Usługa czysto platoniczna. Jak z samotności robi się biznes - Kromer Oktawia - ebook
BESTSELLER

Usługa czysto platoniczna. Jak z samotności robi się biznes ebook

Kromer Oktawia

4,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Co biznes ma wspólnego z miłością? Gdy spojrzeć na to na chłodno, można stwierdzić, że niewiele. Ale chłodne spojrzenie to ostatnia rzecz, na której zależy temu, kto pragnie coś sprzedać.

Bohaterami tej książki są ludzie gotowi zapłacić za erzac bliskości. Emeryci zadłużający się na produkty mające dać im „ciepło macierzyńskiej miłości”, studentka psychologii, która za zaskórniaki kupuje w pakietach „przyjacielski dotyk”, „akceptację” i „obecność”, nieśmiały uczeń „trenera podrywu” gotowy na polecenie swojego guru rzucić się w centrum handlowym z pocałunkami na przypadkową dziewczynę. Oktawia Kromer podąża szlakiem firm, które oferują klientom takie i inne zadziwiające towary i usługi. Rozmawia też z samymi przedsiębiorcami: przytulaczami, sprzedawcami ze sklepu wysyłkowego dla więźniów, swatkami, agentkami biur matrymonialnych, towarzyszką w żałobie...

Wiele z tych biznesów wzbudza niesmak. Czuć w nich cynizm, żerowanie na samotności klientów. Część przedsiębiorców ma jednak dobre intencje. A niektórzy sami są samotni. Szewc bez butów chodzi? Tak bywa i ze sprzedawcami „usługi czysto platonicznej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (125 ocen)
44
50
24
7
0
Sortuj według:
MartaMrowiec

Dobrze spędzony czas

ciekawe spojrzenie na samotność
00
Mozartowa

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka! Nie spodziewałam się, że samotność może być tak szeroko rozumiana. Świetne reportaże, mnóstwo ciekawych rzeczy, które wcześniej nawet by mi nie przyszły do głowy.
00
Tuliaszn

Z braku laku…

Mistrzostwo w rozciąganiu, rozwlekaniu i powtarzaniu. Panowie na kursach uczą się jak zaliczyć a więźniowie w czasie odsiadki się nudzą i dzwonią do sklepu. Ot samotność.
00
jusiaq

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Skłania do refleksji nad dzisiejszym światem, w którym można kupić wszystko...
00

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość(wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaże z podzielonego Cypru

Haruki Murakami Podziemie. Największy zamach w Tokio

Drauzio Varella Więźniarki

Paweł Smoleński Balagan. Alfabet izraelski (wyd. 2 zmienione)

Jan Pelczar Lecę. Piloci mi to powiedzieli

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 3)

Marta Wroniszewska Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 2)

Antonio Talia Droga krajowa numer 106. Na tajnych szlakach kalabryjskiej mafii

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji (wyd. 2)

Marek Szymaniak Zapaść. Reportaże z mniejszych miast

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Charles Deluvio / Unsplash

Copyright © by Oktawia Kromer, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Agata Błasiak

Korekta Katarzyna Mróz-Jaskuła, Elżbieta Krok

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-278-5

(…)

To będzie książka o braku.

Słownik języka polskiego PWN wskazuje, że brak to „fakt nieistnienia czegoś”, a także „wada, defekt, błąd” oraz „wyrób mający usterki”. W Wikisłowniku do definicji dodano zdjęcie wybrakowanego triforium – otworu w murze zwieńczonego trzema półkolistymi łukami. Styk dwóch łuków opiera się na bogato dekorowanej kolumnie. Ale drugi styk zawisł nad pustką – nic go nie podpiera. Podpis głosi: „brak słupka”. Można się sprzeczać, czy chodzi o kolumnę, czy o słupek, lecz ewidentnie czegoś tam brak. Wiemy to, bo to coś było tam wcześniej, a teraz już tego nie ma. Równie dobrze zdjęcie mogłoby przedstawiać garnitur zębów uszczuplony o górną jedynkę. Prosta diagnoza: brak zęba. Do takiego wniosku nie potrzeba stomatologa.

Z punktu widzenia biznesu brak to zjawisko pozytywne. Rynek ma odpowiadać na braki. Gdyby niczego nam nie brakowało, w ogóle nie wydawalibyśmy pieniędzy. Ale brakuje nam. Jednym mniej, drugim więcej, lecz ciągle nam czegoś brakuje. Te braki to nasze konsumenckie potrzeby. Bywają codzienne, jak potrzeba rozpoczęcia dnia od świeżej bułeczki z lokalnej piekarni, jeszcze ciepłej (za niecałe dwa złote). I niecodzienne, jak potrzeba posiadania pełnego garnituru zębów, którą może zaspokoić tylko tytanowa sztuczna jedynka z porcelanową koronką (za ponad trzy tysiące złotych).

Najkorzystniejszym zjawiskiem w biznesie jest brak, którego rynek jeszcze nie zaspokoił. Poszukiwanie takiego braku to jak poszukiwanie Świętego Graala. Dziesiątki małych piekarni sprzedają świeże bułeczki w Śródmieściu. Dziesiątki stomatologów oferują implanty. Konkurencja jest duża i nie śpi. Tymczasem brak, który jeszcze przez nikogo nie został zaspokojony, pozwala narzucić każdą cenę. Klienci będą musieli zapłacić tyle, ile im się każe. Nie będą mieli wyjścia, skoro nikt inny takiej usługi im nie zaoferuje. Może nawet dopiero wtedy uświadomią sobie, że ten brak im doskwiera?

Z medycznego punktu widzenia brak nie jest chorobą. Nie figuruje na liście WHO. A jednak Vivek Murthy, naczelny lekarz sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, nazwał go epidemią. Powtórzyły to za nim w ostatnich latach setki mediów na całym świecie. W artykule, który w październiku 2017 roku znalazł się na czołówce magazynu „Harvard Business Review”, Murthy ostrzegał, że problem dotyczy ponad czterdziestu procent Amerykanów, a poczucie braku skraca życie w podobnym stopniu, w jakim skraca je palenie piętnastu papierosów dziennie, i źle wpływa na pracę przedsiębiorstw. W 2018 roku Wielka Brytania jako pierwszy kraj na świecie tak bardzo zaniepokoiła się tym zjawiskiem, że walkę z nim przydzieliła specjalnemu ministerstwu.

