Truly - Ava Reed - ebook

Truly ebook

Ava Reed

4,3

13 osób interesuje się tą książką

Opis

W końcu! 21-letnia Andie nie może się doczekać rozpoczęcia studiów w Seattle i ponownego zobaczenia swojej najlepszej przyjaciółki June. Kiedy przyjeżdża do miasta, Andie nie ma ani kredytu studenckiego, ani mieszkania, ale nie pozwala aby to ją zniechęciło. Przez pierwsze kilka nocy śpi na sofie June, dopóki nie znajdzie własnego miejsca. Ale musi opuścić swoje nowe mieszkanie wcześniej, niż oczekiwano. W desperacji zaczyna potajemnie nocować w klubie, w którym pracuje - do momentu, gdy właściciel przyłapuje ją na gorącym uczynku i niespodziewanie oferuje jej miejsce na nocleg. Andie dobrze dogaduje się ze swoimi nowymi współlokatorami; to tylko Cooper jest dla niej zagadką. Czasami jest przy Andie i pomaga jej tak bardzo, jak tylko może. Ale innym razem ją odpycha i
trzyma na dystans. Andie chce wiedzieć, dlaczego i kim naprawdę jest Cooper. Ale szybko zdaje sobie sprawę, że niektóre tajemnice najlepiej pozostawić nierozwiązane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Truly

Redakcja: Dorota Matejczyk

Korekta: Marta Stochmiałek, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Ilustracja na okładce © 2020 by Rhett PodersooProjekt okładki © Andrea Janas – andreajanas.com

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-951-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Dla ciebie, Andrado.

Andie ma imię po tobie. Szczerze mówiąc, często mi ciebie przypomina. Osobę tak niewiarygodnie silną i mądrą, której zdarza się o tym zapomnieć.

Dla ciebie, Sino.

Czekasz na tę książkę, odkąd zaczęłam pisać, mam przed oczami Twój szelmowski uśmiech. Poncz jest na Twoją cześć.

Prawdziwy kochanek to taki, który rozpala cię, całując twoje czoło, patrząc z uśmiechem albo po prostu wpatrując się w przestrzeń.

– Marilyn Monroe

PlaylistaAndiei Coopera

Savage Garden – Truly Madly Deeply

Hozier – Work Song

Billie Eilish – when the party’s over

Kings of Leon – Use Somebody

Macy Gray (Cover by Jasmine Thompson) – I Try

Ella Eyre – We Don’t Have to Take Our Clothes Off

Sting – Fields of Gold

The Script – Breakeven

Florence and the Machine – No Light, No Light

Kodaline – All I Want (Part 1)

Elderbrook & Rudimental – Something About You

Amber Run – I Found

Parson James – Only You

The Heavy – How You Like Me Now(Raffertie Remix)

Old Man Canyon – Phantoms & Friends

Bishop Briggs – The Way I Do

Kygo & Whitney Houston – Higher Love

Mark Ronson ft. Miley Cyrus – Nothing Breaks Like a Heart (in the Live Lounge)

Florence and the Machine – Shake it out

Shawn Mendes & Camila Cabello – Señorita

PROLOG

Czasami życie boli.

Andie

Nigdy w życiu nie wstydziłam się tak bardzo, jak w tym momencie. W każdym razie nie przypominam sobie podobnej sytuacji. Zresztą nieważne, czy ten wieczór naprawdę trafi na szczyt mojego osobistego rankingu koszmarów – akurat teraz tak właśnie się czuję i tylko to się liczy.

Wydaje mi się, że każdy straszny moment jest wszechogarniający. Przysłania wszystkie inne i dlatego twierdzimy, że nigdy w życiu nie czuliśmy się gorzej.

Nie udało mi się zapanować nad sobą. Siedzę na schodach przed restauracją, na dworze, choć temperatura oscyluje pewnie wokół pięciu stopni, w strugach deszczu, który beznamiętnie rozmywa moje łzy. Staram się uporządkować myśli. Bezustannie zadaję sobie pytanie, jak w ogóle do tego doszło, jakim cudem moje życie stanęło na głowie. Nie daje mi to spokoju. Kiedy to się stało i dlaczego? Wiem natomiast, przez kogo. Tego akurat jestem absolutnie pewna.

Dramat? Chaos? Niespodzianki? O nie, ani tego nie chcę, ani nie potrzebuję, a odkąd mamę spotkało to, co spotkało, wmawiam sobie, że w przyszłości uda mi się tego wszystkiego uniknąć.

Kiedy wreszcie czuję, jak zimno mokrych kamiennych schodków przenika przez sukienkę, ni stąd, ni zowąd śmieję się cicho. Spotkało mnie wszystko, czego nie chciałam, za to pragnę czegoś, czego nie mogę mieć.

Moje życie zawsze było poukładane, podobnie jak ja. Do dziś. Dopóki nie przyjechałam do tego miasta, na ten uniwersytet. Dopóki June nie zaciągnęła mnie do tego cholernego klubu. Już wtedy powinnam była wziąć nogi za pas. Może wtedy ominęłoby mnie to całe zamieszanie. Zapewne siedziałabym teraz w domu, z rodziną. Bez studiów, bez poczucia, że zrobiłam coś, o czym zawsze marzyłam, ale szczęśliwa… O wiele szczęśliwsza.

A może jednak nie?

Ukrywam twarz w dłoniach, ciężkie kosmyki zsuwają się z moich ramion, zasłaniają oczy. Łzy spływają mi po policzkach. Z restauracji wychodzą elegancko ubrani goście, mijają mnie na schodkach. Inni wchodzą do środka. Są jak cienie, nie do końca obecni, nie do końca wymyśleni.

Nadciąga mgła. Niewiele widać. Ciemnobrązowe włosy zwisają mi smętnie wzdłuż ramion. Rozpięty płaszcz nie chroni przed zimnem, ale nie mam ani ochoty, ani siły, by coś z tym zrobić. Dygoczę, a jednak nie jestem w stanie wziąć się w garść i ruszyć z miejsca. Ktoś z restauracji pyta, czy się dobrze czuję, czy można mi pomóc. Nie, wszystko w porządku, nie, nie można. Naprawdę nie. Dlatego tylko pokręciłam głową. Sama nie wiem, czy tę osobę naprawdę to obchodziło, ale miło, że miała dość odwagi, by zapytać.

Deszcz nie słabnie, wali we mnie jak perkusista w talerze – szybko, rytmicznie, z pasją. Kiedy w końcu zmuszam się, by podnieść głowę i nie pogrążyć w rozpaczy, z trudem przełykam ślinę i wzdycham głośno. Wszystko we mnie krzyczy, że już za późno.

Siedzę na tych schodkach, przeklinam samą siebie, patrzę na obłoczki oddechów rozpływające się na zimnym powietrzu, zamarzam, cieknie mi z nosa. Z nosa, którego już nie czuję.

Nic nie widzę, mam brudne okulary, mokre i zamglone. Zdejmuję je.

Lewą ręką niemal odruchowo sięgam do przemoczonej malutkiej materiałowej torebki, chowam okulary, wyjmuję komórkę. Bateria lada chwila się rozładuje, wyświetla się lekko zamglona, ostrzegawcza czerwona informacja, że zostało cztery procent energii. Zdaje się ze mnie drwić. Odgarniam mokre kosmyki z czoła i ust, przemywam oczy spływającym wciąż po mojej twarzy deszczem, mam w nosie, co będzie z resztkami makijażu, o ile jeszcze jakieś zostały, i wpatruję się w wyświetlacz. Przeglądam imiona na liście kontaktów, ale cały czas wracam wzrokiem do jednego.

„Nie zadzwonię do niego”.

Niewiele jest osób, które mogłabym zawiadomić i poprosić, żeby po mnie przyjechały, i tak naprawdę żadnej z nich nie chcę widzieć.

Chciałabym, żeby June tu była, na tę myśl znowu chce mi się płakać. A jednak do niej nie zadzwonię. Może dlatego, że mi wstyd. Może dlatego, że zbyt wiele musiałabym tłumaczyć, także rzeczy, których sama właściwie nie rozumiem. Choć do tej pory nigdy nie miałam oporów, by opowiedzieć coś najlepszej przyjaciółce. Więc właśnie dlatego, a jeszcze – bo jestem silną kobietą, którą to wszystko po prostu przerasta.

