Umarli nie wracają - Bartłomiej Fitas - ebook

Umarli nie wracają ebook

Fitas Bartłomiej

3,2

Opis

Mała miejscowość na Pomorzu. Sławek, wraz z żoną Darią, przeprowadza się w swoje rodzinne strony. Małżeństwo jest w żałobie po śmierci jedynego syna. Krótko po wprowadzeniu się do starego domu odziedziczonego po rodzicach Sławka, przychodzi do nich nieoczekiwany gość – staruszka, która proponuje im przywrócenie ich syna do życia. Rodzice, wbrew wszelkim prawom zdrowego rozsądku, przystają na jej propozycję, kobieta zaś wkrótce znika bez śladu. W miasteczku zaczyna dochodzić do przerażających morderstw. Policja jest bezradna, a brak zainteresowania z zewnątrz sprawia, że mieszkańcy czują się zaszczuci. Coś ciągle poluje na młodych ludzi i nikt nie jest w stanie tego zatrzymać. Kim jest tajemnicza kobieta, która sprowadziła na miasteczko nieszczęście? Jak powstrzymać krwawy terror?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
dabeusz

Z braku laku…

Opis ciekawszy od zawartości.
00

Popularność




Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2021

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Bartłomiej Fitas, Umarli nie wracają, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja i korekta: Karolina Stasiak, Anna Dzięgielewska

Projekt okładki: Dawid Boldys, Shred Perspectives Works

Skład i łamanie: Sandra Gatt Osińska

Wydanie I 

ISBN: 978-83-66518-53-7

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Tym, którzy nie wrócą.

Wstęp

Kim jestem i co tu robię?

Dlaczego tutaj tak ciemno i zimno?

W oddali zamajaczyła biała kropka.

To jakieś przywidzenie?

A może wylot z tej ciemnicy?

Czy to za sprawą złudzenia optycznego, czy innego zjawiska, kropka sprawiała wrażenie, jakby nieznacznie się powiększała.

Czyżby trafił do miejsca, w którym czas kurczy się do punktu, a odległość nie jest wyznacznikiem? Do białej kropki było równie daleko, co blisko. Możliwe, że istniała na tej samej zasadzie, co fatamorgana na pustyni, oglądana oczami umierającego z pragnienia – zwykły pozór, który wyciska ostatnie resztki sił, aby przy mecie obwieścić, że to na nic.

Nie ma wody.

Żadnego wyjścia.

Płynął, spalał się.

Jego zmysły działały tak, jak powinny; wzrok rejestrował biały punkt, a węch wyczuwał słaby zapach wilgoci. Tylko słuch nie wychwytywał najdrobniejszego szmeru, lecz nie wydawało się to niepokojące. W końcu jakie odgłosy mogły rozlegać się w takiej czerni?

Nagle w bezkresnej pustce pojawiła się mgła. Zjawisko wykonywało płynne, osobliwe ruchy, podobne do tańca.

W innych okolicznościach poczułby strach, lecz tym razem coś podpowiadało mu, że mgła nie stanowi zagrożenia. Wszak był tym, co wychodzi z umierającego człowieka i sprawia, że śmierć jest nieodwracalna; częścią, jaka po opuszczeniu ciała zostawia oczy zasnute bielmem, upodabniając je do szklanych kulek.

Płynął w ciszy, otoczony przez kłębiącą się watę. Dookoła majaczyły sylwetki innych pozostałości po ludziach. Przypuszczał, że opuściły świat w podobnym czasie co on, aczkolwiek nie miał stuprocentowej pewności. Postaci owiewała tajemnica. Co robiły za życia? Jak odeszły? Czy zostawiły po sobie jakiś ślad na świecie? Te sekrety zabrały ze sobą do grobu i nim tu trafiły, ktoś odseparował je, pozostawiając samotne, pozbawione historii dusze.

Wyczuwał, że one również go widzą. Domyślał się, że w ich oczach jest kolejnym ciemnym zarysem, nie wyróżniającym się na tle pozostałych.

Jego życie nie trwało zbyt długo. Z tego, co pamiętał, jakieś siedemnaście lat albo krócej. Uznał, że dziwnie jest myśleć o upływie czasu w bezkresnej przestrzeni, gdzie on nie obowiązuje. Trwał tu od zawsze, jednocześnie czując, że dopiero co przybył. Tam gdzie niegdyś egzystował, mogły minąć już całe lata albo zaledwie kilka sekund. W tym stanie nie miało to znaczenia. Czas istniał tylko dla ludzi.

Ostatnim, co zapamiętał, była poznaczona bruzdami bólu i zmęczenia, wychudzona twarz opięta pożółkłą skórą. Zapadnięte, przekrwione oczy dawno temu straciły iskrę życia… Usta przybrały trupio blady odcień, zaś pokrywające je, głębokie pęknięcia przywodziły na myśl kaniony wypełnione obrzydliwą ropą.

Twarz należała do nastolatka przegrywającego walkę z rakiem. Choroba zżerała go od środka, zajmując wszystkie narządy i zostawiając po nich dymiące zgliszcza.

Ostatnie chwile agonii wypełniały sny napędzane przez krążącą w jego pokłutych żyłach morfinę. Składały się na nie obrazy spod ręki równie naćpanego i niezrównoważonego artysty, który pędzlem chciał przelać na płótno swoje szaleństwo.

