Trzy razy miłość - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Trzy razy miłość ebook

Jolanta Kosowska

4,2

Opis

Nie wierzysz w miłość? Przeczytaj tę książkę!

Ona – spokojna, rozważna studentka medycyny, ceniąca sobie swoje poukładane życie. On – rozpieszczony jedynak z bogatego domu, któremu w głowie tylko sport i przyjemności. Dzieli ich niemal wszystko: poglądy, charaktery, styl życia... A jednak pewnego dnia połączy ich coś, od czego nie będą w stanie się uwolnić. Coś, co wyzwoli w nich emocje, jakich wcześniej nie znali i nie podejrzewali, że są do nich zdolni...

Ta historia w niczym nie przypomina bajkowego scenariusza w stylu: poznali się, pokochali, pobrali, żyli długo i szczęśliwie. To opowieść o miłości, która rani, niszczy i zostawia bolesne blizny. Opowieść o ludziach, którzy nie potrafią żyć ani ze sobą, ani bez siebie. A kiedy dojdą do wniosku, że ta miłość to nie dar, tylko przekleństwo, zrobią wszystko, żeby ją zabić.

Jolanta Kosowska pokazała, że Polka potrafi! Historia przedstawiona w książce zawiera świetny wątek miłosny, niebanalnych bohaterów i fenomenalną fabułę. Mimo że powieść nie jest łatwa, to niesie ze sobą dużo refleksji i nadziei. Gwarantuję, że ta książka poruszy Wasze serca!
Agnieszka Nikczyńska, ksiazki-takie-jak-my.blogspot.com

Trzy razy miłość” to prawdziwy majstersztyk! To książka, która wciąga jak wir z którego nie można się wydostać, nie zapoznając się z ostatnią stroną. To powieść wyjątkowa - wzruszająca, zaskakująca i pozwalająca zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość.
Katja, ukatji.blogspot.com

Trzy razy miłość” to powieść, która rozbija stopniowo umysł czytelnika na kawałki jak kamień lustro. Czytając wnikliwie, sklejamy te kawałki i odpryski w nową całość, niedoskonałą, ale nadal magiczną…
Ania Ciesielska, markietanka-mojeksiazki.blogspot.com/

Jolanta Kosowska
urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych na Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Na co dzień przyjmuje pacjentów w poradni przyjaznej cudzoziemcom. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Debiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazały się jej powieści „Déjà vu”, „Niemoralna gra”, „Nie ma nieba”, „W labiryncie obłędu”, „Drugie dno”, „Niepamięć” oraz „Wróć do Triory”.
www.jolantakosowska.pl
www.facebook.com/Jolanta.Kosowska.Autor
www.facebook.com/groups/1310713505724462
www.blog.jolantakosowska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

Dźwięk klaksonu zlał się z piskiem hamulców, kierowca ciemnoniebieskiego forda wymownie postukał palcem w czoło.

– Skąd biorą się na świecie takie idiotki?! – krzyknął przez otwarte okienko. – Zabijesz kiedyś siebie albo innych!

Serce poczułam w gardle. Co ja wyczyniam, do diabła? Zazwyczaj jeżdżę rozważnie i spokojnie, bo dobrze wiem, że ze mnie żaden kierowca. Nie lubię prowadzić. Jeżdżę, bo muszę, inaczej nie dałabym rady wszystkiego pogodzić. Pośpiech zawsze mnie dekoncentruje i rozprasza. Wieczorem wybieraliśmy się z Krzyśkiem do teatru. Dawno nie byliśmy nigdzie razem. Od rana wszystko szło jak po grudzie. Hania marudziła przy wstawaniu. Spóźniłam się do pracy. Miałam dużo pacjentów. Musiałam zostać dłużej. Na wjeździe do miasta był korek. Na Bielanach stałam na każdych światłach po trzy cykle świetlne. Kiedy nareszcie zrobiło się luźniej, ruszyłam szybciej. Nie zwolniłam przed rondem, wymusiłam pierwszeństwo, centymetry dzieliły mnie od poważnej stłuczki. Wszystko przez jakiegoś palanta, który już od kilkunastu minut jechał za mną i raz po raz poganiał mnie długimi światłami. Zjechałam z ronda, i on też zjechał. Zwolniłam, chciałam, żeby mnie wyprzedził. Nie cierpię nerwowych kierowców, którym zawsze się gdzieś spieszy. Ja zwolniłam, i on zwolnił. Wlekł się za mną trzydzieści na godzinę, raz po raz migając światłami. Przyszło mi na myśl, że on próbuje mnie zatrzymać. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś psychopata. Przyspieszyłam, i on przyspieszył, zwolniłam, i on zwolnił, skręciłam w boczną, skręcił za mną. Jeszcze jeden skręt i jeszcze jeden. Ten srebrny samochód cały czas jechał za mną. Trzymał się kilkanaście metrów ode mnie. „Uparł się na mnie – pomyślałam coraz bardziej rozdrażniona. – Świat jest pełen popaprańców”. Przyhamowałam gwałtownie. Samochód się zatrzymał. Jadący za mną pojazd też stanął. Postanowiłam wysiąść. „Może coś jest nie tak z tym moim autem?” – pomyślałam. Kiedyś już tak było, parę lat temu. Jechałam do pracy, a jakiś kierowca raz po raz migał za mną długimi światłami. Podszedł do mnie, kiedy zatrzymałam się na czerwonym świetle.

– Nie widzi pani, że próbuję panią zatrzymać? – warczał rozdrażniony. – Za chwilę koło pani odpadnie. Chodzi na boki. Jakiś osioł musiał je wymieniać… Kobiety są nieobliczalne, ufają każdemu.

Dobrze, że wtedy zdołałam dojechać do pracy. Śruby były tak luźne, że można je było odkręcać palcami. Nigdy już później nie wymieniałam sama kół w samochodzie. Wolałam być słabą blondynką, która nic nie potrafi, niż pozornie silną kobietą, której się tylko wydaje, że wszystkiemu podoła. Pomyślałam, że samochód to w końcu nie tylko koła, może tym razem coś kapie, leje się, dymi, odpada… Wysiadłam z auta. Jadący za mną mężczyzna też wysiadł. Ruszyłam w jego stronę. On ruszył w moją. Spojrzałam na niego i nagle poczułam serce w gardle. Świat zawirował dookoła. Wydawało mi się, że brakuje mi powietrza. Nogi miałam miękkie jak z waty. „Niemożliwe – pomyślałam. – Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. W normalnym życiu nie zdarzają się takie przypadki. W każdym razie nie w moim”. Moje życie było od pewnego czasu poukładane, przewidywalne, uporządkowane, bezpieczne i nudne. Pomyślałam, że to tylko głupia wyobraźnia płata mi figle, drwi sobie ze mnie. To przecież nie może być Łukasz. Ten idący w moim kierunku mężczyzna musi być tylko do niego odrobinę podobny. W świetle leniwie rozżarzających się latarni wszystko wydaje się zawsze nieostre i zamglone. Wyobraźnia oszukuje zmysły. Podobne wzrost, sylwetka, sposób poruszania się, za długie kręcone włosy… Przyszło mi na myśl, że jestem szalona. Zatrzymałam się o zmroku na zupełnie pustej ulicy w willowej części miasta. Tą drogą o zmierzchu z rzadka przejeżdżają samochody. Prawie nikt tędy nie chodzi. Mieszkańcy już dawno wrócili po pracy do domów. Do ulicy przylegają płoty, domy cofnięte są w głąb dużych ogrodów. W oknach oddalonych od ulicy domów powoli zapalały się pierwsze światła. Pomyślałam, że jestem kopnięta, że brakuje mi instynktu samozachowawczego, bo zatrzymałam się na takim odludziu tylko dlatego, że jadący za mną samochód migał długimi światłami. Odwróciłam się na pięcie. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku swojego auta.

– Martyna!

Głos za moimi plecami wydał mi się znajomy. Pasował do sylwetki, sposobu poruszania się, włosów… „Ależ gówno! – pomyślałam. – Że też właśnie dzisiaj musiało mi się coś takiego przytrafić, kiedy wybieramy się z Krzyśkiem do teatru”.

– Martyna!

Nie odwróciłam się. Mierzyłam wzrokiem odległość dzielącą mnie od otwartych drzwi mojego samochodu.