W pewnym momencie każdy ma dość. Każdy może się wpakować w dziwaczną, niezrozumiałą sytuację. Ciągle ktoś dostaje kosza, prawda? Nie powinnam się tym przejmować. Wiem, ile jestem warta. Ale te myśli, ta świadomość, nie mają znaczenia, jeśli tego naprawdę nie czujesz. Nie pojmuję, że najzwyczajniej w świecie sobie poszedł. I jeszcze rzucił pieniądze na stół… Nic nie poradzę, że mam teraz wrażenie, jakby zapłacił mi za ten wieczór. Klnę pod nosem i zaciskam pięść. Prawie jej nie czuję z zimna.

Nieważne, że zapomniałam portmonetki. Nie wzięłabym jego pieniędzy, nawet na taksówkę…

Wydaję z siebie cichy szloch. A potem chęć, by stąd uciec, wejść pod prysznic, a później otulić się w łóżku kołdrą i przepłakać całą noc, bierze górę i w końcu to robię: wciskam zielony guzik.

Odliczam sygnały.

Wszystkiego najlepszego dla mnie…

Rozdział 1

Początek jednej podróży to zazwyczaj koniec innej.

Andie

Pukanie do drzwi to najprostsza rzecz na świecie. Jednak te, przed którymi stoję, z wyraźnymi słojami, oznaczone numerem piętnaście, w budynku B, to coś więcej niż zwyczajne drzwi; a dokładniej – to, co się za nimi kryje, to o wiele więcej niż zwyczajny pokój. Tam czeka coś nowego. Początek i koniec.

Przesuwam wzrok w prawo, widzę u moich stóp wielką brązową torbę podróżną. Plecak cały czas mi ciąży, boleśnie dociskając ramiona. Mam wrażenie, że czuję wszystkie mięśnie karku i szyi, co do jednego.

Zmęczenie desperacko walczy ze zdenerwowaniem i adrenaliną, która buzuje mi w żyłach. Podróż do Seattle była bardziej męcząca, niż się spodziewałam, przede wszystkim dlatego, że nie mogłam się uspokoić odkąd wyruszyłam z domu.

Niezliczone„a co, jeśli…” i„ale” w mojej głowie czasami obejmowały się czule, czasami walczyły zaciekle, ze sobą i ze mną. Z moim nadziejami, marzeniami, wyobrażeniami.

Kiedy zamykałam torbę podróżną, dostałam ataku paniki, który trwa do tej pory. Boję się, że June – lub ja – zmieniłyśmy się za bardzo, że tata i Lucas nie poradzą sobie sami albo że ja nie poradzę sobie tutaj; boję się, że po prostu tego wszystkiego nie ogarnę. Bo nie jestem dość dobra. A co, jeśli ciągle nie jestem gotowa? A co, jeśli nigdy nie będę? A co, jeżeli nie spodobają mi się miasto, studia, uniwersytet? A co, jeżeli nie będzie tak, jak sobie wyobrażałam? A co, jeśli tu nie pasuję? A co, jeżeli będę musiała zrezygnować z marzeń o przyszłości w marketingu i branży eventowej razem z June? A co, jeśli sprawię wszystkim zawód? A co, jeśli…

Mam gonitwę myśli, sama za sobą nie nadążam. Upominam siebie, nakazuję sobie przyhamować, żeby nie oszaleć. Nabieram głęboko powietrza, wstrzymuję oddech, staram się powstrzymać rozpędzające się panikę i chaos. Powtarzam sobie, że to tylko pierwszy z wielu kroków, które prowadzą tam, dokąd chcę dotrzeć. Do cząstki czegoś, o czym marzyłam przez co najmniej połowę swojego życia. Czegoś dobrego. Jak mogę się teraz bać? To szaleństwo. Potrząsam głową, krzywię się. Może dlatego, że w ostatnich latach wiele rzeczy potoczyło się inaczej, niż się spodziewałam…

Tak czy siak jest tylko jeden sposób, by poznać odpowiedzi na moje pytania, by zmierzyć się z lękami: muszę w końcu zapukać do tych cholernych drzwi.

Studenci, rozgadani, radośni, wędrują korytarzem za moimi plecami, wchodzą do pokojów i wychodzą z nich, zaczynają mi się już podejrzliwie przyglądać. W sumie nic dziwnego. Stoję tu przecież tak długo, że nie tylko widziałam, jak dziewczyna z pokoju po drugiej stronie korytarza wyszła i zniknęła, ale też jak kilka minut później wróciła ze smakowicie pachnącą pizzą.

„Skoncentruj się!”. Prostuję barki, unoszę rękę, dostrzegam we wnętrzu dłoni warstewkę potu, więc szybko wycieram ją o dżinsy. Wreszcie zaciskam pięść, podchodzę do drzwi i…

Udało się! Uderzam kostkami dłoni w drewno, raz, drugi, głośniej, bardziej stanowczo, niż się spodziewałam. Wypuszczam powietrze z płuc, odruchowo poprawiam okulary na nosie, żeby siedziały na właściwym miejscu.

A potem opuszczam rękę i czekam.

Po chwili zza drzwi zaczynają docierać docierać do mnie coraz głośniejsze dźwięki, aż w końcu drzwi otwierają się zamaszyście. Teraz już nie myślę, jak może być, jak będzie, już nie wpatruję się w słoje drewna, tylko w twarz mojej najdawniejszej, najlepszej przyjaciółki, której nie widziałam od wielu miesięcy.

„Nie, nie zmieniła się”, przemyka mi przez głowę. Ciągle ta sama cera w odcieniu kości słoniowej, ten sam perfekcyjny makijaż, malutki zadarty nosek, szczere spojrzenie, z którego potrafię wyczytać wszystkie uczucia. Teraz patrzy na mnie ze zdumieniem. Tylko naturalnie jasne włosy są inne, krótsze niż zazwyczaj. O wiele krótsze, zauważam nagle. Końcówki, które dawniej zwisały aż do żeber, teraz nie sięgają nawet barków, niesfornymi, postrzępionymi kosmykami otaczają twarz.

– Andie. – Jej zielone oczy są coraz większe. Przygląda mi się intensywnie, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę ja. Że rzeczywiście tu jestem. Zapewne rozważa, czy mnie nie szturchnąć albo nie uszczypnąć, tak po prostu, żeby sprawdzić. Zamiast tego marszczy czoło, pochyla się odrobinę i w końcu mamrocze ze zdumieniem: – O mój Boże, to naprawdę ty. Naprawdę tu jesteś.

A potem wrzeszczy z radości, błyskawicznie pokonuje dzielącą nas odległość i obejmuje mnie z całej siły. Aż muszę się przytrzymać framugi, zanim odwzajemnię uścisk.

Zapomniałam, że o June można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest cicha. Ma w sobie tyle energii i tak cięty język, że nie sposób jej nie lubić. Ja przynajmniej tak mam. Odkąd sięgam pamięcią, mogę na nią liczyć.

I dlatego moje zdenerwowanie zaczęło się ulatniać, ledwie przed nią stanęłam. Dosłownie czuję, jak się odprężam. Jak z głowy znikają ponure myśli. Natychmiast chce mi się śmiać. I pozwalam sobie na to, bo w tym śmiechu jest wolność, jest ulga. June mi wtóruje, kołysze się ze mną. Tak bardzo się cieszę, że wreszcie znowu słyszę na żywo jej śmiech, który znam od tak dawna. Już nie przez telefon, nie na ekranie.

June zawsze była dla mnie jak siostra i dlatego ostatnie miesiące bez niej były szczególnie trudne. Plan pod tytułem „Przyszłość, życie i studia” wyglądał zupełnie inaczej. Miało być piękniej, prościej, na pewno nie przerażająco… Ale wiadomo, co rzeczywistość robi sobie z takich planów: mianowicie niewiele. Żeby nie powiedzieć: nic. Szczerze mówiąc, sądzę, że po cichu się z nich nabija.

Niby wiadomo, ale czy mogłyśmy przypuszczać, że wszystko potoczy się tak, jak się potoczyło? Nawet przez myśl nam nie przeszło, że coś mogłoby pójść aż tak bardzo nie tak.