Śmierć przyniosła ulgę. Cóż lepszego mogło go spotkać? Z jego ciała został wrak, który nie nadawał się nawet na części zamienne. Jedyne, co mógł zrobić, to uciec tam, gdzie ból odejdzie w niepamięć.

Spojrzał na zbliżające się białe światło. Miał nadzieję, że to nie tunel, o jakim tak wiele słyszał za życia. Każdy tunel musi gdzieś prowadzić. A co, jeśli na końcu trafi na kolejną waginę, która wbrew jego woli wypluje go na świat pełen chorób, bólu, problemów i cierpienia?

Płynął z niewidzialnym nurtem, podobnie jak pozostałe sylwetki. One wszystkie stanowiły część szarej mgły, nieuchronnie dążącej do białego punktu, który zdążył urosnąć do rozmiarów sporego półkola przypominającego wylot tunelu. Nie dało się zatrzymać mgły; to siła napędzająca cykl egzystencji i niebytu. Najpewniej prowadziła je do krainy, gdzie wcale nie zaznają wiecznego spokoju.

Naszły go sprzeczne emocje. Z jednej strony pragnął tu zostać, lecz z drugiej stawało się to nie do zniesienia i pomimo obaw związanych z przyszłością, chciał stąd odejść. Wiedział, że wtedy o wszystkim zapomni i cykl ruszy od nowa. Może nie trafi się rak…

Nagle zatrzymał się i dopiero po jakimś czasie – o ile da się mówić o czymś takim – zorientował się, że coś jest nie tak. Mgła brnęła dalej, lecz on nie ruszył się ani o centymetr. Sylwetki omijały go w głuchej ciszy.

Zapach wilgoci sukcesywnie zyskiwał na intensywności. Gdy ujrzał ostatnie strzępy mgły, woń stała się niemal nie do zniesienia. Przypomniał sobie o irytacji. To uczucie owładnęło nim tak mocno, że gdyby tylko posiadał fizyczne ciało, złapałby pierwszy przedmiot i cisnął nim w oddalające się strzępy mgły.

W pewnym momencie znów podjął swą wędrówkę. Dalej płynął, lecz pod prąd. Widział, jak wyjście z tunelu staje się coraz odleglejsze. Coś go złapało i z brutalną siłą ciągnęło wstecz. Ciągnęło go tam, skąd niedawno uciekł.

Część pierwszaArtur

Rozdział 1

Coś wyrwało go z niespokojnej płytkiej drzemki. O czymś śnił, lecz wspomnienie prysło natychmiast po przebudzeniu. Spojrzał w sufit przekrwionymi ze zmęczenia oczami i westchnął. Od kilku nocy nie mógł zasnąć na dłużej niż pół godziny. Przewracał się z boku na bok, podczas gdy jego żona spała jak kamień.

Pomimo wieloletniego stażu małżeńskiego niektóre kwestie pozostawały indywidualne. Należał do nich między innymi sposób walki ze smutkiem. Daria wolała zasnąć z nadzieją na lepsze jutro. Jego analityczny umysł natomiast nie pozwalał mu na marnowanie cennych godzin ciszy i spokoju. Ciągle zastanawiał się, co może zrobić, aby poradzić sobie z żałobą i wrócić do normalnego funkcjonowania. Za każdym razem labirynt jego myśli prowadził do tego samego punktu. Punkt ten nazywał się NIC. Podążał różnymi korytarzami, licząc na to, że droga w końcu zaprowadzi go do oczekiwanego rozwiązania, lecz ciągle doznawał gorzkiego rozczarowania.

NIC.

Sławek oderwał wzrok od sufitu i skierował go na okno. Oczy zapiekły go od blasku księżycowej poświaty. Zamrugał, lecz spod powiek nie wypłynęła ani jedna łza.

Ostatni rok minął jak z bicza strzelił. Czternastego marca Artur obudził się w fatalnym stanie, choć jeszcze poprzedniego dnia trenował koszykówkę i nic nie zapowiadało zbliżającej się choroby. Przygotowywał się do zawodów i zależało mu na jak najlepszej formie. Marzył o karierze koszykarza i wiele wskazywało na to, że uda mu się osiągnąć ten cel. Sławek zawsze wspierał syna i jego sukces uważał za kwestię czasu. Niestety, tego cholernego poranka to co wydawało się pewne, stanęło pod znakiem zapytania.

Początkowo podejrzewali zatrucie pokarmowe, zwłaszcza że od kilku tygodni Artur często narzekał na bóle brzucha. Tym razem miał mdłości, gorączkę i kilkukrotnie zwymiotował breją o bliżej nieokreślonym kolorze. Około południa jego stan uległ drastycznemu pogorszeniu. Przed trzynastą zadzwonili po karetkę.

Na drugi dzień usłyszeli najgorsze możliwe słowa. Słowa, na jakie nie jest przygotowany żaden rodzic.

– Państwa syn choruje na raka – oznajmił lekarz głosem pozbawionym wyrazu. Na jego twarzy pojawił się cień współczucia, lecz zaraz zniknął, zastąpiony przez profesjonalną obojętność.

– Co? Dlaczego? – zapytała Daria. Jej usta wykrzywiał grymas podobny do uśmiechu, choć od radości dzieliły go setki lat świetlnych. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy, aby przekonać się, że to nerwowy skurcz mięśni. Jej pełen przerażenia wzrok mówił sam za siebie.

