Tylko szeptem - Lidia Liszewska, Robert Kornacki - ebook

Tylko szeptem ebook

Lidia Liszewska, Robert Kornacki

4,1

Opis

Porywająca opowieść o uczuciach tak niezwykłych, że mówi się o nich Tylko szeptem.

Dla Edyty najważniejsze są książki, które tworzy, oraz jej dorosłe dzieci. Skrycie marzy jednak o wielkim uczuciu. Dla młodszego od niej Jacka liczą się przede wszystkim niezależność i wolność, które zapewniają mu rybacki kuter i słone wody Bałtyku. Niespodziewane spotkanie na plaży wywraca ich życia do góry nogami. Zaskoczeni postanawiają dać szansę rodzącemu się uczuciu. Choć dzieli ich wiele, to nastrojowa atmosfera nadmorskiej miejscowości oraz wspólne spacery brzegiem morza sprawiają, że ich relacja pogłębia się. Przypadek połączył tych dwoje, tylko czy to wystarczy?

Co jednak, kiedy wydarzenia z przeszłości i obawy o wspólną przyszłość zakłócą szczęście Edyty i Jacka? Czy mimo przeciwności losu ich miłość ma szansę przetrwać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (121 ocen)
41
53
23
4
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Lidia Liszewska, 2020

Copyright © Robert Kornacki, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska 

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Fotografie na okładce:

© Smeilov Sergey | Shutterstock

© Cavan Images | Getty Images

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-23-3

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

Siedzi w niebie siwy anioł,

ostry ma scyzoryk

I tak sobie w ciszy struga,

struga łódki z kory.

I sam nie pamięta,

Ile to już lat

wystrugane z kory łódki

puszcza anioł w świat.

 

W łódce miejsca nie za wiele,

ot, dla jednej duszy,

co ją z ziemi do anioła

łódka przewieźć musi.

Lecz gdy miłość wielka

trudno rozstać się,

w jednej łódce hen do nieba

płyną dusze dwie. […]

 

A. Korycki, Łódki

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Świtało, kiedy telefon zadzwonił pierwszy raz. Obserwował wibrujący aparat spod przymkniętych powiek, zastanawiając się, co też musiało się wydarzyć i kto postanowił wyrwać go ze snu o tak nieludzkiej porze. Za dużo alkoholu przelało się wczoraj przez jego ręce, by był teraz w stanie zareagować na próbę kontaktu, niezależnie od tego, kto wybrał ten numer.

Nawet jeśli to byłaby ona. A może zwłaszcza ona?

Jeśli poszła wreszcie po rozum do głowy i po kilku dniach niebytu postanowiła się odezwać, to nic z tego. On sam niewiele już miał jej do powiedzenia. To było o kilka dni za dużo. Żadna kobieta nie będzie z nim tak pogrywać, obiecał to sobie wczoraj w gospodzie „U Bosmana”, a trafność tej decyzji potwierdził kilkoma szybkimi kolejkami. A później jeszcze kilkoma. I piwem na do widzenia. W zgodnej ocenie reszty męskiego towarzystwa, którego popołudniowa biesiada przerodziła się w wieczorne zapijanie smutków, powinien o niej zapomnieć. I to jak najszybciej. Właśnie to chciał zrobić.

To było wczoraj, a teraz jak przez watę wdzierały się do jego głowy coraz to nowe dźwięki. Telefon zamilkł, ale elektroniczną melodyjkę zastąpiły natychmiast gwałtowne uderzenia wiatru i szum fal rozbryzgujących się o nabrzeżne skały. Okno sypialni wychodziło na morze, przynosząc okazję do podziwiania Bałtyku. Za przywilej takich widoków turyści płacą dodatkowo. On miał to w gratisie, mieszkał tu od urodzenia i zdążył przywyknąć. Rejestrował po prostu zmieniającą się barwę morskiej toni, a po kolorze nieba określał, czy włożyć cieplejszą koszulę. Przez chwilę leżał i nasłuchiwał, aż wreszcie mózg połączył szczątkowe sygnały w jeden, piekielnie niepokojący komunikat. Sztorm. Podniósł się natychmiast, walcząc z obezwładniającym bólem głowy, który bez ostrzeżenia zaatakował mu skroń. I wtedy telefon zadzwonił po raz drugi.

– Tak? – To nie była normalna artykulacja dwóch spółgłosek i osamotnionej samogłoski, pytanie padło bardziej dzięki sile woli. Jego opuchnięty język niczym nie różnił się od przysłowiowego kołka. Zdążył się jeszcze uśmiechnąć na to porównanie, ale zaraz mina mu zrzedła.

– No, nareszcie! Zapierdalaj tu w podskokach, sztorm zabrał wszystkie kutry! – Stary Fogel krzyczał do słuchawki, swoim zwyczajem przedstawiając sytuację bez zbędnych ceregieli. Choć może zwykle robił to bez użycia wulgaryzmów; widać teraz sytuacja musiała być poważna. Dziadyga mieszkał najbliżej przystani i postawiono przed nim właściwie jedno zadanie: mieć wszystko na oku i dawać znać, gdyby działo się coś niedobrego. Dokładnie tak jak teraz.

– Tylko ten od Fabrysiaka się ostał. Halo, słyszysz? Wszystko poszło w pizdu, twoja łódź też! No słyszysz czy nie?! – Głos starego był pełen napięcia i strachu.

Wyjrzał przez okno i zrozumiał dlaczego. Tak potężne fale przyprawiłyby o szybsze bicie serca nawet najbardziej zaprawionych rybaków.

– Zaraz będę. – Język powoli odzyskiwał sprawność, więc i odpowiedź padła już całkiem wyraźnie. Sięgnął po leżące pod łóżkiem buty; jedyny plus jego wczorajszego pijaństwa był taki, że zasnął w ubraniu i mógł teraz zaoszczędzić na czasie. A więc to tak, pomyślał, nie ma już jej i nie ma kutra.

Zaklął pod nosem, bo jeszcze tydzień temu nic nie wskazywało na to, że zakończenie letniego sezonu w Mechelinkach przyniesie mu takie emocje. Mocniej nasunął kaptur kurtki przeciwdeszczowej i szybkim krokiem ruszył ratować to, co zostało z jego przyszłości. Po głowie kołatała mu się nieznośna myśl, że w zasadzie równie dobrze mógłby zostać w łóżku. Bo czy miał jeszcze coś do ratowania?

