Ukochane równanie profesora - Yoko Ogawa - ebook + książka
BESTSELLER

Ukochane równanie profesora ebook

Yoko Ogawa

4,4

82 osoby interesują się tą książką

Opis

Jak przystało na wybitnego matematyka, Profesor ma swoje dziwactwa. Pewnego dnia w progu jego domu pojawia się nowa gosposia z synem, nazywanym pieszczotliwie Pierwiastkiem. Wspólne życie pokaże, że znacznie łatwiej jest napisać skomplikowane równanie niż ułożyć relacje z drugim człowiekiem. Językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny, stają się matemtyka i baseball. Ale swoją znajomość z Profesorem gosposia i Pierwiastek będą musieli odbudowywać równo co osiemdziesiąt minut.

Ukochane równanie profesora Yoko Ogawy zostało wyróżnione pierwszą w historii nagrodę Hon'ya Taisho, przyznawaną przez japoński kolektyw księgarzy. Ta kameralna opowieść do dziś pozostaje bestsellerem i jest jedną z najukochańszych powieści współczesnej Japonii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




1

Nazywaliśmy go Profesorem, on zaś ochrzcił mojego synka Pierwiastek. To z powodu kształtu głowy chłopca — jej płaski czubek kojarzył się Profesorowi z poziomą kreską po prawej stronie tego znaku.

— O! Pod taką przykrywką zazwyczaj mieści się bardzo inteligentna zawartość — mawiał Profesor, głaszcząc włosy chłopca, choć od tego głaskania jeżyły mu się one jeszcze bardziej.

Syn, który na co dzień nosił czapkę, aby uniknąć drwin kolegów, z rezerwą podchodził do pochwał swojej fizjonomii i w takich sytuacjach wzruszał tylko ramionami, jakby mówił: „Nie wiem, co ma na myśli”.

— Dzięki tej przykrywce można poznać nieskończenie wiele różnorodnych liczb, również tych niewidzialnych.

Na pokrytym warstwą kurzu kącie biurka Profesor narysował palcem kształt:

Wśród niezliczonych rzeczy, o których ja i mój syn dowiedzieliśmy się od Profesora, pierwiastek zajmował ważne miejsce. Zapewne określenie „niezliczony” nie spodobałoby się człowiekowi, który uważał, że wszystko na świecie da się przedstawić za pomocą liczb. Nie wiem jednak, jak mogłabym to inaczej nazwać. Nauczył nas i tego, że liczba pierwsza może mieć nawet dziesięć tysięcy cyfr, i jak wygląda największa, nawiasem mówiąc, wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa, liczba użyta w matematycznych dowodach, i jak królowa nauk przedstawia ideę nieskończoności. Wymieniać mogłabym jeszcze długo, ale to i tak nie odda wartości czasu spędzonego z Profesorem.

Dobrze pamiętam dzień, kiedy wszyscy w trójkę poczuliśmy magiczną moc pierwiastka. Było to jakoś na początku kwietnia, w deszczowe popołudnie. Mrok w pracowni Profesora rozjaśniała żarówka. Na dywanie leżał tornister, porzucony tu przez syna, a za oknem mokły kwitnące właśnie morelowce.

Odpowiedzi, jakich oczekiwał od nas Profesor, niekoniecznie musiały być prawidłowe. Dużo bardziej cieszyły go te chybione, choć wymyślone z mozołem, niż cisza. Twierdził, że błędy prowadzą nas do nowych problemów i rozwiązań, i to wzbudzało jego entuzjazm. Dzięki teorii „prawidłowego błędu”, jak mawiał, nie mieliśmy kompleksów, a wręcz satysfakcję, gdy nasze odpowiedzi rozmijały się z prawdą.

— W takim razie weźmy na przykład minus jeden — powiedział.

— Szukamy takiej liczby, która pomnożona przez samą siebie da nam minus jeden?

Syn, który w szkole dopiero przerabiał ułamki, dzięki niespełna trzydziestominutowej lekcji Profesora rozumiał już, że istnieją liczby mniejsze niż zero. Oboje napisaliśmy sobie w myślach kształt . Pierwiastek ze stu to dziesięć, z szesnastu to cztery, z jednego to jeden. W takim razie pierwiastek z minus jeden to będzie…

Profesor nigdy nas nie popędzał. Przeciwnie, uwielbiał się nam przyglądać, gdy nasze mózgi pracowały na zwiększonych obrotach.

— Takiej liczby chyba nie ma — powiedziałam niepewnie.

— Jest — odparł Profesor. — Tutaj. — Wskazał palcem na swoją pierś. — Niektóre liczby są bardzo nieśmiałe. Nigdy nie ukazują się ludzkim oczom. Ale są w naszych sercach i swoimi małymi rączkami robią wszystko, by przysłużyć się światu.

Zamilkliśmy ponownie pogrążeni w myślach o dalekim świecie, w którym pierwiastek z –1 usilnie wyciąga do nas ręce. Słychać było tylko krople deszczu. Syn, jakby jeszcze raz chciał poczuć kształt pierwiastka, położył dłoń na swojej głowie.

