Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka - Laura Jane Grace, Dan Ozzi - ebook

Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka ebook

Laura Jane Grace, Dan Ozzi

3,7

Opis

Choć w akcie urodzenia Laury Jane Grace widniały imiona Thomas James, od dzieciństwa czuła, że do niej nie pasują. Bycie synem żołnierza, anarchistą i liderem popularnego punkowego zespołu Against me! nie wystarczało. Chciała być nią. Córką, anarchistką, liderką.

W świecie punk rocka, gdzie czas wyznaczają kolejne koncerty, butelki whisky i wciągnięte kreski, gniew, niepewność i zagubienie stają się jeszcze bardziej dojmujące. Grace, nie dopuszczając do głosu prawdziwego „ja”, rzuca się w wir uzależnień, niszczy rodzinę, próbuje tłumić pragnienie tranzycji, a ustalanie własnej tożsamości staje się poważnym źródłem napięcia w jej codzienności. Codzienności, w której jak mantra wraca zdanie: „Nie zawracaj sobie głowy dopasowywaniem się do szufladki, którą wymyślił dla ciebie ktoś inny”.

„Trans” to kronika akceptowania własnej seksualności oraz gorzka opowieść o cenie, którą trzeba zapłacić, by żyć w zgodzie ze sobą.

„Wielowymiarowa opowieść o trwającej całe życie podróży zmierzającej do odkrycia, zaakceptowania i wreszcie – publicznego uznania prawdziwej tożsamości Grace. Rozbrajająca szczerość czyni z autorki zarówno ikonę osób transpłciowych, jak i współczesną bohaterkę.” „Harper's Bazaar”

„Laura Jane Grace dowodzi wielkiej odwagi, zagłębiając się w szczegóły tak rzadko poruszanego tematu. […] Opis jej bólu i walki, zwątpienia i braku wsparcia stanowi cenny punkt wyjścia do rozmowy o osobach transpłciowych.” Joan Jett, Billboard's 100 Greatest Music Books of All Time

„Sama historia zespołu wystarczyłaby na fascynującą książkę, ale jej dodatkową wartością jest opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości. To brutalnie szczera, płynąca prosto z duszy osobista historia.” „Publishers Weekly”

„Grace tak bezpośrednio pisze o zmaganiach ze swoją tożsamością i byciem liderką zespołu, że można poczuć, jak po tych wyznaniach spada jej z ramion wielki ciężar. […] Ta książka mówi o sprawach, które wciąż wymagają poważnej dyskusji.” The A.V. Club

„Niezwykle szczera opowieść transpłciowej artystki i jak dotąd jedyna tak szczegółowa książka o Against Me! – jednym z najważniejszych punkowych zespołów XXI wieku. Bez ironii polecilibyśmy tę książkę nawet waszym babciom, które boją się transpłciowości i nie potrafią wymienić trzech piosenek The Clash.” „Esquire”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




SERIAAMERYKAŃSKA

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

LAURA JANE GRACE I DAN OZZI

TRANS

Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Przełożył Rafał Lisowski

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału Tranny. Confessions of Punk Rock’s Most Infamous Anarchist Sellout

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Tommy Calderon

Copyright © 2016 by Total Treble, LLC

This edition published by arrangement with Hachette Books, an imprint of Perseus Books, LLC, a subsidiary of Hachette Book Group, Inc., New York, USA. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Marta Höffner

Konsultacja Edyta Baker

Korekta Joanna Hałaczkiewicz, Iwona Łaskawiec

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-146-7

Dla Evelyn

Od tłumacza

Każdy przekładany tekst zmusza tłumacza do podejmowania na bieżąco wielu decyzji, z których tak naprawdę prawie żadna nie jest do końca transparentna. Zwykle nie są one powiązane ze sobą, czasem tylko układają się – z konieczności albo przypadkowo – w spójną strategię. Tak właśnie było ze wspomnieniami Laury Jane Grace. Jako tłumacz znalazłem się na przecięciu języków i płci.

