Układ(a)ne - Aoko Matsuda - ebook

Układ(a)ne ebook

Aoko Matsuda

3,5

Opis

Układ(a)ne to słodko-gorzkie spojrzenie na współczesny świat, w którym wszyscy jesteśmy do siebie tak podobni, że aż tacy sami. Matsuda przedstawia dylematy kobiet we współczesnym społeczeństwie, absurdy życia korporacyjnego, presji i zobowiązań; pisze o miłości i mniejszościach, kobietach, ale i mężczyznach, ale zawsze w niespodziewany i humorystyczny sposób. W swoich tekstach bawi się formą i strukturą: bohaterowie zmieniają kształty i postać, proza zamienia się w dramat, a poważne tematy nabierają lekkości. Literacki majstersztyk pełen zabaw słownych i rytmu, który sprawia, że teksty wwiercają się w nas i zostają tam na długo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 176

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Układ(a)ne

ス タ ッ キ ン グ 可 能

Układ(a)ne

— Skarbie, nie umknęło mojej uwadze, że odkąd weszłaś do naszej biurowej kuchni, nic, tylko zerkasz z niepokojem w to samo miejsce, w ten obszar obok zlewu, gdzie wszyscy pracownicy odkładają przyniesione przez siebie kubki. Co tam widzisz takiego ciekawego?

— Co? Nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi.

— A to przepraszam. Pozwól, że zapytam inaczej. Twoim zdaniem powinien się tam znajdować pewien przedmiot, ale go tam nie ma, prawda? Powiedz mi zatem, cóż takiego stamtąd zniknęło?

— Skąd…? Skąd o tym wiesz?

— Czy ten przedmiot, którego szukasz, nie jest czasem schowany na dolnej półce nad zlewem, ukryty za paczką nesquika? Paczką do podziału, na której napisano markerem: „Można się częstować”?

— Oż ty!

— Spokojnie, nie ma co się tak gorączkować. Nigdzie nie ucieknie. Ten twój kubek termiczny, którego z taką desperacją szukasz, nigdzie nie ucieknie. O, wzorek w dynie? Proszę, proszę, jest też i czarownica na miotle! Zapewne produkt z limitowanej kolekcji na Halloween… To akurat nie wymagało wielkiej dedukcji.

— Ty gnido! Najpierw mi mówisz, że jest za nesquikiem, i każesz mi się nie gorączkować, a chwilę potem wyciągasz go spod pół płaszcza? Jak śmiesz! Do diaska, oddaj mi ten kubek!

— Chwila, chwila, nie tak szybko. Ten kubek skrywa w sobie wielką tajemnicę: jest dowodem zbrodni.

— Phi! Nie mam pojęcia, o co ci chodzi!

— Do końca masz zamiar udawać niewiniątko? Jak chcesz. Ale nie ulega wątpliwości, że to ty wmieszałaś do tego kubka truciznę i zamordowałaś Bobby’ego.

— Do diabła! Ty draniu, mów mi zaraz dokładnie, co wiesz!

— Czyli(D)ta, a jednak! Przyznaj się, ty też tak pomyślałeś. Od początku ją podejrzewałem. — Aby powinszować sobie nawzajem swoich zdolności dedukcyjnych, (A)ta i (B)ta stuknęli się głośno kuflami. Był to ich odpowiednik przybicia sobie piątki.

— Na jakiś czas udało jej się mnie zwieść, ale moich oczu nie da się oszukać. A po tym, co mi teraz powiedziałeś, jestem tego tym bardziej pewien — podsumował (B)ta; nie marnując czasu na zaczerpnięcie powietrza, jednym haustem opróżnił kufel piwa, po czym zwrócił się do kelnerki, która w rankingu (A)ty plasowała się na trzecim miejscu, i głośno poprosił o kolejny. Trzecie miejsce według (A)ty to „niespecjalnie urodziwa, ale miła i uśmiechnięta”. (A)ta wpatrywał się z fascynacją w czerwone plamy na szyi kolegi i zajadał fasolkę edamame. Była idealnie dosolona.