Profesor nie był jednak człowiekiem, który by tylko pouczał innych. Na wielu rzeczach się nie znał i odnosił do nich z szacunkiem. Można powiedzieć, że skromnością dorównywał pierwiastkowi z –1.

Gdy czegoś potrzebował, nawet jeśli chodziło o coś tak banalnego jak ustawienie czasu pracy tostera (zawsze chciał, żeby to było trzy i pół minuty), zwracał się do mnie uprzejmie:

— Przepraszam cię, czy mogłabyś…

Nigdy nie zapominał o tych kilku słowach. Przekręciłam pokrętło do samego końca, a Profesor z wyciągniętą szyją zaglądał do tostera przez cały czas opiekania chleba. Zupełnie jakbym przeprowadzała dowód jakiegoś ważnego twierdzenia, a on śledził to z zapartym tchem. I był tak samo zachwycony tostem, co twierdzeniem Pitagorasa.

·

Do domu Profesora w małym miasteczku na wybrzeżu Morza Wewnętrznego trafiłam w marcu 1992 roku z polecenia Agencji Pomocy Domowych „Akebono”, która tam działała. Mimo że pracowałam już od dziesięciu lat, wciąż byłam tam najmłodsza. Jak dotąd nigdy nie doszło do żadnego konfliktu pomiędzy mną a pracodawcami. Profesjonalnie wykonywałam swoje obowiązki, toteż, nie powiem, miałam pewne poczucie dumy zawodowej. Dlatego nie protestowałam, kiedy kierownik agencji wysyłał mnie do pracy, od której większość moich koleżanek wolała się wykręcić, tej z najbardziej uciążliwymi klientami.

Jedno spojrzenie na kartę klienta wystarczało, żeby zrozumieć, że Profesor należał do grupy najcięższych przypadków. Gdy gosposia zostawała zwolniona na życzenie pracodawcy, na odwrocie karty przybijano pieczątkę w kształcie niebieskiej gwiazdki. Na karcie Profesora znajdowało się już dziewięć takich gwiazdek. Nigdy nie widziałam więcej.

Podczas rozmowy wstępnej w domu pracodawcy przyjęła mnie szczupła, elegancka starsza pani. Pofarbowane na kasztanowo długie włosy miała spięte w kok, wysoko z tyłu głowy. Ubrana była w wełnianą sukienkę, a w lewej ręce trzymała czarną laskę.

— Będziesz zajmować się moim szwagrem — wyjaśniła.

Nikt nie uprzedził mnie o istnieniu starszej damy, toteż nie wiedziałam, kim była dla Profesora.

— Niestety, żadna z pań nie pracuje u nas zbyt długo. To i dla mnie, i dla szwagra jest bardzo męczące. Z nową osobą wszystko musimy zaczynać od początku. Praca nie jest skomplikowana. Od poniedziałku do piątku. Przychodzisz na jedenastą, gotujesz obiad, sprzątasz mieszkanie, potem robisz zakupy i przygotowujesz kolację dla szwagra. O siódmej możesz wracać do domu.

Za każdym razem, kiedy wypowiadała słowo „szwagier”, wyczuwałam w jej głosie wahanie. Grzeczne maniery kłóciły się z nerwowym przebieraniem palcami na lasce. Dama unikała spojrzenia prosto w oczy, ale ostrożnie studiowała mnie wzrokiem.

— Wszystkie dodatkowe informacje znajdziesz w umowie, którą zawarłam z agencją. Jeśli o mnie chodzi, wystarczy, że szwagier będzie miał zapewnione warunki do zwykłego, codziennego życia.

— A gdzie szanowny szwagier się teraz znajduje? — zapytałam.

Starsza pani wskazała laską drugi koniec ogrodu. Ponad pięknie przyciętym żywopłotem z głogownika widać było dach niewielkiej oficyny. Przez odrastające zielone pędy przebijał brąz płaskich dachówek.

— Tylko, proszę cię, nie przychodź tutaj. Twoja praca ogranicza się do domu szwagra. Tam jest droga i osobne wejście od północnej strony. Wszystkie problemy rozwiązuj u niego i nie przychodź do mnie po poradę. Zrozumiałaś? To bardzo ważne.

Starsza pani stuknęła laską o podłogę.

Słyszałam w swoim życiu wiele dziwacznych poleceń od moich pracodawców. Jedni chcieli, żebym każdego dnia wiązała włosy wstążką innego koloru. Inni, żeby robiona przeze mnie herbata miała dokładnie 75 stopni Celsjusza. Byli i tacy, którzy wymagali, żebym modliła się z rękami w górze, kiedy na niebie wschodziła Wenus. W porównaniu z tym życzenie starszej pani nie wydało mi się trudne.

— Czy mogę zobaczyć pani szwagra?

— Nie ma takiej potrzeby — odmówiła mi gwałtownie. Pomyślałam wręcz, że powiedziałam coś nieodpowiedniego. — Zapomni do jutra, że cię widział.

— To znaczy…?

