Utwory wybrane - Neil Gaiman - ebook

Utwory wybrane ebook

Neil Gaiman

4,5

Opis

W zbiorze tym roi się od fantastycznych bestii, zwykłych ludzi o osobliwych mocach, dziwacznych ludzi o normalnych problemach, światów ponad naszym i światów pod nim, a także prawdziwego świata, który nie jest wcale tak prawdziwy, jak moglibyście sądzić. Niektóre historie na trzech stronach przemierzają osobliwe krainy, niektóre nie tyle się kończą, co urywają, a niektóre nie mają początku, po prostu przystają na chwilę czekając, aż je dogonicie. Niektóre opowieści zajmują całe miasto, inne jedną sypialnię. W niektórych pojawiają się zdarzenia z dzieciństwa i ich bardzo dorosłe konsekwencje, inne pokazują, co dzieje się, kiedy dorośli przestają rozumieć, co znaczy być dzieckiem. No i są też historie, które wypuszczają was z ostrzeżeniem, inne zaś tak bardzo porywają, że oderwanie się od nich zajmuje wiele dni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 942

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przed­mowa

Przed­mowa

Dzięki Neilowi Gaima­nowi obec­nie na widok pają­ków zamie­ram – to doprawdy bar­dzo dziwny zwrot wyda­rzeń, godny jed­nej z jego powie­ści. Zamiast pró­bo­wać je prze­pę­dzić albo roz­gnieść, tkwię jak przy­mu­ro­wany i zasta­na­wiam się, czy ten ośmio­nogi brat zaraz powie mi coś, czym pró­bo­wał się podzie­lić od cza­sów sprzed stat­ków z nie­wol­ni­kami. Coś, co dopiero teraz jestem gotów usły­szeć. Wyja­śnił­bym wię­cej, wów­czas jed­nak moja przed­mowa zamie­ni­łaby się we wstęp do tylko jed­nej powie­ści, „Chło­pa­ków Anan­siego”, a ten zbiór to znacz­nie, znacz­nie wię­cej.

Poza tym nie ścią­gnęły mnie tu wcale pająki, tylko Tori Amos. Już to samo brzmi jak kawa­łek pio­senki z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, a cytat, o któ­rym mówię, pocho­dzi z roku 1992 i to ona go napi­sała: „Gdy­by­ście mnie potrze­bo­wali, razem z Neilem posie­dzimy tro­chę u władcy snów”. Tekst ten wyraź­nie coś zna­czył dla Amos i dla Gaimana, lecz dla mło­dego fana mają­cego obse­sję na punk­cie ich obojga miał zupeł­nie inne zna­cze­nie. W owym cza­sie już od lat czy­ta­łem tek­sty Neila, ale przez ten kawa­łek zaczą­łem myśleć, że u Amos ów pro­ces wyglą­dał zupeł­nie ina­czej, że zagłę­biła się w jego dzieła i odna­la­zła sie­bie. Pamię­tam, jak usły­sza­łem tę pio­senkę i pomy­śla­łem: „Czyli nie tylko ja wie­rzę w świat Neila bar­dziej niż w swój wła­sny!”.

Na­dal uwa­żam, że żyję bar­dziej w świe­cie Neila niż w moim. Nam, nie­przy­sto­so­wa­nym wyrzut­kom, tylko ucieczka do jego świata pozwo­liła prze­trwać w naszym. Powie­dział­bym, że Gaiman two­rzy tek­sty, które łatwo rodzą obse­sje, ale wydaje mi się to zbyt pro­ste. Każde wiel­kie dzieło sztuki ma swo­ich fana­ty­ków, lecz Gaiman, zwłasz­cza dla innych pisa­rzy i typów nie­przy­sto­so­wa­nych, nie­za­leż­nie od gatunku bądź formy sztuki, udziela nam pozwo­le­nia, żeby­śmy ni­gdy nie rezy­gno­wali ze świata cudów, który inni każą nam porzu­cić. Oczy­wi­ście naj­lepsi pisa­rze wie­dzą, że to oszu­stwo – nie ma świata fan­ta­zji, sto­ją­cego naprze­ciw rze­czy­wi­stego, ponie­waż wszystko jest rze­czy­wi­ste. To nie są ale­go­rie ani przy­po­wie­ści, lecz rze­czy­wi­stość.

Co może wyja­śnić, dla­czego pochło­ną­łem „Ame­ry­kań­skich bogów”, gdy tylko uka­zali się w 2001 roku, w roku, który bar­dzo potrze­bo­wał ucieczki do świata fan­ta­zji. Tyle że powieść ta nie zapew­niła mi ucieczki, lecz coś o wiele bar­dziej rady­kal­nego: ideę, że zapo­mniani bogo­wie wciąż tu są i nie zno­szą dobrze swo­jego zmierz­chu. A sam fakt, że my już w nich nie wie­rzymy, nie ozna­cza, że prze­stali mie­szać w naszych życiach. I nie cho­dziło tylko o cią­głe mani­pu­la­cje bogów, lecz także o nie­ustanną wagę mitów. Osta­tecz­nie mit był kie­dyś reli­gią, a wcze­śniej rze­czy­wi­sto­ścią, i mity wciąż mówią nam wię­cej o nas samych, niż to potra­fią reli­gie. Neil Gaiman two­rzy mity, ale też przy­wraca nam sny. Ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło mi do głowy, że potrze­buję, by ktoś ura­to­wał jakąś postać przed ska­za­niem na byto­wa­nie w opo­wie­ściach ludo­wych, dopóki Neil nie się­gnął po rymo­wanki z dzie­ciń­stwa, na wpół zapo­mniane, i nie tchnął w nie żywej, nama­cal­nej, bojowo nasta­wio­nej duszy, a potem cisnął nimi wprost w teraź­niej­szość, na którą nie były gotowe i która zde­cy­do­wa­nie nie była gotowa na nie.

W zbio­rze tym roi się od fan­ta­stycz­nych bestii, zwy­kłych ludzi o oso­bli­wych mocach, dzi­wacz­nych ludzi o nor­mal­nych pro­ble­mach, świa­tów ponad naszym i świa­tów pod nim, a także praw­dzi­wego świata, który nie jest wcale tak praw­dziwy, jak mogli­by­ście sądzić. Nie­które histo­rie na trzech stro­nach prze­mie­rzają oso­bliwe kra­iny, nie­które nie tyle się koń­czą, ile ury­wają, a nie­które nie mają początku, po pro­stu przy­stają na chwilę, cze­ka­jąc, aż je dogo­ni­cie. Nie­które opo­wie­ści zaj­mują całe mia­sto, inne jedną sypial­nię. W nie­któ­rych poja­wiają się zda­rze­nia z dzie­ciń­stwa i ich bar­dzo doro­słe kon­se­kwen­cje, inne poka­zują, co się dzieje, kiedy doro­śli prze­stają rozu­mieć, co zna­czy być dziec­kiem. No i są też histo­rie, które wypusz­czają was z ostrze­że­niem, inne zaś tak bar­dzo pory­wają, że ode­rwa­nie się od nich zaj­muje wiele dni.

I jest jesz­cze wię­cej. Tori Mor­ri­son napi­sała kie­dyś, że Toł­stoj nie mógł mieć poję­cia, iż tak naprawdę pisał dla ciem­no­skó­rej dziew­czyny z Lor­ra­ine w sta­nie Ohio. Neil nie miał poję­cia, że pisze dla zagu­bio­nego dzie­ciaka z Jamajki, który, sam o tym nie wie­dząc, wciąż nie mógł dojść do sie­bie po stu­le­ciach wyma­zy­wa­nia jego wła­snych bogów i potwo­rów. Jasne, mity były kie­dyś reli­gią, ale stoją u pod­staw toż­sa­mo­ści ludzi i naro­dów. Kiedy więc po dru­giej stro­nie owego wiel­kiego wyma­za­nia ujrza­łem Anan­siego, reagu­ją­cego na to, jak skre­ślono go i zapo­mniano, zaczą­łem się zasta­na­wiać, kim, do dia­bła, jest ów czło­wiek z Wiel­kiej Bry­ta­nii, który wła­śnie przy­wró­cił nam tę opo­wieść. Już wcze­śniej rozu­mia­łem, czym jest dla mnie ode­rwa­nie od naszych mitów, ale ni­gdy nie zasta­na­wia­łem się, co to ozna­cza dla samego mitu.

O ile lek­tura komik­sów i powie­ści gra­ficz­nych Gaimana uczy­niła ze mnie pewien rodzaj fana, jego opo­wia­da­nia i powie­ści bar­dzo mnie zmie­niły. Zazdrosz­czę ludziom, któ­rzy, się­ga­jąc po ten zbiór, po raz pierw­szy prze­czy­tają słowa Neila. Z dru­giej jed­nak strony ludzie zna­jący na pamięć wszyst­kie pio­senki Beatle­sów i tak się­gają po skła­danki i robią to nie bez powodu. To wpro­wa­dze­nie poprzez rzu­ce­nie na głę­boką wodę, poka­zu­jące nie­mal wszystko, co zapew­niło Gaima­nowi sławę jed­nego z naszych mistrzów fan­tasy. A prze­cież i dla kogoś, kto czy­tał sporo jego dzieł, wciąż jest tu wiele do odkry­cia, nawet pośród sta­roci. Jak mówi­łem, ist­nieją ludzie, któ­rzy, choć mają na wła­sność wszyst­kie płyty, na­dal kupują skła­danki, i to nie z powodu nostal­gii.

Po pro­stu dzięki umiesz­cza­niu owych opo­wia­dań obok sie­bie wyła­nia się nowa nar­ra­cja: nar­ra­cja autora. Wyją­tek z „Nig­dzie­bądź” jest bły­sko­tliwy sam w sobie, lecz dzięki wci­śnię­ciu pomię­dzy „Nie pytaj dia­bła” i „Córkę sów” wszyst­kie trzy tek­sty nabie­rają nowego wymiaru. Po ich połą­cze­niu to temat prze­wodni staje się histo­rią. Tajemne życia dzieci, świat grozy i cudów, w któ­rym je pozo­sta­wiamy, kiedy gasimy świa­tło i zamy­kamy drzwi. To, co się dzieje, gdy drzwi pozo­staną zamknięte. Co dzieje się, kiedy jeden świat idzie naprzód, a drugi nie. Czy­tel­nicy z pew­no­ścią zauwa­żyli pokre­wień­stwo tytułu „Nig­dzie­bądź” do „Niby­lan­dii”, kolej­nego miej­sca, w któ­rym dzieci płacą wysoką cenę za to, że ni­gdy nie dora­stają. Jed­nakże wej­ście w jeden świat, gdy wciąż czu­jemy skutki wizyty (i podtek­sty) tego, który wła­śnie opu­ści­li­śmy, coś z nami robi. Zabie­ramy lęki i cuda z jed­nej histo­rii do następ­nej. Czy jesz­cze lepiej – wędru­jąc przez cały zbiór, widzimy, co nie pozwala Gaima­nowi zasnąć.

W tomie tym dzieją się też inne dziwne rze­czy. To, jak odczy­tu­jemy pewne postaci z „Ja, Cthulhu”, wpływa na to, jak zare­agu­jemy na ich imiona poja­wia­jące się kil­ka­na­ście tek­stów dalej. I choć postaci te tak naprawdę nie poja­wiają się w dru­gim tek­ście, nie ma to zna­cze­nia, bo odci­snęły takie piętno na naszej wyobraźni, że led­wie zda­jemy sobie sprawę z faktu, iż groza, która towa­rzy­szy im pod­czas dru­giego spo­tka­nia, jest wyłącz­nie naszą zasługą. Pod­tekst prze­czu­cia nad­cią­ga­ją­cego zła, tego, że wszystko może się wyda­rzyć, pocho­dzi od nas. Oto efekt świet­nych zbio­rów: posta­wie­nie opo­wia­dań w nowym kontek­ście, nawet tych, które już wcze­śniej czy­ta­li­śmy, i ofia­ro­wa­nie nam nowych spo­so­bów na ich odczy­ta­nie. Razem uka­zują także aspekty opo­wie­ści, któ­rych wcze­śniej mogli­śmy nie być świa­domi. Na przy­kład nie­zwy­kły humor. Humor i groza zawsze pozo­sta­wały nie­roz­łączne: groza spra­wia, że humor staje się zabaw­niej­szy, humor, że groza prze­raża jesz­cze bar­dziej. Dający nam potęż­nego kopa począ­tek opo­wia­da­nia „Zała­twimy ich panu hur­towo” jest prze­za­bawny nie tylko z powodu tego, jak mroczny i idio­tyczny się staje, ale ponie­waż dodat­kowo prze­syca go najbar­dziej bry­tyj­ska z cech: skąp­stwo. Jak daleko jesteś w sta­nie się posu­nąć, jeśli możesz zro­bić nie­zły inte­res? Spo­iler: aż do końca świata.

Może lep­szym porów­na­niem do tego zbioru jest Biały Album Beatle­sów: olbrzymi roz­mia­rami i roz­ma­chem, pełen poje­dyn­czych genial­nych utwo­rów przed­sta­wio­nych razem, bo jedy­nym kon­tek­stem, jakiego potrze­bują, jest to, jakie są świetne. W tym tomie znaj­dzie­cie tek­sty zabawne. Straszne. Fan­ta­styczne. Kry­mi­nalne. O duchach. Dla dzieci. Tek­sty, które już czy­ta­li­ście, i wiele dotąd wam nie­zna­nych. Opo­wie­ści potwier­dza­jące wszystko, co wie­cie o dzie­łach Neila Gaimana, i takie, które rzu­cają temu wyzwa­nie. Kusi stwier­dze­nie, iż wspa­niałą rze­czą u tego czy tam­tego twórcy jest to, że ni­gdy nie dorósł, ale nie­do­kład­nie o to cho­dzi. W isto­cie, kiedy byłem młod­szy, tek­sty Gaimana cie­szyły mnie także dla­tego, że po ich lek­tu­rze czu­łem się taki doro­sły.

Co oczy­wi­ście zna­czy, że jeśli czy­tu­je­cie Neila od tak dawna, jak ja, dostrze­że­cie bole­sną iro­nię w tym, że trzeba wymy­ślo­nych świa­tów, żeby­śmy poczuli się doj­rzali. Jego postaci mie­wają moce, nawie­dzają je wizje, pocho­dzą z wymy­ślo­nych krain i robią różne cudowne i dzi­waczne, a cza­sem straszne rze­czy. Ale też mają wła­sne wewnętrzne pro­blemy, kon­flikty oso­bi­ste, a cza­sami żyją i umie­rają (i powra­cają do życia) w wyniku pod­ję­tych skom­pli­ko­wa­nych wybo­rów. I pomy­śleć, że kie­dyś myśla­łem, że to elfy i wróżki są pro­ste, a ludzie skom­pli­ko­wani.