Szybko zrozumiałem, że polski przekład Transa siłą rzeczy będzie książką inną niż oryginał. Śledzimy tu proces odkrywania przez autorkę własnej tożsamości, rozpisany na trzydzieści lat i dwie odrębne narracje: jedną powstającą równolegle do wydarzeń, a drugą pisaną z perspektywy czasu. Czasowniki w języku angielskim są pozbawione rodzajów, a co za tym idzie, angielska gramatyka nie wymusza płciowego samookreślenia. „Ja” autorki jest genderowo przezroczyste, dopóki ona sama nie zdecyduje inaczej. Tymczasem polszczyzna rządzi się innymi prawami: czasownik w czasie przeszłym zawsze ma rodzaj, co wymusiło na mnie podjęcie konkretnych decyzji. Przez chwilę flirtowałem z pomysłem napisania całego tekstu polskiego w czasie teraźniejszym, podobnie jak w angielszczyźnie niezdradzającym rodzaju. Zrezygnowałem z niego jednak, ponieważ książka Laury Jane Grace ma charakter zdecydowanie wspomnieniowy, podczas gdy właściwością narracji prowadzonej w czasie teraźniejszym jest dynamizacja tekstu, wywołanie wrażenia nerwowości czy natychmiastowości. W oryginale czas teraźniejszy pojawia się tylko sporadycznie i odróżnia się wtedy od reszty tekstu, dlatego większość narracji należało oddać w czasie przeszłym.

Decyzje translatorskie utrudniał jednak fakt, że historia każdej osoby transpłciowej jest inna. Przypadek Laury, tak jak ona sama go opisuje, nie jest przypadkiem kogoś, kto zawsze wiedział, że jest kobietą. Ustalanie własnej tożsamości jest ważnym źródłem napięcia przez większą część książki. Mam nadzieję, że napięcie to udało się odzwierciedlić przez naprzemienne użycie rodzajów: żeńskiego w głównej narracji, pisanej przez Laurę z aktualnej perspektywy, oraz męskiego we fragmentach pamiętników z czasów, gdy autorka identyfikowała się jako mężczyzna. Jak sama zaznaczyła w korespondencji ze mną, we wpisach z pamiętników nie chciała niczego zmieniać, tak aby odzwierciedlały jej ówczesną perspektywę. W książce obie te narracje przeplatają się i uzupełniają, dlatego uznałem, że współistnienie form męskich i żeńskich może stanowić pewnego rodzaju substytut genderowej przezroczystości oryginału.

Osoby z uwagą czytające ten przekład tu i ówdzie zauważą jednak odstępstwa od wyłuszczonych powyżej reguł. Wynikają one stąd, że przekład nie jest nauką ścisłą, a tłumacz zawsze stara się podążać za duchem tekstu, tak jak go odczytuje i interpretuje, nawet kosztem pozornych sprzeczności. W tym przypadku zadanie było o tyle szczególne, że tłumacz jest cispłciowym mężczyzną przekładającym książkę transpłciowej kobiety. Na każdym etapie przyświecał mi cel, by mój punkt widzenia nie wziął góry nad ostatecznym dziełem. Jednym z przykładów owych odstępstw był sposób pisania o relacjach Laury z kobietami w czasach, kiedy identyfikowała się jako mężczyzna. Tu również polszczyzna dała mi do dyspozycji skończoną pulę środków do wyboru, a każdy miał swoje zalety i wady. W liczbie mnogiej zdecydowałem się na rodzaj męskoosobowy (więc „poszliśmy, zrobiliśmy, kochaliśmy się” zamiast „poszłyśmy, zrobiłyśmy, kochałyśmy się”), poniekąd przyjmując punkt widzenia obu osób w tamtym momencie w czasie. Nie jest to rozwiązanie idealne, ponieważ tłumaczowi można zarzucić przyjęcie heteronormatywnej cispłciowej perspektywy. Z drugiej strony odnosiłem wrażenie, że użycie rodzaju niemęskoosobowego, jednoznacznie wskazującego na relację dwóch kobiet, nie współgrałoby z tym, jak Grace opisuje tamte relacje z okresu, kiedy nie uważała się jeszcze za osobę transpłciową.