— To znaczy, że cierpi na zaniki pamięci. To nie jest zwykła demencja. Jako całość jego mózg pracuje bardzo dobrze, ale siedemnaście lat temu mała część tego mózgu została uszkodzona i stracił zdolność zapamiętywania nowych rzeczy. To się stało w 1975 roku. Wypadek samochodowy. Mój szwagier pamięta wszystko sprzed wypadku, natomiast nie ma żadnych nowszych wspomnień. Potrafi powtórzyć twierdzenie, które sam wymyślił trzydzieści lat temu, ale nie wie, co jadł wczoraj na kolację. Mówiąc obrazowo, to tak, jakby w jego głowie znajdowała się tylko jedna osiemdziesięciominutowa kaseta wideo. Kiedy wyczerpie się wolne miejsce, kaseta nagrywa się ponownie, niszcząc poprzednie wspomnienia. Dokładnie tyle: osiemdziesiąt minut, czyli godzinę i dwadzieścia minut. Tyle potrafi o czymś pamiętać.

Prawdopodobnie powtarzała te wyjaśnienia wiele razy, bo jej słowa pozbawione były emocji.

Nie bardzo umiałam wyobrazić sobie, czym konkretnie objawia się ta osiemdziesięciominutowa pamięć. Oczywiście miałam już w swojej pracy do czynienia z osobami chorymi, ale czy te doświadczenia okażą się przydatne w tym przypadku? Przypomniałam sobie długi rząd niebieskich gwiazdek na karcie mojego nowego podopiecznego.

Gdy patrzyło się przez okno rezydencji, dom w głębi ogrodu wydawał się niepozorny. Sprawiał też wrażenie niezamieszkanego. W żywopłocie z głogownika znajdowała się bramka w starym stylu, zamknięta była jednak na pokaźnych rozmiarów kłódkę, której z powodu rdzy i warstwy ptasich odchodów nie dałoby się otworzyć nawet kluczem.

— W takim razie zaczynasz od poniedziałku. Nie masz nic przeciwko temu? — Starsza dama zakończyła rozmowę, nie pozostawiając mi czasu na kolejne niezręczne pytania. W ten sposób zostałam zatrudniona w domu Profesora.

·

W porównaniu z bogactwem rezydencji oficyna zdawała się nieco biedna. Mały parterowy domek bez charakteru. Zaniedbane, nigdy nieprzycinane drzewa i krzewy próbowały ukryć niechcianą budowlę. Ganek tonął w cieniu, a dzwonek do drzwi oczywiście nie działał.

— Jaki masz numer buta? — to było pierwsze pytanie Profesora, kiedy powiedziałam, że jestem jego nową gosposią. Nie powiedział „dzień dobry”, nawet nie skinął na powitanie. Niezależnie od sytuacji w mojej pracy nie wolno odpowiadać pytaniem na pytanie. To żelazna zasada. Dlatego też odparłam bez wahania:

— Dwadzieścia cztery.

— O! To solidna liczba!

Profesor skrzyżował ramiona na piersiach i zamknął oczy. Na chwilę zapadła cisza.

— Tak? A dlaczego solidna? — Pomyślałam, że skoro numer mojego buta jest dla niego tak ważny, to jeszcze przez chwilę podrążę ten temat.

— Bo powstaje z pomnożenia przez siebie wszystkich liczb naturalnych od jednego do czterech — odparł z wciąż zamkniętymi oczami. — A jaki jest numer twojego telefonu?

— 576-1455.

— Co? 5761455? To niesłychane! Tyle jest wszystkich liczb pierwszych od jeden do stu milionów! — Profesor kręcił głową, nie mogąc wyjść z zachwytu.

Zupełnie nie rozumiałam, co go tak poruszyło w numerze mojego telefonu, ale w jego głosie wyczuwałam ciepło. Nie próbował chwalić się swoją wiedzą. Przeciwnie, wydawał się prostoduszny i skromny. Może rzeczywiście numer mojego telefonu miał jakieś nadprzyrodzone właściwości i dlatego mnie samą czeka jakaś wyjątkowa przyszłość? Ton głosu Profesora sprawiał, że takie rzeczy przychodziły mi do głowy.

Z czasem zdałam sobie sprawę, że Profesor kierował rozmowę na liczby, bo nie wiedział, co powiedzieć gosposi, której nie znał, a która miała spędzić cały dzień w jego domu. To sposób na nawiązanie kontaktu z obcymi ludźmi. Liczby były dla niego tym, czym dla innych wyciągnięcie ręki na powitanie. Jednocześnie były też płaszczem ochronnym. Grubym i ciężkim płaszczem, który dokładnie okrywał jego ciało. Zbyt ciężkim, żeby go zdjąć, zwłaszcza w pojedynkę, ale dającym poczucie bezpieczeństwa.

Codziennie, aż do dnia, gdy straciłam tę pracę, rozmawialiśmy na powitanie o liczbach. Dla Profesora, którego pamięć działała tylko osiemdziesiąt minut, każdego dnia byłam nowo poznaną osobą. I za każdym razem witał mnie z tą samą nieśmiałością. Pytał nie tylko o numer buta czy telefonu, tematem rozmów na powitanie bywał też kod pocztowy, numer rejestracyjny mojego roweru czy liczba kresek w znaku, którym zapisuje się moje imię. Oczywiście zawsze znajdował jakieś głębsze znaczenie dla liczb, które podawałam. Robił to bez wysiłku, numery czynnikowe i liczby pierwsze nasuwały mu się samoistnie.