Chociaż… Właściwie to nieprawda. Wmówiłyśmy sobie, że wszystko będzie dobrze. Miałyśmy nadzieję, że nic złego się nie wydarzy…

– Tak się cieszę, że cię widzę – mamroczę z ustami zanurzonymi w jej włosy. Zasłaniają mi połowę twarzy. Cudownie mieć ją tak blisko.

Ale już po chwili odrywa się ode mnie i cofa o krok. Opiera dłonie na biodrach i marszczy czoło.

– Miałaś przyjechać dopiero w przyszłym tygodniu, prawda? Zresztą to bez znaczenia – dodaje zaraz i macha ręką. – Bardzo się cieszę, że jesteś. Tęskniłam.

– Ja też – odpowiadam. Uśmiechamy się do siebie. Nie mówię, że przyjechałam, bo nie mogłam wytrzymać ani jednego dnia dłużej, a z drugiej strony byłam o krok, by rzucić wszystko i się wycofać. Nie mówię z powodu ekscytacji, napięcia, radości. Z powodu strachu.

– Wchodź. Sary znowu nie ma, wyjechała do rodziny, do Iowa czy gdzieś tam. – June wzrusza ramionami. I bez uprzedzenia chwyta rączkę ogromnej torby podróżnej leżącej u moich stóp. – Na miłość boską, Andie, co ty tam masz? Całe rancho? Krowę? Brata?

Śmieję się znowu i patrzę, jak June walczy z moim bagażem.

– Chyba nie jest aż tak źle – mruczę pod nosem. June tymczasem, głośno sapiąc, z zaciętą miną taszczy torbę do pokoju i mało przy tym nie zdziera wiekowej tapety ze ściany. Łypie na mnie groźnie spomiędzy zmrużonych powiek. Zamykam za sobą drzwi.

No dobra, torba rzeczywiście jest cholernie ciężka, ale nigdy nie byłam zbyt dobra w pakowaniu. To strasznie frustrujące. Przy każdym drobiazgu zastanawiam się: będzie mi to potrzebne? Jest niezbędne? I nawet jeżeli odpowiedź jest przecząca, nie potrafię odłożyć tego na bok. A co, jeśli jednak właśnie będzie mi potrzebne? Gdzieś, kiedyś? I nie wiadomo kiedy okazuje się, że w torbie podróżnej znajduje się całe moje życie.

Właśnie z tego powodu pozwoliłam sobie na taksówkę, żeby podjechać pod sam akademik, zamiast telepać się autobusem, co w połączeniu z dojazdem z Montany i częścią opłaty czesnego zrobiło małą, czy raczej niemałą, wyrwę w moim mikrym budżecie. Kiedy mimochodem o tym wspominam, June mlaska językiem z mieszaniną zniecierpliwienia i złości.

– Odebrałabym cię. Trzeba było zadzwonić.

– Chciałam zrobić ci niespodziankę.

– I to ci się udało! – przyznaje, po czym szczegółowo informuje mój bagaż, co go spotka, jeśli nie będzie jej posłuszny. Wcześniej nie chciałam dopuścić, by June sama mocowała się z torbą, ale kiedy ona wbije sobie coś do głowy… Wzdycham rozbawiona i rozglądam się po jej pokoju w żeńskim akademiku. Rozpoznaję drobiazgi, które pokazywała mi podczas rozmów wideo, które zapamiętałam jako tło licznych fotografii. Część wspólna nie jest specjalnie duża, ale za to przytulna, ściany są białe i słonecznie żółte, w oknie wiszą jasne firanki. Stara kanapa obita sztruksem, niski stoliczek z blatem naznaczonym śladami po szklankach i kubkach, który najlepsze lata ma już dawno za sobą. Krótszą nogę podtrzymuje złożona kartka papieru. Na stoliczku stoją trzy do połowy wypalone świece. Wystroju wnętrza dopełniają wąska biała komoda i staroświecki regał z ciemnego drewna, którego półki uginają się pod stosami filmów, książek i czasopism. Podłogę pokrywa miękki kolorowy dywan, którego brzegi kusiły chyba niezliczone pokolenia myszy.

Dwoje drzwi, po prawej i po lewej stronie, prowadzą zapewne do sypialni June i jej współlokatorki Sary.

June z głośnym sapnięciem stawia moją torbę obok kanapy.

– Żeby nikt się o nią w progu nie potknął – wyjaśnia. June niosła ją ledwie mały kawałek. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się dotrzeć aż tutaj z takim ciężarem, z torbą, w której tylko jedno kółko działa w miarę sprawnie.

Zdyszana June wraca do mnie.

– Witaj na uniwersytecie! Witaj w Seattle! – Rozkłada ręce, kręci się wokół własnej osi. – Udało się. Możesz w to uwierzyć?

Prawie, myślę sobie. Prawie. Zapomniała, że muszę załatwić kilka dość istotnych spraw, zanim zacznie się nowy semestr.

– Czyste szaleństwo – odpowiadam. W końcu zdejmuję plecak i masuję napięty kark. – Teraz brakuje mi tylko pracy i mieszkania albo przynajmniej pokoju, prawda? – Mrugam znacząco. Mam nadzieję, że mówię z przekonaniem w głosie. Wszyscy inni zapewne daliby się nabrać, ale June zna mnie bardzo, bardzo długo… Może nawet za długo. Na chwilę łagodnieje, zanim na jej twarzy pojawi się zdecydowanie. Energicznie chwyta mnie za barki.

– Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy ci coś! Udało ci się dostać na studia, obu nam się udało, będziemy razem studiować i zrealizujemy resztę naszego planu: praca, dach nad głową, egzaminy, własna firma, panowanie nad światem. – Porusza komicznie brwiami. Parska śmiechem. – Co zawsze powtarzam?

– Powolutku, krok za kroczkiem, inaczej można się wywalić – cytuję słowa, które kładzie mi do głowy, odkąd pamiętam.

– No właśnie! A skoro już jesteś, później wyskoczymy coś zjeść. Wszystko ci pokażę. Ale najpierw powinnaś odpocząć. Od dzisiaj kanapa jest twoja.

Z dumą wskazuje mebel, który po dokładniejszej inspekcji wcale nie wydaje się taki niewygodny. Co być może wynika z faktu, że z trudem udaje mi się utrzymać otwarte oczy.

– Więc Sara naprawdę zgodziła się, żebym na razie u was zamieszkała? – Upewniam się na wszelki wypadek kolejny raz. Powstrzymuję ziewnięcie.

– Mniej więcej.

Nadstawiam ucha.

– Czyli nie.

– Zgodziła się, tylko to się liczy. – June wypuszcza mnie z objęć, zadziornie krzyżuje ręce na piersi, unosi głowę. Och, już sobie wyobrażam, co tu się działo.

– Nie odpuszczałaś, aż była tak wściekła, że oddałaby ci pierworodnego, bylebyś tylko dała jej spokój, tak?

June krzywi się i mruczy coś niewyraźnie pod nosem, zamaszyście wymachując rękami. Z trudem powstrzymuję śmiech. Aż za dobrze wiem, jaka potrafi być uparta. Nieważne, o co chodzi, nawet jeżeli stawką jest ostatnie ciastko w pudełku, na które obie mamy ochotę. June nie dyskutuje, ona prowadzi negocjacje, w których stawką jest życie lub śmierć.

I najczęściej wygrywa.

– Powtarzam się, ale naprawdę spokojnie możesz tu zostać – podkreśla.

– O ile nie przyłapie mnie dyrekcja – mamroczę, ona jednak puszcza moje słowa mimo uszu. Mówi dalej.

– Jeśli o mnie chodzi, mogłabyś nawet spać w jej łóżku, póki nie wróci za tydzień, przed początkiem zajęć, ale moja szanowna współlokatorka zamknęła pokój na klucz.

– Przecież to żaden problem.

– Doprowadza mnie do szału. Właściwie wszystkim, co mówi i robi. – June głośno nabiera powietrza i prycha pogardliwie. – To ty powinnaś tu ze mną mieszkać. Do bani z tym wszystkim!