 

 

 

Nie wiem, dlaczego teraz. Być może jeśli spróbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie, nie zrobię już ani jednego kroku więcej. Nie wiem też, co czeka na mnie za moment, za rogiem, poza granicami mojej własnej wyobraźni. I niech tak zostanie. W przeciwnym razie mogłabym stchórzyć? Pójść za daleko? Zacząć myśleć i uśpić tym własne pragnienia, marzenia? Wciąż je mam. I nie ubywa ich z czasem. Są przekorne, niecierpliwe, zadziorne i ciekawe świata. Co jeszcze chowasz dla mnie, świecie mój, w zanadrzu… Dla nas! Chcę wiedzieć. Teraz. Kieruje mną pycha czy niezbywalne prawo do szczęścia?

Coś gnało mnie w to miejsce, choć przecież bywałam tam wcześniej jedynie w interesach. A mimo to zapamiętałam – niejako przy okazji – piękne widoki i życzliwych ludzi. Potrzebowałam odmiany po długich i wyczerpujących miesiącach spędzonych w wielkim mieście. Warszawa da się lubić, mówiły słowa starej piosenki. Jak dla mnie Warszawa potrafi także mocno wkurzyć, dlatego nie namyślając się za długo, podjęłam decyzję o wyjeździe. Czy słuszną? Niesforny głos gdzieś w głębi duszy upierał się, że zasługuję na coś wyjątkowego, więc…

 

Edyta Lachmann

Tam znalazłam miłość

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Nawigacja w telefonie podpowiedziała jej, że pokona trasę w niecałe cztery godziny. Miała nadzieję, że tak się stanie, nie planowała przecież postojów ani przerw na papierosa. Chciała dotrzeć do Mechelinek przed zmrokiem, by jeszcze chociaż przez chwilę pospacerować brzegiem morza. Ostatni raz była tam jesienią, musiała podsumować letni wynajem i sprawdzić stan apartamentu po wizytach tych wszystkich turystów, którzy przewinęli się przez jej lokal w ostatnich miesiącach. Kupno mieszkania w małej, nadmorskiej miejscowości okazało się dobrą decyzją. Choć na starcie mocno nadszarpnęło jej oszczędności, to w perspektywie jesieni życia wynajem pięćdziesięciometrowego apartamentu z widokiem na morze i kawałkiem prywatnej plaży jawił się jako całkiem opłacalny biznes. I bezpieczna emerytura dla właścicielki tego przybytku. Dla niej – Edyty Lachmann, wdowy, historyczki sztuki, a przede wszystkim autorki kilku całkiem udanych biografii uznanych malarzy.

Czas płynął tak szybko… Miała co prawda pomysł, by spędzić nad morzem sylwestra, zaprosiła nawet kilka zaprzyjaźnionych par, ale kiedy jedna po drugiej zaczęły się wykruszać, zrozumiała, że jako podstarzała singielka musi liczyć się z tym, że jej towarzyska atrakcyjność lekko się zdewaluowała. W efekcie powitała Nowy Rok w piżamie, przed telewizorem, a wyjazd do Mechelinek odłożyła na wiosnę, która w tym roku nadeszła wyjątkowo wcześnie, budząc do życia nie tylko rośliny, ale i ją. Dlatego kiedy poczuła, że właściwie nadszedł odpowiedni moment, spakowała się w kilka walizek i zniosła je na trzy razy do samochodu.

– Pani Edyto, widzę, że szykuje się wyjazd. Na długo? – zagadnął starszy od niej mężczyzna, uchylając kapelusza i jednocześnie odbierając z jej rąk jedną z toreb.

Z ulgą przekazała ciężki tobołek sąsiadowi i poprawiła kosmyk włosów, z którym nie mogła sobie poradzić, mając zajęte ręce. Ruszyli w stronę jej miejsca parkingowego, na którym pysznił się biały SUV Volvo. Edyta miała własną firmę, korzystała więc z uroków leasingu, zmieniając samochody dość często. Przy ich wyborze kierowała się prostą zasadą – musiały być białe i mieć znaczek szwedzkiego producenta. Reszta była już tylko mało istotną specyfikacją na fakturze.

– Panie Wiesiu, z nieba mi pan spada, już myślałam, że nie dotargam tego cholerstwa do auta. – Uśmiechnęła się do mężczyzny z wyraźną wdzięcznością. – Ma pan rację, wyjeżdżam na jakiś czas, muszę popracować w spokoju, a w mieście trudno o odpowiednie warunki.

– Szykuje się nowa książka? – Pan Wiesław mrugnął porozumiewawczo i postawił walizkę przy samochodzie, dając jej znak, by otworzyła bagażnik. – To o kim teraz pani napisze?

– No właśnie chodzi o to, że nie o kim, ale o czym!

Jej dorobek literacki był znany w okolicy, a sąsiedzi cieszyli się, że mają wśród swoich pisarkę. I choć nie wszystkie dzieła bohaterów tworzonych przez nią biografii rozpoznaliby w muzeum, to już co bardziej pikantne sceny z życia malarzy opowiadali sobie podczas spotkań towarzyskich. Zmiana tematyki musiała zaciekawić uczynnego sąsiada.

– Nie rozumiem – odpowiedział, z trudem dźwigając ciężki pakunek i układając go w ostatniej wolnej części bagażnika. – To co pani będzie opisywać?

– Kończę z tą biograficzną nudą, pora na miłość! – Edyta spojrzała na niego wyczekująco. Sama jeszcze nie do końca wiedziała, kto zostanie bohaterem jej nowego literackiego tworu, ale była pewna, że chce pisać o wielkich uczuciach.

– O miłości? Jak, dajmy na to, Chopin i ta…

– George Sand! – podpowiedziała. – Powiedzmy, że coś w tym guście.

– Niech sąsiadka pisze, my z Helenką z chęcią poczytamy. Moja żabcia to tak lubi o tych sercowych rozterkach, ona godzinami może siedzieć nad książką!

– To ja mam propozycję… – Sięgnęła do torebki, z której wyjęła pęk kluczy i odczepiła jeden. – Umówmy się, że pan będzie wyjmował listy z mojej skrzynki, a ja dla was wysmaruję taką historię, że pani Helenka w jeden dzień ją pochłonie.