– Martyna! – usłyszałam tuż za placami. – Poczekaj! Zatrzymaj się! Co za przypadek! Co za niesamowity zbieg okoliczności…

Coś kazało mi się jednak odwrócić. To coś to nie był na pewno rozsądek. Ten sam głos, te same usta, te same ciemne włosy, cień zarostu na twarzy, ciemnie brwi, niepasujące do włosów niebieskie oczy, ciepły uśmiech… Wszystko takie jak kiedyś, tylko czas był już zupełnie inny. Minęły cztery lata. Wszystko oddaliło się i wyblakło, burzę emocji zastąpiła poukładana, logiczna, zaplanowana i bezpieczna codzienność. Spokojne życie bez wielkich wzlotów, ale i bez upadków, bez zbędnych emocji, które potrafią rzucić na kolana i wdeptać w ziemię. Cisza, spokój, stabilizacja.

– Cześć – wykrztusiłam niepewnie.

– Cześć – odpowiedział, nie odrywając ode mnie oczu.

Jego wzrok przesuwał się po mojej twarzy, omiatał włosy, zsuwał się po ramionach, wędrował w kierunku koronkowej, pozornie grzecznej bluzki i przykrótkiej spódnicy, ślizgał się po nogach, musnął bose stopy wciśnięte w rzemyki sandałów. Poczułam się nieswojo. Serce biło mi jeszcze szybciej. Świat jeszcze mocniej wirował. „To moje serce to jakiś idiota – pomyślałam. – Ono niczego się nie uczy i niczego nie rozumie”.

– Co za niesamowity przypadek… – Głos Łukasza przebił się przez moje myśli. – Nie mieszkam już we Wrocławiu. Przyjechałem tu tylko coś załatwić – mówił pospiesznie, jakby się bał, że mu przerwę, że odwrócę się i odejdę, zanim zdąży mi cokolwiek powiedzieć. – Do niedawna każdego dnia jeździłem przez tę dzielnicę. Liczyłem na to, że przyjeżdżasz czasami odwiedzać rodziców. Chciałem cię zobaczyć chociaż z daleka. Chciałem się przekonać, że u ciebie wszystko dobrze…

Stałam jak wryta i gapiłam się na niego. Ponoć kocha się nie sercem, a rozumem. Mój rozum widocznie kolejny raz miał sjestę.

– Dzisiaj też przejechałem obok tego domu… Zwolniłem jak zawsze. Nic… Ogród jak ogród, kwiaty takie same jak kiedyś, tylko przez te lata żywopłot urósł i zgęstniał. Kierowałem się już na zjazd na autostradę, kiedy zobaczyłem ciebie jadącą z naprzeciwka… Zawróciłem… Niesamowity zbieg okoliczności… Bóg mi sprzyja.

Pomyślałam, że ja bym nie mieszała w to spotkanie Pana Boga. Lepiej, żeby dobry Bóg o tym spotkaniu nic nie wiedział. Łukasz zamilkł na chwilę. Stał tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie przestawał mi się przyglądać. Ten jego wzrok z minuty na minutę przeszkadzał mi coraz bardziej i coraz bardziej mnie krępował.

– Co u ciebie? – zapytałam cicho.

– Wszystko dobrze – odpowiedział odruchowo. – A u ciebie?

– Wszystko dobrze – odparłam pospiesznie. – Parę miesięcy temu moi rodzice wyjechali. Zdecydowali się na starość zamieszkać na wsi. Zostawili mi dom. Postanowiliśmy wrócić do Wrocławia. Pracuję na immunologii u profesora Krzysiaka… Jesienią zdaję specjalizację z interny…

– Postanowiliście wrócić? – powtórzył za mną.

W pierwszej chwili go nie zrozumiałam. Wybrał z szeregu zdań tylko to jedno, jakby ono było dla niego najważniejsze.

– Co w tym dziwnego? – zapytałam zaskoczona. – Zawsze lubiłam Wrocław.

– Niby nic – powiedział z ociąganiem. – Uderzyła mnie ta liczba mnoga…

– Hania, Krzysztof i ja.

– Rozumiem – warknął.

Udałam, że nie słyszę jego tonu, nie zauważam nagle zmrużonych oczu i dłoni, które zamknęły się w pięści.

– A ty? – zapytałam.

– Co ja? – burknął.

– Jak tobie ułożyło się życie?

– Podobnie jak twoje – wycedził powoli przez zaciśnięte zęby. – Dzielę je z Małgorzatą i Borysem. Borys ma trzy lata.

– To dobrze – powiedziałam niepewnie. Zabrzmiało to nieszczerze. Nie wiem, dlaczego nagle zrobiło mi się przykro, jakby to, że w jego życiu pojawili się Małgorzata i Borys miało dla mnie jakieś znaczenie.

Nie odrywał oczu od mojej twarzy. Ja też nie mogłam oderwać od niego wzroku. Te usta, te oczy, te włosy… Kiedyś takie bliskie. Później wszystko odmienił zły czas. Nie pamiętam, jak to się stało, że znalazłam się w jego ramionach. Poczułam jego usta na moich ustach, jego ręce odgarniające moje włosy, znajomy zapach ambry i drzewa sandałowego, ciepły oddech…

– Nic nie jest dobrze – usłyszałam szept tuż przy moim uchu. – Wszystko jest do niczego. Jak mogliśmy tak zniszczyć nasze życie? Jak mogliśmy to wszystko tak spaprać?

***

SIEDEM LAT WCZEŚNIEJ

 

– Mam dla ciebie pewną propozycję.

Ojciec Łukasza posadził mnie w głębokim fotelu. Sam usiadł po drugiej stronie ławy. Przyglądał mi się uważnie. Jego wzrok omiatał mnie od stóp do głów. Nigdy wcześniej mi się tak nie przyglądał. Zwykle mnie ignorował. Byłam dla niego kolejną dziewczyną, z którą spotykał się Łukasz, jakimś krótkim, nic nieznaczącym epizodem w życiu jego syna. Tamtego dnia było nagle inaczej.

– Łukasz mówił, że studiujesz medycynę – powiedział niespodziewanie. – Jesteś ponoć na czwartym roku, należysz do wąskiego grona wybitnie zdolnych studentów – mówił powoli, wyraźnie akcentując każdy wyraz. Wyglądało to tak, jakby oczekiwał, że po każdym słowie przytaknę. – Masz ponoć stypendium za wyniki w nauce, działasz w kołach naukowych, biegasz na internę na wolontariat, zaliczasz egzaminy w przedterminach… – Zawiesił na chwilę głos i czekał na to, co powiem. Nie miałam nic do powiedzenia. – Podobno mimo to zostaje ci jeszcze odrobina wolnego czasu… – dokończył niespodziewanie.

Dziwny był ten jego monolog. Zaskakiwał i budził niepokój. Na co dzień ojciec Łukasza traktował mnie jak powietrze, jak coś, czego się nawet nie zauważa. Bywało, że mijaliśmy się przypadkiem w tym ich dużym, zimnym domu. Parę razy czułam na sobie niechętne spojrzenie jego szarych i lodowatych oczu. Przez niego nie lubiłam bywać u Łukasza. Tam zewsząd wiało chłodem. Do nieskazitelnej biało-szarej tonacji ścian i mebli nie pasowały moje powiewne sukienki, krótkie spódnice, powycierane spodnie i krzyczące kolorami bluzki. Czułam się w tym domu jak zamknięty w klatce egzotyczny motyl. Ja i ten dom nie pasowaliśmy do siebie. Pamiętam dzień, kiedy poznałam ojca Łukasza. Tego pierwszego spotkania chyba nigdy nie uda mi się zapomnieć, zastąpić go czymś ciepłym i miłym. Było to parę miesięcy temu. Wracaliśmy z Łukaszem z późnowiosennego spaceru po parku. Jeszcze miałam pod powiekami wszechobecną zieleń, promienie słońca tańczące po powierzchni stawu, nieskazitelny błękit nieba, w uszach słyszałam świergot ptaków, czułam jeszcze woń pierwszych herbacianych róż zmieszaną z miodowym zapachem kwitnących lip. Byłam szczęśliwa, rozleniwiona i rozmarzona. Właśnie weszliśmy roześmiani do ich domu i w drzwiach wpadliśmy na ojca Łukasza. „Tato, to Martyna” – przedstawił mnie Łukasz. Pan Marczyński obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem. Nawet nie skinął głową. „Spieszę się – rzucił w kierunku Łukasza. – Postawiłeś swój samochód na podjeździe. Prosiłem już wiele razy, żebyś tego nie robił. Nie mogę wyjechać”… Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Później nigdy nie było lepiej, aż do dzisiaj. Dzisiaj nagle mnie zauważył i postanowił zaszczycić rozmową.

