Ukryte - Lisa Gray - ebook

Ukryte ebook

Lisa Gray

4,1

Opis

Życie byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy pamiętali wszystko. Rzecz jednak w tym, by wiedzieć, co zapomnieć. A za własną zbyt krótką pamięć Rue Hunter może zapłacić głową. I to nie tylko swoją.

W Kalifornii nie wykonano egzekucji na więźniu od 2006 roku, a od ponad pół wieku nie stracono kobiety. Ale wkrótce się to zmieni – po ponad dwudziestu latach w celi śmierci Rue Hunter wreszcie poniesie karę za podwójne morderstwo. Chyba że Jessica Shaw, prywatna detektyw, zdecyduje się zakłócić senną atmosferę pustynnego miasteczka i rozdrapać stare rany. Ale sprawa nie jest prosta: Rue nie pamięta, żeby zabiła ludzi, których kochała, przypomina sobie jednak krew i krzyki. A dowody świadczą przeciwko niej.

Bohaterka trzymającej w napięciu We mgle w nieprzyzwoicie dobrej odsłonie – jeszcze bardziej bezczelna, nabuzowana adrenaliną i niecofająca się przed niczym.

Detektyw nie ma wątpliwości: w małych miasteczkach zawsze coś się dzieje, trzeba tylko patrzeć we właściwą stronę. Mieszkańcy Hundred Acres znaleźli już winną i mogliby za dużo stracić, gdyby się okazało, że się pomylili. Śledztwo prowadzi do miejscowego komisariatu policji i do nigdy niewyjaśnionego morderstwa policjanta badającego sprawę Rue, a Jessica ma dziesięć dni, by rozplątać sieć kłamstw, tajemnic i zależności. Nie wie jednak, że stawką w grze będzie także jej własne życie. Odliczanie już się zaczęło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

"Ukryte" to drugi tom cyklu z detektyw Jessicą Shaw, zawodowo zajmującą się odnajdywaniem osób zaginionych. Polubiłam ją i cieszę się na jej dalsze przygody. "Życie byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy pamiętali wszystko". Tytuł oryginału brzmi Bad memory co oznacza złą pamięć, złe wspomnienia. Właśnie kłopoty z pamięcią sprawiły, że Rue Hunter od ponad dwudziestu lat w celi śmierci czeka na egzekucję. A termin zbliża się nieubłaganie. Kobieta oskarżona jest o podwójne morderstwo, tyle że w ogóle nie pamięta momentu zbrodni, choć wszystkie dowody świadczą przeciwko niej. Czy Jessice uda się dotrzeć do prawdy? Fabuła intryguje mnie już od pierwszych stron. Oprócz współczesnej perspektywy cofamy się w czasie i jesteśmy świadkami wydarzeń, które doprowadziły Rue za kraty. Tej feralnej nocy sprzed trzydziestu lat zginął chłopak Rue, Lucas oraz jej najlepsza przyjaciółka, Megan. Gdy odkryjemy łączące tę trójkę relacje, wynik wydaje się być, aż nazbyt oczywisty, czy aby na pewno to było ...
00

Popularność




Pamięci mojego taty

Utwór stanowi fikcję literacką. Nazwiska, postacie, organizacje, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki lub zostały wykorzystane w sposób fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub zmarłych, i wydarzeń jest czysto przypadkowe.

PROLOG

Sen zawsze wygląda tak samo.

Pełnia lata, noc tak gęsta od upału, że dałoby się ją kroić nożem. Czuje wdzięczność za dobiegające z wentylacji chłodne powietrze, które osusza pot na jej opalonej skórze. Zwisający z lusterka wstecznego breloczek w kształcie czterolistnej koniczynki podskakuje i chwieje się w podmuchach nawiewu z klimatyzacji. Sukienkę zadarła wysoko na uda, bose stopy oparła na desce rozdzielczej, paznokcie u nóg, tak samo jak u rąk, ma pomalowane na pastelowy róż.

Tupie w rytm piosenki z radia. To rockowa ballada jakiegoś brytyjskiego zespołu, o umieraniu w ramionach wieczorem. Lubi ten kawałek. Odchyla głowę i zaczyna śpiewać.

Oboje śmieją się z jej fałszowania. Kolejny raz zaciąga się jointem i wydmuchuje kółka dymu. Słodki zapach zioła wypełnia samochód. Dopija resztkę piwa i rzuca pustą butelkę, która z głuchym stukiem opada na podłogę przed siedzeniem pasażera, obok jej sandałów. Ociera wargi wierzchem dłoni i znów śpiewa refren.

Jest pijana, naćpana i szczęśliwa, nie może się doczekać reszty wieczoru. Czwarty lipca. Dzień Niepodległości. Czas świętowania. Z oddali słyszy gwizd, trzask i huk.

Fajerwerki.

Samochód skręca gwałtownie, zaczyna się trząść i podskakiwać – zjechali z gładkiego asfaltu na piaszczystą drogę. Kiwa się z boku na bok na siedzeniu, kiedy koła z trudem poruszają się po nierównym terenie. Robi się szaro. Końcówka jointa żarzy się w zapadającym zmroku. Światła autostrady, którą zostawili za sobą, maleją, aż w końcu znikają w ciemności. Nagle włączają się długie światła. Mruga, po kilku sekundach jej oczy się do nich przyzwyczajają, ale po obu stronach piaszczystej drogi widać jedynie zarysy drzewek Jozuego, których grube gałęzie wyciągają się ku grafitowemu niebu jak łapy groteskowych potworów.

Nadal słychać piosenkę, ale nastrój się zmienia.

Sen staje się koszmarem.

Najpierw ich słyszy, potem widzi.

Jęki i kwilenie, stęki i sapanie. Nie chce widzieć, co robią. Nie chce stawiać czoła rzeczywistości. Wie jednak, że musi to zrobić.

Wyciąga drżącą rękę i otwiera drzwi.

Najpierw czuje zapach.

Pot, piwo i… coś jeszcze.

Potem ich widzi.

On jest na górze. Koszula w czarno-białą kratę opina mu plecy, pod pachami widać plamy potu. Błękitne dżinsy ma opuszczone do kolan, naga skóra na pośladkach jest szokująco biała. Z dołu wyłania się blada, szczupła dłoń i chwyta go za spocone włosy z tyłu głowy.

Najpierw nie rozumie, co widzi.

Potem to do niej dociera.

Czuje gniew – wie, że to złe i że musi to przerwać.

Nie pamięta, jak sięga po nóż.

Ani jak do nich podchodzi.

Ani jak raz za razem wbija ostrze w miękkie ciało.

Ale pamięta krew.

I krzyki.

Rue Hunter otworzyła oczy.

Pasma wilgotnych włosów kleiły jej się do czoła, pot zbierał się pod piersiami okrytymi bawełnianą koszulą nocną. Szczęka i zęby bolały ją od zaciskania. Oddychała ciężko, a serce waliło jej jak młotem.

Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze. Wdech, wydech, wdech, wydech. Sen zaczął blaknąć, jej oddech wrócił do normy, bicie serca zwolniło.

Ale krzyki nie ucichły.

Nigdy nie cichły.

Krzyki, wycie i przekleństwa rozbrzmiewały wszędzie wokół, odbijając się echem od ścian pustych korytarzy. Dźwięki potępionych. Dwudziestu jeden kobiet czekających na śmierć, podobnie jak Rue Hunter.

