Uśmiech - Cezary Harasimowicz - ebook + książka

Uśmiech ebook

Cezary Harasimowicz

3,8

Opis

Tekla jest naburmuszona i smutna. Po śmierci mamy, Uśmiech całkiem zniknął z jej twarzy. Dziewczynka mierzy się z zalewającym ją smutkiem, gdy w jej życie wkracza tajemnicza Pani z Bilboardu. Od tej chwili rozpoczyna się pełna zwrotów akcji, nieco szalona i niezwykła przygoda Tekli.
Uśmiech” to opowieść o przezwyciężaniu trudów i smutków, o poszukiwaniu szczęścia. To także historia, która uczy, że każdy dzień jest szansą na odnalezienie uśmiechu, tego prawdziwego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt okładki i ilustracje: JOANNA RUSINEK
Zdjęcie Autora na okładce: PIOTR GAMDZYK
Redaktor prowadzący: MONIKA KOCH
Redakcja: MARYNA WIRCHANOWSKA
Korekta: ANNA WŁODARKIEWICZ, JADWIGA PRZECZEK, TERESA ZIELIŃSKA
Skład i DTP: KAMIL PRUSZYŃSKI
© Copyright for text by Cezary Harasimowicz, 2017 © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2017 All rights reserved
Cytat z książki C. S. Lewisa Lew, czarownica i stara szafa w przekładzie Andrzeja Polkowskiego został użyty dzięki uprzejmości Wydawnictwa Media Rodzina. ©Media Rodzina
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-346-6
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Nazywam się Tekla. Co za beznadziejne imię... Podobno po prababci, ale co mnie to obchodzi? Już w przedszkolu wszyscy się ze mnie śmiali: „Tekla do piekła!”. Tak, już od młodszych średniaków byłam zła na cały świat, bo wydawało mi się, że wszyscy mnie wyśmiewają. „Tekla, uśmiechnij się!”, „Tekla, dlaczego jesteś jak chmura?”, „Tekla, przecież nie możesz przez cały czas być naburmuszona!”. Na-bur-mu-szo-na. Co za beznadziejne słowo... Wszystko w ogóle było beznadziejne. Głupie pocieszanie, że słoneczko, że za tydzień wakacje, że wygrałam w Angry Birds. Angry Birds... Co za beznadziejna gra... Jak można strzelać ptakami do świń? Beznadziejne.

Najbardziej beznadziejne było to, że moja mama wpadła pod samochód. Od tego momentu nie tylko ja całkowicie przestałam się uśmiechać. Przestał się też uśmiechać mój tata. Nasze uśmiechy na zawsze poleciały za nią do nieba. Nie miałam mamy. Mojej mamy, która uśmiechała się najpiękniej na świecie. Teraz bardzo żałuję, że byłam przez cały czas naburmuszona.

Tamtego dnia (to było na wiosnę, kiedy jest pora truskawek) jechaliśmy z tatą metrem. Metrem. Bo tata powiedział, że nienawidzi samochodów. Chyba rozumiecie dlaczego, prawda? Już nie pamiętam, na której to było stacji. Wszystko jedno. Prawie na każdej stacji ta pani wyszczerzała do nas zęby z bilbordu. Białe, równiutkie zęby. Białe, bo umyte jakąś beznadziejną pastą do zębów. Uśmiechała się tym swoim beznadziejnie głupim uśmiechem, żeby każdego namówić do kupna tej beznadziejnej pasty.

– Co się tak beznadziejnie uśmiechasz? – szepnęłam do niej.

– Bo mi za to płacą – wyjaśniła.

– Wariatka – powiedziałam. – Świat zwariował. Żeby uśmiechać się za pieniądze?

– Pomóż mi, Tekla. Jestem już tak potwornie zmęczona tym uśmiechem, że nie mogę wytrzymać – poprosiła.

– Popatrz na mnie – odpowiedziałam. – Ja się w ogóle nie uśmiecham. Przecież to dosyć proste. Wystarczy, że pomyślisz o czymś strasznym, i przestaniesz się uśmiechać.

– Na przykład? – spytała Pani z Bilbordu.

– Na przykład, że masz na imię Tekla. Tak jak ja.