Raptem zamilkł. W ciszy słychać było miarowe tykanie zegara. Denerwowało mnie jego spojrzenie. Krępowało i drażniło. Przyglądał mi się bezczelnie i nachalnie. Omiatał wzrokiem moją twarz, przenosił go na dekolt sukienki, ślizgał się nim po ramionach i opiętych materiałem biodrach, schodził w dół, na być może za odważnie odsłonięte uda. Poczułam się tak, jakbym była niestosowanie ubrana. Prawie naga. Odruchowo obciągnęłam sukienkę, przysłoniłam ręką dekolt. Tę niebieską sukienkę do wysokich botków włożyłam z myślą o wyjściu do kina. Mieliśmy z Łukaszem kupione bilety na dwudziestą. Umówiliśmy się u niego w domu. Łukasz chciał się przebrać po treningu. Stąd mieliśmy samochodem pojechać do kina. Łukasza nie było, za to drzwi niespodziewanie otworzył mi jego ojciec. Chciałam poczekać na zewnątrz. Zaprosił mnie do środka. Wprowadził do salonu. Zaproponował filiżankę kawy, posadził w fotelu i z niezrozumiałych dla mnie powodów zaczął tę rozmowę. W tym wszystkim było coś dziwnego, coś, co wzbudziło moją czujność. Postanowiłam przerwać trwające od paru minut milczenie.

– Łukasz przesadza…

– W czym przesadza?

– Różnie bywa z tym czasem…

– Słyszałem, że udzielasz korepetycji – wszedł mi w słowo. Zabrzmiało to trochę jak zarzut.

– Czyżby widział pan w tym coś niestosownego? – zaczęłam się odruchowo bronić.

– Nie – roześmiał się. – To jest nawet ciekawe… Skąd nagle u młodej kobiety taka chęć do dzielenia się wiedzą z innymi?

– Nie ma w tym nic ciekawego – odpowiedziałam pospiesznie. – Otrzymuję stypendium naukowe, ale to za mało, żeby się utrzymać w dużym mieście. Moi rodzice mają inne priorytety. Muszę liczyć na siebie… Korepetycje to praca. Sposób pozyskiwania niezbędnych do życia pieniędzy.

– Słyszałem, że przygotowujesz do matury…

– Udzielam korepetycji z biologii, chemii, fizyki. Uczę języka niemieckiego…

– I co? Zdają ci twoi uczniowie?

– Zdają.

– Słyszałem, że od ponad roku przygotowujesz też do egzaminów wstępnych…

– Przygotowywałam.

– Zdali?

– Zdali i zostali przyjęci. Trzeba było ich tylko trochę ukierunkować, dodać pewności siebie…

Nic nie odpowiedział. Miałam wrażenie, że przestał mnie słuchać. Zapatrzył się na szarobury świat za oknem. Właśnie od paru dni była odwilż. Gdzieniegdzie leżały jeszcze brudne i ciężkie od wilgoci łaty śniegu. Taka najbrzydsza pora roku – ni to zima, ni to wiosna, brzydkie, mokre i pozbawione kolorów przedwiośnie.

– Nie wiem, czy wiesz, że Łukasz przed laty zdawał na medycynę – odezwał się po chwili. – Nie dostał się. Zabrakło mu punktów. Był na liście rektorskiej, ale i tak się nie udało. Bardzo to przeżył…

Nie wiedziałam. Zapomniał mi chyba o tym powiedzieć, a może nie chciał. Poznaliśmy się, kiedy ja byłam na trzecim roku medycyny, a on na czwartym roku fizjoterapii na fikołkach, jak mówił lekceważąco o swojej uczelni. Ta jego uczelnia nie była mu do niczego potrzebna. Przynajmniej on tak twierdził. Frustrowała go i drażniła. Poznaliśmy się na marcowych zawodach narciarskich wrocławskich szkół wyższych. On startował w zjeździe w barwach AWF-u. Ja reprezentowałam Akademię Medyczną. Po zawodach był wspólny wieczór przy rozpalonym przed schroniskiem ognisku. Byłam cudownie zmęczona. Stopy odpoczywały po zdjęciu butów narciarskich, mięśnie nóg drżały ze zmęczenia, za to myśli płynęły leniwie i wolno. Wszystko nagle oddaliło się i wyblakło, na chwilę straciło swoje znaczenie. Liczyły się tylko ta chwila, pachnący cynamonem i goździkami grzaniec, boskie zmęczenie, gwar rozmów, niebieskie cienie drzew kładące się nieregularnymi plamami na iskrzące się bielą połacie śniegu. Słońce schowało się za górami. Jego ostatnie promienie jeszcze na chwilę rozświetliły niebo. Szybko zaczął zapadać zmrok. Lubiłam takie chwile, kiedy ręce można było ogrzać o ciepły kubek, wesołe płomyki pełzały po gałęziach, tysiące iskier leciały w kierunku coraz bardziej granatowiejącego nieba. Powoli pojawiały się pierwsze gwiazdy. Wyglądały jak iskry z naszego ogniska osadzone na nieboskłonie. To był taki wymarzony wieczór po pełnym wrażeń dniu. Ktoś przyniósł ze schroniska gitarę. Ktoś ustawił ławki dookoła paleniska. Jakiś chłopak o ciepłym głosie zaczął śpiewać o zimowej miłości, która potrafi roztopić najgrubszy lód i rozgrzać najbardziej zmarznięte i samotne serce. Ktoś inny mu zawtórował. Po chwili pierwsze pary zaczęły pląsać w rytm muzyki. Pamiętam, jak Łukasz podszedł do mnie, stanął tuż obok, oparł się plecami o bale budujące ścianę schroniska.

– Twoje zdrowie. – Podniósł w górę kubek z grzańcem. – Świetnie jeździsz. Wyprzedziłaś wszystkie dziewczyny z naszej uczelni… Jeszcze nigdy w tych zawodach AWF nie przegrał z medyczną… To zaskakujące.

– Co w tym zaskakującego? – zapytałam. – To, że jakaś kujonka z medycyny jeździ na nartach lepiej niż laski z AWF-u?

– Ja tego nie powiedziałem. – Uśmiechnął się.

Ten jego uśmiech był bardzo ciepły. Właściwie wtedy rzucił mi się w oczy tylko ten uśmiech. Wszystko inne odkrywałam później. Niebieskie oczy, ciemne, lekko kręcone, zawsze za długie włosy, osmaganą słońcem twarz, mocne dłonie i mocne ramiona…

– Nie powiedziałeś, ale pomyślałeś…

– Nawet mi to przez myśl nie przeszło – zaprzeczył.

– Naprawdę?

– Naprawdę – potwierdził gorliwie, nie przestając się uśmiechać.

– A jednak nie wierzę… Nie znasz tego? Ponoć brzydkie kujony idą na medycynę, babochłopy na politechnikę, szukające przygód na uniwerek, szukające mężów na Akademię Rolniczą, żądne forsy na Akademię Ekonomiczną, a namiętne, wysportowane i seksowne na AWF.

– Słyszałem… – Przyglądał mi się rozbawiony. – Bzdury. A gdzie idą, twoim zdaniem, piękne, mądre, seksowne i wysportowane? – zapytał z uśmiechem.

– Nie studiują – zaczęłam się śmiać. – Układają sobie życie prościej i wygodniej…

– Co ty powiesz? – Wyglądał na zaskoczonego. – A ja myślałem, że zdarzają się na każdej uczelni, są jak egzotyczne kwiaty, należy je chronić i wspierać, strzec ich, bo należą do zjawisk rzadkich i wyjątkowych.

Rytmiczne dźwięki gitary przeszły w jakieś rzewne tony. Do pobrzękiwania strun dołączył się słodki głos fletu. Pląsający przy ognisku młodzi ludzie zaczęli się kołysać w parach w rytm rzewnej melodii o miłości.

– Zatańczysz? – zapytał.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy chwycił mnie za rękę i pociągnął w krąg tańczących. To było dziwne. Tańczyliśmy tak, jakbyśmy znali się od dawna, jakby nasze ciała przetańczyły z sobą już wiele nocy. Rozumieliśmy się bez słów. Jego biodra przy moich biodrach, jego ręce przesuwające się po moim ciele, moja głowa przy jego ramieniu. Jego oddech tuż przy moim uchu. Pomyślałam, że on fantastycznie tańczy, że mogłabym z nim przetańczyć całą noc. Lubię tańczyć. Taniec to dla mnie emocje – zauroczenie, nieśmiałość, zdziwienie, lęk i niepokój w okolicach serca. W każdy taniec zaklęta jest niepewność, ciekawość i radość… Ponad dźwięk gitary przebijał się głos solisty. Ciepły głos śpiewał kolejną piosenkę o miłości. Odruchowo wtuliłam się mocniej w Łukasza. Usłyszałam cichy szept tuż przy uchu.

