Truchlin - Vojtěch Matocha - ebook

Truchlin ebook

Vojtěch Matocha

4,1

Opis

Truchlin to tajemnicza dzielnica Pragi, gdzie czas zatrzymał się sto lat temu. Nikt nie wie, dlaczego nie działa tam elektryczność: nie świecą lampy, nie jeżdżą tramwaje, nie gra radio, a telefon nie łapie zasięgu. Pewnego dnia złowieszcza ciemność Truchlina zaczyna rozlewać się na dalsze ulice i osiedla, wkrótce może objąć całą stolicę Czech.

Jirka, zupełnie przypadkiem, zostaje wplątany w rozgrywkę, od której zależy los miasta. Wraz z przyjaciółką, En, musí odkryć największą tajemnicę Truchlina i zapobiec zbliżającej się katastrofie. To nie lada wyzwanie, bo mroczna dzielnica nie lubi zdradzać swoich sekretów obcym, a do tego śladem dzieci podąża gang bezwzględnego biznesmena Klementa Hroudy.

Co skrywa niegościnna dzielnica? Kim był Dalibor Nápravník? Do czego służą żarówki wypełnione zielonym płynem? Dlaczego dziadek Jirki nie mówi wszystkiego? I czy cała Praga pogrąży się w ciemności?

Szczypta grozy, detektywistyczne zacięcie autora i podkreślające pełną napięcia atmosferę czarno-białe ilustracje to tylko niektóre z zalet powieści, która szybko uzyskała w Czechach status bestsellera. Książka otrzymała nominacje do najważniejszych nagród literackich (Magnesia Litera, Zlatá Stuha) i znalazła się na liście Białych Kruków Internationale Jugendbibliothek.

W Czechach wydano już drugą część tej historii, a na podstawie serii powstaje pełnometrażowy film fabularny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 306

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (39 ocen)
13
17
7
2
0

Popularność




—––—––—––—––—––—––— NIESZCZĘŚCIE NA WZGÓRZU WISIELCÓW —––—––—––—––—––—––—

W prawo, w lewo, w lewo i pod górę. W prawo, w lewo, w lewo, a potem pod górę. A może w prawo, a potem pod górę? Cholera. Jirka Klimeš otworzył oczy i jeszcze raz spojrzał na telefon. Niebieski punkcik na mapie ciągle znajdował się na drugiej ulicy na północ od placu Pokoju. Dobra, czyli w prawo, w lewo, w lewo, a potem pod górę. Jasne. I tak to będzie cud, jeśli nie zabłądzi. GPS jest super, ale tylko tutaj, na Vinohradach. Jak już się wylezie na górę, na Truchlin, trzeba znać drogę na pamięć, inaczej można się zgubić. A z Truchlina nie da się zadzwonić do nikogo po pomoc.

Był koniec października. W Pradze słońce jeszcze przyjemnie grzało, ale już z mniejszą siłą, jakby zmęczone. Jirka po raz pierwszy szedł do dziadka na Truchlin sam. W życiu by się do tego głośno nie przyznał, ale czuł lekki strach. Z mamą odwiedzali dziadka dość często, ze dwa razy w miesiącu, ale to zupełnie co innego. Mama znała drogę, dorastała na Truchlinie. Wyprowadziła się stamtąd dopiero po ślubie. Kiedy Jirka szedł z nią, była jego przewodniczką po labiryncie splątanych uliczek, pasaży i placyków. Zawsze poruszała się z taką pewnością, jakby chodziło o przejście z jednej strony placu Wacława na drugą.