— Kiedy zacząłeś ją podejrzewać? — (A)ta nachylił się, opierając łokcie o stół. Przy okazji poluzował sobie krawat. Spod kołnierzyka wyłoniła się równie zaczerwieniona co u (B)ty szyja. Oczy też miał czerwone.

— Stary, to proste. Akurat wychodziłem z toalety, gdy(D)ta nalewała sobie w kuchni wrzątku do kubka. Wiesz, do takiego termicznego kubka, jakie można dostać w Starbucksie. No więc zagadałem do niej i pytam, czy już się zadomowiła w nowym miejscu pracy. Na co ta baba nawet na chwilę nie przerwała nalewać do tego kubka i tylko patrzy na mnie kątem oka, i mówi: „Tak, dziękuję”. I tyle. To ja jej daję takie pole do rozmowy ze mną, a ona nic! Nawet na mnie nie spojrzała. Tylko kręci tą pokrywką. Niewychowane babsko!

— No to już nie ma żadnych wątpliwości. Klasyczny przypadek lesbijki. Powiem ci szczerze, że ja też kilka razy próbowałem do niej zagadać, ale nawet się nie uśmiechnie. Strasznie sztywna. I włosy ma krótkie. No i zauważyłeś? Nigdy nie nosi spódnicy! Mówię ci, nie jest nami zainteresowana.

— No, niekwestionowana lesbijka. Tak… Już człowiek myśli, że ma nową kobietę w pracy, a tu znowu kolejna lesbijka.

(A)ta i (B)ta, skubiąc pałeczkami omlety nadziewane ikrą z mintaja, po cichu odnotowali w głowach nazwisko (D)ty na swojej mentalnej liście lesbijek. W głowie (A)ty lista ta funkcjonowała jak coś, co można zapisać na byle czym i byle jak: wystarczy szkolny zeszyt i najtańszy długopis, który leży pod ręką, zresztą ołówek techniczny czy zwykły ołówek też by się nadały. (B)ta, entuzjasta przyborów piśmienniczych, porządnie odnotował nazwisko (D)ty w wyimaginowanym drogim notesie Moleskine’a wiecznym piórem Waterman.

Tego wieczoru spotkali się na z dawna oczekiwanym zebraniu antylesbijkowym.

Niby nazywali to spotkanie zebraniem, ale nie dyskutowali tutaj o efektywnych strategiach radzenia sobie z problemem; cóż — gdyby mieli o czym, chętnie by podyskutowali, ale nie było przecież o czym mówić, więc nawet nie poruszali tego tematu. Relacjonowali jedynie sytuacje, w których poczuli się potraktowani niesprawiedliwie przez znajome lesbijki, oraz dawali upust związanej z tym frustracji.

Zabawnie byłoby powiedzieć, że spotykają się w cyklu miesięcznym, ale w rzeczywistości spotykali się dwa razy w miesiącu. Powód był oczywisty. Liczba lesbijek ciągle rosła. Nie mogli tego zrozumieć, ale rozprzestrzeniały się z prędkością epidemii choroby zakaźnej. Nie, to nieprawda, doskonale wiedzieli: winny był ten wnerwiający kierunek, w którym zmierzało całe społeczeństwo. Fizycznie by nie podołali, gdyby ich zebranie odbywało się tylko raz na miesiąc. Postanowili zatem, że będą się spotykać co dwa tygodnie. (A)ta i (B)ta spotykali się, siadali naprzeciwko siebie i rozprawiali. Pryskali dookoła śliną. Jej kropelki mieszały się ze sobą w powietrzu.