– Nie tylko dobrze jeździsz na nartach. Chyba nasze ciała pasują do siebie. Czujesz tę magię? Byłbym gotów pójść z tobą…

Nie dałam mu dokończyć. Zesztywniałam nagle w jego ramionach. Poczułam się nim rozczarowana. Nie wyglądał na palanta, a jednak się nim okazał. Pomyślałam, że intuicja zaczęła mnie zawodzić. Wyglądał tak sympatycznie, a to jakiś tani lowelas ze studenckiego klubu, marzący o szybkim numerku z nową cizią. Coś z rodzaju: poznałem, przeleciałem, zapomniałem… Nawet nie zapytał mnie o imię. Szukał paru wrażeń, tanich pieszczot i rozładowania emocji po pełnym adrenaliny dniu. Idiota! Nie byłam jeszcze ani tak zmęczona, ani tak pijana. Mam swoje zasady. Przygodny seks nie leży w kręgu moich zainteresowań. Odepchnęłam się od niego lekko. Odskoczył ode mnie jak oparzony.

– Szukasz laski na dzisiejszą noc? – zapytałam.

Nie odpowiedział. Przyglądał mi się zaskoczony.

– Akurat nie myślałem o dzisiejszej nocy – powiedział po chwili. – Szukam…

Nie miałam ochoty słuchać, kogo szuka. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Głupi palant.

– W złe drzwi pukasz – powiedziałam chłodno. – Marnujesz czas. Nie bawią mnie szybkie numerki ani przygodne znajomości… To nie w moim stylu…

– Czy jest tu ktoś, kto rzuci się teraz na mnie z pięściami? – zapytał, rozglądając się dookoła.

– Ja, jeżeli nie zabierzesz łap z mojego pośladka…

Ktoś zachichotał za naszymi plecami. Musiał usłyszeć tę naszą rozmowę.

– Łuki, chodź do nas! – krzyknęła jakaś dziewczyna z grupki stojącej przy wejściu do schroniska. – Opijamy twoje zwycięstwo na stoku!

Nawet nie drgnął. Nie spojrzał w tamtą stronę. Stał tuż przy mnie. Jego ręce nie pieściły już moich pośladków. Wbił je w kieszenie ocieplacza. Spojrzał na mnie spode łba.

– Przepraszam… – powiedział pod nosem. – Źle mnie zrozumiałaś… Chciałem powiedzieć coś zupełnie innego…

Właśnie miałam się odwrócić i odejść, kiedy tuż obok wyrósł jak spod ziemi Krzysiek.

– Martynka, dasz się porwać? Właśnie grają ten twój ulubiony kawałek… Nie mogłem cię znaleźć.

Dałam się porwać. Przetańczyłam z Krzyśkiem cały wieczór. Dałam mu się przytulać i trzymać za rękę. Pocałowałam go nawet. Nic wielkiego, przyjacielskie muśnięcie ustami policzka. Czułam na sobie spojrzenia Łukasza. Stał w grupie swoich znajomych, rozmawiał, śmiał się, pił grzańca, ale raz po raz ścigał mnie wzrokiem. Kiedy przechodziłam obok nich, usłyszałam głośny szept wieszającej się na jego ramieniu dziewoi.

– Łuki, odpuść. To jest góra lodowa. Chyba nie chcesz być Titanikiem?

Jak to było z tymi dziewczynami z AWF-u? Namiętne, wysportowane i seksowne…? W przypadku tej trzeba byłoby dodać, że napalone. Nad ranem Krzysiek odprowadził mnie pod drzwi mojego pokoju.

– Dziękuję! – powiedziałam. – Uratowałeś mój dzisiejszy wieczór.

– Nie ma za co – powiedział ciepło. – Przecież wiesz, że możesz na mnie zawsze liczyć.

– Wiem, jak zawsze do usług i jak zawsze bez żadnych zobowiązań.

Krzysiek był moim kumplem z uczelni. Byliśmy w jednej grupie. Przyjaźniliśmy się od pierwszego roku. Graliśmy razem w tenisa, jeździliśmy na nartach, włóczyliśmy się po górach. Czasami odprowadzał mnie po zajęciach do domu. Od czasu do czasu szliśmy razem na jakąś imprezę. Bywało, że wybraliśmy się razem na piwo. Był moją bratnią duszą, moim cieniem, moim przyjacielem. Zdarzało się, że ratował mnie z opresji. Czasami wyprowadzał z melancholii i stawiał do pionu. Kupował cytryny, kiedy byłam przeziębiona. Kibicował na zawodach sportowych, czekał na mnie po ustnych egzaminach… Miałam z kim chodzić do kina, bywać na koncertach, śmiać się i złorzeczyć. Miałam kogoś, kto pozwalał mi spokojnie czekać na tę jedną jedyną miłość. Tak przynajmniej wyglądało to wtedy z mojej strony. W każdym razie tak wtedy myślałam.

Na Łukasza wpadłam przypadkiem parę tygodni później. Stało się to w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach. Nasze koło naukowe miało zorganizować z kołem naukowym z AWF-u letni obóz na Mazurach. Mieliśmy wspólnie badać wpływ oparów butaprenu w pewnej fabryce obuwia zlokalizowanej na pojezierzu na wydłużenie czasu reakcji na bodźce wzrokowe i słuchowe w grupie zatrudnionych w niej robotników. Merytorycznie temat był grubo naciągany, grupa badawcza była za mała, grupa kontrolna wybrana bardzo przypadkowo. Nikomu nie zależało na wynikach tych naszych badań. Szczególnie gdyby miały potwierdzić istotne różnice w dwóch grupach podlegających porównaniu. Na statystycznie istotnych różnicach to już zupełnie nikomu nie zależało, a już najmniej kierownictwu fabryki. Zgodnie z poglądami pani doktor Wolańskiej, prowadzącej nasze koło naukowe, chodziło bardziej o opanowanie narzędzi i metod prowadzenia badań niż o wyniki końcowe. To miało być takie miłe połączenie poznawania metod badawczych z wakacjami na Mazurach. Zapowiadały się wspaniałe trzy tygodnie z odrobiną pracy i mnóstwem wolnego czasu. Marzyłam o spływach kajakowych, dniach pod żaglami, godzinach pławienia się w wodzie, ogniskach, kiełbaskach, dźwiękach gitary i szantach… Właśnie mieliśmy dograć szczegóły z tymi z AWF-u, zrobić ostatnie wspólne ustalenia, ustalić termin wyjazdu, policzyć, ile trzeba zabrać namiotów, materacy, kocherów i sprzętu badawczego, który miał nam służyć do pomiaru tego czasu reakcji… Łukasz był przewodniczącym ich koła naukowego. „Ależ pech – pomyślałam z niechęcią. – Że też znowu trafiłam na niego. Czyżby oni na tym AWF-ie nie mieli innych ludzi?”

– Zapomniałem ci się kiedyś przedstawić. – Wyciągnął rękę w moją stronę. – Nazywam się Łukasz Marczyński. Jestem na czwartym roku fizjoterapii.

– Martyna…

Może odrobinę dłużej przytrzymał moją rękę, a może tylko mi się tak wydawało. Ciepły uśmiech, intensywnie niebieskie oczy, silne dłonie, osmagana słońcem twarz, cień zarostu na policzkach, ciemne, kręcone włosy, mocne ramiona… Zaczęliśmy wszystko od początku, od ciepłego uścisku dłoni… Później zagłębiliśmy się w ustalanie terminów i dogrywanie szczegółów wakacyjnego wyjazdu.

– Od was jedzie osiem osób – myślał głośno. – Od nas odrobinę więcej… Ten zakład ma jakiś ośrodek weekendowy położony nad samym jeziorem. Ponoć to niedaleko od samej fabryki, jakieś pół godziny rowerami. Mają tam domki kempingowe. Podobno warunki spartańskie, żaden luksus, ale myślę, że i tak będzie w nich lepiej niż w namiotach. Ponoć lato ma być nie najpiękniejsze… Namioty i deszcz to makabra. Żyć się nie da. Może uda mi się zdobyć jakieś dodatkowe dofinansowanie z naszej uczelni… Może tobie uda się z waszej… Ośrodek ma na wyposażeniu rowery wodne i kajaki… W prospekcie widziałem jakąś żaglówkę.