Lekarz westchnął. Zerknął przez szybę na nieprzytomnego Artura. Stali w jasno oświetlonym korytarzu. Tu i ówdzie przewijały się posępne sylwetki pacjentów, którym jakimś sposobem udało się wykrzesać dość sił na wstanie z łóżka. Oddział onkologiczny wydawał się nieodpowiednim miejscem dla zdrowych ludzi. Panująca tu atmosfera odbierała resztki energii i niczym chemioterapia niszczyła w człowieku również to, co najlepsze.

– Chciałbym odpowiedzieć państwu na te pytania, ale nie potrafię – odparł lekarz po dłuższym milczeniu. Krótkie zdanie w łagodny sposób wyraziło brutalną prawdę: Artur choruje na raka i najbliższe tygodnie pokażą, czy zdoła go pokonać.

– Ale… ale… on przecież prowadzi zdrowy tryb życia. Gra w koszykówkę, nie pije, nie pali. Dobrze się odżywia…

– Tryb życia nie gwarantuje dobrego zdrowia. W każdym z nas są komórki nowotworowe i nic z tego nie wynika. Nie mamy wpływu na to, czy w danym momencie zaczną się one namnażać. Oczywiście dookoła jest mnóstwo substancji o działaniu rakotwórczym i wiele osób styka się z nimi każdego dnia. Nie oznacza to jednak, że w ten sposób dana osoba zachoruje. Równie dobrze można żyć pod kloszem i umrzeć na raka.

– Czyli Artur po prostu ma pecha? – zapytał Sławek.

– Nie chciałbym używać takich słów, ale skoro już one padły…

– Jakie są szanse, by wyzdrowiał?

Po twarzy lekarza przebiegł nerwowy skurcz, który wskazywał na to, że usłyszał pytanie, jakiego się obawiał.

– Cóż… w tym momencie ciężko mówić o rokowaniach – podjął ostrożnie.

– Ale?

– Ale to rak trzustki, w dodatku wykryty w późnym stadium.

– Proszę mówić konkretnie. – Sławek miał ochotę krzyczeć, lecz jakimś cudem utrzymał nerwy na wodzy. – Pół na pół? Więcej?

– Mniej.

Podmuch wiatru uderzył w okno, sprawiając, że Sławka opuściło wspomnienie o najgorszym dniu jego życia. Patrzył na targane wiatrem gałęzie. Zanosiło się na burzę. Ulewy o tej porze zawsze wprawiały go w niepokój. Wydawało mu się, że początek dnia jest okropnym momentem na burzę. Przez nią szarówka trwa znacznie dłużej, a dzień męczy i niemiłosiernie się wlecze.

Wiatr ustał, a potencjometr w umyśle Sławka wyciszył do zera odgłosy świata zewnętrznego.

Minęło kilka miesięcy. Stan Artura uległ nieznacznej poprawie. Jego organizm był wymęczony ciężką chemioterapią, lecz jej efektywność sprawiła, że w oczach chłopca pojawiła się iskra nadziei.

Sławek odniósł wrażenie, że przez ten czas ich syn postarzał się o dekadę. Nie chodziło tu o wygląd, lecz o jego zachowanie. Miał niecałe siedemnaście lat. W tym wieku dzieciaki powinny pyskować, obściskiwać się i chodzić własnymi drogami nim nadejdzie dorosłość, która zmusi je do uspokojenia się. Artur zdawał się całkowicie pogodzony z tym, że nie zazna uroków ostatnich lat beztroski. Ta postawa zasługiwała na podziw, lecz jednocześnie przerażała.

Odkąd Artur zachorował, Sławek nieraz zastanawiał się nad tym, co on by zrobił na jego miejscu. Był pewny, że Daria też o tym myślała. To kolejne niepisane prawo wieloletniego małżeństwa; nie trzeba mówić sobie o wszystkim. Niektóre rzeczy się po prostu wie.

Stawiając się w sytuacji osoby czującej na karku oddech śmierci, Sławek najprawdopodobniej spanikowałby i poddał się psychicznie. Każdego dnia trząsłby się ze strachu i nie potrafiłby tego ukrywać. Artur natomiast zachowywał zimną krew. W tym przypadku to ojciec mógłby się czegoś nauczyć od syna.

Obraz zapadniętej twarzy Artura rozmył się. Sławek znów patrzył przez okno.

– Nie śpisz? – zapytała Daria zaspanym głosem.

Spojrzał na żonę. Ciemność skutecznie maskowała nitki siwizny na jej głowie. On natomiast zaczął jeszcze szybciej łysieć. W pewnym momencie postanowił się obciąć na zero. Robiąc to, przypomniał sobie, jak strzygł Artura, który przez kilka lat nosił długie włosy. Nie chciał widzieć, jak włosy wypadają mu garściami, dlatego wolał się ich pozbyć przed pierwszą chemią.

– Nie – odparł. Odpowiedział mu miarowy oddech Darii, która zdążyła zasnąć, nim dotarł do niego sens jej pytania.

Kolejne wspomnienie prześladowało go zarówno we śnie, jak i na jawie. Potrafiło przyjść w dowolnym momencie, odbierając mu resztki sensu życia.

Arturowi zostały dni, jeśli nie godziny. Jego stan nie miał już ulec poprawie. Przed zaledwie tygodniem wydawało się, że jest na dobrej drodze do odzyskania zdrowia, lecz wtedy pojawiły się przerzuty, w straszliwym tempie obejmując praktycznie cały układ pokarmowy i niszcząc płuca.