Lesbijki w pracy. To był najczęściej podnoszony temat. Lesbijki, które dzień w dzień przebywają w tym samym miejscu co oni, a nie okazują (A)cie i (B)cie ani odrobiny zainteresowania. Potem przychodziła kolej na przyjazne i całkiem niezłe kobiety, które ich zdaniem wcale nie były najgorsze, wcale a wcale, lecz mimo wszystko nie chciały dać się zaprosić na randkę. Takie zachowanie też było lesbijskie. Lesbijki, które na Dzień Chłopaka nie dawały żadnego upominku, nawet drobiazgu, choć sama intencja by się liczyła. Ale te lesbijki do usranej śmierci nie chciały im nic podarować. Lesbijki czające się na każdym kroku. Lesbijki w metrze. Lesbijki w supermarkecie. Skręcasz za róg, a tam lesbijka.

Wszędzie było ich pełno. Ich przestrzeń życiowa roiła się od lesbijek.

Najbardziej nie mogli wybaczyć takim, które przychodziły na imprezy. Sprzymierzonym lesbijkom, które spoglądały na (A)tę i (B)tę, nie kryjąc znudzenia, po czym jedna odwracała się do drugiej i ukradkiem coś sobie szeptały. Jeśli nie są zainteresowane facetami, to niech przestaną przychodzić na imprezy! (A)ta i (B)ta z pasją nienawidzili lesbijek. Obrzucali je obelgami. Działały im na nerwy. Aż krew się w nich burzyła. Te lesbijki nie wnosiły do ich życia niczego pozytywnego, mówili. Nie przysparzały im radości. Nie dodawały życiu kolorytu.

Manager restauracji, który zazwyczaj pracował za ladą, postawił przed nimi talerz z zestawem sashimi. Nie wiedzieć kiedy, cała restauracja zapełniła się klientami. Musiało im brakować rąk do pracy.

— Możemy liczyć tylko na (C)-chan[1].

— Nasza kochana (C)-chan.

— Jest taka naiwna, taka bezpretensjonalna… Rozmowa z nią to miód na moje serce.

— Życie byłoby wspaniałe, gdyby wszystkie kobiety na świecie były takie jak (C)-chan.

— Ach, gdyby tylko wszystkie były jak ona! Moglibyśmy się w końcu wyrwać z tej codziennej męczarni.

(A)ta przywołał w głowie obraz (C)-chan, z jej falującymi brązowymi włosami i falującą spódniczką. Za każdym razem, gdy w jakiejś sprawie podchodził do jej biurka, chociaż często podchodził też zupełnie bez powodu, (C)-chan ukradkiem dawała mu ciasteczko. Przy tym dodawała coś w stylu: „Może cuksika?”. Śliczna i urocza (C)-chan!

(A)ta wydrążył łyżeczką zamglone oko ryby i z mlaskiem włożył je do ust. Leżący obok talerz, na którym powoli wysychały plasterki sashimi, obsypany był dla dekoracji kwiatami chryzantemy, które przytulały się do kawałków surowej ryby. Nawet te kwiaty odwalały lepszą robotę niż lesbijki.

— Chcą panowie coś domówić? Zaraz zamykamy kuchnię. — Jakby znikąd pojawiła się przed nimi kelnerka z pierwszego miejsca rankingu (A)ty. Jak zwykle jej wdzięk nie miał sobie równych. (A)ta i (B)ta unieśli w górę kufle i zadeklarowali zgodnym chórem:

— Jeszcze raz to samo!

Byłam wtedy w trzeciej klasie gimnazjum. Wszystko zaczęło się w tamtym momencie. Nie żeby wydarzyło się coś specjalnie doniosłego. Był to drobiazg.

Mieliśmy przerwę. Byłam w swojej ławce i rozmawiałam z koleżanką, siedzącą za mną po przekątnej. Szkolne ławki, siedzenia i oparcia krzeseł były zrobione z połyskliwego drewna, ale ramy i nogi miały z metalu. Te metalowe części bywały szorstkie, jakby pełne zadziorów, i raz na jakiś czas któryś z uczniów ocierał sobie o nie ramię czy rękę aż do krwi. Coś mnie w tych ramach intrygowało. W tamtej chwili również gładziłam dłonią powierzchnię biurka, rozmawiając z koleżanką. Jej miejsce znajdowało się koło okna, więc chociaż jedno wcale niekoniecznie wynikało z drugiego, kiedy siedziała, jej górną część ciała obwiewała biała firanka. Wyglądało to, jakby jej górną połowę porwało tornado.

