Trzeba marzyć - Bogna Ziembicka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Trzeba marzyć ebook

Bogna Ziembicka

3,7

13 osób interesuje się tą książką

Opis

TO TU, W STARYM DOMU W ZAGÓRZU, SPOTYKAJĄ SIĘ WOJENNA PRZESZŁOŚĆ I TERAŹNIEJSZOŚĆ.
Minął rok, odkąd Jaga zamieszkała w willi Pod Jodłami. Znalazła nową pracę, randkuje z Damianem. Zaprzyjaźnia się z panią Anielą, od której kupiła dom, i stopniowo poznaje jej burzliwą przeszłość: tajne życie agentki przedwojennego polskiego wywiadu.
Siostra Jagi, Mela, szykuje się do ślubu. Jednak jej dawny narzeczony nie zamierza odpuścić. Robi wszystko,
by Mela do niego wróciła.
DO TEJ PORY ZAWSZE KTOŚ JEJ MÓWIŁ, CO MA ROBIĆ: RODZICE, SZEF, FACET, Z KTÓRYM
MIESZKAŁA. TERAZ BYŁA WOLNA. STANĘLI WOKÓŁ OGNIA, PILI GORĄCĄ
HERBATĘ. JODŁY SZUMIAŁY JAK MORZE, NA NIEBIE ŚWIECIŁY GWIAZDY, TRZASKAŁY GAŁĄZKI W OGNISKU.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (9 ocen)
2
4
1
2
0

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żeby coś się zdarzyło

Żeby mogło się zdarzyć

I zjawiła się miłość

Trzeba marzyć

Zamiast dmuchać na zimne

Na gorącym się sparzyć

Z deszczu pobiec pod rynnę

Trzeba marzyć

 

Jonasz Kofta, Trzeba marzyć

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Przestał padać deszcz.

Schną na słońcu drogi.

Zesłał komuś deszcz

jedną z lata bogiń –

co na stopach gwiezdny miała pył.

On przydrożnym świątkiem tylko był –

zwyczajnym świątkiem i nie tak bardzo świętym.

 

Jeremi Przybora, Przestał padać deszcz

 

 

Wszystko, co poznajemy w podróży, możemy poznać, i to lepiej, nie ruszając się z domu. Czy siedząc pod palmą na wyspie jak z reklamy batonu Bounty, widzimy czarowną linię brzegu, białe plaże, lazur atolu? Ryby kryjące się w przezroczystej wodzie? Rafę koralową? Ależ skąd. Mamy przed sobą piasek, kilka niedopałków, które zostawili plażowicze, ciemnoniebieską wodę jak zabarwioną ultramaryną przed płukaniem białej pościeli. Nie ma widoku z lotu ptaka, nie ma lektora wskazującego cuda przyrody – miejscowe ptaki, kwiaty, motyle. Jest za to upał, żołądek ciężki po szwedzkim stole w hotelu i nagle przelatująca przez głowę myśl, że od uderzenia spadającym orzechem kokosowym ginie więcej ludzi niż od ataku rekinów.

Po co więc ludziom podróże? Co gnało w świat Kolumba, Strzeleckiego albo Vasco da Gamę? Żądza wiedzy?

„Niebo, nie umysł tacy odmieniają, którzy za morze po mądrość ruszają”. Mikołaj, gdy był mały, myślał, że powtarzając to, tata cytuje coś, co sam napisał. Lubił siebie cytować, a jego bon moty budziły zazdrość mężczyzn i zachwyty kobiet.

„Po co tam jedziesz? – spytał, gdy miał sześć lat i od kilku tygodni prawie nie widywał ojca, który zamknięty w gabinecie czytał stosy książek o tak dziwacznych tytułach, jak Piąta zima magnetyzera, Chmury nad Metapontem czy Z pięcioma brylantami. – Przecież już i tak wszystko wiesz o tej głupiej Szwecji”. „Chcę ją zobaczyć – odrzekł ojciec. – A czytam, bo widzi się to, co się wie”.

Nie zrozumiał tej odpowiedzi, a ojciec mu jej nie wytłumaczył. Tłumaczył tylko wtedy, gdy Mikołaj się przyznał, że nie rozumie. Taki układ.

Kiedy mama po naświetlaniach była już taka słaba, że nie mogła utrzymać w ręce książki, całymi dniami i nocami oglądała filmy. Kładł się koło niej na łóżku i starał się ją rozśmieszyć, śpiewając z tańczącym na stole Williamsem-Bergerem albo z Alem Martinem na weselu Connie Corleone. Hair, Ojca chrzestnego, Casablancę, Yentl, Kabaret, Lecą żurawie, Absolwenta, Johna i Mary, Łowcę jeleni, Tacy byliśmy i Rzymskie wakacje znał na pamięć. Nigdy potem do nich nie wracał, bo kojarzyły mu się z umieraniem.

Leciał bodajże do Toronto, gdy zobaczył na ekranie kabaretowego Mistrza Ceremonii, Joela Greya. Odwrócił wzrok. Patrzył na uciekający spod skrzydeł Kraków, potem na chmury podświetlone zachodzącym słońcem. W głowie jednak przewijał mu się film i spojrzał na ekran dokładnie wtedy, gdy na scenie kabaretu zjawiła się Liza Minnelli w meloniku i czarnych pończochach. Sięgnął po słuchawki. Pamiętał każdą nutę Mein Herr, pomalowane na zielono paznokcie Lizy, szaroniebieskie krzesło, przy którym tańczyła, sposób, w jaki po piosence oblizała wargi, krople deszczu spływające po szybie, gdy Michael York pytał, czy jego ciało budzi w niej zwierzęcą żądzę, każdy szczegół ich berlińskiego mieszkania, koszulę Yorka w biało-niebieskie paski… Nie pamiętał tylko wątku homoseksualnego. W pierwszej chwili pomyślał, że ogląda jakąś rozszerzoną wersję. Ale nie. Pamiętał ich taniec we troje, z Maximilianem von Heune, błękitny sweter i złotą papierośnicę, pamiętał: „Pieprzę go” Lizy i odpowiedź Yorka: „Ja też”. Wtedy tego nie zrozumiał. Widzi się to, co się wie.

Może ojciec podróżował, bo chciał uciec z domu? Bo na świecie było mnóstwo kobiet piękniejszych i bardziej pociągających niż mama Mikołaja? Jeśli nawet był to powód, to poboczny. Ojciec specjalnie się nie krył ze swoimi romansami – nigdy nie wysilał wyobraźni i nie opowiadał historyjek, gdy wieczorem wychodził z domu. Mówił: „Nie wiem, kiedy wrócę”, brał kapelusz i znikał na całą noc. Mama nie robiła awantur, zachowywała się tak, jakby wszystko było w porządku. „To jest związek otwarty” – powiedział Mikołaj babci utyskującej na jego ojca. Przeszedł już do ósmej klasy i przepełniała go duma, że jest taki dorosły i znalazł wytłumaczenie odmienności więzów łączących rodziców. „Jaki związek? – spytała babcia. – Biedne dziecko, on ci tak mąci w głowie? Bezbożnik, wstydu nie ma!”

Ciekawość. To powodowało ojcem. Dlatego objechał cały świat, dlatego zmieniał kochanki, dlatego naprawdę zaczął rozmawiać z synem, dopiero gdy Mikołaj kończył liceum. Dzieci go nie interesowały – nie miały nic ciekawego do powiedzenia, niczego nie widziały ani nie przeżyły.

A co jego samego gnało w świat? Chęć dorównania ojcu.

Mikołaj, który w rozmowie zawsze poświęcał prawdę na rzecz barwności historii, nigdy się nie okłamywał. Doskonale wiedział, że ukryta rywalizacja z ojcem była motorem wszystkich jego poczynań. Ojciec, nawet jeśli to wyczuwał, a był mistrzem odgadywania nastrojów, nie brał udziału w tym wyścigu. Mikołaj boleśnie zdał sobie z tego sprawę, gdy powiedział ojcu, że też pisze, i w odpowiedzi usłyszał: „Po co zapalać świeczkę, gdy świeci słońce?”.