Idea wyrze­cze­nia się wyobraźni jako oznaki doro­sło­ści ma w sobie coś nie­zwy­kle chrze­ści­jań­skiego, czy raczej pro­te­stanc­kiego, i jako pilny uczeń nie­ży­ją­cych przed­sta­wi­cieli reali­zmu spo­łecz­nego też w nią wie­rzy­łem. Ale realizm to także domy­sły i jeśli jest się ciem­no­skó­rym ner­dem jak ja, biała rodzina z nie­wia­ry­god­nie czy­stego przed­mie­ścia, doświad­cza­jąca tra­ge­dii pora­ża­ją­cej nudy i nisz­cząca sobie życie wyłącz­nie roz­mo­wami o niej, staje się rów­nie fan­ta­styczna jak Super­man.

Ponie­waż nie jestem fanem H.P. Love­cra­fta, oczy­wi­ście zosta­wi­łem go na sam koniec. Nie da się roz­ma­wiać o współ­cze­snych twór­cach fan­ta­styki, nie przy­wo­łu­jąc twórcy „W Górach Sza­leń­stwa”, co zabawne, bo on sam abso­lut­nie nie chciałby zna­leźć się w jed­nym sze­regu z tak wie­loma innymi nie­po­dob­nymi do niego. Kiedy jed­nak czy­tam Neila Gaimana, w ogóle nie widzę Love­cra­fta, nawet w „Ja, Cthulhu”. Duch, któ­rego widzę, to Bor­ges. Podob­nie jak Jorge Luis, Neil nie pisze zwy­kłej fan­ta­styki – tak bar­dzo pozo­staje oddany swoim świa­tom, że nie są już dla niego fan­ta­zją. On w nich żyje. Podob­nie jak Bor­ges pisze o rze­czach tak, jakby już się wyda­rzyły, opi­suje światy, jak­by­śmy już w nich żyli, i dzieli się z nami histo­riami, jakby prze­ka­zy­wały wyłącz­nie prawdę, na którą przy­pad­kiem natra­fił. Tak naprawdę nie uwa­żam, bym, czy­ta­jąc wielką lite­ra­turę, odnaj­do­wał sie­bie, dowia­duję się raczej, gdzie chciał­bym się zna­leźć. Ponie­waż opo­wie­ści Neila spra­wiają, że czu­jemy, że tak naprawdę zawsze żyli­śmy w jego świe­cie, a „praw­dziwy” świat to tylko wymy­sły.

Mar­lon James

Wstęp

Wstęp

Jeśli o mnie cho­dzi, naj­go­rzej zwy­kle roz­ma­wia mi się z tak­sów­ka­rzami.

– To czym się pan zaj­muje? – pytają.

– Piszę – odpo­wia­dam na to.

– Ale co pan pisze?

– Uhm. Różne rze­czy – mówię nie­zbyt prze­ko­nu­jąco. Sły­szę to w swoim gło­sie.

– Tak? No to co to zna­czy różne rze­czy? Bele­try­stykę, lite­ra­turę faktu, książki, sce­na­riu­sze tele­wi­zyjne?

– Tak. Takie rze­czy.

– No to co pan pisze? Fan­tasy? Kry­mi­nały? Fan­ta­stykę naukową? Lite­ra­turę wysoką? Książki dla dzieci? Poezje? Recen­zje? Zabawne tek­sty? Straszne? No co?

– Prawdę mówiąc, to wszystko.

Wów­czas kie­rowcy cza­sami posy­łają mi spoj­rze­nie w lusterku i uznają, że się z nich nabi­jam, i milkną. A cza­sami gadają dalej. Następne pyta­nie zawsze brzmi:

– Coś, o czym sły­sza­łem?

Wów­czas wymie­nia­łem tytuły ksią­żek, które napi­sa­łem, i nie­mal wszy­scy tak­sów­ka­rze zada­jący to pyta­nie odpo­wia­dali, kiwa­jąc gło­wami i mówiąc, że nie sły­szeli o żad­nej z nich, ale z pew­no­ścią je spraw­dzą. Cza­sami pytają też, jak się pisze moje nazwi­sko.

(Jedyny wyją­tek sta­no­wił tak­sów­karz, który zje­chał na pobo­cze, wysiadł z wozu, a potem mnie uści­skał i popro­sił, żebym pod­pi­sał coś dla żony. Sta­no­wił wyją­tek, ale był to wyją­tek, który naprawdę mi się spodo­bał).

A mnie było głu­pio, że nie jestem czło­wie­kiem, który pisze tylko jedno – na przy­kład kry­mi­nały czy opo­wie­ści o duchach. Kimś, kogo łatwo wyja­śnić w tak­sów­kach.

Oto książka dla wszyst­kich tych tak­sów­ka­rzy. Ale nie tylko dla nich. To książka dla każ­dego, kto, zapy­taw­szy mnie, co robię, a potem, co piszę, chce wie­dzieć, jaką moją książkę powi­nien prze­czy­tać.

Bo odpo­wiedź dla mnie zawsze brzmi: „A co dokład­nie lubisz?”, potem zaś pró­buję wska­zać im coś z moich rze­czy, co będzie naj­bliż­sze ich zain­te­re­so­wa­niom.

W tej książce znaj­dzie­cie opo­wia­da­nia, nowelki i nowele, a nawet kilka frag­men­tów powie­ści. (Nie znaj­dzie­cie nato­miast komik­sów, tek­stów kry­tycz­nych, ese­jów, sce­na­riu­szy ani wier­szy). Opo­wia­da­nia, krót­kie i dłu­gie, są tu, ponie­waż jestem z nich dumny i ponie­waż może­cie się w nie zanu­rzyć, a potem wypły­nąć. Należą do naj­róż­niej­szych gatun­ków i poru­szają różne tematy. Co je łączy? Przede wszyst­kim fakt, że jestem ich auto­rem. Łączy je też to, że wybrali je czy­tel­nicy z inter­netu, gdy popro­si­łem, by gło­so­wali na opo­wia­da­nia, które lubią naj­bar­dziej. Ozna­czało to, że nie musia­łem sam pró­bo­wać wybie­rać swo­ich ulu­bio­nych tek­stów. Pozwo­li­łem, by głosy na poszcze­gólne histo­rie stały się naszym prze­wod­ni­kiem w powsta­wa­niu tej książki, i nie doci­ska­łem ukrad­kiem wagi, by dodać bądź usu­nąć cokol­wiek, prócz jed­nego opo­wia­da­nia. To przy­po­wieść, którą zaty­tu­ło­wa­łem „Małpa i Dama”. Dołą­czy­łem ją do książki, ponie­waż jak dotąd nie poka­zała się w żad­nym zbio­rze, a tylko w książce, do któ­rej ją napi­sa­łem, anto­lo­gii Dave’a McKe­ana z roku 2017 „The Weight of Words”. Bar­dzo lubię tę histo­rię, choć nie potra­fię wyja­śnić dla­czego.

Zde­cy­do­wa­nie trud­niej było wybrać frag­menty powie­ści i w tej kwe­stii pozwo­li­łem, by drogę wska­zała mi moja ulu­biona redak­torka, Jen­ni­fer Brehl. W mojej gło­wie żaden frag­ment powie­ści nie jest samo­dzielny, co ozna­cza, że nie da się wyjąć kawał­ków z kon­tek­stu – tyle że pamię­tam, jak w dzie­ciń­stwie zna­la­złem książkę, która musiała nale­żeć do mojego ojca, noszącą tytuł „Księga dow­cipu i humoru” pod redak­cją Micha­ela Bar­sleya, skła­da­jącą się głów­nie z wyjąt­ków z powie­ści. Na­dal ją mam. Zako­cha­łem się w nie­któ­rych kawał­kach i pozwo­li­łem, by dopro­wa­dziły mnie do ksią­żek, które też poko­cha­łem i które do dziś czy­tam z ogromną przy­jem­no­ścią, takich jak cudowna opo­wieść Stelli Gib­bons o mrocz­nym i strasz­li­wym domu na far­mie w Sus­sex „Cold Com­fort Farm”, albo magiczna szek­spi­row­ska kome­dia Carl Brahms i S.J. Simona „No Bed for Bacon”. Może zatem ktoś czy­ta­jący tę książkę posta­nowi na pod­sta­wie przed­sta­wio­nych tu stron, że „Ame­ry­kań­scy bogo­wie” bądź „Gwiezdny pył” (by wymie­nić dwie bar­dzo różne powie­ści, które przy­da­rzyły mi się jako auto­rowi) aku­rat odpo­wia­dają jego gustom i warto przyj­rzeć im się bli­żej. Bar­dzo bym tego chciał.

Histo­rie zebrane w tej książce dru­ku­jemy w kolej­no­ści publi­ka­cji, nie według tego, jak bar­dzo podo­bały się ludziom. Na początku są zatem naj­wcze­śniej­sze. Dzięki temu widać, jak pró­bo­wa­łem dowie­dzieć się, kim wła­ści­wie jestem jako pisarz, przy­mie­rza­łem kape­lu­sze i oku­lary innych ludzi i zasta­na­wia­łem się, czy mi pasują, aż w końcu odkry­łem, kim byłem od początku. Zachę­cam, żeby­ście sami w niej pogrze­bali. Zacznij­cie, gdzie tylko zechce­cie, prze­czy­taj­cie to, na co aku­rat macie ochotę.

Uwiel­biam być pisa­rzem.

Uwiel­biam być pisa­rzem, bo kiedy piszę, mogę robić, co zechcę. Nie ma żad­nych reguł. Nie ma nawet żad­nych zabez­pie­czeń. Mogę pisać rze­czy zabawne i smutne, histo­rie wiel­kie i małe. Mogę pisać tek­sty, które was uszczę­śli­wią, albo które zmrożą wam krew w żyłach. Nie wąt­pię, że odniósł­bym więk­szy suk­ces komer­cyjny, gdy­bym co roku pisał po pro­stu książkę wyglą­da­jącą nie­mal jak kopia poprzed­nich, ale nie byłoby to nawet w poło­wie tak zabawne.

Wkrótce skoń­czę sześć­dzie­siąt lat. Zawo­dowo zaj­muję się pisa­niem od dwu­dzie­stego dru­giego roku życia. Mam szczerą nadzieję, że zostało mi jesz­cze dwa­dzie­ścia, może nawet trzy­dzie­ści lat pisa­nia: jest jesz­cze tyle histo­rii, które chciał­bym opo­wie­dzieć! I zaczy­nam odno­sić wra­że­nie, że jeśli będę pisał dalej, może pew­nego dnia znajdę odpo­wiedź dla wszyst­kich, nawet tak­sów­ka­rzy, któ­rzy chcą wie­dzieć, jakim pisa­rzem jestem.

Może nawet sam się dowiem.

Jeśli wędro­wa­li­ście ze mną tą drogą przez te wszyst­kie lata, czy­ta­jąc te histo­rie i powie­ści, gdy się uka­zy­wały, dzię­kuję wam. Naprawdę doce­niam i to, i was samych. Jeśli to nasze pierw­sze spo­tka­nie, mam nadzieję, że znaj­dzie­cie na tych stro­nach coś, co was roz­bawi, roze­rwie, zadziwi albo zmusi do myśle­nia – albo może sprawi, że będzie­cie chcieli czy­tać dalej.

Dzię­kuję, że do mnie przy­szli­ście, moi czy­tel­nicy.

Miłej lek­tury.

Neil Gaiman

Lista zaszczy­tów

Lista zaszczy­tów

W tomie tym zebrano utwory, które zdo­były bądź zostały nomi­no­wane do róż­nych nagród lite­rac­kich. Oto one.

Trol­lowy most (1993) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award

Szkło, śnieg i jabłka (1994) Nagroda Brama Sto­kera Nomi­na­cja do Seiun Award (Japo­nia)

Nig­dzie­bądź (1996) Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award

Gwiezdny pył (1999) Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nagroda Alex ALA (Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Biblio­tek) Nagroda Gef­fena (Izrael) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy)

Ame­ry­kań­scy bogo­wie (2001) Nagroda Nebula Nagroda Hugo Nagroda Locusa Nagroda Brama Sto­kera Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Nagrody Bri­tish Fan­tasy Society/Nagrody Augu­sta Der­le­tha Nomi­na­cja do Nagrody Bri­tish Science Fic­tion Asso­cia­tion Award Nomi­na­cja do Inter­na­tio­nal Hor­ror Guild Award Nomi­na­cja do Grand Prix de l’Ima­gi­na­ire (Fran­cja) Nomi­na­cja do Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy) Nomi­na­cja do Nagrody Ita­lia (Wło­chy)

Paź­dzier­nik w fotelu (2002) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award

Pora zamy­ka­nia (2002) Nagroda Locusa

Stu­dium w szma­rag­dzie (2003) Nagroda Hugo Nagroda Locusa Seiun Award (Japo­nia)

Smak gory­czy (2003) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do SLF Foun­tain Award

Pro­blem Zuzanny (2004) Nomi­na­cja do Bri­tish Fan­tasy Award

Zbłą­kane oblu­bie­nice zło­wiesz­czych opraw­cóww bez­i­mien­nym domu nocy potwor­nego pożą­da­nia (2004) Nagroda Locusa

Władca gór­skiej doliny (2004) Fina­li­sta, Nagroda Locusa

Chło­paki Ana­siego (2005) Nagroda Locusa Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nagroda Bri­tish Fan­tasy Society/Nagroda Augu­sta Der­le­tha Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do Nagrody Alex ALA (Ame­ry­kań­skiego Sto­wa­rzy­sze­nia Biblio­tek)

Ptak słońca (2005) Nagroda Locusa

Jak roz­ma­wiać z dziew­czy­nami na pry­wat­kach (2006) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Hugo

Prawda to jaski­nia w czar­nych górach (2010) Nagroda Locusa Nagroda Shir­ley Jack­son