Obok nas zajmowała miejsce grupka pogrążonych w rozmowie chłopaków. Któryś z nich przyniósł czasopismo i na raz, dwa, trzy, wskazywali palcem zdjęcie modelki, która najbardziej im się podobała, strasznie się tym ekscytując.

W pewnym momencie usłyszałam jednego z nich:

— OK, OK, już wam mówię! Przede wszystkim moja wymarzona dziewczyna musi dobrze gotować. Po drugie, musi być urocza. Po trzecie, musi odpowiadać na kartki świąteczne!

Reszta jego słów zlała się w jedną masę dźwięku z drwiącymi głosami jego kolegów, i już nie mogłam odróżnić, co kto mówił.

Nie wiem dlaczego, ale to jedno zdanie utkwiło mi w pamięci. Poczułam zgrzyt wyobcowania. Nie żebym się w tym chłopaku podkochiwała, nic z tych rzeczy… Co to znaczy? Skąd taki wybór? — myślałam.

Podczas następnej lekcji próbowałam przetrawić to, co usłyszałam.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego gimnazjalista na chlubnym pierwszym miejscu postawił umiejętność gotowania. Przecież nie wezmą teraz ślubu i nie zamieszkają razem. Nawet jeśli zacznie chodzić z dziewczyną, która świetnie gotuje, to czy nie za bardzo się zagalopował, myśląc, że ich związek przetrwa tak długo, żeby mógł spróbować jej kuchni? A może chodzi tu o lunch? Może spodziewa się, że jego dziewczyna będzie mu przynosiła obiad do szkoły? Ale czy przygotowanie lunchu dla gimnazjalisty wymaga aż takich zdolności kulinarnych? Jeśli ktoś się uprze, to można ugotować coś wyjątkowo skomplikowanego, ale czy taki gimnazjalista w ogóle będzie w stanie docenić różnicę? Czy nie kierował się po prostu ślepo wypowiedziami, których nasłuchał się w telewizji? Zdaniami w stylu: „Moja żona dobrze gotuje”? Czy to nie ich wpływ?

Numer dwa pominęłam. Często to słyszałam.

Najbardziej jednak łamałam sobie głowę, o co mu chodziło z kartkami świątecznymi. Dlaczego taką wagę — większą niż do tylu innych rzeczy, skoro uplasował ją na trzecim miejscu — przykładał do tego, czy jego dziewczyna wyśle raz do roku kawałek papieru? Bez sensu. Totalnie bez sensu.

Ta cała niewiedza mnie paraliżowała. Poczułam, jak wzbiera we mnie pragnienie buntu. Nie powiedział o mnie samej nic złego, ale z jakiegoś powodu miałam wrażenie, że ze mnie zadrwił. Miałam ochotę wstać z miejsca, wycelować w niego palcem i wygarnąć mu przy wszystkich: „Twoje kryteria wymarzonej dziewczyny są banalne! Są do niczego!”. Chciałam posłać go z hukiem do wszystkich diabłów. Oczywiście nie podniosłam się z ławki. Zamiast tego tylko kipiałam ze złości przez całą lekcję. To wtedy wszystko się zaczęło. To był ten moment, od którego już na zawsze towarzyszyło mi poczucie wyobcowania.

Gdy już raz się pojawiło, to wyobcowanie ciągnęło się za mną i nie chciało mnie zostawić w spokoju. Bez względu na to, gdzie pojechałam i ile minęło lat.