Pani z Bilbordu wybuchnęła śmiechem i jej usta jeszcze bardziej się rozszerzyły, ukazując bielutkie zęby umyte tą beznadziejną pastą.

– Są chyba straszniejsze rzeczy, niż mieć na imię Tekla!

– No oczywiście. Na przykład to, że rok temu moją mamę przejechał samochód.

I wiecie co? Nagle ta pani zrobiła taki grymas, że coś okropnego. Niby nie uśmiech, a jednak uśmiech, ale potworny. Aż krzyknęłam.

– Co się stało? – zaniepokoił się tata. – Z kim ty rozmawiasz?

– Z Panią z Bilbordu, która się tak beznadziejnie uśmiecha.

– Aha – powiedział smutno tata, a jego usta zacisnęły się w równą kreskę, jak zapięte na zamek błyskawiczny.

Lubiłam, gdy tata przychodził do mnie, żeby mi powiedzieć „dobranoc”. Robił to, odkąd nie było mamy (bo przedtem to ona do mnie przychodziła i życzyła mi dobrej nocy). Krótko mówiąc, było mi przyjemnie, kiedy tata pochylił się nade mną i położył mi na głowie ciepłą dłoń jak kiedyś mama.

– Umyłaś ząbki, kochanie? – zapytał.

– Mhm. Możesz już iść, tato. Sama zasnę – odpowiedziałam, ale tata nie poszedł, tylko trzymał ciepłą dłoń na mojej głowie i uważnie patrzył mi w oczy. Nawet zobaczyłam w jego spojrzeniu taką jakby małą kreseczkę niepokoju. I nie chodziło wcale o to, czy umyłam „ząbki” (beznadziejne zdrobnienie – ząbki), tylko o to, że to pytanie skojarzyło mu się z ową beznadziejną Panią z Bilbordu i jej beznadziejną pastą do zębów, i z tym jej beznadziejnym uśmiechem.

– Ale... – zaczął smutno tata, a ja mu przerwałam, bo nie chciałam, żeby był jeszcze bardziej smutny:

– Nie bój się o mnie. Nie będę miała dziś złych snów. Obiecuję.

– Zostawię otwarte drzwi.

– Zostaw uchylone – odpowiedziałam i szybko dodałam: – Może ktoś w nocy do mnie przyjdzie.

To nie była najmądrzejsza odpowiedź, bo tata pokiwał głową z jeszcze większym smutkiem. Pocałował mnie w czoło, zupełnie tak jak mama. Już był przy drzwiach, kiedy go zatrzymałam.

– Tato.

– Tak?

– Zapomniałeś o czymś.

No bo zapomniał. A mama przecież nigdy o tym nie zapominała.

– Ach, tak. Kocham cię – przypomniał sobie.

Tata stał w progu, jakby się do niego przykleił.

– No? Ty też o czymś zapomniałaś.

– Przecież wiadomo, że cię kocham. Idź już.

Tak było z mamą. Najpierw mama mówiła, że mnie kocha, a potem ja mówiłam, że kocham ją. Taka spoko wymiana „kocham”. Bardzo fajna rzecz.

Tata w końcu odkleił się od progu i poszedł do siebie. Zostawił uchylone drzwi. Wtedy popatrzyłam na fotografię mamy z przyczepioną czarną wstążeczką. Ramka stała na szafce nocnej, takiej z jasnego drewna. I wydawało mi się, że mama uśmiecha się do mnie z tej fotografii. Ale nie jestem pewna, czy tak było naprawdę, czy tylko mi się wydawało. Wtedy wydarzyło się coś dziwnego – jakby smuga światła wkradła się przez uchylone drzwi. A w tej smudze pojawił się – o rany! – cień...