Nie mam zamiaru zaprzeczać, ale naprawdę jestem tak zmęczona, że wystarczy, by mnie szturchnęła, a padnę jak długa. Mimo to robię krok w kierunku stolika, muszę spróbować zrobić coś z tymi świeczkami, stoją bardzo krzywo, nieporządnie i…

– Andie!

Natychmiast cofam rękę i uśmiecham się przepraszająco. June delikatnie pcha mnie w kierunku kanapy, na którą posłusznie opadam i… o mój Boże, jakie to cudowne. Wzdycham z rozkoszą.

– Tylko nie zaczynaj wszystkiego przestawiać! – June zna wszystkie moje natręctwa. – Powinnaś się przespać, ale po kolei. Koniecznie musimy oblać fakt, że wreszcie tu jesteś. Całkiem niedawno słyszałam o nowym superfajnym klubie, jest niedaleko stąd. Pójdziemy tam. Dlatego najpierw musisz się przespać, coś zjeść, wykąpać się, rozczesać włosy, a potem wygrzebię dla ciebie najfajniejsze ciuchy z mojej szafy.

– Nie rób mi tego, June! Błagam cię! – jęczę przerażona, wtulając twarz w mięciutką poduszkę. Już dawno zamknęłam oczy.

– Nawet nie próbuj się sprzeciwiać. W domu zdecydowanie za często udawało ci się wykręcić, i wtedy to było w porządku, ale dzisiaj wieczorem musimy cię naprawdę, naprawdę wystroić.

– Wiesz, że za tym nie przepadam. – Czuję się jak małe dziecko, które nie chce jeść owsianki.

– Andrado Lucio Evans! Jesteś bardzo mądra, masz cudowną duszę i fantastyczne ciało, i dzisiaj zostawisz w domu ogromniasty pulower.

– Akurat ty będziesz prawić mi kazania o tym, że nie można się ukrywać przed wzrokiem ludzi? – To drażliwy temat, w tej kwestii June ma niemało na sumieniu. A ja – nie żebym miała powody do maskowania się, lubię moje ciało, ale ku jej rozpaczy lubię też oversize’owe bluzy z kapturem i flanelowe koszule w kratę. June oczywiście mnie nie słucha. Jest mistrzynią ignorowania czegoś, czego nie przyjmuje do wiadomości. Tak to przynajmniej wygląda. Gdyby tak samo było ze wszystkim innym…

Z najwyższym wysiłkiem udaje mi się unieść jedną powiekę i posłać jej spojrzenie pełne wyrzutu. Ignoruje mnie.

– To zupełnie inna sprawa i doskonale o tym wiesz! Poza tym lubię się pokazywać.

– June – zaczynam, bo widzę, że zaraz zacznie opowiadać niestworzone rzeczy na swój temat. I żonglować różnymi sprawami.

– Andie – przerywa mi zdecydowanie. Gryzę się w język. Jej spojrzenie już nie jest spokojne, widzę w nim błaganie. Układa usta w dziobek. Jezu, ależ jest dobra. Niewzruszona mówi dalej. – Jeżeli to zrobisz i tam pójdziesz, możesz też zapytać o pracę. Nie dalej niż kilka dni temu szukali ludzi do pracy w szatni. Studentów.

To akurat jest sensowny powód, żeby tam pójść. Potrzebuję pracy, i to rozpaczliwie szybko. Cholera!

– Nienawidzę cię…

– O tym wiemy. – Słyszę jeszcze, zanim nie wiadomo skąd przynosi koc i okrywa mnie z troską.

*

Kilka godzin później stoję przed klubem. Nad wejściem wisi ogromny neon, układający się w litery z nazwą – Mason’s. Migające lampy hipnotyzują cudowną grą świateł i cieni na ciemnoczerwonej cegle, z której wzniesiono budynek. Jakby to było wejście do innego świata, w którym wszystko jest bardziej kolorowe, pełne życia. Z wewnątrz docierają energiczne dźwięki gitary basowej i nagle ogarnia mnie coś na kształt ekscytacji. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłam, i to w miejscu innym niż pub Glenna, w którym wszyscy doskonale wiedzą, jaka beznadziejna jestem w konkursach karaoke, i widzieli mnie albo w pieluchach, albo z widłami w ręku na ranczu.

I nagle zaczynam przestępować z nogi na nogę. Nie tylko dlatego, że muszę przyzwyczaić się do stroju, w który wbiła mnie June, przede wszystkim dlatego, że mimo całkiem znośnej azjatyckiej zupki w proszku, gorącego prysznica i krótkiej drzemki ciągle nie do końca doszłam do siebie i jakoś muszę się obudzić. June pokazała mi akademik i część kampusu, zanim zaczęłyśmy się szykować. Bardzo mnie cieszy, że może tam mieszkać. Cieszy mnie, że udało się nam dostać na uniwersytet Harbor Hill, że wreszcie możemy rozpocząć to, co ma być naszą przyszłością, że zaczyna się realizować nasze marzenie, by coś razem zbudować, stanąć na własnych nogach i być swoimi szefowymi. To marzenie jest już odrobinę bliżej. Tak, bardzo się cieszę… I jestem June niesamowicie wdzięczna, że pozwala mi u siebie mieszkać, dopóki będzie to możliwe. Jednak malutka cząstka mnie zazdrości jej, że ma to, czego ja nie dostałam, a zawsze pragnęłam: stypendium, miejsce w akademiku, żadnych problemów. No dobra, przynajmniej nie takich, które dotyczą dachu nad głową i debetu w banku.

„Przestań”, karcę się w myślach, bo przecież moja najlepsza przyjaciółka nie miała wpływu na to, że zaczęłam studia później i muszę za nie zapłacić. Tak jak większość ludzi. June zrobiłaby dla mnie wszystko. Zresztą w jej życiu było wystarczająco dużo ponurych dni i naprawdę zasłużyła na odrobinę szczęścia.

Wmówiłam sobie, że koniec końców wszystko znowu będzie dobrze. Jakimś cudem…

Z trudem przełykam ślinę, pocieram ramiona i złoszczę się na siebie, że nie włożyłam chociaż cienkiej kurtki albo kamizelki. Jesień jest tuż-tuż, mimo przyjemnej temperatury nie mogę się rozgrzać. Wydaje mi się, że to kwestia braku snu i chociaż chwili spokoju.

Spoglądam w dół, na swoje nogi, i nagle tęsknię za wygodnymi spodniami.

– To nie dzieje się naprawdę – mamroczę bardziej do siebie niż do June, kolejny raz obciągając za krótką spódniczkę. A przynajmniej próbując. June wbiła mnie w obcisłą spódnicę z czarnej skóry, nad kolano, kazała włożyć nieziemsko wysokie i nieziemsko niewygodne szpilki, które nadają się tylko do dwóch rzeczy: można się w nich potykać albo kogoś zabić. Do tego wybrała mi założyć jasną bluzkę. Mam rozpięte górne guziki, dzięki czemu jej zdaniem pokazuję tyle, że budzę ciekawość, ale nic więcej, cokolwiek to ma znaczyć. Owszem, mam zdecydowanie szersze biodra niż ona, jestem też niższa, ale to mnie nie uratowało. Szafa June jest dla mnie jak magiczna torebka Hermiony, w której mieści się wszystko i w której wszystko można znaleźć.

A bóg ciuchów nie miał do tej pory nade mną litości, za każdym razem podsuwa właściwe kreacje, ilekroć June ma szansę mnie ubrać.

– Przestań narzekać i robić miny, bo ci się zmarszczki zrobią! Jesteś młoda, piękna, a dzięki mnie świat wreszcie ma okazję zobaczyć twoje świetne nogi – odpowiada, wskazując tę część mojego ciała. Jakbym szła przez życie w worku po ziemniakach.

Nie panuję nad sobą, krzywię się i rozważam, czy nie pokazać jej języka, tak po prostu, bo to poprawi mi humor, a innej riposty nie mam pod ręką.

June kolejny raz usiłuje dojrzeć coś nad głowami zebranych ludzi. Ja natomiast dawno już dałam sobie spokój, bo w przeciwieństwie do June, mimo obuwia z piekła rodem, nie dobijam nawet do metra siedemdziesięciu. Przy czym moje obcasy to i tak pikuś w porównaniu z tym, co ona ma na nogach.