Światło świtu przesączyło się przez maleńkie okienko i łagodnie oświetliło niewielką przestrzeń: wąską pryczę, stalową toaletę i umywalkę w rogu, biurko z kilkoma sfatygowanymi książkami w miękkiej oprawie, ściany wyłożone białymi płytkami, nieozdobione plakatami ani zdjęciami rodziny.

Zrzuciła z siebie cienki koc i powoli przełożyła nogi za krawędź pryczy. Postawiła bose stopy na zimnym betonie i trzema krokami dotarła na drugi koniec celi, mierzącej mniej niż dwa na trzy i pół metra.

Wyciągnęła ręce do światła padającego z okna. Pod paznokciami nie miała brązowawego osadu. Na knykciach i zagłębieniach między palcami nie widniały plamy karminowej czerwieni. Gęsta ciecz nie płynęła po nadgarstkach jak gorące, krwawe łzy. Opuściła ręce i zwinęła je w pięści, zaciskając palce tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.

Spojrzała przez zakratowane okno na słońce wznoszące się coraz wyżej nad horyzontem. Wiedziała, że nie zobaczy już zbyt wielu jego wschodów i zachodów.

Za dziesięć dni miała umrzeć.

Przywiązana do noszy koloru lodów pistacjowych. Z rękami rozłożonymi, jakby leciała. Przed upiorną publicznością za otaczającymi ją z trzech stron szybami. Więzienny zegar miał odliczać minuty i sekundy do chwili, kiedy leki popłyną w jej żyłach. Najpierw na uśpienie, potem na zwiotczenie mięśni, żeby zatrzymać oddech. Na koniec miało przestać bić serce.

Nie bała się śmierci.

Znacznie trudniejsze od niej było życie w takim miejscu.

Bała się, że nigdy nie pozna prawdy.

Nie dowie się, co się właściwie stało tamtej letniej nocy wiele lat wcześniej.

Rue Hunter musiała się dowiedzieć, czy naprawdę ma krew na rękach.

Zostało jej na to niecałe dziesięć dni.

1 JESSICA

Jessica Shaw mieszkała w miasteczku dopiero od sześciu miesięcy. Niewiele czasu, ale dość, by się zorientować, że samochód nie pochodził stamtąd.

Kiedy szła na lunch do Randy’ego ze swoim szefem Edem Crozierem, auto było zaparkowane po drugiej stronie drogi, około siedemdziesięciu metrów na wschód od niewielkiego biura detektywistycznego, gdzie pracowali. Nadal stało w tym samym miejscu, gdy wracali pół godziny później, i późnym popołudniem, kiedy wyszła przed lokal zapalić.

Pięciodrzwiowy rodzinny sedan w kolorze metalizowanego błękitu. Słońce odbijało się od przedniej szyby, a opuszczona osłona przeciwsłoneczna zasłaniała kierowcę. Samochód nie był może szczególnie okazały, ale i tak zdecydowanie zbyt wyszukany jak na Hundred Acres.

Do przedniego zderzaka przykręcona była tablica. Jessica nie mogła z tej odległości odczytać numeru rejestracyjnego, ale widziała, że ciemne znaki są wytłoczone na turkusowo-pomarańczowo-białym tle. Nie była to typowa kalifornijska tablica z niebieskim numerem na białym tle, a auto nie wyglądało na takie, które mogłoby mieć tablice specjalne, więc Jessica doszła do wniosku, że wóz musi pochodzić spoza stanu.

Większość samochodów z miasteczka już znała. Nie pamiętała jeszcze wszystkich kierowców, ale kojarzyła auta. To jedna z zalet pracy w biurze tuż przy szosie głównej. Duża witryna wychodziła na północ, na żółte zarośla ciągnące się kilometrami po drugiej stronie dwujezdniowej autostrady. Poza nimi było widać tylko kilka słupów elektrycznych i ciągnące się w oddali góry.

Poza ruchem ulicznym nie bardzo było na czym zawiesić oko.

Nieznane samochody prawie nigdy nie zatrzymywały się w miasteczku. Ciężarówki w długich i krótkich trasach, pikapy, kombi i coupé wykorzystywały autostradę Hundred Acres jako obwodnicę aglomeracji Los Angeles w drodze do Miasta Grzechu i z powrotem.

W przeciwieństwie do ich kierowców Jessica nigdzie się nie wybierała. Przynajmniej na razie.

Przez większą część życia – i pierwszych pięć lat pracy jako prywatna detektywka – mieszkała w Nowym Jorku. Po nagłej śmierci ojca wyniosła się stamtąd na dobre, sprzedała dom i ruszyła w trasę. Podróżowała od miasta do miasta, od sprawy do sprawy, wszędzie tam, gdzie znalazło się dla niej coś do roboty. W zeszłym roku śledztwo w Eagle Rock, w północno-zachodniej części Los Angeles, nabrało zdecydowanie zbyt osobistego charakteru i ledwie uszła z niego z życiem.

Szukała zaginionej osoby w hrabstwie Josephine w Oregonie, tuż za granicą stanu, kiedy wreszcie dopadł ją nowojorski Wydział Licencjonowania Usług. Upłynął termin ważności jej licencji detektywa, a urząd nie zgodził się jej przedłużyć o kolejne dwa lata, ponieważ Jessica pracowała poza granicami stanu. Jej dawny szef Larry Lutz robił, co mógł, żeby kryć ją po tym, jak wyruszyła w trasę, ale nawet on był bezradny, kiedy w prasie pojawiły się informacje o wydarzeniach w Eagle Rock, z których urząd dowiedział się, że detektywka działała poza dozwolonym terenem.

Jessica w żadnym razie nie mogła wrócić do Nowego Jorku, wyglądało więc na to, że jej kariera detektywistyczna dobiegła końca. Jason Pryce, detektyw z policji w Los Angeles i dawny znajomy jej ojca, zaproponował jednak rozwiązanie, dzięki któremu nie musiała szukać pracy jako kelnerka lub barmanka. Znajomy znajomego prowadził niewielkie biuro detektywistyczne w Hundred Acres, pustynnym miasteczku w Antelope Valley, około stu kilometrów na północ od Los Angeles. Mogła pomagać Edowi Crozierowi, weteranowi branży, czekając na rozpatrzenie wniosku o kalifornijską licencję. W ten sposób stanął przed nią otworem jeśli nie cały świat, to przynajmniej jeden stan.

– Kalifornia jest spora – stwierdził Pryce. – Będziesz mieć duże pole manewru.

Jessica wyłączyła laptop i zaczęła zbierać rzeczy. Ed wyszedł godzinę wcześniej, by „załatwić pewną sprawę” w sąsiednim miasteczku. Wiedziała, co to za sprawa: pojechał szybko się odświeżyć i załapać na końcówkę happy hour u Rubena w Shady Bluff. Crozier był już po sześćdziesiątce, po tym, jak pięć lat temu owdowiał, postanowił zestarzeć się bez godności i nie zamierzał zwalniać tempa.

Zerknęła na zegarek. Właśnie minęła szósta. W piątki rzadko wychodziła z pracy tak późno, ale chciała dokończyć papierkową robotę związaną z ostatnią sprawą. Trzydziestoletnia Michelle Foster, od urodzenia mieszkająca w Hundred Acres, miała stracić pracę w miejscowym sklepie monopolowym należącym do Jeda Lockermana, kiedy tylko detektywka dostarczy właścicielowi potwierdzenie, że zastępczyni kierownika fałszowała zamówienia i faktury, a skradziony alkohol sprzedawała nastolatkom z paki ojcowskiego pikapa.

Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że Michelle była kiedyś z facetem, z którym obecnie spotykała się Jessica, więc do awantury z nią musiało dojść wcześniej czy później – ale jeszcze nie teraz. Tajemniczy błękitny wóz nie mógł mieć nic wspólnego z Michelle Foster.

Detektywka wsunęła przeznaczony dla Lockermana egzemplarz akt sprawy Foster do szarej koperty i wcisnęła ją do torebki. Zamierzała w drodze do domu wrzucić ją do skrzynki pocztowej zleceniodawcy. Zgasiła światło w biurze i wyszła na zewnątrz, był ciepły, pustynny wieczór. Słońce jeszcze nie zaczęło zachodzić i Jessica wyraźnie widziała całą autostradę. Odwróciła się, żeby zamknąć drzwi. Sedan nadal stał na poboczu, kilka metrów od wielkiego, spłowiałego billboardu reklamującego klub nocny w odległym o sześćdziesiąt kilometrów Victorville.

Jessica już miała pójść do swojego chevroleta silverado, kiedy drzwi po stronie kierowcy się otworzyły i z sedana wysiadła kobieta. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, w chmurze pyłu wzbitej wieczornym wiatrem, jakby wahała się, co zrobić dalej. W końcu wykorzystała przerwę w ruchu i zdecydowanym krokiem przeszła przez ulicę w stronę biura detektywistycznego.

Była po pięćdziesiątce, ubrana w beżowe spodnie w kant, białą koszulę i sandały z pasków na niskim obcasie. Miała jasnoblond włosy ostrzyżone na eleganckiego boba i olbrzymie okulary przeciwsłoneczne w stylu Jackie Kennedy. Kurczowo przyciskała do siebie białą skórzaną torebkę, jakby się bała, że jakiś złodziej skorzysta z okazji i jej ją wyrwie. Jessica przyglądała się nieznajomej. Z bliska wyglądała jak starzejąca się gospodyni. Zapewne udzielała się w komitecie rodzicielskim i robiła najlepsze ciasteczka na kiermasze, kiedy jej dzieci jeszcze były w szkole.

– Mogę w czymś pomóc? – spytała Jessica.

– Chciałam omówić warunki współpracy z panią.

W głosie przybyszki słychać było lekki wschodni akcent, zapewne z Arizony lub Teksasu. Brzmiała, jakby nie urodziła się w jednym z tych stanów, ale od dawna tam mieszkała.

– Przykro mi, zamknięte – wyjaśniła Jessica, wskazując głową tabliczkę z napisem „ZAMKNIĘTE” po drugiej stronie szklanych drzwi. – Proszę przyjść w poniedziałek po dziesiątej, to porozmawiamy.

– W poniedziałek będzie za późno. Muszę pomówić z panią dzisiaj.

– Dlaczego w takim razie nie przyszła pani wcześniej? Stała pani przy autostradzie całe popołudnie.

– Chciałam pomówić z panią na osobności.

Jessica zmarszczyła brwi.

– Mój szef wyszedł ponad godzinę temu. Miała pani dość czasu na rozmowę w cztery oczy.

– Chciałam się upewnić, że nie wróci.

– W porządku. O czym chce pani porozmawiać?

Kobieta wzięła głęboki, spazmatyczny wdech, jakby zbierała się na odwagę przed wypowiedzeniem kolejnego zdania, i zaczęła mówić pospiesznie, jakby chciała jak najszybciej wypluć z siebie słowa.

– Moja siostra ponad trzydzieści lat temu przyznała się do zabicia dwóch osób. Tutaj, w Hundred Acres. Od tamtej pory siedziała w celi śmierci. Jej egzekucja ma się odbyć za tydzień.

Jessica uniosła brwi. Wydawało jej się, że w tym sennym miasteczku nigdy nie dzieje się nic ciekawego, więc zaskoczyła ją informacja o jego mrocznej przeszłości.

– Cóż, nie tego się spodziewałam – przyznała. – Przykro mi z powodu pani siostry. Ale nie wiem, co mogłabym zrobić w tej sprawie.

Kobieta przez dłuższą chwilę przyglądała jej się zza okularów. Jessica widziała w dużych ciemnych szkłach swoje zniekształcone odbicie i ledwie skrywane zniecierpliwienie, z jakim zastanawiała się, kiedy sama będzie mogła skorzystać z happy hour.

Wtedy nieznajoma rzuciła:

– Chcę, żeby dowiodła pani niewinności mojej siostry, zanim ją zabiją.

2 JESSICA

Kobieta ponownie rozejrzała się dookoła.

– Możemy porozmawiać w środku? Nie chcę, żeby ktoś z miasteczka mnie tu zobaczył.

– Oczywiście.

Jessica wygrzebała w torebce klucze, otworzyła drzwi, weszła do środka i zapaliła światło. Jarzeniówka zamruczała głośno, zamrugała i obudziła się, zalewając pomieszczenie mdłym żółtym światłem. Nieznajoma weszła za detektywką do niewielkiego biura.

– Wie pani, mijałam to miejsce setki razy, ale nigdy wcześniej nie byłam w środku.

– Mieszkała pani w Hundred Acres? – spytała Jessica.

– Dorastałam tu. Jestem Rose Dalton, z domu Hunter. Moja siostra nazywa się Rue Hunter. Mieszkałyśmy z mamą przy Perry Street.

Rue Hunter.

Detektywka kojarzyła skądś to nazwisko, ale nie mogła przypomnieć sobie szczegółów.

Przyglądała się Rose Dalton, lustrującej pomieszczenie jak poszukiwacz domów oceniający nieruchomość. Trudno byłoby ją winić, gdyby teraz wyszła i zleciła sprawę eleganckiej agencji z Los Angeles, mieszczącej się w apartamencie na najwyższym piętrze, nie w pokoiku w suterenie.

Biuro nie wyglądało imponująco i zapewne niewiele zmieniło się od czasów, kiedy rodzina Hunterów mieszkała w mieście. Większą część jednej ze ścian zajmowało pięć metalowych szafek na dokumenty, z których każda mieściła po cztery szuflady. Pod drugą stał długi regał z materiałami piśmienniczymi, zepsutym wentylatorem i faksem, który nadal wypluwał tani, błyszczący papier. Poza tym w pomieszczeniu stały jeszcze dwa duże, stare, zmatowiałe drewniane biurka. Każde z nich miało po obu stronach sfatygowane skórzane krzesła, a na blacie zielono-złotą lampę bankierską i skrzynki z aktami prowadzonych obecnie spraw, mniej licznych, niż Ed by sobie życzył.

Biurko Croziera stało na tyłach pomieszczenia, aby klienci mieli dobry widok na oprawione w ramki certyfikaty wiszące na ścianie za nim. Biurko Jessiki znajdowało się przy witrynie, aby miała dobry widok na autostradę, którą pewnego dnia wyjedzie z tego cholernego miasteczka.

Detektywka usiadła za swoim biurkiem i gestem wskazała przybyszce krzesło po drugiej stronie.

– Proszę usiąść.