Wstałam z łóżka i chciałam sprawdzić, kto rzuca ten cień. Drzwi lekko zaskrzypiały. Wysunęłam głowę za framugę. Cień był taki gęsty jak klej albo syrop klonowy, tylko że czarny. Wysunęłam rękę, żeby go dotknąć. I nagle – cap! – coś mnie chwyciło za dłoń. Od razu pomyślałam, że to ten cień, no bo co innego? Ale czyj cień? No czyj? Potworne ciarki przeleciały mi po całym ciele. Od góry do dołu, od czubka głowy po pięty. To coś, co mnie trzymało, było śliskie i obrzydliwe. Chwyciło mnie wpół i pociągnęło w stronę drzwi na klatkę schodową. Popchnęło na schody i szur po nich, aż mi wszystkie kości zatrzeszczały. To coś wyciągnęło mnie na podwórko. W oknie na parterze sterczała pani Trzebiatowska. Ona zawsze sterczy w oknie, bo jest bardzo ciekawska. Nawet w nocy. Pani Trzebiatowska cierpi na bezsenność.

– A dokąd to, Tekla, po nocy? – spytała, opierając łokcie o parapet (zawsze tak robi).

– Ratunku! – krzyknęłam.

– Jakie „ratunku”? – Głos pani Trzebiatowskiej brzmiał tak, jakby się nic nie stało.

– Niech mnie pani ratuje, pani Trzebiatowska!

– Przed czym?

– Coś chce mnie porwać!

Nie kłamałam. To coś szarpało mną na wszystkie strony.

– Co? Co chce cię porwać, Tekla? – spytała pani Trzebiatowska, tonem, jakby czytała w internecie prognozę pogody, to znaczy zapowiedź, że będzie tylko lekkie zachmurzenie.

– Nie wiem... coś... Nie widzi pani?

– Nic nie widzę. Wracaj do domu i do łóżka. Nie wiesz, że dzieci nie włóczą się po nocy?

– Ale ja nie mogę, bo coś chce mnie porwać! Niech mnie pani ratuje!!!

– Niech cię twoja mama ratuje.

– Przecież ja nie mam mamy! – odkrzyknęłam i nawet wcale mi się nie chciało płakać, bo aż mną trzęsło z przerażenia, a kiedy człowiek jest strasznie przerażony, to mu chyba wysychają łzy.

– To zawołaj tatę na pomoc.

Otworzyłam buzię, żeby zawołać tatę, ale to coś lepkiego zatkało mi usta i pociągnęło z całej siły w stronę ulicy. Odwróciłam głowę, żeby zobaczyć, co to jest to coś. Nic nie zobaczyłam, za to poczułam, że z wielką siłą wylatuję w powietrze, nad nasze miasto, nad Warszawę. Zobaczyłam wieżowce i ulice oświetlone pomarańczowymi latarniami. Widok wcale, ale to wcale nie był przyjemny. Najbardziej nieprzyjemnie było, kiedy przelatywałam nad iglicą Pałacu Kultury. Myślałam, że czubek tej iglicy mnie dosłownie rozpruje. Na szczęście przeleciałam jakieś dziesięć centymetrów nad nim. Potem coś popchnęło mnie mocno w stronę Wisły. Bardzo się przestraszyłam, bo co prawda umiem pływać (mama mnie nauczyła), ale co innego w jeziorze albo na basenie, a co innego w rzece, gdzie jest prąd i wiry (zawsze uważajcie, kąpiąc się w rzece). Już, już to coś miało mnie wrzucić do czarnej wody, gdy nagle – ciach! – coś świsnęło koło mojego ucha. Nie wiedziałam, co to, ale po chwili się zorientowałam. To był miecz. Miecz warszawskiej Syrenki. Wiecie, warszawska Syrenka pilnuje Warszawy z brzegu Wisły, obok mostu (teraz z nerwów zapomniałam, jak się ten most nazywa, aha, Świętokrzyski). Ciach! Ciach! Ciach! Syrenka wymachiwała mieczem. Ale nie po to, żeby mnie nim zranić, tylko żeby mnie odciąć od tego czegoś, co mnie porwało.

– Nie daj się, Tekla! – krzyknęła Syrenka, machając mieczem.

To coś jeszcze mocniej mnie chwyciło i chciało rzucić w czarną wodę. Syrenka z ogromnym wysiłkiem walczyła o mnie, ale nie mogła się ruszyć, bo była przytwierdzona do cokołu. Zresztą nawet gdyby się od niego oderwała, nic by nie zdziałała, bo przecież nie umiała latać (widziałam kiedyś na obrazku syrenki ze skrzydłami, ale ta ich nie miała). A do tego Syrenka nie ma nóg, tylko rybi ogon.