– Spodoba ci się – zapewnia June po raz setny i za każdym razem robi to z odrobinę większym przekonaniem. Kurczowo zaciska dłoń na torebce, w której mieści się więcej, niż można by się spodziewać. Nie pamiętam sytuacji, w której June wyszła z domu bez saszetki z kosmetykami na czarną godzinę i odrobiną czekolady. Uśmiecham się pod nosem, gdy patrzę, jak podekscytowana wierci się obok mnie i co chwila wyciąga szyję, by przekonać się, czemu kolejka posuwa się tak powoli. – Jezu, kiedy my wreszcie wejdziemy? – mamrocze i wysuwa dolną wargę.

– Fajnie, że te miesiące na studiach, z dala ode mnie, wcale cię nie zmieniły i nie nauczyły cierpliwości – rzucam od niechcenia i staram się zachować powagę, kiedy łypie na mnie z komicznym gniewem i krzyżuje ręce na piersi.

– Potrafię być cierpliwa. Kiedy to naprawdę ważne i dochodzę do wniosku, że coś z tego wyniknie. To się naprawdę czasami zdarza. Czasami… – Marszczy brwi i myśli intensywnie, ja natomiast przegrywam walkę ze śmiechem.

Nie mogę uwierzyć, że akurat osoba, która zawsze pouczała mnie, żeby robić wszystko stopniowo, krok po kroku, ma zarazem najmniej cierpliwości ze wszystkich ludzi, których znam. A kolejka przed nami wcale nie jest długa. Już widzę bramkarzy i wejście, przez które wpuszczają kolejne osoby w określonych odstępach czasu.

– Rozmawiałaś z Marą i Davidem? – pytam nagle.

Ledwie wypowiadam te słowa, natychmiast tego żałuję. Znam June, odkąd sięgam pamięcią, i wiem, że więcej czasu spędzała u nas, z naszą rodziną, niż u siebie. Zdaję sobie sprawę, że niechętnie o tym rozmawia, bo to boli, ale nie tracę nadziei, że pewnego dnia odnajdzie wspólny język z rodzicami i razem stworzą prawdziwą rodzinę.

Głębokie westchnienie, krótkie spojrzenie z ukosa i gdy już nabieram pewności, że nie odpowie, słyszę cichutkie: „nie”. Odruchowo sięga po włosy i zamiera, bo nie od razu je odnajduje. Dopiero niedawno była u fryzjera. Sięga wyżej i przez chwilę nawija na palec krótkie kosmyki.

– Na początku semestru chciałam do nich zadzwonić, ale włączyła się poczta głosowa. Próbowałam też do pracy, na komórkę. Tak mniej więcej co tydzień.

Milknie. Sięgam po jej dłoń. Jest zimna. Odwzajemnia mój uścisk i natychmiast sili się na uśmiech.

– Już dobrze, Andie. Nie mają czasu. My po prostu już tak mamy. O, zobacz, zaraz nasza kolej.

Zirytowana nagłą zmianą tematu, zerkam przed siebie. To prawda. Nawet nie zauważyłam, że przesunęłyśmy się spory kawałek. Bardzo dobrze, że June nadal jest mistrzynią odwracania uwagi. Chociaż jestem jedyną osobą, przy której nie musi niczego udawać, przy której nie musi odgrywać komedii, że jest jej wszystko jedno i ma w nosie to, że jej rodzice przez minione dwadzieścia jeden lat więcej czasu spędzali poza domem niż z nią. Że w którymś momencie June miała u nas swój pokój i…

– Przestań tyle myśleć, Andie – upomina mnie cicho, a widząc moją zdumioną minę, po raz ostatni czule ściska moją dłoń. – Widać to po tobie. Marszczysz nos, gdy myślisz o nieprzyjemnych sprawach albo gdy za bardzo się gryziesz. Tak jak teraz. Jest dobrze, naprawdę!

Bez przekonania kiwam głową. Może rzeczywiście… Kiedyś tak będzie.

Rozdział 2

Czasami wszystko zaczyna się od małych, nieistotnych szczegółów, a czasami od kolorowego drinka na koszuli.

Andie

Klub jest większy, niż się spodziewałam, o wiele bardziej przestronny, niż wydawał się z zewnątrz.

Głębokie basy dudnią mi w uszach, beat przenika całe ciało i zarazem rozprasza moje obawy, wstrzykuje hormon szczęścia. Nagle przyłapuję się na tym, że naprawdę świetnie się czuję.

Podchodzimy do długiego baru, dokładnie naprzeciwko ogromnego parkietu, i dopiero wtedy pozwalam sobie rozejrzeć się dokładnie. Wyższy poziom to właściwie antresola, ciągnąca się wzdłuż ścian. Można stąd obserwować rozbawiony tłum. Dzięki temu nawet z dołu widać wysoki sufit. Kolorowe światła pulsują w rytm muzyki. Mam wrażenie, że obserwuję zorzę polarną. Obłęd. Nie do opisania.

Drewniane belki w ścianach dodają wnętrzu specyficznego charakteru. Styl tego klubu to mieszanka elementów staroświeckich, klasycznych i trochę futurystycznych, metalowe rury gdzieniegdzie przecinają ściany, łącząc w jedno drewno i mur z czerwonej cegły.

– Robi wrażenie, co?! – woła June.

W odpowiedzi tylko kiwam głową. Opieram się o bar i rozglądam dokoła. Nieco dalej, w głębi, widzę kolejny bar, mniejszy, idealnie wpasowany w kąt sali. Za nim kolorowe szyldy wskazują drogę do łazienek. Po lewej chyba są schody prowadzące na antresolę, po przeciwnej stronie ogromnego pomieszczenia dostrzegam kolejne. Wydają się niewidoczne, wtulone w ścianę, oddzielone prostą, ale elegancką barierką. Prowadzą do drzwi na piętrze. Ciekawe, co się za nimi kryje.

Choć do północy jeszcze daleko, klub pęka w szwach. Robi mi się gorąco. Podwijam rękawy bluzki w nadziei, że za chwilę nie opadną, unoszę na moment włosy, żeby choć odrobina powietrza dotarła do mojego karku, i przez chwilę rozkoszuję się chłodem na skórze.

– Przynajmniej warkocz, June! Na to mogłaś mi pozwolić.

Zbywa moje słowa prychnięciem, kiedy opuszczam ręce, przeczesuje moje loki palcami.

– Super wyglądasz z rozpuszczonymi.

I co mam na to powiedzieć? Mnie też się podoba, ale jestem po prostu praktyczna. Powiedzmy sobie szczerze, o rozpuszczonych gęstych, długich i ciężkich włosach można powiedzieć wiele, ale nie, że są wygodne. Przy nauce, gotowaniu i sprzątaniu lecą ci na twarz, plączą się, nurzają w sosie. Że już nie wspomnę o tańcu, gdy oplatają cię jak macki ośmiornicy i zdają się tworzyć symbiotyczny związek z potem na twojej skórze.

Poprawiam okulary na nosie i chcę coś na ten temat powiedzieć, gdy June kolejny raz daje znać barmanowi. Tym razem zauważa ją i do nas podchodzi. Uśmiecha się promiennie, zupełnie jak June, która wygląda teraz jak grecka bogini. Podziwiam jej pewność siebie, bo wiem, że wcale się tak nie postrzega, widzi siebie inaczej, niż ja ją widzę.

– Co podać? – Głos barmana wyrywa mnie z zadumy.

– Wodę – odpowiadam grzecznie.

– I dwa koktajle, bez bitej śmietany. Zaskocz nas, Jack – prosi June w ten swój specyficzny sposób i uśmiecha się do barmana, który kiwa głową i natychmiast bierze się do pracy.

– June – zaczynam. Nie stać mnie na drinki, nie po tym, jak zapłaciłam majątek za wstęp do tego klubu.

– No co?

– Zamówiłam sobie wodę.