Ojciec debiutował w sześćdziesiątym trzecim roku jako osiemnastolatek. Rok później, dzięki protekcji samego Jerzego Andrzejewskiego, zaciągnął się na drobnicowiec płynący do Dżakarty, potem – zanim w sierpniu Amerykanie rozpoczęli zmasowany atak – łodzią rybacką przedostał się z Indonezji do Wietnamu, wstąpił do Wietkongu i plątaniną ścieżek przez góry i dżunglę, zwaną górnolotnie szlakiem Ho Chi Minha, dotarł do Laosu. Tam zrzucił drelichowy mundur i sandały wycięte ze starych opon, w których chodzili wietnamscy żołnierze, i jakimś sposobem – którego w żadnej ze swych książek nie zdradził – został tłumaczem u Amerykanów, wtedy jeszcze łudzących się, że zajmą miejsce wycofujących się z Indochin Francuzów. Bywał w pałacu ostatniego króla Laosu, przeżył płomienny romans z laotańską księżniczką i razem z nią uciekł do Tajlandii, a potem – przed nią – do Indii i w listopadzie sześćdziesiątego czwartego roku spadł jak kot na cztery łapy w Bombaju. „W czepku urodzony” – zawsze tak o sobie mówił.

Mikołaj nie miał pojęcia, co w tej opowieści było prawdą, a co zmyśleniem. Jeśli prawdziwa była choćby połowa, nic nie mogło jej przebić, nawet jego pomysł przejścia piechotą z Nagarkoil na czubku indyjskiego trójkąta do Delhi. Tak zaplanował trasę, by w listopadzie dojść do Bombaju. I teraz, czterdzieści cztery lata po ojcu, patrzył z hotelowego okna na Bramę Indii, starając się doszukać sensu w swej podróży.

Wydawało mu się, że odkrył, czemu Europejczycy tak tłumnie tu zjeżdżają, mimo okropnego klimatu, wałęsających się wszędzie brudnych, chudych krów, nędzy, malarii i trądu. Nie, nie chodziło o bhang ani o rosnącą dziko w przydrożnych rowach, na skraju pól czy gdzieś pod bambusowym płotem marychę. A jeśli, to nie tylko o to.

Każdy biały przyjeżdżający do Indii, nawet z biednej Polski, mógł poczuć się jak sahib, bara sahib, wielki pan. Anglicy, którzy tylko najpotężniejszych maharadżów uważali za prawie równych sobie, nauczyli Hindusów, że najlichszy Europejczyk jest od nich lepszy, że sahib mieszka w domu i odpoczywa w klubie, do których tubylcy nie mają wstępu, mówi po angielsku (powoli i wyraźnie, gdy chce być uprzejmy), a jeśli się zniży do nauki kilku słów w hindi, urdu albo malajalam, to są to czasowniki w trybie rozkazującym. „Nie jesteśmy w Indiach mili i nie zamierzamy być mili. Mamy coś ważniejszego do roboty” – powtarzali. Hindusi nigdy nie zapomnieli tej lekcji.

W Górach Błękitnych, dokąd Anglicy przenosili się latem, by uciec przed upałami, w jakimś zapyziałym muzeum, gdzie w gablotkach leżały wiktoriańskie młotki do krokieta, korkowe hełmy, wachlarze z pawich piór, a ściany pokrywały zdjęcia Anglików grających w tenisa, przechadzających się wśród różanych szpalerów i pijących herbatę na cienistych werandach, zobaczył tabliczkę z napisem: „NO DOGS OR INDIANS”. „Wisiała na bramie Royal Club – odezwał się tkwiący w kącie stary Hindus o mahoniowej skórze, który sam wyglądał jak zakurzony eksponat. – Kiedyś żona wicekróla chciała wejść do klubu ze swoim pekińczykiem i musiała go zostawić pod opieką służby przed bramą. Anglicy mieli zasady. Pan przyjechał z Anglii, Sir?”

Wszyscy brali go tu za Anglika. Brzydził się miejscowymi zakładami fryzjerskimi ze zmatowiałymi lustrami popstrzonymi przez muchy, po kilku miesiącach wędrówki miał więc włosy do ramion. W Bombaju, gdy tylko się wykąpał i oddał rzeczy do prania, poszedł się ostrzyc. „Czyste złoto” – szepnął hotelowy fryzjer, biorąc w dłonie kosmyk jego włosów. „Gej” – przemknęło Mikołajowi przez głowę. Fryzjer tak czule dotykał jego twarzy przy goleniu, że poczuł się nieswojo. To chyba jednak był tylko hołd dla jego jasnej karnacji.

Półki w indyjskich drogeriach uginały się od środków na wybielenie skóry. Czarna skóra to był znak chłopów, ludzi z nizin, pariasów, jasnobrązową szczycili się bramini. Krótkonodzy palacze zwłok, szewcy, garbarze, czyściciele latryn, rzeźnicy, pracze byli czarni i nieczyści, kapłani – wysocy, o skórze w kolorze mlecznej czekolady, czasem nawet jasnoocy – byli najczystszymi z czystych. Wyróżniający się w tłumie marchewkową czupryną nieszczęśnicy, którzy zafundowali sobie jej rozjaśnianie, szczególnie tęsknym wzrokiem obrzucali blond włosy Mikołaja.

Słońce wisiało już nisko nad Morzem Arabskim. Barwiło Bramę Indii na różowo. Gdy utonie w oceanie, od razu zrobi się ciemno. Tu nie było długich zmierzchów: słońce gasło, pstryk, jakby ktoś wyłączył światło. Nadmorski bulwar stawał się wtedy mroczny, w świetle padającym z hotelowych okien i nielicznych latarni błyskały tylko lusterka, które obklejały karoce dla turystów.

Woda przypominała płynne złoto. Gdy słońce wschodziło, na chwilę robiła się różowa, jakby ktoś dosypał soli do kąpieli, potem srebrnoszara, w końcu niebieska.

Tego dnia Mikołaj wstał przed świtem, patrzył na wschodzące słońce, daleki horyzont, błękit i mgiełkę nad wodą. Z okna nie było widać śmieci na kamieniach między morzem a betonowym nabrzeżem, migały tylko głowy sprzątaczy, którzy je zbierali jak co rano.

Przypomniał sobie, jak w Tamilnadu dotarł do zachwalanych w przewodniku resztek świątyni. Wdrapał się na wysokie wzgórze, a potem stał wśród zapaskudzonych odchodami ruin i patrzył na rzekę, przeżuwając rozczarowanie. Ładny był jedynie krajobraz.

W Indiach najpiękniejsza jest noc. Nie widać nędzy ani brudu, tylko gwiazdy świecące jak lampy na granatowym sklepieniu. Nie czuć smrodu, tylko słodki zapach kwiatów champaca.

Z korytarza doszły go jakieś głosy, śmiech dziecka, tupot nóg. To też były Indie – ani chwili ciszy.

Uśmiechnął się do siebie, wsunął do torby mały laptop, aparat fotograficzny, portfel. Musi zażyć Indii w wersji luks, zanim ruszy w dalszą drogę.

Nikt chyba nie wie, ile hoteli jest w Bombaju, ale wszyscy słyszeli o Tadż Mahal Palace. Nie miał zamiaru zatrzymywać się w czymś tak nowobogackim, uwiódł go jednak widok. Przyjechał rikszą z obrzeża miasta, bo do Bombaju trzeba wejść przez Bramę Indii, i już nie chciał tracić jej z oczu.

Ameryka pogrążała się w kryzysie, jej waluta była tania jak nigdy i pokój z widokiem na Bramę kosztował niecałe czterysta złotych. Darmo, jeśli wziąć pod uwagę obsługę wytresowaną na angielskich wzorach, niemieckie windy i indyjski przepych.

Mikołaj zjechał do białego marmurowego lobby, skinął na boya i polecił mu wynieść stolik i krzesło do podcieni hotelu. W Tadż gość jest bogiem, gdyby mu się zachciało nocować na zewnątrz i kazałby wynieść łóżko, pewnie nikt by nie zaprotestował.

Jak zawsze w Indiach, uformowała się od razu cała procesja. Jeden boy niósł stolik, drugi krzesło, trzeci poduszkę na krzesło, czwarty i piąty szukali najlepszego miejsca do ustawienia mebli. Przebiegli podcienia, sprawdzając, skąd będzie najlepszy widok, machali rękami, gorączkowo przekonując do swego wyboru, a gdy Mikołaj pokazał miejsce palcem, długo naciskali rogi stolika, żeby się przekonać, czy aby się nie chybocze. Nadszedł szósty z filiżanką na tacy, siódmy z czajnikiem, ósmy z koszyczkiem ciastek, dziewiąty z misternie zwiniętym liściem betelu, żeby gość mógł oczyścić zęby po słodyczach. Dziesiąty boy, najstarszy, wydał kilka krótkich rozkazów i poduszka wreszcie znalazła się na krześle, a podwieczorek na stole.