– Tekla, szarpnij się w moją stronę!

Ciach! Świsnęło ostrze miecza. Szarpnęłam się, ale bez skutku. To coś już, już miało rzucić mną jak kamieniem w nurt czarnej Wisły...

– Nie mogę! – krzyknęłam. – Nie mam siły!

– Pomyśl sobie o czymś, co ci może dać siłę!

– O czym?!

– Nie wiem! – odkrzyknęła Syrenka.

I wtedy stanęła mi przed oczami mama. Ale nie tak ogólnie, tylko konkretnie. Mama zawsze czesała się z przedziałkiem na środku głowy i miała taki niewielki pieprzyk na brodzie z lewej strony. I miała też drobne zmarszczki wokół oczu i bardzo się nimi martwiła, że niby zaczyna się starzeć. A ja mamie mówiłam, że to nie są zmarszczki od starości, tylko od uśmiechu. Aha, ale konkretnie. Konkretnie to mama pojawiła się w moich myślach taka, jaka przychodziła do mnie na dobranoc. Pochylała się i jej włosy tak miło mnie muskały po buzi. I wiecie co? Pomogło. Kiedy mama stanęła mi przed oczami, szarpnęłam się tak mocno, że wysmyknęłam się trochę temu czemuś lepkiemu. I wtedy Syrenka świsnęła mieczem. To coś zawyło potwornie, aż się zatrzęsły wszystkie kamienice na Starówce. Upadłam na pupę przed Syrenką. I jęknęłam:

– Ufff. Dziękuję.

– Spoko – odpowiedziała Syrenka. – Jestem tutaj, żeby, no wiesz... Jestem, żeby pomagać takim jak ty.

– Takim jak ja? Czyli?

– Czyli takim, którzy sobie nie radzą – odrzekła.

– Z czym sobie nie radzą?

– Ze Smutkiem.

– Ale ja sobie świetnie radzę ze smutkiem – odparłam.

– No właśnie widziałam – prychnęła.

– Chcesz powiedzieć, że...

– Tak – przerwała mi Syrenka. – To, co cię porwało, to był Smutek.

Otworzyłam usta ze zdziwienia. I w tym momencie z ciemności wynurzył się Smutek, z takim samym świstem, z jakim w wojennych filmach świszczą kule. Znów poczułam, jak obejmuje mnie okropna lepkość i ciągnie w stronę rzeki.

Obudził mnie mój własny krzyk. Byłam mokra od potu. Najbardziej na głowie. Włosy mi się pozlepiały.

– Tekla. Obudź się, kochanie.

Tata pochylał się nade mną. Na początku nie bardzo wiedziałam, że to jest tata, ale po chwili się zorientowałam.

– Miałaś zły sen.

– Ktoś tu był – odpowiedziałam, bo wydawało mi się, że naprawdę ktoś był w moim pokoju. Ale po chwili przypomniał mi się sen i uświadomiłam sobie, że śnił mi się Smutek.

Tata westchnął, a jego usta jakoś dziwnie się wykrzywiły.

– Nie... Nikogo nie było. Śpij już, śpij, kochanie – powiedział i przyłożył mi ciepłą dłoń do mokrego czoła. Jego usta wykrzywiły się jeszcze bardziej.

Następnego dnia tata zaprowadził mnie do pani doktor, do której chodził regularnie po śmierci mamy. Ja jej nie lubiłam, tej pani doktor, bo wypytywała mnie o rzeczy, o których nie chciałam mówić.

– Tekla? – spytała pani doktor, patrząc na mnie niby miło, ale to wcale nie było miłe.

– Mhm – odpowiedziałam. Zawsze odpowiadam „mhm”, kiedy mnie coś wkurza albo kiedy nie chce mi się gadać.

– Czy ty się nigdy nie uśmiechasz, kochanie? – spytała pani doktor, a ja sobie pomyślałam, żeby, kurczę, tak mnie nie kochaniowała, bo wcale nie jestem dla niej żadne „kochanie”.

– Nie, panie doktorze – odpowiedziałam.