Nawet kiedy już nauczyłam się od Profesora, co to są numery czynnikowe i liczby pierwsze, nigdy nie przestałam czerpać radości z tych porannych przepytywanek. A więc numer mojego telefonu nie istnieje tylko po to, żeby ktoś mógł do mnie zadzwonić. Ma też inne znaczenie. Wsłuchiwałam się w czystą melodię tego spostrzeżenia i z przyjemnością zaczynałam dzień.

Profesor miał sześćdziesiąt cztery lata i dawniej wykładał teorię liczb na uniwersytecie. Wyglądał jednak na starszego. Ale nie w wyniku szybszego procesu starzenia, tylko jakby zła dieta wpłynęła na jego fizjonomię. Miał około stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu; niestety okropnie się garbił, więc wydawał się dużo niższy. Lat dodawała mu pomarszczona skóra na kościstej szyi i przesuszone siwe włosy, które sterczały we wszystkie strony, do połowy zakrywając obwisłe, jak na posągu Buddy, uszy. Miał słaby głos i powolne ruchy, a każda czynność zajmowała mu dwa razy więcej czasu niż przeciętnej osobie w jego wieku.

Mimo tych wszystkich oznak upływu lat uważny obserwator bez trudu dostrzegał ślady dawnej urody Profesora. Bez wątpienia w młodości był przystojnym mężczyzną. Ostry podbródek, wyraźne rysy, nawet teraz jego twarz była interesująca.

Bez względu na to, czy był w domu, czy wychodził — choć robił to bardzo rzadko — Profesor zawsze miał na sobie garnitur i był pod krawatem. W szafie miał trzy garnitury: zimowy, letni i przejściowy; trzy krawaty, sześć koszul i jeden płaszcz (prawdziwy, nie ten matematyczny). To wszystko. Żadnego swetra, żadnych bawełnianych spodni. Z punktu widzenia pomocy domowej to była idealna szafa.

Niewykluczone, że Profesor nie wiedział o istnieniu innych ubrań. Nie zwracał uwagi na cudzy wygląd, tym bardziej nie przyszłoby mu do głowy, żeby marnować czas na rozmyślanie o własnym. Wstawał rano, otwierał szafę i wyjmował garnitur, który nie był zapakowany w folię z pralni. Wszystkie trzy komplety miały ciemny kolor i były mocno zniszczone. Sfatygowana garderoba pasowała do niego jak ulał i zdawała się jego drugą skórą.

Jeśli już mowa o ubraniu, najbardziej charakterystyczną cechą wyglądu Profesora były notatki, które przyczepiał do garnituru za pomocą spinaczy. Miał je na kołnierzyku, mankietach rękawów, kieszeniach, połach marynarki, na pasku od spodni i w dziurkach na guziki, wszędzie, gdzie tylko można było sobie wyobrazić. Oczywiście z powodu spinaczy materiał był pozaciągany i zniszczony. Niektóre kartki, wytargane ręcznie, miały poszarpane brzegi, inne zdążyły zżółknąć ze starości, wszystkie jednak zapisane były jakimiś bardzo ważnymi informacjami. Musiałam wytężyć wzrok, żeby cokolwiek odczytać, ale szybko zrozumiałam, że Profesor w taki sposób radził sobie ze swoją ułomnością. Zapisywał wszystko, o czym musiał pamiętać, a notatkę przyczepiał do ubrania, żeby nie zapomnieć, gdzie ją zostawił. Odpowiedź na pytanie o numer buta nie sprawiała mi kłopotu, ale udawanie, że nic mnie nie dziwi w wyglądzie Profesora, było trudniejszym zadaniem.

— No, wejdź już. Mam dużo pracy, więc zajmij się, czym chcesz — zaprosił mnie do środka i zaszył się w swojej pracowni. Przy każdym jego ruchu karteczki furkotały i szeleściły.

·

Z rozmów z moimi poprzedniczkami dowiedziałam się w końcu czegoś więcej: starsza pani z rezydencji obok była wdową, a jej zmarły mąż — starszym bratem Profesora. Ich rodzice zmarli dość wcześnie. Starszy brat odziedziczył fabrykę tekstyliów i dzięki swojej ciężkiej pracy rozwinął ją, umożliwiając swojemu o połowę młodszemu bratu wyjazd do Anglii i studia matematyczne na Uniwersytecie Cambridge. Po uzyskaniu tytułu profesora (a więc nie pomyliłam się, nazywając go tak w myślach!) otrzymał pracę w instytucie naukowym i wreszcie się usamodzielnił. Niestety niedługo potem starszy brat zmarł na ostre zapalenie wątroby. Wdowa, jako że nie miała dzieci, postanowiła sprzedać fabrykę. Za pieniądze, które w ten sposób uzyskała, postawiła blok z mieszkaniami na wynajem i utrzymywała się z pobieranego czynszu.