Rose Dalton przysiadła na brzegu krzesła. W jednej ręce wciąż ściskała leżącą na podołku torebkę, drugą odsunęła okulary na czubek głowy, odgarniając gęstą grzywkę i odsłaniając głębokie zmarszczki na czole, charakterystyczne dla osób, które przez większość czasu czują się zmieszane lub zmartwione. Miała opuchnięte, podkrążone oczy, jakby ostatnio kiepsko sypiała.

– Nie mogłam uwierzyć, kiedy się dowiedziałam, że Ed Crozier wciąż tu pracuje. Ma już chyba prawie siedemdziesiąt lat.

– Owszem – potwierdziła Jessica. – I nadal grzebie w cudzych śmieciach, i ujawnia szokujące zdrady w Hundred Acres, Shady Bluff i Silverdale. Oraz wszędzie indziej, gdzie da się zarobić trochę grosza. A co właściwie ma pani do Eda? Dlaczego tak pani zależało, żeby nie rozmawiać przy nim?

– To nic osobistego – odpowiedziała Rose pospiesznie. – Z pewnością jest bardzo dobry w swoim fachu. Ale znał mnie i moją siostrę. Nie jakoś szczególnie blisko, wystarczająco jednak dobrze, żeby witać się z nami na ulicy. I jak wszyscy mieszkańcy miasteczka, którzy mogą pamiętać tamte wydarzenia, z pewnością od dawna wierzy w winę Rue. Potrzebny mi ktoś, kto jest kojarzony w Hundred Acres i zna trochę okolicę, ale da radę spojrzeć na sprawę obiektywnie. Zobaczyłam pani zdjęcie na stronie internetowej biura i uznałam, że będzie pani w sam raz.

– A to dlaczego?

– Po pierwsze, jest pani zbyt młoda, żeby znać moją siostrę. Przypominam, do zdarzeń doszło ponad trzydzieści lat temu. Po drugie, nie wygląda pani na kogoś, kto spędził całe życie w Hundred Acres. A teraz mogę też powiedzieć, że nie brzmi pani na tutejszą.

– Pochodzę z Nowego Jorku. A jak wygląda ktoś z Hundred Acres?

Rose odchyliła się na krześle i zmierzyła ją wzrokiem. Jessica była szczupła, miała metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i włosy tlenione na blond. Jej prawe ramię pokrywały jaskrawe tatuaże, a maleńki diamentowy kolczyk w nosie lśnił we fluorescencyjnym świetle. Pociła się w obcisłych skórzanych spodniach i starej koszulce klubu CBGB.

– Inaczej.

Jessica się uśmiechnęła. Nie była pewna, czy ta uwaga miała stanowić komplement, ale tak właśnie postanowiła ją przyjąć.

– Proszę streścić sprawę i zobaczymy, czy dam radę się nią zająć.

Rose Dalton znów przycisnęła do siebie torebkę jak maluch tulący ukochany kocyk i zaczęła opowiadać swoją historię.

Do zabójstw doszło w upalne lato 1987 roku, dokładnie czwartego lipca. Była to sobota i większość młodych ludzi z okolicy siedziała tam, gdzie zwykle w sobotnie wieczory – na przedmieściach, w barze U Coopera.

Detektywka wiedziała, o którym lokalu mówi Rose. Budynek z pustaków już od wielu lat stał opuszczony, ze ścian łuszczyła się czerwona i biała farba, a z resztek zapadniętego, płaskiego dachu wyrastały kępy chwastów. O tym, że rudera widziała kiedyś lepsze czasy, świadczył jedynie wypłowiały szyld. O lokalu na przedmieściach dawno zapomniano. Jessica była przerażona, kiedy po przyjeździe odkryła, że z jedynego baru w Hundred Acres została skorupa na spalonej słońcem pustyni, gdzie jakąkolwiek oznakę życia stanowiła tylko kępa drzewek Jozuego.

Wyjęła z górnej szuflady biurka notatnik i długopis, żeby w razie potrzeby robić zapiski z opowieści Rose Dalton.

Rose siedziała w barze U Coopera z grupą znajomych, wydając to, co zarobiła w napiwkach przez tydzień kelnerowania u Randy’ego. Noc była duszna, bar – zatłoczony. Okna pokryły się parą, skroplona woda spływała strumyczkami po lodowatych butelkach piwa. Rozgrzane ciała przyciskały się do siebie. Unosił się lekki zapach słodkich, tanich perfum i rozlanego alkoholu. Z głośników na przemian brzmiały blues i rock and roll. Wszyscy dobrze się bawili. Niektórym odrobinę szumiało w głowach, inni pili na umór.

Rose Hunter należała do tych pierwszych, Rue Hunter – do tych drugich.

Rose pamiętała, że kiedy dostrzegła młodszą siostrę w tłumie na drugim końcu sali, pomyślała, że dziewczyna idzie na całość – wychylała kolejne shoty tequili i butelki piwa coors, jakby spodziewała się ogłoszenia kolejnej prohibicji. Rue nie mogła jeszcze legalnie kupować alkoholu, miała tylko osiemnaście lat, ale właściciele się tym nie przejmowali, dopóki mogli zarobić. A Rue kupowała alkohol przez całą noc. Sama jak zwykle była bez grosza, ale wciąż znajdował się ktoś gotowy postawić jej drinka.

Rose wyjaśniła, że tamtego wieczoru U Coopera nie trzymały się razem i nie zamieniły w barze ani słowa. Czteroletnia różnica wieku wydawała się wtedy ogromna, a siostry obracały się w zupełnie innych kręgach. Rose i jej znajomi siedzieli w boksach w głębi sali, z dala od grupy licealistów. Byli zbyt fajni, żeby zadawać się z małolatami. Kiedy znów się obejrzała, Rue już nie było.

Jessica podniosła wzrok znad notatek.

– Wyszła z kimś?

– Nie mam pojęcia – przyznała Rose. – Nie jestem pewna, co się wtedy stało. Większość jej paczki wciąż siedziała U Coopera. Nie było Lucasa i Megan, więc uznałam, że poszła się spotkać z nimi.

– Lucasa i Megan?

– Lucasa Jamesa i Megan Meeks. Chłopaka Rue i jej najlepszej przyjaciółki. Od dzieciństwa byli nierozłączni. W ciągu ostatniego roku przyjaźń między Rue a Lucasem przerodziła się w coś więcej, ale nadal trzymali się we trójkę. To Lucas i Megan zginęli tamtej nocy.

Jessica zauważyła, że kobieta użyła słowa „zginęli”, nie „zostali zabici” czy „zamordowani” – jakby zmarli w tragicznym wypadku.

– Co się stało?

Rose wbiła wzrok w biurko. Jej knykcie miały ten sam odcień bieli co ściskana w dłoniach torebka. Jessica zastanawiała się, ile razy przez ostatnie trzydzieści lat kobieta odtwarzała w głowie wydarzenia z czwartego lipca.