Oczywiście sama Laura Jane Grace często nie wyraża się w sposób poprawny politycznie, do czego jako autorka ma naturalnie pełne prawo. Czy to za sprawą jej osobowości, odczuwanej dysforii, wychowania w takim, a nie innym społeczeństwie, czy też punkowego gniewu, jej brutalny język bywa w książce narzędziem autoagresji. Wówczas zadaniem tłumacza jest oddanie tych rejestrów bez dodawania innych, niezgodnych z intencjami autorki. Dokonując coming outu, w tekście polskim Laura Jane Grace mówi więc „jestem transseksualistą” (w rzeczowniku rodzaju męskiego), mimo że preferowaną wersją byłaby przymiotnikowa w rodzaju żeńskim („jestem transseksualna” albo „jestem transpłciowa”). Z toku narracji zdaje się bowiem wynikać, że musiało minąć jeszcze trochę czasu, zanim Laura zaczęła konsekwentnie mówić o sobie w rodzaju żeńskim. Ponadto ona sama nader często pisze właśnie rzeczownikowo: a transsexual zamiast przymiotnikowego transsexual albo transgender. Tych dwóch terminów: „transseksualny” i „transpłciowy”, świadomie zresztą używa rozdzielnie, pierwszy z nich uważając za bardziej szczegółowy, a drugi – za bardziej ogólny. Sama utożsamia się z oboma określeniami. W ślad za nią używam również w przekładzie takich niepoprawnych politycznie określeń, jak na przykład „zmiana płci”, odzwierciedlających jej pojęcie o procesie tranzycji w czasach, kiedy prowadziła pamiętnik. Wreszcie agresywny jest sam użyty w tytule wyraz „trans”, służący tu jako polski odpowiednik obraźliwego angielskiego tranny. Laura Jane Grace zdecydowała się na taki tytuł, żeby – jak mówi – odebrać temu słowu jego raniącą moc.

Bez względu na aktualny językoznawczy konsensus zawsze uważałem za oczywistą pewną zależność postrzegania rzeczywistości od narzędzi dostępnych w danym języku. Praca nad wspomnieniami Laury Jane Grace uzmysłowiła mi to jeszcze dobitniej. W przejściu z języka na język zawsze coś bezpowrotnie przepada: tym razem była to genderowa płynność angielszczyzny dopuszczająca brak samookreślenia. Mam jednak nadzieję, że w zamian uzyskaliśmy coś innego: za sprawą nieprzezroczystości rodzajów gramatycznych polski czytelnik wyraźniej zetknie się ze zjawiskiem transpłciowości w języku.

Rafał Lisowski

maj 2020

1Walking Is Still Honest

Był rok 1985, a ja miałam pięć lat, wystarczająco mało, żeby ciągle myśleć, że piosenka Madonny Material Girl jest o płatkach śniadaniowych, a refren brzmi „I am a Cheerios girl”. Stałam w blasku telewizora w rodzinnym salonie i w milczeniu, z zachwytem oglądałam jej ruchy.

Rodzice lubili muzykę, ale nie fanatycznie. Ojciec chętnie słuchał country, szczególnie Williego Nelsona, a matka preferowała Dianę Ross & the Supremes. Ale w tej gwieździe popu coś do mnie przemawiało. Patrzyłam na tańczącą Madonnę zahipnotyzowana.

Jej włosy w odcieniu brudnego blondu były perfekcyjnie zakręcone i ułożone pianką. Jej neonowo-czarne ciuchy – porwane tak, żeby podkreślać krągłości. Masywne bransoletki i wisiorki brzęczały i migotały na nadgarstkach i szyi, kiedy poruszała się w rytm muzyki. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jej na ekranie. To ja, pomyślałam z absolutną klarownością. Chciałam to robić. Chciałam tym być.