Liczył, przeliczał, kalkulował. Rozmawiał już z dyrektorem tej fabryki. Ponoć będziemy mogli jeść u nich obiady…

Wyszłam ze spotkania oszołomiona. Może ten chłopak wcale nie jest aż tak beznadziejny? Może faktycznie wtedy po zawodach było zupełnie inaczej? Może ja go tylko źle zrozumiałam? Przyjdzie mi spędzić z Łukaszem trzy tygodnie wakacji. Zadzwonił dzień później, bo ponoć zapomnieliśmy dogadać paru szczegółów. Później dzwonił już każdego dnia, z czasem parę razy dziennie, chociaż nie było już zupełnie nic, co nie zostałoby wcześniej obgadane. On miał parę wolnych popołudni, ja też nie byłam jakoś specjalnie zajęta. Sesję miałam już za sobą. Wszystko zdałam w przedterminach. Miałam przed sobą perspektywę prawie czteromiesięcznych wakacji. Zaczęliśmy się spotykać. Najpierw niby przypadkiem, niby z nudów, niby z braku partnera na korcie.

Właśnie wracałam po korepetycjach do domu. Trzy korepetycje pod rząd to była moja granica bólu. Nikogo nie powinno się mierzyć swoją miarą i nikogo do siebie porównywać, bo przecież każdy człowiek jest inny, ale powoli zaczynało mi czasami brakować cierpliwości. Trudno się za kogoś uczyć. Ciągnęłam leniwie nogę za nogą i próbowałam zaplanować w myślach resztę tego popołudnia. Nagle rozdzwonił się telefon. Spojrzałam na numer. Łukasz.

– Grasz w tenisa? – zapytał bez żadnego wstępu.

– Gram.

– To wspaniale.

– Co w tym wspaniałego? – zapytałam zdziwiona. – W tym ośrodku na Mazurach są korty?

– Tego nie wiem, ale zapytam… Nie dzwonię w sprawie Mazur. Mam dzisiaj o szóstej zarezerwowany kort u nas na AWF-ie. Kumpel się rozchorował. Jesteśmy umówieni na debla z chłopakami z polibudy. Co ty na to?

– Ostatnio grałam parę miesięcy temu… – zaczęłam niepewnie. – Nie jest to moja ulubiona dyscyplina sportu. Grywam rzadko… Najczęściej wtedy, kiedy muszę. – Szukałam w myślach pospiesznie jakichś argumentów.

– To powiedzmy, że dzisiaj musisz, żeby uratować popołudnie trzem facetom.

– Bo ja wiem… – Grałam na zwłokę. Szukałam jakiegoś rozsądnego i wiarygodnego wykrętu. Jak na złość nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.

– Będzie dobrze. – Nie dał mi dokończyć. – Nie ma gorszej hańby niż oddanie spotkania walkowerem.

– Nie jestem z AWF-u. – Próbowałam się jeszcze wykręcić.

– I co z tego? – zapytał zdziwiony. – Nikt przecież nie mówił, że musisz być z AWF-u.

On gra dobrze, ja średnio, w sumie wyszło zupełnie nieźle. Prosto z kortów poszliśmy na naszą pierwszą wspólną kolację. Byliśmy w małej włoskiej restauracji niedaleko mojego mieszkania. Włoska kuchnia, zapach bazylii i oregano, tymianku i rozmarynu… Toskańskie chianti, migotliwy blask świec, cienie pełzające po ścianach. A na nich włoskie klimaty. Obraz z ciągnącymi się po horyzont wzgórzami Toskanii, z małymi kamiennymi domkami porozrzucanymi na wzgórzach, z polnymi drożynami przypominającymi porozciągane tasiemki i wstążki… Wszystko osnute porannymi mgłami, niedopowiedziane i zaczarowane. Jak okiem sięgnąć delikatnie falujące na wietrze łany zielonych jeszcze zbóż, srebrzących się w słońcu kroplami porannej rosy. Na innym obrazie Wenecja, a w Wenecji któryś z bocznych kanałów z przycumowaną przy wejściu do domu gondolą. Zamiast drzwi z framugi zwisała zasłona, która wydawała się jeszcze drżeć, jakby ktoś dopiero przed chwilą wszedł do tego domu… Obok tych drzwi było delikatnie uchylone okno z pojedynczą pelargonią cyklamenowego koloru. Na tym nie kończyły się weneckie klimaty. Dalej wisiał jeszcze jeden obraz. Przedstawiał dziewczynę siedzącą na schodkach prowadzących do jakiegoś bocznego kanału przy małym, spokojnym campo. Koło dziewczyny leżał ściągnięty z głowy kapelusz. Dziewczyna odpoczywała w promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. Miała przymknięte oczy, spadające na ramiona kasztanowe włosy, rozmarzony wyraz twarzy. Wglądała tak, jakby całą sobą chłonęła spokój tego małego, leżącego na uboczu placyku. Na przeciwległej ścianie, tuż obok baru, wisiały dziesiątki zdjęć z różnych zakątków Włoch. Były tam Florencja, Siena, Werona, Neapol… Miała coś w sobie ta restauracja Alessandra. Atmosferę, wystrój, zapachy, dania i trunki rodem z Italii. Młody włoski kelner mówił z miękkim akcentem. Z tyłu lokalu dobiegały ciche dźwięki fortepianu. Przy jego akompaniamencie jakiś mężczyzna o ciepłym głosie śpiewał piosenkę o nigdy niekończącej się miłości, która oplata pajęczyną na zawsze. Czułam się oczarowana. Lubię włoską kuchnię, kocham włoskie krajobrazy, lubię melodykę języka włoskiego, kocham piosenki o miłości. Naiwnie wierzę w tę jedną, prawdziwą, na dobre i na złe, na całe życie. Łukasz trafił z tą kolacją u Alessandra w moje klimaty. Siedzieliśmy tam do zamknięcia lokalu. Gadaliśmy jak najęci. Usta nam się nie zamykały. Łukasz i ta jego uczelnia, jego działania na rzecz rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, jego treningi w klubie, mecze piłki ręcznej, jego turnieje i wyjazdy… Ja i moja medycyna, miłość do zwierząt, marzenia o dalekich podróżach, korepetycje i wolontariat… Nie mogliśmy się nagadać. Jako ostatni wyszliśmy z restauracji. Tuż za nami zamknięto drzwi. Dochodziła dwunasta. Ulice już dawno opustoszały. Gdzieniegdzie tylko stukały po bruku czyjeś pospieszne kroki. Szliśmy noga za nogą, przystawaliśmy co chwilę, jakbyśmy się bali, że droga do mojego domu za szybko się skończy. Staliśmy pod domem godzinę, mówiąc szeptem, żeby nie obudzić sąsiadów. Kiedy kładłam się spać, zaczynało już świtać. Zasnęłam i przyśniły mi się jego uśmiech, blask świec odbity w jego oczach, cienie pełzające po ścianach, tamte obrazy z Wenecji, słoneczne zdjęcia z Italii i piosenka o wiecznej miłości.

Pozornie nie pasowaliśmy do siebie, pozornie byliśmy zupełnie inni, a i tak widywaliśmy się coraz częściej. Włóczyliśmy się ciemnymi ulicami starówki, chodziliśmy razem na basen, graliśmy w tenisa, jeździliśmy konno. Nigdy nie potrafiliśmy się nagadać. Zawsze było nam mało. W lipcu pojechaliśmy razem na ten obóz naukowy na Mazury. Było nas tam kilkanaście osób. Trochę od nas z uczelni, trochę od nich. Dla mnie liczył się tylko on. Tych dwadzieścia dni na Mazurach zlało się w jedno ciepłe wspomnienie. Spływ kajakami rzeką Krutynią z Krutynia do Iznoty. Puszcze, łąki, malownicze jeziora… Jezioro Bełdany… Orzeł bielik szybujący w błękicie, dziesiątki czapli, łabędzie przelatujące tuż nad naszymi głowami, stada dzikich kaczek, kumkanie żab, kąpiele przy zachodach słońca… Ściany lasów odbite w czystych wodach jeziora, cienie drzew drgające w promieniach zachodzącego słońca, dzikie zatoki, zatoczki i zakola… Każdy dzień przynosił coś nowego. Każdego dnia czułam się coraz bardziej zakochana.