– Dopiero następnego dnia rano zorientowałam się, że coś jest nie tak. Bardzo wcześnie, przed świtem. Obudziło mnie walenie w drzwi, a o tej porze to zawsze zły znak. Najpierw pomyślałam, że coś się stało Rue. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do jej pokoju. Spała. W pomieszczeniu unosił się mdlący zapach, mieszanka smrodu wymiocin i wybielacza. Uznałam, że widocznie zwymiotowała w środku nocy i próbowała po sobie posprzątać. Ktoś znów zaczął walić w drzwi, tym razem jeszcze głośniej i szybciej. Okazało się, że to szeryf Holten i jeden z jego zastępców. Widać było po nich, że stało się coś okropnego. Obaj mieli bardzo poważne miny i wyglądali na wstrząśniętych. Spytali, czy Rue jest w domu i czy nic się jej nie stało. Oznajmili, że muszą natychmiast z nią pomówić.

– A nic jej się nie stało?

Rose przez chwilę milczała, a później skinęła głową.

– Zastępca szeryfa znalazł w koszu na pranie sukienkę, którą Rue miała wtedy na sobie. Była przesiąknięta krwią, ale cudzą. Rue była cała, nie licząc drobnych skaleczeń i zadrapań na podeszwach stóp, i otarć w miejscach, które za mocno szorowała szczotką do paznokci. W wannie nadal stał wybielacz. Szeryf Holten powiedział, że Lucas i Megan nie żyją. Ich ciała znaleziono przy Devil’s Drop.

– Devil’s Drop? Szatańskiej Skarpie?

Ta nazwa też obiła się Jessice o uszy, ale skojarzenie, które zatliło jej się z tyłu głowy, zgasło, zanim zdołała je złapać.

– To było lokalne miejsce schadzek – wyjaśniła Rose. – Leżeli na tylnym siedzeniu auta Lucasa. Oboje zostali zadźgani. Rue siedziała w koszuli nocnej, trzęsąc się mimo upału. Nie reagowała, nie odezwała się ani słowem. Wyglądała na oszołomioną. Bałam się, że zwymiotuje albo zemdleje. Wiedziałam, że muszę być silna. Dla niej. Mamy nie było – została na noc u swojego najnowszego gacha – więc ja musiałam zaopiekować się siostrą. Usiadłam przy niej na kanapie, otoczyłam ją ramieniem i głaskałam po włosach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze.

Głos Rose lekko się załamał i kobieta spojrzała na Jessicę. W jej opuchniętych oczach błyszczały łzy. Kilka razy głośno przełknęła ślinę, próbując się uspokoić, zanim zacznie mówić dalej.

– Myliłam się – rzuciła w końcu. – Wkrótce miało być znacznie gorzej. Zastępca Holtena znalazł w koszu na pranie nie tylko sukienkę.

– A co jeszcze? – spytała Jessica.

Rose znów zamilkła. A później wykrztusiła:

– Narzędzie zbrodni.

3 MEGAN

1987

Megan Meeks przygryzła czubek długopisu, zastanawiając się, jak ubrać myśli w słowa.

Kilka kolejnych pachnących stron w jej pamiętniku miało zawierać wpisy ważniejsze – bardziej znaczące – niż wszystkie wcześniejsze. Sprawa była bardzo poważna, więc powinna opisać ją, jak należy. Może kiedyś, mając już męża i dzieci, wyciągnie swój dziennik z pudła na strychu, delikatnie zetrze kurz z różowej okładki ze sztucznej skóry, ponownie przeczyta te słowa i zaduma się nad jedną z najważniejszych nocy w swoim życiu.

Tą, kiedy przestała być dzieckiem i wreszcie stała się kobietą.

„To jest to” – pomyślała.

Stała się kobietą.

Idealnie.

Szybko zanotowała słowa, żeby nie uleciały jej z pamięci.

3 lipca 1987

L. to Ten Jedyny – nie mam żadnych wątpliwości. Wprawdzie jesteśmy naprawdę razem dopiero od kilku tygodni, ale takie rzeczy po prostu się wie. Zawsze chciałam, żeby było tak jak w filmach. I tak właśnie jest. Za każdym razem, kiedy go widzę, czuję motyle w brzuchu, a kiedy się do mnie uśmiecha – naprawdę miękną mi kolana. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że L. odwzajemni moje uczucia. A jednak! Aż dziwne, że nie jestem cała w siniakach, tak często się szczypię, żeby sprawdzić, czy nie śnię.

Teraz się cieszę, że postanowiłam poczekać na kogoś wyjątkowego i na odpowiedni moment. Jutro nastąpi ta właściwa chwila, z tą właściwą osobą. Dla L. oczywiście nie będzie to pierwszy raz, ale to nieważne. Liczy się to, co do siebie czujemy.

Jedyna niefajna część całej sprawy to te wszystkie kłamstwa – czuję, jak rozdzierają mnie od środka – ale wiem, że jest ich wart. Zresztą w filmach prawdziwa miłość też nigdy nie toczy się gładko, prawda? Chłopak poznaje dziewczynę i oboje muszą pokonać wiele przeszkód, zanim w końcu będą mogli być razem. Dla mnie i L. to już prawie koniec czekania. Dziś jestem jeszcze dziewczyną. Jutro będę kobietą.

PS Ciekawe, czy będę potem wyglądać inaczej? Czy inni, patrząc na mnie, będą mogli to dostrzec?

Megan ponownie przeczytała swój wpis i poczuła, że czerwieni się aż po czubek głowy. Dzięki Bogu za kłódeczkę i kluczyk. Chyba by umarła, gdyby ktokolwiek poza nią przeczytał jej pamiętnik.

Wysunęła górną szufladę komody i ukryła zeszycik pod bielizną. Znów pokryła się rumieńcem, kiedy jej wzrok padł na fikuśny komplet z czarnej koronki, kupiony kilka tygodni wcześniej aż w Silverdale, gdzie miała pewność, że nikt jej nie rozpozna. Wciąż miał metkę, przypominającą, że zapłaciła znacznie więcej niż za noszoną zwykle skromną bieliznę. Na skąpe majtki i stanik wydała większość oszczędności. „A co mi tam” – pomyślała. Przecież to chyba najbardziej szczególna okazja w życiu.

Zamknęła szufladę i wrzuciła maleńki blaszany kluczyk do stojącej na komodzie szkatułki na biżuterię, obok tanich błyskotek i bransoletki z brylantami i szmaragdami, która należała kiedyś do jej matki. Był to prezent od ojca Megan. Postanowiła, że też ją jutro założy. Położyła się na łóżku i otworzyła najnowszy numer „Seventeen” w miejscu, które wcześniej zaznaczyła, zaginając róg – Dziesięć sposobów, aby ten pierwszy raz był najlepszy.

Była przy numerze czwartym, kiedy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Szybko wsunęła czasopismo pod poduszkę, a do pokoju zajrzała jej mama. Patty Meeks miała na sobie znoszony, stary szlafrok, a na włosach osłonięte siatką wałki, ale Megan znów zachwyciła się urodą matki. Kobieta zdecydowanie nie wyglądała, jakby mogła mieć siedemnastoletnią córkę. Megan miała nadzieję, że sama będzie w jej wieku wyglądać chociaż w połowie tak dobrze.

– Idę się położyć, skarbie. Nie siedź za długo.

– Jeszcze tylko pół godzinki, mamo.

– Zgoda, ale ścisz muzykę.

– Jasne.

Megan z jękiem sturlała się z łóżka i pokręciła potencjometrem w wieży, zmniejszając głośność.

– Tak lepiej. Dobranoc, skarbie.

– Dobranoc, mamo.