Ten zachwyt szybko przerwała dezorientacja. Nagle zrozumiałam, że nigdy nią nie będę, że nie mogę nią być. Madonna była dziewczyną, pewnym siebie symbolem kobiecości, śpiewała i tańczyła na scenie w krótkiej spódniczce i butach na wysokim obcasie. A ja byłam tylko małym chłopcem mieszkającym w parterowym domu na terenie bazy wojskowej w Fort Hood w Teksasie.

Mój ojciec miał na imię Thomas. Mój wuj miał na imię Thomas. Mój kuzyn miał na imię Thomas. Ja też urodziłam się jako Thomas James Gabel, syn żołnierza, absolwenta West Pointu, który nigdy nie był na wojnie. Takie imię widniało w moim akcie urodzenia, ale nigdy nie miałam poczucia, że do mnie pasuje.

Urodziłam się 8 listopada 1980 roku w hrabstwie Chattahoochee w Georgii, choć nigdy nie powiedziałabym o sobie, że jestem z Południa. Byłam z Tobyhanny w Pensylwanii, z Cincinnati w Ohio i z Lago Patria we Włoszech. Moja rodzina co kilka lat pakowała całe swoje życie i przeprowadzała się tam, gdzie akurat przydzielono ojca. Jako dziecko żołnierza od urodzenia byłam podróżującą duszą, poznawałam nowych ludzi i nowych przyjaciół, uczyłam się różnych kultur z całego świata i przystosowywałam się do nowych stylów życia.

Już jako malec przypominałam z natury destrukcyjny żywioł. Kiedy matka zabierała mnie na zakupy do supermarketu i sadzała w foteliku w sklepowym wózku, łapałam przedmioty z półek i zrzucałam je na ziemię. „Tom! – karciła mnie. – Tom… Tom!” Pewnego razu surowy starszy pan za kasą, widząc jej niedolę, mruknął pod nosem: „Tom Tom the Atom Bomb”. To przezwisko do mnie przylgnęło.

Rodzice nie byli głęboko religijni, ale od czasu do czasu ciągali do kościoła mnie i mojego o sześć lat młodszego brata Marka. Oboje wychowali się jako katolicy, ale najwyraźniej nie miało dla nich znaczenia, do jakiego kościoła chodziliśmy – prezbiteriańskiego, metodystycznego, cokolwiek z powodów towarzyskich najbardziej pasowało reszcie oficerów. Jeśli o mnie chodziło, religia była mi dość obojętna, bylebym nie spłonęła w piekle.

W niedziele po mszy budowałam forty z koców i kołder, wypełniając nimi cały swój pokój. Pod tymi pościelowymi baldachimami tworzyłam własny świat, po raz pierwszy doświadczałam prywatności z dala od wzroku rodziców. Aby zaoszczędzić trochę miejsca, matka trzymała pończochy w dolnej szufladzie mojej komody. Znalazłam je, a naturalna ciekawość kazała mi je przymierzyć. Zastanawiałam się, co jest takiego wyjątkowego w tych pomarszczonych brązowych skarpetkach, że wolno je nosić tylko mamie.

W mroku swoich fortów potajemnie kładłam się na plecach, unosiłam nogi ku niebu i powoli naciągałam pończochy. Dotyk nylonu na skórze niemal mnie hipnotyzował.

Na pewno właśnie tak czują się kobiety, myślałam.

Kiedy ojciec przechodził korytarzem, widział konstrukcje z koców i kołder, którymi przykrywałam meble.

– Tommy, co ty tam wyrabiasz, do diabła? – rzucał.