Ten brak, nie tak oczywisty jak brak zęba, ale zdecydowanie bardziej powszechny, to brak drugiego człowieka i bliskiej, autentycznej z nim więzi. To brak przytulenia, rozmowy, wysłuchania. W przeciwieństwie do braku zęba trudno taki brak zdiagnozować na pierwszy rzut oka. Tę dziurę po człowieku nie zawsze widać. Przyczyny braku są subiektywne, a dolegliwości mogą wystąpić u ludzi, których losy bardzo się od siebie różnią. Także u tych w pozornie szczęśliwych związkach, pozornie otoczonych wianuszkiem przyjaciół.

Amerykański neurobiolog John Cacioppo, który badaniu tego zjawiska poświęcił ponad dwadzieścia lat życia, uważa, że ludzie jako gatunek wyewoluowali w kierunku doświadczania samotności, bo ten stan może być dla nich przydatny, nawet jeśli jest nieprzyjemny. Jak każdy ból sygnalizuje problem i mobilizuje do działania. Kiedy ludzie czują się wyłączeni z grupy, samotność popycha ich do kontaktu z innymi, znalezienia nowych przyjaciół lub odnowienia starych relacji.

Problem zaczyna się wtedy, gdy poczucie osamotnienia utrzymuje się przez długi czas. Naukowcy nazywają taką samotność chroniczną i łączą z podniesionym poziomem kortyzolu, wysokim ciśnieniem, zapadalnością na depresję, cukrzycę typu B, choroby serca, a także z zaburzeniami snu, uzależnieniami, problemami emocjonalnymi i chorobami psychicznymi. Niektórzy badacze dowodzą, że chroniczna samotność skraca życie nawet o połowę.

Cacioppo szacuje ostrożniej – według niego chroniczna samotność podnosi ryzyko przedwczesnej śmierci o jedną piątą. Mówi o niej, że jest zaraźliwa, dziedziczna i dotyczy przynajmniej co czwartej osoby. Zaraźliwa, bo może nadejść nagle, na skutek jakiegoś wydarzenia, a kiedy nadejdzie, to ogarnięta nią osoba odsuwa się od bliskich, ich także osamotniając. Dziedziczna, bo może odnosić się do sposobu przeżywania przez człowieka bólu braku w całym jego życiu, a tę wrażliwość na ból w pewnym stopniu (14–27 procent prawdopodobieństwa) przekazujemy dalej w genach. Takie tezy, wysnute z badania grupy ponad dziesięciu tysięcy osób, w 2016 roku przedstawiła grupa naukowców z UC San Diego School of Medicine. Co czwarty ankietowany przez naukowców Amerykanin na pytanie, z iloma osobami może porozmawiać od serca, odpowiedział, że nie ma żadnej takiej osoby.

Kiedy zostało się już dotkniętym chroniczną samotnością, to trudno z niej wyjść. Neurobiolożka Stephanie Cacioppo (prywatnie żona Johna) porównuje chroniczną samotność do spaceru po lesie. Z tym że to spacer, w czasie którego każdy nadepnięty patyk przypomina węża. Cacioppo tłumaczy, że każdemu zdarza się pomylić patyk z wężem i podskoczyć z przerażenia. Ale dla chronicznie samotnej osoby wszystkie patyki to węże. Skrajna nieufność paraliżuje.

W wywiadzie dla „The Guardian” z 2016 roku Cacioppo wspomina wynik swojego badania na grupie brytyjskich żołnierzy – weteranów wojennych, których uważa za jedną z grup najbardziej narażonych na chroniczną samotność. Z czterech metod hipotetycznie pomocnych w wychodzeniu z tego stanu Cacioppo odrzuca trzy. Chronicznie samotnym żołnierzom z eksperymentu nie pomogło zaangażowanie w zajęcia towarzyskie (bo bycie w towarzystwie innych samotnych nie oznacza jeszcze końca samotności – można być samotnym wśród ludzi), nie pomogła praca nad umiejętnościami społecznymi (bo głębokie osamotnienie nie pozwala skupić się na innych ludziach – głęboko samotny człowiek nawet jeśli teoretycznie wie, jak powinien się zachowywać, i tak zachowa się w sposób, który ujawni, że myśli tylko o sobie), nie pomogło też otoczenie społecznym wsparciem (bo jednokierunkowe wsparcie to nie relacja, a samotni nie potrafili odwzajemniać poświęcanej im uwagi).

Czwartą, ostatnią metodą pracy z chronicznie samotnymi żołnierzami była próba zmiany postrzegania przez nich innych ludzi. Naukowcy tłumaczyli im, co się dzieje z ich mózgiem, kiedy przechodzi do trybu nieufności. Pokazywali, jak prawidłowo odczytywać komunikaty: co oznacza czyjś głos, spojrzenie, postawa. Omawiali też wcześniejsze błędy żołnierzy. Ćwiczenie miało na celu nauczenie ich patrzenia na patyk jak na patyk.

Cacioppo podkreślił, że samotność to kwestia postrzegania rzeczywistości.

W 2018 roku stacja BBC we współpracy z brytyjskimi naukowcami z trzech ośrodków naukowych postanowiła zbadać samotność za pomocą ankiety. The Loneliness Experiment przeprowadzono na grupie pięćdziesięciu pięciu tysięcy osób powyżej szesnastego roku życia. Ankietę wypełniali w internecie ludzie z całego świata. BBC szczyci się, że to największe tego rodzaju badanie na świecie.

Co trzeci uczestnik badania odpowiedział, że samotny czuje się „często” lub „bardzo często”. Zasadniczo uczucie to słabło wśród ankietowanych wraz z wiekiem. Do „częstego” lub „bardzo częstego” poczucia samotności przyznało się aż czterdzieści procent ludzi w wieku między szesnastym a dwudziestym szóstym rokiem życia i tylko dwadzieścia siedem procent ankietowanych powyżej siedemdziesiątego piątego roku życia. Kobiety częściej niż mężczyźni deklarowały, że poczucie samotności jest dla nich powodem do wstydu. Jak wykazało badanie, samotni nie korzystają z mediów społecznościowych częściej niż ci, którzy się samotni nie czują, ale mają więcej znajomych tylko w świecie wirtualnym.