Patty zamknęła za sobą drzwi, zostawiając córkę sam na sam z Jonem Bon Jovim. Megan spędziła wiele godzin, nagrywając składankę, drobiazgowo wypisując wszystkie piosenki na błyszczącej okładce kasety, starannie dobierając muzykę, której mieli po wszystkim posłuchać w aucie. Teraz miała wątpliwości, czy utwory z jej listy nie okażą się zbyt ckliwe. Chciała wprowadzić romantyczny nastrój, ale nie przesadnie romantyczny. Zastanawiała się, czy nagrać jednak Open Your Heart Madonny, kiedy zaczął dzwonić błękitny telefon stojący na toaletce. Szybko podniosła słuchawkę z widełek, żeby mama nie usłyszała dzwonka.

– Halo? – wyszeptała.

– Hej, to ja.

– Lucas! – syknęła. – Już po północy. Mama się wścieknie, jak odkryje, że dzwoniłeś o tej porze.

– Oj tam, oj tam. Jaka jest najgorsza rzecz, która mogłaby się stać?

– Uziemi mnie na cały miesiąc?

Lucas zachichotał.

– Wyluzuj, Megs. Jesteś już praktycznie dorosła. À propos… gotowa na jutrzejszy wieczór?

– Chyba tak.

Megan nagle poczuła się zawstydzona, co było absurdalne – przecież znała Lucasa od zawsze.

– Wiesz, że nie musisz robić nic, na co nie masz ochoty, prawda? – powiedział chłopak łagodniejszym tonem. – Nikt nie będzie cię osądzać. Ja też nie…

Przerwała mu.

– Chcę tego, Lucas. Naprawdę. Nie podoba mi się tylko, że musimy się tak ukrywać i kłamać.

– Wiem. To jest do bani.

Przez chwilę oboje milczeli i Megan słyszała po drugiej stronie linii szmer telewizora. Brzmiał jak komentarz do meczu baseballa.

– A co z Rue? – spytał w końcu chłopak.

– Załatwione.

– Gdzie będzie?

– U Coopera. A gdzieżby indziej?

– Tak myślałem.

– Martwię się o nią.

– Ja też.

Znów zapadła cisza. Megan słyszała, jak podczas nocnej powtórki komentator analizuje porażkę Dodgersów w starciu z Pittsburgh Pirates.

W końcu Lucas znów się odezwał.

– Wszystko będzie dobrze, Megs. Nie martw się. Spędzimy wspaniałe chwile. Niezapomnianą noc. Nie pozwólmy, by cokolwiek ją nam zepsuło.

– Wiem. Masz rację. Po prostu… nie tak to sobie wyobrażałam.

– Będzie fajnie, obiecuję. Przyjadę jutro o wpół do dziewiątej.

– W porządku. Do jutra.

– Dobranoc, Megs.

– Dobranoc, Lucas.

– Aha, Megan?

– Tak?

– Serio słuchasz Bon Jovi?

– Dupek!

Ze śmiechem odłożyła słuchawkę na widełki. Zdjęła dżinsy i koszulkę i włożyła letnią piżamę. Zostawiła uchylone okno, żeby wpuścić do pokoju chłodne, nocne powietrze. Kiedy wyłączała wieżę, właśnie skończyło się Livin’ on a Prayer i zaczął śpiewać Glenn Medeiros. Uznała, że ten kawałek zdecydowanie musi skasować. Był okropnie ckliwy.

Kładąc się do łóżka, spojrzała na wiszący na drzwiach sypialni plakat Top Gun. Kelly McGillis z zadowoloną z siebie miną opierała się na ramieniu Toma Cruise’a, który prężył się przed obiektywem. Megan i Rue od czasu zeszłorocznej premiery były na tym filmie co najmniej dziesięć razy.

– Wybacz, Maverick – rzuciła. – Jesteś teraz na drugim miejscu.

Wyłączyła lampkę nocną i leżała w ciemności, zastanawiając się, kiedy uda jej się zasnąć. Czuła się jak dziecko przed Bożym Narodzeniem, mające nadzieję, że Święty Mikołaj przyniesie mu wszystko, o co prosiło.

Tym razem jednak radosnemu oczekiwaniu towarzyszyły nerwy i uporczywe wrażenie, że robi coś złego. Megan pokręciła głową w ciemności. Jak miłość może być czymś złym? „Lucas miał rację” – powiedziała sobie stanowczo. – „Wszystko będzie dobrze”.

A nawet lepiej.

Czeka ją niezapomniany weekend.

4 JESSICA

Jessiki wcale nie zdziwiło, że Rue Hunter błyskawicznie znalazła się w bardzo złej sytuacji.

Rose opowiedziała, że wszystko zaczęło się od anonimowego telefonu do biura szeryfa. Dzwoniący twierdził, że po dziesiątej wieczorem zauważył nastolatkę idącą poboczem autostrady. Była bosa, zachlapana krwią i sprawiała wrażenie zdezorientowanej. Kierowca zatrzymał się obok niej, opuścił szybę w oknie auta i spytał, czy wszystko w porządku. Spojrzała na niego dziwnym, pustym wzrokiem i powiedziała: „Oboje nie żyją”.

Facet tak się przeraził, że odjechał z piskiem opon, ale zaczął tego żałować, zanim ujechał kilometr. Uznał, że dziewczyna pewnie potrzebuje pomocy, więc zadzwonił na policję z pierwszego telefonu, jaki udało mu się znaleźć. Powiedział gliniarzom, że czuł się jak w scenie z finału horroru, kiedy przy życiu pozostaje już tylko główny bohater.

Hundred Acres jest stolicą hrabstwa o tej samej nazwie, a tamtejszy posterunek policji mieści się niedaleko miejsca, gdzie widziano dziewczynę. Zastępca szeryfa, który miał wtedy nocny dyżur i odebrał telefon, od razu wsiadł do radiowozu i ruszył na poszukiwanie „dziewczyny z horroru”, ale w pobliżu głównej drogi nikogo nie było. Później, podczas procesu, zeznał, że po krótkim czasie wrócił na posterunek, bo uznał, że anonimowy rozmówca zadzwonił dla żartu. Nie wiedział jeszcze, że w miasteczku zaszła właśnie nieodwracalna zmiana. Wspominał, jak myślał z kpiącym uśmieszkiem: „Horror, dobre sobie”. Nie było to wprawdzie Halloween, ale trwał świąteczny weekend, więc wszędzie kręciło się mnóstwo świrów.

Około trzech godzin później odebrał kolejny telefon, tym razem od mieszkanki miasteczka Patty Meeks. Ona nie była świruską. Martwiła się o swoją córkę Megan, która nadal nie wróciła do domu, chociaż obiecywała być z powrotem o północy. Patty dzwoniła już do przyjaciół dziewczyny – u Hunterów nagrała się na automatyczną sekretarkę, Jamesowie nie martwili się zbytnio faktem, że ich syn Lucas też jeszcze się nie pojawił. Miał już w końcu osiemnaście lat, w okolicy organizowano wiele imprez, a było dopiero wpół do drugiej. Sami właśnie wrócili od znajomych. Uznali za zupełnie naturalne to, że dzieciaki w tym wieku tracą poczucie czasu, i zapewniali, że nie ma się czym martwić.