– Jasna sprawa, z prawdziwą przyjemnością – zgodził się sąsiad. Odebrał kluczyk i znów uchylił kapelusza, tym razem na pożegnanie. – Szerokiej drogi i owocnej pracy!

Łatwo powiedzieć, tylko jak się do tego zabrać? Przez całą drogę układała sobie w głowie rozmaite scenariusze prozy z wielką miłością w tle. Kilometrów przybywało, ale żaden z pomysłów nie przypadł jej do gustu. Zdecydowanie odrzuciła opowieść o samotnym turyście i właścicielce kawiarenki przy molo, równie chłodno potraktowała historię lekarza, roztargnionego ojca dwóch dorastających chłopców, których wychowawczyni zdawała się coraz cieplej spoglądać w jego kierunku.

– Banał – skwitowała, stukając palcami w kierownicę. – A może tak przebojowy radiowy dziennikarz i trochę egzaltowana artystka, piosenkarka? Nie, malarka! Mogłabym wtedy wykorzystać swoją wiedzę o sztuce. Cholera, to już było! – szybko złapała się na tym, że właśnie coś takiego chciałaby napisać sama.

Zrezygnowana skupiła się na drodze, do celu miała jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. Życie, życie podpowie mi najlepszy scenariusz, założyła optymistycznie i docisnęła pedał gazu. Jeśli utrzyma to tempo, to za godzinę, góra półtorej, postawi stopę na nadbałtyckiej plaży. A później wszystko ułoży się samo.

Jej nowe auto wyposażone było w automatyczną skrzynię biegów. Dzięki temu mogła w czasie podróży podzielić uwagę w równym stopniu między drogę i zawiłości planowanej fabuły. Czuła, że nadszedł ten moment, w którym musi zrobić coś więcej niż tylko popełnić kolejny bezpieczny tekst biograficzny. Miała dość całej sterty lektur do przebrnięcia, niezliczonej ilości listów, pamiątek i miejsc, które musiała poznać tylko po to, by przez krótki czas żyć życiem dawno zmarłego malarza czy rzeźbiarki. Chciała spróbować swoich sił w normalnym, fabularnym tworze literackim. Z wymyślonymi bohaterami, którym dałaby szereg egzystencjalnych problemów do rozwiązania. Dla których mogłaby być wyrocznią, bogiem i ostatnią szansą. I dzięki którym dane by jej było przeżyć na nowo prawdziwą miłość.

– Bo przecież każdy pisarz przemyca w swojej książce coś o sobie – powiedziała na głos, kontrolując jednocześnie we wstecznym lusterku natężenie ruchu. Jechała dość szybko, starając się nie łamać przepisów, ale kiedy tylko dało się podgonić, bez wahania dodawała gazu.

Miała apetyt na miłość, czuła to całkiem wyraźnie. Jej pięćdziesięcioletnie ciało domagało się męskiego towarzystwa, a głowa podpowiadała jej, że powinna pozwolić sobie wreszcie cieszyć się życiem. Kto wie, może właśnie w Mechelinkach pozna kogoś, kto…

Przeciągły dźwięk klaksonu wyrwał ją z zamyślenia. Zerknęła na prędkościomierz, który wskazywał prawie sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Wcale nie mało, pomyślała. W lusterku zobaczyła czerwoną skodę; jej właściciel najwyraźniej uznał, że wyciągnie ze swojej maszyny trochę więcej. Uśmiechnęła się i zamiast zrobić przepraszający gest, wyciągnęła do góry środkowy palec, po czym dodała gazu. Jej volvo mruknęło z aprobatą i wystrzeliło przed siebie całą mocą dwustu koni mechanicznych, zostawiając zawstydzoną chlubę czeskiej motoryzacji daleko w tyle. Wiedziała, że to głupie i dziecinne zachowanie, ale nie potrafiła sobie odmówić tej przyjemności i małej porcji zabawy. Żyła zgodnie z maksymą wyrażoną kiedyś przez Marka Twaina: ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić. A ona nie chciała żyć pod dyktando metryki. Poza tym nie miała zamiaru ustępować żadnemu facetowi tylko dlatego, że sama wygląda na słabą kobietę. Nie była nią do tej pory. I nigdy nią nie będzie. Silnik szwedzkiego SUV-a potwierdził jej przemyślenia, uwalniając jeszcze kilka koników ze swojej stajni, dzięki czemu zajechała nad klif trochę przed początkowo zapowiedzianym przez nawigację czasem.

Parking był pusty, widać nikt jeszcze nie zaplanował tak wczesnego pobytu w Mechelinkach. To dobrze, będę miała ciszę i spokój, pomyślała. Zdjęła sportowe buty, które włożyła na drogę, i wyjęła z bagażnika klapki. Zostawiła resztę dobytku i stromymi schodami, ukrytymi za budynkiem apartamentowca, zeszła nad wodę. Z oddali dobiegał słaby warkot helikoptera, a wyludniona plaża zachęcała do spaceru. Spokojna toń przypominała bardziej jezioro niż morze. Już niedługo zaroi się tu od wczasowiczów, piasek mieszał się będzie z niedopałkami, ogryzkami i kawałkami precelków. Ale teraz miała dla siebie nieskażoną jeszcze przyrodę i wielką przestrzeń, z której mogła korzystać do woli.

– Szuka pani bursztynów? – usłyszała za plecami.

I dupa, westchnęła, tyle zostało z samotnej wędrówki brzegiem morza. Odwróciła się gwałtownie. Kilka metrów dalej stał jakiś mężczyzna i przyglądał jej się ze zdziwieniem.

– Nigdy tu pani nie widziałem.

– Co to pana obchodzi? – zapytała niezbyt grzecznie, ale wcale tego nie żałowała. Nie dość, że facet bezceremonialnie wparował na „jej” plażę, to jeszcze przepytuje ją jak funkcjonariusz drogówki. – Pan z policji?

– Broń Boże! – obruszył się nieznajomy.

Dopiero teraz przyjrzała mu się uważniej. Był trochę wyższy od niej, młodszy, jego rozwiane ciemne blond włosy zdawały się żyć swoim życiem. Ubrany w sprane dżinsy i butelkowozieloną koszulę sprawiał dobre wrażenie, które dodatkowo potęgował filuterny blask w oczach.

– W nosie mam, kim pan jest, nie mam zamiaru odpowiadać na pytania! – Najwyraźniej błysk w spojrzeniu rozmówcy nie podziałał na nią tak, jak powinien. Prychnęła jeszcze głośno na pożegnanie i ruszyła w stronę schodów wiodących na tyły apartamentu.