O dzielnicy zwanej Truchlin krążyło sporo opowieści, nie wszystkie prawdziwe. Fakt był jeden: na Truchlinie nie działała elektryczność. Nie świeciły latarnie, nie jeździły tramwaje, radio nie grało, a zegarek na baterie zatrzymywał się, kiedy tylko człowiek się tam znalazł. Dlaczego? Nikt nie miał pojęcia. Kiedy Jirka był mały, prezydent Pragi zaprosił naukowców i specjalistów z uniwersytetów na całym świecie, żeby rozgryźli tę zagadkę. Ważni panowie mierzyli, liczyli, badali i łamali sobie głowy, pisali artykuły do fachowych czasopism i organizowali w Pradze konferencje. Nic jednak nie wymyślili. Truchlin był dzielnicą jak każda inna i elektryczność powinna w nim działać, tyle że nie działała. To nie znaczy, że nic tam nie działało, czy coś. Dało się na Truchlinie żyć, mieszkało tu całkiem sporo ludzi. Gdy przychodziła burza, nad Truchlinem błyskało się najmocniej. Zupełnie jakby przyciągał burzowe chmury. A latarka na granicy Truchlina zawsze przestawała działać. Krok wstecz – i znowu świeciła. Krok do przodu – mrugała i gasła.

Jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu Truchlin był jedną z najwspanialszych dzielnic Pragi. Na dwóch pagórkach pomiędzy dzisiejszym placem Wacława a placem Karola budowano eleganckie domy, sadzono parki i brukowano ulice. Wszystko zmieniło się pod koniec dziewiętnastego stulecia. W całej Pradze rozbłysły pierwsze latarnie elektryczne, na ulicach pojawiły się pierwsze tramwaje, a nad ulicami pierwsze linie wysokiego napięcia. Tymczasem Truchlin z dnia na dzień tracił swój dawny splendor. Kto mógł, przeprowadzał się gdzie indziej, a opuszczone domy zaczęły przyciągać tych, którzy unikali świata lub nie mieli innego wyboru: żebraków, przestępców i dziwaków. Pałacyki i wille niszczały, podwórka i ogrody zarastały chwastami, sklepy jeden po drugim bankrutowały. Czas zatrzymał się na zawsze. Truchlin pozostał ciemny i cichy, niebezpieczny, przesycony tajemnicą i pełen niepokojących opowieści.

Jirka zebrał się w sobie, wyłączył telefon i zaczął się wspinać ulicą pod górę. Niósł ciężką torbę pełną butelek i słoików, na wszelki wypadek objął ją ramionami. Asfalt przeszedł w kostkę brukową, budynki wokół poszarzały i pociemniały, z jezdni zniknęły samochody, pierwszy rząd domów stłumił hałas docierający z miasta. Najpóźniej za godzinę będzie z powrotem. Nie wda się w żadną rozmowę, nie zatrzyma się, pójdzie prosto do dziadka, przywita się, postawi torbę na stole i wróci do domu. Dziadek raczej się dziś nikogo nie spodziewa. Ale na pewno będzie w domu, nigdzie już nie wychodził, od dawna poruszał się o kulach i ledwo przemieszczał się z jednego pokoju do drugiego. Rodzice Jirki co kilka dni przynosili mu na Truchlin jedzenie i inne potrzebne rzeczy. Zanim polecieli do Rzymu, Jirka musiał im obiecać, że w czwartek po południu zajrzy do dziadka i sprawdzi, czy czegoś mu nie trzeba.

Zaskakująco łatwo trafił na ulicę Farbiarską, po drodze nie spotkał żywego ducha.

Dziadek mieszkał na parterze wysokiej, pięciopiętrowej kamienicy. Najpierw trzeba było przejść przez bramę od ulicy, a potem przez podwórko z rdzewiejącą pompą, aż do drzwi na klatkę schodową. Zawsze były otwarte. W kamienicy mieszkał podobno tylko dziadek i jeszcze jeden lokator, a na klatce schodowej nie było niczego, co można by ukraść. Jirka wślizgnął się na ciemny korytarz, minął łuszczące się skrzynki pocztowe i zapukał do drzwi mieszkania dziadka.

Usłyszał zbliżające się kroki i nagle poczuł nieprzyjemny dreszcz. Od razu zrozumiał: coś było nie tak. Dziadek poruszał się o kulach, a Jirka nie słyszał ich postukiwania o podłogę. W mieszkaniu był ktoś obcy. Trzeba spadać! Ale nie zdążył zrobić nawet kroku, gdy drzwi otworzyły się z hukiem, a silna ręka złapała go za ramię i wciągnęła do środka. Jirka ze strachu wypuścił torbę, która z brzękiem upadła na podłogę.