Zegar życia odmierzał ostatnie godziny, minuty i sekundy. Jego tykanie rozlegało się w pełnej napięcia ciszy, przez co dało się zauważyć, że stopniowo zwalnia. Ogromne dawki morfiny sprawiały, że Artur nie wrzeszczał z bólu, lecz krążył w narkotycznych snach, odwiedzając światy niedostępne dla zdrowych ludzi. Niekiedy coś mówił, lecz słowa te nie miały sensu, a spuchnięty język dodatkowo je zniekształcał.

Dwa dni później Artur odszedł. Próbowali się na to jakoś przygotować, ale cios okazał się zbyt mocny. Z jednej strony mieli świadomość złego stanu syna, lecz z drugiej do samego końca tliły się w nich resztki nadziei.

Kropla deszczu uderzyła o parapet szpitalnego okna. Pierwsza łza, po której wylały się całe strumienie następnych.

Sławek potrząsnął głową. W tym momencie doszedł do wniosku, że spodziewana burza zacznie się wcześniej, niż myślał. Na zewnątrz nadal panowały ciemności, a z oddali dały się słyszeć głuche pomruki. Niebo rozświetlił krótki błysk, jakby ktoś na podwórku robił zdjęcia z użyciem lampy błyskowej.

Ostatnia myśl. Starsza kobieta.

Po pogrzebie Artura wspólnie z Darią postanowili sprzedać dom na przedmieściach Krakowa i wyjechać. Dom, odziedziczony po jego rodzicach, stanowił idealne rozwiązanie, oddalony o ponad sześćset kilometrów od pełnego przykrych wspomnień miasta.

Rozpoczęli nowy rozdział, lecz wtedy pojawiła się staruszka. Miało to miejsce jakiś miesiąc po przeprowadzce.

Staruszka przyszła niespodziewanie. Stanęła w ich progu z dużą blachą szarlotki i szerokim uśmiechem rozjaśniającym pomarszczoną twarz. W słońcu zalśnił złoty hak zaczepiający protezę o jeden z nielicznych prawdziwych zębów.

– Dzień dobry państwu – przywitała się. – Pomyślałam sobie, że warto poznać nowych sąsiadów. Mam nadzieję, że się nie narzucam.

– Nie, skądże – odparła Daria.

Nieznajoma sprawiała wrażenie sympatycznej babci, której poumierały koleżanki i szuka kogoś do rozmowy. To złudzenie sprawiło, że Sławek odpowiedział uśmiechem na jej powitanie i zaprosił ją do środka.

Daria pokroiła ciasto, a Sławek zaparzył herbatę. W tym czasie staruszka z ciekawością rozglądała się po kuchni. Wkrótce przeszli do rozmowy o wszystkim i o niczym, a kolejne minuty upływały w przyjemnej atmosferze.

– Rozumiem, przez co przeszliście – rzekła w pewnym momencie babcia, biorąc ostrożnie łyk herbaty.

Sławek i Daria spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.

– Nie rozumiem – powiedział. – O czym pani mówi?

– O Arturze, waszym synu – odparła, jak gdyby nigdy nic.

Rozległ się odgłos przypominający strzał z zepsutej rury wydechowej. Daria poklepała się po klatce piersiowej i herbatą spłukała przyklejone do gardła okruszki.

– Skąd pani o nim wie? – Gwałtownie wstała. Krzesło, na którym siedziała, z hukiem runęło na podłogę.

– Znam śmierć.

– Chyba jednak nie zostaniemy dobrymi sąsiadami. – Sławek również wstał. – Nikomu tu nie mówiliśmy o naszym synu, więc tym bardziej nie rozumiem, skąd pani może mieć jakiekolwiek informacje na jego temat.

– Znam śmierć – powtórzyła stara kobieta, po czym uśmiechnęła się.

– Powinna pani już wyjść – rzekła Daria, dając jej do zrozumienia, że nie jest w ich domu mile widziana.

Twarz staruszki nagle stężała. Zachodzące bielmem oczy przybrały intensywnie niebieską barwę, a sieci zmarszczek tworzące na jej policzkach skomplikowane wzory stały się znacznie płytsze.

– Ja naprawdę znam śmierć.

Sławek żałował, że nie poszedł wtedy za impulsem i nie wyrzucił tej kobiety z domu. Zamiast tego dał się porwać zwyczajnej ludzkiej ciekawości.

– No dobrze. Skoro zna pani śmierć, to proszę mi powiedzieć, dokąd idziemy, kiedy umieramy?

– Nikt nie jest w stanie opisać słowami zaświatów – odparła kobieta, nie zważając na jego sarkastyczny ton.

– To chyba jasne. Nikt nie może ich opisać, ponieważ musiałby przedtem zmartwychwstać. Nie powiedziała pani zatem niczego odkrywczego. A teraz przepraszam, ale…

– Uważa pan, że kłamię. – Staruszka uśmiechnęła się, choć jej oczy pozostały bez wyrazu.

Sławka kusiło, by powiedzieć coś niemiłego, lecz ugryzł się w język. Najchętniej posłałby tę niespełna rozumu kobietę do wszystkich diabłów. Miał jednak na uwadze to, że mieszkają w miasteczku, gdzie plotki rozprzestrzeniają się lotem błyskawicy. Nie potrzebowali łatki aspołecznych dziwaków.

– Czy chce pan odzyskać syna?