– Proszę uważać, stopnie są śliskie. W tych klapkach musi pani wchodzić bardzo ostrożnie! – usłyszała jeszcze, jak woła za nią, ale tylko wzruszyła ramionami. Skoro zeszła, to i w drugą stronę da radę.

Jeszcze tego brakowało, żeby pouczał mnie jakiś młokos, pomyślała i raźno zaczęła się wspinać. Przez ramię zerknęła w kierunku rozmówcy, ale mężczyzny już nie było. Zniknął równie szybko, jak się pojawił. Na dobrą sprawę nie wiedziała, dlaczego zareagowała tak opryskliwie, przecież w jego zachowaniu nie było nic niewłaściwego. Wszystko przez tego pajaca ze skody, zawyrokowała, obwiniając za swoje zachowanie sprawcę niedawnego incydentu drogowego. Muszę się opanować, bo nikt nie będzie ze mną chciał gadać!

Tamten mężczyzna ostrzegał ją przed trudami powrotu stromym podejściem i teraz z niechęcią przyznała mu rację. Stopnie pozbawione poręczy okazały się nie lada wyzwaniem. Stopy jej się ślizgały i musiała uważać, mozolnie wdrapując się na górę. Czekała ją kilkunastometrowa wspinaczka, a w japonkach była ona nie tylko trudna, ale i niebezpieczna. W połowie drogi Lachmann straciła równowagę i prawie upadła, podpierając się w ostatnim momencie rękoma. Lewa noga zjechała o dwa stopnie, piętą zahaczyła o wystający spod schodka korzeń drzewa.

Edyta syknęła z bólu i spojrzała w górę. Został jeszcze spory kawałek do pokonania, w tym tempie zajmie jej to całą wieczność. Cholera, zaklęła, kupuję apartament za pół bańki i muszę się do niego przedzierać! Powinni dodawać do kluczy uprząż alpinistyczną! Ból w nodze dość mocno dawał o sobie znać, więc kiedy wreszcie dotarła na parking, usiadła przy aucie z wyraźną ulgą. Przez chwilę masowała stopę, zastanawiając się jak wniesie te wszystkie walizki na pierwsze piętro. Może zrobi to dopiero jutro? Nie, przecież w mieszkaniu nie miała nic swojego, no i lodówka była pusta, a jej właśnie zaczęło burczeć w brzuchu.

– Cholera! – Głośnym przekleństwem postanowiła dodać sobie animuszu.

– Jacek – odpowiedział męski głos, w którym rozpoznała faceta z plaży. – Miło mi panią poznać.

To było bezczelnie urocze. Już miała coś odburknąć, ale w głowie zaświtała jej pewna myśl. Jeśli wcześniej przestrzegał ją przed zagrożeniem, to może i teraz wybawi ją z opresji?

– Bardzo śmieszne! – rzuciła. Hmmm, Jacek. Z drugiej strony, całkiem ładne imię. Nie poznałam do tej pory żadnego Jacka. – Skoro postanowił pan za mną chodzić, to gdzie pan się podziewał przez ostatnie pół godziny? Potrzebowałam pomocy!

– Przepraszam, że panią zawiodłem, ale nie mam jeszcze tak rozwiniętych zdolności telepatycznych, by czytać w pani myślach. – Spojrzał na jej nogi i chyba domyślił się powodu jej zdenerwowania, bo uśmiechnął się pod nosem. – Ostrzega…

– Wiem, co pan robił wcześniej, pytam, gdzie pan był później! – przerwała mu, nie dając okazji do triumfu. – I kolejne pytanie: teraz też pan zniknie?

– Wydawało mi się, że nie miała pani nic przeciwko temu?

– Sytuacja się zmieniła. – Edyta wreszcie się uśmiechnęła, co rozmówca przyjął z wyraźnym zadowoleniem. – Przepraszam za to na dole, coś mnie musiało ugryźć.

– Na pewno to nie byłem ja! Nie gryzę, no, nie tak… od razu – doprecyzował z uśmiechem i zerknął na zegarek. – Jeśli mam pani pomóc, ruszajmy! – Jacek podszedł bliżej i podał jej dłoń. Wsparła się na niej i otworzyła bagażnik. Mężczyzna zerknął do środka, otaksował liczbę walizek i spojrzał na nią z wyrzutem.

– Really? Za jakie grzechy? – usłyszała, jak mruczy pod nosem, ale zaraz sięgnął po dwie najcięższe torby. – Da pani radę sama przejść do budynku?

– Nie, chyba trzeba mnie wnieść! – odpowiedziała, rozkładając ręce. – Stopa zaczyna mi puchnąć.

Odłożył torby i podszedł bliżej. Poczuła dziwne mrowienie na plecach, przez głowę przeleciała jej myśl, że chyba zwariowała. Za chwilę kompletne nieznany facet weźmie ją w ramiona i zaniesie do sypialni, a później… Znów się rozmarzyła. Taką scenę mogłaby może umieścić w swojej książce, ale przeżyć ją naprawdę?

Weź się w garść, kobieto! Tylko jak, przecież z trudem przypomnieć sobie mogła moment, w którym jakiś mężczyzna dotknął jej ciała z uczuciem…

– Żartowałam, wszystko ze mną w porządku. Jeśli jednak chce mi pan pomóc, proszę zanieść te najcięższe walizki pod numer dziesiąty. Z resztą dam sobie radę sama, jutro.

Skinął głową i bez wysiłku podniósł torby. Zamknęła samochód i ściskając w dłoniach klapki, ruszyła za nim boso.

– Pani na długo? – rzucił przez ramię. – Jeszcze nie ma sezonu.

– Nie przyjechałam wypoczywać, nie jestem letniczką – wyjaśniła. – To moje mieszkanie, spędzę tu trochę czasu.

– Proszę! – powiedział, stawiając walizki przed jej drzwiami. – Pożegnam się, jeśli nie potrzebuje już pani pomocy.

– Dam radę, dziękuję! – Oparła się o ścianę i lekko odwróciła, szukając klucza w przepastnej torebce. Trwało to całe wieki, sama zaczęła powoli tracić cierpliwość. Ukrył się naprawdę dobrze. – Panie Jacku… Edyta, mam na imię Edyta.