– Nic! – odpowiadałam, szybko zsuwałam pończochy i czym prędzej je chowałam. Nikt nie musiał mi mówić, że to, co robię w forcie, to nieprzyzwoite zachowanie. Po prostu czułam, że to coś złego, zupełnie jakbym urodziła się okryta wstydem. Już wcześniej zostałam przyłapana na zabawie lalkami Barbie z dziewczynką z sąsiedztwa. Reakcją ojca było zimne, pełne dezaprobaty spojrzenie oraz nowa figurka G. I. Joe. Wyjaśniono mi bez ogródek, że „mali chłopcy nie bawią się lalkami jak małe dziewczynki” i tyle.

Mój ojciec był serdecznym mężczyzną, którego służba w wojsku uczyniła chłodnym. Kultura wojskowa narzuca ścisłe standardy tego, co normalne, a co nie, i żołnierze są szkoleni, żeby ich przestrzegać. Ojciec był zbyt młody, żeby walczyć w Wietnamie, ale gdyby tylko był trochę starszy, zgłosiłby się na ochotnika. Zamiast tego wstąpił do Akademii Wojskowej West Point, którą ukończył w 1976 roku. Chciał być żołnierzem tak jak jego ojciec, który służył jako pilot podczas drugiej wojny światowej. W ustach taty akademia wojskowa była czymś fajnym: opowiadał o barowych bójkach i otrzęsinach, całonocnych eskapadach z kolegami i jeżdżeniu szybkimi samochodami bez snu przez cały kraj. Był zdolnym mechanikiem, w garażu swojej matki odrestaurował dwa jaguary XK-E z 1967 roku, a pierwszego z nich spektakularnie rozbił.

Uwielbiałam słuchać jego opowieści o dzikiej młodości, które jednak stawały się coraz rzadsze, w miarę jak piął się w hierarchii wojskowej. Był twardym, opanowanym facetem i chociaż mnie onieśmielał, byłam dumna, kiedy czasami odbierał mnie ze szkoły w pełnym mundurze polowym, lśniących czarnych butach wojskowych i lotniczych okularach przeciwsłonecznych. Kiedy przechodził, ludzie mu salutowali. Znany był jako major Gabel i nie tolerowałby tego, że jego najstarszy syn chodzi w ciuchach jego żony.

Moja dezorientacja związana z zainteresowaniem kobiecym ciałem i ubiorem towarzyszyła mi przez całą szkołę podstawową. Oglądałam starsze kobiety na ulicy i chciałam być jak one. Kiedy miałam osiem lat, pewnej nocy zobaczyłam w telewizji okrojoną wersję Dziecka Rosemary. Koszmar filmu Polańskiego odrzuciłby większość dzieci, mnie jednak przyciągnęło piękno Mii Farrow. Miała krótkie blond włosy, przycięte na chłopaka, dość podobne do moich. Wiedziałam, jakie to uczucie mieć tak krótkie włosy, dlatego Farrow sprawiła, że kobiecość stała się dla mnie czymś prawdziwym i osiągalnym. Nie miałam pojęcia, kim będę, jak dorosnę, ale dzięki niej miałam do czego aspirować. Może pewnego dnia mogłabym wyglądać jak ona.

Muzyka pomogła mi radzić sobie z tymi uczuciami. Odkryłam hair metal lat osiemdziesiątych – zespoły takie jak Poison, Warrant i Bon Jovi. Moją pierwszą kasetą była Hysteria grupy Def Leppard, którą kupiłam w sklepie garnizonowym, bo spodobała mi się psychodeliczna okładka, przedstawiająca dwie krzyczące twarze obwiedzione trójkątem. Kapelą, na której punkcie dostałam obsesji, było jednak Guns N’ Roses. Ich muzyka do mnie przemawiała, bo wydawała się niebezpieczna. Bałam się, że rodzice zobaczą zdjęcia w książeczkach dołączonych do albumów. Podniecał mnie wygląd zespołu, zwłaszcza żylastego wokalisty Axla Rose’a, bo wydawał się androginiczny. Bujne fryzury, ciasne ciuchy, zatarte granice. Często nie umiałam stwierdzić, czy członkowie grupy to chłopaki, czy dziewczyny, i to mi się podobało.