Pytanie sprawiło, że przez jego kręgosłup przeszedł nieprzyjemny dreszcz. W głowie rozpętała się burza myśli. Jedno ukradkowe spojrzenie na Darię wystarczyło, aby przekonał się, że ona czuje dokładnie to samo.

– Tak.

Podskoczył, słysząc swój głos. Wcale nie zamierzał odpowiadać na to pytanie. Mógł zaprzeczyć, lecz wtedy tak naprawdę zaprzeczyłby samemu sobie.

– Jestem w stanie wam pomóc – oznajmiła staruszka. W jej spojrzeniu pojawił się tajemniczy błysk. Można by pomyśleć, że są to oczy przedstawiciela handlowego, któremu wreszcie udało się wcisnąć komuś beznadziejną ofertę, za co zgarnie oszałamiającą prowizję.

Spodziewali się jakichś dziwnych obrzędów, palenia świec i wymawiania łacińskich formuł. Tak wyglądałoby to na filmie. W tym przypadku scenariusz nie przewidywał zbędnych fajerwerków. Kobieta po prostu zamknęła oczy i bezgłośnie poruszała ustami. Co jakiś czas przerywała, a skupienie na jej twarzy sugerowało nasłuchiwanie. Zupełnie jakby prowadziła dialog z jakimś niewidzialnym rozmówcą. Przez jej powieki przechodziły gwałtowne skurcze.

Dziwna ceremonia trwała zaledwie kilkanaście sekund, choć Sławek w tamtym momencie odniósł wrażenie, że minęła przynajmniej godzina. Wreszcie kobieta otworzyła oczy. Z początku jej spojrzenie było nieprzytomne, lecz zaraz odzyskało swój poprzedni wyraz.

– Dobrze – oznajmiła. – Artur niebawem wróci do domu. Jestem zmęczona. Muszę już iść.

Sławek z Darią skinęli głowami i wzrokiem odprowadzili nieznajomą do drzwi. Dopiero później uświadomią sobie, że nawet nie zapytali jej o imię; po prostu wpuścili do domu obcą kobietę, jakby była ich dobrą koleżanką, z którą się dawno nie widzieli. W trakcie pożegnania nie potrafili wydusić z siebie ani słowa. Nie mieli pojęcia, czy mają dziękować, życzyć miłego dnia, czy kazać iść precz.

Przez kilka dni oboje odczuwali dławiący niepokój, lecz w końcu staruszka opuściła ich myśli, a oni wrócili do swoich codziennych zajęć. Nie rozmawiali o tym, co wydarzyło się tamtego dnia.

Pokój rozświetlił intensywny błysk, jakby na ułamek sekundy nastał dzień. Potężny huk wyrwał Sławka z zamyślenia.

– Co jest? – wymruczała Daria przez sen, co brzmiało bardziej jak „sssooooest?”

– Burza. Śpij – mruknął w odpowiedzi, po czym sięgnął do nakastlika. Chwycił paczkę papierosów i wytrząsnął jednego. Daria nie znosiła, gdy przy niej palił, lecz od śmierci Artura przestała zwracać mu uwagę.

Wstał, by uchylić balkonowe okno. W sypialni było duszno i nieprzyjemnie, jakby od wielu dni pomieszczenie nie zostało ani razu przewietrzone. Całe jego ciało pokrywała warstewka potu, przez co przy kontakcie z chłodnym powietrzem na ramiona wystąpiła gęsia skórka.

Włożył papierosa do ust i zapalił. Strużka dymu uniosła się leniwie aż do szczeliny okna, aby następnie zostać wciągniętą przez mroki nocy.

Ta burza miała w sobie coś osobliwego. Z jednej strony żywioł sprawiał wrażenie niezwykle brutalnego i hałaśliwego, a z drugiej zdawał się ledwie wyczuwalny. Strugi zacinającego deszczu spadały na ziemię, nie wydając przy tym najcichszego odgłosu. Wściekle walący w okna wiatr przywodził na myśl subtelną bryzę, którą da się wyczuć tylko po tym, że pozostawia na twarzy delikatny chłód.

Gdzieś niedaleko trzasnął piorun, lecz Sławek nawet się nie wzdrygnął. Mężczyzna z powrotem pogrążył się w conocnych rozważaniach. Pomyślał o wizycie tajemniczej staruszki. Dopiero w tym momencie zrozumiał, jak bardzo dali się nabrać. Przyszła do nich jakaś kobieta, zaczęła wygadywać totalne bzdury, a oni wszystko łyknęli, nie zwracając uwagi, czy da się to strawić.

Zaciągnął się dymem i powoli wypuścił go w deszczową noc. W ogóle nie czuł się senny. Mógłby tak stać do rana, paląc papierosa za papierosem i napawając się tym zimnym, przesyconym zapachem ozonu powietrzem.

Kolejny oślepiający błysk i ogłuszający huk sprawiły, że podskoczył.

Gdy echo grzmotu ucichło, Sławek znowu to usłyszał. Z góry dobiegał odgłos, który łudząco przypominał…

KROKI.

Nagle dotarło do niego, co słyszy. Możliwie, że wiedział o tym już wcześniej, lecz jego umysł zastosował jakiś system obronny. W domu mieszkali we dwoje, a dzięki alarmowi miał pewność, że do środka nie zakradł się nieproszony gość. Kroki były wyraźne i nie dało się ich pomylić z niczym innym.