– Martyna, czy ty jesteś tego pewna? – zapytał mnie pewnego dnia Krzysiek. Już od paru dni miałam wrażenie, że chce ze mną porozmawiać. Nagle nadarzyła się okazja. Zbieraliśmy gałęzie na kończące nasz obóz ognisko. Byliśmy sami.

– Każdego dnia brniesz w to coraz głębiej. Straciłaś dystans… On studiuje fikołki, za pół roku kończy studia. Ty musisz jeszcze postudiować. On gra w ręczną. Jego drużyna jest w pierwszej lidze. Jego życie biegnie od turnieju do turnieju, od meczu do meczu, od treningu do treningu. Te jego studia pasują do tego wszystkiego jak kwiatek do kożucha. Jest dobry. Dają za niego mnóstwo pieniędzy. Klub go sprzeda. Kupią go inni. Wszystko szlag trafi. Zobaczysz, kiedy tylko skończy studia, wyjedzie z miasta. On dostał się na AWF dzięki poparciu klubu. Dadzą mu skończyć studia i sięgną po swoje…

– Skąd ty wiesz takie rzeczy? – zapytałam rozdrażniona.

– Mam kumpla trenującego w tym samym klubie. Łukasz jest tam rozgrywającym. Ponoć nieźle zamiata. Wiele klubów chciałoby go mieć u siebie. Byłaś chociaż raz na ich meczu?

Na meczu nie byłam. Byłam tylko jeden raz na treningu. Nie przepadam za piłką ręczną. Jest dla mnie za bardzo brutalna, nieczysta i siłowa. Byłam tylko raz i powiedziałam, że więcej nie przyjdę. Łukasz przyjął to z uśmiechem. Nie zachęcał mnie ani nie dyskutował.

Może Krzysiek miał rację, może od początku to wszystko nie miało sensu, nie wróżyło niczego na stałe, nie dawało poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Być może… Być może powinnam go była wtedy choć trochę posłuchać. Ale ja już świata nie widziałam poza Łukaszem. Nie wyobrażałam sobie dnia bez niego.

W sierpniu Łukasz jechał do Łeby jako rehabilitant na obóz dla dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym. Obóz organizowały jakieś zakonnice. Pojechaliśmy tam razem. On i te dzieci… Rehabilitacja, zabawa, radość, śmiech… Od rana do wieczora tylko on i te dzieciaki. Patrzyłam na nich i nie mogłam zrozumieć. Skąd w nim było tyle cierpliwości, wyrozumiałości, ciepła, miłości? Nie znałam takiego Łukasza. A może ja go zupełnie nie znałam. Może nie znam go nadal.

– Pan Bóg z niewiadomego powodu nie zadbał o te dzieci – powiedział pewnego dnia Łukasz, układając gałęzie na palenisku. Na to ognisko cieszyli się wszyscy. Miało być tuż po kolacji. – O te dzieciaki muszą zadbać ludzie – tłumaczył mi. – Ja już jestem trzeci raz na takim obozie. Przyjeżdżam tutaj co roku… Nie zwierzam się zakonnicom z moich myśli. Nie mówię o wątpliwościach… To kochane kobiety, ale one żyją inaczej. Myślę, że ich życie jest o wiele prostsze. One wszystko tłumaczą sobie opatrznością Bożą i wyrokami Pana. A ja jakoś nie mogę zrozumieć, dlaczego jest na ziemi tak wiele krzyży i tak wiele dróg krzyżowych… Tak wiele niezawinionego niczym cierpienia i bólu. Moja wiara jest chyba za mała, bo nie potrafię sobie tych niesprawiedliwości niczym wytłumaczyć, nie umiem ich zrozumieć…

Nie układał już tego drewna. Usiadł na pieńku. Patrzył w kierunku podjazdu do budynku, gdzie siostry zakonne pchały swoich siedzących na wózkach podopiecznych w kierunku jadalni.

– Większość tych dzieciaków znam już od trzech lat. Niektóre rehabilituję na co dzień. Pracuję w domu pomocy społecznej prowadzonym przez te zakonnice – mówił powoli, starannie dobierając słowa. Chciał, żebym go zrozumiała. – Życie skreśliło te dzieciaki już na samym starcie. Nie pozwoliło im wyjść z bloków. Nie ruszyły nawet do biegu. Niewiele w życiu zdołają poznać, niewiele doświadczyć. Ich życie ogranicza się do walki o przetrwanie. Jeszcze jeden dzień i jeszcze jeden. Ich choroba pokonała ich rodziny. Nawet rodzice się od nich odsunęli. Los zabrał im wszystko, nie dając nic w zamian…

Usiadłam obok niego na trawie zaintrygowana tym, co mówił.

– Ja nie potrafię kreślić krzyża ręką i mówić, że „niezbadane są wyroki Boże, a nam, maluczkim, trudno je zrozumieć”… Mnie od czasu do czasu ogrania zwątpienie. Od czasu do czasu wściekłość. Czasami szlag mnie po prostu trafia. Nie cierpię uczucia bezradności. Bezradność, zwątpienie i brak nadziei rozkładają mnie na łopatki… Dwa razy w tygodniu przychodzi do tych dzieci ksiądz z pobliskiej parafii. Czasami pogadamy chwilę. Ksiądz Marek mówi, że Pan Bóg mi zapłaci, że nawet w brudnych gumowcach pójdę do nieba. Nikt mi za nic nie musi płacić. Pan Bóg również… Chodź, Martynka, pójdziemy na kolację – przerwał niespodziewanie, jakby sam przestraszył się tego, co powiedział.

– Pogadajmy…

– O czym?

– O tobie i o tych dzieciakach…

– Pracuję u zakonnic jako wolontariusz. Nie chcę od nich żadnych pieniędzy. Każdego roku w styczniu na nowo dyskutujemy z siostrą przełożoną na ten temat. Zawsze w kółko to samo. „Łukasz, nie możemy ci dużo zapłacić, ale nie możesz pracować za darmo”. Ona nie potrafi zrozumieć, że pieniądze od nich nic w moim życiu nie zmienią. Niczego wielkiego nie załatwią… Ja dostaję pieniądze z klubu. Za mieszkanie nie płacę, bo mieszkam z rodzicami. Tego, co mam, wystarcza mi aż nadto. W ich domu pomocy liczy się każdy grosz… Potrzebują kasy na sprzęt do rehabilitacji, utrzymanie zwierząt do terapii… Mają psa Kropkę i konia Belzebuba… To wszystko kosztuje. Nie mówię już o całej przyziemnej reszcie… Kropka jest labradorem… Pod wpływem dotyku jego języka otwiera się każda zaciśnięta w pięść rączka. Niektóre dzieci reagują uśmiechem, inne spokojem na twarzy… Mój pies też już przeszedł szkolenie. Od września będę zabierać go z sobą do pracy… Mam nadzieję, że Ares podoła. Nie widziałaś jeszcze mojego psa – ożywił się nagle. – Mam goldena retrievera. Jest postrzelony, ale kocha dzieci.

Łukasz wiedział o tych dzieciach wszystko. Wiedział, które z nich są karmione przez sondę, które można powoli karmić łyżeczką, które mają rurkę tracheostomijną… Wiedział, że Wojtka trzeba co chwilę odsysać, bo nie potrafi połykać i może się zakrztusić własną śliną, że Natalii trzeba podać w nocy tlen, że Mateusza ciągle męczą drgawki… Wiedział, że Helena uwielbia błyskotki i cieszy się jak sroka na każdy łańcuszek, każdą gumkę z koralikami, każdą błyszczącą bransoletkę, że Filip często wymiotuje po jedzeniu, że Kuba otwiera rączkę, kiedy czuje przyjazny dotyk, że Karol rozluźnia mięśnie przy cichych dźwiękach fortepianu, a wtedy na chwilę puszcza bolesny skurcz w jego nadgarstkach i można prowadzić efektywniej fizjoterapię… Poświęcał tym dzieciakom każdą minutę swojego dnia. Na początku czułam się tym trochę rozczarowana. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten nasz wspólny wyjazd nad Bałtyk. Marzyły mi się długie spacery brzegiem morza, kąpiele o zachodzie słońca, zamki z piasku, rozgwieżdżone niebo, deszcze meteorów… A tu nic. Tylko te dzieciaki i dzieciaki. I do tego zakonnice. Po tygodniu go zrozumiałam. Po dwóch tygodniach nie mogłam już sobie wyobrazić życia bez tych dzieci. Pamiętam, jak biegliśmy z wózkami na wydmy, żeby zobaczyć zachód słońca. Kolacja trwała trochę dłużej, bo Filip zakrztusił się przy jedzeniu. Kiedy ruszyliśmy nad morze, słońce chowało się już za koroną lasu. Biegliśmy, żeby zdążyć. Pamiętam pokrzykiwania i śmiech dzieci, zaczerwienione z radości policzki, oczy pełne zachwytu. Zdążyliśmy. Udało nam się ustawić wózki na wydmach, obok drewnianych schodów prowadzących na plażę, tuż przed tym, jak czerwona kula zachodzącego słońca zaczęła zbliżać się powoli do linii horyzontu. Nie mogłam uspokoić oddechu, serce biło mi jak szalone, pot zlepił mi włosy…

– Bogu niech będą dzięki – szepnęła stojąca obok mnie zakonnica. – Dziękować Panu, że zdążyliśmy – sapała ze zmęczenia. – Dzieciaki zobaczą takie cudowne widowisko… W zeszłym roku nie widziały. Lało nam przez cały turnus… Brzydki był sierpień w ubiegłym roku.