Badanie potwierdziło obserwacje małżeństwa Cacioppo: cechy osób samotnych, które rozpoznano w badaniu, to niski poziom zaufania do innych i wysoki poziom niepokoju. Takie cechy utrudniają nawiązywanie przyjaźni. Ludzie, którzy często czują się samotni, według badania, mają również słabsze zdrowie i częściej palą. Częściej należą też do grup dyskryminowanych społecznie.

Tylko co trzeci uczestnik badania The Loneliness Experiment uznał, że samotność wiąże się z życiem w pojedynkę. Uczestnicy interpretowali ten stan raczej jako poczucie braku zrozumienia, braku łączności ze światem. Samodzielne spędzanie czasu większość badanych postrzegała jako przyjemne.

Co pomaga na złą samotność? Badani proponują przede wszystkim nie myśleć o tym. Zająć się pracą, nauką, hobby. Dołączyć do klubu zainteresowań (warto dodać, że ta opcja pojawia się również na liście trzech najmniej pomocnych praktyk). Kolejne rozwiązanie to zmiana sposobu myślenia. Tu znów wyniki badania pokrywają się z obserwacjami Cacioppo.

Badani uznali randkowanie za najgorszą, a jednocześnie najczęściej udzielaną samotnej osobie radę.

Na potrzeby tej książki rozmawiałam z pięćdziesięcioma dziewięcioma osobami. Nie wszystkie te rozmowy miały bezpośrednie przełożenie na treść książki. Niektóre po prostu dały mi do myślenia i uświadomiły, jak bardzo różnie ludzie definiują, czym jest dla nich brak. Części osób, które zgłaszały się do mnie chętne do rozmowy o swojej samotności, musiałam od razu odmówić. Ich brakbył dla mnie zbyt niezrozumiały. Jedną z takich osób była dwudziestokilkulatka, która podróżuje po świecie z chłopakiem i uwielbianym przez nich oboje psem. Czytając jej słowa o tym, jak to czują się nieraz samotni, bo w swoich malowniczych dalekich podróżach są rozłączeni z rodziną i przyjaciółmi, nie mogłam się nadziwić, jak bardzo różnie można ten brak definiować. Między innymi właśnie pod wpływem krótkiej rozmowy z tą dziewczyną zdecydowałam, że będę pisać nie o ludziach samotnych jako takich (jak początkowo planowałam, bo to zagadnienie zdecydowanie za mało precyzyjne), ale o wszystkich tych, którzy z samotnością – cudzą lub własną – usiłują poradzić sobie za pomocą pieniędzy.

Moimi bohaterami są więc usługodawcy i ich klienci. Bywa, że brak dotyka i jednych, i drugich. Dealer też może być przecież narkomanem. Szewc może potrzebować butów.

Monika (dwadzieścia trzy lata) sama siebie głaszcze. Zwykle robi to w łóżku, przed snem. Rozpulchnioną od ciepła, miękką dłonią gładzi swoją skórę – dłonie, ręce, ramiona – i wyobraża sobie, że robi to ktoś inny. Jej wyobraźnia nie precyzuje, kto to jest. Jeśli bardzo mocno się skupi, Monika wyobraża sobie, że jedna część jej ciała odczuwa tę drugą jak ciało obce. Zwykle jednak czuje obie części. I tę, która głaszcze, i tę, która jest głaskana.

Hania (dwadzieścia siedem lat) kiedy bardzo chce, żeby ktoś ją przytulił, a nie ma kto tego zrobić, idzie pod prysznic i odkręca gorącą wodę. Chodzi o to, żeby ukrop dotknął do żywego. Aż Hania będzie mieć wrażenie, że zaraz woda weżre się jej przez skórę do kości, jak kwas. To bardzo przyjemne uczucie. Przechodzi ją od tego dreszcz z tyłu głowy. Hania stoi tak przynajmniej kilka minut, aż skóra zrobi się czerwona.

Adam (dwadzieścia osiem lat) kiedy jest mu źle, zwykle zaczyna rysować. Ale raz było mu tak źle, że tak, jak stał, wyszedł z domu i poszedł do lasu. To było lato, owszem, lecz był też środek nocy. Adam wszedł najgłębiej, jak potrafił, bez latarki, a potem zwinął się w kłębek na ziemi i zasnął.

Filip (trzydzieści osiem lat) wyszukuje na YouTubie twórców, do których odzywa się z gratulacjami. Pisze, że ich muzyka, ich animacja, ich podcast, wykład, konferencja bardzo go poruszyły. Szczególnie teraz, w kontekście ostatnich wydarzeń w jego życiu, ten album, ten utwór, ta myśl, te słowa, ten dźwięk były mu bardzo potrzebne. Czasem zdarza się, że twórcy odpisują.

Stephanie Cacioppo po śmierci męża kontynuuje ich wspólne dzieło, próbując opracować specjalny lek, który pomógłby samotnym. Na razie wraz ze swoim zespołem odkryła, że odpowiednia dawka pregnenolonu, naturalnego hormonu, który można produkować sztucznie, pomaga szczurom radzić sobie z brakiem innych szczurów. Na łamach „Smithsonian Magazine” w lutym 2019 roku Cacioppo tłumaczyła, że tabletka z pregnenolonem nie leczyłaby samotności, ale mogłaby pomóc samotnym ludziom zmniejszyć lęk przed budowaniem relacji.

Na razie samotnym pozostają usługi, które przygotował dla nich rynek. Sprzedają się dobrze.

randka

Słowo „randka” (z francuskiego rendez-vous) narodziło się najprawdopodobniej pod koniec dziewiętnastego wieku i początkowo znaczyło to samo co „schadzka” – potajemne spotkanie zakochanych. Potajemne, bo jeszcze do niedawna miłość romantyczna zasadniczo nie szła w parze z planami matrymonialnymi. Małżeństwa zawierano ze względów prokreacyjnych i ekonomicznych. Miłość mogła się pojawić w małżeństwie, ale był to raczej wyjątek niż reguła. Jeśli się pojawiała, to zwykle poza nim. Przyszłych małżonków – w zależności od klasy społecznej – zapoznawała rodzina, swatały ich swatki i swaci. Znajomości zawiązywały się też na sąsiedzkich zabawach i przyjęciach towarzyskich.

szybka randka

Idea „szybkich randek” – spotkań, w ramach których w krótkim czasie można poznać dużą liczbę nowych osób i wytypować spośród nich takie, z którymi chciałoby się rozwinąć znajomość – przywędrowała do Polski ze Stanów Zjednoczonych kilkanaście lat temu.