A jednak Patty Meeks się martwiła. Megan nigdy wcześniej nie wróciła po umówionej godzinie. Patty wiedziała, że być może traktuje córkę nieco zbyt surowo, ale Megan była dobrą dziewczyną i zdecydowanie najrozsądniejszą z trojga przyjaciół. Gdyby zamierzała zostać gdzieś dłużej, na pewno by zadzwoniła i poprosiła ją o zgodę.

Zastępca szeryfa znał Patty Meeks i Megan, więc błyskawicznie chwycił kluczyki, znów wsiadł do radiowozu i ruszył w tę samą trasę, którą pokonał wcześniej tego wieczora.

Tym razem postanowił jednak zajrzeć na Devil’s Drop, miejsce, które młodzież z miasteczka chętnie wybierała na schadzki.

Tak na wszelki wypadek.

Później, kiedy minął pierwszy szok i zaczęto badać miejsce zbrodni, zastępca szeryfa przypomniał sobie telefon w sprawie „dziewczyny z horroru”. Na miejscu znaleziono sandały, które nie należały do Megan Meeks. Informator twierdził, że dziewczyna z autostrady była wysoką, szczupłą blondynką. Ten opis pasował do Rue Hunter, bliskiej przyjaciółki obojga zabitych.

Policjanci najpierw uznali, że Rue mogła być trzecią niedoszłą ofiarą i jakimś cudem udało jej się przeżyć atak. Mieli nadzieję, że będzie ważną świadkinią.

Wkrótce miała się jednak stać główną podejrzaną.

Szybko znalazły się obciążające ją dowody: sukienka przesiąknięta krwią, jak później wykazały badania, należącą do Lucasa Jamesa i Megan Meeks. Wpisy z pamiętnika Megan, ujawniające, że potajemnie spotykała się z Lucasem za plecami najlepszej przyjaciółki; narzędzie zbrodni pokryte krwawymi odciskami palców Rue Hunter, znalezione na dnie kosza na pranie, pod starym ręcznikiem cuchnącym wybielaczem; niechęć nastolatki do zdradzenia co, do cholery, stało się przy Devil’s Drop.

Do tego dziewczyna już od dawna sprawiała problemy i wszyscy w miasteczku wiedzieli, że w ciągu ostatniego roku zeszła na złą drogę. „Jaka matka, taka córka” – szeptali między sobą. Ale Barb Hunter była tylko pijaczką, która rozkładała nogi przed każdym facetem gotowym kupić jej odpowiednią ilość alkoholu. Jej córka nie tylko piła i ćpała, lecz także okazała się morderczynią.

Z perspektywy lokalnych organów wymiaru sprawiedliwości Rue Hunter spełniała wszystkie warunki.

Środki. Motyw. Sposobność.

Bum. Bum. Bum.

Jak strzały z pistoletu.

Tyle że szeryf Charlie Holten schował do przezroczystej plastikowej torebki nie pistolet, a nóż sprężynowy z pięciocalowym ostrzem, który miał stanowić główny dowód przeciwko oskarżonej o podwójne zabójstwo nastolatce.

Do chwili, kiedy Rue Hunter przypieczętowała swój los, przyznając się do winy.

Rose skończyła mówić, a Jessica przez chwilę się nie odzywała.

Historia przypomniała jej zdjęcia z miejsca zabójstwa jej matki, której nigdy nie było jej dane poznać. Podobnie jak Megan Meeks i Lucas James, Eleanor Lavelle zginęła młodo po przerażającym, brutalnym ataku nożem.

– Nie będę ściemniać – powiedziała detektywka. – Wcale się nie dziwię, że gliny prawie od początku podejrzewały Rue. Rozumiem też, dlaczego została skazana. Dziwi mnie jedynie, że orzeczono karę śmierci. Oczywiście, to potworna zbrodnia, ale miała tylko osiemnaście lat. Ofiar nie zgwałcono ani nie torturowano, żadna z nich nie była dzieckiem ani funkcjonariuszem policji.

Kobieta skinęła głową.

– Ma pani rację. Ale oskarżyciel wskazał na inne okoliczności specjalne. – Zaczęła je wymieniać, przy każdym punkcie listy prostując palec. – Wielokrotne zabójstwo. Zasadzka. Zabójstwo podczas napadu.

Jessica nagle przerwała pisanie i podniosła wzrok.

– Napadu? Myślałam, że motywem zbrodni była zemsta po tym, jak nakryła przyjaciół razem?

– Owszem – przyznała Rose. – Ale ofiarom skradziono także biżuterię i pieniądze. Oskarżyciel twierdził, że Rue poszła na Devil’s Drop i zabiła ich w szale zazdrości. Typowa zbrodnia w afekcie. A potem postanowiła obrabować ciała, żeby mieć za co pić i ćpać. Przysięgli to kupili.

– Czy policja znalazła skradzioną biżuterię i gotówkę?

– Nie udało się ich odzyskać. – Rose zaśmiała się gorzko. – Wygląda na to, że Rue była dość sprytna, żeby dobrze ukryć łupy, a przy tym na tyle głupia, żeby przynieść do domu narzędzie zbrodni pokryte swoimi odciskami palców.

– Mhm. Proszę opowiedzieć o przyznaniu się do winy.

Rose westchnęła i wyjrzała przez witrynę. Na autostradzie wciąż panował spory ruch. Po skończonym tygodniu pracy ludzie jechali do Vegas spróbować szczęścia w ruletce, pokerze lub u płci przeciwnej – albo tej samej, jeśli to bardziej im odpowiadało. Po harówce na etacie chcieli na parę dni zatracić się w neonowej pustyni i zapomnieć o prawdziwym świecie.

Przybyszka odwróciła głowę w stronę Jessiki i nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Przez lata wiele o tym myślałam. Z jednej strony, nie potrafię zrozumieć, dlaczego miałaby się przyznać do czegoś tak potwornego, bo jestem absolutnie pewna, że tego nie zrobiła. Ale z drugiej, nawet nie wyobrażam sobie, jak bardzo musiała się bać. Właściwie była jeszcze dzieckiem. Na kacu, w szoku, po traumie. Nie żyli jej najlepsi przyjaciele, najbliżsi jej ludzie na świecie, z którymi była związana nawet bardziej niż ze mną. Przez wiele godzin przesłuchiwali ją w ciasnym, dusznym pokoju najpierw funkcjonariusze, potem policyjny psycholog. Zadawali w kółko te same pytania. Myślę, że ostatecznie powiedziała im to, co chcieli usłyszeć, żeby wypuścili ją do domu. Rzecz jasna, nie zrobili tego. Nigdy więcej nie przekroczyła naszego progu.

– Rozumiem, że wszystkie apelacje zostały odrzucone? – spytała Jessica.

Rose zawahała się przez chwilę.

– Rue nigdy nie odwołała się od wyroku. Jej obrońca podczas procesu okazał się żałośnie niekompetentny. Później kontaktowało się z nami wielu znanych adwokatów. Wszyscy proponowali, że złożą apelację pro bono, bo doskonale wiedzieli, że taka głośna sprawa byłaby dla nich darmową reklamą. Moja siostra wszystkich odesłała z kwitkiem.

– Dlaczego?

Rose spojrzała na detektywkę, jakby rzucała jej wyzwanie.

– Może sama ją pani spyta?

– Słucham? Jak?

Rose Dalton otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej małą teczkę z przezroczystego plastiku. Rozpięła napę, wyjęła kilka kartek, rozłożyła je, podała Jessice i postukała palcem w kartkę leżącą na wierzchu.