Obróciła się na zdrowej nodze, ale mężczyzny już nie było. Jak on to robi, zastanowiła się i pchnęła drzwi, wchodząc do apartamentu. Pojawia się i znika. Ciekawe, kiedy pojawi się znowu.

Przeszklone wejście tarasowe postanowiła zostawić szeroko otwarte, dzięki czemu apartament szybko wypełnił się szumem morza. Świeże powietrze wdzierało się do środka, anektując powierzchnię lokalu metr po metrze. Ustawiła walizki w wąskim korytarzu, pozostawiając rozpakowanie na jutrzejszy poranek. Dziś chciała już tylko zjeść coś ciepłego, więc z mniejszej torby wyjęła siatkę z cukinią, pomidorami, cebulą i innymi warzywami. Postawiła na płycie indukcyjnej garnek z wodą i odmierzyła porcję makaronu. To nie była pora na posiłek zalecana przez dietetyków, ale szczerze mówiąc, dzisiaj miała to w nosie.

Po namyśle schowała do lodówki pomidory, zostawiając na wierzchu papryczki chili. Obrała kilka ząbków czosnku i rozgrzała patelnię z oliwą. W chwilach takich jak ta, kiedy liczył się czas, a posiłek nie musiał być szczególnie wystawny, najlepszym rozwiązaniem jawił się makaron aglio e olio. Pyszne danie wylądowało na talerzu dosłownie w kilka minut, a ona mogła usiąść wygodnie w fotelu i wyprostować nogi. Przygasiła górne światło na rzecz świec zapachowych, pstryknęła pilotem, dzięki czemu telewizor rozjarzył się powoli kolorowym blaskiem. Lubiła, kiedy coś wyświetlało się na ekranie, mogła wtedy jeść w spokoju i nie koncentrować się na warstwie dźwiękowej, ograniczając się do obserwowania zmieniających się obrazków.

Nie miała siły na nic więcej, więc po skończonym posiłku pobieżnie zlustrowała stan mieszkania. Na pierwszy rzut oka nic nie wyglądało na zniszczone lub wymagające szybkiej interwencji. Było czysto, widać firma, której zadaniem było dbanie o porządek i sprzątanie po gościach, nie wystawiała faktur za nic. Apartament potrzebował jedynie solidnego przewietrzenia, bo od kilku tygodni nikt nie otwierał w nim okien. Wzięła więc prysznic i dopiero później, ubrana w ulubioną koszulkę do spania, zamknęła drzwi prowadzące na taras. Przez chwilę jeszcze przyglądała się Bałtykowi, zupełnie jakby próbowała wypatrzeć w jego toni przyszłość. To tak nie działa, doszła do wniosku i zasunęła rolety, nie chcąc, by poranne słońce obudziło ją zbyt wcześnie. Spodziewała się, że sen nadejdzie szybko i otuli ją, zanim sama na dobre przyłoży głowę do poduszki.

Tak się jednak nie stało. Całą wieczność przewracała się jeszcze w łóżku, prowadząc rozmowę z samą sobą, a kiedy to jej się znudziło, włączyła do niej swojego zmarłego męża.

– Szkoda, że cię tu nie ma. – Starała się nie podnosić głosu, choć przecież nie musiała się obawiać, że kogoś zbudzi. Była sama, tutaj i w życiu. Dzisiaj, pewnie jutro, ale przede wszystkim wiele dni wcześniej.

Dwadzieścia dwie minuty. Tyle umierał Paweł. Lekarz robił, co mógł, ale serce jej męża po prostu przestało pracować. Dwadzieścia dwa lata później była już pogodzona z jego odejściem, choć wciąż nie znalazła rozsądnego wytłumaczenia tego, co się wtedy stało. To była jedna z tych bezsensownych śmierci, o których słysząc, odruchowo kręci się głową z niedowierzaniem. Kiedy jej mąż odchodził, było upalne i wyjątkowo piękne lato. Aura odurzała. Tego dnia miała w sobie tylko zachwyt słońcem, zapachami, życiem… I nawet atomu złego przeczucia – no bo kto umiera na zawał, nie skończywszy trzydziestu lat? Potem przyszedł żal, następnie złość, że zostawił ją i dzieci i nawet się nie pożegnał. Dwadzieścia dwie minuty to przecież aż nadto, by przekazać ukochanej osobie cały bagaż emocji.

Dziś nie było już w niej ani krzty gniewu, dlatego przytulona do poduszki jak do męskiego ramienia wyszeptała:

– Znów zasypiam na twojej połowie łóżka…

 

 

 

Uspokój się, uspokój – powtarzam w myślach, ale serce wie swoje. Ten mężczyzna… Rytm serca, które chce kochać, nie zmienia się nigdy. Czy tego chcemy, czy nie, miłość jest celem samym w sobie. Nawet jeśli spróbujemy przekonać wszystkich, że jest inaczej. Bywa demonem. O tak! Ale gdy jest punktem wyjścia, jest i pierwszym krokiem ku życiu. Można przestać jej szukać, czekać na nią? Być może… Ja tego nie potrafię. Są tacy, którzy mówią mi, że gdy o niej zapomnieć, jest łatwiej. I to być może. Tylko dlaczego ciężej oddychać powietrzem, w którym nie tli się iskra oczekiwania na kilka wspólnych chwil, moment, w którym wszystko inne traci znaczenie? To wszystko widzę w jego oczach, w spojrzeniu, które mnie obejmuje, dotyka i pieści … Nie czuję się na siłach, żeby odwrócić wzrok. Nie ja i nie teraz.

 

Edyta Lachmann

Tam znalazłam miłość

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Tego dnia również odpuścił połów, przekazując kuter jednemu z dyżurujących w spółdzielni. W mieszkaniu było tak wiele do zrobienia, że planowana kilkudniowa przerwa od morskich zajęć właśnie wchodziła w piątą dobę. I na dobrą sprawę końca nie było widać. Uparł się, że wszystkie prace wykona własnoręcznie – przecież drobny remont, a już na pewno pomalowanie tych kilkudziesięciu metrów kwadratowych nie mogło być niczym skomplikowanym. Jednak było, o czym przekonywał się kolejny dzień z rzędu. Zniechęcony kopnął puszkę z farbą; pojemnik uderzył w ścianę, po czym przetoczył się na drugą stronę pokoju i zastygł po kilku sekundach. Jacek Brzostowski odetchnął z ulgą, bo biorąc zamach nogą, wcale nie był pewny, czy farba nie wydostanie się na zewnątrz. Puszka pozostała zamknięta.