– Życzy pan sobie jeszcze czegoś, Sir? – spytał.

– To wszystko, dziękuję.

Mikołaj wyjął z kieszeni zwitek banknotów i dał najstarszemu sto rupii, do podziału. Dziesięć rupii – standardowy napiwek dla służby hotelowej, bagażowych, taksówkarzy, rikszarzy, masażystów, samozwańczych przewodników – kosztowało tego lata pięćdziesiąt groszy.

– Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę tylko klasnąć w dłonie. – Najstarszy boy skłonił się nisko. Napomadowana czarna pożyczka na moment odkleiła mu się od czoła.

Procesja ruszyła ku wejściu do hotelu, ale zanim znikła w holu, najstarszy boy skinął na podwładnego, który stanął obok szklanych drzwi. Zwrócił ciemną, prawie czarną twarz w stronę Mikołaja, gotowy na każde skinienie.

Gdy Mikołaj miał dwanaście lat, pierwszy raz pojechał na Zachód, na obóz młodzieżowy do Le Barcarès koło Perpignan. Ulubioną rozrywką ich namiotu było wyszukiwanie we francuskich rozmówkach absurdalnych zdań w rodzaju: „Wino wypijemy na tarasie” albo „Proszę mi przygotować kąpiel, a potem oddać moje rzeczy do prania”.

We wszystkich indyjskich miastach chodnikami ciągnie tłum, jakby ludzie właśnie wyszli z kina czy z kościoła. Jeśli to możliwe, tu było ich jeszcze więcej – Brama Indii to żelazny punkt wszystkich wycieczek, miejsce cumowania statków na Elefantynę, spacerów, randek. W tłumie krążyli sprzedawcy lodów, przekąsek, waty cukrowej, płyt, balonów, haszyszu. Wystarczyło na którymś na chwilę zatrzymać wzrok, a już podbiegał, kłaniał się, wtykał w rękę owoc albo szklaneczkę.

Ludzie się rozstępowali na widok policjantów w zielonych kurtkach, furażerkach, szortach i sandałach, z grubymi owijaczami na nogach i pałką u boku, bosego kapłana w przybrudzonym dhoti, gołego do pasa, z długimi włosami zwiniętymi w kołtun na czubku głowy, mężczyzny w białych szatach, błękitnym turbanie i z girlandą z jaśminu na szyi otoczonego przez chłopców śpiewających i uderzających do wtóru w bębenki.

Mikołaj chłonął obrazy tego ludzkiego mrowia, zapamiętywał ciepły wiatr, który nagle go owiał, miękki, suchy, pozbawiony świeżości, i zapach Indii – woń olejków, kadzidła, gnijącego drewna, dymu z ogniska, świeżego krowiego łajna i ludzkich odchodów.

Myślał o statkach, które tu przez lata przypływały, o ludziach przybywających z przeludnionej Anglii, którzy przyjeżdżali, by zmienić Indie, tymczasem Indie zmieniały ich.

Od morza znowu powiał wiaterek, leciutkie tchnienie oddzielające dzień od zmierzchu. Monsun spóźnił się w tym roku i deszcze ciągle jeszcze zalewały Indie, choć od trzech tygodni powinna już trwać pora sucha. Przed świtem, gdy Mikołaj wyjrzał przez okno, zobaczył wielkie kałuże, które potem wysychały w lepkim indyjskim słońcu, zostawiając szare pyliste ślady na kamiennych płytach nabrzeża.

Przed wejściem do hotelu zatrzymała się riksza. Wysiadły z niej dwie dziewczyny w kolorowych indyjskich sukienkach. Jedna, smagła, z burzą ciemnych loków, z czerwoną chustą na ramionach i czerwoną tilaką na czole, mogła uchodzić za Hinduskę. Druga, blondynka o jasnej skórze, wyglądała jak ucieleśnienie marzeń hinduskich kobiet o pięknie.

Mikołaj patrzył, jak szły w stronę Bramy Indii, swobodne, roześmiane, pełne wdzięku. Gdy weszły w ciżbę, wstał, żeby nadal śledzić je wzrokiem. Wyróżniały się w tłumie turystów, bo choć wielu miało na sobie dhoti albo sari, byli sztuczni, brakowało im gracji tubylców.

Niebo przybrało agresywny pomarańczowy kolor, który stawał się coraz intensywniejszy, niewiarygodnie jaskrawy. Zza horyzontu wynurzyły się brzuchate granatowe chmury.

Mikołaj sięgnął po aparat i zrobił kilka zdjęć.

Rozejrzał się za dziewczynami, lecz nigdzie ich nie było. Wyobraził sobie, że zaprasza je do hotelu, jedzą razem kolację, potem idą do jego pokoju. Już prawie zapomniał, jak to jest być w kobiecie, w jej cipce, ustach, choćby w dłoni. Nie lubił prostytutek, a na zdobywanie kobiet nie miał czasu podczas wędrówki. Rzadko trafiały się takie, które się zgadzały na szybki numerek po kwadransie znajomości. Ostatnia była Amerykanka w kusej, obcisłej sukience, z miseczkami G. Kiedy rozpiął jej stanik, cycki opadły o jakieś dziesięć centymetrów. Wolał jednak prawdziwe duże cycki, trochę zwisające, niż sztuczne, które cały czas sterczą jak napompowane i ani drgną przy pieprzeniu. Przycisnął ją do ściany i zaczął całować. Jego ręce krążyły po jej piersiach, brzuchu, coraz niżej. Była ciepła, miękka i podniecona. Wsunął palce do jej majtek, szybko doszła, a potem rozpięła mu spodnie i wzięła głęboko w usta jego twardy członek. Później on zanurkował między jej uda i jeszcze raz zrobił jej tak dobrze językiem, że aż jęczała.

Poczuł nagły przypływ podniecenia i mimowolnie wyciągnął rękę, jakby mógł dotknąć kobiecych piersi. Co jak co, ale one się Panu Bogu udały, nawet jeśli myślał, że będą służyć tylko do karmienia dzieci. Nie, jeżeli Bóg jest facetem, to na pewno widział w nich coś więcej niż wybrzuszenie na ciele.

Tłum na nabrzeżu zafalował, ludzie zaczęli się rozbiegać i nagle z nieba popłynęły strugi deszczu. Żaden Hindus nie ośmielił się wejść na hotelowy teren, tylko turyści z piskiem chronili się pod arkadami.

– Ale lunęło! – usłyszał nagle po polsku za plecami.

– Widziałam tę chmurę i od razu miałam złe przeczucia.

– Czyżbym słyszał szeleszczącą mowę małego plemienia? – spytał, odwracając się do nich.

Przeczucie go nie myliło: zobaczył dwie dziewczyny, brunetkę i blondynkę, które niedawno obserwował.

Zaśmiały się wesoło.

– Tak, jesteśmy z kraju na samym rogu starej mapy, ojczyzny jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości – powiedziała jedna.

– Zasypiamy w szeleszczących słowach, budzimy się w słowach, łagodne rzeczowniki: las, okręt albo chmura odrywają się od nas, las odchodzi za linię horyzontu, okręt odpływa bez śladu i przyczyny – dodała druga. – A chmura zalewa nas deszczem, choć wie, że żegnamy się z Bombajem i nieładnie tak robić.

Zapomniał języka w gębie, co już dawno mu się nie zdarzyło. Pierwszy raz spotkał dziewczyny, które mówiły Herbertem.

– Cześć, jestem Mikołaj – wyjąkał wreszcie.

– Święty? – spytała brunetka.

Pokręcił głową.

– Wioletta. Mówią na mnie Wiolinka.

– I ty na to pozwalasz? – Powoli odzyskiwał rezon.

Blondynka zmrużyła oczy.

– Mikołaja imię daję, rzekła mama, gryząc piernik, bo trzej byli Mikołaje: Rej, Szarzyński i Kopernik – wyrecytowała.

Znowu się roześmiały, a on znów nie wiedział, co powiedzieć.

– Skąd jesteście? – spytał w końcu.

– Ze wsi. Dlatego jesteśmy takie oczytane. Wiesz, te długie zimowe wieczory, kiedy snopy zwiezione już z pola, gęsi oskubane… – Blondynka zachichotała. – Nie mamy kina ani telewizji, zostają nam książki.