W 1998 roku na pomysł takich spotkań wpadł rabin z Los Angeles, Yaacov Deyo. Chciał odwieść w ten sposób młodych Żydów od poszukiwania miłości w przypadkowych miejscach i rozpraszania diaspory. Zamiast zagadywać kobiety na dyskotece i ryzykować natrafieniem na gojkę, młodzi mężczyźni wyznania mojżeszowego mieli wybrać się do kawiarni (na pierwszy ogień poszła kawiarnia w Beverly Hills) i co kilka minut przesiadać się między stolikami, przy których rozmów z nimi wyczekiwały młode żydowskie kobiety. Po każdej „szybkiej randce” obie strony mogły uzupełniać formularze notatkami na temat poznanych osób. O zmianie w parach rabin informował drewnianą kołatką, używaną w judaizmie podczas święta Purim. Tradycyjnie takie kołatki służyły do zagłuszania imienia Hamana, znienawidzonego urzędnika, którego królowa Estera uśmierciła, wieszając na szubienicy. Kontakty do siebie organizatorzy przekazywali tylko osobom, które wzajemnie zaznaczyły się w formularzach.

Pomysł na randkowanie w konwencji telewizyjnego show, w którym wygrają jedynie najlepsi, szybko podchwyciły amerykańskie media i rynek. Po drodze nieco go wypaczyły. Nie tylko zamianą tradycyjnej kołatki na zwykły dzwonek, ale i – nierzadko drastycznym – skróceniem czasu, jaki miały poświęcać sobie pary. Nic dziwnego – raz, że im szybsza randka, tym więcej emocji wzbudza w uczestnikach, a dwa – tym mniej czasu antenowego trzeba na nią przeznaczyć. Jak donosi „New York Times”, w 1999 roku jedna z amerykańskich stacji telewizyjnych wyemitowała show, w którym uczestnicy szybkich randek mieli rozmawiać każdy z każdym tylko trzydzieści sekund. Rozemocjonowane pary krzyczały do siebie nerwowo jak na licytacji. Rabin Deyo obejrzał program i zadzwonił do jego producentów ze skargą, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Odpuścił. Później myślał jeszcze, by pomysł szybkich randek opatentować, lecz stwierdził, że szkoda mu nerwów na użeranie się z naśladowcami. Wolał założyć, że dobra idea przyniesie dobre owoce.

Pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku w największych polskich miastach sesje szybkich randek odbywają się regularnie kilka razy w miesiącu, a czasem nawet po kilka razy dziennie. Samotni łatwo wyszukają je przez internet. Największe portale, takie jak Speed-Dates.pl, RandkiDlaSingli.pl, Svatka.pl czy UpolujSingla.pl, do udziału w organizowanych przez siebie wydarzeniach zachęcają stockowymi zdjęciami w pastelowych kolorach. Takie zdjęcia można wyszukać w płatnych bazachpod hasłami: „szczęśliwa para”, „miłość”, „zakochani”. Starannie upozowani modele o idealnie zadbanych twarzach i ciałach udają zwyczajnych ludzi. Czy szybka randka zapewni miłość rodem z Shutterstocka? Czy zapewni takie życie? Może nie, ale dobrze, by takie przeświadczenie zakiełkowało w umyśle samotnego internauty.

Organizatorzy wychodzą z założenia, że marzenie dobrze jest sprecyzować. I tak do wyboru mamy randki „dla aktywnych” (na zdjęciu damskie i męskie nogi obute we wrotki, gładkie nogi czule opierają się o nogi owłosione), „dla miłośników podróży” (długowłosa blondynka rzuca się na szyję wysokiego bruneta, w tle góry), „dla singli z wyższym wykształceniem” (damskie i męskie nogi w studenckich trampkach zwisają z murku, na którym przysiadła para). Częste są randki dla katolików (mężczyzna w białej koszulce, z bukietem białych kwiatków), rzadsze dla niepalących, dla wegan, dla wysokich. Do wyboru mamy też „ekskluzywny speed dating” („dla singli z dobrą kondycją finansową”, elegancka para trąca się radośnie kieliszkami czerwonego wina) czy szybkie randki dla tych, którzy zaplanowali sobie, że jeszcze w tym samym roku znajdą męża lub żonę.

Portal UpolujSingla.pl oferuje również dodatkowo specjalną, tajną kategorię, dostępną tylko dla osób, które na szybkich randkach bywały już wcześniej. To „select speed dating” („szybkie randki z selekcją”) – randki dla osób wyjątkowo atrakcyjnych, czyli tych, których często wybierano. W tym przypadku do udziału nie zachęca zdjęcie, a sama obietnica wyjątkowości.

Ważnym kryterium doboru uczestników jest wiek skorelowany z płcią. Starsze kobiety płacą za udział w randkach więcej niż starsi mężczyźni. Rejestrując się na portalu Svatka.pl, kobieta za udział w szybkich randkach „dla dojrzałych” (między trzydziestym a czterdziestym piątym rokiem życia) zapłaci trzydzieści pięć złotych. Mężczyzna – dwadzieścia pięć złotych (ale tylko przy zapisie z dwutygodniowym wyprzedzeniem; organizatorzy ostrzegają, że rejestracja w ostatnim tygodniu kosztuje czterdzieści dziewięć złotych). W niższej kategorii wiekowej (do trzydziestu lat) kupując wejściówkę nawet na ostatnią chwilę, kobieta zapłaci wSvatka.pl tylko dziewiętnaście złotych, a mężczyzna – ponad dwa razy więcej.

Na portalu UpolujSingla.pl między wiekiem kobiet i mężczyzn rozciąga się obowiązkowa, kilkuletnia różnica. Na przykład kobiety uczestniczące w szybkich randkach „dla aktywnych” mają mieścić się w przedziale między dwudziestym czwartym a trzydziestym szóstym rokiem życia, ale już zapisujący się na spotkanie mężczyźni mają mieć między dwadzieścia siedem a trzydzieści dziewięć lat. W innych kategoriach wygląda to podobnie. Organizatorzy zakładają najwyraźniej, że mężczyzna powinien móc na szybkich randkach „upolować” singielkę nawet piętnaście lat od siebie młodszą, ale już kobiecie dopuszcza się co najwyżej „upolowanie” singla młodszego o lat dziewięć.