Raz, na obozie letnim na studiach, wygrałam w Reversi z chłopakiem, który należał do tego samego koła zainteresowań. Powiedział mi potem, że do wszystkiego podchodzę zbyt ambitnie. Że przecież to tylko gra. Tylko dlatego, że wygrałam z tobą, nagle stałam się zbyt ambitna? Po prostu jesteś słaby w tej grze. Gdy w restauracji nie wyszłam z inicjatywą, żeby zacząć wszystkim facetom nakładać dania, wzbudziło to ogromne zdziwienie mojego kolegi ze studiów. Jak to, dziewczyna, a nie obsłuży kolegów? Nie do pomyślenia! Albo ten kolega z pracy, któremu chciałam wyjaśnić swój punkt widzenia, ale zatrzymał mnie w pół zdania i kazał przestać się emocjonować. „Chwila, moment, nie musisz się od razu gorączkować takim drobiazgiem”, wołał. Nie umiał sobie wyobrazić, że ktoś — dziewczyna — może mieć inne zdanie niż on. Musiałam być po prostu rozzłoszczona. Albo ten facet, co cały czas się do mnie lepił i szukał okazji, żeby mnie przypadkiem dotknąć. Oni byli wszędzie. Wszędzie roiło się od podobnych typów.

Za każdym razem myślałam sobie: ech. Byłam rozczarowana. Tak szczerze i dogłębnie rozczarowana. I tak mijały mi dni, gdy próbowałam dopasować się do innych i gdy mi się to nie udawało, za każdym razem na siłę starałam się odnaleźć w ich towarzystwie, aż zrozumiałam, że to tylko żałosna namiastka, a świadomość, że miałabym tak dalej żyć, wprawiała mnie w rozpacz. Czułam się, jakbym cały czas oszukiwała samą siebie. Jakbym nie stąpała twardo po ziemi, tylko unosiła się gdzieś w zawieszeniu.

Próbowałam sobie wyobrazić, że kiedyś spotkam mężczyznę, który mnie nie rozczaruje. Marne szanse. Przecież mężczyzn jest na pęczki! Tumany! Moje życie było jak stanowiąca atrakcję parków wodnych leniwa rzeka w samym środku lata. Pytałam samą siebie, dlaczego, do diaska, nawet basenem nie mogę się nacieszyć?

Wpadłam w czarną rozpacz. Ten świat się kończy. Kończy się — myślałam.

Uroczy uśmiech. Piękne dołeczki. Bezpretensjonalna i urocza. Strażniczka domowego ogniska. Łagodna.

Za każdym razem, gdy faceci dyskutowali na temat wymarzonych kobiet, utwierdzałam się w postanowieniu, że nie chcę być jedną z nich. Za żadne skarby.

Przestałam się uśmiechać. Przestałam się na siłę dopasowywać. Choćby nie wiadomo co, postanowiłam, że nie zacznę nakładać kolegom z pracy sałatki cezar, którą postawi przede mną kelner. A wtedy mężczyźni zaczęli mi mówić, że się mnie boją. Obmawiali mnie za plecami. Ale tak było o wiele lepiej.

Postanowiłam, że w tym świecie mężczyzn, którzy nie wiadomo skąd wzięli swoją wizję kobiet, ale którzy są przeświadczeni, że musi ona być jedyną prawidłową, i wśród kobiet, które może się do niej dopasowują, a może nie — nie wiem, ale żyją w tej wizji, ja się wyłamię. Pomyślałam, że to będzie moja walka.

(C)ta trafiła do firmy świeżo po studiach — nieco się zdziwiła, kiedy zobaczyła, że kierownikiem działu, do którego ją przydzielono, było gigantyczne, włochate stworzenie. Był potężny, zarówno wzdłuż, jak i wszerz, a ponieważ cały pokryty był kłębowiskiem włosów, wydawał się przez to jeszcze większy. (C)ta była drobna i gdyby ją sklonować, i posadzić mu na barana, bez problemu pomieściłyby się przynajmniej trzy takie (C)ty. Twarz kierownika była prawie niewidoczna zza włosów. Od czasu do czasu, kiedy jego grzywa zafalowała, dawało się dostrzec błyszczące w głębi oczy. Jeśli miałaby go do czegoś porównać, byłby to orangutan.