Tup… tup… tup…

Przez kręgosłup mężczyzny przebiegł dreszcz. Tak, to z pewnością kroki. Stawały się coraz głośniejsze, cięższe, szybsze i wtedy nagle…

Bliski piorun rozjaśnił czerń nocy. Po donośnym huku nastała cisza.

Rozdział 2

Świat wydawał się spowity ciężką mgłą. Wszystkie kształty stały się rozmyte i nijakie. Michał miał wrażenie, że jego głowa trafiła w szczęki ogromnego imadła zaciskanego przez jakiegoś psychopatę. Ból osiągnął już ten poziom, że nie dało się go wytrzymać.

Rozchylił spierzchnięte wargi. Jego język był wyschnięty na wiór, a smród, jaki sam od siebie poczuł, kojarzył się z wonią człowieka pokłóconego z mydłem i wodą.

Jego uszy rejestrowały jednostajny szum. Niekiedy przez szum przebijało się jakieś stuknięcie lub dłuższy pisk. Przy każdym takim odgłosie na twarzy Michała pojawiał się bolesny grymas.

Jego oczy powoli przyzwyczajały się do światła dziennego. Mgła stopniowo rzedła, aż wreszcie całkowicie opadła. Skołowany mózg niechętnie podjął pracę. Michał niemal słyszał chrzęst i stukot uruchamianej maszynerii.

Przypomniał sobie, że był na jakiejś imprezie i znowu przegiął. Nie pamiętał połowy z tego wieczoru, o drodze do domu już nie wspominając.

KAC-Kurwa, Ale Cierpię, pomyślał.

Spróbował podnieść się na łokciu, lecz pokój nagle zawirował, a żołądek podszedł mu do gardła. Jeszcze nigdy nie czuł się tak źle. Ile właściwie wypił? Pamiętał pierwsze dwa piwa, ale później wjechała wóda i tania whiskey. Z każdym kolejnym kieliszkiem jego pamięć traciła na wyrazistości, aż w końcu urwał mu się film.

Jego ręka zsunęła się z łóżka i natrafiła na butelkę mineralnej. Chwycenie jej i podniesienie okazało się nie lada wyczynem. Tak się schlał, że teraz ledwo mógł się ruszać, nie mówiąc o podejmowaniu jakiegokolwiek, nawet najmniejszego wysiłku. Nieprzyjemne ssanie w żołądku sugerowało, że z jedzeniem dzisiaj też będzie na opak.

Chłodna ciecz spłynęła po jego wysuszonym gardle. Cóż za ulga. Wziął kilka ostrożnych łyków, po czym czknął i otarł usta drżącą ręką. Wtedy zabolała go dolna warga. Spojrzał na wierzch dłoni i zobaczył kawałek oderwanego strupka. Przypatrywał mu się ze zmarszczonym czołem, próbując sobie przypomnieć, jakim sposobem rozciął sobie wargę.

Trzaśnij mi w gębę, bo nie ogarniam!

Wspomnienie powoli zaczęło przedzierać się przez gęste alkoholowe opary. Wtedy osiągnął magiczny stan, kiedy człowiek staje się młodszy o całe lata i wraca do raczkowania. Słowa te wypowiedział do jednego z kolegów. Nie miał pojęcia, co wtedy chciał osiągnąć i w sumie nie miało to znaczenia. Przypomniało mu się, że dostał parę razy. Po każdym uderzeniu krzyczał, że za słabo. Wreszcie kolega trzasnął go z całej siły. Smak krwi na moment go otrzeźwił. Później wypił dwie kolejki i oficjalnie zakończył imprezę z głową w wannie.

Więcej nie piję – pomyślał. W tym momencie był święcie przekonany, że za żadne skarby nie tknie alkoholu. Podświadomie wiedział, że to tylko puste słowa. Jego rocznik wchodził w sezon osiemnastek, co oznaczało praktycznie cotygodniowe chlanie. Michał stanowił doskonały przykład polskiego nastolatka z dobrymi manierami, który wódki i pacierza nigdy nie odmawia, więc ten ciężki poranek z powodzeniem mógł potraktować jako rozgrzewkę przed zbliżającymi się libacjami.

Z bolesnym jękiem schylił się i podniósł z podłogi blister specjalnie przygotowanego na tę okazję ibuprofenu. Wycisnął kapsułkę i popił kolejnym haustem cudownie orzeźwiającej wody. Każdy jej łyk dodawał nieco więcej chęci do wstania z łóżka. Jego ciało błagało o prysznic. W całym pokoju unosił się ohydny odór powstały z połączenia alkoholu, potu i kwaśnego akcentu wymiocin.

Spojrzał na zegarek i westchnął. Siódma rano. Na wakacjach o tej godzinie wstają tylko ludzie pracujący i skacowani.

Usłyszał z dołu krzątaninę. Postanowił poczekać, aż rodzice wyjadą i dopiero wtedy zabrać się za ogarnianie swojego fatalnego stanu.

Zamknął oczy, wsłuchując się w panujący w jego głowie szum. Odgłos ten uspokajał i sprawił, że Michał znów miał ochotę zapaść w sen.

– Heeeeeeeej, chodź ze mną…

Otworzył oczy. Jego źrenice rozszerzyły się do tego stopnia, że ledwo dało się dostrzec piwne tęczówki. Przez ciało przeszedł silny dreszcz, a czubki palców zrobiły się nagle zimne. Obcy głos nie miał wyraźnego źródła, a jego ton jednocześnie zachęcał, jak i pałał niepohamowaną nienawiścią. Nastolatek zadrżał i na moment przestał odczuwać kaca.