Cały ten skomplikowany, seksistowski system uregulowań i podziałów, okraszony bardzo wątpliwej jakości estetyką portali przyjmujących zapisy na szybkie randki, od pierwszego zobaczenia zniesmacza mnie i odrzuca. Ale i fascynuje.

Aby sprawdzić rzecz na własnej skórze, uczestniczyłam w trzech spotkaniach z portalu UpolujSingla.pl w kategoriach: „młodsza grupa” (sierpień 2018), „select speed dating” (sierpień 2019) i „dla singli z wyższym wykształceniem” (wrzesień 2020). Wszystkie spotkania odbywały się w Warszawie. W efekcie otrzymałam kontakty do dwudziestu czterech mężczyzn. Większość z nich wiedziała, że piszę książkę. Rozmawiałam później z kilkoma mężczyznami, a także z kobietami, które poznałam w przerwach. Wybrałam trzy osoby, których historie wydały mi się najciekawsze.

Marek

Gdy go poznaję, w sierpniu 2018 roku, Marek ma dwadzieścia pięć lat. To niewysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, z głęboko osadzonymi oczami i grubymi czarnymi brwiami. Ma wadę wymowy, którą w pierwszej chwili biorę za obcy akcent. Może jest z Ukrainy? Marek prostuje, że jest Polakiem z okolic Rzeszowa. Ale przyzwyczaił się już, że ludzie się mylą. W sklepach często biorą go za obcokrajowca i zwracają się do niego po angielsku.

W czasie naszej rozmowy dużo się uśmiecha, odsłaniając zęby. Nie jestem pewna, czy z sympatii, czy z nerwów. Mówi tak szybko i tak niewyraźnie, że często muszę go prosić o powtórzenie. Powtarza cierpliwie. Tłumaczy, że ważne są dla niego wspólne priorytety. Zakochanie, miłość – to przyjdzie z czasem. W ciągu pięciu minut naszej znajomości pada pytanie, ile chciałabym mieć dzieci. On marzy o piątce. Tłumaczy, że jest programistą, zarabia dobrze, z utrzymaniem nie byłoby problemu. Jest też katolikiem, a katolickie wartości są dla niego bardzo ważne. – A ty, jesteś wierząca? – pyta. Proszę, żeby mnie zaznaczył, to pogadamy do książki. Marek się zgadza. Nigdy jeszcze nie udzielał wywiadu, ciekawi go, jakie to uczucie.

Przynajmniej dwóch mężczyzn spośród tych, którzy dosiadają się do mojego stolika po Marku, wspomina mi o nim na zasadzie anegdotki, którą powtarzały im kolejne współrandkowiczki. Że krąży tu taki, co chciałby piątkę dzieci, katolik, wariat jakiś.

Spotykamy się w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu pod koniec września. Marek opowiada, że na szybkich randkach bywa od listopada zeszłego roku. Także na tych dla katolików, oczywiście, choć podkreśla, że nie widzi dużej różnicy. Przyzwyczaił się. Na oazach, pielgrzymkach, rekolekcjach również spotyka często ludzi, którzy swojej wiary nie traktują poważnie. Przychodzą nieraz dla towarzystwa albo żeby sobie pośpiewać. Wątpią, błądzą. Nie kierują się w życiu ideałami. To nie szkodzi. Nad tym można popracować. Marek jest przekonany, że pod wpływem jego wiary i rozmów z nim przyszła żona nawróciłaby się na właściwą drogę.

– Byłem na randkach dla młodych, dla aktywnych, dla tych z wysokimi dochodami. Mam też konto na portalu ZapisaniSobie.pl, to taki portal randkowy dla katolików – wylicza. Po dziesięciu miesiącach poszukiwań podsumowuje, że ma za sobą około pięćdziesięciu randek.

– Czasem nawet trzy razy w tygodniu się spotkał człowiek, czasem raz. A z każdą kolejną randką człowiek bardziej wyluzowany – stwierdza Marek. Tłumaczy: – Na początku bardzo się stresowałem. Podchodziłem do tego racjonalnie, matrymonialnie. Wstydziłem się pytać o różne sprawy, bo nie rozmawiałem wcześniej ze zbyt wieloma obcymi ludźmi. Teraz te rozmowy wyglądają zupełnie inaczej.

Marek przyznaje: większość randek kończyła się na pierwszym spotkaniu. Ale były też drugie, trzecie, czwarte randki z tymi samymi dziewczynami. Problem w tym, że Marek – mimo upływu czasu – nie potrafił nic do nich poczuć. Dziewczyny, jak mówi, przeciwnie. Bywało, że nie zauważały, jak czas zleciał. Musiał zwracać im uwagę, że to już trzy godziny i pora iść do domu. Po randce pisały pierwsze. Więcej pisały, częściej. Intensywnie patrzyły mu w oczy. W końcu zawsze musiał im tłumaczyć, że niestety, to nie to. – Z chęcią utrzymywałbym kontakt, ale jeśli druga osoba chce czegoś więcej, to każde takie spotkanie będzie dla niej krzywdzące – tłumaczy. – W takiej relacji można łatwo popaść w kompleksy. Dlatego teraz mówię od razu, że nie jestem gotowy na związek. Zmieniłem podejście. Najpierw muszę się zakochać.

Pytam o dzieci. Marek nie pamięta, od kiedy wie, że chce mieć ich dużo. Chyba od gimnazjum. Sam ma jedną siostrę, o czym mówi takim tonem, jakby był jedynakiem. Tylko jedna! Człowiek może poczuć się samotny. Z siostrą ma dobry kontakt. Z rodzicami – gorszy. To typowi katolicy – praktykujący, lecz bez gorącej wiary, bez dużego przekonania. Nie są też zbyt wylewni. A Marek chciałby, żeby jego rodzina była nie tylko duża, ale i pełna miłości, ciepła. Dlatego już od liceum przygotowywał się do roli ojca, studiował fachową literaturę o wychowywaniu dzieci, o ich rozwoju psychicznym. Podpatrywał, jakie problemy miewają ze swoimi dziećmi krewni; sprawdzał, z czego to może wynikać. Zdobytą wiedzę wykorzystywał w praktyce: prowadził rekolekcje dla dzieci, jako wolontariusz przez dwa lata udzielał korepetycji w domu dziecka. Na początku zastanawiał się, czy nie zostać nauczycielem, ale przeraziła go niska pensja. Praca w domu dziecka sprawiła też, że uświadomił sobie ogrom trudności. Ale co innego cudze dzieci uczyć, z patologicznych rodzin, co innego własne.