– Przerwa! – zakomenderował, spoglądając na swoje odbicie w lustrze.

Sprawdził, czy portfel i telefon ma przy sobie, po czym wyszedł z mieszkania. Wolnym krokiem ruszył w kierunku molo, przy którym swoje kutry kotwiczyli wszyscy miejscowi rybacy. Jego mech 73 również tam był, od prawie tygodnia pozostający w obcych rękach i stęskniony za swym prawowitym kapitanem. Jacek odziedziczył go po ojcu – starym Brzostowskim, jak mówiono w Mechelinkach. I choć miał ochotę na zupełnie inne akweny, skończył nawet Szkołę Morską w Gdyni, to pozostał wierny Zatoce Puckiej. Kiedy ojca zabrała choroba, a siostra postanowiła osiąść na stałe w Warszawie, jasne stało się, że to jemu przypadnie w udziale opieka nad matką i ojcowska łajba.

– Dlaczego ja? – To pytanie zadawał sobie wtedy bardzo często. Był oficerem, wykwalifikowanym nawigatorem, mógł przebierać w ofertach pracy i trasach, którymi opłynąć dałoby się cały glob.

– Bo nie ma innego wyjścia, Jacuś – tłumaczyła mu Julka, jego siostra. – Nie mam szans na rozwinięcie skrzydeł na tym zadupiu. Tu mogę co najwyżej w wakacje nanizywać podrobione bursztyny na nitkę i pchać to turystom po dyszce.

Niechętnie, ale przyznał jej rację. Młoda była zdolna i, tak jak on, wykształcona. Od dziecka miała jeden patent na dorosłość – chciała robić biżuterię. Dopięła swego, została jubilerem i projektowała efektowne ozdoby, które powoli wyrabiały sobie markę wśród odbiorców. Od kilku miesięcy prowadziła nawet swoją firmę i z tego, co zdążył zauważyć, radziła sobie w branży całkiem dobrze, realizując przy okazji swoje marzenia. Decyzja o wyjeździe do dużego miasta była naturalnym krokiem w jej karierze, planowanej przecież od wielu lat, jeszcze za życia ojca. Brat nie mógł jej w tym przeszkodzić. Nie chciał i nie potrafił.

– Zostanę z mamą – zgodził się i choć czasem miał mocno pod górkę, nigdy nie żałował tego kroku. Jadwiga Brzostowska prowadziła przy molo w Mechelinkach lokal gastronomiczny, dość dużą smażalnię aspirującą do bycia czymś więcej niż tylko jedną z wielu budek z rybką i frytkami. Stołowała się tu większość letników. Właścicielka karmiła smacznie, nie oszukiwała na świeżości ryb, a serwowane porcje miały słuszną wagę. Zatrudniała dwie osoby w kuchni, dwie w sali, sama lubiła też stanąć przy barze i dopilnować wszystkiego bacznym okiem. Najbardziej jednak wypatrywała tej jednej jedynej, której mogłaby powierzyć serce swojego syna. Przedwczesna śmierć męża przekonała ją, że nie warto odkładać życiowych decyzji na przyszłość. Zdaniem matki Jacek nie miał co prawda fiu-bździu w głowie, był raczej sumienny, ale nie stronił też od przesiadywania w miejscowych pubach. Ostatnio zdarzało mu się przepaść na kilka dni, kiedy gorąca krew nakazywała mu towarzyszyć którejś z samotnie wypoczywających plażowiczek. Z tych przelotnych znajomości – zdaniem Jadwigi Brzostowskiej – więcej mogło być kłopotów niż zysków. Mądra kobieta przy jego boku z pewnością wydobyłaby z niego więcej dobrych cech. I dała jej upragnionego wnuka.

Jeszcze rok temu wszystko szło po jej myśli; syn był w związku, który wydawał się trwały i perspektywiczny. Aneta, z którą planował przyszłość, wyglądała na rozsądną dziewczynę. Niestety, coś poszło nie tak.

– Po prostu nie pykło. – Jacek zbywał pytania matki, a ona sama za mocno nie drążyła tematu.

Domyślała się, że coś musiało młodych solidnie poróżnić, bo wcześniej nie widziała syna nigdy tak radosnego, jak w tych momentach, kiedy z nadzieją opowiadał o wiciu gniazdka dla ich dwójki. „A może i trójki?” – pytał, puszczając do niej oko, a ona doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ma na myśli starej matki. Cieszyła się jego szczęściem, a kiedy „nie pykło”, próbowała być blisko syna, by w razie potrzeby miał się u kogo wypłakać. Aneta zniknęła z jego życia, a później z Mechelinek – albo odwrotnie, kolejności nie była pewna. Wiedziała tylko, że Jacek mocno to przeżył. Pytanie, dlaczego sprawy potoczyły się w ten sposób, wciąż pozostawało zawieszone.

Brzostowski przystanął przy „Złotej rybce”, jak nazywała się ich smażalnia, zamienił kilka zdań z kucharzem i przywitał się z matką, która słysząc znajomy głos, wyszła przed lokal.

– Znowu kopcisz te śmierdziuchy! – skarciła niewiele młodszego od siebie mężczyznę ubranego w biały fartuch. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się, prezentując niepełny garnitur zębów, ale posłusznie zgasił papierosa i wyrzucił niedopałek. Brzostowska również uśmiechnęła się pod nosem i rozpogodzona zwróciła się do syna: – Koniec remontu?

– Jeszcze trochę – odpowiedział Jacek. – Nie mam do tego drygu, ale do końca tygodnia się wyrobię.

– Nie lepiej wziąć kogoś do pomocy? Albo zlecić robotę fachowcom? – W jej głosie wyraźnie słychać było troskę. – Ty się, synuś, tak nie przemęczaj!

– Dobrze, mamo, może i tak zrobię.

– Idziesz do spółdzielni? To zajdź później na obiad, pomidorówki ci zrobię!

– Kto zrobi, to zrobi – burknął pod nosem zbesztany przed momentem kucharz i puścił oko do Brzostowskiego. Kobieta udała, że nie słyszy tego komentarza ani dyskretnego śmiechu, jakim pożegnali ją obaj mężczyźni.