Staliśmy na wydmach, obserwując, jak czerwona kula słońca powoli zatapia się w morzu. Ostatnie zabłąkane promienie podświetlały pojedyncze obłoki na niebie. Przez moment chmury wydawały się kapać złotem. Powierzchnia morza rozświetliła się ciepłą barwą ostatnich słonecznych promieni. Po chwili złoto obłoków przeszło w intensywną czerwień. Przez moment wydawało mi się, jakby całe niebo chciało stanąć w płomieniach. Powiał wiatr od morza. Zrobiło się chłodniej. Gdzieniegdzie widać było czerwone plamy obłoków na tle coraz bardziej granatowiejącego nieba.

– Martynka – usłyszałam nagle tuż za moimi plecami. – Pamiętasz, mówiłem ci, że tu bywają przepiękne zachody słońca?

Ten był naprawdę wyjątkowy. Na pewno nigdy go nie zapomnę. Kiedy zamykam oczy, widzę go pod powiekami. Czuję moją dłoń w dłoni Łukasza. Czuję jego oddech tuż przy moim uchu. Słyszę cichy szept, że w życiu liczą się tylko chwile i że on chciałby tę chwilę zatrzymać dla nas na zawsze.

– Masz, Martynko, wspaniałego chłopaka – powiedziała do mnie któregoś dnia siostra Matylda, kiedy razem przygotowywałyśmy dzieciom kolację. – Prawdziwy skarb ci się trafił. Taki zupełnie niedzisiejszy człowiek… Pasujecie do siebie jak połówki tego samego jabłka. Znaleźliście się jak w korcu maku. Nie wszystkim jest dane znaleźć tę drugą połowę. Wam się udało. Powinniście za to każdego dnia dziękować Panu Bogu.

Łukasz zadziwił mnie, zaskoczył, zauroczył, zaczarował, obezwładnił… Zagarnął moje serce, zajął myśli, wypełnił sny. Nagle wszystkie marzenia miały jego imię. Wszystkie cele były z nim związane. Obóz się skończył. Wróciliśmy do domów. Nie było już szumu fal, krzyku mew, chłodnej morskiej bryzy, zachodów słońca, ciężkich od porannej rosy traw, wrzosowisk, ale między nami nic nie zniknęło, nie oddaliło się ani nie wyblakło. Nic nie przeminęło z wiatrem i z wakacjami. W dzień liczyłam minuty do naszego spotkania. Nocami śniłam o nim. Moje życie biegło w rytm mojego oszalałego serca i jego planu treningów. Wszedł przebojem w moje życie. Zadomowił się w nim na dobre. Nie miałam ochoty się przed tym uczuciem bronić…

Przyszła jesień, a wraz z nią zaczęły się zajęcia na uczelni. Życie nabrało innego tempa. Były dni, że myślałam jak siostra Matylda. Były dni, kiedy myślałam zupełnie inaczej. Łączyło nas uczucie. Dzieliło – mnóstwo. Czasami miałam wrażenie, że właściwie dzieli nas wszystko. Łukasz kończył studia. Pisał pracę magisterską. Nie miał już zajęć na uczelni. Czas dzielił pomiędzy klub, treningi, turnieje, wyjazdy, spotkania ze znajomymi i wolontariat u zakonnic. Był sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem… Ze mną było zupełnie inaczej. Nauki na uczelni było coraz więcej. Przybywało obowiązkowych ćwiczeń i obowiązkowych wykładów. Okienka w zajęciach wypełniałam korepetycjami. Popołudniami biegałam na wolontariat. Wieczorami czułam się coraz bardziej zmęczona. Marzyłam, żeby jak najszybciej położyć się do łóżka, jak najszybciej zasnąć. Nie miałam siły na wyjścia do kina, wieczory w restauracji, spotkania z jego kumplami z klubu, kręgle dwa razy w tygodniu. Nie miałam czasu grać w tenisa co piątek ani co weekend wyjeżdżać w góry. Nasza codzienność rozjeżdżała się coraz bardziej. Wielkie wzloty zabijała szara codzienność.

***

– O czym myślisz? – Głos pana Marczyńskiego wyrwał mnie z zamyślenia. – Zamilkłaś tak nagle.

– Przepraszam – powiedziałam pod nosem. – Jestem zmęczona. Poszłam po zajęciach na wolontariat. Później miałam jeszcze korepetycje. Pomagam dziewczynie przygotować się do matury z chemii. Wpadłam na pięć minut do domu. Zdążyłam się tylko przebrać… – Sama na siebie byłam zła, że się przed nim tak głupio tłumaczę. Co to go może w ogóle obchodzić?

– To może zrobię herbatę. – Poderwał się niespodziewanie. – Kawa już dawno wystygła.

Herbata była słodka, z sokiem malinowym, pachniała latem, słońcem i dawno już minionymi wakacjami.

– Pytałem, czy twoim zdaniem Łukasz ma szansę dostać się na medycynę.

– Łukasz na medycynę? – W pierwszej chwili nie zrozumiałam. – Przecież on właśnie kończy fizjoterapię.

– I co z tego? – burknął Marczyński. – Fizjoterapia… Z tego nie da się wyżyć. Fizjoterapia była pomysłem tylko na chwilę. Sport zamieszał mu w życiu. W maturalnej klasie zamiast przygotowań do matury były rozgrywki w pucharze Polski, a później mistrzostwa Europy juniorów. Maturę zdał na czwórki. Egzamin testowy poszedł mu średnio. Zabrakło mu paru punktów. Nie dostał się na medycynę. Ta Akademia Wychowania Fizycznego miała być pomysłem tylko na chwilę. Jakąś alternatywą. Chodziło o to, żeby nie wegetował w domu, żeby coś robił. Miał przerobić anatomię, fizjologię, powtórzyć fizykę i chemię i po roku jeszcze raz przystąpić do egzaminu. Jakoś o tym zapomniał – mówił ze złością. – Nadal sport był najważniejszy. Należy do ludzi, którzy nie uczą się na błędach. Nie wyciąga wniosków z porażek. Nadal żył tylko sportem. Obozy kondycyjne, wyjazdy, turnieje… Poznał ciebie i nagle wróciły dawne marzenia…

– Nic mi o tym nie mówił – odrzekłam zaskoczona. – Nawet słowem nie wspomniał. Wydaje mi się, że on bardzo lubi to, co robi…

– Bzdura! – przerwał mi gwałtownie. – Lubi, nie lubi… Idiotyzmy. Jego stać na coś więcej.

Mówił podniesionym głosem, jakby uważał, że ten, kto mówi głośno, ma zawsze rację. Jakby liczba decybeli była ważniejsza od argumentów.