– Czego? – warknął facet. Wysoki, z podłużną, wychudzoną twarzą, na oko trochę po trzydziestce, nieogolony, we flanelowej koszuli w czerwono-czarną kratę i podartych dżinsach, w ustach zamiast papierosa trzymał wypaloną zapałkę. Miał bose stopy. Bose? Złodziej, który przyszedł boso?

– Dzie… dzień dobry – wyjąkał Jirka. – Ja… do dziadka, on tu mieszka.

Facet zmierzył go podejrzliwym wzrokiem, a potem krzyknął przez ramię:

– Jakiś chłopak do pana, zna go pan?

Jirka znowu usłyszał kroki, tym razem powolne, podeszwy szurające o podłogę, po każdym następowało ciche stuknięcie kuli. Kamień spadł mu z serca. Dziadek.

– Tak, tak, to syn Evy, wpuść go – dobiegł go znajomy głos. Uścisk na ramieniu zelżał.

– Co tu robisz, Jirko? Myślałem, że wyjechaliście. – Dziadek dotarł do przedpokoju, obcy facet odsunął się na bok.

– Pojechali beze mnie, przecież jutro idę do szkoły. Przyniosłem… torbę… z jedzeniem – powiedział ostrożnie Jirka. Dziadek nie uśmiechnął się, nic nie powiedział, tylko wymienił szybkie spojrzenie z facetem i zaciągnął kotarę oddzielającą przedpokój od salonu. Zanim materiał zasłonił mu widok, Jirka zdążył zobaczyć, że stół w pokoju zawalony był mnóstwem dziwnych przedmiotów, a między nimi tkwiła zapalona lampa naftowa. Papiery, pudełka, sznurki, druty… Dlaczego nie chcą, żeby zobaczył, co leży na stole? Kurde, co tu jest grane?

– No dobrze – powiedział bezradnie dziadek po chwili milczenia. – Dziękuję, Jirko. Nie wiedziałem, że przyjdziesz. Miło, że o mnie pomyślałeś. Ale mam… coś do załatwienia, bardzo cię przepraszam. Nie mam teraz dla ciebie czasu. Może… wrócisz teraz do domu i wpadniesz z mamą, kiedy rodzice wrócą?

Jirka energicznie pokiwał głową. Dziadek dodał jeszcze:

– Nie powinieneś chodzić po Truchlinie sam, dziwię się, że mama ci pozwoliła. To jest Patrik, też już wychodzi. Odprowadzi cię na plac Pawłowa, stamtąd trafisz już sam.

Jirka spojrzał na obcego faceta, a potem na dziadka. Na ustach starszego pana pojawił się wreszcie cień uśmiechu.

– Nie bój się, Patrik nie zrobi ci krzywdy. Usiądź na chwilkę i poczekaj, weźmie tylko parę rzeczy i zaraz pójdziecie. Napij się soku.

Jirka został sam. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Szklanka soku z czarnego bzu chłodziła mu dłoń, ale nie miał na niego ochoty. Nagle wszystko wokół wydało mu się obce. Czy dziadek coś przed nim ukrywa? Ale, ale… Przecież dziadek nigdzie nie wychodzi, nikt go nie odwiedza, nie ma znajomych. Odkąd umarła babcia, całymi dniami tylko czyta książki, karmi papużki i gra na fortepianie. Fakt, Jirka nigdy go nie rozumiał. Dziadek mało się śmiał, wiecznie grzebał w jakichś papierach, a kiedy rozmawiał z wnukiem, używał słów, których ten nie znał. Poza tym mieszkał na Truchlinie, a wiadomo, że na Truchlinie mieszkają dziwni ludzie.

Patrik wynurzył się z głębi salonu, z ramienia zwisał mu plecak, na nogach miał sandały. Jirka zauważył, jak dziadek podaje mu dużą papierową torbę, musiała być ciężka. Kiedy Patrik zawiązał ją sznurkiem i wcisnął do plecaka, Jirka usłyszał charakterystyczny brzęk metalu.