(C)ta przywołała w pamięci orangutana z zoo, do którego często chodziła jako dziecko. Zazwyczaj siedział przycupnięty na umieszczonej w klatce grubej gałęzi i okrywał się pokaźną płócienną płachtą. Wpatrywała się w niego z fascynacją; przypominał jej podstarzałą Francuzkę, która zrujnowała swoje ciało alkoholem i mężczyznami. Czekała tylko, aż zacznie śpiewać dramatyczny chanson.

Ale o co chodziło z tym całym kierownikiem? Słyszała wprawdzie, że kiedy już pójdzie do pracy, wiele rzeczy wprawi ją w zdumienie, ale żeby do tego stopnia? Pracujący orangutan? Pozostali nowi rekruci powędrowali do innych oddziałów i departamentów, nie miała więc kogo spytać, czy innym osobom kierownik również przypominał orangutana.

Już na samym początku szkolenia dla nowych pracowników stało się jasne, że kierownik raczej nie był orangutanem. Przede wszystkim sierść orangutana jest rudobrązowa, a kierownika była kruczoczarna. W porównania z orangutanem miał też więcej rozdwojonych końcówek.

W trakcie przerwy obiadowej próbowała wyszukać w internecie zdjęcia orangutanów i innych rokujących gatunków, ale żadne jej nie usatysfakcjonowało. Kolega z innego działu, który pracował na tym samym piętrze, zaprosił ją na randkę w weekend, postanowiła więc, że na miejsce spotkania wybierze zoo. Tym sposobem upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Odmówiła mu już trzy razy, ale był twardym przeciwnikiem i przypuścił czwarty atak, a ją zaczęło męczyć wymyślanie nowych wymówek.

Niedziela była pogodna. „Wiedziałem, że lubisz zoo” — stwierdził kolega, zadowolony z siebie. Jak to „wiedział”? — zastanawiała się w duchu (C)ta, wpatrując się uporczywie w klatki z orangutanami i gorylami. Wniosek był jasny: kierownik nie był orangutanem. Kolejny wniosek, o którym również wiedziała od początku: nigdy więcej nie wybierze się z tym kolegą na randkę. Męczyło ją, jak bardzo afiszował się z okazywaniem jej zainteresowania. Mimo że wcale mu się aż tak nie podobała. Zaprosił ją, bo była pod ręką. Jeśli jemu wystarczał po prostu wygodny związek, to jego sprawa, ale jej niech w to nie miesza.

Długie włosy kierownika ciągnęły się za nim w biurze niczym welon panny młodej. Kiedy grasował po biurze, różnokolorowe karteczki samoprzylepne i papierki od cukierków wplątywały się w jego kudły, tworząc barwną mozaikę. Można by podejrzewać, że skoro na podłodze, którą przeszedł, nie pozostawał ani jeden śmieć, sprzątacze byli w siódmym niebie. A jednak — wyrywali sobie włosy z głowy, gdyż raz na jakiś czas kierownik nagle zamierał w bezruchu, wzdrygał się parę razy, po czym odchodził, pozostawiając na podłodze żółte plamy i fekalia. Nikt nie widział, co z tym fantem zrobić.

Ale największym problemem (C)ty było to, że nie rozumiała ani słowa z tego, co kierownik do niej mówił. Okres szkolenia był dla niej szczególnie trudny. Jak słuchać wykładu w języku zwierząt? Każda najprostsza rzecz staje się wyzwaniem. Z której strony by na to nie spojrzeć, to nie lada wyzwanie.