Ich spokojne życie przerwał wypadek, który przydarzył się czterdziestosiedmioletniemu wówczas Profesorowi. Kierowca pojazdu jadącego z naprzeciwka zasnął za kierownicą i zderzył się czołowo z samochodem Profesora. Części mózgu Profesora nie udało się uratować; w rezultacie stracił on pracę w instytucie i od tej pory nie zarabiał nic poza marnymi nagrodami pieniężnymi, które czasami przyznawały mu czasopisma matematyczne za rozwiązanie jakiegoś zadania. Nigdy się nie ożenił, więc cały ciężar jego utrzymania przez te lata spadł na wdowę. Tak to podobno wyglądało.

— Żal mi tej wdowy. Musi się opiekować takim dziwakiem. Wydaje majątek na tego pasożyta — z przekonaniem stwierdziła jedna z moich starszych koleżanek, którą zwolniono po tygodniu, bo poskarżyła się, że Profesor zamęcza ją liczbami.

Wnętrze domu, podobnie jak widok z zewnątrz, było nieciekawe. Znajdowały się tutaj tylko dwa pokoje: jeden pełnił funkcję kuchni i jadalni, a drugi pracowni i sypialni Profesora. Ale to nie ciasnota, lecz nijakość najbardziej rzucała się w oczy. Tanie meble, wyblakła tapeta, niemiłosiernie skrzypiąca podłoga w korytarzu. Nie tylko dzwonek do drzwi nie działał w tym domu. Większość sprzętów była albo popsuta, albo groziło jej to w każdej chwili. Szyba w małym okienku w łazience była pęknięta, połowa uchwytów szuflad w kuchni wypadała przy pociągnięciu. Próby uruchomienia radia stojącego na kredensie też nie przyniosły rezultatu.

Przez pierwsze dwa tygodnie nie wiedziałam, co mam robić, i to bardzo mnie męczyło. Niby nie pracowałam ciężko fizycznie, ale po powrocie do domu bolały mnie wszystkie mięśnie. Na początku w nowym miejscu zawsze jest trudno, ale u Profesora ta adaptacja do nowych warunków miała naprawdę uciążliwy przebieg. Zwykle pracodawca mówi „zrób to a to” albo „tego ci nie wolno robić” i już po kilku dniach wyczuwam instynktownie, czego ode mnie chcą. Wiem, na co zwracają największą uwagę i jak uniknąć kłopotów. Tymczasem Profesor nie dawał mi żadnych poleceń. Zupełnie jakby chciał, żebym nic nie robiła. W ogóle nie zwracał na mnie uwagi.

Z tego, co powiedziała wdowa podczas naszego spotkania, wynikało, że najpierw miałam przygotować obiad. Przeszukałam zatem lodówkę oraz wszystkie szafki w kuchni, ale z rzeczy jadalnych znalazłam tylko pudełko zawilgotniałych płatków owsianych i przeterminowaną o cztery lata paczkę makaronu.

Zapukałam do drzwi pracowni. Profesor nie odpowiadał, więc zapukałam ponownie. Cisza. Wiedząc, że zachowuję się nietaktownie, otworzyłam drzwi.

— Przepraszam, że przeszkadzam w pracy, ale… — powiedziałam w stronę pleców Profesora, który siedział przy biurku.

Plecy nie drgnęły. Pomyślałam, że może Profesor jest przygłuchy albo ma zatyczki w uszach, więc zbliżyłam się do biurka.

— Co by pan zjadł na obiad? Ma pan coś ulubionego? Czegoś pan nie lubi? Może jest pan na coś uczulony? Proszę mi powiedzieć.

Pracownię przepełniał zapach książek. Zła wentylacja pomieszczenia sprawiała, że zapachy zalegały w kątach. Regał z książkami przesłaniał pół okna, a te papiery, które nie mieściły się na półkach, leżały w stosach na podłodze. Materac na łóżku przysuniętym do jednej ze ścian był przetarty. Przed Profesorem na biurku leżał tylko notes. Nie było komputera, nie zauważyłam też żadnych przyborów do pisania. Profesor wpatrywał się w punkt daleko przed sobą.

— Jeśli nie ma pan żadnych życzeń, to przygotuję coś według własnego uznania. Dobrze? Ale proszę powiedzieć, gdyby pan czegoś ode mnie potrzebował.

Stojąc za jego plecami, mimowolnie czytałam fragmenty notatek przyczepionych do ubrania. „…niepowodzenie metody analitycznej…”, „…trzynasty problem Hilberta…”, „zastosowanie krzywej eliptycznej”. Niezrozumiale liczby i symbole przeplatały się z pojedynczymi słowami. Udało mi się zrozumieć tylko jedno zdanie. Kartka była poplamiona, a jej rogi pozaginane. Nawet spinacz zardzewiał. Bez wątpienia ta notatka tkwiła w tym miejscu od wielu lat: „Moja pamięć trwa tylko osiemdziesiąt minut”.

— Nie mam nic do powiedzenia! — oznajmił Profesor donośnym głosem, niespodziewanie odwracając się w moją stronę. — Ja teraz rozmyślam! Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś ci przeszkodzi w myśleniu? Czuję, jakbym się dusił. Właśnie rozmawiam z moimi ukochanymi liczbami, a ty wchodzisz mi w słowo.