– Idziemy. – Patrik spojrzał na Jirkę, otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Jirka ruszył za nim, w progu obejrzał się jeszcze na dziadka. Ten pokiwał tylko głową, wymamrotał, żeby przyszedł za tydzień z mamą, i zatrzasnął za nimi drzwi.

Maszerowali przez Truchlin szybkim krokiem, w milczeniu, Jirka ledwo nadążał. Dwa razy skręcili, minęli stary kościół z odpadającym tynkiem. Potem domy wokół jakby się skurczyły, przybyło starych budynków z muru pruskiego, uliczki stały się bardziej kręte, a na skrzyżowaniach pojawiły się poobtłukiwane kamienne słupki. Jirka rozglądał się niepewnie.

– Dobrze idziemy? Tędy przecież nie dojdziemy do metra. Powinniśmy iść w dół…

– Pójdziemy przez Wzgórze Wisielców, a potem w dół, na plac Karola. – Patrik nawet na sekundę nie zwolnił.

Jirka niepewnie przełknął ślinę. Wzgórze Wisielców to najstarsza, najbardziej wyludniona część Truchlina, ciemne uliczki, domy z niepalonej cegły, a pomiędzy nimi podwórka. Na samym szczycie podobno kiedyś mieściło się więzienie, a na pobliskim placyku stała szubienica. Kolega ze szkoły opowiadał kiedyś Jirce, że szubienica nadal jest na jednym z podwórek, ale więzienie dawno już zburzono. Jirka nie za bardzo w to wierzył.

– Dlaczego tędy? Przez Wzgórze Wisielców jest dalej – zauważył Jirka.

– Nie musisz wszystkiego rozumieć, po prostu idziemy i już – odparł Patrik bez zbędnych wyjaśnień, więc Jirka wolał więcej nie pytać.

Przechodzili wąskim pasażem pomiędzy dwiema równoległymi ulicami, kiedy Patrik nagle się zatrzymał i cofnął o parę kroków. Z dołu ktoś nadchodził; gość w ciemnej kurtce szybko się do nich zbliżał. Na razie nie mógł ich zobaczyć, skrytych za łukiem podcieni. Patrik nie odezwał się ani słowem, chwycił tylko Jirkę za ramię i przycisnął go do ściany.

– Ani słowa. Mamy problem – szepnął, a przez twarz przebiegł mu nerwowy tik. Rozejrzał się po wąskiej uliczce. Zauważył ich czy nie? Wypuścił powietrze z płuc, rozejrzał się jeszcze raz. W końcu jego wzrok padł na stare, brudne drzwi prowadzące do jednego z budynków. Chwycił za klamkę, ale były zamknięte. Cofnął się o krok i naparł na nie całym ciężarem. Zamek puścił. Patrik mocno chwycił Jirkę za nadgarstek i pociągnął go za sobą w ciemność.

– Co… co się dzieje? – wyszeptał Jirka. Serce waliło mu jak szalone. Co ten Patrik wyprawia? Może trzeba zacząć krzyczeć? Wewnątrz budynku było szaro, na podłodze walały się deski pełne zardzewiałych gwoździ, a w powietrzu wirował kurz, przez co ledwo się dało oddychać. Patrik nie zatrzymywał się, ciągnął Jirkę coraz głębiej, z jednego pomieszczenia do drugiego.

– Ratunku! – wrzasnął Jirka. Patrik gwałtownie się odwrócił, był blady jak ściana. Prawą dłonią zasłonił usta Jirki, a lewą nadal kurczowo trzymał go za nadgarstek.

– Cicho – wycedził. – Ja nie zrobię ci krzywdy, słowo. Ale oni mogą, uwierz mi. Bądź tak dobry i się zamknij.

Jacy oni?

– Widziałeś go? – Przez rozbite okno dobiegł ich zachrypnięty głos. Jirka poczuł, jak dłoń Patrika trochę mocniej naciska na jego usta.