– Tak jest. A ja dwa koktajle. Ja stawiam. – Uśmiecha się szeroko i tak długo, aż potrząsam głową i odpowiadam tym samym. Trochę mi głupio, ale z drugiej strony… co się stanie, gdy najlepsza przyjaciółka postawi mi drinka? June nie ma problemów finansowych, także za sprawą stypendium, które dostaje dzięki świetnym ocenom. Moje były zbyt słabe. W ciągu minionych dwóch lat, wobec tego wszystkiego, co się działo, nie miałam głowy do nauki i egzaminów. I dlatego dopiero teraz dostałam się do Harbor Hill.

– Dobra, ale tylko jednego. Żeby to oblać.

Z radości rzuca mi się na szyję.

– Wiesz, że nie musisz go pić – szepcze mi do ucha.

– A ty wiesz, że gdybym nie chciała, to nie wypiłabym – odpowiadam ze śmiechem. I taka jest prawda. Uznałam, że woda jest najlepsza ze względu na cenę, moje zmęczenie i niewyspanie po podróży, ale jeden koktajl może być.

Chcę świętować.

– Dzięki. – Nie muszę mówić, za co.

– Zawsze.

Odsuwamy się od siebie.

– Oczywiście zrewanżuję się, gdy tylko znajdę pracę. Dzisiaj sobie odpuszczam, ale od jutra… – Uśmiecham się szelmowsko. – Wracam do mojej ulubionej wody z imbirem. Do dżinsów i swetrów, a ty nic na to nie poradzisz. – Naprawdę niełatwo powstrzymać się od śmiechu na widok jej miny.

– Wiem, wiem. – Wzdycha, zwilża usta językiem. – Za twoje dzisiejsze poświęcenie będę dobrą przyjaciółką i kiedyś włożę bluzę z kapturem albo tę twoją ulubioną koszulę drwala. I to na cały film. Może nawet wbiję się we frotowe skarpety, które naciągnę na dżinsy. Oczywiście w kolorze gryzącym się z kolorem bluzy, pod którą nie włożę stanika. Żeby było wygodnie. – Przy tych słowach krzywi się, jakby zbierało się jej na mdłości albo jakby dotknął jej elektryczny węgorz. Parskam śmiechem. Ona też.

– Ale to będzie tylko jeden film! I to krótki! – zaznacza. Mruży oczy, a ja entuzjastycznie kiwam głową. Bez stanika i w luźnych, wygodnych ciuchach June czuje się fatalnie. Moim zdaniem wynika to z jej nie do końca słusznego przekonania, że obcisłe ciuchy przypominają, że jest się piękną. I dlatego tak bardzo doceniam jej poświęcenie.

– Swoją drogą, skąd wiesz, jak się nazywa? – Ręką wskazuję barmana, który nas przed chwilą obsługiwał.

– Tabliczka z imieniem, skarbie!

Jezu, ona naprawdę wszystko zauważa.

Stoimy przy barze, czekamy na drinki i nagle June zaczyna powoli ruszać się w takt muzyki. Czuję, jak napięcie, ponure myśli i przymus planowania wszystkiego w końcu znikają.

Wraca Jack. Dziękuję mu i sięgam po wodę. Pojedyncze krople spływają po chłodnej szklance. W środku są kostki lodu i plasterek cytryny. Uwielbiam to. Potem stawia przed nami dwa drinki. Dopiero teraz widzę, że June miała rację. Na ciemnej koszuli dostrzegam malutki znaczek z imieniem. No właśnie, skoro o tym mowa…

– Przepraszam… – zaczynam po chwili wahania. Już miał się odwrócić, jednak zatrzymuje się i pochyla w moją stronę nad kontuarem, żeby lepiej słyszeć. – Moja przyjaciółka wspominała, że podobno szukacie pracowników?

Jack kilkakrotnie gładzi się po starannie wygolonym podbródku.

– Niewykluczone. Muszę zapytać – odpowiada. Dziękuję mu entuzjastycznie. – Przyślę do was kogoś.

Brzmi dobrze. Może jednak mam szczęście.

– Widzisz! – krzyczy June, bardzo z siebie dumna. – Wiedziałam, że coś o tym czytałam.

– Ale nie byłaś pewna? – Patrzę na nią z niedowierzaniem. W odpowiedzi tylko wzrusza ramionami.

– Byłam na pięćdziesiąt pięć procent, a to przecież więcej niż połowa – odpowiada triumfalnie, jakby to wszystko tłumaczyło.

– Właściwie ile razy już tu byłaś? – pytam. Obejmuję dłońmi szklankę zimnej wody. Najchętniej przytknęłabym ją do czoła, karku i, do licha, do dekoltu. Chłód jest cudowny!

– Tylko dwa, z czego raz bardzo krótko. Więc to może się okazać nasz klub, Andie – oznajmia z przejęciem i ma przy tym taką minę, jakby właśnie spełniało się jej największe marzenie.

Upijam mały łyk, płyn spływa w dół gardła i dopiero teraz orientuję się, jak bardzo chce mi się pić.

– Jezu, jakie to dobre – stwierdzam z zachwytem. June tymczasem zdążyła upić pierwszy łyk drinka. Energicznie przesuwa w moją stronę drugą szklankę.

– Poczekaj, aż spróbujesz tego.

Z uśmiechem odstawiam szklankę wody, sięgam po tę z kolorowym koktajlem. Miała rację – to jest z całą pewnością najlepszy drink, jakiego w życiu piłam. Nie za słodki. Nie ma mowy o tym chropowatym posmaku na języku, jest za to nuta ostrości i mnóstwo owoców. Otwieram szeroko oczy.

– Obłęd – przyznaję szeptem. Wszystko, co do tej pory piłam w życiu, to kpina.

– O tak – jęczy po kolejnym łyku June. Typ za nią odwraca się i staje bliżej. Widzę każdy jego ruch.

– Hej – zaczyna sztucznie niskim głosem. Z trudem powstrzymuję głośny śmiech, ale dzielnie zaciskam dłoń na szklance z koktajlem i obserwuję przyjaciółkę. Może się to przerodzić w niezłą zabawę.

June z irytacją patrzy na typa i czeka, czy powie coś jeszcze.

– Przed chwilą… – zacina się, ściąga brwi. Widać wyraźnie, jak intensywnie pracują mu zwoje mózgowe.

No właśnie, co przed chwilą? Przed chwilą słyszałem, jak wzdychasz, i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zagadać? Najwyraźniej do niego dotarło, że byłby to fatalny początek rozmowy. A ja? Ja wypuściłam koktajl z dłoni i zasłaniam nią usta, żeby zakryć uśmiech rozbawienia, który pojawił się na mojej twarzy, gdy sobie to wyobraziłam.

– Przed chwilą cię zauważyłem i pomyślałem, że teraz powinnaś ze mną zatańczyć – próbuje jeszcze raz. Zmierza prosto do celu. Niezbyt to wyszukane, ale zawsze lepsze niż komentarz o wzdychaniu.

– Ach, powinnam? – pyta słodkim głosikiem June, a ja w myślach wysyłam kolesiowi rozpaczliwe: „uciekaj, człowieku”! Wiem doskonale, że ta sytuacja może się źle skończyć. A już na pewno, jeżeli zaraz nie powie czegoś naprawdę miłego albo po prostu nie odejdzie…

Nie rusza się z miejsca. Ciągle szuka odpowiednich słów, jak na niemym filmie otwiera i zamyka usta. Kiedy June po mistrzowsku unosi brew, tylko jedną, lewą, wkraczam do akcji, bo zaczyna mi go być po prostu szkoda.

– Dzięki, że do nas podszedłeś, ale moja przyjaciółka nie jest zainteresowana. Świętujemy dzisiaj. Nie przejmuj się, na pewno znajdzie się inna, która chętnie z tobą zatańczy.

Kiedy odwraca się do mnie z taką miną, jakby dopiero teraz mnie zauważył, dumnie unoszę głowę. Czuję, jak mierzy mnie pogardliwym spojrzeniem. Powstrzymuję odruch, by odwrócić się na pięcie albo przynajmniej skrzyżować ręce na piersi. Nie znoszę tego. Tego wzroku, którym nie tylko cię lustrują, lecz także oceniają, i to nie najlepiej. Czuję, że rumieniec wypełza mi na policzki. Niemal boleśnie zaciskam usta.

– A ty to kto?