– A ty? – zapytała Wiolinka.

– Ja mam telewizję, kino też. Mieszkam w Krakowie.

Trąciły się łokciami i widział, że ostatkiem sił powstrzymują się od śmiechu.

– Duże miasto – zauważyła blondynka. – Byłam ze szkoły z wycieczką. Rynek, Wawel, ale nie będę ci opowiadać, bo na pewno tam byłeś.

– Napijecie się herbaty? – Pokazał na stolik. Może smarkule poczują respekt, gdy się zorientują, że mieszka w Tadż.

Skinął na boya, który nadal stał przy wejściu do hotelu, i kazał mu przynieść dwa krzesła i świeżą herbatę.

Po minucie z hotelu wyszła procesja niosąca to, co zamówił, filiżanki, ciastka.

Nie patrzył na dziewczyny, ale słyszał ich stłumiony chichot.

– Mieszkasz tu? – spytała Wiolinka i zanim zdążył odpowiedzieć, dodała: – No nie wstydź się, ktoś musi tu mieszkać.

W końcu i on się roześmiał. Od razu poczuł się lepiej.

– Długo tu zostajecie? – spytał.

Blondynka spojrzała na zegarek.

– Za pięć godzin musimy być na lotnisku. Lecimy na Goa. Przez trzy tygodnie pilnie zwiedzaliśmy, teraz chcemy się pobyczyć na plaży, popływać w oceanie.

– Jesteście tu z wycieczką? – spytał, słysząc „zwiedzaliśmy”.

– Nie, z braćmi.

– Nie boicie się rekinów?

– Najlepszy sposób na rekina to kopnięcie w nos. Podobno to je peszy – odrzekła poważnie.

Mikołaj dawno tyle się nie śmiał.

Ściemniało się. Nabrzeże pustoszało. Mężczyźni zawijali głowy w białe chusty i układali się do snu na chodniku. Między śpiącymi biegały szczury, dziwne, z krótkimi zadartymi do góry ogonami.

Zauważył, że blondynka, Kasia, też patrzy w tamtą stronę.

– Widziałem w Tamilnadu, jak w gaju mangowców mali chłopcy opychają się owocami. Zjadali je ze skórą, tylko pestki wypluwali. Szedłem z chłopakiem, który mnie zaczepił, powiedział, że studiuje w Bangalore i chciałby poćwiczyć angielski. Pokazałem na chłopców: „Brzuch ich od tego rozboli”. A on na to: „Mamy takie przysłowie: co znaczy nieszczęście, kiedy wszyscy razem jesteśmy nieszczęśliwi”.

– Myślisz, że bardzo różnią się od nas? Bo mnie się wydaje, że trochę są do nas podobni, na przykład są wrażliwi na to, co powiedzą cudzoziemcy.

– To chyba stąd ich troskliwość – dodała Wiolinka. – Z początku pytaliśmy o drogę, gdy gdzieś zabłądziliśmy. Ludzie się zatrzymywali, dyskutowali i w końcu pokazywali nam drogę, nawet jeśli jej nie znali. Taksówkarz albo rikszarz też potrafił ruszyć na los szczęścia, bo a nuż uda mu się trafić. Potem się zatrzymywał, pytał przechodniów, raz nawet się okazało, że pojechaliśmy w przeciwnym kierunku. – Spojrzała na zegarek. – À propos taksówki. Musimy się zbierać.

– Zostańcie jeszcze. Może dacie się zaprosić na kolację? – Machnął ręką w kierunku wejścia do Tadż.

– W tym hotelu pewnie jest angielskie jedzenie? – spytała Wiolinka. – To znaczy niejadalna hinduska wariacja na temat paskudnej angielskiej kuchni? Kanapki z wysuszonym ogórkiem, twardy jak śrut zielony groszek i zakalcowaty biszkopt posypany kardamonem?

– Nie, jest w porządku. Ale możemy iść gdzie indziej.

– Nostalgiczne jedzenie – powiedziała Kasia w zamyśleniu. – Chcieli myśleć, że są w domu, tylko że kucharz nie miał pojęcia, co to jest pudding, bo go nigdy nie widział. To tak, jakby ktoś miał zrobić somosy, ale znał tylko ruskie pierogi.

– Kaśka, nie bądź taka wyrozumiała. W ich panowaniu tutaj nie było nawet cienia chęci zrozumienia tego kraju.

– A my co? Rozumiemy ten kraj? Jesteśmy jak Amerykanie, którzy przyjeżdżali do PRL: na wszystko było ich stać, czuli się jak królowie, ale czego dowiedzieli się o Polsce, prócz tego, że jest biedna? Zobaczyli kolumnę Zygmunta, Wawel, tak jak my zobaczyliśmy Czerwony Fort i Kutb Minar. Wiemy, jak wyglądają, ale jakie są? Mikołaj, ty widziałeś prawdziwe Indie?

– Może kawałeczek. Anglicy twierdzili, że trzeba tu spędzić dwadzieścia lat, żeby choć trochę je poznać.

Kasia miała rację – prawdziwe Indie wymykały mu się z rąk, prześlizgiwały się obok, gdy patrzył na ciemne twarze, turbany, chłopców jedzących mango, mężczyzn śpiących na chodniku i biegające między nimi szczury. Turysta, nawet wędrowiec, widzi tylko widoki, rzadko – ducha.

– Czym się różni wizyta Anglika od wizyty Hindusa? – spytała Wiolinka. – Anglik nie żegna się i wychodzi, Hindus żegna się i zostaje. Do lotniska kawał drogi. Musimy iść.

Gdzieś niedaleko rozległy się pojedyncze wystrzały. Spojrzeli na niebo, ale było ciemne.

– Fajerwerki? Dziś jest jakieś święto? – Kasia spojrzała pytająco na Mikołaja.

– Nie wiem.

Wystrzały się powtórzyły, ktoś gdzieś krzyczał.

– Chyba coś się stało – powiedziała Wiolinka.

Nagle zza rogu wybiegli ludzie. Słychać było tupot nóg, w półmroku bielały twarze i ubrania.

– Co się dzieje?! – zawołał hotelowy ochroniarz, wychodząc im naprzeciw.

– Strzelają!… Mają automatyczną broń!… Zabili ludzi w Leopold Café!… – rozległy się paniczne głosy.

Dziewczyny zerwały się od stolika.

Mikołaj też wstał i otoczył je ramionami.

– Spokojnie! – powiedział. – To pewnie zaraz się wyjaśni.

Przyjemnie było trzymać je w objęciach. Nagle zdał sobie sprawę, jak mu brakowało takich rozmów, śmiechu, wygłupów, jaki był samotny.

Ochroniarz wbiegł do hotelu i zamknął szklane drzwi.

Ludzie zaczęli walić w nie pięściami, krzyczeć. Jakaś kobieta głośno płakała. Niektórzy byli boso albo w jednym bucie, widocznie zgubili je w panicznej ucieczce.

– Otwórz te cholerne drzwi! – wołali do ochroniarza.

Ten jednak nie ustępował.

– Nie ruszajcie się stąd – powiedział Mikołaj. – Spróbuję się czegoś dowiedzieć.

Podszedł do szturmujących wejście do hotelu i zagadnął stojącego z boku mężczyznę.

Rozmawiał z nim chwilę, potem wrócił do Kasi i Wiolinki.

– To chyba jednak coś poważnego. Podobno telewizja podała, że terroryści zaatakowali Dworzec Wiktorii, doki i jakiś szpital.

– A lotnisko? – spytała Kasia.

– Nic o tym nie mówili.

Znowu je objął, tym razem mocniej.

Ludzie sforsowali drzwi do hotelu, albo może obsługa je otworzyła, i tłum wlał się do środka.

Wiolinka wysunęła się z objęcia Mikołaja.

– Chodźcie! – zawołała. – Schowamy się tam! – I popędziła w stronę drzwi.

W pierwszym odruchu Mikołaj chciał jej posłuchać, zaraz jednak zwrócił się do Kasi:

– Zostań tutaj. Nigdzie nie odchodź. Jeśli zaatakowali tyle ważnych punktów, to mogą przyjść i tu.

Uścisnął dziewczynę. Miał ochotę ją pocałować, lecz się nie odważył.

Szybkim krokiem wszedł do hotelu. Za nim wbiegła nowa grupa ludzi – mężczyźni i kobiety, biali i ciemni.

Złapał Wiolinkę za ramię.

– Wychodzimy! – zawołał. – Tu nie jest bezpiecznie!