Pro­blem z Cas­san­drą (2010) Nagroda Locusa

Śmierć i miód (2011) Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Edgara

Ocean na końcu drogi (2013) Nagroda Locusa Bri­tish Natio­nal Book Award dla książki roku Deut­sche Phan­ta­stik Preis (Niemcy) Nagroda Gef­fena (Izrael) Nomi­na­cja do World Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Nagrody Nebula Nomi­na­cja do Mytho­po­eic Fan­tasy Award Nomi­na­cja do Bri­tish Fan­tasy Award

Śpiąca i wrze­ciono (2013) Nagroda Locusa

Czarny pies (2015) Nagroda Locusa

Więk­szość opo­wia­dań zebra­nych w tym tomie pocho­dzi z trzech wcze­śniej opu­bli­ko­wa­nych zbio­rów: Dym i lustra, Rze­czy ulotne i Draż­liwe tematy. Zbiory te także zebrały kilka nagród i nomi­na­cji:

Dym i lustra: Opo­wia­da­nia i złu­dze­nia (1998) Nagroda Gef­fena (Izrael) Fina­li­sta, Nagroda Locusa Nomi­na­cja do Nagrody Brama Sto­kera Nomi­na­cja do Grand Prix de l’Ima­gi­na­ire (Fran­cja)

Rze­czy ulotne: Cuda i zmy­śle­nia (2006) Nagroda Locusa Bri­tish Fan­tasy Award Grand Prix de l’Ima­gi­na­ire (Fran­cja)

Draż­liwe tematy: Krót­kie formy i punkty zapalne (2015) Nagroda Locusa Goodre­ads Cho­ice Award dla naj­lep­szej książki fan­tasy

Zała­twimy ich panu hur­towo (1984)

Zała­twimy ich panu hur­towo

(1984)

Peter Pin­ter ni­gdy nie sły­szał o Ary­sty­pie Cyre­nej­czyku, jed­nym z mniej zna­nych uczniów Sokra­tesa, który twier­dził, że uni­ka­nie kło­po­tów to naj­wyż­sze dobro osią­galne dla czło­wieka, jed­nak prze­żył całe swe spo­kojne życie zgod­nie z tą wła­śnie zasadą, pod­po­rząd­ko­wu­jąc jej wszystko, poza jed­nym (nie­zdol­no­ścią nie­wy­ko­rzy­sta­nia nada­rza­ją­cej się oka­zji – a któż jest wolny od tej przy­wary?). Był bar­dzo skrom­nym czło­wie­kiem, nie posu­wał się do eks­tre­mów. Mówił krótko, z rezerwą, rzadko się prze­ja­dał, pił dość, by nie wyróż­niać się w towa­rzy­stwie, i tylko tyle, z całą pew­no­ścią nie był bogaty i w żad­nym razie nie biedny, lubił ludzi i ludzie lubili jego. Bio­rąc to wszystko pod uwagę, czy ocze­ki­wa­li­by­ście, że zasta­nie­cie go w nawie­dza­nym przez szu­mo­winy pubie w gor­szej czę­ści lon­dyń­skiego East Endu, szy­ku­ją­cego się do zawar­cia tak zwa­nego „kon­traktu” na kogoś, kogo led­wie znał? Z pew­no­ścią nie. W ogóle nie spo­dzie­wa­li­by­ście się ujrzeć go w tym miej­scu.

I do pew­nego piąt­ko­wego popo­łu­dnia mie­li­by­ście rację, jed­nak miłość robi różne rze­czy z męż­czy­znami, nawet tak bez­barw­nymi jak Peter Pin­ter. A odkry­cie, że panna Gwen­do­lyn Thorpe, dwa­dzie­ścia trzy lata, zamiesz­kała w Pur­ley przy Oak­tree Ter­race 9, zadaje się (jak mawiają ludzie przy­ziemni) z gład­kim mło­dzień­cem z działu księ­go­wo­ści – i to po tym, gdy zgo­dziła się przy­wdziać zarę­czy­nowy pier­ścio­nek wysa­dzany praw­dzi­wymi odłam­kami rubinu, zro­biony z dzie­wię­cio­ka­ra­to­wego złota z czymś, co mogło być nawet bry­lan­tem pośrodku (Ł 37.50), któ­rego wybór zabrał Pete­rowi nie­mal całą prze­rwę na lunch – potrafi zro­bić z męż­czy­zną naprawdę bar­dzo dziwne rze­czy.

Gdy Peter doko­nał tego wstrzą­sa­ją­cego odkry­cia, przez całą noc prze­wra­cał się w łóżku, nie mogąc zasnąć, drę­czony wizjami Gwen­do­lyn i Archiego Gib­bonsa (don­żu­ana działu księ­go­wo­ści domu towa­ro­wego Cla­ma­ges), tań­czą­cymi mu przed oczami. W jego wyobraźni oboje doko­ny­wali aktów, które, jak musiałby przy­znać, gdyby ktoś przy­ci­snął go do muru, praw­do­po­dob­nie w rze­czy­wi­sto­ści nie byłyby wyko­nalne. Jed­nakże żółć zazdro­ści wez­brała mu w gar­dle i ran­kiem Peter posta­no­wił, że jego rywal powi­nien znik­nąć z powierzchni ziemi.

Cały sobotni ranek zasta­na­wiał się, jak nawią­zać kon­takt z zabójcą. Z tego, co Peter wie­dział, w Cla­ma­ges (skle­pie zatrud­nia­ją­cym całą trójkę złą­czoną w odwiecz­nym trój­ką­cie; skąd­inąd pier­ścio­nek także kupił w tym wła­śnie skle­pie) nie pra­co­wał ani jeden zabójca, a Peter nie miał ochoty pytać kogo­kol­wiek wprost, bo bałby się zwró­cić na sie­bie uwagę.

I tak w sobot­nie popo­łu­dnie zaczął prze­trzą­sać książkę tele­fo­niczną.

Wkrótce odkrył, że zabój­ców nie ma pomię­dzy zaba­wek pro­duk­cją i zabyt­ków reno­wa­cją, a mor­der­ców nie znaj­dzie pomię­dzy mode­lek agen­cjami a moto­cy­klami (sprze­daż, naprawa). Eks­ter­mi­na­cja wyglą­dała cał­kiem obie­cu­jąco, jed­nak po bliż­szym przyj­rze­niu się rekla­mom stwier­dził, że doty­czą one nie­mal wyłącz­nie szczu­rów, myszy, pcheł, kara­lu­chów, kró­li­ków, kre­tów i szczu­rów (by zacy­to­wać jedną z nich; Peter uznał, że szczury trak­tuje się w niej nieco zbyt surowo), nie zaś tego, o co mu cho­dziło. Jed­nakże pedan­tyczny z natury sta­ran­nie przej­rzał wszyst­kie ogło­sze­nia w tej kate­go­rii i na dole dru­giej strony, napi­sane małym dru­kiem, dostrzegł coś, co wyglą­dało obie­cu­jąco.

Cał­ko­wi­cie dys­kretne usu­wa­nie draż­nią­cych, nie­chcia­nych ssa­ków itp., brzmiało ogło­sze­nie. Ketch, Hare, Burke i Ketch. Stara Firma. Nie było adresu, jedy­nie numer tele­fonu.

Peter wystu­kał numer, zaska­ku­jąc samego sie­bie. Serce tłu­kło mu się w piersi, sta­rał się zacho­wy­wać non­sza­lancko. Tele­fon zadzwo­nił raz, drugi, trzeci. Peter zaczy­nał już mieć nadzieję, że nikt nie odpo­wie i będzie mógł zapo­mnieć o całej spra­wie, gdy roz­legł się szczęk i ener­giczny kobiecy głos powie­dział:

– Ketch, Hare, Burke, Ketch. Czym mogę słu­żyć?

Uwa­ża­jąc, by nie podać wła­snego nazwi­ska, Peter spy­tał:

– Jak duże, to zna­czy jakiej wiel­ko­ści ssaki pod­pa­dają pod waszą ofertę? Wie pani, cho­dzi o pozby­cie się.

– To zależy wyłącz­nie od roz­miaru, który pana inte­re­suje.

Zebrał się na odwagę.

– Jak… czło­wieka?

Jej głos nie zmie­nił się nawet odro­binę.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Ma pan pod ręką pióro i kartkę papieru? Dosko­nale. Pro­szę dziś o ósmej zja­wić się w pubie Pod Brud­nym Osłem przy Lit­tle Court­ney Street, E 3. Niech pan przy­nie­sie zwi­nięty egzem­plarz Finan­cial Timesa – to różowa gazeta, pro­szę pana. Nasz przed­sta­wi­ciel skon­tak­tuje się z panem. – To rze­kł­szy, odło­żyła słu­chawkę.

Peter był wnie­bo­wzięty. Cała sprawa oka­zała się znacz­nie łatwiej­sza, niż sobie wyobra­żał. Poszedł do kio­sku i kupił egzem­plarz Finan­cial Timesa. Następ­nie zna­lazł w książ­ko­wym pla­nie mia­sta Lit­tle Court­ney Street. Przez resztę popo­łu­dnia oglą­dał w tele­wi­zji foot­ball i wyobra­żał sobie pogrzeb gład­kiego mło­dzieńca z księ­go­wo­ści.

***

Odna­le­zie­nie pubu zabrało mu nieco czasu. W końcu dostrzegł szyld, na któ­rym wyma­lo­wano osła i który był rze­czy­wi­ście brudny.

Pod Brud­nym Osłem oka­zał się nie­wiel­kim, obskur­nym, kiep­sko oświe­tlo­nym loka­lem. W środku roiło się od nie­ogo­lo­nych ludzi w zaku­rzo­nych mary­nar­kach, któ­rzy przy­glą­dali się sobie nawza­jem, chru­piąc chipsy i pijąc guin­nessa (Peter ni­gdy za nim nie prze­pa­dał). Peter trzy­mał pod pachą swego Finan­cial Timesa, sta­ra­jąc się czy­nić to jak naj­bar­dziej demon­stra­cyj­nie. Nikt do niego nie pod­szedł, toteż kupił sobie pół kufla piwa z lemo­niadą i wyco­fał się do sto­lika w rogu. Nie­zdolny myśleć o czym­kol­wiek spró­bo­wał poczy­tać gazetę, wkrótce jed­nak zgu­bił się w labi­ryn­cie pro­gno­zo­wa­nych cen zboża i firmy gumo­wej sprze­da­ją­cej coś krót­kiego (nie potra­fił powie­dzieć, o co krót­kiego cho­dziło), zre­zy­gno­wał zatem, wpa­tru­jąc się w drzwi.

Cze­kał tak nie­mal dzie­sięć minut. Wresz­cie do środka wpadł drobny, ener­giczny męż­czy­zna, rozej­rzał się szybko, pod­szedł wprost do sto­lika Petera i usiadł.

Wycią­gnął rękę.

– Kem­ble, Bur­ton Kem­ble z firmy Ketch, Hare, Burke, Ketch. Sły­sza­łem, że ma pan dla nas pracę.

Nie wyglą­dał jak zabójca. Peter powie­dział to gło­śno.

– O mój Boże, nie! Nie należę do pionu robo­czego. Zaj­muję się sprze­dażą.

Peter przy­tak­nął. To miało sens.

– Czy my… no… możemy swo­bod­nie roz­ma­wiać?

– Oczy­wi­ście. Nikogo to nie inte­re­suje. Ilu ludzi chciałby się pan pozbyć?

– Tylko jed­nego. Nazywa się Archi­bald Gib­bons. Pra­cuje w dziale księ­go­wym domu towa­ro­wego Cla­ma­ges, jego adres to…

– Do tego przej­dziemy póź­niej – prze­rwał mu Kem­ble – jeśli nie ma pan nic prze­ciwko temu. Na razie omówmy kwe­stie finan­sowe. Po pierw­sze, kon­trakt będzie pana kosz­to­wał pięć­set fun­tów…

Peter przy­tak­nął. Mógł sobie na to pozwo­lić. Prawdę mówiąc, ocze­ki­wał nieco więk­szej sumy.

– …choć ist­nieje też oferta spe­cjalna – dokoń­czył gładko Kem­ble.

Oczy Petera roz­bły­sły. Jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, uwiel­biał wszel­kie oka­zje i czę­sto na wyprze­da­żach bądź prze­ce­nach kupo­wał rze­czy, któ­rych w ogóle nie potrze­bo­wał. Poza tą jedną wadą (jakże powszechną) był bar­dzo skrom­nym mło­dzień­cem.

– Oferta spe­cjalna?

– Dwóch za cenę jed­nego, pro­szę pana.

Peter zasta­no­wił się. To ozna­czało zale­d­wie dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów za osobę. Nie­źle, jak­kol­wiek by na to patrzeć. Ist­niał tylko jeden haczyk.

– Oba­wiam się, że nie mam nikogo innego, kogo chciał­bym się pozbyć.

Kem­ble spra­wiał wra­że­nie zawie­dzio­nego.

– Szkoda, pro­szę pana. Przy dwóch oso­bach mogli­by­śmy zbić cenę nawet do… powiedzmy czte­ry­stu pięć­dzie­się­ciu fun­tów.

– Naprawdę?

– Dzięki temu nasi agenci mają co robić. Musi pan wie­dzieć – tu zni­żył głos – że w naszej branży nie ma zbyt wiele pracy. Nie to, co w daw­nych cza­sach. Czy naprawdę nie ma nikogo innego, kogo śmierci pan sobie życzy?

Peter zasta­no­wił się głę­boko. Nie zno­sił prze­ga­piać oka­zji, ale zupeł­nie nie mógł wymy­ślić nikogo innego. Lubił ludzi. Mimo wszystko oka­zja to oka­zja…

– Pro­szę posłu­chać – rzekł – czy mógł­bym się nad tym zasta­no­wić i spo­tkać z panem tutaj jutro, o tej samej porze?

Sprze­dawca uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Jestem pewien, że coś pan wymy­śli.

Odpo­wiedź – jakże oczy­wi­sta – przy­szła Pete­rowi do głowy w chwili, gdy tej nocy odpły­wał w sen. Gwał­tow­nie usiadł na łóżku, zapa­lił lampkę nocną i na sta­rej koper­cie zapi­sał nazwi­sko na wypa­dek, gdyby go zapo­mniał. Prawdę mówiąc, wąt­pił, by kie­dy­kol­wiek zdo­łał je zapo­mnieć, było bowiem bole­śnie oczy­wi­ste, ale z noc­nymi myślami ni­gdy nic nie wia­domo.

Nazwi­sko zapi­sane na sta­rej koper­cie brzmiało:

Gwen­do­lyn Thorpe.