– Musisz znaleźć matce zajęcie, dopóki ruch nie zacznie się na dobre – zasugerował Burczyk, wysupłując przygaszony niedopałek z popielniczki. Pracował u Brzostowskiej od kilku lat, był naprawdę dobrym kucharzem. Szefował kiedyś w kuchni na statku pasażerskim, ale alkohol i kilka związanych z nim ekscesów spowodowało, że na stare lata „musiał zmienić środowisko pracy”, jak wytłumaczył podczas przyjęcia do „Złotej rybki”. Szefowa odebrała to ze zrozumieniem, a on wsiąkł w to miejsce na dobre. – Może weźmiesz ją na łajbę?

– A idź ty w cholerę! – Brzostowski zaśmiał się na myśl o takim rozwiązaniu. – Każdy niech dźwiga swój krzyż, z godnością! I uważaj, żeby zupa nie była za słona!

Tuż za molo, gdzie rozpościerał się teren należący do spółdzielni rybackiej, stały w równym rzędzie mniej lub bardziej odrapane kutry. Jego znajomi już dawno wrócili z połowu, opuszczone łodzie schły teraz w dopołudniowym słońcu. Wejścia na teren bronili rdzawy kundel i jego nie mniej rudy właściciel, Bronisław Fogel. Jacek lubił tego człowieka, stary nie był łatwy ani przyjemny w obejściu, ale jego słowność i uczciwość nie budziły zastrzeżeń. Brzostowski mógł być pewien, że pod jego nieobecność, jeśli tylko stróż i jego pies są na posterunku, mech 73 może bezpiecznie stacjonować na plaży.

– Co tam, Jacuś? – Stary przywitał go wyciągniętą ręką i wskazał wolne miejsce obok siebie. – Stęskniłeś się za nami?

– Tak, i to bardzo! – odpowiedział zapytany, siadając. – Mam już po dziurki w nosie tego remontu, nie byłem w morzu tyle dni, że mnie zaczyna nosić.

– A co, przebudowę robisz czy tylko tak, po wierzchu?

– Z grubsza ogarniam, przecież budynek nie jest stary, nic wielkiego tam nie trzeba. – Brzostowski lekkim klepnięciem przywitał się także z psem. – Tapeta, farba, trochę gipsowania. Matka się uparła i…

– Wiem, znam charakter szanownej mamusi! – Fogel strzyknął śliną i podrapał się po głowie. – Ale wiesz co, ja ci pomogę. Kiedyś przecież robiłem za malarza.

– Panie Bronku, nie trzeba. Dam radę! – zaprotestował słabo Jacek.

– Chłopaku, jak cię znam, to nawet porządnej drabiny nie masz! – Fogel spojrzał pytająco. Milczenie rozmówcy potwierdziło jego przypuszczenia. – Po obiedzie się rozeznam, co tam mam ze starych czasów w piwnicy, i po południu możemy jeszcze trochę popracować. Pasuje?

– No, pasuje! – Jacek najwyraźniej doszedł do momentu, w którym nie rezygnuje się tak łatwo z fachowej pomocy. Nawet jeśli o jej fachowości nie był do końca przekonany. – Ale obiad jemy u mamy! Firma stawia!

– I ja to szanuję! – odpowiedział Fogel i znów strzyknął śliną.

Siedzieli tak jeszcze przez kilka minut, wpatrując się w horyzont. Morze szumiało łagodnie, słońce świeciło, a im było dobrze.

– Dwóch panów na molo, nie licząc psa – odezwał się Brzostowski.

– Coś mówiłeś? – Subtelne nawiązanie do dzieła Jerome K. Jerome chyba nie było zbyt czytelne dla Fogla.

– Nie, nic takiego. – Jacek poklepał starego po ramieniu. – Po prostu pięknie tu.

 

 

Ranek przespała cały, bez specjalnych wyrzutów sumienia; podniosła się z łóżka dopiero przed dziesiątą. Nikt przecież nie mówił, że ma się zabrać do pisania skoro świt. Ma przed sobą jeszcze wiele tygodni, które musi sprawiedliwie rozdzielić między pracę, odpoczynek, relaks i miłość. Kolejność działań nie była jeszcze ustalona; dla Edyty Lachmann było jednak jasne, że co jak co, ale praca to nie wszystko. Na dobrą sprawę powtarzała to sobie od przyjazdu, a odkąd opuściła Warszawę, minęły już trzy dni. I co z tego? Muszę odreagować, usprawiedliwiała swoje nieróbstwo. Przez ten czas zdążyła jednak dopieścić po swojemu apartament, zrobić większe zakupy spożywcze, rozpakować walizki i po prostu zadomowić się w tym miejscu. Faceta z plaży, który tak dobrze zajął się nią pierwszego dnia, nie widziała od tamtej pory.

Dzisiaj pewnie spałaby jeszcze dłużej, gdyby nie hałas dochodzący z głębi budynku. Mogłaby przysiąc, że obudził ją głośny huk spadającego przedmiotu. Chwilę później usłyszała dobiegające z oddali trzaśnięcie drzwi. Nasłuchiwała jeszcze przez moment, ale nic się nie wydarzyło, dlatego zawiedziona postanowiła wstać z łóżka. Nuda, podsumowała, ale przynajmniej nie jestem tu sama. Te odgłosy, które słyszała po przebudzeniu, i wczorajsze hałasy, świadczące o prowadzonym po sąsiedzku remoncie, lekko ją zaintrygowały. Ciekawe, kto to, zastanawiała się, krzątając się po mieszkaniu.

Zagadka wyjaśniła się już pod wieczór. Siedziała właśnie przy komputerze, układając plan pracy na najbliższe dni. Lubiła mieć wszystko opisane, tak by później szło jak po sznurku. Ciszę przerwał huk dużo głośniejszy niż ten poranny, później krzyk, a następnie dzwonek do jej drzwi. Pobiegła otworzyć, potykając się o leżące przy sofie kapcie.

– Tak? – zapytała, kiedy przed drzwiami zobaczyła rudego mężczyznę. Nieufnie zmierzyła go wzrokiem; gość całym sobą dawał do zrozumienia, że w jego podejściu do życia nadążanie za najnowszymi trendami w modzie czy kosmetyce nie jest szczególnie istotne. Patrzył za to na nią wyraźnie czymś przejęty. – Stało się coś?

– No stało się, kierowniczko, stało – odpowiedział rudy i, widziała to wyraźnie, z trudem powstrzymał się od strzyknięcia śliną. – Stukam do wszystkich, dobrze, że chociaż tu ktoś otworzył. Pani pomoże, bo sam go nie dźwignę.