– Jak to?

– Potem ci wytłumaczę. Chodź!

Nie było łatwo biec pod prąd. Co chwila ktoś na nich wpadał albo ich popychał. W końcu jednak wydostali się na zewnątrz.

Mikołaj zobaczył wielkie jak spodki oczy Kasi. Pomyślał, że jest przerażona, ona jednak nie patrzyła na hotel, tylko na jego nogę.

Gdy przedzierał się przez tłum, nogawka płóciennych spodni się podwinęła. W świetle lamp zapalonych pod arkadami błyszczał metalowy kikut.

„To koniec – pomyślał. – Koniec marzeń o oczytanej Kasi ze wsi”.

Potrząsnął nogą i nogawka opadła.

– Zawiozę was na lotnisko – powiedział, nie próbując już ich obejmować. – Po drodze się zorientujemy, co się dzieje…

Jeszcze nie skończył zdania, gdy przed hotelem zatrzymała się taksówka. Wyskoczyło z niej dwóch młodych mężczyzn.

– To nasi bracia – powiedziała Kasia i pomachała do nich.

– Kaśka! Wiolka! – zawołali. – Chodźcie! Trzeba stąd wiać!

– Jedźcie.

– A ty?

– Nic mi nie będzie, Kasiu ze wsi. Może jeszcze się spotkamy i opowiesz mi o Wawelu.

Nachyliła się i pocałowała go w policzek.

„Jesteś durniem – pomyślał, gdy taksówka odjechała. – Trzeba było wziąć jej numer telefonu. Ona nie jest taka jak inne”.

Gdzieś z wnętrza hotelu dobiegła seria z karabinu maszynowego, potem następna.

Mikołaj chwycił ze stolika swoją torbę, nachylił się, przebiegł przez ulicę i plac, skulił się przy kamiennym nabrzeżu.

Gdy hotel otoczyła policja, wyszedł z kryjówki.

– Odsunąć się! Odsunąć! – zawołał na jego widok policjant.

– Mieszkam w Tadż.

– To ma pan szczęście, że nie jest pan w środku.

W tej samej chwili rozległa się seria z automatu i z hotelowego okna posypało się szkło. Policjanci ukryli się za radiowozami.

Mikołaj przykucnął przy jednym z nich.

– Jednostki antyterrorystyczne są w drodze? Pytam, bo mieszkam w Tadż.

Policjant zmierzył go niechętnym spojrzeniem. Przez chwilę rozważał chyba, czy to tajemnica państwowa, czy też może udzielić informacji.

– W Bombaju nie ma takich jednostek. Sprowadzimy je z Delhi.

„Półtora tysiąca kilometrów – pomyślał Mikołaj. – Trochę to potrwa”.

Cofnął się w stronę nabrzeża, zastanawiając się, co robić.

Wokół hotelu przybywało radiowozów, pojawiły się wozy telewizyjne, gromadzili się ludzie.

Mikołaj poczuł wibrowanie telefonu.

– Mikołaj? Jesteś cały?

– Tak.

– Uff! Mówią o tym w naszej telewizji. Gdzie jesteś?

– Przed hotelem.

– Nie wracaj tam. Chyba nie zostawiłeś w pokoju niczego cennego?

– Tylko trochę ubrań.

– Dziesięć po ósmej masz samolot Lufthansy do Krakowa, z przesiadką w Monachium. Bilet będzie czekał w kasie.

Radość, że nie będzie musiał iść dalej, że to koniec indyjskiej wyprawy, na moment go obezwładniła.

– Dziękuję, tato.

– Nie ma sprawy, synku.

 

 

 

 

 

 

 

1

 

 

Byłem w Kentaki

Pętaki

Byłem w Ohajo

Chlają

Byłem w Ajowa

Boli głowa

 

Floryda

Ohyda

Kalifornia

Potworna

Bo tylko w Sochaczewie

Wszystko jest w słońcu i śpiewie

Kto nie był w Sochaczewie

Ten o życiu nic nie wie

A ja mu nie wytłumaczę

My sweet country, Sochaczeff

 

Jonasz Kofta, Sweet country

 

 

Jaga zostawiła auto na Worcella. Parking znowu podrożał. Przez chwilę zatęskniła za ROVIGO, za pracą, do której miała kilkanaście minut piechotą.

„Weź się w garść, idiotko – pomyślała. – Odkąd to odległość z domu do biura jest najważniejszą cechą pracy?”

Z początku, gdy miała tylko wydatki i pieniądze na koncie topniały w zastraszającym tempie, zdarzało się, że tęskniła za ciepłym etatem w przytulnej korporacji. Pokaźny przelew co miesiąc, darmowa siłownia, karnet na basen, firmowe wyjścia na kręgle i troska tylko o to, by w porę odebrać garsonki z pralni. Wystarczyło jednak, że rano wyszła z kawą na taras i spojrzała na jezioro albo w południe szła cichym zimowym lasem, a Pareras biegł przodem, tropiąc jakieś stworzenia, które zostawiły ślady na skrzącym się od słońca śniegu, by ogarnęło ją dziwnie błogie uczucie. Nawet w myślach nie chciała go nazywać, żeby nie zapeszyć. Wiedziała jednak, że to szczęście.

Do tej pory zawsze ktoś jej mówił, co ma robić: rodzice, pani w szkole, szef, facet, z którym mieszkała. Teraz była wolna. Sama wyznaczała sobie zadania i dbała o to, by miały sens. Nie musiała siedzieć na nikomu niepotrzebnych spotkaniach, wypełniać idiotycznych arkuszy, robić w niedzielę jajecznicy, choćby nie miała na nią ochoty, bo Kamil w każdą niedzielę jadł ją na śniadanie. Nawet sobie nie zdawała sprawy, że w korporacyjnym kołowrotku straciła to, co najważniejsze: związek z warsztatem pracy, ze swoim domem, swoją okolicą i sąsiadami. W Zagórzu stopniowo go odzyskiwała.

Przed rokiem miała kryzys. Ciepła jesień nagle się skończyła i pewnego ranka na początku grudnia zobaczyła świat przykryty śniegiem. Jeszcze poprzedniego dnia wylegiwała się w wannie na tarasie, a tu nagle ciach i zima. Akurat miała umówione spotkanie w Krakowie. Spóźniła się prawie pół godziny, bo nie pomyślała, że odśnieżanie drogi do bramy zajmie jej tyle czasu i że będzie po nim spocona jak mysz. Klient był obrażony, choć dwa razy dzwoniła z trasy i go przepraszała. Słuchał jej, błądząc wzrokiem po kawiarni, i każdym gestem, każdym słowem dawał jej odczuć, że nie jest profesjonalistką i nie można jej ufać. „No cóż, zastanowię się – powiedział na odchodnym. – Nawet biura pani nie ma. Taka trochę firma krzak”. Wiedziała, że nic z tego nie będzie.

Pojechała potem do Meli na obiad. Patrzyła, jak Mateusz dotyka dłoni siostry, słuchała ich przekomarzań. Mela zapaliła świece, w powietrzu unosił się zapach pieczonych jabłek i cynamonu. Jaga chętnie zostałaby na noc, ale w Zagórzu czekał Pareras.

Chodnik przed domem Meli był zamieciony, jezdnia czarna, lampy jasno świeciły. Na drzewach jarzyły się lampki choinkowe, w parku Krakowskim ustawiono skrzydlate anioły, ludzie przystawali przed wystawami. W mieście było tyle życia, za nim tylko ciemność.

Jechała czarnym tunelem rozjaśnionym jedynie reflektorami samochodu. Po bokach z rzadka migały mdłe światełka z okien domów, ale gdy skręciła z szosy bielskiej, i to się skończyło. Dojechała do bramy, otworzyła ją. Na szczęście śniegu napadało niewiele, mogła wjechać do garażu. Zgasiła światła i otoczyła ją nieprzenikniona ciemność. A gdy sobie wyobraziła, że padało cały dzień i musiałaby odśnieżyć choć kawałek podjazdu, zachciało jej się płakać.

W schowku miała latarkę. Zamknęła garaż i bramę. A gdyby się potknęła, złamała nogę albo straciła przytomność? Rano jej zamarzniętego trupa znalazłby Witek Kaleta, który odśnieżał drogę.