– Tak naprawdę czwórka też może być. A jak będzie fajna dziewczyna, to i trójka – przyznaje ugodowo. Gdyby okazało się, że własnych dzieci Marek mieć nie może, wtedy chciałby je adoptować albo przynajmniej pomagać w opiece bliskim znajomym. Jest przekonany, że człowiek potrzebuje spełniać się jako rodzic i że można to zrobić także w taki sposób. Dlatego życie bez własnych dzieci jeszcze sobie wyobraża. Ale już bez żony – nie. Może właśnie dlatego po dwóch miesiącach od naszej szybkiej randki uznał, że już nie spytałby o liczbę dzieci w ciągu pierwszych pięciu minut znajomości. Poczekałby z tym do zakochania. Zakochanie jest jednak ważniejsze.

Kiwam głową. Marek opowiada, że był już w życiu zakochany i wie, jakie to uczucie. Potrafi uderzyć od pierwszego wejrzenia jak piorun. Wtedy już na nic się nie patrzy. Niedawno dowiedział się, że dwie z trzech jego gimnazjalnych miłości biorą narkotyki i mają dzieci z przypadkowymi partnerami. Cieszy się, że nic z tego wtedy nie wyszło.

Gdy spotykamy się rok później, we wrześniu 2019 roku, Marek opowiada mi, że zakochał się w dziewczynie ze wspólnoty religijnej Ruchu Światło-Życie, do której należy. O tym, że to zakochanie, przekonał się podczas potańcówki. Zorientował się po zazdrości, którą poczuł, gdy tańczyła z innymi. – Wtedy byłem pewny– uśmiecha się. Spotykali się przez miesiąc, chodzili na spacery, pisali ze sobą. Ale już wie, że związku z tego nie będzie.

– Nie możemy być razem, bo dziewczyna ma problemy, które blokują ją na otwarcie się na Boga. Żyje w ciągłym grzechu – tłumaczy. – Półtora roku temu zginął jej brat, w wypadku samochodowym, a ona nie może przebaczyć tamtemu kierowcy. Mówi, że go nienawidzi. Przez to ciężko jej uwierzyć w Bożą miłość. Rozeszliśmy się, bo stwierdziła, że widzi, że ja chcę, żeby się zmieniła, a ona się zmienić nie chce. Gdybyśmy się nie rozeszli, moja wiara by na tym ucierpiała.

Marek opowiada mi o jeszcze jednej dziewczynie. Poznał ją przez portal dla katolików. Spotkali się trzy razy. Zawsze były to spotkania bardzo intensywne, długie – po pięć, siedem godzin. Po drugim spotkaniu przytulił ją na pożegnanie.

– Poczułem, że za wcześnie to zrobiłem. Miałem wyrzuty sumienia. Ja tylko ją lubiłem, z wyglądu mi się podobała. A ona, kiedy spotkaliśmy się po raz trzeci, zaczęła mnie całować. A potem powiedziała coś, co bardzo mnie wkurzyło. Po pierwsze, że chce białego małżeństwa. Po drugie, że chce najwyżej jedno dziecko albo w ogóle. Przyznała, że bała się mi to powiedzieć, bo bardzo chciała być ze mną. Wiedziała, że chcę co najmniej trójkę, miałem to napisane w profilu.

Marek podsumowuje: – To był mój pierwszy pocałunek w życiu. Na pewno inaczej to sobie wyobrażałem. Także przez to, że to było z zaskoczenia.

Marek przyznaje, że najbardziej brakuje mu teraz w życiu przyjaciół. Po przeprowadzce za pracą do Wrocławia nie zdążył ich jeszcze poznać na miejscu. Zresztą, mówi, chyba nigdy nie miał przyjaciół. Takich, z którymi mógłby się wspólnie pomodlić. Wystarczyłyby mu trzy tak bliskie osoby. I jeszcze powinien mieć cel w życiu. Praca nie jest tak satysfakcjonująca, jak przypuszczał, raczej mało rozwojowa. Musi znaleźć sobie hobby. Mieszka ze współlokatorką, z którą prawie nie rozmawia. Fakt, dziewczyna mu się zupełnie nie podoba. To lepiej, bo przynajmniej nie ma ryzyka, że się w niej zakocha, ale i tak woli jej unikać. Zapisał się też do dwóch wspólnot religijnych. Specjalnie do dwóch, żeby wybrać, w której będzie mu się bardziej podobało. I dalej chodzi na szybkie randki. Raz wybrał się na takie, w których uczestniczyły dwadzieścia trzy pary. Pod koniec wysiadało mu gardło, wszystkie dziewczyny mu się pomieszały, kompletnie nie pamiętał, kogo pozaznaczał. Spotkanie trwało dwie godziny, między poszczególnymi osobami nie było czasu robić notatek. Pod koniec był już bardzo zmęczony. – Ale ja jestem wytrzymały. Nawet jeśli nie mam ochoty już poznawać nowych ludzi, to tego po mnie nie widać – podkreśla.

O szybkich randkach powiedział tylko siostrze. Przyjęła to dobrze. Ona sama miała konto na katolickim portalu randkowym. Teraz ma męża ze wspólnoty, niedawno wzięli ślub. Rodzice o szybkich randkach nie wiedzą. – Na szczęście na weselu siostry byłem sam. A i tak tata włączył kolejny bieg. Dlaczego nie ta, dlaczego nie tamta? – Marek kręci głową. Przyznaje, że szybkie randki dużo mu dają. Wcześniej w kontaktach damsko-męskich był bardzo nieśmiały. Nigdy nie miał dziewczyny, ale wiele razy mu się jakaś podobała, był zauroczony, zakochany i nie miał odwagi nic zrobić. – Miałem uczucie przegranych okazji. Załamywałem się. Czułem, że czas leci, a przez lata nic się nie zmienia. I może ja nigdy… – opowiada Marek i urywa w pół zdania. Teraz jest przekonany, że wkrótce kogoś pozna. Ten trudny czas to tylko taki etap, zaraz minie. – Jak tylko osiądę na dobre we wspólnocie, poznam ludzi, przestanę chodzić na szybkie randki – deklaruje. – Wiem, że prędzej czy później zakocham się w dziewczynie ze wspólnoty.