Pani doktor chrząknęła i posłała mi uśmiech tak sztuczny, że o rany. Coś absolutnie beznadziejnego.

– To jest PANI doktor, Teklo – poprawił mnie tata.

– Zostawmy to – odrzekła pani doktor, a ten fałszywy uśmiech nie schodził z jej wymalowanych ust, jakby był przyklejony butaprenem. Wiecie, co to jest butapren? Taki klej do butów, który beznadziejnie śmierdzi.

– A powiedz mi, kochanie – ciągnęła pani doktor – czy to prawda, że rozmawiałaś z kimś, kogo nie było?

– Nie rozumiem, panie doktorze – odpowiedziałam.

Pani doktor popatrzyła na tatę i na jego zmarszczone czoło. Zrobiło się jakoś głupio w tym gabinecie, a ja wiedziałam, że to właśnie przeze mnie. No i dobrze.

– Twój tata powiedział, że... Podobno wydaje ci się, że ktoś do ciebie mówi z bilbordu czy coś.

– Nic mi się nie wydaje. Tak było. Rozmawiałam z Panią z Bilbordu, która reklamuje pastę do zębów.

Pani doktor zastanawiała się przez chwilę, coś zanotowała w notesie oprawionym w czarną skórę, ale nie widziałam co (zresztą i tak bym nie odczytała jej bazgrołów), i spytała:

– A czy ta pani jest może podobna do twojej mamy?

– Nie, panie doktorze.

Czoło taty jeszcze bardziej się zmarszczyło.

– Aha. Masz koszmary? Śnią ci się jakieś straszne rzeczy, kochanie?

Znowu to kochaniowanie, jak Boga kocham. Odpowiedziałam głośno:

– Nie pamiętam, panie doktorze.

Skłamałam, bo co? Miałam opowiadać o Smutku ze snu?

– Aha – potwórzyła.

Przyjrzała mi się uważnie tymi swoimi zimnymi gałami, potem rzuciła spojrzenie w stronę taty i zaczęła wypisywać receptę, mówiąc:

– Zapiszemy ci tableteczki, kochanie.

„Ojej, oprócz «kochanie» jeszcze «tableteczki»” – westchnęłam w myślach, bo nie cierpię zdrobnień. Herbatka, czajniczek, kubeczek, ząbki i takie tam. Może człowieka normalnie zemdlić. Nawet na naszego dozorcę, który ma na imię Grzegorz i waży prawie dwieście kilo, pani Trzebiatowska mówi pan Grześ. Ufff... Ludzie... Mama nigdy nie mówiła o herbacie „herbatka” i o butach „buciki”. Zawsze pytała, czy umyłam zęby, a nie ząbki.

– Po co mi tabletki? – spytałam. Czujecie? Powiedziałam normalnie, „tabletki”, a nie „tableteczki”.

– Żebyś się zaczęła w końcu uśmiechać – odparła pani doktor.

– A po co mam się uśmiechać, panie doktorze?

– Tekla. To jest PANI doktor – wtrącił tata. Zmarszczka na jego czole zamieniła się w Rów Mariański.

Wiecie, co to jest Rów Mariański? Nie wiecie? To sobie wygooglujcie. Dobra, powiem: to jest takie najgłębsze miejsce na Oceanie Spokojnym. No, może trochę przesadziłam z tym porównaniem zmarszczki na czole taty do Rowu Mariańskiego, ale naprawdę to wszystko zaczęło mnie, że już nieźle wkurzać. I jak tata poprawił mnie, że „to jest PANI doktor”, odparowałam:

– Pani doktor? Z wąsami?

Bo ta pani doktor miała wąsy.

Och, jak mnie to już wszystko zaczęło wpieniać. Aż mnie coś w dołku normalnie ściskało. Jechałam z tatą metrem do szkoły, gapiąc się w okno, chociaż za szybą nic nie było widać, bo metro przecież jedzie tunelem. I tylko na stacjach coś widać. A co? No jak to co? Bilbordy z tą panią i jej beznadziejnym uśmiechem do beznadziejnej pasty do zębów. Metro zatrzymało się na stacji Centrum. To jest taka stacja, gdzie wsiada i wysiada najwięcej ludzi. Zatrzymaliśmy się więc na stacji – psssst – drzwi się otworzyły, oczywiście naprzeciw bilbordu, i Pani z Bilbordu tak do mnie powiedziała:

– To skandal. Wzięła dodatkowe sto złotych za wypisanie recepty.