– Słucham?

– Kolega się z drabiny zwalił. Pani pomoże, bardzo proszę – powtórzył.

Zawahała się na sekundę, bo przez głowę przebiegła jej myśl, że to jakiś nowy złodziejski sposób na dostanie się do mieszkania. Pójdzie tam i dostanie po głowie, a zanim odzyska przytomność, ryży z ferajną ogołoci apartament. Ale nie, to chyba byłoby zbyt grubymi nićmi szyte. Uspokoiła się. Przecież wyraźnie słyszała hałas, a remont w budynku trwał od kilku dni. Rzeczywiście ktoś zleciał z tej drabiny. I może połamał kręgosłup? Cholera, zaklęła w myślach, nieźle się zaczyna ten pobyt!

– Kierowniczko? – nieśmiało przypomniał o sobie właściciel rdzawych… Nie, nie loków, poprawiła się w myślach. Po prostu kłaków, to wyrażenie jest znacznie bliższe prawdy.

– Idę, oczywiście! Zastanawiam się tylko, czy nie zabrać czegoś ze sobą. – Spojrzała jeszcze w głąb mieszkania, ale machnęła ręką i wyszła na korytarz. – Okej, niech pan prowadzi.

– Daleko nie mamy. – W zamyśle mężczyzny to mógłby być nawet żart, ale jej nie było jakoś do śmiechu. Jeśli stało się coś poważnego, jej pomoc na nic się nie zda i trzeba będzie wezwać pogotowie.

Rudy poprowadził ją korytarzem, który tuż przy schodach prowadzących na parter zakręcał w prawo, odsłaniając nowe skrzydło apartamentowca. Rzeczywiście, do przejścia mieli tylko kilkanaście metrów, co wyjaśniło uciążliwości akustyczne, na jakie narazili ją fachowiec od remontów i jego pechowy pomocnik. Budynek był względnie nowy i jak większość tego typu konstrukcji opierał się na oszczędnym wykorzystaniu materiałów izolacyjnych, dlatego prac prowadzonych w sąsiedztwie po prostu ukryć się nie dało. Miała nadzieję, że wypadek nie spowoduje przedłużenia remontu o następne tygodnie. Naprawdę zamierzała wziąć się do pisania tak szybko, jak się tylko da.

– To tu. – Mężczyzna wskazał drzwi z numerem dziewiętnaście. – Pani wybaczy, że wejdę pierwszy, ale to dla pani bezpieczeństwa. Farba się nam rozlała.

– Jasne, proszę się nie krępować – zgodziła się skwapliwie i ustawiła za nim.

W środku było bardzo jasno, sufitowe żyrandole uzupełniały dwa mocne halogeny, takie jakie często wykorzystywane są przez ekipy budowlane. Pomieszczenie pozbawiono w zasadzie mebli i pozostałego wyposażenia; widać było, że właściciel lokalu poważnie podszedł do zaplanowanego odświeżenia wnętrz. Na swoje nieszczęście zatrudnił pechową ekipę.

– Gdzie ten kolega? – zapytała.

– Tu był! O, tutaj! – Jej przewodnik wskazał kąt pomieszczenia, w którym dostrzegła przechyloną drabinę i zastygającą już na jej szczeblach rozlaną farbę.

– Interesujący kolor – zauważyła. Ciepła pomarańczowa barwa z pewnością nadałaby pomieszczeniu interesujący wygląd, gdyby tylko w większości nie znalazła się na podłodze. I na głowie przebranego w malarski kostium mężczyzny, który z wyciągniętymi przed siebie rękoma wszedł właśnie do pokoju. Choć może „wszedł” to zbyt daleko posunięta obserwacja; człowiek ten przemieszczał się bardzo powoli, macając przestrzeń przed sobą i ostrożnie stawiając stopy. Całą twarz zasłaniała mu pomarańczowa breja, na której żywą bielą odznaczały się tylko zęby. Skoro się śmieje, to chyba nie jest z nim tak źle, pomyślała Edyta i odetchnęła z ulgą. Średnio zapatrywała się na perspektywę przeistoczenia się w sanitariuszkę.

– A, tu jesteś! – ucieszył się rudy, przerywając jej rozmyślania. – Miałeś się nie ruszać z miejsca.

– Miałem, miałem, ale chyba nic mi nie jest – wyjaśnił zagadnięty. – Chciałem znaleźć ręcznik w łazience, żeby się wytrzeć, ale jak na złość wszystko tam popakowałem.

– Dobra już, stój spokojnie! Zaraz cię obejrzymy.

– Obejrzymy? Panie Bronku, sprowadził pan pomoc? – Poplamiony farbą wyjawił przy okazji imię swego towarzysza.

– Jacek, czy ty się w głowę uderzyłeś? Przecież po to poszedłem!

Tym sposobem Edyta poznała imiona obu malarzy. Chociaż mogłaby przysiąc, że głos nieboraka od pomarańczowej emulsji słyszała już wcześniej. Zaraz, zaraz, pomyślała, czy to nie jest mój wybawca sprzed kilku dni?

– To znowu pan! – powiedziała tak oskarżycielskim tonem, że obaj mężczyźni znieruchomieli jak na komendę. Spodobało jej się to. – Proszę tak zostać, zanim narobi pan więcej szkód i zamieszania.

Rozejrzała się po wnętrzu, które układem odpowiadało jej apartamentowi. Ruszyła do toalety, skąd zabrała rolkę papieru toaletowego. Na szczęście tego artykułu pierwszej potrzeby nikt nie schował na czas remontu. Podeszła do nieszczęśnika i sprawnym ruchem starła mu nadmiar farby najpierw z okolicy oczu, a następnie z policzków i czoła.

– Nie spodziewałam się, że będę mogła zrewanżować się tak szybko! – Zaśmiała się, rozwijając kolejne odcinki z rolki i poprawiając swoje dzieło. – Muszę przyznać, że w tym kolorze włosów wygląda pan bardzo interesująco.

– Nie kopie się leżącego – odparł Jacek Brzostowski, który dopiero teraz, choć wciąż z trudem, przejrzał na oczy. Nerwowo mrugał powiekami, jakby w obawie, że spływająca z grzywki pomarańczowa maź ponownie go oślepi. – Ale miło mi, że to właśnie pani ratuje mnie z opresji.