Nie miała siły na spacer z Parerasem, wypuściła go tylko do ogrodu, a potem zapaliła wszystkie lampy na dole. Zrobiło jej się trochę cieplej i przestała się trząść. Włączyła grzejnik konwektorowy, który Mateusz zainstalował w październiku. Marudziła, że nie pasuje do salonu, i zgodziła się tylko na ten jeden, na próbę. Teraz, czując ciepły podmuch, pomyślała, że jak zwykle miał rację. Nalała sobie kieliszek wina, wyciągnęła płytę na chybił trafił. Aznavour. Słuchała fortepianu w She, odruchowo bębniąc palcami w oparcie kanapy i starając się zapomnieć, że jest sama na odludziu.

Pareras zaszczekał na tarasie. Wstała, żeby mu otworzyć, gdy nagle płyta ucichła, światło zgasło. Zrobiło się tak ciemno, że nie widziała swej ręki z kieliszkiem. Po omacku odstawiła wino na stół, otworzyła drzwi na taras. Oczy Parerasa jarzyły się w mroku. Uklękła, przytuliła twarz do jego wilgotnej sierści i zaczęła płakać. „Jutro wracam do Krakowa – myślała. – Dość mam tego zadupia, tych obcych ludzi, których nic nie obchodzę…”

Na zewnątrz było jaśniej niż w domu, bielał śnieg, świecił księżyc i przez łzy widziała poruszające się w ogrodzie cienie. To gałęzie czy może ktoś się skrada? Serce szybciej zaczęło jej bić. Tam, za drzewem, ktoś stoi. Ma coś w rękach… Strzelbę?

„To tylko cienie” – tłumaczyła sobie, ale otaczająca ją pustka robiła swoje. W głowie zaczął jej się rozwijać film: jakiś bandzior wyskakuje zza drzewa, strzela do niej, potem do Parerasa, oboje padają na taras, śnieg robi się czerwony od krwi…

Zerwała się, wciągnęła psa do pokoju, zamknęła drzwi, zasunęła zasłony. Poczuła się jeszcze gorzej. Była uwięziona w ciemnym domu, a na zewnątrz czaiło się coś okropnego.

Ciężko dysząc, namacała na stole zapałki i zapaliła świeczkę, potem drugą i trzecią.

Podskoczyła, gdy zadzwoniła komórka. Pani Aniela. „Dzwonię, żeby ci powiedzieć, że to grubsza awaria i trochę potrwa. Może do mnie wpadniesz, upiekłam dziś szarlotkę”. „Dziękuję, ale marzę, żeby się położyć. Właśnie wróciłam z Krakowa. Padam z nóg, bo musiałam jeszcze odśnieżyć podjazd” – skłamała, żeby usprawiedliwić krótki oddech. Dyszała jak po biegu i pani Aniela na pewno to słyszała. Ledwie się rozłączyła, zadzwoniła Anita, a potem Gosia. Obie zapraszały ją na noc. „Wiem, jak się czujesz – powiedziała Gosia. – W pierwszą zimę pakowałam się ze trzy razy, żeby wrócić do rodziców”.

Jaga pociągnęła nosem. Oczy jej zwilgotniały na to wspomnienie. Na wsi liczy się przede wszystkim rodzina. Ludzie się z sobą nie przyjaźnią, po prostu są sąsiadami, i tyle. Największym problemem dla przybysza nie jest palenie w piecu ani przetykanie rynny, tylko samotność. A w taki wieczór jak tamten przed rokiem – samotność do entej potęgi.

„A w mieście się przyjaźnią? – pomyślała, skręcając z Zacisza w Basztową i przechodząc na drugą stronę, na Planty. – Ile osób z bloku na Ruczaju poznałaś przez ten rok? Pięć, może sześć, i to tylko z widzenia”.

Zwolniła kroku, bo zanim wysiadła z auta, zmieniła kowbojki na szpilki. Chodniki były zamiecione, alejki na Plantach już nie.

Zawsze jej się wydawało, że na Pijarskiej od strony Plant są same banki, tymczasem przy bramie kamienicy, której szukała, nie zobaczyła żadnej firmowej tabliczki. Nacisnęła guzik domofonu, masywne drzwi się otworzyły. Klatka schodowa była wyłożona szarym marmurem, w witrażu w oknie na półpiętrze pysznił się kolorowy paw z rozłożonym ogonem. Jaga na moment przystanęła na półpiętrze. Latem liście pozwalały myśleć, że dom stoi w ogrodzie, że miasto jest gdzieś daleko. Teraz przez nagie gałęzie kasztanowców widziała Basztową, samochody, tramwaj.

W otwartych drzwiach na pierwszym piętrze czekała na nią elegancka kobieta w średnim wieku. Jaga pomyślała, że to żona pana Cieszkowskiego. Gdy rozmawiała z nim przez telefon, powiedział, że chodzi mu o wyjazd dla dwóch osób.

– Dzień dobry. – Kobieta uśmiechnęła się do Jagi. Miała piękne zęby. – Pan Cieszkowski czeka na panią.

„A więc sekretarka albo gosposia, nie żona”.

Kobieta wzięła od niej płaszcz i poprowadziła ją długim korytarzem.

Jaga z zachwytem patrzyła na mozaikowy parkiet. Biegnąca po bokach misterna bordiura, mająca kształt gałązki z drobnymi listkami, była ułożona z jakiegoś egzotycznego ciemnego drewna.

„Taką podłogę chciałabym mieć w salonie” – pomyślała.

Od jakiegoś czasu zastanawiała się nad wymianą parkietu, zamówiła nawet katalog firmy specjalizującej się w podłogach zwanych pałacowymi. Podłogi były piękne, godne króla, niestety, tylko na królewską kieszeń.

Kobieta zatrzymała się przy uchylonych drzwiach, zapukała.

– Przyszła pani Barska – zaanonsowała.

Na widok Jagi szpakowaty mężczyzna, pochylony nad rozłożoną na stole mapą, wstał i podszedł do niej, wyciągając dłoń na powitanie.

– Dzień dobry – powiedział. – Dziękuję, że zechciała się pani do nas pofatygować. Kochanie – zwrócił się do siedzącej na skórzanej kanapie dziewczyny, która odłożyła kolorowe pismo – to właśnie pani Barska. To ona zorganizowała Jankom te fantastyczne wakacje w Szwecji.

Jaga westchnęła w duchu. Fantastyczne wakacje o mało nie skończyły się widowiskową klapą. Gdyby nie pomoc Gosi, reputacja raczkującej firmy ległaby w gruzach i Jaga musiałaby sobie szukać innego zajęcia.

– Napije się pani whisky? – spytał pan Cieszkowski.

– Chętnie.

– A ty, kochanie?

– Nie, dziękuję.

Jaga jeszcze raz spojrzała na dziewczynę, jakby chciała się upewnić, czy jest pełnoletnia. Dała jej jakieś dwadzieścia dwa, trzy lata. Ciemne włosy postarzają, lecz na jej smagłej twarzy bizantyjskiej Madonny nie było ani jednej zmarszczki, powieki, które na moment zakryły wilgotne sarnie oczy, też były bez skazy.

Jaga miała nadzieję, że dołączy do nich żona pana Cieszkowskiego, że to nie będzie podróż ojca i córki. Dziewczyna wyglądała na rozpieszczoną, poza tym taki wyjazd trudniej zorganizować, bo dzieci chcą czego innego niż rodzice.

Pan Cieszkowski nalał whisky dla Jagi, potem dolał trochę do swojej szklanki, która stała na stole.

Jaga zerknęła na mapę.

– Stany? – zdziwiła się. – Mówił pan o zimowych wakacjach w Europie.

Upiła odrobinę whisky. Poczuła zapach czekolady, miodu i jakby cynamonu, a na języku smak świeżych pomarańczy, potem rodzynek i kakao. Whisky była wyśmienita.

– W zeszłym roku pojechaliśmy do Ameryki. Justynka, to znaczy moja żona, marzyła o Route 66. – Uśmiechnął się do dziewczyny.

Jaga o mało się nie zakrztusiła. Miał żonę młodszą od whisky, którą pił.

– Czytała pani Grona gniewu? – spytał.

To w tej pracy było najtrudniejsze: klienci spodziewali się, że Jaga przeczytała wszystkie książki, w których jest mowa o podróżach, zna wszystkich podróżników, zjeździła cały świat i podzieli się z nimi wrażeniami z Alaski, z Madagaskaru i znad Amazonki.