– Nie, tu go nie było – odpowiedział drugi głos, trochę wyższy i jakby skrzeczący.

– Musi gdzieś być, widziałem go dwie ulice wyżej, a potem wchodził tutaj, w to przejście. Szedł prosto na ciebie.

– Słyszałem w pobliżu krzyki, ale nikogo nie widziałem.

– Był z nim jakiś chłopak. Ej, zobacz. Na pewno schowali się w środku.

Przez zakurzone korytarze poniosło się skrzypienie otwieranych drzwi.

– Bądź cicho i chodź ze mną – szepnął Patrik.

Dotarli do klatki schodowej. Patrik bez namysłu ruszył w górę, Jirka drobił tuż za nim. Dlaczego mieliby mu zrobić krzywdę? Nie zna ich, a oni nie znają jego. I kim w ogóle jest ten cały Patrik? Niby znajomy dziadka, ale Jirka nigdy o nim nie słyszał. Z dołu dobiegł ich huk, a potem głośne przekleństwo.

Na górze panował półmrok, przez okno wpadał do środka wąski promień światła. Jirka zobaczył wielki fotel, półkę z książkami, kominek, a nad nim dwa portrety w okrągłych ramach: młoda kobieta i wąsaty mężczyzna w mundurze. Nie było za to kolejnych drzwi, schody też kończyły się na tym piętrze. Patrik obszedł całe pomieszczenie dwa razy. Wyglądał na zmartwionego. Tutaj na pewno ich dopadną, stąd nie ma jak uciec. Jirka obserwował go z zaciśniętym gardłem.

– Kim są ci ludzie? – wyszeptał w końcu, rzucając przestraszone spojrzenie w stronę schodów. Patrik pochylił się, jego twarz znalazła się tylko kilka centymetrów od Jirki.

– Twój dziadek i ja nad czymś pracujemy, a oni chcą nas powstrzymać.

– A co takiego robicie? – zapytał.

– Nic złego. Ani niezgodnego z prawem – powiedział Patrik, a potem zaczął mówić bardzo szybko: – Mnie znają i śledzą już od jakiegoś czasu. Ale nie wiedzą o twoim dziadku. Jeśli cię złapią i dowiedzą się, kim jesteś, wpakujesz dziadka w kłopoty. Poważne kłopoty. Jeśli dopadną mnie, zabiorą mi plecak i wszystko, co w nim mam. To by było dla twojego dziadka jeszcze gorsze. Dlatego musimy im uciec. Obaj.

Patrik był śmiertelnie poważny, więc po chwili wahania Jirka kiwnął głową.

W pokoju na parterze skrzypnęły drzwi. Za chwilę będą na górze. Patrik podszedł do okna. To było wprawdzie tylko pierwsze piętro, ale dobre sześć metrów nad ziemią, bo budynek stał na zboczu. W dole rozciągał się zarośnięty ogród, spomiędzy krzaków i pokrzyw niczym wysepka wystawał blaszany dach szopy. Na lewo od okna prowadził wąski gzyms.

– Pójdziemy tędy – oświadczył Patrik. – Ale na wypadek gdyby nas złapali, schowam tu parę rzeczy.

Zdjął z ramion plecak, wyjął z niego papierową torbę z metalowymi przedmiotami, którą dostał od dziadka, i ukrył ją za książkami na półce tak, że w ogóle nie było jej widać.

– Śmigaj, pójdę zaraz za tobą. – Patrik założył z powrotem plecak i pomógł Jirce wdrapać się na okno. – No, idź!

Jirka ani drgnął. Bał się wysokości. Jeśli spadnie, na pewno coś sobie złamie. O ile na złamaniu się skończy.