Wielokrotnie pochyliłam głowę, prosząc o przebaczenie, ale nic z tego nie dotarło do Profesora. Z powrotem zawiesił wzrok w tym samym punkcie gdzieś w przestrzeni.

Taka awantura, i to pierwszego dnia, zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, nie wróżyła nic dobrego. Oczyma wyobraźni widziałam już dziesiątą gwiazdkę na karcie Profesora. Nigdy, przenigdy nie mogę mu przeszkodzić, kiedy będzie „myślał” — postanowiłam.

Niestety Profesor myślał przez cały dzień. Nawet kiedy wychodził z pracowni, czy po to, by usiąść przy kuchennym stole, czy żeby przepłukać gardło w łazience, nawet gdy wykonywał coś w rodzaju gimnastyki, żeby się trochę rozgrzać, cały czas myślami był bardzo daleko. Przenosił automatycznie jedzenie do ust podczas posiłków i przełykał, nawet porządnie nie rozgryzając. Poruszał się chwiejnym krokiem człowieka kompletnie pogrążonego w myślach. Nie mogłam go zapytać ani o to, gdzie wyrzucić śmieci, ani jak posługiwać się bojlerem. Starałam się zachowywać jak najciszej, niemal wstrzymywałam oddech, i bez niczyjej pomocy próbowałam odnaleźć się w nieznanym domu. Aby zadać pytanie, musiałam czekać, aż Profesor zrobi sobie krótką przerwę w swoich rozmyślaniach.

W piątek (właśnie mijały dwa tygodnie, odkąd zaczęłam pracę), jak zwykle o szóstej, Profesor zasiadł do kolacji. Ponieważ czynność jedzenia wykonywał bez udziału świadomości, starałam się gotować potrawy, które nie zawierały kostek, ości albo muszli. Najlepiej takie, które można było jeść łyżką. Tym razem była to gęsta kremowa zupa z dużą ilością warzyw i białka.

Profesor w ogóle nie wiedział, jak się zachowywać przy stole, do czego oczywiście mogła się przyczynić wczesna śmierć rodziców. Zaczynał jeść bez słowa, a część zawartości łyżki zawsze się wylewała, zanim przeniósł ją do ust. Zdarzało się nawet, że ubrudzoną już serwetą czyścił sobie uszy. Wprawdzie nigdy nie narzekał na smak potraw, ale też nigdy ze mną nie rozmawiał, chociaż towarzyszyłam mu przy stole.

W pewnym momencie zauważyłam, że do rękawa ma przyczepioną nową kartkę. Za każdym razem, gdy nabierał kolejną łyżkę, notatka niemal moczyła się w zupie.

„Nowa gosposia” — obok niewyraźnego napisu zauważyłam rysunek: okrągła kobieca twarz, krótkie włosy, pieprzyk obok wargi. Mimo że obrazek wyglądał jak dzieło przedszkolaka, od razu rozpoznałam na nim siebie.

Słuchając siorbania Profesora, wyobraziłam sobie, jak po moim wyjściu musiał naprędce narysować ten obrazek, zanim zniknęłam z jego pamięci. Ta karteczka była dla mnie dowodem na to, że poświęcił dla mnie chwilę swojego cennego czasu.

— Może chce pan dokładkę? Ugotowałam cały garnek. Nalać jeszcze? — odezwałam się chyba zbyt poufale, najwyraźniej odkrycie notatki uśpiło moją czujność. Zamiast odpowiedzi usłyszałam beknięcie. Profesor nawet na mnie nie spojrzał. Wstał i bez słowa zniknął za drzwiami pracowni. Na dnie jego talerza została tylko marchewka.

·

Kiedy w następny poniedziałek jak zwykle przedstawiłam się w progu, na poparcie swoich słów wskazałam mu karteczkę z moją podobizną. Profesor spojrzał kilka razy to na mnie, to na rysunek, zamilkł, usiłując sobie przypomnieć, co ta notatka może znaczyć, ale w końcu zamruczał coś z aprobatą i zapytał mnie o numer buta.

Zaraz jednak poczułam, że coś w tym tygodniu się zmieniło, i to znacznie. Profesor wręczył mi plik kartek A4, zapisanych wzorami matematycznymi, i kazał mi je wysłać do czasopisma „Journal of Mathematics”.

— Przepraszam cię bardzo, czy mógłbym cię o coś poprosić?

Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek, który skarcił mnie tak gwałtownie pierwszego dnia. Ton jego głosu i postawa były bardzo grzeczne. Poza tym była to w ogóle pierwsza prośba, z jaką się do mnie zwrócił. Jego głowa nie zajmowała się już „myśleniem”.

— Oczywiście, z przyjemnością!

Zaadresowałam kopertę, przepisując angielską nazwę czasopisma litera po literze, nie wiedząc nawet, jak ją poprawnie wymówić. Dopisałam japońskimi znakami „do redakcji Działu Zadań Konkursowych” i ochoczo pobiegłam na pocztę.