Co za dziwaczna firma! Przed nią stał kierownik i warczał. Być może dla niego te wypowiedzi miały jakiś ład i skład, ale (C)ta nigdy nie mogła przewidzieć, kiedy kierownik zacznie pohukiwać i wydawać z siebie komiczne skomlenie, po czym obnaży dziąsła i zacznie szczękać zębami. (C)ta zlustrowała wzrokiem starszych kolegów w pobliżu, którzy pomimo tego cyrku jak gdyby nigdy nic wykonywali swoje obowiązki. Zero zainteresowania. Tragedia. W ten sposób niczego się nie nauczy. Nie wiedziała nawet, kiedy powinna przytaknąć kierownikowi, a kiedy coś odpowiedzieć.

Krew odpłynęła jej z twarzy. A tak się starała, żeby dostać tę pracę. Jeśli tak dalej pójdzie, przylgnie do niej etykietka osoby, która nie potrafi wykonywać swoich obowiązków. Za wszelką cenę musi uniknąć zwolnienia — myślała. Przecież chciała tu pracować.

Przypomniały jej się słowa kuzyna, który kilka lat wcześniej wszedł na rynek pracy. Półtora roku po wstąpieniu do jednej z korporacji nagle przestał chodzić do pracy. Twierdził, że za żadne skarby nie zmusi się, żeby tam wrócić, i w końcu się zwolnił. Po dwóch miesiącach w łóżku nagle zerwał się na nogi, zatrudnił się w nowym miejscu i z niesłychanym entuzjazmem wrócił do pracy. Podczas rodzinnego spotkania ten sam kuzyn, przekrzykując gwar i wyjadając samolubnie samo sushi z kalmarami z leżących przed nim trzech tac, powiedział jej wtedy:

— To proste. Musisz pojąć tylko jedną rzecz. Nikt cię nigdy nie zrozumie. I ty też nigdy nikogo nie zrozumiesz.

Te słowa podziałały na nią jak zaklęcie.

Od następnego dnia w pracy (C)ta zaczęła ze wszystkich sił obserwować kierownika. Nie było szans, żeby zrozumiała choć słowo z tego, co mówił, ale udawało jej się wyłapać charakterystyczne elementy jego dyszącego chrząkania. Jak tylko wyczuła dobry moment, błyskawicznie rzucała „Tak jest!” z siłą siatkarskiej ściny. Informacje o istotnych elementach swoich służbowych obowiązków posklejała w całość, korzystając z gotowych manuali oraz podsłuchanych rozmów starszych pracowników. Miała wrażenie, jakby bawiła się w robienie kolażu. Czy jej promotor na uczelni, widząc, jak ona i inni studenci wiecznie chodzili znudzeni i z głowami w chmurach, nie powtarzał im do znudzenia, żeby nauczyli się czytać między wierszami? Czy to o coś takiego mu chodziło?

Teraz(C)ta bardziej niż kiedykolwiek starała się podążać za tą radą. Wyostrzyła swoje zmysły, żeby wyczytać wszystko o swojej firmie, nawet tam, gdzie nie było ku temu potrzeby, nawet tam, gdzie nic nie było napisane. Czuła się jak student na zagranicznej wymianie językowej. Ach, gdyby to było takie łatwe jak pójście na kurs językowy! W drodze do domu patrzyła z okien pociągu na szyldy szkół języka angielskiego i ubolewała nad sobą. Ale przecież ja chcę pracować — powtarzała sobie. — Chcę pracować. Po to tu jestem.

(C)ta parła do przodu. Wsłuchiwała się w piski, którymi nadal zaskakiwał ją kierownik, ale nadal nie rozumiała ani słowa. Obserwowała każdy jego ruch, w obawie, żeby czegoś nie przeoczyć. Przez resztę czasu wprawiała w ruch nożyczki i klej, i tworzyła w głowie swój kolaż.

Kiedy na jej konto wpłynęła pierwsza pensja, (C)ta odetchnęła z ulgą. Jakoś sobie poradzi. Choć nadal nie miała pojęcia, czy się do tego wszystkiego nadaje. Trzymała kurczowo w ręku świstek z banku, na którym czarno na białym wydrukowana była jej pierwsza wypłata.