Na szczęście Grona gniewu należały do ulubionych książek jej taty – mówił: „To jest książka o życiu. Ono tak wygląda” – więc i ona ją przeczytała, a jako dziecko zachwyciła się skrzydlatą świnką, którą Steinbeck wziął za swój znak, dużo zabawniejszą niż nadęty Pegaz.

– Szosa 66 to długa asfaltowa droga, oznaczona na mapie linią falistą od Missisipi do Bakersfield, biegnąca przez cały kraj. To droga-matka, droga-ucieczka – zacytowała zdania, które urzekły ją już przy pierwszym czytaniu.

– Janek Adamski mówił, że jest pani niezwykłą kobietą. – Pan Cieszkowski się uśmiechnął.

„Punkt dla mnie” – pomyślała Jaga.

Zerknęła na dziewczynę, ciekawa, czy i ona docenia jej błyskotliwość. Lecz Justynka nieporuszona siedziała na kanapie w tej samej pozie, z gładką jak u dziecka dłonią na błyszczącej okładce pisma. Jej broda drgnęła i Jadze wydało się, że dziewczyna tłumi ziewanie. Przypomniała jej się Gabrielle z Gotowych na wszystko, która złapała bogatego męża i potem skarżyła się przyjaciółce: „Wiesz, jak strasznie się dziś nudziłam? O mały włos, a zabrałabym się za sprzątanie domu!”.

– Jak udała się podróż? – spytała Jaga. – Czy marzenie dorównało rzeczywistości?

Wiedziała, że to niemożliwe. Marzenia nie uwzględniają klimatu, uciążliwości podróży, zwykłego pecha. Biura podróży też o tym milczą. Tymczasem jest za gorąco, za zimno albo leje, najpiękniejszy widok na świecie akurat przesłania mgła, komary tną, a tubylcy nie są tak przyjaźni, uśmiechnięci i skorzy do usługiwania jak na zdjęciach w folderach. Poza tym Ameryka nie każdemu się podoba. Niektórzy widzą tylko wszechobecny banał, który w Europie byłby nie do przyjęcia, choć tam wydaje się na miejscu. Jak puszka zupy pomidorowej na obrazie Warhola.

Pan Cieszkowski przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w mapę.

– Route 66 to brzmi magicznie, prawda? Osiem stanów, trzy strefy czasowe… A to tylko beton i asfalt, paskudne neony i głupie reklamy, jadłodajnie z ciężkim jedzeniem i grubymi kelnerkami.

– Pamiętasz pierogi w Chicago? – ożywiła się na moment jego żona.

– Zobaczyliśmy reklamę polskich pierogów i weszliśmy do baru na małe ruskie. Smakowały inaczej niż w Krakowie u pani Stasi i powiedziałem o tym kelnerce. Ona na to: „Lepsze niż oryginalne, prawda?”. Na Boga! Jak można ulepszać oryginalność! Wie pani, Ameryka jest w gruncie rzeczy prymitywna, a to ich brutalnie dobre samopoczucie… W jakimś muzeum, bodajże w Kansas, pokazano nam autentyczną kopię Wenus z Milo. Autentyczną kopię! – Wzniósł ręce do nieba. – Widzieliśmy też pokój w motelu, gdzie kiedyś nocował Clark Gable, a gdy spytałem o prawdziwe zabytki, miejscowy hodowca cebuli z dumą pokazał mi swój siedemdziesięcioletni dom.

Pan Cieszkowski niecierpliwym gestem przesunął mapę na koniec stołu, jakby usuwał Amerykę z pola swych zainteresowań.

Jaga zobaczyła piękny palisandrowy blat. W domu króla plastikowych butów nie widziała ani grama plastiku.

„To chyba art déco” – pomyślała.

Odkąd zamieszkała w Zagórzu, zaczęła interesować się antykami. Do domu Pod Jodłami pasowały tylko stare albo ultranowoczesne meble. Jedne i drugie kosztowały majątek.

– Obiecaliśmy sobie wtedy, że organizację następnych wakacji powierzymy fachowcowi – ciągnął pan Cieszkowski. – Tak jak mówiłem, chcemy wyjechać na święta i Nowy Rok. Zdecydowaliśmy się na Szwecję. Chodzi nam o jakieś miejsce na północy, z pięknym lasem, z reniferami i łosiami podchodzącymi pod dom, z sauną, z której można wskoczyć prosto do jeziora.

– I zorzą polarną – dodała pani Cieszkowska.

O takiej chwili marzy każdy pracujący w turystyce. Ma klientów jak na talerzu. Wiadomo, kiedy i dokąd, wiadomo, jaki program. Wyjmuje błyszczący folder i zaczyna opowiadać, jak będzie pięknie.

Jaga jednak nie zajmowała się tanią masówką. Do niej klient miał wracać i jeszcze polecać ją innym. Był turystą, lecz ona musiała utwierdzić go w przekonaniu, że jest podróżnikiem. Do tego niezbędne było wrażenie autentyzmu, uczestnictwa w czymś niewyreżyserowanym, na przykład w miejscowym życiu, które się toczyło, zanim przyjechał, i będzie się toczyło, gdy odjedzie. Musiała wszystko tak zaaranżować, by wyglądało na spontan, sprawić, by podczas bezpiecznego wyjazdu na Alaskę klient poczuł się jak zdobywca bieguna, w Paryżu jak romantyczny kochanek albo jak car w jakimś krymskim pałacyku.

Ludzie mówili jej, że w nowym otoczeniu pragną kontaktu na wszystkich poziomach, że nie interesują ich hotele ze sztucznymi atrakcjami, bierne oglądanie ani podróbki, takie jak wioski tubylców zbudowane dla turystów. Tymczasem człowiek z natury jest leniwy, prawda go nie obchodzi, a bratanie się z tubylcami to coś na kształt dawnego karnawału – zapomnienie o swej roli społecznej, świat, w którym żebrak na chwilę staje się królem. Bo wakacje, święto niepracowania, są karnawałowym odwróceniem codzienności, czasem, gdy człowiek uwalnia się od zwykłych rygorów. Wtedy chce być po prostu sobą: upijać się, obżerać śmieciowym jedzeniem, bawić się do białego rana, romansować na prawo i lewo.

Nieliczni poświęcali wakacje na szukanie czegoś, co nada sens ich życiu – chcieli pojechać do aśramy, kibucu albo na Syberię, do tamtejszych szamanów. Zdarzali się też pielgrzymi szukający religijnej ekstazy, a czasem po prostu swoich korzeni.

Przez ostatnie półtora roku Jaga miała do czynienia z pełnym spektrum – od ludzi po prostu zmęczonych pracą do pragnących uciec od bezsensu życia. I każdy, kto skorzystał z jej usług, był zadowolony i polecał ją innym, bo sprzedawała nie wycieczki, tylko pakiet prawdziwych doznań. Jej klient, z reguły sybaryta poszukujący nowych przyjemności, miał wrażenie, że wchodzi w inny świat, zanurza się w nim i chłonie go wszystkimi zmysłami. Stworzyła samonapędzający się mechanizm iluzji.

Czymś, co podtrzymuje iluzję, jest jednak prawda.

W wypadku pana Cieszkowskiego postawiła na Włochy. Ponieważ nigdy nie wkładała wszystkich jajek do jednego koszyka, przygotowała się także z tematu Francja, Hiszpania i Niemcy. Szwecję, dzięki Gosi, już dawno opanowała do perfekcji.

– Szwecja, oczywiście – powiedziała profesjonalnym tonem i sięgnęła do aktówki po mapę i folder.

Wiedziała, że państwo Cieszkowscy nie będą zadowoleni z tego wyjazdu. Dwa tygodnie w szarówce albo ciemnościach, bo o tej porze roku słońca nie ma tam wcale, czekanie na mrozie na zorzę, której nie widać, bo niebo jest zachmurzone…

– Najlepszym na świecie miejscem do podziwiania zorzy polarnej jest Abisko. – Jaga dźgnęła palcem mapę.

Justyna podniosła się z kanapy i podeszła do stołu.

– Abisko – powiedziała. – Ładna nazwa. Gdzie to jest? – Położyła delikatną dłoń na brzegu mapy.

– Tutaj. – Jaga pokazała jeszcze raz. – Dwieście kilometrów za kołem podbiegunowym. Na wysokości Murmańska, wyżej niż Islandia. Dalej jest już tylko Spitsbergen. – Dotknęła wyspy na mapie. – Blisko jest stamtąd do Norwegii i do Narwiku.

Do Narwiku było prawie sto kilometrów, lecz w oczach mieszkańców tych pustkowi to rzut beretem.

