje. Mario ci wspominał, że ktoś mu ją podrzucił i nigdy nie udało się odnaleźć właściciela? No więc właśnie! Musiał ją na siebie zarejestrować i jedyny z tego pożytek, że koza daje świetne mleko, z którego taka starsza sąsiadka znakomite sery wyrabia. À propos: gdzie Mariusz schował ten serek… Dałabym sobie głowę uciąć, że Janek przywiózł nową dostawę od babci. Przecież wiedział, że będę tu na weekend…

– Sera szukasz? Nie znajdziesz. Dobrze go przed tobą schowałem, możesz być pewna. – Gospodarz „Leśnego ustronia” z hałasem wkroczył do kuchni i postawił na stole słoik miodu od Antoniego Szeptyny. Zrobił niezręczny gest w kierunku Reginy, jakby chciał ją pocałować na powitanie, ale się zawahał i w końcu odsunął. Nie wiedział, jak się ma zachowywać w obecności siostry. Jego dziewczyna wstała od stołu i cmoknęła go w policzek. Elwira z niesmakiem przygryzła wargi, ale się nie odezwała, tylko zajęła szuraniem garnkami po płycie kuchennej.

Niezręczną sytuację przerwało pojawienie się Laury ze szczypiorkiem; jej matka zabrała się do smażenia jajek, wujek dał się uprosić i przyniósł z sekretnego miejsca w spiżarni kawałek koziego sera, zapanowała wesoła i głośna atmosfera, wszyscy się przekomarzali i przekrzykiwali, jak to rankiem, podczas weekendowego, beztroskiego posiłku. Potem Laura pobiegła rysować Skakankę, jej matka wzięła leżak i z książką wyniosła się do ogródka pod lipę, a oni we dwoje zostali sami.

Mariusz nalał sobie kawy i w milczeniu postawił ją na stole.

– Zdaję sobie sprawę, że sytuacja między nami może być dla ciebie niekomfortowa – zaczęła Regina.

– Mało powiedziane – mruknął w odpowiedzi.

– Trudno mi o tym rozmawiać.

– Próbujemy o tym mówić od paru dni i za każdym razem nam nie wychodzi – podkreślił i było to zgodne z prawdą.

Już pierwszego wieczora po jej przyjeździe starali się sobie wyjaśnić podstawowe sprawy. Chciał wiedzieć, dlaczego wróciła i przede wszystkim – czy to jest przelotny kaprys. Nie potrafiła dać mu jednoznacznej odpowiedzi, wciąż powtarzała, że potrzebuje czasu. Postanowił nie naciskać. Zakwaterował ją w pokoju za kuchnią, sam przeniósł się do dawno nieużywanej sypialni, wielkiej i jego zdaniem nieprzytulnej, gdzie strasznie źle mu się spało, no i czekał. Okoliczności go przerastały. Cieszył się, że znowu ma ją pod swoim dachem, ale chciał wiedzieć, czy to będzie coś trwałego, czy może wiązać z tym jakieś nadzieje. Do tego dochodziła jeszcze Elwira i jej miny, które wyrażały wszystko. Był wdzięczny siostrze, że nic nie mówiła, ale czuł jej dezaprobatę.

Bardzo chętnie by się kogoś poradził w tej sprawie, ale nie było się do kogo zwrócić, bo do Zośki zwyczajnie nie miał odwagi. Uważał, że w tych warunkach stałoby się to niestosowne. Nie widział jej od pogrzebu Zazuliny, jakby zapadła się pod ziemię, choć miał świadomość, że wiedziała o powrocie Reginy – Ira ją uświadomiła. Jeszcze w sierpniu siostra biegała na Źródlaną Górę co chwila, bo musiała się komuś wygadać (nie winił jej zresztą za to). Co sąsiadka o tym sądziła? Dużo by dał, żeby się dowiedzieć, ale Elwira milczała w tej sprawie jak zaklęta. Potem z Laurą wyjechały do miasta, a oni zostali z Reginą we dwoje. Mariusz łudził się przez chwilę, że to załatwi sprawę, zbliży ich do siebie, zmusi do jakiejś rozmowy, obudzi coś. Nic z tego. Niespodziewanie zaczął się sezon na ranne zwierzęta. Regina rzuciła się w wir pracy i miał wrażenie, że jej to bardzo odpowiada. Nie musiała się z nim konfrontować. Wieczorem często siedzieli w kuchni z Jankiem, rozmawiali o sprawach gospodarstwa. A niewyjaśnione kwestie narastały, osadzały się jak błoto na brzegu stawu. Grząskie i niebezpieczne, budzące strach.