Uważnie wsłuchał się w rezonujący pod czaszką szum. Echo głosu jednak ucichło, a zaproszenie nie powtórzyło się. Usłyszał natomiast trzask drzwi frontowych. Nieco później dobiegł go dźwięk odpalanego silnika oraz chrzęst opon na żwirze. Rodzice pojechali.

Michał leżał przez kilka sekund, po czym podjął kolejną próbę wstania. Tabletka zaczynała działać, gdyż tym razem głowa nie zaprotestowała ostrym bólem. Stanął na miękkich nogach, czekając, aż jego organizm przyzwyczai się do zmiany pozycji. Wtedy zauważył stojącą obok łóżka, dużą plastikową miskę.

– Zajebiście – mruknął pod nosem. Skoro była tu miska, to oznaczało, że prawdopodobnie wrócił do domu w widowiskowy sposób. Miał tylko nadzieję, że nie narobił jakichś głupstw. Jego rodzice nie bawili się w szlabany na komputer, czy wychodzenie z domu; zamiast tego dawali coś, co nazywali zadaniem. Zazwyczaj na takie zadanie składał się szereg czynności wymagających sporego nakładu pracy. Pamiętał, jak w zeszłym roku dostał zadanie za bójkę na przerwie. Trafiło mu się wtedy sprzątanie domu, koszenie trawników, zrobienie nowej budy dla psa i pomalowanie jej bejcą kupioną ze swojego kieszonkowego. Zszedł mu na tym prawie cały weekend, a ta cholerna bejca – w jego mniemaniu – kosztowała majątek. Od tamtego momentu unikał bójek, a zaczepki ze strony innych najzwyczajniej ignorował.

Poszedł pod prysznic. Stojąc pod strumieniem letniej wody, niemal widział, jak z jego organizmu wyparowują resztki alkoholu. Zawsze uważał, że woda to najlepsze antidotum na kaca. Po ciepłym prysznicu już nie czuł się ani nie śmierdział jak śmieć. Wreszcie wracał do świata żywych.

Wytarł się, włożył czyste ubranie i podszedł do lustra. W odbiciu pojawiła się twarz przystojnego nastolatka o kasztanowych włosach i piwnych oczach. Jego policzki pokrywał dwudniowy zarost, lecz jeszcze nie na tyle gęsty, aby nadawał się na brodę. Michał sięgnął po maszynkę do golenia i w kilka minut uporał się ze szczeciną. Teraz tylko podkrążone oczy zdradzały, że wczoraj przesadził z alkoholem.

Wyszedł z łazienki i przeszedł do kuchni. Jego żołądek ścisnął się do tego stopnia, że próba zjedzenia śniadania z pewnością zakończyłaby się spektakularnym rzyganiem. Poszedł tam bardziej po to, żeby sprawdzić, czy nie dostał zadania.

Spojrzał na lodówkę i zobaczył charakterystyczną czerwoną kartkę.

– Cholera! – syknął pod nosem.

Podniósł magnes przytrzymujący karteczkę i przeczytał:

ZADANIE:

1. Posprzątać wymiociny ze schodów.

2. Wymyć ścianę przy drzwiach wejściowych.

3. Skosić trawnik.

4. Kupić (za swoje kieszonkowe) i posadzić nowe drzewka (wczoraj wpadłeś w sadzonki).

5. Wymyć okna.

6. Przemyśleć swoje zachowanie.

Bądź w domu, jak wrócimy z pracy. Musimy poważnie porozmawiać.

Rodzice.

PS. Drzewka, które zniszczyłeś, to tuje. Było ich sześć.

Wpatrywał się w kartkę oczami pozbawionymi wyrazu. W myślach liczył czas. Z posprzątaniem rzygów na pewno pójdzie szybko, gorzej z pozostałymi czynnościami. Po tuje musi wybrać się do sklepu oddalonego o jakieś dziesięć kilometrów. Wymycie okien też trochę potrwa, a na koszeniu trawników zawsze schodziły przynajmniej dwie godziny.

Zerknięcie na zegarek i szybkie obliczenia powiedziały mu, że nie spotka się z Natalią. Zaklął w myślach, przypominając sobie, że jego dziewczyna ma dziś wolną chatę.

Zmiął kartkę z zadaniem i wyrzucił do kosza. Wyszedł przed dom i wciągnął przez nos rześkie poranne powietrze. Z kieszeni cienkiej bluzy wyjął paczkę Nevad. Spojrzał z niechęcią na opakowanie, po czym wyciągnął jednego papierosa i odpalił. Smakował ohydnie, ale mógł palić tylko to, co znajdowało się w zasięgu jego możliwości finansowych.

Zerknął na schody i gwizdnął przez zęby. Samo spojrzenie wystarczyło, aby ocenić, że zmycie tego zajmie więcej czasu, niż początkowo zakładał. To, co leżało na schodach, było godne największej barowej moczymordy.

Zaciągnął się dwa razy, zgasił papierosa i schował go do paczki. Palenie na kacu jest kiepskim pomysłem. Po prysznicu odzyskał nieco energii, lecz papieros wszystko zepsuł; fatalny stan powrócił ze zdwojoną siłą.