Godzinami gapiłam się na te zdjęcia w książeczkach i już wiedziałam, że chcę mieć własny zespół. Wymyślałam nazwy kapel w stylu „The Leather Dice” i wypisywałam je markerem na plecach dżinsowej kurtki. Ćwiczyłam ruchy sceniczne, udając, że rakieta tenisowa to gitara. W końcu uznałam, że muszę przestawić się na prawdziwą.

Za pieniądze zarobione na koszeniu trawników zamówiłam z katalogu wysyłkowego Searsa gitarę akustyczną firmy Harmony za sto dolarów. Oczekiwanie na dostawę było torturą. Wiedziałam już, kim chcę być, i nie mogłam się doczekać, kiedy to się zacznie. Rodzice zapłacili żonie pewnego wojskowego, żeby dawała mi lekcje, ale niczego z nich nie wyniosłam. Zamiast tego uczyłam się na słuch: wsłuchiwałam się w albumy ulubionych zespołów i grałam razem z nimi. Jak większość dzieciaków, które muzyczne przebudzenie przeżywały w latach dziewięćdziesiątych, wprawiałam się na Smells Like Teen Spirit Nirvany. Dzięki totalnej prostocie tego kawałka nieprzebrane zastępy małych rockowców, takich jak ja, nauczyły się grać power chordy i wkurzać nimi rodziców. Z powodu tamtych pierwszych dźwięków Kurt Cobain był osobiście odpowiedzialny za zrogowaciałe opuszki palców całego pokolenia.

Przez cztery lata, od ósmego do dwunastego roku życia, mieszkałam z rodziną we Włoszech i był to dla mnie raj. Za sąsiadów mieliśmy mieszankę rodzin z Włoch, Wielkiej Brytanii, Australii i Niemiec – wojskowych i cywili. Praktycznie żyłam na dworze: biegałam, bawiłam się w wojnę, penetrowałam hektary sadów owocowych rosnących za naszym domem. W sąsiedztwie łatwo nawiązywałam przyjaźnie, ale nauczyłam się nie przywiązywać za bardzo do innych dzieci, bo często się przeprowadzały. To było tak, że jednego dnia rzucasz sobie piłką z kolegą, a nazajutrz jego ojca wysyłają na drugi koniec świata. Można było mówić o szczęściu, jeśli zdążyliście się pożegnać.

Moja matka dała się wciągnąć włoskiej kulturze: biegle nauczyła się języka i chodziła na kursy kulinarne. Dbała o to, żebyśmy z bratem mieli jak najszerszy kontakt z tym krajem. Ojcu trudniej było się przystosować. Armia zachęcała swoich żołnierzy, by zainteresowali się lokalną kulturą i okazywali jej szacunek, ale Włosi zawsze postrzegali stacjonujące wojsko amerykańskie jako niemile widzianego okupanta na swojej ziemi.

Nic nie wiedziałam o jakichkolwiek wcześniejszych problemach małżeńskich moich rodziców. Stały się one widoczne dopiero wtedy, gdy nasiliły się wraz z eskalacją pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, czyli w trakcie operacji „Pustynna burza”. Wszystkie wojskowe rodziny stacjonujące za granicą żyły w dużym napięciu. Poznałam pojęcie „zagrożenia terrorystycznego”. Kontrole bombowe stały się częścią mojej codzienności, a gdy nauczyciele prowadzili lekcje, na dachach stali uzbrojeni żołnierze. Armed Forces Network, jedyny anglojęzyczny kanał w naszej telewizji, nadawał wyłącznie całodobowe relacje z wojny.