„Czy ona liczy, że to się po prostu rozejdzie po kościach?” – głowił się. A z drugiej strony nie miał odwagi przypierać ją do muru. W końcu przyjechała, była tu i to powinno się liczyć najbardziej. Podświadomie czuł jednak, że to za mało.

– Sam powrót tutaj był dla mnie wyzwaniem, z którym musiałam się zmierzyć, rodzajem przekroczenia granicy – wyznała tymczasem Regina cicho. – Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało.

– Mogłaś do mnie zadzwonić. Porozmawialibyśmy wcześniej. A ty tak nagle…

– Bałam się, że zacznę się wahać, w końcu się wycofam, bo coś pójdzie nie tak. Mariusz, zrozum, ze mną zawsze tak było: wszystko albo nic. Wolałam stanąć na twoim progu i dowiedzieć się, że nie ma szansy dla nas, niż przeżywać te lęki z oddali.

Patrzył na nią. Na jej twarz ściągniętą niepokojem i niepewnością, pragnieniem, by ułożyć sprawy od nowa, podjąć ten wątek w punkcie, gdzie został zerwany, wznowić bieg. Nadać nowy sens słowom, które go straciły. Czy sam również tego pragnął? Kiedyś potwierdziłby bez wahania. Teraz już wiele dni dzieliło go od chwili, gdy pewnego ranka Regina po prostu zamknęła za sobą drzwi, świat się odmienił, a on musiał nauczyć się żyć inaczej. Czy da się na nowo nanizać rozsypane paciorki wspólnego losu? Przypomniał sobie, jak dobrze im było razem, z jakim zachwytem witali poranki i wieczory. Jak świetnie się rozumieli i jak nie mogli bez siebie żyć. Czy jeszcze dane im będzie przeżywać takie emocje?

– Wiem, że wiele się zmieniło – zaczęła.

Położył jej dłoń na ustach. Tak naprawdę niewiele się zmieniło, a jednocześnie odmieniło się wszystko.

– Właściwie to pytam, czy jest szansa. Po tym wszystkim, co nas spotkało – wyznała, gdy już cofnął rękę.

Spuścił na chwilę głowę, a potem uniósł ją i spojrzał kobiecie w oczy.

– Wiem, że zawaliłem, Regina. Nie pomogłem ci wtedy, gdy straciłaś nasze dziecko, a ty myślałaś, że mi nie zależało, że byłem obojętny. Nie potrafiłem tego dobrze wyrazić, a to nie było tak…

– Chyba wcale tak nie uważałam. Po prostu mój ból był zbyt silny. Wymagałam od ciebie za dużo, doszłam do tego dopiero tam, za granicą, w samotności. Sama nie wiedziałam, czego chcę. Nie miałam pojęcia, czy pragnę być z tobą, czy bez ciebie… Pogubiłam się, strasznie…

Patrzył na nią w napięciu.

– To czemu wróciłaś? Skoro nie wiesz?

– Jednak wiem. Chcę spróbować. Powiedz mi, czy ty tego chcesz. Ale tak naprawdę. Bez wątpliwości.