Kolejny raz pomyślałam, że go nie lubię. Może ta medycyna to były jego marzenia? Może to on przeżywał frustrację z powodu tego, że Łukasz studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego? Dla niego Łukasz był zapewne porażką. Myślę, że nie tylko Łukasz. Ewa, siostra Łukasza, też nie była chlubą rodziców. Ewka jest parę lat starsza od Łukasza. Studiowała psychologię na uniwersytecie. Karierę uczelnianą skończyła po drugim roku studiów. Na weselu swojej przyjaciółki zakochała się w soliście zespołu rockowego, który grał na tym przyjęciu. Po tygodniu wyprowadziła się z domu. Zamieszkała z owym solistą. Jeździła z jego zespołem po całej Polsce, od wesela do wesela, od zaręczyn do zaręczyn, od klubu do klubu. Koncert pędził za koncertem. Nocna balanga gnała za nocną balangą. Ewka wyrwała się nagle spod skrzydeł rodziców, poczuła się wolna, zasmakowała w alkoholu i marihuanie. Sen o wolności zakończył się szybko, kiedy po jakimś koncercie zastała mężczyznę swojego życia w jego garderobie z jakimiś rozchichotanymi, roznegliżowanymi, naćpanymi małolatami. Zadzwoniła na policję. Rozstali się z hukiem. Wróciła do domu. Po tygodniu stwierdziła, że jest w ciąży. Urodziła Bartka i zaczęła odgrywać męczennicę. Wszystkie swoje niepowodzenia zrzucała na karb braku zrozumienia w domu. Ten brak zrozumienia pchnął ją w kierunku narkomanii, nadmiaru alkoholu, przygodnego seksu i ramion solisty zespołu rokowego. Bartek rósł na rozkapryszonego dzieciaka, Ewka uważała, że los ją skrzywdził, a rodzice Łukasza przeżywali rozczarowanie. Później ich frustrację pogłębił Łukasz. Sport zamiast nauki, AWF zamiast medycyny. Aspiracje rodziców były zupełnie inne. Matka Łukasza pochodziła z dawnej arystokracji. Drzewo genealogiczne jej rodu sięgało piętnastego wieku. Pani Anna nigdy nie pracowała. Nie brała tego nawet pod uwagę. Praca nie mieściła jej się w głowie. Chyba to słowo nie istniało w jej słowniku. Skończyła romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nigdy nie podjęła pracy zawodowej. Tę filologię romańską, podobnie jak ukończoną odrobinę później historię sztuki, traktowała jako sposób samorealizacji. Do małżeństwa wniosła uwielbienie własnej osoby, pewność siebie, zamiłowanie do podróży, wstręt do prac domowych i nieukrywaną niechęć do własnych dzieci. Nie lubiła ich za to, że swym przyjściem na świat ograniczyły na chwilę rozwój jej zainteresowań kulturą romańską i szeroko pojętą sztuką. Do swojego związku małżeńskiego wniosła jeszcze inny wkład, bez którego nie byłoby dobrobytu tej rodziny – swój majątek rodowy. Ojciec Łukasza dołożył do ich związku racjonalne i wyrachowane podejście do życia, zawód umożliwiający mu zaistnienie na rynku i nadzwyczajne umiejętności menadżerskie, które pozwoliły mu pomnożyć kapitał żony. Ich związek byłby na pewno najszczęśliwszy na świecie, gdyby nie pojawiły się w nim dzieci, które od początku swoich dni nie pozwalały im się stłamsić i nie chciały się podporządkować.

– Pytałem, czy twoim zdaniem Łukasz ma szansę dostać się na medycynę. Nie odpowiedziałaś mi. – Głos Marczyńskiego dotarł do mnie jak z zaświatów.

– Nie wiem… – odpowiedziałam niepewnie.

– Jak to nie wiesz? Przecież spędzasz z nim mnóstwo czasu.

Spojrzał na mnie uważnie. Wydawało mi się, że tym zimnym wzrokiem próbuje mnie przeszyć na wylot.

– To zależy tylko od Łukasza – powiedziałam powoli. – Od motywacji… To byłoby trudne wyzwanie. Na pewno zapomniał mnóstwo z chemii i fizyki, sporo z biologii. Nie wiem, jak jest z językiem obcym…

– Z tym nie powinno być problemu – wszedł mi w słowo. – Łukasz zdał dwa lata temu egzamin z angielskiego na poziomie C.

– W takim razie język na pewno zaliczy. Reszta wymagałaby mnóstwa pracy. Zapewne też odrobinę ukierunkowania i korepetycji… To byłby niewyobrażalny wysiłek. Trudne, ale możliwe. – Sama nie wierzyłam w to, co mówię. Cały pomysł wydawał mi się nietrafiony. – Na naukę ponoć nigdy nie jest za późno – powiedziałam wyświechtany slogan.

– Też tak sądzę… Na naukę nigdy nie jest za późno – powtórzył za mną. Uczepił się moich ostatnich słów, jakby tylko je zrozumiał.

Zamilkł. Omiótł mnie jeszcze raz wzrokiem. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały. To ja uciekłam wzrokiem w popłochu. Nie rozumiałam, czego on ode mnie oczekuje. Coraz bardziej drażniła mnie ta rozmowa.

– Znam dziekana Wydziału Lekarskiego – powiedział niespodziewanie. – Sprawdziłem twoją średnią. W sesji zimowej miałaś najwyższą średnią na roku. Ubiegły rok ukończyłaś ze średnią cztery przecinek dziewięć…

Wpadłam w bezdech. Poczułam się oburzona. Z wściekłości dech mi w piersiach zaparło. Jakim prawem on mnie sprawdzał…?

– Nie ciebie sprawdzałem – powiedział po chwili, jakby czytał w moich myślach. – Sprawdzałem to, co usłyszałem od Łukasza. Przed każdą inwestycją najważniejsze jest zbadanie rynku. Bez zbadania rynku można tylko utopić… Ile bierzesz za godzinę korepetycji? – zapytał nieoczekiwanie.

– Różnie – odpowiedziałam zaskoczona.

– Co to znaczy?

– To zależy, na co się umawiamy…

Nie zrozumiał. Uniósł w górę brwi i czekał na to, co jeszcze powiem.

– To zależy, jakie są oczekiwania – dodałam.

– Nadal nie rozumiem.

– Niektórych trzeba uczyć od podstaw. Innym wystarczy tylko pomóc uporządkować posiadaną wiedzę. Jeszcze inni wiedzą dużo, ale nie wierzą w siebie… Każdy oczekuje czegoś innego…

– Ile? – przerwał mi. – Ile bierzesz za godzinę?

– Od pięćdziesięciu do osiemdziesięciu złotych – wykrztusiłam.

Spojrzał na mnie uważnie. Dziwny grymas podobny do uśmiechu przebiegł mu po twarzy.

– Ile masz takich korepetycji w tygodniu?

– Różnie – odpowiedziałam oględnie.

– Ile? – zapytał niecierpliwie.

– Średnio dwie dziennie.

– W weekendy również?

– Czasami.

Pytanie padało za pytaniem. Czas na odpowiedź stawał się coraz krótszy. Nasza rozmowa zaczęła przypominać przesłuchanie. Z minuty na minutę byłam coraz bardziej rozdrażniona. Podniosłam wzrok na zegar wiszący na ścianie za jego plecami. Minęła dziewiętnasta. Z Łukaszem byłam umówiona na osiemnastą. Mieliśmy iść do kina na dwudziestą. Wcześniej chciałam jeszcze wpaść do empiku odebrać zamówioną książkę. Łukasz jeszcze nigdy się nie spóźnił. Jak na złość spóźniał się dzisiaj.

– To ja już pójdę – powiedziałam, podnosząc się z fotela. – Łukaszowi musiało coś wypaść. Nie chcę panu dłużej przeszkadzać.

– Usiądź! – Zabrzmiało to jak rozkaz. – Rozmawiamy o interesach. Nie wychodzi się w połowie rozmowy biznesowej…

Usiadłam odruchowo.

– Mówiłaś, że to się może udać, że wszystko zależy od motywacji…

– Mówiłam, że wszystko zależy od Łukasza…

– Spróbujmy stworzyć optymalną sytuację. Zmotywujmy was oboje.

– Nie rozumiem.

– Zaraz zrozumiesz. – Uśmiechnął się. – Mam dla ciebie propozycję pracy. Nie interesuje mnie, ile godzin na to poświęcisz – mówił szybko, napędzał się z minuty na minutę coraz bardziej. Był w swoim żywiole. – Interesuje mnie efekt końcowy. Jeżeli Łukasz dostanie się na medycynę, to ja ci zapłacę za czas poświęcony na przygotowywanie go do egzaminu trzydzieści tysięcy złotych. W parę miesięcy zarobisz na samochód. Więcej płacą chyba tylko w nocnych klubach, a korepetycje to znacznie bezpieczniejsza praca… Jeżeli Łukasz nie dostanie się na medycynę, nie otrzymasz żadnych pieniędzy. Stracisz czas za darmo… Takie ryzyko zawodowe. Gramy o dużą stawkę. Ryzyko ponoszą obie strony. I jak ci się podoba moja propozycja?

Trzy razy miłość

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-322-4

 

© Jolanta Kosowska i Wydawnictwo Novae Res 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

KOREKTA: Katarzyna Czapiewska-Urbaniak

OKŁADKA: Mariusz Banachowicz

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:Inkpad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.