Ojciec zrozumiał, że to ostatnia okazja do udziału w wojnie, więc dosłownie błagał dowódców, żeby dali mu szansę. Ze względów czy to politycznych, czy to strategicznych, nie został tam jednak wysłany. Pozostał na natowskim stanowisku w Neapolu, podczas gdy wszyscy jego koledzy pojechali bawić się w wojnę. Pewnego dnia dał mi do zabawy swoją maskę przeciwgazową, wiedząc, że nigdy nie przyda mu się w prawdziwej walce. Osiągnął górny pułap w hierarchii służbowej, co rodziło w nim głęboką frustrację.

Komunikacja między nim a moją matką pogarszała się z każdym dniem. Zaczęły się krzyki i kłótnie, zwłaszcza rano lub wieczorami, kiedy wracał z bazy. W końcu zupełnie przestali rozmawiać.

Tuż przed moimi trzynastymi urodzinami rodzice zdecydowali się na separację z powodów, których nigdy mi do końca nie wyjaśniono. Pewnego dnia matka wciągnęła mnie do swojej szwalni i oznajmiła, że zamierza wyjechać i zabrać ze sobą Marka. Ja dostałam wybór, czy jechać z nimi, czy zostać z ojcem. Poczułam się w tej sytuacji okropnie, ale wybrałam matkę, bo czułam, że zdradziłabym ją, gdybym postąpiła inaczej. Teraz miałam więc poczucie, że zdradziłam ojca. Później matka miała mi powiedzieć, że wszystko zakończyłoby się wcześniej, gdyby nie zaszła w ciążę z Markiem.

Wojskowy establishment niechętnie patrzy na rozwody i sam pomysł, żeby kobiety zostawiały oficerów, więc wyprowadzka była dla mojej matki długim i żmudnym procesem. Przez dwa lata spała sama na łóżku w pokoju Marka, a ja na pryczy obok niej, tymczasem Mark i ojciec dzielili główną sypialnię. Atmosfera w domu była napięta. Ojciec zaczął odmawiać matce pieniędzy i nie chciał płacić za jej podstawowe potrzeby. Kiedy zepsuł się jej samochód, nie naprawił go, przez co praktycznie stała się więźniem we własnym domu.

Nocami słyszałam stukot klawiatury dobiegający z gabinetu ojca. Godzinami siedział przed komputerem i coś pisał. Nigdy mi nie powiedział, nad czym tak pracował, ale wydawało mi się, że nad jakimś pamiętnikiem, tak jakby spisywał te wszystkie uczucia, których nigdy nie wyraził na głos.

W końcu mama zabrała mnie i brata do swojej matki, babci Grace, która miała mieszkanie w bloku dla emerytów w Naples na Florydzie, i całe moje życie się zmieniło. Nagle byłam dzieckiem z rozwiedzionej rodziny, a moja matka samotnie wychowywała dwóch chłopców i zaczynała od zera po trzynastu latach małżeństwa. Nie miała pieniędzy, pracy, samochodu ani domu. Ojciec został na natowskiej placówce we Włoszech, gdzie znalazł się pod obserwacją z powodu myśli samobójczych. Razem z bratem zobaczyliśmy go dopiero rok później.

Natychmiast znienawidziłam Florydę. Było gorąco i nudno. Przez ostatnie cztery lata jedliśmy dania autentycznej włoskiej kuchni, tymczasem kiedy wysiedliśmy z samolotu na Southwest Florida Regional Airport, nasze przybycie mogliśmy świętować albo w sieciówce Olive Garden, albo w Domino’s Pizza. W szkole stopień wojskowy mojego ojca nie miał już znaczenia. To było cywilne życie. W hrabstwie Collier liczyła się wielkość konta bankowego rodziców.