Nie ma nic złego na myśli. Na pewno nie. Na pewno jest pijany albo… Albo jest zwykłym dupkiem, podpowiada głosik w mojej głowie. Niestety w takich sytuacjach nie stać mnie na ciętą ripostę, która przychodzi mi do głowy dopiero kilka godzin później. Albo dni. Albo tygodni… Zamiast więc odciąć się złośliwie, czuję, że cała płonę. Na pewno jestem czerwona jak burak.

– Powinieneś już iść. – June robi, co w jej mocy, by nie wydrapać mu oczu. Gdyby była postacią z komiksu, miałaby błyskawice w oczach i dym w uszach i nosie.

Nieoczekiwanie typ chwyta June za biodra, przesuwa dłoń na pośladki, chce ją do siebie przyciągnąć albo może tylko obmacać, ona jednak zdecydowanie odpycha jego rękę.

– Nie wygłupiaj się, skarbie – zaczyna koleś. To co prawda nie jest pierwszy, ale z całą pewnością największy błąd, jaki popełnił tego wieczoru. Tym razem June całkowicie traci panowanie nad sobą.

Do tej pory miała tylko jednego chłopaka, który przez cały rok, który spędzili razem, zwracał się do niej dokładnie tymi słowami, i to raz po raz. Działają na nią jak płachta na byka. Rozumiem to doskonale. Ja także nie znoszę tego zdania i w kółko upominam się, by nie przewracać oczami, ilekroć je usłyszę. Nie kojarzy mi się dobrze, zwłaszcza że zawsze wypowiada się je tym samym tonem. Jest w nim mieszanka oburzenia, irytacji, szczypta arogancji albo złości, w zależności od sytuacji. No bo co niby można w ten sposób wyrazić? Sugeruje co najwyżej takie rzeczy jak: daj spokój! Co to ma być?! Nie psuj zabawy! Albo może, to nic takiego, tylko pocałunek, nie udawaj świętoszki. To ostatnie miał właśnie Drew na myśli, kiedy powiedział do June: „Nie wygłupiaj się, skarbie”, gdy ta przyłapała go z Amber, na tylnym siedzeniu jej samochodu, podczas balu absolwentów. Najwyraźniej chciał powiedzieć coś jeszcze, ale June wyciągnęła go z samochodu i jego tak zwaną męskość dosłownie posłała w kosmos. Drew pozieleniał na twarzy, rozpaczliwie otulając jaja dłonią.

Zresztą powiedzmy sobie szczerze: nie zasługiwał ani na June, ani na jaja. Dlatego między innymi od tamtego czasu June nie ufa żadnemu facetowi, ale przede wszystkim dlatego, że Drew zasiał w niej wątpliwości co do własnej wartości, inteligencji i urody. Podobnie jak kilku innych facetów po nim…

– Posłuchaj uważnie: byłam grzeczna, póki nie obraziłeś mojej najlepsze przyjaciółki. Mówię ci, spadaj. – June mruży oczy w wąskie szparki, podchodzi do niego bliżej i uśmiecha się słodziutko. Jego kumple pochylają się do przodu jak sępy, żeby nic im, broń Boże, nie umknęło. A June syczy: – I z pewnością nie byłbyś w stanie sprawić, bym westchnęła tak, jak przed chwilą do tego drinka.

Teraz i ja już nie panuję nad sobą. Zaczynam się śmiać. Owszem, szkoda mi go, ale powiedzmy sobie szczerze: nie wykazał się klasą, gdy June odesłała go z kwitkiem. Fakt, że jego trzej kumple umierają ze śmiechu, niezbyt pomaga, lecz jest całkowicie zrozumiały.

Po raz ostatni patrzy na mnie pogardliwie, krzywi się z niesmakiem i wycofuje niechętnie. Mądra decyzja.

– Nie do wiary – mówi June bezgłośnie, ale komicznie szeroko otwierając usta. Rozbawiona kiwam głową.

Muzyka przybiera na sile, rytm wypełnia mnie całą. Parskam śmiechem. Nie z tego typa, tak po prostu, bo cieszę się, że jestem z June, że zrobiłam pierwszy krok w kierunku naszego celu. A także dlatego, że cudownie jest przez chwilę się niczym nie martwić. Jutro do tego wrócę, do zmartwień, planów, listy rzeczy do załatwienia, ale dzisiaj nie. Dzisiaj słucham tylko June, jak opowiada o akademiku, o uroczych kafejkach i sklepach, o zajęciach. Sporo z tego już wiem, w końcu często rozmawiałyśmy, ale nigdy nie mam tego dosyć, zwłaszcza teraz, gdy także tu jestem.

Głośno dopijam resztkę koktajlu i z żalem stwierdzam, że szklanka jest pusta. Był naprawdę pyszny. I dlatego patrzę na June, lekko wysuwam dolną wargę i podsuwam jej puste naczynie pod nos. Bez wyrzutów sumienia. Bez wewnętrznego głosu, który zazwyczaj trzyma mnie w ryzach, który sprawia, że wszystko analizuję po tysiąc razy, bez poczucia, że nie mogę sobie pozwolić na jeszcze jeden koktajl. Bo w pewnym sensie proszę June o następną kolejkę.

Chwilę trwa, zanim załapie, o co mi chodzi. Otwiera szeroko oczy ze zdumienia, a potem radośnie klaszcze w dłonie, odwraca się i krzyczy:

– Jack! Prosimy o więcej twoich superkoktajli.

Jack stoi w pewnej odległości od nas, ale chyba ją usłyszał, bo natychmiast na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Rozbawiony kręci głową i niecałe pięć minut później przed nami stoją nowe drinki. Sięgam po szklankę i wzdrygam się lekko, gdy zamiast chłodnego szkła dotykam ciepłych palców. Natychmiast podnoszę wzrok i napotykam brązowe spojrzenie, Zdecydowanie nie są to oczy Jacka. Nieznajomy cofa dłoń. Przyglądam mu się z zaciekawieniem. W barwnym, rozproszonym świetle dostrzegam zarost, ciemne kręcone włosy, wyraziste, poważne rysy i szerokie barki. Przyglądamy się sobie w milczeniu. Nagle wzbiera we mnie ochota, by coś powiedzieć, jakieś banalne dziękuję. Otwieram usta, czuję, jak skupia na nich wzrok, zaciska swoje wąskie wargi i nagle nie jestem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Za to przeszywa mnie dziwny dreszcz, zasycha mi w ustach. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale coś w nim przykuwa moją uwagę, jestem w pewnym sensie zafascynowana, choć naprawdę nie pojmuję czym.

Zważywszy, że nie ma tabliczki z imieniem, zauważam. W tym momencie nieznajomy odsuwa się od kontuaru, odwraca na pięcie i oddala w kierunku drugiego końca baru, gdzie zamienia się miejscami z Jackiem. Jest zbyt daleko, bym mogła zobaczyć coś więcej. Zwłaszcza że maszyna do sztucznej mgły pracuje na pełnych obrotach.

Sięgam po koktajl, odwracam się do June i widzę, że uśmiecha się od ucha do ucha. Na moje szczęście powstrzymuje się od komentarza. Tak samo jak i ja powstrzymuję się ze wszystkich sił, by nie obejrzeć się jeszcze raz za barmanem.

Zamiast tego koncentruję się na najlepszej przyjaciółce, która radośnie wznosi toast.

– Za nas! Za studia, za przyszłość, za… – Urywa, łagodnieje. – I za przeszłość. Bez niej nie byłoby nas tutaj. Bez niej nie byłybyśmy sobą.

– Za życie. – Podnoszę moją szklankę. Które czasami bywa do dupy, dodaję w myślach i upijam pierwszy łyk. Ten drink jest odrobinę kwaśniejszy niż poprzedni, przygotowany z innymi owocami, ale równie pyszny.

– Hej – rozlega się nagle z boku ciepły baryton, który sprawia, że natychmiast ulatują wszystkie słodko-gorzkie wspomnienia, i zanim zdążę pomyśleć: „O Boże, znowu”, June już daje upust złości, choć nie zdążyła jeszcze nawet się odwrócić.

– Mówiłam ci, że masz spadać.