Peter zga­sił świa­tło, prze­krę­cił się na drugi bok i wkrótce zasnął, śniąc spo­kojne, by­naj­mniej nie mor­der­cze sny.

***

Gdy w nie­dzielny wie­czór Peter zja­wił się Pod Brud­nym Osłem, Kem­ble już na niego cze­kał. Peter kupił sobie drinka i usiadł obok tam­tego.

– Chcę wyko­rzy­stać ofertę spe­cjalną – oznaj­mił na powi­ta­nie.

Kem­ble skwa­pli­wie ski­nął głową.

– Bar­dzo mądra decy­zja, jeśli chce pan znać moje zda­nie.

Peter Pin­ter uśmiech­nął się skrom­nie niczym czło­wiek, który czy­tuje Finan­cial Timesa i podej­muje mądre decy­zje biz­ne­sowe.

– To będzie czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów, zga­dza się?

– Powie­dzia­łem czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów? Dobry Boże! Bar­dzo prze­pra­szam, strasz­nie pana prze­pra­szam. Myśla­łem o tary­fie gru­po­wej. Za dwie osoby to będzie czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt pięć fun­tów.

Na nud­nej mło­dzień­czej twa­rzy Petera poczu­cie zawodu wal­czyło o lep­sze z chci­wo­ścią. To ozna­czało dodat­kowe dwa­dzie­ścia pięć fun­tów. Jed­nak coś, co powie­dział Kem­ble, przy­cią­gnęło jego uwagę.

– Taryfa gru­powa?

– Oczy­wi­ście, ale wąt­pię, czy to pana zain­te­re­suje.

– Ależ nie, inte­re­suje. Pro­szę mi o niej opo­wie­dzieć.

– Dosko­nale. Taryfa gru­powa, czte­ry­sta pięć­dzie­siąt fun­tów, doty­czy dużego zle­ce­nia. Dzie­się­ciu osób.

Peter zasta­na­wiał się, czy dobrze usły­szał.

– Dzie­sięć osób? Ależ to zale­d­wie czter­dzie­ści pięć fun­tów za jedną.

– Ow­szem, pro­szę pana. To wiel­kość zamó­wie­nia spra­wia, że jest zyskowna.

– Rozu­miem – rzekł Peter. Odchrząk­nął. – Czy zechce pan przyjść tu jutro o tej samej porze?

– Oczy­wi­ście, pro­szę pana.

Po powro­cie do domu Peter wziął do ręki kartkę i dłu­go­pis. Z jed­nej strony zapi­sał w kolum­nie liczby od jed­nego do dzie­się­ciu, a potem zaczął wypeł­niać miej­sca obok nich.

1... Archie G.

2... Gwen­nie.

3...

I tak dalej.

Zapeł­niw­szy dwa pierw­sze miej­sca, siadł bez ruchu. Ssał dłu­go­pis i poszu­ki­wał w pamięci wyrzą­dzo­nych sobie krzywd i ludzi, bez któ­rych świat oka­załby się lep­szy.

Zapa­lił papie­rosa. Zaczął krą­żyć po pokoju.

Aha! W szkole miał nauczy­ciela fizyki, który z roz­ko­szą uprzy­krzał mu życie. Jak on się nazy­wał? I czy w ogóle jesz­cze żyje? Peter nie był pewien, zapi­sał jed­nak „nauczy­ciel fizyki, liceum przy Abbot Street” obok cyfry trzy. Następny kan­dy­dat oka­zał się łatwiej­szy – szef działu kilka mie­sięcy wcze­śniej odmó­wił mu pod­wyżki. Fakt, że w końcu ją dostał, nie miał zna­cze­nia. Pan Hun­ter­son stał się nume­rem cztery.

Kiedy Peter miał pięć lat, chło­pak nazwi­skiem Simon Ellis wylał mu na głowę farbę, pod­czas gdy inny chło­pak, James Jakoś­tam, go przy­trzy­my­wał, a dziew­czyna, Sha­ron Hart­sharpe, śmiała się gło­śno. Zostali nume­rami pięć do sied­miu.

Kto jesz­cze?

W tele­wi­zji był facet czy­tu­jący dzien­niki z iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem. Tra­fił na listę. A co z kobietą z miesz­ka­nia obok, hodu­jącą małego jazgo­tli­wego pie­ska, który srał w holu? Umie­ścił ją wraz z psem pod nume­rem dzie­więć. Dzie­siątka oka­zała się naj­trud­niej­sza. Peter dra­pał się po gło­wie. Poszedł do kuchni napić się kawy, nagle jed­nak śmi­gnął z powro­tem i napi­sał na wol­nym miej­scu „mój cio­teczny dzia­dek Mervyn”. Stary był podobno dość majętny i ist­niała moż­li­wość (choć raczej nie­wielka), że zostawi mu tro­chę gro­sza.

Zado­wo­lony z dobrze wyko­na­nej pracy poło­żył się do łóżka.

Ponie­dzia­łek w Cla­ma­ges prze­bie­gał jak zawsze. Peter był star­szym asy­sten­tem sprze­daży w dziale książ­ko­wym. Praca ta nie wyma­gała zbyt wiele. W pra­wej dłoni, ukry­tej głę­boko w kie­szeni, ści­skał mocno listę, napa­wa­jąc się poczu­ciem wła­dzy, jakie się z nią wią­zało. Prze­rwę na lunch spę­dził miło w sto­łówce w towa­rzy­stwie mło­dej Gwen­do­lyn (która nie miała poję­cia, że widział, jak razem z Archiem wcho­dziła do maga­zynu). Uśmiech­nął się nawet do gład­kiego mło­dzieńca z księ­go­wo­ści, mija­jąc go w kory­ta­rzu.

Tego wie­czoru z dumą zapre­zen­to­wał Kem­ble’owi swą listę.

Drobny męż­czy­zna zmar­twił się wyraź­nie.

– Oba­wiam się, że to nie dzie­sięć osób, panie Pin­ter – wyja­śnił. – Poli­czył pan kobietę zza ściany i jej psa jako jedną osobę. To ozna­cza jede­na­ście, czyli jedną dodat­kową. – Bły­ska­wicz­nie wydo­był kie­szon­kowy kal­ku­la­tor. – Dodat­kowe sie­dem­dzie­siąt fun­tów. Może odpu­ścimy sobie psa?

Peter potrzą­snął głową.

– Pies jest rów­nie okropny jak kobieta. Albo jesz­cze gor­szy.

– Zatem mamy drobny pro­blem. Chyba że…

– Co takiego?

– Chyba że wyko­rzy­sta pan ofertę hur­tową. Ale oczy­wi­ście nie byłby pan…

Ist­nieją słowa, które dzia­łają na ludzi, słowa spra­wia­jące, że ludz­kie twa­rze roz­świe­tla nagła radość, pod­nie­ce­nie, namięt­ność. Przy­kła­dem może być „śro­do­wi­skowy” albo „okul­ty­styczny”. W przy­padku Petera było to słowo „hur­towy”. Wygod­niej roz­siadł się na swym krze­śle.

– Pro­szę mi o tym opo­wie­dzieć – rzekł z wyćwi­czoną pew­no­ścią sie­bie doświad­czo­nego miło­śnika zaku­pów.

– No cóż, pro­szę pana – rzekł Kem­ble z lek­kim uśmiesz­kiem. – Możemy, umm, zała­twić ich panu hur­towo, sie­dem­na­ście pięć­dzie­siąt sztuka za każdy cel powy­żej pięć­dzie­się­ciu albo dzie­sięć fun­tów sztuka powy­żej dwu­stu osób.

– Podej­rze­wam, że gdy­bym chciał się pozbyć tysiąca ludzi, to zszedłby pan do pię­ciu?

– Ależ nie, pro­szę pana. – Kem­ble spra­wiał wra­że­nie wstrzą­śnię­tego. – Jeśli mówimy o tym rzę­dzie wiel­ko­ści, możemy to zro­bić za funta od sztuki.

– Jed­nego funta???

– Zga­dza się, pro­szę pana. Nie przy­nosi to zbyt wiel­kiego zysku, ale zado­wa­lają nas wysoki obrót i pro­duk­tyw­ność.

Kem­ble wstał.

– Jutro o tej samej porze?

Peter przy­tak­nął.

Tysiąc fun­tów. Tysiąc ludzi. Peter Pin­ter nawet nie znał tysiąca ludzi. Ale mimo wszystko… był prze­cież Par­la­ment. Nie lubił poli­ty­ków; cały czas gadali i kłó­cili się bez końca.

A skoro już o tym mowa…

Nowy pomysł, i to wstrzą­sa­jący w swej śmia­ło­ści. Odważny. Nie­zwy­kły. Utkwił mu w gło­wie i nie chciał znik­nąć. Jego daleka kuzynka poślu­biła młod­szego brata hra­biego, barona czy kogoś w tym stylu.

Tego popo­łu­dnia, wra­ca­jąc z pracy, Peter odwie­dził mały skle­pik, który mijał wcze­śniej tysiące razy. W oknie wisiał wielki szyld – gwa­ran­tu­jemy, że spraw­dzimy dokład­nie każde drzewo gene­alo­giczne, a nawet przy­go­tu­jemy herb, jeśli przy­pad­kiem zagi­nął – i impo­nu­jący wykres heral­dyczny.

Pra­cow­nicy zakładu oka­zali się bar­dzo sko­rzy do pomocy. Tuż po siód­mej zadzwo­nili i prze­ka­zali mu wia­do­mość.

Gdyby zgi­nęło około czter­na­stu milio­nów sie­dem­dzie­się­ciu dwóch tysięcy ośmiu­set jede­na­stu ludzi, Peter Pin­ter zostałby kró­lem Anglii.

Oczy­wi­ście nie miał czter­na­stu milio­nów sie­dem­dzie­się­ciu dwóch tysięcy ośmiu­set jede­na­stu fun­tów, podej­rze­wał jed­nak, że przy takim rzę­dzie wiel­ko­ści pan Kem­ble zapro­po­nuje mu jedną ze zni­żek spe­cjal­nych.

I rze­czy­wi­ście.

Kem­ble nawet nie uniósł brwi.

– Prawdę mówiąc – wyja­śnił – wszystko to odbywa się dość tanio. Nie będziemy musieli zała­twiać ich indy­wi­du­al­nie. Mała gło­wica jądrowa, ści­śle zapla­no­wane bom­bar­do­wa­nie, uży­cie gazu, broni bio­lo­gicz­nej, wrzu­ca­nie odbior­ni­ków radio­wych do base­nów, a potem dokoń­cze­nie reszty. Powiedzmy cztery tysiące fun­tów.

– Cztery ty…? To nie­wia­ry­godne!

Sprze­dawca spra­wiał wra­że­nie ogrom­nie zado­wo­lo­nego z sie­bie.

– Nasi agenci chęt­nie przyjmą to zle­ce­nie, pro­szę pana. – Uśmiech­nął się sze­roko. – Szczy­cimy się naszą pierw­szo­rzędną obsługą klien­tów hur­to­wych.

Gdy Peter wycho­dził z pubu, powiał zimny wiatr, koły­sząc sta­rym szyl­dem. Przed­sta­wione na nim zwie­rzę nie przy­po­mina brud­nego osła, pomy­ślał Peter. Prę­dzej bla­dego konia.

Tej nocy Peter już zasy­piał, w myślach powta­rza­jąc mowę koro­na­cyjną, gdy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł, wpadł i nie chciał odejść. Czyżby – czyżby wciąż ist­niała jesz­cze więk­sza oka­zja? Czy to moż­liwe, by nie dostrzegł nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści?

Wygra­mo­lił się z łóżka i pod­szedł do tele­fonu. Docho­dziła trze­cia rano, ale jed­nak…

Książka tele­fo­niczna leżała otwarta w miej­scu, gdzie zosta­wił ją zeszłej soboty. Wybrał numer.

Wyda­wało się, że tele­fon dzwoni wiecz­nie. W końcu roz­legł się szczęk i znu­dzony głos powie­dział:

– Burke, Hare, Ketch, czym mogę słu­żyć?

– Mam nadzieję, że nie dzwo­nię zbyt późno… – zaczął.

– Oczy­wi­ście, że nie, pro­szę pana.

– Zasta­na­wiam się, czy mógł­bym roz­ma­wiać z panem Kem­ble.

– Zaczeka pan? Zoba­czę, czy jest uchwytny.

Peter odcze­kał kilka minut, słu­cha­jąc upior­nych trza­sków i szep­tów nie­odmien­nie towa­rzy­szą­cych ciszy w tele­fo­nie.

– Jest pan tam?

– Tak, jestem.

– Prze­łą­czam.

Roz­legł się brzęk, a potem:

– Mówi Kem­ble.

– Panie Kem­ble, dobry wie­czór. Prze­pra­szam, jeśli wyrwa­łem pana z łóżka. Mówi Peter Pin­ter.

– Tak, panie Pin­ter?

– Prze­pra­szam, że dzwo­nię tak późno, ale zasta­na­wia­łem się… ile kosz­to­wa­łoby zabi­cie wszyst­kich? Wszyst­kich na świe­cie?

– Wszyst­kich? Wszyst­kich ludzi?

– Tak. Ile? To zna­czy… przy podob­nym zamó­wie­niu musiałby pan zasto­so­wać zna­czący upust. Ile by to wynio­sło? Za wszyst­kich?

– Abso­lut­nie nic, panie Pin­ter.

– To zna­czy, że tego nie zro­bi­cie?

– To zna­czy, że zro­bimy to za darmo, panie Pin­ter. Wystar­czy nas tylko popro­sić. Zawsze trzeba nas popro­sić.

Peter nie do końca rozu­miał.

– Ale… kiedy zacznie­cie?

– Zaczniemy natych­miast, w tej chwili. Od dawna byli­śmy gotowi, ale trzeba nas było popro­sić, panie Pin­ter. Dobra­noc. Miło się z panem współ­pra­co­wało.

W tele­fo­nie zapa­dła cisza.

Peter czuł się dziw­nie. Wszystko wyda­wało się bar­dzo odle­głe. Zapra­gnął usiąść. O co, u licha, cho­dziło tam­temu face­towi? „Zawsze trzeba nas popro­sić”. Dziwne. Na tym świe­cie nikt niczego nie robi za darmo. Miał wielką ochotę zadzwo­nić do Kem­ble’a i wszystko odwo­łać. Może zare­ago­wał zbyt prze­sad­nie? Może ist­niał zupeł­nie nie­winny powód, dla któ­rego Archie i Gwen­do­lyn wybrali się razem do maga­zynu? Poroz­ma­wia z nią, oto co zrobi. Jutro z samego rana poroz­ma­wia z Gwen­nie.