Gdy odzywam się do niego na Facebooku we wrześniu 2020 roku, Marek pisze, że żony już nie szuka, na razie. „Ewoluowałem myślenie” – stwierdza. „Najpierw trzeba przepracować relację z najbliższymi, czyli z rodzicami. Nie da się chyba zbudować zdrowej relacji, jeżeli się nie przepracuje relacji w rodzinie i jak człowiek nie nauczy się budować relacji przyjacielskiej z osobami tej samej płci. A odkryłem, że mam problem ze zbudowaniem relacji przyjacielskiej, nie mam prawdziwego przyjaciela. Relacja romantyczna bez przyjaźni nie wyjdzie. Nie uważam, żeby dla samego romantyzmu, pożądania, seksualności miała sens. To jest piękne wszystko, ale bez przyjaźni nie wyjdzie”.

Marek zdecydował się na rozpoczęcie terapii.

Ernest

Ernest w 2018 roku ma dwadzieścia sześć lat. Wysoki blondyn, programista, z Białegostoku. Nie pamiętam już, o czym z nim rozmawiałam w czasie naszego pierwszego pięciominutowego spotkania; dość że Ernest zrobił na mnie dobre wrażenie. To jego pierwsze szybkie randki, tak samo jak moje, dopiero przyjechał do Warszawy. Umawiamy się w parku Pole Mokotowskie, jak proponuje. Przynosi ze sobą taśmę do slackliningu, którą rozciąga pomiędzy drzewami, i uczy mnie po niej chodzić. W zasadzie jestem na tym spotkaniu niemal prywatnie, bo Ernest wydaje mi się fajnym chłopakiem. Tak się składa, że z nikim się akurat nie spotykam.

Na koniec randki pyta mnie o datę i godzinę urodzenia. Tłumaczy, że jego rodzice – właściciele rodzinnej firmy – pytają o to wszystkich swoich nowych pracowników. Wpisują później te dane do komputera, a komputer pokazuje im precyzyjny horoskop dla tej osoby. Uzależniają od niego decyzję o stałym zatrudnieniu. Śmieję się, ale chyba trochę zbyt głośno, bo Ernest robi kwaśną minę. Mimo wszystko wymusza na mnie, bym dopytała mamę, o której godzinie się urodziłam, i wysłała mu tę informację esemesem. Wysyłam.

Następnego dnia Ernest przesyła mi mailem sążnisty „horoskop urodzinowy”, długi na jedenaście stron. Z horoskopu dowiaduję się, między innymi, że: charakteryzuję się „skrajnym negatywizmem i sceptycyzmem”, mam trudności z utrzymywaniem równoprawnych, partnerskich stosunków, a także nie jestem zbyt elokwentna i wymowna. Za to myślenie mam „dokładne, skrupulatne, logiczne i naukowe”, dzięki czemu mogłabym zostać „matematykiem, projektantem, inżynierem, konstruktorem architektem, konserwatorem, nauczycielem lub politykiem”. Ponadto mam dobre predyspozycje na „pisarkę, lekarkę, naukowca, badaczkę, uczoną, bibliotekarkę i sekretarkę” („ze względu na swoją wrodzoną umiejętność wysławiania się i wysoki stopień inteligencji”). Pluton w Skorpionie nadaje mi z kolei „ogromną siłę wewnętrzną”. Moje życie emocjonalne jest „niezmiernie głębokie i burzliwe”. „Możesz stać się wojowniczką odrodzenia albo kapłanką zniszczenia, ale wszystko zależy od Twoich wyborów” – zwraca się do mnie autor horoskopu. Tej pasjonującej lekturze oddaję się u boku koleżanki, która towarzyszyła mi na szybkich randkach. Zaśmiewamy się do łez.

W październiku 2019 roku odzywam się do Ernesta ponownie. Nie obawiam się, że będzie miał do mnie żal o zerwanie kontaktu – najwyraźniej zinterpretował horoskop na moją niekorzyść, bo wcale o ten kontakt nie zabiegał. Pytam, co się u niego zmieniło, zastrzegając, że pytam o to do książki.

– Do książki? – Ernest nie dowierza. Pewnie już zapomniał, że mu o tym mówiłam. Słyszę po głosie, że śmieje się do słuchawki kpiąco. – No dobrze, możemy porozmawiać do tej twojej publikacji.

Od czasu gdy się poznaliśmy, ma za sobą kilkanaście wyjść na szybkie randki. Szacuję. Jeśli wyjść było piętnaście, to oznacza ponad trzysta pięciominutowych spotkań. Trzysta nowych kobiet, z którymi łącznie Ernest przegadał non stop dwadzieścia pięć godzin w pięciominutowych interwałach.

– Nie jest to najwyższy poziom randek, jaki sobie wyobrażam. Osoby, które tam przychodzą, jednak bym określił jako zdesperowane. – Ocenia. – Raczej często mają na bakier z relacjami z innymi ludźmi. Ale myślę, że to dobry sposób na wyjście z piwnicy, że tak powiem. Terapia szokowa.

Ernest szacuje, że dziewięć na dziesięć spotkań, w których uczestniczył, to szybkie randki dla młodszych. Chodził też na randki dla aktywnych. W szybkich randkach podoba mu się to, że w krótkim czasie można poznać dużą liczbę osób.

– Masz okazję przebierać, wybierać. Przekartkować sobie drugą osobę. – Cieszy się. – Rozmowa na żywo, nawet przez dwie minuty, jest nie do porównania z Tinderem, gdzie masz tylko zdjęcie i opis.

Przyznaje: – Fakt, że jestem oceniany, może być stresujący, ale generalnie byłem zawsze oceniany dobrze, więc lubiłem stawać do tej konkurencji. Dobrze się w niej sprawdzałem. Podchodziłem do tego w pewien sposób na sportowo, żeby jak najwięcej lasek przekonać do siebie.

– Lasek?