– No, idź! – Patrik pchnął go lekko, a pod Jirką zakołysał się świat. Zrobił trzy niepewne kroczki, plecy przycisnął do ściany, pod nogami otwierała mu się pustka. Co on wyprawia? Nie patrząc w dół, wstrzymał oddech i sunął po gzymsie aż do miejsca, w którym ogród kończył się drewnianym płotem, a ściana skręcała pod kątem prostym ponad ciemną ulicą. Słyszał za sobą wrzaski, ale nie zwracał na nie uwagi. Wyjrzał za róg, nikogo nie było. I nagle zobaczył metalową drabinę, prowadziła z dachu i kończyła się może dwa metry nad chodnikiem. Jirka wyciągnął dłoń i zacisnął ją na pordzewiałym szczeblu. Zsuwał się w dół najszybciej jak umiał. Drabina skrzypiała, tynk osypywał się w miejscach, w których była przytwierdzona do ściany. W końcu skoczył. Udało mu się wylądować na nogach, ale nie utrzymał równowagi i upadł na ziemię.

Po chwili na drabinie pojawił się Patrik. Nie miał plecaka. Pewnie zostawił go w pokoju. Albo mu go zabrali. Jirka niepewnie wstał, bolało go lewe kolano. Czy nie powinien uciekać, póki może? Nagle nad jego głową rozległ się stłumiony krzyk. Patrik! Drabina nie utrzymała ciężaru dorosłego mężczyzny, uchwyty jeden po drugim wysuwały się ze szpar pomiędzy kamieniami. Aż całkiem odpadła od ściany. Patrik wyciągnął rękę w kierunku gzymsu, ale nie zdołał go dosięgnąć. Sekundę później zwalił się plecami na chodnik. Coś chrupnęło i Patrik zastygł w bezruchu.

Jirka gapił się, przerażony, na bezwładne ciało. O Boże! Ukląkł na ziemi. Patrik oddychał, ale płytko i chrapliwie, oczy miał zamknięte. Jirka wymacał w kieszeni telefon. Ekran był czarny. Próbował włączyć, bez skutku. Co jest? No tak, Truchlin. Jasny szlag, co teraz? Wzywać pomoc? Na pewno ktoś mieszka w pobliżu, ale kto tu może mieszkać? Staruszka, ćpun, wariat?… Jirka wsunął dłoń pod kark Patrika i uniósł jego głowę. Patrik ze świstem wciągnął powietrze i otworzył oczy. Wziął oddech jeszcze raz i drugi, ale jego oczy lśniły już dziwnym blaskiem. Prawą dłoń zaciśniętą w pięść przesunął w stronę Jirki, próbował coś powiedzieć, ale już nie dał rady. Potem zacharczał, jego pierś dwa razy uniosła się z trudem, trzeci raz już nie nastąpił. Dziesięć sekund ciszy, piętnaście… Niemożliwe, niemożliwe, myślał gorączkowo Jirka. Nie, to niemożliwe… Zaciśnięta pięść Patrika rozluźniła się i Jirka zobaczył mały kluczyk z czerwoną nakładką. Chwycił go.

Ktoś zbliżał się ulicą. Jirka usłyszał tupot nóg i niskie głosy. Serce waliło mu jak młotem. Spojrzał na ciało Patrika i w mgnieniu oka podjął decyzję. Już nie mógł mu pomóc. Ruszył biegiem, ale zatrzymał się za pierwszym zakrętem. Chyba powinien zniknąć, póki to możliwe. Ale ciekawość była silniejsza od strachu. Odwrócił się i ostrożnie wyjrzał zza rogu. Zobaczył, jak do Patrika podchodzi dwóch mężczyzn. Pierwszy przysadzisty, ubrany w czarną skórzaną kurtkę i dżinsy. Drugi sprawiał wrażenie zawodowego zapaśnika: wysoki i umięśniony, w ciemnych spodniach i sportowej bluzie z kapturem. Obaj mieli czarne krótko ostrzyżone włosy. Coś mówili, ale dopiero kiedy podeszli bliżej, Jirka zrozumiał ich słowa.

– Już po nim – oświadczył ten w skórzanej kurtce, pochylając się nad ciałem Patrika. W jego głosie nie było ani śladu żalu. Wypowiedział te słowa tak obojętnie, jakby mówił o pogodzie albo informował, ile kosztują bułki. Patrik nie żyje! Nie żyje… Jirka poczuł, że trzęsą mu się kolana. To wszystko jest jak zły sen, strasznie zły sen… Przez chwilę było cicho, a potem facet w skórzanej kurtce dodał:

– Nic przy sobie nie ma. Nic.