– Bez wątpliwości… – powtórzył po niej i znowu zapatrzył się na jej twarz. Miała piękne rysy, w których zakochał się kilka lat temu. Nagle poczuł taką tkliwość i tęsknotę, których nie umiał opanować. I wdzięczność, że los dał mu drugą szansę, na którą zapewne nie zasłużył. Teraz już na pewno wszystko ułoży się dobrze, nie popełni kolejny raz tego samego błędu, będzie ją chronił i otaczał opieką. Kierowany impulsem zbliżył usta do jej ust i po chwili już całowali się z zapamiętaniem, jakby robili to pierwszy raz. Kompletnie roztopił się w tym szczęściu i nie usłyszał nawet głosu Laury, która wparowała hałaśliwie do kuchni.

– Wujku! Wujku! Leć na podwórko! Skakanka przeskoczyła przez ogrodzenie i wzięła mamę na rogi!

– Jak to? – Mariusz otrząsnął się natychmiast, a Regina poprawiła włosy.

– Sam zobacz!

Wybiegli przed dom, a obrażona Ira właśnie zdążała w ich kierunku. To znaczy, szła, utykając mocno, a z lewej łydki sączyła się jej krew, znacząc jasną skarpetkę nieestetycznymi śladami.

– Mario! Twoja ordynarna koza rozcięła mi nogę! Trzeba będzie szwy założyć! Ja mogę tężca dostać!

– Pokaż no to. – Brat był wyraźnie zaniepokojony. Noga siostry istotnie była głęboko skaleczona i wypadek wyglądał niepokojąco. – Co się właściwie stało?

– Nie mam pojęcia. Siedziałam na leżaku, a to bydlę pasło się za ogrodzeniem i łypało na mnie nienawistnie. No więc mówię do niej: „Nie gap się na mnie, bździągwo”, a ona wtedy podskoczyła, jakby ktoś ją w zadek kolcem ukłuł, normalnie to był skok olimpijski, szkoda, że go nie sfilmowałam. Przesadziła to ogrodzenie, dopadła do mnie, ledwo zdążyłam uciec z leżaka, ale i tak mnie dogoniła, no i macie… taki efekt! – Ponownie pokazała nogę, którą Mariusz zdążył już opatrzyć prowizorycznie chusteczką.

– Mama ją po prostu prowokowała – ujęła się za swoją przyjaciółką Laura, ale rodzicielka rzuciła jej tylko karcące spojrzenie.

– Zszyjesz to? – zwrócił się do Reginy mężczyzna, a ta skinęła głową.

– Super! – ucieszyła się Laura. – Będę ci asystowała, dobrze?

– Ale pod znieczuleniem, okej? – upomniała się Ira, a Mariusz przewrócił oczyma.

– A ty swoim pacjentom wszystkie plomby robisz pod znieczuleniem?

– Jasne, że nie! Tobie bym żadnej nie zrobiła! I tej kozie przebrzydłej też – rzuciła niechętnie Ira, patrząc znacząco na zwierzę, które całkiem niewinnie skubało sobie trawę w zagrodzie, dokąd zaprowadziła ją Laura. Dziewczynka uspokajała przy tym swoją ulubienicę, że nic złego się jej nie stanie, bo nikt nie ma do niej pretensji o ten niefortunny wypadek, który wydarzył się absolutnie bez winy przemiłej kózki.

– Zaaplikuję ci na wszelki wypadek ten zastrzyk przeciwtężcowy – oceniła Regina. – Nigdy nic nie wiadomo. Ale ta koza, no… Ma fantazję!

– Żebyś wiedziała – roześmiał się Mariusz. – Założę się, że Ira nie tknie już sera od niej.

Siostra wymownie przewróciła oczyma i, podskakując na jednej nodze, pozwoliła się zaprowadzić do szpitalika dla zwierząt, gdzie wygodnie rozsiadła się na stole, a Regina rozpoczęła zabieg.

Robiła to szybko i fachowo, pomagała jej Laura, podając narzędzia.