Jadze wydało się, że słyszy ciche westchnienie. Specjalnie wymieniła Narwik, by Justyna wyobraziła sobie zwiedzanie jakiejś izby pamięci z czasów drugiej wojny.

– Abisko w języku Saamów znaczy „morze lasów”, bo lasy ciągną się aż do Atlantyku.

– Nie wiedziałam, że to tak daleko – cicho powiedziała dziewczyna, jakby nie usłyszała ostatniego zdania.

– Daleko, owszem, tysiąc trzysta kilometrów od Sztokholmu, ale podróż nie jest uciążliwa, bo sto kilometrów od Abisko, w Kirunie, jest lotnisko.

– Rozumiem, że ta miejscowość spełnia wszystkie nasze warunki – odezwał się pan Cieszkowski.

– Tak – przytaknęła Jaga. – To cudownie dzikie, niemal bezludne miejsce, z reniferami, łosiami i niedźwiedziami. Jest tam największe górskie jezioro w Szwecji, a tuż obok park narodowy, jeden z najstarszych na świecie, założony na początku dwudziestego wieku.

Sięgnęła po folder. Jego autorką była Gosia, dlatego prócz oczywistych atrakcji, takich jak Sztokholm czy Uppsala, opisano w nim parki narodowe. Fotografia lasu brzozowego przechodzącego w tundrę pokrytą kolorowymi plamami kwiatów należała do ulubionych zdjęć Jagi.

– Szwedzi lubią tam przyjeżdżać na midsommar, noc świętojańską, bo w tej okolicy przez cały czerwiec słońce nie zachodzi, tundra i łąki pokrywają się kwiatami… – Przewróciła stronę. – Wczesną jesienią jest chyba jeszcze piękniej, kwitną wrzosy, dojrzewają maliny… Zimą Abisko zmienia się w stację narciarską… No, stacja to może przesada, ale jest wyciąg krzesełkowy, kilka tras zjazdowych, gdyby państwo chcieli spróbować narciarstwa zjazdowego, i niezliczona ilość tras do biegania na nartach, tak jak pan sobie życzył.

Zdjęcie oświetlonej trasy nikogo nie dziwiło – w Polsce też jeździ się po zmroku. Twarze wydłużyły się, gdy powiedziała, że zrobiono je o dziesiątej rano.

– Teraz w Abisko słońce wschodzi po jedenastej i zachodzi po niecałej godzinie, w południe. Mniej więcej od połowy grudnia do pierwszych dni stycznia nie pojawia się wcale. Jezioro zamarza, choć zimy są łagodne jak na tę szerokość geograficzną, zaledwie kilkanaście stopni poniżej zera.

Jaga spojrzała na Justynę, myśląc: „Tak, kochana, twoja idealna cera może ucierpieć”.

– Śnieg pada prawie codziennie, ale jak mówią Szwedzi, nie ma złej pogody, są złe ubrania. – Jaga się uśmiechnęła. – Park Abisko leży na końcu świata, daleko od cywilizacji i jej świateł, dlatego jest idealnym miejscem do oglądania zorzy, którą tym lepiej widać, im jest ciemniej. Muszę jednak państwa uprzedzić, że drugim warunkiem jest bezchmurne niebo, a w grudniu, statystycznie rzecz biorąc, bezchmurnych jest tam około dziesięciu dni. Może więc się zdarzyć, że nie zobaczą państwo zorzy.

Jaga kątem oka zauważyła, że broda Justyny zaczyna drżeć.

Nie spotkała jeszcze klientów, którzy wybierając odległy cel podróży, wiedzieli, na co naprawdę się decydują. Jak ta dziewczyna wyobrażała sobie zimowe wakacje na północy Szwecji? Nieskalany błyszczący śnieg, zaprzęg niebieskookich husky pędzących w stronę zachodzącego słońca, klimatyczna sauna jako część miejscowego spa, dyskoteka pełna mężczyzn przypominających filmowych wikingów i zorza polarna na deser?

Pouczanie klientów albo przekonywanie ich do zmiany planów było najgorszą opcją. To oni płacili i oni decydowali, dokąd pojadą. Rzeczowym tonem, jakby wszystko, co mówi, było dla nich oczywiste, mogła jednak odmalować prawdziwy obraz danego miejsca, i to tak, żeby ewidentne z ich punktu widzenia wady przedstawić jako zalety. Państwo Cieszkowscy nie wyglądali na traperów, odludzie, ciemność i mrozy to raczej nie ich klimaty.

Jaga mogła teraz otworzyć katalog na zdjęciu ciemnej sylwetki renifera na tle wspaniałej fioletowo-zielono-niebieskiej zorzy polarnej albo fotografii brunatnego niedźwiedzia opierającego łapy z wysuniętymi pazurami na złamanym pniu i jakby kontemplującego tablicę z napisem po szwedzku i angielsku: „Uwaga, niebezpieczeństwo! W okolicy żyją niedźwiedzie”.

Wybrała niedźwiedzia.

Pan Cieszkowski pociągnął duży łyk whisky. Jaga też się napiła.

– Widziała pani kiedyś zorzę polarną? – spytała Justyna. Głos lekko jej drżał.

– Tak, w Kanadzie.

– Jest taka piękna jak na zdjęciach?

Jaga otworzyła katalog na fotografii zorzy.

– Sto razy piękniejsza. Nawet filmy tego nie oddają. To magia.

Jeśli miała ich zdobyć, to teraz.

Wiedzieli już, że to, co wymyślili, jest nie dla nich. Pan Cieszkowski nie wyglądał jednak na kogoś, kto powie: „Szwecja to zły pomysł. Co nam pani radzi?”. Jeszcze żaden klient rodzaju męskiego nie poprosił jej o pomoc w wyborze celu podróży. Musiała to zrobić Justyna.

Spojrzała dziewczynie w oczy.

– Gdy ją pierwszy raz zobaczyłam, rozpłakałam się ze szczęścia – powiedziała szczerze.

W oczach Justyny zalśniły łzy.

– Tak bardzo bym chciała… – Opuściła głowę i dodała cicho: – Ale te pustkowia, ciemności…

– Świetnie panią rozumiem. Na szczęście zorza polarna pojawia się aż do końca kwietnia, więc żeby ją zobaczyć, niekoniecznie trzeba jechać do Abisko podczas nocy polarnej.

– Naprawdę? – Justyna się rozpromieniła. Chwyciła męża za rękę. – Och, Krzysiu, proszę, jedźmy później! Kiedy wypada Wielkanoc w przyszłym roku?

– W połowie kwietnia – powiedziała Jaga.

– Możemy? – Justyna prosząco patrzyła na męża.

– Możemy, oczywiście, ale przecież marzyłaś o białych świętach, biegówkach… W Zakopanem wszystkie lepsze miejsca już dawno zarezerwowane.

– Pani na pewno coś nam znajdzie. – Justyna uśmiechnęła się do Jagi. – Może zna pani jakiś miły pensjonat albo nieduży hotel, tylko nie w samym Zakopanem, bo nie lubimy tłoku…

Jaga w duchu zatarła ręce.

„Dwie pieczenie przy jednym ogniu” – pomyślała. Poprzedniego wieczoru Gosia powiedziała jej, że goście z Hamburga odwołali przyjazd na święta, bo jedno z ich dzieci złamało nogę, więc gdyby Jaga słyszała o jakichś miłych ludziach…

– Proponuję Zagórze, fantastyczne gospodarstwo agroturystyczne – powiedziała bez żadnych wstępów, wyjmując z aktówki katalog, który zawsze miała przy sobie. – Goście mieszkają w drewnianych chatach, autentycznych, przeniesionych z różnych części Małopolski, są trasy do biegania na nartach, jezioro, sauna, konie pod wierzch, będzie można ubierać choinkę…

„A gdy Gosia opowie wam o Szwecji, o dzieciach przebierających się w Wielki Czwartek za czarownice albo o marcepanowych bułeczkach, to nie będziecie się mogli doczekać wielkanocnego wyjazdu” – pomyślała.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Bogumiła Ziembla-Ziembicka, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

 

Zdjęcia na okładce:

© Yolande de Kort/Trevillion Images

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images

 

 

Redakcja: Anna Sidorek

Korekta: Maria Armata, Wydawnictwo JAK

Skład i łamanie: Andrzej Choczewski, Wydawnictwo JAK, www.wydawnictwojak.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-795-3

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.