I wtedy zaczął się hałas.

Dziwne krzyki z dru­giej strony ulicy. Koci poje­dy­nek? Raczej lisy. Miał nadzieję, że ktoś rzuci w nie butem. A potem w kory­ta­rzu przed drzwiami miesz­ka­nia usły­szał stłu­miony stuk i sze­lest, jakby ktoś cią­gnął po pod­ło­dze coś bar­dzo cięż­kiego. Dźwięk ucichł. Ktoś zastu­kał do jego drzwi, dwu­krot­nie, bar­dzo cicho.

Za oknem krzyki sta­wały się coraz gło­śniej­sze. Peter sie­dział w fotelu, wie­dząc, że gdzieś coś jed­nak prze­oczył, coś waż­nego. Stu­ka­nie roz­le­gło się ponow­nie. Rad był, że nocą zawsze zamyka drzwi na klucz i łań­cuch.

Od bar­dzo dawna byli gotowi, ale naj­pierw ktoś musiał ich popro­sić…

***

Kiedy istota prze­szła przez drzwi, Peter zaczął krzy­czeć, ale nie krzy­czał długo.

Ja, Cthulhu (1986)

Ja, Cthulhu

(1986)

I

Cthulhu, tak mnie nazy­wają. Wielki Cthulhu.

Nikt nie potrafi wymó­wić tego, jak należy.

Piszesz to? Każde słowo? To dobrze. Od czego by zacząć?

No dobrze, dobrze. Od początku. Pisz, Wha­te­ley.

Wyklu­łem się nie­zli­czone eony temu w mrocz­nych mgłach Khhaa’yngna­iih (nie, oczy­wi­ście, że nie wiem, jak to się pisze, zapisz ze słu­chu), spło­dzony przez bez­i­mien­nych, obmier­z­łych rodzi­ców pod cię­żar­nym księ­ży­cem. Rzecz jasna, nie przy­po­mi­nał księ­życa tej pla­nety – to był praw­dziwy księ­życ. Bywały noce, gdy prze­sła­niał ponad pół nieba, a kiedy wscho­dził, widzia­łeś szkar­łatną krew ska­pu­jącą i spły­wa­jącą po jego roz­dę­tej twa­rzy, pla­miącą ją czer­wie­nią, aż w końcu w zeni­cie zale­wał mokra­dła i wieże szkar­łat­nym, mar­twym, krwi­stym świa­tłem.

To były piękne dni.

Czy raczej, ogól­nie rzecz bio­rąc, noce. Nasza pla­neta miała słońce, ale nawet w tam­tych cza­sach było bar­dzo stare. Pamię­tam, że gdy w końcu eks­plo­do­wało, wszy­scy wypeł­zli­śmy na plażę, by popa­trzeć. Ale nie uprze­dzajmy wypad­ków.

Nie zna­łem moich rodzi­ców.

Ojciec został pożarty przez matkę, gdy tylko ją zapłod­nił. Ona z kolei zapew­niła mi pokarm, kiedy się uro­dzi­łem. Tak się składa, że to moje pierw­sze wspo­mnie­nie. Wijąc się, wypeł­zam z matki, wciąż czu­jąc wśród swo­ich macek jej ostry, mię­si­sty smak.

Nie uda­waj wstrzą­śnię­tego, Wha­te­ley; wy, ludzie, jeste­ście dla mnie rów­nie obrzy­dliwi.

Co mi przy­po­mina – czy ktoś pamię­tał, żeby nakar­mić shog­go­tha? Zda­wało mi się, że sły­szę, jak beł­ko­cze.

Moje pierw­sze kilka tysięcy lat spę­dzi­łem na tych mokra­dłach. Przy­znaję, nie­zbyt mi to odpo­wia­dało, byłem bowiem koloru mło­dego pstrąga i mia­łem naj­wy­żej cztery wasze stopy dłu­go­ści. Przez więk­szość czasu pod­kra­da­łem się do róż­nych stwo­rzeń i je zja­da­łem, i ze swej strony uni­ka­łem innych, które pod­kra­dały się, chcąc zjeść mnie.

Tak upły­nęła mi mło­dość.

A potem pew­nego dnia – mam wra­że­nie, że to był wto­rek – odkry­łem, że życie to nie tylko jedze­nie. (Seks? Oczy­wi­ście, że nie. Nie osią­gnę tego etapu aż do mojej następ­nej esty­wa­cji; do tego czasu wasza mizerna pla­netka już dawno zdąży osty­gnąć). W tam­ten wto­rek mój wuj Hastur przy­pełzł do mojej czę­ści bagna z zaklesz­czo­nymi szczę­kami.

To ozna­czało, że nie zamie­rza poży­wiać się pod­czas tej wizyty i że możemy poroz­ma­wiać.

Naprawdę, to nie­zwy­kle głu­pie pyta­nie, nawet jak na cie­bie, Wha­te­ley. Prze­cież do komu­ni­ka­cji z tobą nie uży­wam żad­nej z moich dwóch gąb. No wła­śnie. Jesz­cze jedno takie pyta­nie i poszu­kam sobie kogoś innego, kto wysłu­cha moich wspo­mnień, a ty będziesz kar­mić shog­go­tha.

– Wyby­wamy stąd – oznaj­mił Hastur. – Chciał­byś nam towa­rzy­szyć?

– Wyby­wamy? – powtó­rzy­łem. – My? Czyli kto?

– No, ja – rzekł. – Aza­thoth, Yog-Sothoth, Nyar­la­tho­tep, Tsa­thog­ghua, Ia! Shub Nig­gu­rath, młody Yug­goth i paru innych. No wiesz – dodał – chło­paki. – (Rozu­miesz chyba, Wha­te­ley, że to dość swo­bodny prze­kład. Więk­szość z nich była a-, bi- bądź tri­sek­su­alna, a stara Ia! Shug Nig­gu­rath miała co naj­mniej tysiąc mło­dych, tak przynaj­mniej mówią. Ta gałąź rodziny zawsze lubiła prze­sa­dzać). – Wyby­wamy stąd – dokoń­czył – i zasta­na­wia­li­śmy się, czy masz ochotę się zaba­wić.

Nie od razu odpo­wie­dzia­łem. Prawdę mówiąc, nie­zbyt prze­pa­da­łem za swymi kuzy­nami, w dodatku z powodu pew­nego wyjąt­kowo oso­bli­wego i kosz­mar­nego odkształ­ce­nia płasz­czyzn zawsze mia­łem poważny pro­blem z wyraź­nym ich widze­niem. Zwy­kle roz­ma­zują się na kra­wę­dziach, a nie­któ­rzy z nich – przy­kła­dem choćby Saba­oth – mają doprawdy mnó­stwo kra­wę­dzi.

Byłem jed­nak młody, łak­ną­łem pod­niety. Musi być coś wię­cej w życiu, krzy­cza­łem czę­sto, gdy roz­kosz­nie odra­ża­jące rzeźne mia­zmaty bagni­ska gęst­niały wokół mnie, a nad moją głową zawo­dziły i skrar­kały ngau’ngau i zita­dory. Jak się pew­nie domy­śli­łeś, powie­dzia­łem „tak” i zaczą­łem prze­le­wać się w ślad za Hastu­rem na miej­sce spo­tka­nia.

Z tego, co pamię­tam, następny mie­siąc dys­ku­to­wa­li­śmy nad tym, dokąd się udamy. Aza­thoth całymi ser­cami pra­gnął odwie­dzić odle­głą Shag­gai, a Nyar­la­tho­tep miał sła­bość do Nie­na­zwa­nego Miej­sca (zupeł­nie nie poj­muję dla­czego; kiedy ostatni raz tam wpa­dłem, wszystko było poza­my­kane). Mnie było wszystko jedno, Wha­te­ley. Daj­cie mi dowolne mokre i sub­tel­nie oso­bliwe miej­sce, a poczuję się jak w domu. Jed­nakże ostat­nie słowo, jak zawsze, nale­żało do Yog-Sotho­tha i przy­by­li­śmy na tę płasz­czy­znę.

Spo­tka­łeś już Yog-Sotho­tha, prawda, mój mały dwu­nogi potworku?

Tak też sądzi­łem.

To on otwo­rzył przed nami drogę i przy­by­li­śmy tutaj.

Szcze­rze mówiąc, nie­spe­cjal­nie mi się tu spodo­bało. Wciąż mi się nie podoba. Gdy­bym wie­dział, w jakie kło­poty się wpa­ku­jemy, wąt­pię, czy­bym się zde­cy­do­wał. Ale wów­czas byłem młod­szy.

Pamię­tam, że naj­pierw odwie­dzi­li­śmy mroczną Car­cosę. Potwor­nie mnie wystra­szyła. Dziś potra­fię już patrzeć na was bez mru­gnię­cia okiem, ale wtedy ci wszy­scy ludzie, pozba­wieni choćby jed­nej łuski czy niby­nóżki, wstrzą­snęli mym jeste­stwem.

Pierw­szą osobą, z jaką się doga­da­łem, był Żółty Król.

Król w łach­ma­nach. Nie sły­sza­łeś o nim? W Necro­no­mi­co­nie na stro­nie 704 (peł­nego wyda­nia) znaj­dziesz alu­zję do jego ist­nie­nia. Mam też wra­że­nie, że ten idiota Prinn wspo­mina o nim w De Ver­mis Myste­riis. No i oczy­wi­ście jest jesz­cze Cham­bers.

Uro­czy gość, kiedy już się do niego przy­wyk­nie.

To on pierw­szy pod­su­nął mi ten pomysł.

– Na nie­wy­po­wie­dziane pie­kielne głę­bie, co wła­ści­wie można robić w tym upior­nym wymia­rze? – spy­ta­łem go.

Roze­śmiał się.

– Gdy pierw­szy raz tu przy­by­łem, jako skromny kolor z prze­stwo­rzy, zada­łem sobie to samo pyta­nie. A potem odkry­łem frajdę, jaką spra­wia pod­bi­ja­nie tych dzi­wacz­nych świa­tów, pod­po­rząd­ko­wy­wa­nie sobie ich miesz­kań­ców, zmu­sza­nie, by lękali się cie­bie i czcili. To świetna zabawa. Oczy­wi­ście Star­szym Isto­tom się to nie spodo­bało.

– Star­szym isto­tom? – spy­ta­łem.

– Nie – popra­wił. – Star­szym Isto­tom. Z wiel­kiej litery. Zabawni goście; wyglą­dają jak wiel­kie beczki zwień­czone roz­gwiaz­dami, z bło­nia­stymi skrzy­dłami, na któ­rych latają w prze­strzeni.

– Latają w prze­strzeni? Latają?

Byłem wstrzą­śnięty. Nie sądzi­łem, że w dzi­siej­szych cza­sach ktoś jesz­cze lata. Po co, skoro można slug­glo­wać? Zro­zu­mia­łem, czemu nazy­wają je star­szymi isto­tami. Prze­pra­szam, Star­szymi.

– Co wła­ści­wie robią te Star­sze Istoty? – spy­ta­łem Króla.

(Póź­niej opo­wiem ci dokład­niej o slug­glo­wa­niu, Wha­te­ley. Choć w sumie nie ma po co, brak ci wna­isngh’anga. No, może sprzęt do bad­min­tona mógłby go zastą­pić). (Gdzie to ja byłem? A, tak).

– Co wła­ści­wie robią te Star­sze Istoty? – spy­ta­łem Króla.

– Nie­wiele – wyja­śnił. – I nie lubią, by kto­kol­wiek inny cokol­wiek robił.

Roz­wi­ną­łem się, krę­cąc mac­kami, jak­bym chciał powie­dzieć „Spo­ty­ka­łem już takich”, lękam się jed­nak, że Król mnie nie zro­zu­miał.

– Znasz jakieś miej­sca nada­jące się do pod­boju? – zapy­ta­łem.

Mach­nął ręką mniej wię­cej w kie­runku małej, nie­cie­ka­wej gro­madki gwiazd.

– Jest tam jedna, która mogłaby ci się spodo­bać. Nazywa się Zie­mia. Tro­chę na ubo­czu, ale przy­naj­mniej miał­byś mnó­stwo miej­sca.

Stary dureń.

To wszystko na dzi­siaj, Wha­te­ley.

Po dro­dze każ komuś nakar­mić shog­go­tha.

II

To już czas, Wha­te­ley?

Nie bądź nie­mą­dry, wiem, że po cie­bie posła­łem. Moja pamięć jest rów­nie dobra jak zawsze.

Ph’nglui nglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fthagn.

Oczy­wi­ście wiesz, co to zna­czy.

W tym domu w Rlyeh czeka w uśpie­niu zmarły Cthulhu.

Ow­szem, prze­sada, ale cał­kiem uspra­wie­dli­wiona. Ostat­nio nie­zbyt dobrze się czuję.

To był żart, jed­no­głowy, żart. Piszesz to wszystko? Świet­nie, pisz dalej. Wiem, na czym skoń­czy­li­śmy wczo­raj.

R’lyeh.

Earth. Zie­mia.

Oto przy­kład, jak zmie­niają się języki i zna­cze­nie słów. Roz­my­cie; nie zno­szę go. Kie­dyś dawno temu R’lyeh było Zie­mią, a przy­naj­mniej tą czę­ścią Ziemi, którą rzą­dzi­łem. Mokrą czę­ścią. Teraz to tylko mój skromny dom tutaj, 47° 9’ sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej połu­dnio­wej, 126° 43’dłu­go­ści geo­gra­ficz­nej zachod­niej.

Albo weźmy Star­sze Istoty. Teraz tak nas nazy­wają. Oraz Wiel­kimi Przed­wiecz­nymi, zupeł­nie jak­by­śmy niczym nie róż­nili się od tych lata­ją­cych beczu­łek.

Roz­my­cie.

Przy­by­łem zatem na Zie­mię, która w owych cza­sach była znacz­nie bar­dziej mokra niż dziś. Cudowne miej­sce, morza gęste niczym zupa. I świet­nie doga­dy­wa­łem się z miesz­kań­cami, Dago­nem i chło­pa­kami (tym razem w dosłow­nym zna­cze­niu tego słowa). W owych odle­głych cza­sach wszy­scy żyli­śmy w wodzie i nim zdą­żył­byś powie­dzieć Cthulhu fthagn, nauczy­łem ich budo­wać, słu­żyć i goto­wać. I oczy­wi­ście być goto­wa­nymi.