Kiedy Profesor nie rozmyślał, drzemał często w fotelu pod kuchennym oknem. Wtedy mogłam wreszcie posprzątać jego pracownię. Otworzyłam szeroko okno, zaniosłam kołdrę i poduszkę do ogrodu, żeby je wywietrzyć, i gruntownie odkurzyłam całe pomieszczenie. Pokój był zagracony, ale też przytulny. Mojego obrzydzenia nie budziły ani włosy, które wypadły Profesorowi podczas pracy i zalegały na biurku, a które sprzątnęłam odkurzaczem, ani zapleśniałe patyczki po lodach, ani kostki z kurczaka z KFC, które wypadały z książek.

W tym pokoju panował jakiś inny, nieznany mi rodzaj ciszy. Nie była to cisza wynikająca z braku dźwięku. Profesor w milczeniu przemierzał tu las liczb i zdawało się, że to milczenie przeniknęło nie tylko wszystkie sprzęty, lecz również włosy na biurku i pleśń na resztkach jedzenia. Gdzieś w głębi tego lasu liczb musiało się znajdować tajemnicze jezioro czystej ciszy.

Ale mimo że przytulny z perspektywy gosposi, pokój nie wydawał się zbyt interesujący. Nie było tu żadnych małych pamiątkowych przedmiotów, które opowiadałyby historię właścicieli, żadnych skrywanych na dnie szuflady zdjęć, żadnych egzotycznych ozdób, czyli tych wszystkich rzeczy, które poruszają wyobraźnię pomocy domowej, a to jedna z nielicznych przyjemności w jej pracy.

Podczas odkurzania regału miotełką przyjrzałam się tytułom i autorom książek. Teoria grup, Algebraiczna teoria liczb, Studia nad teorią liczb, Chevalley, Hamilton, Turing, Hardy, Baker. Tyle książek, aż dziwne, że żadnej z nich nie miałam ochoty przeczytać. Połowa z nich napisana była w obcym języku, więc nie potrafiłam przeczytać nawet tytułów na grzbietach. Na biurku leżał stos akademickich zeszytów, króciutki ołówek B4 i garść spinaczy. Tylko tyle? Aż nie chciało się wierzyć, że to miejsce wytężonej pracy umysłowej. Tylko ścinki po gumce świadczyły o tym, że do wczoraj toczyła się tutaj wielka intelektualna walka.

Matematyk powinien mieć na biurku jakiś drogi cyrkiel, którego nie dostanie się w zwykłym papierniczym. Albo przynajmniej suwmiarkę z linijką i Bóg wie czym jeszcze — myślałam, strzepując resztki gumki ze stołu, wyrównując zeszyty i składając spinacze w jedno miejsce. Krzesło przy biurku było wgniecione od długiego siedzenia.

— Którego masz urodziny?

Tego dnia po kolacji Profesor nie poszedł od razu do swojego pokoju. Sprzątałam właśnie talerze, a on chyba szukał tematu do rozmowy.

— Dwudziestego lutego.

— Nie do wiary!

Na talerzu Profesora znów została sama marchewka, tym razem wydłubana z sałatki jarzynowej. Zaniosłam talerze do zlewu i wytarłam stół. Niestety, nawet kiedy Profesor nie był zajęty myślami, stół po posiłku wyglądał okropnie. Mimo że oficjalnie zaczęła się już wiosna, po zmroku robiło się zimno. W kącie jadalni palił się piecyk na naftę.

— Często wysyła pan artykuły do czasopism? — spytałam.

— Och, to nie był artykuł. To tylko zadanie z czasopism dla matematyków amatorów. Rozwiązuję je dla przyjemności, ale jeśli będę miał szczęście, może dostanę za to pieniądze. Nagrody funduje jakiś kochający matematykę milioner.

Profesor powędrował wzrokiem po swoim ciele i skupił wzrok na jednej z notatek przypiętej do lewej kieszeni.

— O, właśnie. Dzisiaj wysłałem dowód. To było zadanie z „Journal of Mathematics”. To dobrze.

— Naprawdę? Gdybym wiedziała, wysłałabym priorytetem… Tylko pierwsza osoba otrzyma nagrodę, prawda?

— Nic nie szkodzi. Rzeczywiście nagroda przypadnie pierwszemu, kto poprawnie rozwiąże zadanie, ale dowód musi być też piękny.

— Piękny? Czy dowód matematyczny może być ładny albo brzydki?

— Oczywiście.

Profesor wstał od stołu, żeby mnie lepiej widzieć. Stałam przy zlewie i zmywałam talerze.

— Prawdziwy dowód jest lity jak skała i giętki jak guma i nie ma w tym żadnej sprzeczności. Jest za to harmonia. Jest wiele dowodów, które, co prawda, są poprawne, ale są przegadane, nieklarowne albo wręcz denerwujące. Rozumiesz? Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć. Matematyka jest jak gwiazdy, nie da się wyjaśnić ich piękna.

Uznałam, że skoro Profesor ma mi tyle do powiedzenia, nie mogę nie okazać zainteresowania, więc przerwałam zmywanie i pokiwałam głową.

— Mówisz dwudziesty lutego? 220? To czarująca liczba. Spójrz na to.

Zdjął z ręki zegarek i zbliżył go do mojej twarzy. Był to bardzo elegancki zagraniczny zegarek, zupełnie niepasujący do Profesora.