Odwrócił się, aby wejść do domu i trochę poleżeć, nim weźmie się do roboty, lecz wtem odniósł wrażenie, jakby ktoś wwiercał mu w plecy długą śrubę. W tym samym momencie do jego nosa doleciał charakterystyczny zapach wilgotnych, gnijących liści. Owa woń bardzo go zdziwiła, gdyż środek lata od jesieni dzieliło ładnych parę miesięcy.

Może coś wczoraj wziąłem i mam flashbacka?

Z pewnością na wczorajszą imprezę przyszedł jakiś koleś z wątpliwej jakości trawką, ale nie mógł sobie przypomnieć, czy ją palił.

W jego umyśle zrodziło się lepkie i żrące uczucie strachu. Pragnął wbiec do domu, zamknąć drzwi i przez cały dzień nie wychodzić. Pewnie dostałby kolejne zadanie, ale wolał spędzić dwa dni na pracach domowych, niż choćby chwilę dłużej na zewnątrz.

– Heeeeeeeej, chodź ze mną…

Michał podskoczył. To był ten sam głos, który słyszał, leżąc w łóżku, lecz tym razem potrafił określić, że jego źródło znajduje się tuż obok. Strach stał się paraliżujący. Nastolatek nie potrafił ruszyć nawet palcem. Instynkt przetrwania podpowiadał mu, aby uciekał przed tym czymś, ale nie mógł zrobić ani jednego kroku.

– Dlaczego ze mną nie idziesz?

Michał chciał coś powiedzieć, lecz zdał sobie sprawę, że jego język przypomina kawałek martwego, bezwładnego mięsa.

– Sprawiasz mi przykrość, palancie.

W głosie dało się wychwycić żal. Michał wbrew swojej woli poczuł falę wyrzutów sumienia. Zupełnie tego nie rozumiał, ale owo wrażenie okazało się na tyle silne, że udało mu się pokonać barierę własnego organizmu i złamać paraliż.

Odwrócił się w stronę źródła głosu. Słońce rzucało na świat mdłe promienie, jakby toczyła je jakaś choroba. W blasku tym majaczyła ludzka sylwetka. Całe ciało owego człowieka emitowało silne białe światło, niemal natychmiast powodujące ból głowy.

Michał wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

– Pieprzony flashback – odezwał się sam do siebie.

– Nie wiem, o czym mówisz – odparł Świecący Człowiek.

Widok jego poruszających się ust prawie doprowadził nastolatka do wymiotów. Pod świecącą skórą rysowały się kontury mięśni odpowiadających za mówienie. Ich ruchy przypominały garść wijących się, tłustych larw.

– Wczoraj czegoś się naćpałem i wróciła mi faza – odparł, nim ugryzł się w język. Nie uśmiechała mu się rozmowa z tym czymś. Postać, która przed nim stała, najprawdopodobniej pochodziła prosto z jego dręczonego kacem mózgu. Może miał jeszcze w czubie, gdy godzinę temu brał tabletkę przeciwbólową i mieszanka właśnie zaczęła działać?

Trzasnął się otwartą dłonią w policzek. Ból był prawdziwy, co wykluczało sen.

– Chodź – powtórzył Świecący Człowiek.

Nie potrafił się oprzeć. Wiedział, że musi z nim pójść, aby zobaczyć coś niezwykle fascynującego; coś znacznie ważniejszego od durnych zadań zrzuconych na niego przez rodziców.

Zrozumiał, że wszystkie rzeczy, jakie ma dziś do zrobienia, nic nie znaczą. Mógł zająć się czymś o wiele ciekawszym.

Tajemniczy przybysz wyciągnął emanującą blaskiem dłoń i gestem przywołał go do siebie. Michał nie zastanawiał się dłużej. Jeżeli to faktycznie było wynikiem działania środków odurzających, wyjdzie na kretyna tylko przed samym sobą. Żaden wstyd.

Zrobił pierwszy krok.

Woń jesieni została wyparta przez coś nowego. Zapach ten kojarzył się ze szpitalem – połączenie leków, chorych ludzi leżących w zapoconych łóżkach oraz detergentów do czyszczenia podłóg. Głównie przeważała jednak nieprzyjemna woń ciężkiej choroby. Smród śmierci.

Lekki wietrzyk poruszył liśćmi. Jednostajny szum sprawił, że przed jego oczami pojawił się obraz. Patrzył na korony drzew. Słoneczne promienie przesączały się przez intensywnie zielone listki, rażąc go w oczy. Próbował je zamknąć lub odwrócić głowę, ale za każdym razem kończyło się to niepowodzeniem.

Uświadomił sobie, że leży, a paraliż wynika z tego, że jest martwy. Jakimś cudem obudził się we własnej trumnie, której wieko w nieznany sposób zniknęło. Patrzył na stare cmentarne drzewa, nie mogąc zaznać dotyku wiatru na twarzy, nie mogąc poczuć ciepła letniego dnia ani zapachu liści.

Otworzył usta do krzyku, lecz nie wydał z siebie żadnego odgłosu. Powoli szedł w stronę Świecącego Człowieka. W pewnej chwili poczuł się, jakby siedział na ogromnej zjeżdżalni. Ktoś go popchnął. Począł zjeżdżać z zawrotną prędkością, aż do momentu, w którym otoczenie zlało się w bezkształtną smugę. Wtedy cały świat po prostu się rozpłynął, a on razem z nim.

Spis treści

Wstęp

Część pierwsza. Artur

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Część druga. Polowanie

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Część trzecia. Umarli nie wracają

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Epilog

Podziękowania

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Kolofon

Spis treści