Co mi przy­po­mina pewną histo­rię, którą chcia­łem ci opo­wie­dzieć. Praw­dziwą histo­rię.

Był sobie sta­tek pły­wa­jący po morzach. Odby­wa­jący rejs po Pacy­fiku. A na tym statku pra­co­wał magik, ilu­zjo­ni­sta, który miał zaba­wiać pasa­że­rów. Na statku miesz­kała też papuga.

Za każ­dym razem, kiedy magik robił jakąś sztuczkę, papuga ruj­no­wała mu efekt. Jak? Mówiła, jak to zro­bił, oto jak. „Wsa­dził go do rękawa!”, skrze­czała. Albo: „Pod­mie­nił talię”. Albo: „Ma dru­gie dno”.

Magi­kowi się to nie podo­bało.

W końcu nade­szła kolej na naj­waż­niej­szy numer.

Zapo­wie­dział go.

Pod­ka­sał rękawy.

Mach­nął rękami.

I w tym momen­cie sta­tek zatrzy­mał się z szarp­nię­ciem i prze­wa­lił na bok.

Pod nimi wyro­sło zato­pione R’lyeh. Hordy moich sług, ohyd­nych rybo­lu­dzi, wyro­iły się na pokład, pochwy­ciły pasa­że­rów i załogę i wcią­gnęły ich pod fale.

R’lyeh znów zato­nęło i czeka na dzień, gdy strasz­liwy Cthulhu powsta­nie i będzie pano­wał nad świa­tem.

A na powierzchni nie­czy­stych wód samotny magik – prze­oczony przez moich pła­zich palan­tów, za co drogo zapła­cili – uno­sił się na falach kur­czowo ucze­piony belki. Nagle wysoko w górze dostrzegł nie­wielką zie­loną plamę. Obni­żyła się, w końcu przy­sia­dła na pobli­skim kawałku deski i prze­ko­nał się, że to papuga.

Ptak prze­krzy­wił głowę i, mru­żąc oczy, przyj­rzał się magi­kowi.

„No dobra”, rzekł. „Pod­daję się. Jak to zro­bi­łeś?”.

Oczy­wi­ście, że to praw­dziwa histo­ria, Wha­te­ley.

Czy czarny Cthulhu, który przy­był tu z mrocz­nych gwiazd, gdy wasze naj­upior­niej­sze kosz­mary wciąż jesz­cze ssały pseu­do­sutki matek, który czeka na dzień, gdy gwiazdy znajdą się we wła­ści­wej pozy­cji, by móc powstać ze swego pałacu gro­bowca, oży­wić wier­nych, znów zawład­nąć pla­netą i ponow­nie nauczać naj­wyż­szych nie­wy­mow­nych roz­ko­szy, śmierci i hula­nek, mógłby cię okła­mać?

Jasne, że tak.

Zamknij się, Wha­te­ley, teraz ja mówię. Nie obcho­dzi mnie, gdzie już to sły­sza­łeś.

Świet­nie się bawi­li­śmy w tam­tych cza­sach. Rze­zie i znisz­cze­nie, ofiary i potę­pie­nie, ikra, śluz i szlam, a także ohydne, nie­wy­mowne igraszki. Żar­cie i harce. To była jedna wielka impreza i wszy­scy świet­nie się bawili, prócz tych, któ­rzy nagle tra­fili na drew­niane szpi­kulce w towa­rzy­stwie kawał­ków sera i ana­nasa.

Och, w tam­tych cza­sach na ziemi żyli olbrzymi.

To nie mogło trwać wiecz­nie.

Przy­byli z gwiazd na swych bło­nia­stych skrzy­dłach, przy­no­sząc prze­pisy, prawa i porządki oraz jeden Dho’Hna wie ile for­mu­la­rzy do wypeł­nie­nia w pię­ciu kopiach. Mali, nudni, biu­ro­kra­tyczni nudzia­rze. Wystar­czyło na nich spoj­rzeć: pię­cio­ra­mienne głowy – każdy, na kogo spoj­rza­łeś, miał na gło­wie pięć szpi­kul­ców czy ramion (a dodam, że głowy też mieli zawsze w tym samym miej­scu). Żad­nemu nie star­czyło wyobraźni, by wyho­do­wać sobie trzy ramiona albo sześć, albo sto dwa. Zawsze pięć, bez wyjątku.

Bez urazy.

Nie potra­fi­li­śmy się doga­dać.

Nie spodo­bała im się moja impreza.

Walili w ściany (mówię w prze­no­śni), a my nie zwra­ca­li­śmy uwagi. Potem wpa­dli w złość. Kłó­cili się. Maru­dzili. Narze­kali.

No dobra, rze­kli­śmy. Chce­cie dostać morze? Może­cie je sobie wziąć co do ostat­niej roz­gwiazdy. Prze­nie­śli­śmy się na ląd – w tam­tych cza­sach był mocno wil­gotny – i wznie­śli­śmy gar­gan­tu­iczne, cyklo­powe mono­lity, przy któ­rych góry wyda­wały się dro­bin­kami.

Wiesz, co zabiło dino­zaury, Wha­te­ley? My. Pod­czas jed­nego grilla.

Ale te gwiaź­dzi­sto­głowe marudy nie dawały nam spo­koju. Pró­bo­wały prze­nieść pla­netę bli­żej słońca – a może dalej? W sumie ni­gdy nie spy­ta­łem. Zanim się zorien­to­wa­li­śmy, znów wylą­do­wa­li­śmy pod wodą.

Można paść ze śmie­chu.

Mia­sto Star­szych Istot obe­rwało naj­bar­dziej. Nie zno­sili zimna i suchego lądu, podob­nie ich stwory. I nagle zna­leźli się na Antark­ty­dzie, suchej jak kość i zim­nej jak zagu­bione rów­niny trzy­kroć prze­klę­tego Leng.

Tak koń­czy się dzi­siej­sza lek­cja, Wha­te­ley.

I mógł­byś kazać komuś nakar­mić tego prze­klę­tego shog­go­tha?

III

(Pro­fe­so­ro­wie Armi­tage i Wil­marth twier­dzą zgod­nie, że bio­rąc pod uwagę treść i dłu­gość tek­stu, w tym miej­scu bra­kuje co naj­mniej trzech kart ręko­pisu. Zga­dzam się z nimi).

Gwiazdy się zmie­niły, Wha­te­ley.

Wyobraź sobie, że nagle coś odcina ci głowę od ciała i pozo­sta­wia leżący na zim­nej mar­mu­ro­wej pły­cie kawał dła­wią­cego się, mru­ga­ją­cego mięsa. Tak to wła­śnie wyglą­dało. Impreza dobie­gła końca.

To nas zabiło.

Teraz cze­kamy tu, na dnie.

Paskudne, co?

Wcale nie, wcale mnie to nie rusza. Nie dam nawet dwóch bez­i­mien­nych tru­po­szy.

Cze­kam tu mar­twy, uśpiony, patrząc, jak mrów­cze kró­le­stwa czło­wieka powstają i upa­dają, wzno­szą się i walą w gruzy.

Pew­nego dnia – może nadej­dzie jutro, może za wię­cej dni, niż potrafi objąć twój mizerny móż­dżek – gwiazdy ułożą się na nie­bie, jak należy, i nadej­dzie czas znisz­cze­nia. Wów­czas powstanę z głę­bin i raz jesz­cze zawładnę tym świa­tem.

Nastaną zamęt i zabawa, krwawa rzeź i ohyda, wieczny zmierzch, kosz­mary i krzyki umar­łych i jesz­cze nie umar­łych, a także pie­śni wier­nych.

A potem?

Potem, gdy wasz świat zamieni się w bryłkę zim­nego węgla, krą­żącą wokół wysty­głego słońca, opusz­czę ten wymiar. Powrócę do sie­bie, do domu, gdzie krew co noc ścieka z tar­czy księ­życa, która pęcz­nieje niczym oko uto­pio­nego mary­na­rza, i przejdę esty­wa­cję.

A potem znajdę part­nera i w końcu poczuję wewnątrz sie­bie poru­sze­nie, gdy moje młode zacznie mnie poże­rać, zmie­rza­jąc ku świa­tłu.

Uhm.

Zapi­sa­łeś to, Wha­te­ley?

Dobrze.

No cóż, to wszystko. Koniec. Opo­wieść skoń­czona.

Zgad­nij, co zro­bimy teraz. Zga­dza się.

Nakar­mimy shog­go­tha.

Miko­łaj był… (1989)

Miko­łaj był…

(1989)

…star­szy od grze­chu, a jego broda nie mogła już bar­dziej posi­wieć. Chciał umrzeć.

Kra­snale żyjące w jaski­niach Ark­tyki nie znały jego języka, roz­ma­wiały jed­nak we wła­snej szcze­bio­tli­wej mowie i kiedy nie pra­co­wały w fabry­kach, odpra­wiały nie­zro­zu­miałe rytu­ały.

Każ­dego roku zmu­szały go, mimo pro­te­stów i pła­czu, do wyj­ścia w Wieczną Noc. Pod­czas swo­ich podróży zatrzy­my­wał się obok każ­dego dziecka na świe­cie i zosta­wiał mu przy łóżku nie­wi­dzialny kra­sno­ludzki pre­zent. Dzieci spały uwię­zione w cza­sie.

Zazdro­ścił Pro­me­te­uszowi i Lokiemu, Syzy­fowi i Juda­szowi. Jego kara była cięż­sza.

Ho.

Ho.

Ho.

Dzie­ci­zna (1990)

Dzie­ci­zna

(1990)

Kilka lat temu znik­nęły wszyst­kie zwie­rzęta.

Ock­nę­li­śmy się pew­nego ranka i już ich nie było. Nie zosta­wiły nawet liściku. Nie poże­gnały się. Ni­gdy nie odkry­li­śmy, dokąd się udały.

Bra­ko­wało ich nam.

Nie­któ­rzy z nas sądzili, że to koniec świata. Ale nie. Po pro­stu nie było już wię­cej zwie­rząt. Kotów ani kró­li­ków. Psów ani wie­lo­ry­bów. Ryb w morzach, pta­ków w prze­stwo­rzach.

Zosta­li­śmy sami.

Nie wie­dzie­li­śmy, co począć.

Jakiś czas krą­ży­li­śmy bez celu, a potem ktoś zauwa­żył, że fakt, iż nie mamy już zwie­rząt, nie ozna­cza, że musimy zmie­nić swe życie, odmie­niać jadło­spis, prze­stać testo­wać pro­dukty, które mogłyby nam zaszko­dzić.

Osta­tecz­nie zostały jesz­cze dzieci.

Nie­mow­lęta nie potra­fią mówić. Led­wie się ruszają. Nie­mowlę nie jest roz­sądną, myślącą istotą.

Pro­du­ko­wa­li­śmy zatem dzieci.

I wyko­rzy­sty­wa­li­śmy je.

Część z nich zja­da­li­śmy. Mięso dzieci jest soczy­ste i deli­katne.

Obdzie­ra­li­śmy je ze skóry i szy­li­śmy sobie stroje. Skóra z dzieci jest miękka i wygodna.

Część zuży­wa­li­śmy do badań.

Siłą otwie­ra­li­śmy im oczy i wkra­pla­li­śmy deter­genty i szam­pony. Kro­plę za kro­plą.

Naci­na­li­śmy je i przy­pie­ka­li­śmy. Pali­li­śmy. Wpi­na­li­śmy w nie klamry, wsz­cze­pia­li­śmy elek­trody do mózgów. Prze­szcze­pia­li­śmy, zamra­ża­li­śmy, prze­my­wa­li­śmy.

Dzieci wdy­chały nasz dym. W ich żyłach pły­nęły nasze leki i nar­ko­tyki.

W końcu prze­sta­wały oddy­chać. Krew gęst­niała im w żyłach.

Ow­szem, było to trudne, ale i konieczne.

Nikt nie mógłby zaprze­czyć.

Co innego mogli­śmy zro­bić, skoro zwie­rzęta ode­szły?

Rzecz jasna, nie­któ­rzy narze­kali, ale tacy zawsze się znajdą.

I wszystko wró­ciło do normy.

Tyle że…

Wczo­raj wszyst­kie dzieci znik­nęły. Nie wiemy, dokąd ode­szły. Nawet tego nie widzie­li­śmy.

Nie mamy poję­cia, co bez nich poczniemy.

Ale coś wymy­ślimy. Ludzie są inte­li­gentni. To wła­śnie sta­wia nas wyżej niż zwie­rzęta i dzieci.

Coś wymy­ślimy.

Rycer­skość (1992)

Rycer­skość

(1992)

Pani Whi­ta­ker zna­la­zła Świę­tego Gra­ala; leżał pod sta­rym futrem.

Każ­dego czwart­ko­wego popo­łu­dnia, choć jej nogi nie były już tak sprawne jak kie­dyś, pani Whi­ta­ker wybie­rała się na spa­cer na pocztę. Tam odbie­rała eme­ry­turę. W dro­dze powrot­nej wpa­dała do sklepu Oxfam.

W skle­pie Oxfam sprze­da­wano stare ubra­nia, dro­bia­zgi, bibe­loty, naj­róż­niej­sze róż­no­ści oraz mnó­stwo sta­rych ksią­żek. Wszyst­kie zostały oddane za darmo; śmieci z dru­giej ręki, czę­sto pocho­dzące z domów zmar­łych. Wszel­kie zyski prze­ka­zy­wano na cele dobro­czynne.

W skle­pie pra­co­wali wyłącz­nie ochot­nicy. Tego dnia za ladą stała Marie, sie­dem­na­sto­latka z lekką nad­wagą, ubrana w wor­ko­watą liliową bluzę wyglą­da­jącą, jakby także pocho­dziła ze skle­po­wych pó­łek.

Marie sie­działa przy kasie; przed sobą roz­ło­żyła pismo Nowo­cze­sna kobieta. Wypeł­niała wła­śnie test „Odkryj swoją ukrytą oso­bo­wość”. Od czasu do czasu zaglą­dała na koniec i spraw­dzała punk­ta­cję przy­pi­saną do odpo­wie­dzi A, B lub C, dopiero potem podej­mu­jąc decy­zję, którą z nich wybrać.

Pani Whi­ta­ker drep­tała po skle­pie.