– Wziął. PAN doktor wziął sto złotych za wypisanie recepty – poprawiłam ją. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale – psssst – drzwi wagonu się zamknęły i nie zdążyłam. A tata oczywiście popatrzył na mnie ze smutkiem i pewnie sobie pomyślał, że na szczęście lekarstwa są wykupione.

Bo były. I już tego samego dnia miałam je zażyć.

– Proszę – powiedział tata. Na jego dłoni połyskiwały kolorowo tabletki przepisane przez wąsatą panią doktor.

– Muszę?

– Nie musisz. Ale zrób to dla mnie, kochanie – odpowiedział tata.

Zauważyłam, że jego dłoń lekko drżała i tabletki tak minimalnie podskakiwały, jak pchły albo coś w tym stylu. I to wcale nie było śmieszne.

– Ale nie mów do mnie „kochanie” – poprosiłam, bo tym razem to kochaniowanie wcale mi się nie podobało.

– A jak mam mówić?

– Nie tak jak pani doktor.

– A! Jednak wiesz, że to PANI doktor! – zakrzyknął tata. Tabletki podskoczyły na jego dłoni jak prawdziwe pchły, daję słowo.

– Przejęzyczyłam się.

– Nie lubisz jej.

– Nie cierpię.

– Dlaczego?

Mniej więcej ze trzy sekundy zastanawiałam się, patrząc na fotografię mamy z czarną wstążeczką. Po tych trzech sekundach powiedziałam:

– Bo ona uważa, że na uśmiech są tabletki. I ma wąsy.

Teraz tata się zastanowił. Trwało to trzy sekundy, może cztery. Chyba cztery.

– Tekla... wiesz co? Umówmy się, że jeśli ci te tabletki w ciągu miesiąca nie pomogą, to je wyrzucimy do muszli klozetowej, dobra?

– I pan doktor zgoli wąsy?

– Postaram się ją namówić.

Uśmiechnął się, ale wyszło mu beznadziejnie.

– Go. JEGO namówić. No dobra... – westchnęłam i otworzyłam buzię.

Tata podał mi szklankę wody. Włożyłam tabletki do ust. Tata wstał z łóżka i położył mi jak zwykle ciepłą dłoń na głowie.

– Zostawić otwarte drzwi?

– Nie, uchylone.

Tata wyszedł, zostawiając uchylone drzwi. Tym razem nie było „kocham cię”. I dobrze. Bo co tam, trzeba oszczędzać słowa, no nie?

Wiecie, jak się robi, żeby wyglądało, że połknęliście tabletki, a tak naprawdę to ich nie połknęliście? Akurat. Nie powiem wam, bo będziecie małpować. Albo powiem. Odczekałam moment, wyjęłam z buzi tabletki i wrzuciłam je pod łóżko, pod dywanik. Bardzo lubię ten dywanik. Jest stary i przetarty. Podobno po prababci. Podobno perski. Wiecie, gdzie była Persja? Tam, gdzie teraz jest Iran. Wygooglujcie sobie. W każdym razie, jak byłam zupełnie mała, lubiłam patrzeć na ten dywan (cały jest zrobiony z takich małych węzełków) i wyobrażałam sobie, że te małe węzełki to są owieczki. Kiedyś przyszło mi do głowy, że jedna mała owieczka zgubiła się mamie owcy. I mama owca szukała swojej córeczki po tym całym dywaniku kilka dni, może nawet kilkanaście. W końcu znalazła córeczkę owieczkę i wszystko się dobrze skończyło. Takie tam...

Gdy już schowałam tabletki, to na dobranoc popatrzyłam na fotografię mamy z przyczepioną czarną wstążeczką. I wtedy znowu to się wydarzyło. Smuga światła wkradła się przez uchylone drzwi, a w tej smudze pojawił się cień...