– No, szef nie będzie zadowolony – odparł gniewnie drugi, dziwnie przeciągał sylaby. – Daliśmy ciała.

– Gdzieś tu przecież musi być ten chłopak. – Facet w skórzanej kurtce wyprostował się i rozejrzał wokół. Jirka nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń i rzucił się do ucieczki. W dół, w stronę placu, w lewo po schodach, a potem cały czas prosto. Na ulicach Truchlina już się ściemniło, za niektórymi oknami Jirka widział słabe migoczące światełka. Biegł z całych sił. Na oślep, byle w dół. Zerknął przez ramię, by sprawdzić, czy nikt go nie goni. Był sam. Uff! Raz zatrzymała go ślepa uliczka, musiał zawrócić przy pordzewiałych śmietnikach i cofnąć się do najbliższego zakrętu. Zbiegał ze Wzgórza Wisielców, szum miasta się nasilał.

To już nie może być daleko. Jeszcze dwie przecznice. I wreszcie ludzie. Normalni ludzie z normalnego świata. Pani z pieskiem, pan z teczką. Pierwsze zaparkowane samochody. Jirka wcisnął klawisz telefonu i ekran błysnął światłem. Nareszcie. Opuścił Truchlin. Dobiegł aż na plac Karola i ciężko opadł na ławeczkę pośrodku skwerku. Nikt nie zwracał na niego uwagi.

Jirka siedział na ławce jeszcze dobry kwadrans, aż jego oddech w miarę się uspokoił. W międzyczasie na placu Karola zapaliły się latarnie. Ludzie przechodzili tam i z powrotem przed oświetlonymi wystawami sklepów, strumień aut płynął ulicą Jęczmienną i ze wszystkich stron dobiegał Jirkę gwar miasta. Ze wszystkich stron oprócz jednej. Kiedy spojrzał za siebie, zobaczył długą ulicę prowadzącą pod górę, w ciemność. W nocy Truchlin był czarną wyspą w oceanie światła. Przez moment wydawało mu się, że kogoś tam widzi. Faktycznie. Pomiędzy cichymi domami przechadzała się przygarbiona postać i za pomocą długiej tyczki zapalała blade latarnie gazowe.

Najwyższa pora wracać do domu.

—––—––—––—––—––—––— CIENIE NAD PRAGĄ —––—––—––—––—––—––—

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
NIESZCZĘŚCIE NA WZGÓRZU WISIELCÓW
CIENIE NAD PRAGĄ
POSĄG BEZ TWARZY
NIOSĄCY ŚWIATŁO
PO WŁASNYCH ŚLADACH
ZIELONE ŻARÓWKI
NIESPODZIEWANA WIZYTA
SAM NA TRUCHLINIE
OSTATNIE DZIEŁO DALIBORA NÁPRAVNÍKA
DROGA DO BASZTY WSCHODNIEJ
PODZIEMIA
PRAWY BIAŁYZ CZERWONYM
UMARLI MÓWIĄ

Tytuł oryginału: Prašina

First published in 2018 by Nakladatelství Paseka, Praha

Redakcja: Magdalena Granosik, Julia Różewicz

Korekta: Aleksandra Szulejewska

Okładka i opracowanie graficzne: Nikola Klímová

Logo „Czeska Bajka”: Anna Wiśniewska

Wydanie książki zostało dofinansowane przez

Copyright © by Vojtěch Matocha, 2018

Copyright © for the illustrations by Karel Osoha, 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera,

Wrocław 2020

Copyright © for the Polish translation by Anna Radwan-Żbikowska

All rights reserved

ISBN 978-3-65707-32-1

Wydawnictwo Afera

www.wydawnictwoafera.pl

kontakt: biuro@wydawnictwoafera.pl

Wydanie I, Wrocław 2020

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com