Zauwa­żyła, że wciąż nie sprze­dali wypcha­nej kobry. Cze­kała tu już pół roku, obra­sta­jąc kurzem. Jej szklane oczy spo­glą­dały gniew­nie na wie­szaki z ubra­niami, a także szafę pełną obtłu­czo­nej por­ce­lany i pogry­zio­nych zaba­wek.

Prze­cho­dząc, pani Whi­ta­ker pogła­skała ją po gło­wie.

Z półki z książ­kami wybrała dwie powie­ści wydaw­nic­twa Mills & Boon – Jej wzbu­rzoną duszę i Jej drżące serce, każdą po szy­lingu. Z namy­słem przyj­rzała się pustej butelce po mateus rosé nakry­tej ozdob­nym aba­żu­rem, w końcu jed­nak uznała, że nie mia­łaby jej gdzie posta­wić.

Przy­su­nęła wyle­niałe futro ostro śmier­dzące naf­ta­liną. Pod futrem leżała laska i popla­miony wodą egzem­plarz książki Romanse i legendy rycer­skie A.R. Hope Mon­crieffa wyce­niony na pięć pen­sów. Obok książki spo­czy­wał na boku Święty Graal. Na spo­dzie pod­stawki umiesz­czono okrą­głą nalepkę, na któ­rej fla­ma­strem wypi­sano cenę: 30 pen­sów.

Pani Whi­ta­ker pod­nio­sła zaku­rzony srebrny kie­lich i przyj­rzała mu się uważ­nie przez grube szkła oku­la­rów.

– Ładny! – zawo­łała do Marie.

Marie wzru­szyła ramio­nami.

– Wyglą­dałby ład­nie na kominku.

Ponowne wzru­sze­nie ramion.

Pani Whi­ta­ker podała Marie pięć­dzie­siąt pen­sów i otrzy­mała dzie­sięć pen­sów reszty oraz brą­zową papie­rową torbę, do któ­rej scho­wała książki i Świę­tego Gra­ala. Ruszyła do rzeź­nika, gdzie kupiła ładny kawa­łek wątróbki. Potem wró­ciła do domu.

Wnę­trze kie­li­cha pokry­wała gruba war­stwa czer­wo­no­brą­zo­wego kurzu. Pani Whi­ta­ker umyła go ostroż­nie, po czym na godzinę pozo­sta­wiła w zle­wie, w cie­płej wodzie z odro­biną octu.

Następ­nie wypo­le­ro­wała kie­lich pastą do metalu, a gdy zaczął lśnić, posta­wiła go na kominku w salo­nie, pomię­dzy małym melan­cho­lij­nym bas­se­tem z por­ce­lany i zdję­ciem nie­ży­ją­cego męża, Henry’ego, na plaży we Frin­ton w 1953 roku.

Miała rację: wyglą­dał ład­nie.

Tego dnia na obiad zja­dła panie­ro­waną wątróbkę z cebulką. Była pyszna.

Następ­nego dnia wypa­dał pią­tek. W co drugi pią­tek panie Whi­ta­ker i Gre­en­berg odwie­dzały się nawza­jem. Dziś przy­pa­dała kolej pani Gre­en­berg. Usia­dły w salo­nie, sącząc her­batę i chru­piąc maka­ro­niki. Pani Whi­ta­ker wrzu­ciła do her­baty kostkę cukru. Pani Gre­en­berg uży­wała sło­dzika. Zawsze nosiła go w torebce w małym pla­sti­ko­wym pudełku.

– Ładny – zauwa­żyła pani Gre­en­berg, wska­zu­jąc Gra­ala. – Co to?

– Święty Graal – odparła pani Whi­ta­ker. – To kie­lich, z któ­rego Jezus pił pod­czas Ostat­niej Wie­cze­rzy. Póź­niej, przy ukrzy­żo­wa­niu, zebrano weń Jego cudowną krew, gdy cen­tu­rion prze­bił Mu bok.

Pani Gre­en­berg pocią­gnęła pogar­dli­wie nosem. Była Żydówką; nie zno­siła wszyst­kiego, co nie­hi­gie­niczne.

– No nie wiem – rze­kła. – Ale kie­lich jest naprawdę bar­dzo ładny. Nasz Myron dostał podobny, kiedy wygrał zawody pły­wac­kie, tyle że na tam­tym wygra­we­ro­wano jego nazwi­sko.

– Wciąż spo­tyka się z tą miłą dziew­czyną? Fry­zjerką?

– Ber­nice? O, tak. Pla­nują nawet zarę­czyny – oznaj­miła pani Gre­en­berg.

– To miłe – odparła pani Whi­ta­ker, się­ga­jąc po maka­ro­nik.

Pani Gre­en­berg sama pie­kła maka­ro­niki i przy­no­siła je co drugi pią­tek: małe, słod­kie jasno­brą­zowe cia­steczka posy­pane mig­da­łami.

Roz­ma­wiały o Myro­nie i Ber­nice, a także sio­strzeńcu pani Whi­ta­ker, Rolan­dzie (pani Whi­ta­ker nie miała dzieci), oraz o przy­ja­ciółce, pani Per­kins, która zła­mała bio­dro i leżała w szpi­talu, bie­dac­two.

W połu­dnie pani Gre­en­berg poże­gnała się.

Pani Whi­ta­ker przy­rzą­dziła sobie na lunch grzankę z serem, a potem zażyła pigułki – białą, czer­woną i dwie małe, poma­rań­czowe.

Zadźwię­czał dzwo­nek.

Pani Whi­ta­ker otwarła drzwi. Za pro­giem stał młody męż­czy­zna z się­ga­ją­cymi ramion wło­sami, tak jasnymi, że wyda­wały się nie­mal białe. Miał na sobie lśniącą srebrną zbroję i biały płaszcz.

– Witam – rzekł.

– Witam – odparła pani Whi­ta­ker.

– Jestem w trak­cie wyprawy.

– To miło – mruk­nęła non­sza­lancko pani Whi­ta­ker.

– Mogę wejść? – spy­tał.

Pani Whi­ta­ker pokrę­ciła głową.

– Przy­kro mi, ale raczej nie.

– Poszu­kuję Świę­tego Gra­ala – powie­dział mło­dzie­niec. – Jest może tutaj?

– Ma pan przy sobie jakiś doku­ment? – Pani Whi­ta­ker wie­działa, że nie należy wpusz­czać do domu obcych, gdy jest się star­szą osobą i mieszka samot­nie. Mogło to się skoń­czyć opróż­nie­niem torebki albo czymś znacz­nie gor­szym.

Mło­dzie­niec cof­nął się parę kro­ków ogro­dową ścieżką. Jego wierz­cho­wiec, potężny szary ogier, wielki jak per­sze­ron, z wysoko unie­sioną głową i lśnią­cymi, bystrymi oczami, stał przy­wią­zany do furtki pani Whi­ta­ker. Rycerz pogrze­bał w tor­bie przy sio­dle i powró­cił, nio­sąc w dłoni zwój.

Pod­pi­sał go Artur, król Bry­ta­nii. Pismo infor­mo­wało wszel­kie oso­bi­sto­ści, nie­za­leż­nie od ich tytułu i rangi, że ten oto Galaad to Rycerz Okrą­głego Stołu, który wyru­szył na Prawą, Szla­chetną Wyprawę. Poni­żej wid­niał rysu­nek przed­sta­wia­jący mło­dego męż­czy­znę. Był cał­kiem podobny.

Pani Whi­ta­ker ski­nęła głową. Ocze­ki­wała raczej małej karty ze zdję­ciem, ale to było znacz­nie bar­dziej impo­nu­jące.

– Chyba może pan wejść – rze­kła.

Prze­szli do kuchni. Nalała Gala­adowi fili­żankę her­baty, po czym zapro­wa­dziła go do salonu.

Galaad ujrzał Gra­ala sto­ją­cego na kominku i natych­miast ukląkł na jedno kolano. Sta­ran­nie odsta­wił fili­żankę na rdzawy dywan. Prze­ni­ka­jący przez firanki pro­mień słońca zalał jego twarz zło­tym bla­skiem. Jasne włosy lśniły niczym sre­brzy­sta aure­ola.

– Zaprawdę, to on, San­graal – rzekł cicho.

Trzy­krot­nie zamru­gał, bar­dzo szybko, jakby chciał zdu­sić łzy zbie­ra­jące się w jego jasno­nie­bie­skich oczach.

Pochy­lił głowę w mil­czą­cej modli­twie.

Potem wstał i odwró­cił się do pani Whi­ta­ker.

– Szla­chetna pani, powier­niczko Naj­święt­szej Świę­to­ści, pozwól mi odejść stąd z bło­go­sła­wio­nym kie­li­chem, bym mógł zakoń­czyć poszu­ki­wa­nia i wypeł­nić me zada­nie.

– Słu­cham? – zdzi­wiła się pani Whi­ta­ker.

Galaad pod­szedł do kobiety i ujął jej stare dło­nie.

– Moja wyprawa zakoń­czona – rzekł. – W końcu odna­la­złem San­gra­ala.

Pani Whi­ta­ker ścią­gnęła wargi.

– Zechcesz pod­nieść fili­żankę i spode­czek?

Galaad z prze­pra­sza­jącą miną posłu­chał.

– Nie. Raczej nie – oznaj­miła pani Whi­ta­ker. – Podoba mi się tam, gdzie jest. Ide­al­nie pasuje pomię­dzy psem i zdję­ciem mojego Henry’ego.

– Aza­liż pra­gniesz złota? Czy tak? Pani, mogę ci przy­nieść złoto…

– Nie – rze­kła pani Whi­ta­ker. – Dzię­kuję, nie chcę żad­nego złota. To mnie nie inte­re­suje.

Odpro­wa­dziła Gala­ada do fron­to­wych drzwi.

– Miło cię było poznać.

Koń prze­chy­lał głowę nad ogro­dze­niem, sku­biąc płatki gla­dioli. Tuż obok na chod­niku stała grupka dzieci z sąsiedz­twa.

Galaad wyjął z torby kilka bry­łek cukru i zade­mon­stro­wał naj­od­waż­niej­szym dzie­ciom, jak się karmi konia. Dzieci zachi­cho­tały, kolejno uno­sząc wypro­sto­wane dło­nie. Jedna z dziew­czy­nek pogła­dziła koń­skie chrapy.

Galaad jed­nym płyn­nym ruchem wsko­czył na sio­dło. Obaj – koń i rycerz – odje­chali uliczką Haw­thorne Cre­scent.

Pani Whi­ta­ker odpro­wa­dziła ich wzro­kiem. Potem wes­tchnęła i wró­ciła do domu.

Week­end upły­nął jej spo­koj­nie.

W sobotę poje­chała auto­bu­sem do Mares­field, by odwie­dzić swego sio­strzeńca Ronalda, jego żonę Eupho­nię i ich córki, Cla­rissę i Dil­lian. Zawio­zła im cia­sto z porzecz­kami, domo­wej roboty.

W nie­dzielę rano pani Whi­ta­ker poszła do kościoła. Kościół para­fialny Świę­tego Jakuba Młod­szego był jak na jej gust nieco zanadto w stylu: „Nie myśl o tym budynku jak o kościele, lecz jak o miej­scu, w któ­rym możesz spo­ty­kać się z podob­nymi sobie przy­ja­ciółmi”. Lubiła jed­nak pro­bosz­cza, wie­leb­nego Bar­tho­lo­mew, jeśli tylko nie grał aku­rat na gita­rze. Po mszy przez chwilę miała ochotę wspo­mnieć, że w jej salo­nie stoi Święty Graal, ale po namy­śle zre­zy­gno­wała.

W ponie­dzia­łek rano pani Whi­ta­ker pra­co­wała wła­śnie w ogro­dzie na tyłach domu, na grządce z zio­łami. Była z niej nie­zmier­nie dumna: kope­rek, wer­bena, mięta, roz­ma­ryn, tymia­nek i cały zagon pie­truszki. Klę­czała wła­śnie na ziemi i ple­wiła w gru­bych zie­lo­nych ogro­do­wych ręka­wi­cach. Zbie­rała też pomrowy i wkła­dała do pla­sti­ko­wego worka. Jeśli cho­dzi o pomrowy, pani Whi­ta­ker miała nie­zmier­nie mięk­kie serce. Zano­siła je na sam tył ogrodu, gra­ni­czący z linią kole­jową, i prze­rzu­cała przez siatkę.

Ścięła nieco pie­truszki na sałatkę. W tym momen­cie usły­szała czy­jeś kaszl­nię­cie. Tuż za nią stał Galaad: wysoki i piękny. Jego zbroja lśniła w poran­nym słońcu. W dło­niach trzy­mał długą paczkę owi­niętą natłusz­czoną skórą.

– Wró­ci­łem – rzekł.

– Witaj – odparła pani Whi­ta­ker. Wstała powoli i zdjęła ręka­wice. – Cóż – dodała – skoro już tu jesteś, mógł­byś mi pomóc.

Wrę­czyła mu worek pełen pomro­wów i pole­ciła prze­rzu­cić je przez ogro­dze­nie.

Posłu­chał.

Potem ruszyli do kuchni.

– Her­baty czy lemo­niady?

– To samo co pani – odparł Galaad.

Pani Whi­ta­ker wyjęła z lodówki dzba­nek domo­wej lemo­niady i wysłała Gala­ada, by zerwał gałązkę mięty. Wybrała dwie wyso­kie szklanki. Sta­ran­nie umyła miętę, wło­żyła kilka liści do każ­dej szklanki i nalała lemo­niady.

– Czy twój koń czeka na zewnątrz?

– O, tak. Nazywa się Griz­zel.

– I przy­pusz­czam, że przy­by­wasz z daleka?

– Z bar­dzo daleka.

– Rozu­miem – mruk­nęła pani Whi­ta­ker.

Wyjęła spod zlewu błę­kitną pla­sti­kową miskę. Do połowy napeł­niła ją wodą. Galaad wyniósł miskę Griz­ze­lowi. Odcze­kał, aż koń się napije, i oddał pani Whi­ta­ker puste naczy­nie.

– A zatem – rze­kła – przy­pusz­czam, że wciąż szu­kasz Gra­ala?

– Zaprawdę, na­dal szu­kam San­gra­ala. – Galaad wziął z pod­łogi skó­rzany paku­nek, poło­żył go na sto­liku dese­ro­wym i roz­wi­nął. – W zamian ofe­ruję ci, pani, to.