No i znowu to samo lepkie, wstrętne uczucie, że to coś chce mnie gdzieś ciągnąć i mną miotać. Nie coś, tylko Smutek. Ale tym razem zebrałam się w sobie, wystawiłam piętę z łóżka i jak nie kopnę, mówię wam, z całej siły. Stopa zanurzyła się w lepkiej mazi i pomyślałam, że ta ohydna breja zaraz mnie wciągnie. Że wpadnę w oślizły Smutek razem z głową. Ale wiecie co? Jednak podziałało.

– Aua – usłyszałam.

Smutek, a właściwie ta lepka maź rozlała się po pokoju, ale mówiła ludzkim głosem. Chrapliwym i nieprzyjemnym.

– Czego się mnie czepiasz? – spytałam.

– Ja się ciebie czepiam? To ty się mnie czepiasz, mały gnojku.

Smutek pełzł po podłodze w moim kierunku. Już zalewał perski dywanik.

– Tylko nie „gnojku”. Ja się ciebie czepiam? – obruszyłam się.

– Nooo aaa nieee? – zabulgotał Smutek.

– Niby jak?

– Nie umieszszsz sssię nawet uśśśmiechać. Ani trochę – zasyczał Smutek.

– Może umiem, tylko mi się nie chce – ja na to.

Cofnęłam się, bo to oślizłe obrzydlistwo już wślizgiwało się na moje łóżko.

– Ciekaaawe, dlaaaczego nie chce ci się uśmiechaaać – wycharczał.

– Głupie pytanie. Nie mam już do kogo się uśmiechać. – Czułam, jak moje spocone plecy przylepiają się do ściany.

– Masz cały świat do uśmiechania – wypluł z siebie Smutek.

– Cały świat jest beznadziejny.

– Ooooo właaaśnieee! To jest hasło, którym zawsze możesz mnie przywołać, Teeeklooo!!! – zahuczał.

A ja już czułam, jak mnie otacza wstrętna maź. I zaraz mnie pochłonie, oblepi na amen.

Ale na szczęście się obudziłam.

Lubicie płatki owsiane? Ja nienawidzę. Są beznadziejne. A jeszcze do tego, jak wciskają ci kit, że najlepsze są takie rozmoczone, to aż mnie trzęsie z obrzydzenia.

– Muszę to jeść? – spytałam tatę.

– Dobrze by było – odpowiedział i oderwał wzrok od okna.

Za oknem nic ciekawego się nie działo, ale tata od śmierci mamy często stał przy oknie i patrzył przez nie na świat, jakby ten świat miał się zmienić albo coś w tym rodzaju.

W końcu usiadł naprzeciwko mnie z parującym kubkiem kawy. Aha, zapomniałam dodać, że to wszystko działo się w kuchni. Kuchnię mamy fajną. Całą białą. Mama pomalowała stare meble na biało i jest super. Puknęłam łyżką w miskę z tą płatkową breją i powiedziałam:

– To jest wstrętne.

– Ale zdrowe.

– Jak tabletki? – spytałam.

Tata ciężko westchnął:

– Tekla...

Wiem, wiem, że potrafię być potwornie męcząca z tymi swoimi pytaniami, ale tak mnie korci czasami, żeby zadawać jak najwięcej pytań, bo jestem ciekawa odpowiedzi. No więc wskazałam łyżką kubek taty i zadałam następne pytanie:

– A kawa jest zdrowa?

– No... nie... – wybąkał tata.

– To dlaczego ją pijesz? – Następne pytanie. A co mi tam.

Czoło taty znów się zmarszczyło. Nie, tym razem nie jak Rów Mariański (wygooglowaliście?), tylko, no... ja wiem? Trochę mniej.

– Tekla... Proszę zjeść owsiankę.

– Świrnięte jest to wszystko.

Nie mam racji? Nie jest to wszystko świrnięte? Każą nam jeść płatki, bo są zdrowe, a sami piją kawę, chociaż jest niezdrowa. Ale dobrze, już dobrze, zjadam tę owsiankę, bo tata znów stanął przy oknie i patrzył tak, jakby chciał zmienić tym swoim smutnym spojrzeniem cały świat. Zjadłam, błeee, owsiankę. Ale żeby nie było, że mi smakuje, to udawałam, że się krztuszę co drugą łyżką.

Lubię swój tornister. Jest