O kurczę, to nie jest ten sam gość! Otwieram szeroko oczy, w myślach krzyczę na całe gardło, niemożliwe, że tego nie wyczuwa. June…!

– Poszukaj sobie kogoś innego, żeby dla ciebie dyszał, bo ja…

Tak, Teraz się zorientowała. Usta nieznajomego drżą podejrzanie. Przygląda się jej badawczo. A ja jemu, szczerze mówiąc. Wygląda całkiem nieźle, nonszalancko i zarazem snobistycznie. Czy to w ogóle możliwe?

– Wielka szkoda, chętnie posłuchałbym, jak dyszysz – odpowiada sucho i robi krok w jej stronę, ale nie jakoś zaczepnie. – Brzmisz zapewne dość szorstko.

Mimo wysokich obcasów June musi odchylić głowę do tyłu. Widzę po niej wyraźnie, jak waha się między przeprosinami a kolejną złośliwą uwagą. Tym razem nie ingeruję, nie wtrącam się. Szczerze mówiąc, nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby poprawić jej sytuację. Jezu, moja szklanka jest znowu pusta.

Tamci cały czas gapią się na siebie. Czy to normalne? Co oni sobie myślą? Przechylam głowę. Może coś takiego: tak się kończy zabawa z zapałkami. A może: wkurzasz mnie, nie patrz na mnie. Nie ulegnę. Albo: z tego się już nie wywinę. A może po prostu lubią się gapić.

Jezu, ja chyba naprawdę nie toleruję alkoholu.

Dopiero teraz zauważyłam, jak elegancko ubrany jest ten typ, choć jesteśmy w klubie, a nie na jakiejś oficjalnej gali. W tym świetle w pierwszej chwili w ogóle tego nie dostrzegłam. Antracytowe spodnie od garnituru, nieskazitelnie biała, idealnie gładka koszula, która wygląda na droższą niż cała zawartość mojej szafy i… Dyskretnie pochylam się do przodu – tak, zdecydowanie droga woda po goleniu.

Już zbieram się na odwagę, by jednak coś powiedzieć, bo sytuacja staje się bardzo dziwna, przypomina konkurs, w którym nie można niczego wygrać, przeciąga się naprawdę nieznośnie.

Odstawiam pustą szklankę. Nie wierzę własnym oczom. Patrząc na to, co robi June, domyślam się, co zamierza. Chociaż nie wierzę w to. To sen, tak, to na pewno sen. Już mam przetrzeć oczy, ale w ostatniej chwili przypominam sobie, że wyjątkowo mam na twarzy makijaż z prawdziwego zdarzenia. Lepiej sobie to daruję, jeżeli nie chcę przez resztę wieczoru paradować z oczami jak panda.

„Nie, nie, nie!”. Widzę, jak w zwolnionym tempie June wyjmuje ze szklanki metalową rurkę i kawałek ananasa, unosi szklankę z uśmiechem na wysokość klatki piersiowej nieznajomego… Widzę, jak kolorowy koktajl powoli, ale nieubłaganie zalewa do tej pory idealnie czystą koszulę. I płynie, płynie, płynie…

– O Boże – szepczę z niedowierzaniem, gdy June wieńczy swoje dzieło, przyklejając kawałek ananasa do kieszonki na jego lewej piersi. Owoc przywiera natychmiast, otacza półksiężycem teraz doskonale widoczny sutek.

June uśmiecha się cały czas, patrzy z podziwem na swoje dzieło, wytrząsa na nie ostatnie krople ze szklanki.

Wsadza do niej z powrotem rurkę, odstawia puste naczynie i dumnie patrzy chłopakowi w oczy, zawadiacko wysuwając podbródek.

Koleś nie ruszył się ani o krok. Wyraz jego twarzy zmienił się natomiast, choć nie ma na niej żadnych emocji, tylko żyłka na szyi pulsuje coraz szybciej. A może nie? Czy to normalne? Mam ochotę zapytać June, ale to chyba niewłaściwe.

Mimo głośnej muzyki i rozmów wokół nas słyszę, jak głośno chrząka.

– Przysłał mnie Jack. Podobno jedna z was szuka pracy.

„Tylko nie to!”. Te słowa są jak cios w żołądek. Zbiera mi się na mdłości.

„Jak mogłam o tym zapomnieć?”.Wypiłam dwa drinki, jestem nieprzygotowana, nie mam planów. Cholera, przecież ja nawet nie wiem, o jaką pracę chodzi. Do tego jeszcze ten typ, który być może decyduje, ile i czy w ogóle cokolwiek zarobię w najbliższych miesiącach, stoi teraz oblany tęczowym drinkiem mojej najlepszej przyjaciółki. Pierwsze krople zapewne docierają właśnie do jego największego skarbu…

Bezczelnie, a także desperacko, bo po wyczynie June gorzej już być nie może, wyciągam do niego rękę. Ujmuje ją po chwili wahania.

– Jestem Andie, a to moja… przyjaciółka June.

Wraca do niej spojrzeniem, uśmiecha się, a June krzyżuje ręce na piersi. Widzę komiczne zmarszczki w kącikach jego oczu.

– To ja szukam pracy – dodaję cichutko.

– Szukacie kogoś do pomocy, prawda? Andie jest idealna. – June staje na wysokości zadania. Teraz za żadne skarby świata nie okaże skruchy, nie wycofa się, nieważne, jak bardzo to dziecinne.

– Może zacznijmy od tego, że dowiem się, o jaką pracę chodzi, żeby… Próbuję włączyć się do rozmowy, ale bez skutku.

– Czy twoja przyjaciółka umie robić drinki?

– Szybko się uczy.

– Zdolna, ładna – wylicza ciągle wpatrzony w June. – I grzeczna. – Wyraźny przytyk pod jej adresem, ale June odbiera mu broń z ręki, uśmiecha się złośliwie.

– Dokładnie tak.

Stoję z szeroko otwartą buzią, wodzę wzrokiem między wysokim typem w garniturze a moją przyjaciółką, którzy rozmawiają o mnie, jakby mnie z nimi nie było.

Mrużę oczy, kolejny raz chcę się odezwać i znowu nie dopuszczają mnie do głosu. Zaczyna mnie boleć głowa.

W pewnym momencie tracę wątek, o co im właściwie chodzi. O pracę, pokój na świecie, leniwce, burrito, Jezu, naprawdę mam już tego dosyć.

Zaciskam pięści, głęboko nabieram tchu.

– Przepraszam bardzo, jestem tutaj, obok was! Nie, Andie nie umie pracować za barem. Bardzo mi przykro, ale wielkie dzięki! – Powiedzmy sobie szczerze, nie mam ochoty być piłeczką w tym meczu.

– Ma tę pracę – oznajmia nagle typ.

Potrzebuję chwili, by to do mnie dotarło. „Tak po prostu? Jest taki miły? Czy tak zdesperowany? Może to psychopata?”.Zdumiona mrugam zdecydowanie za szybko i zapewne wyglądam jak idiotka.

– Nazywam się Mason Greene. – Z jego twarzy nie daje się niczego wyczytać, za to mina June rzednie na ułamek sekundy. Podobnie jak ja, zorientowała się natychmiast, komu właściwie wylała drinka na koszulę. – W niedziele i poniedziałki klub jest nieczynny. Zaczynamy we wtorki, spotkanie zespołu o piętnastej. – Potem odrywa kawałek ananasa od swojej klatki piersiowej, wbija w niego zęby i uśmiecha się do June. Niech to szlag. Kto wygląda super w mokrej, lepkiej koszuli z ananasem w ustach? Pochyla się i szepcze jej coś do ucha. Wolę nie wiedzieć, co takiego. W pierwszej chwili moja przyjaciółka szeroko otwiera oczy, zaraz jednak mruży je w wąskie szparki. Idę o zakład, że gdyby miała jeszcze jednego drinka, oblałaby Masona kolejny raz.

Mason uśmiecha się do mnie i rzuca na pożegnanie:

– Bądź punktualnie, Andie.

– Ty kretynie, oczywiście, że będzie punktualnie! – woła za nim June. Widzę, jak Mason podnosi rękę, przebijając się przez rozbawiony tłum. Na szczęście nie odwraca się, bo wtedy zauważyłby, że June pokazała mu środkowy palec.