To był miecz. Jego klinga liczyła sobie nie­mal cztery stopy dłu­go­ści. Wyryto na niej słowa i ele­ganc­kie sym­bole. Ręko­jeść miał srebrno-złotą, zwień­czoną wiel­kim szla­chet­nym kamie­niem.

– Bar­dzo ładny – powie­działa z powąt­pie­wa­niem pani Whi­ta­ker.

– Oto miecz Bal­mung – oznaj­mił Galaad – wykuty przez kowala Way­landa u zara­nia dzie­jów. Jego bliź­nia­czy brat to Flam­berge. Ten, kto go nosi, jest nie­po­ko­nany w bitwie, nie­zwy­cię­żony, nie­zdolny do czy­nów tchórz­li­wych i nik­czem­nych. W ręko­je­ści osa­dzono sar­do­nyks Bir­cone, chro­niący wła­ści­ciela przed tru­ci­zną wrzu­coną do wina bądź piwa i przed zdradą przy­ja­ciół.

Pani Whi­ta­ker zer­k­nęła na miecz.

– Musi być bar­dzo ostry – mruk­nęła po chwili.

– Może prze­ciąć na pół spa­da­jący włos. Wię­cej, nawet pro­mień słońca – oznaj­mił z dumą Galaad.

– Może zatem lepiej by było, gdy­byś go odło­żył – zapro­po­no­wała pani Whi­ta­ker.

– Nie chcesz go, pani? – Galaad był wyraź­nie zawie­dziony.

– Nie, dzię­kuję – odparła pani Whi­ta­ker.

Nagle pomy­ślała, że jej nie­ży­ją­cemu mężowi, Henry’emu, miecz mógłby się spodo­bać. Powie­siłby go na ścia­nie w gabi­ne­cie obok wypcha­nego kar­pia, któ­rego zła­pał w Szko­cji, i poka­zy­wałby gościom.

Galaad ponow­nie okrył ostrze Bal­munga natłusz­czoną skórą i obwią­zał bia­łym sznu­rem. Sie­dział bez ruchu nie­po­cie­szony.

Pani Whi­ta­ker zro­biła mu na drogę kanapki z serem topio­nym i ogór­kiem. Zawi­nęła je w per­ga­min. Dorzu­ciła jabłko dla Griz­zela. Galaad spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z pre­zentu.

Poma­chała im na do widze­nia.

Tego popo­łu­dnia wsia­dła do auto­busu i poje­chała do szpi­tala spo­tkać się z panią Per­kins, która wciąż leżała w łóżku z cho­rym bio­drem. Bie­dac­two. Pani Whi­ta­ker przy­nio­sła jej domowy keks, choć wyeli­mi­no­wała z prze­pisu orze­chy. Zęby pani Per­kins nie były już tak mocne, jak kie­dyś.

Wie­czo­rem pooglą­dała przez krótką chwilę tele­wi­zję. Wcze­śnie poło­żyła się spać.

We wto­rek zadzwo­nił listo­nosz. Pani Whi­ta­ker sprzą­tała wła­śnie w skła­dziku na stry­chu. I choć zeszła na dół, jej powolne, ostrożne kroki spra­wiły, że nie zdą­żyła. Listo­nosz zosta­wił wia­do­mość, iż pró­bo­wał dostar­czyć paczkę, ale nikogo nie zastał.

Pani Whi­ta­ker wes­tchnęła.

Wło­żyła awizo do torebki i ruszyła na pocztę.

Paczkę nadała jej sio­strze­nica, Shi­relle, miesz­ka­jąca w Syd­ney w Austra­lii. W środku były zdję­cia jej męża Wal­lace’a i dwóch córek, Dixie i Vio­let, oraz owi­nięta w watę muszla.

Pani Whi­ta­ker miała w sypialni kilka ozdob­nych muszel. Na jej ulu­bio­nej wyma­lo­wano ema­lią wido­czek z Baha­mów. Dostała ją w pre­zen­cie od sio­stry Ethel, która zmarła w 1983 roku.

Scho­wała muszlę i zdję­cia do torby na zakupy, a że była już w oko­licy, po dro­dze do domu zaj­rzała do sklepu Oxfam.

– Dzień dobry, pani W. – powi­tała ją Marie.

Pani Whi­ta­ker przyj­rzała się jej. Marie miała usta poma­lo­wane szminką (co prawda odcień nie­zu­peł­nie jej paso­wał, a sama szminka nie została zbyt fachowo nało­żona, ale – pomy­ślała pani Whi­ta­ker – to już jakiś począ­tek) i ele­gancką spód­nicę. Efekt był powa­la­jący.

– Witaj, moja droga – powie­działa pani Whi­ta­ker.

– W zeszłym tygo­dniu był u nas męż­czy­zna i pytał o ten dro­biazg, który pani kupiła. Tam­ten meta­lowy kie­lich. Powie­dzia­łam, gdzie mógłby panią zna­leźć. Nie ma pani nic prze­ciw temu, prawda?

– Nie, moja droga – odparła pani Whi­ta­ker. – Już mnie zna­lazł.

– Był super. Naprawdę super. – Marie wes­tchnęła z żalem. – Strasz­nie mi się podo­bał. Miał też wiel­kiego siwego konia i w ogóle – dokoń­czyła.

Pani Whi­ta­ker zauwa­żyła z apro­batą, że dziew­czyna trzyma się bar­dziej pro­sto.

Na półce zna­la­zła nowy romans – Jej pory­wa­jąca namięt­ność, wydaw­nic­twa Mills & Boon. Zabrała go, choć nie skoń­czyła jesz­cze dwóch poprzed­nich.

Pod­nio­sła też Romanse i legendy rycer­skie i otwo­rzyła. Książka pach­niała ple­śnią. Na pierw­szej stro­nie czer­wo­nym atra­men­tem wypi­sano sta­ran­nie: EX LIBRIS RYBAK.

Pani Whi­ta­ker odło­żyła książkę.

Gdy wró­ciła do domu, Galaad już na nią cze­kał. Woził kolejno dzieci z sąsiedz­twa na grzbie­cie Griz­zela.

– Cie­szę się, że cię widzę – oznaj­miła. – Mam kilka pudeł, które trzeba prze­su­nąć.

Zapro­wa­dziła go do schowka na pod­da­szu. Galaad posłusz­nie prze­su­nął stare walizki, aby mogła dostać się do sto­ją­cej z tyłu szafy.

Wszystko wokół pokry­wała gruba war­stwa kurzu.

Pani Whi­ta­ker zatrzy­mała go tam przez więk­szość popo­łu­dnia. Prze­su­wał rze­czy, pod­czas gdy ona ście­rała kurz.

Na jed­nym policzku miał ranę. Nieco sztywno poru­szał ręką.

Pod­czas porząd­ków roz­ma­wiali. Pani Whi­ta­ker opo­wie­działa mu o swym nie­ży­ją­cym mężu, Hen­rym. O tym, że spła­ciła dom z ubez­pie­cze­nia i że ma mnó­stwo rze­czy, ale nikogo, komu mogłaby je zosta­wić, chyba że Ronal­dowi i jego żonie, ale oni lubią wyłącz­nie nowo­cze­sne przed­mioty. Opo­wie­działa, jak poznała męża pod­czas wojny, gdy Henry słu­żył w ochot­ni­czej służ­bie prze­ciw­lot­ni­czej, a ona nie dość szczel­nie zacią­gnęła zasłony w kuchni pod­czas zaciem­nie­nia. Mówiła o potań­ców­kach za sześć pen­sów, o tym, jak wybrali się razem do Lon­dynu, gdy skoń­czyła się wojna, i jak pierw­szy raz skosz­to­wała wina.

Galaad opo­wie­dział pani Whi­ta­ker o swo­jej matce Ela­ine, nie­sta­łej i sza­lo­nej, a do tego cza­row­nicy. O dziadku, królu Pel­le­sie, dobrym, lecz nieco roz­ko­ja­rzo­nym, i o mło­do­ści spę­dzo­nej w zamku Bliant na Wyspie Rado­ści. A także o ojcu, w owym cza­sie kom­plet­nie sza­lo­nym, któ­rego znał pod przy­dom­kiem „Le Che­va­lier Mal Fet”. W rze­czy­wi­sto­ści był to Lan­ce­lot z Jeziora, naj­więk­szy z ryce­rzy, prze­brany i pozba­wiony rozumu. Mówił też o cza­sach, które spę­dził jako gier­mek w Came­lo­cie.

O pią­tej po połu­dniu pani Whi­ta­ker rozej­rzała się po schowku i uznała, iż panu­jący w nim porzą­dek zasłu­guje na jej apro­batę. Otwo­rzyła okno, by prze­wie­trzyć pomiesz­cze­nie, po czym razem zeszli na dół do kuchni, gdzie nasta­wiła wodę.

Galaad usiadł za sto­łem.

Roz­wią­zał wiszącą u pasa skó­rzaną sakwę i wyjął z niej okrą­gły biały kamień wiel­ko­ści kuli do kry­kieta.

– Pani – rzekł. – To dla cie­bie, jeśli oddasz mi San­gra­ala.

Pani Whi­ta­ker pod­nio­sła kamień. Był cięż­szy, niż na to wyglą­dał. Unio­sła go do świa­tła. W mlecz­no­bia­łym, pół­prze­zro­czy­stym wnę­trzu poły­ski­wały srebrne iskierki odbi­ja­jące pro­mie­nie popo­łu­dnio­wego słońca. Kamień wyda­wał się cie­pły w dotyku.

Gdy go tak trzy­mała, ogar­nęło ją dziwne uczu­cie. W głębi ducha poczuła wszech­ogar­nia­jący spo­kój. Pokój ducha – oto wła­ściwe okre­śle­nie. Czuła uko­je­nie.

Nie­chęt­nie odło­żyła kamień na stół.

– Bar­dzo ładny – mruk­nęła.

– To Kamień Filo­zo­ficzny, który nasz pra­oj­ciec Noe zawie­sił na Arce, by rzu­cał świa­tło w chwi­lach naj­głęb­szego mroku. Kamień ów potrafi prze­mie­niać zwy­kłe metale w złoto. Ma też inne cechy – oświad­czył z dumą Galaad. – A to nie wszystko. Mam jesz­cze coś. Pro­szę. – Wyjął z sakwy jajko i wrę­czył jej.

Jajko było wiel­ko­ści jaja gęsiego: lśniące, czarne, pokryte szkar­łat­nymi i bia­łymi cęt­kami. Gdy pani Whi­ta­ker go dotknęła, wło­ski na jej karku zje­żyły się nagle. Natych­miast poczuła ogar­nia­jące ją cie­pło i poczu­cie wol­no­ści. Usły­szała trzask odle­głych pło­mieni. Przez uła­mek sekundy wydało się jej, że szy­buje nad świa­tem, wznosi się i opada na ogni­stych skrzy­dłach.

Odło­żyła jajko na stół obok Kamie­nia Filo­zo­ficz­nego.

– To Jajo Feniksa – rzekł Galaad. – Pocho­dzi z odle­głej Ara­bii. Pew­nego dnia wykluje się z niego Feniks. A gdy nadej­dzie czas, ptak zbu­duje sobie pło­mienne gniazdo, złoży jajko i umrze, by odro­dzić się w ogniu w póź­niej­szej erze świata.

– Tak mi się wła­śnie zda­wało – powie­działa pani Whi­ta­ker.

– I wresz­cie, o pani – dodał Galaad – przy­nio­słem ci to.

Wyjął coś z sakwy i wrę­czył jej. To było jabłko, naj­wy­raź­niej wyrzeź­bione z jed­nego wiel­kiego rubinu, z bursz­ty­no­wym ogon­kiem.

Nieco ner­wowo ujęła je w dłoń. Zda­wało się mięk­kie, złud­nie deli­katne. Jej palce naru­szyły rubi­nową powierzch­nię. Krwi­sto­czer­wony sok spły­nął po dłoni pani Whi­ta­ker.

W kuchni roz­szedł się nie­mal nie­do­strze­galny magiczny zapach let­nich owo­ców: malin, brzo­skwiń, tru­ska­wek i czer­wo­nych porze­czek. Jakby z daleka doszły ją głosy nucące pieśń do wtóru odle­głej muzyki.

– To jedno z jabłek Hespe­ryd – powie­dział cicho Galaad. – Jeden kęs ule­czy każdą cho­robę bądź ranę, nie­ważne jak głę­boką. Drugi przy­wraca mło­dość i urodę. Trzeci daje życie wieczne.

Pani Whi­ta­ker obli­zała lepki sok z pal­ców. Sma­ko­wał niczym naj­lep­sze wino.

W jed­nym momen­cie powró­ciła do niej prze­szłość. Przy­po­mniała sobie, jak to jest być młodą, mieć jędrne, szczu­płe ciało słu­cha­jące wszel­kich pole­ceń. Biec wiej­ską dróżką z rado­ścią nie­godną damy. Dostrze­gać uśmie­chy męż­czyzn pozdra­wia­ją­cych ją, bo jest szczę­śliwa, jest sobą.

Pani Whi­ta­ker spoj­rzała na sir Gala­ada, naj­sza­now­niej­szego z ryce­rzy, sie­dzą­cego w jej kuchni w całym swym splen­do­rze.

Wes­tchnęła.

– To wszystko, co ci przy­nio­słem, pani – oznaj­mił Galaad. – Nie­ła­two było mi to zdo­być.

Pani Whi­ta­ker odło­żyła rubi­nowy owoc na stół. Przyj­rzała się uważ­nie Kamie­niowi Filo­zo­ficz­nemu, Jaju Feniksa i Jabłku Życia.

Potem podrep­tała do salonu i spoj­rzała na komi­nek, na małego por­ce­la­no­wego bas­seta, Świę­tego Gra­ala i zdję­cie nie­ży­ją­cego męża Henry’ego, z nagim tor­sem, uśmiech­nię­tego, pała­szu­ją­cego lody w czerni i bieli, nie­mal czter­dzie­ści lat wcze­śniej.

Wró­ciła do kuchni. Czaj­nik zaczął już gwiz­dać. Nalała do imbryka odro­binę paru­ją­cej wody, prze­płu­kała go i wylała wrzą­tek. Następ­nie wsy­pała dwie łyżeczki her­baty i dodat­kowo jedną do imbryka. Wlała resztkę wody. Wszystko to robiła w mil­cze­niu.

W końcu odwró­ciła się do Gala­ada i spoj­rzała na niego.