— Dostałem go na studiach od rektora uniwersytetu za moją pracę dyplomową na temat liczb przestępnych.

— Cóż za wspaniała nagroda! Gratuluję.

— Nie o to mi chodzi. Spójrz na to, co jest wygrawerowane na odwrocie.

— „Nagroda Rektora nr 284” — przeczytałam. — Czy to znaczy, że pańska nagroda była dwieście osiemdziesiąta czwarta z rzędu?

— Pewnie tak. Ale chodzi mi o samą liczbę. Zostaw już to zmywanie. 220 i 284 — to jest naprawdę ważna sprawa!

Profesor złapał mnie za fartuch, zaciągnął do stołu i kazał usiąść. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął ogryzek ołówka B4 i na odwrocie jakiejś ulotki zapisał dwie liczby.

220                   284

Z jakiegoś powodu zostawił między nimi odstęp.

— Co o nich myślisz?

Wycierając ręce o fartuch, poczułam, że tracę grunt pod nogami. Chciałam odpowiedzieć coś sensownego, bo widziałam, jak bardzo mu na tym zależy, ale czy moja odpowiedź była w stanie zadowolić matematyka? Ot, liczby — tyle o nich myślałam.

— Hm… no więc… — zaczęłam, jąkając się. — Obie liczby są trzycyfrowe… co jeszcze… nie różnią się za bardzo… to znaczy, gdybym w supermarkecie miała wybrać mięso mielone w opakowaniu dwieście dwadzieścia lub dwieście osiemdziesiąt cztery gramy, to byłoby mi wszystko jedno. Wzięłabym świeższe. Na pierwszy rzut oka te liczby są podobne: obydwie zaczynają się od dwójki i wszystkie ich cyfry są parzyste.

— Świetnie! Jesteś bardzo spostrzegawcza! — pochwalił mnie, huśtając zegarkiem na skórzanym pasku. Jego żarliwa reakcja zawstydziła mnie jeszcze bardziej. — Intuicja jest bardzo ważna. Zimorodkowi wystarcza srebrny błysk w wodzie, żeby zanurkować i upolować rybę. Tak samo łowi się liczby.

Profesor przysunął do mnie krzesło, żebyśmy oboje widzieli, co pisze. Poczułam od niego ten sam zapach papieru, który znałam z pracowni.

— Wiesz, co to jest dzielnik, prawda?

— Tak, chyba tak. Kiedyś się o tym uczyłam.

— 220 możemy podzielić bez reszty przez 1 i przez 220, a więc 1 i 220 są dzielnikami liczby 220. Wszystkie liczby naturalne mają przynajmniej dwa dzielniki. To 1 i ta sama liczba. Ale jakie jeszcze inne dzielniki posiada 220?

— No, na przykład 2 albo 10.

— Doskonale. Widzę, że rozumiesz. W takim razie zapiszmy wszystkie dzielniki liczb 220 i 284, pomijając te same liczby: 220 i 284.

220 : 1 2 4 5 10 11 20 22 44 55 110

142 71 4 2 1 : 284

Pismo Profesora było okrągłe i lekko pochylone, a wokół cyferek osiadał pyłek z miękkiego wkładu ołówka.

— Umie pan wyliczyć to wszystko w głowie?

— Nie dzielę przez wszystkie liczby po kolei. Wyławiam dzielniki intuicyjnie, tak jak ty zrobiłaś to przed chwilą. Ale przejdźmy do kolejnego etapu.

Pomiędzy liczby Profesor wstawił znaki.

— Spróbuj policzyć. Spokojnie, nie musisz się spieszyć.

Profesor podsunął mi kartkę i ołówek. Na marginesie ulotki zsumowałam liczby. Profesor przemawiał do mnie łagodnie, więc nie czułam się jak na egzaminie. Nie spanikowałam jak przy pierwszym pytaniu. Nabrałam pewności siebie, wręcz miałam wrażenie, że tylko ja mogę znaleźć właściwą odpowiedź.

Dla pewności trzy razy sprawdziłam wynik. Dzień dawno się skończył i nie wiadomo, kiedy zrobiło się ciemno. Od czasu do czasu z naczyń w zlewie spadała kropla wody, przerywając ciszę. Profesor pilnował mnie wzrokiem.

— Skończyłam.

— Brawo! A teraz przyjrzyj się temu pięknemu układowi liczb. Suma dzielników liczby 220 dała nam 284, a suma dzielników 284 to 220. Czy to nie wspaniałe?! Taką parę nazywa się liczbami zaprzyjaźnionymi. Jest ich bardzo mało. Nawet Fermat czy Kartezjusz odkryli tylko po jednej parze. Nie sądzisz, że te liczby połączone są ze sobą jakimś boskim planem? I pomyśl: twoje urodziny i zegarek na mojej ręce zawierają te liczby. To nie może być przypadek.

Oboje długo nie mogliśmy oderwać wzroku od ulotki. Jak gwiazdy na niebie łączą się w kształty znaków zodiaku, im dłużej przyglądałam się liczbom, tym wyraźniej widziałam jedną, nieprzerwaną całość.