– Pozwolenie na jutrzejsze widzenie z Rue w więzieniu – wyjaśniła. – Zostało już zatwierdzone. Wystarczy, że zadzwoni pani na numer podany w nagłówku i potwierdzi przybycie.

– Szybko poszło. Myślałam, że załatwianie widzeń trochę trwa.

– To zależy. Czas oczekiwania jest krótszy w przypadku zbliżającej się egzekucji.

Jessica nie wiedziała, jak zareagować na tę uwagę, więc skupiła się na dokumencie. Rue Hunter przebywała w więzieniu dla kobiet w Chowchilli. Jessica nie miała pojęcia, gdzie się ono znajdowało, poza tym, że gdzieś w Kalifornii. A jak stwierdził Pryce, to duży stan. Przejrzała kolejne dwie kartki, zszyte razem. Był to jej egzemplarz umowy.

– Cholera – mruknęła, szerzej otwierając oczy. – Dwadzieścia pięć kawałków?

Rose Dalton oferowała za jej usługi dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Stawka miała wzrosnąć do okrągłych stu pięćdziesięciu tysięcy w przypadku oczyszczenia Rue z zarzutów zabójstwa i wypłaty odszkodowania przez państwo. Ed zacząłby fikać koziołki po całym biurze, gdyby się dowiedział, jaka kwota wchodzi w grę. Za takie pieniądze mógłby miesiącami popijać cuba libre u Rubena.

– Czy to wystarczające wynagrodzenie za tę sprawę? – spytała Rose.

„Za tydzień roboty? No raczej”.

Biuro potrzebowało pieniędzy, ale Jessica musiała być szczera z klientką.

– To za dużo – przyznała. – Znacznie więcej, niż zwykle żądamy.

– Ale musiałaby pani odłożyć wszystkie inne prowadzone sprawy – stwierdziła Rose. – Natychmiast zacząć śledztwo i w razie potrzeby pracować dniami i nocami. Czy tyle wystarczy?

Detektywka skinęła głową.

– Wystarczy.

– Miałam taką nadzieję.

Rose wyjęła z torebki grubą brązową kopertę i położyła między nimi na biurku.

– Oto cała suma. Może pani przeliczyć.

– Przyniosła pani dwadzieścia pięć tysi w gotówce? – spytała Jessica z niedowierzaniem.

Nic dziwnego, że kobieta tak kurczowo ściskała wcześniej torebkę.

– Wypłaciłam pieniądze z kilku kont oszczędnościowych. Nie chciałam wypisywać czeku. Teraz ma pani pewność, że jestem wypłacalna.

Jessica wskazała głową złotą obrączkę na lewej ręce Rose Dalton.

– A co pani mąż na to, że wydaje pani tysiące dolców na prywatnego detektywa?

– Nie wie o tym.

Potwierdziły się podejrzenia Jessiki.

– Nie wie też, że jest pani w Hundred Acres?

Rose pokręciła głową.

– Bob jest w domu, w Tucson. Nienawidzę latać i powiedziałam mu, że ruszę do Chowchilli autem kilka dni wcześniej. W gruncie rzeczy to prawda, nie wspomniałam tylko, że przejadę przez Hundred Acres. Bob i chłopcy mają przylecieć… na pogrzeb. Rue nie poznała moich synów, nie chciała, żeby oglądali ją w takim miejscu. Stanowczo twierdzi też, że nie życzy sobie udziału ich i Boba w egzekucji. Oczywiście, jeżeli do niej dojdzie.

Nadzieja w jej głosie poruszyła Jessicę.

– Niech pani posłucha, Rose – rzuciła. – Muszę być z panią szczera. Wszystko, co pani powiedziała mi do tej pory, wskazuje na winę Rue. A jeśli jest niewinna, udowodnienie tego w tak krótkim czasie będzie cholernie trudne.

– Wiem. Ale wcześniej Rue nie pozwalała mi zająć się sprawą. Proszę tylko, żeby trochę pani powęszyła, zadała pytania i poszukała odpowiedzi. Wciąż jest bardzo wiele niewiadomych dotyczących tamtych wydarzeń.

– Ale kwota jest wysoka, a szansa niewielka – stwierdziła Jessica.

– Jestem jej to winna.

– Co chce pani przez to powiedzieć?

– Ma pani rodzeństwo?

Jessica pokręciła głową. Historia jej rodziny była niemal równie pokręcona jak w przypadku Rose Dalton, ale nie zamierzała zwierzać się obcej osobie.

– Jestem jedynaczką.

– W takim razie nie zrozumie pani. Pieniądze nic dla mnie nie znaczą, kiedy na szali leży życie mojej siostry. Nasza matka zapiła się na śmierć niedługo po tym, jak skazano Rue. Siostra jest moją jedyną krewną, nie licząc synów. Jestem winna jej i sobie tę ostatnią próbę. Zwłaszcza teraz, kiedy w końcu poprosiła mnie o pomoc.

Detektywka zerknęła na kopertę wypchaną oszczędnościami życia Rose Dalton. Poczuła, jak adrenalina zaczyna krążyć jej w żyłach. Po pół roku prześwietlania potencjalnych pracowników, śledzenia niewiernych małżonków i sprawdzania stanu majątków rozpaczliwie potrzebowała wyzwania, które przyspieszy jej tętno i rozpali wyobraźnię.

Jednak mimo ekscytacji nie sięgnęła po gotówkę.

– Proszę spotkać się jutro z Rue i podjąć decyzję. Jadę dzisiaj do Chowchilli. Zatrzymam się tutaj i będę dostępna pod tym numerem, o każdej porze dnia i nocy. – Podała Jessice wyrwaną z notatnika kartkę z adresem motelu i numerem telefonu komórkowego. – Pieniądze otrzyma pani niezwłocznie po podpisaniu umowy. Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro, pani Shaw.

Rose Dalton wsunęła kopertę z powrotem do torebki, wstała i wyszła w pustynny zmierzch, nie oglądając się za siebie. Jessica została sama ze swoimi myślami.

Siedziała tak przez dłuższą chwilę, patrząc, jak niebo za oknem ciemnieje, a ruch na autostradzie maleje. Potem otworzyła dolną szufladę biurka, w której trzymała szklankę i butelkę taliskera. Nalała sobie szkockiej na dwa palce, potem dodała trzeci.

Co za wieczór.

Popijając whisky, włączyła laptop i uświadomiła sobie, że już podjęła decyzję o wzięciu tej sprawy. Otworzyła Google i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko Rue Hunter. Uznała, że w sumie może zacząć śledztwo od razu. Wcisnęła enter, a kiedy rzuciła okiem na pierwszy wynik wyszukiwania, jej dłonie zastygły nad klawiaturą.

Wbiła wzrok w ekran.

Sprawa Rue Hunter właśnie stała się jeszcze bardziej interesująca.

5 JESSICA

Więzienie dla kobiet w Chowchilli było jednym z największych tego typu zakładów karnych w Stanach Zjednoczonych, ale jego założyciele najwyraźniej nie przewidzieli, że aż tyle mieszkanek Zachodniego Wybrzeża popadnie w konflikt z prawem. Zajmowało dwieście sześćdziesiąt hektarów, nawet taka powierzchnia okazała się jednak niewystarczająca – obecnie osadzonych było o tysiąc więcej, niż pierwotnie zakładano.