– No lasek, tak. Taki jest mój język, moje słownictwo. Ale też myślę, że laskom to schlebia. W ich słowniku to komplement.

Ernest deklaruje, że wybierało go trzy czwarte „lasek”, albo i więcej.

– Myślę, że to dlatego, że byłem prawdziwy, otwarty. I generalnie jestem ciekawą osobą. Zajmuję się wieloma ciekawymi rzeczami. Wydaje mi się, że to się mogło podobać. Mówiłem o moich hobby, o tym, czym się zajmuję, skąd pochodzę, o pracy, o tym, jak się bawię w wolnym czasie. Że gram na instrumentach, gram w squasha, jeżdżę na nartach, snowbordzie, na nartach wodnych, motocyklu, programuję.

Ernest ocenia, że szybkie randki pomogły mu nabrać swobody w kontaktach z ludźmi. Dzięki nim łatwiej mu teraz nawiązywać nowe znajomości. – Można się doskonalić w nieskończoność w różnych dyscyplinach. Powiedzmy, że to jedna z dyscyplin, w której się doskonalę – tłumaczy. A że nie poznał nikogo ciekawego? Nie szkodzi. – Jak byłaś w kinie dziewięć razy i ci się nie podobało, to nie znaczy, że nie pójdziesz po raz dziesiąty. Na tyle mi się podobało, że szedłem kolejny raz – stwierdza.

Jako często wybierany uczestnik Ernest zakwalifikował się do szybkich randek z selekcją. Zdanie o nich ma złe. Podejrzewa, że organizator oszukuje i wysyła zaproszenia wszystkim jak leci. – Spotkanie takie samo jak każde inne, a wręcz gorsze, bo miks wszystkich smaków. Mój kumpel, który wcale nie miał szalonych wyników, dostał zaproszenie. No i osoby, które tam chodzą. No, żadne perły – prycha. – Desperatki. Laska cała na czerwono ubrana, pomalowana na czerwono jeszcze, jakiś dekolt. To dla mnie objaw w kierunku desperacji. Albo po prostu laska nieatrakcyjna. Widać, że nie ma wielu okazji do nawiązywania relacji z facetami. Bywały takie, które to mówiły wprost. Może to błąd w taktyce. Laska się wygadywuje. Nie zwiększa to jej atrakcyjności, nie robi dobrego wrażenia w moich oczach. Mogłaby tego nie robić, to miałaby większą skuteczność. Myślę, że niektóre to miały problem z dostaniem jednego ptaka.

– Ptaka?

– Krzyżyka, zaznaczenia, wiadomo, o co chodzi.

Szacuje, że był łącznie na około dwudziestu randkach z dziewczynami poznanymi na speed datingu. – Nie mogę powiedzieć, żeby to były jakieś ważne dla mnie osoby, ale z jedną, dwiema kontakt utrzymuję – mówi. Przyznaje, że często zaskakiwało go, jak bardzo dziewczyny różnią się od tego, czego się spodziewał po pięciominutowym spotkaniu.

Ernest podkreśla, że nawet gdyby zaznaczyła go „genialna, super osoba” (jego ideał to artystyczna dusza albo humanistka), nie związałby się z nią. – Straciłbym wtedy inne, potencjalnie lepsze okazje – tłumaczy. – Jak już będę w jakimś poważniejszym związku, to nie będzie mi wypadało spotykać się z innymi laskami.

We wrześniu 2020 roku nie udaje mi się już z Ernestem skontaktować.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Polecamy także:

Ewa Stusińska

Miła robótka

Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Gdy z początkiem lat dziewięćdziesiątych szeroko otwarły się w Polsce wrota kapitalizmu, do szarej rzeczywistości wdarła się zachodnia frywolność i kolorowa obietnica seksualnego spełnienia. Zniknęła cenzura, lecz nikt nie wyjaśnił, co wolno, a czego nie wypada, ani gdzie przebiega granica między erotyką a pornografią.

Oto nietuzinkowa kronika czasów przełomu. Czasów, gdy pod ladą każdej wypożyczalni ukrywano segregator pełen wytartych okładek filmów porno, w słuchawce po wykręceniu 0-700 kusiły ponętne głosy, w domach kultury przy ptysiu i paluszkach organizowano pokazy erotyków, a pozornie niewinne „pani pozna pana” wyczytane w dziale ogłoszeń było zaproszeniem do eksploracji nowych obszarów seksualnej wolności.

Drauzio Varella

Więźniarki

Tłumaczenie Michał Lipszyc

Zakład karny dla kobiet w São Paolo to świat w miniaturze. Jest tu rynek pracy, handel, są problemy mieszkaniowe. Jest moda i zmieniające się trendy w wystroju wnętrz. Są sojusznicy i wrogowie. Są zasady, których trzeba przestrzegać, jeśli chce się przeżyć. Jest hierarchia i wewnętrzny system sądowniczy. Oczywiście są też strażniczki, ale tylko gościnnie, więc nie mają wiele do powiedzenia.

Autor, który przez wiele lat pracował charytatywnie w zakładach karnych jako lekarz, nie tylko barwnie i szczegółowo opisuje ten niezwykły świat, ale bada też, co sprawiło, że jego podopieczne znalazły się za kratami. To smutny paradoks, ale niektóre bohaterki tej opowieści dopiero za murami więzienia znajdują bezpieczną przystań.

Jan Pelczar

Lecę

Piloci mi to powiedzieli

Jan Pelczar spisał opowieści o wielkich marzeniach i niezwykłych doświadczeniach, ale też o nieustających zmaganiach z postępującą automatyzacją, niewystarczającym przeszkoleniu na wypadek sytuacji kryzysowych i tęsknocie za rodziną. Piloci i pilotki rozkładają na czynniki pierwsze przebieg znanych katastrof lotniczych, próbując wytłumaczyć ich przyczyny, odnoszą się do zarzutów o zatruwaniu środowiska przez przemysł lotniczy i opisują zagrożenia dla zdrowia, które wywołuje praca w przestworzach. Pozwalają też zajrzeć za drzwi zamkniętego kokpitu i zdradzają, co robią w czasie wielogodzinnych lotów. Wreszcie – opowiadają o wyzwaniach, jakie stoją przed przewoźnikami w rzeczywistości, która czeka nas po pandemii.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2021

Wydanie I