— Pani (D)to, nie widziała pani może mojej płóciennej torby? Musiałem ją gdzieś tutaj zostawić.

— Oj, nie wiem. Nigdzie jej nie widzę.

— Nie? Dziwne… Ciekawe, gdzie się mogła podziać?

— Doprawdy.

(D)ta właśnie skończyła układać krzesła jedno na drugim w kącie sali konferencyjnej. Wzięła laptopa pod pachę, wyszła do holu i wcisnęła przycisk windy ze strzałką skierowaną w dół. (J)ta, kolega z jej teamu, również skończył ze swoją połową krzeseł i wyszedł tuż za nią.

— Nie przyniosłem jej czasem ze sobą przed rozpoczęciem zebrania? Nie pamięta pani może?

— Klucz z tej torby jest ostatecznym dowodem.

— Cóż, obawiam się, że chyba nie zwróciłam uwagi.

— Chwila, moment, to wcale nie moja torba!

— Co za pech, w środku miałem lunch. Przez ten plan projektu nie zdążyłem zjeść na przerwie. Musiałem ją przynieść tu ze sobą, bo bezpośrednio po zebraniu chciałem podjechać na jedenaste piętro do socjalnego. Nie no, myślałem, że w końcu będę mógł złapać oddech.

— Jak to nie twoja? Czy to nie ta torba, która ponoć zginęła ci dzień przed tragedią? Która była załączona jako dodatek do gazety? To w tej torbie odnalazł się klucz do mieszkania, w którym mieszkał brutalnie zamordowany James, a więc do miejsca tej paskudnej zbrodni. I jak teraz z tego wybrniesz?

— Ojej, no to faktycznie pech.

— To prawda, że ta torba była dodatkiem do czasopisma, w którym co miesiąc się zaczytuję, ale do tamtego numeru dołączono pięć różnych wzorów. Przyjrzyj się uważnie, spójrz na to logo. Jest fioletowe. Tymczasem moja miała różowe. Jeśli pofatygujesz się, żeby zapytać mojego męża lub przyjaciół, dowiesz się, że jeśli tylko mam możliwość, jestem typem, który zawsze wybiera różowy. To nie ja jestem mordercą.

— Takie rzeczy jak na złość zdarzają się wtedy, gdy człowiek nie ma na nie czasu. Żona mnie znów ochrzani.

— Faktycznie, jest tak, jak mówisz — twoja komórka, oprawki okularów i ten ręczniczek, który właśnie trzymasz w rękach, wszystko jest różowe. Ale w takim razie czyja to torba?

— No tak, współczuję…

— Co więcej, co drugi sklep rozdaje takie torby, sama mam ich dziesiątki. Mam zapas na całe życie! Taka torba nie może stanowić dowodu na nic! Kto jak kto, ale żeby taki Holmes jak szanowny pan nie miał bladego pojęcia o kobietach? Jest pan jak dziecko we mgle, ale nie powiem, żeby mi się to nie podobało.

— OK, to co ja po kolei robiłem? Planowałem zajść zaraz po zebraniu do pokoju socjalnego, więc wyciągnąłem lunch z lodówki na moim piętrze. Stamtąd miałem bliżej. Przyniosłem ją ze sobą na to piętro. Tak, tak, i wtedy przypomniałem sobie, że w aneksie kuchennym na tym piętrze też jest lodówka. Tam ją musiałem zostawić, tak! Tak, właśnie tak musiało być. Jak dobrze, że sobie przypomniałem. No i przepraszam, że musiała pani wysłuchać moich wywodów!

— Moi drodzy, przyniosłam herbatę. O! Czy to nie jest czasem ta moja torba, której nie mogłam od wczoraj znaleźć?

— Tak, całe szczęście.

— Debro, czyżbyś to ty była mordercą?!

— Tylko skoczę zabrać tę torbę, ale jeśli w międzyczasie przyjedzie