– Będzie z niej kiedyś świetny lekarz – skomentowała Elwira, oglądając szwy, czy są założone równo i czy blizna nie oszpeci jej nogi.

– Lekarz weterynarii – poprawiła córka, a matka się lekko skrzywiła. Nie o takiej karierze marzyła dla córki, ale będzie, co ma być.

– Odpocznę trochę, a potem pójdę do Zośki – zaplanowała Ira.

– Mogę z tobą? Też bym ją chętnie odwiedziła. Już tak dawno nie byłam nad tym źródłem. Kiedy ona się przeprowadzi do domku Zazuliny? – wypytywała Laura.

– Jasne, chodź ze mną. Co do przeprowadzki, to nie wiem. Dom wymaga przecież remontu. Może ten jej chłopak pomoże? W sumie nie mówiła o tym, ale myślę, że on tu z nią zostanie… – Elwira syknęła z bólu, gdy zsuwała się ze stołu operacyjnego. Brat pomógł jej utrzymać się w pionie, ale jednocześnie zareagował na uwagę o Aleksym nagłym ściągnięciem brwi. Siostra tego nie dostrzegła, zajęta swoją kontuzją.

– Myślisz, mamo, że zamieszka tu na zawsze? Fajnie by było. On jest super! Tyle wie o drzewach i tych leśnych terapiach, czy jak one się tam nazywają. Wiesz, Regina, co to jest? – Laura zwróciła się do dziewczyny wujka, a ta pokręciła głową. – Takie spacery wśród drzew albo siedzisz z zamkniętymi oczami i słuchasz, jak gałęzie szumią. Mama mówi, że to dobrze robi na nerwy.

– On to prowadzi w „Gościnnych Progach” u Iwony Kilian, ty ją chyba znasz? – Elwira zmrużyła oczy, spoglądając na Reginę, a ta skinęła głową. – Tam teraz są różne warsztaty i taka jakby agroturystyka.

– Tak, Iwona mi wspominała, kiedy do niej dzwoniłam, na początku lata…

– Dzwoniłaś do Iwony? – Mariusz zareagował błyskawicznie.

Regina lekko się zmieszała.

– Tak… Chciałam się dowiedzieć, co słychać… Co u was.

– Do niej dzwoniłaś, a do mnie nie dałaś rady się przemóc? – Był wyraźnie poruszony i mocno zawiedziony.

– Chodź, Laura, pomożesz mi. Po tym zastrzyku słabo się czuję, muszę się chyba na chwilę położyć. – Elwira uznała, że należy zostawić brata i jego dziewczynę samych, żeby wyjaśnili swoje sprawy.

– Dobrze, mamuś, mogę z tobą posiedzieć? Mam super pomysł na kolejny rysunek do książki wujka: koza ustanawiająca rekord olimpijski w skoku przez ogrodzenie…

Regina zbierała narzędzia, a Mariusz patrzył na nią wyczekująco, bo zamierzał usłyszeć odpowiedź.

– Nie ufasz mi – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Nie chodzi o zaufanie. Po prostu mówisz mi, że nie mogłaś do mnie zadzwonić, bo się bałaś swojej reakcji, grasz na moich uczuciach, a potem się dowiaduję, że wykonałaś zwiadowczy telefon do swojej koleżanki… W jakiej sytuacji mnie stawiasz? Jak ja mam się czuć?

Przygryzła lekko wargi, zaczerwieniła się.

– Dobrze, skoro chcesz wiedzieć… Zadzwoniłam do niej, żeby zapytać… Po prostu musiałam wiedzieć… – Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. – Czy ty kogoś masz, Mariusz. Czy w twoim życiu jest jakaś inna.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Agnieszka Krawczyk, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Zdjęcia na okładce: © Alones/Shutterstock

© Andrew Mayovskyy/Shutterstock

© Shaith/Shutterstock

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: „DARKHART”, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: „DARKHART”

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-950-6

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.