Nie pasowałam do reszty uczniów w nowym liceum i nikt się ze mną nie zaprzyjaźnił, co mi odpowiadało, bo i tak mi na tym nie zależało. To nie były dzieci wojskowych, takie jak ja; wszyscy wychowali się tu razem, a ja byłam tym dziwnym nowym. Nosiłam ciuchy United Colors of Benetton, a oni – air jordany. Jeździłam na dużym rowerze z koszykiem, który dostałam po babci, a wszyscy inni – na kaskaderskich BMX-ach. Nawet nauczyciele traktowali mnie jak wyrzutka. Ci we Włoszech uważali, że jestem wyjątkowa, angażowali się i zapisywali mnie do programów dla uzdolnionych dzieci. Tu, na Florydzie, traktowali mnie jak kogoś niewidzialnego. Nie znałam w klasie nikogo, kogo rodzice też się rozwiedli, i czułam, że to mnie stygmatyzuje. Naples nie wydawało się kolejnym chwilowym, wyznaczonym przez wojsko miejscem, do którego musiałam się dostosować na szybko; tutaj miała upłynąć reszta mojego życia. Czułam się sama, w potrzasku, i chciałam odzyskać ojca.

Moja matka, jako świeżo upieczona samotna kobieta, bardzo polegała na wsparciu Kościoła – zapisywała mnie i Marka na tamtejsze zajęcia po szkole, sama zaś pracowała do późna w zakładzie ramiarskim. Moje pierwsze trzy występy muzyczne miały miejsce przed kościelną publicznością podczas konkursów talentów. Wzięłam w nich udział razem z dwoma innymi chłopakami z naszej grupy młodzieżowej, R. J.-em i Nickiem. Nazwaliśmy nasz zespół Black Shadows. Grając, poczułam, że wypełnia mnie Duch Święty, choć nie wiem, czy ktoś jeszcze go we mnie dostrzegł. Każdy z tych trzech występów składał się z jednego covera: najpierw a cappella wykonaliśmy Bohemian Rhapsody grupy Queen, a rok później akustyczną wersję Imagine Johna Lennona.

Wreszcie, kiedy już jako w pełni elektryczny zespół zapodaliśmy Heart-Shaped Box Nirvany, Kościół poprosił, żebym już więcej nie uczestniczyła w występach. Matce zwrócono też uwagę, że chyba mam problemy, bo ktoś zauważył nacięcia, które robiłam sobie na rękach i nogach, żeby zaimponować fajnym dziewczynom w szkole. Wyrzynałam na ramieniu imię dziewczyny, która mi się podobała, albo nacinałam sobie przedramię, żeby zwrócić jej uwagę. Ból był ogromny, ale opłaciło się, gdy zainteresowało się mną parę dziewczyn. Niestety, zainteresowali się też pastorzy pracujący z młodzieżą. Kościół zapłacił za moją wizytę u psychiatry – kazano mi nie wracać, dopóki nie uzyskam pomocy. Kiedy odrzuca cię Kościół, czujesz się tak, jakby odrzucił cię sam Bóg, bo stwierdził, że jesteś tak zwichrowany, że nawet On ci nie pomoże.

Dużo siedziałam w domu. Na szczęście u mojej babci była kablówka, więc spędzałam czas na oglądaniu MTV. Tkwiłam przyklejona do ekranu z nadzieją, że prowadzący puszczą następny teledysk Nirvany albo Pearl Jamu. Kiedy mi się nudziło, zamykałam się w łazience i przymierzałam sukienki matki z kosza na pranie. Stałam przed lustrem tak długo, jak się dało, przeglądałam się i pragnęłam być kimś innym, pragnęłam być nią.

Kim była „ona”? Osobą, którą wyobrażałam sobie, że jestem, w innym wymiarze, w dawnym życiu, w jakimś śnie. Nigdy nie słyszałam o dysforii płciowej: poczuciu, że psychologiczna i emocjonalna tożsamość płciowa nie przystaje do płci przypisanej w chwili urodzenia. Nie miałam żadnego określenia na to, co czułam. Nie dysponowałam jakąkolwiek wiedzą i nie mogłam powierzyć swojej tajemnicy nikomu dorosłemu. Myślałam, że mam schizofrenię albo że moje ciało opętały dwie zwaśnione bliźniacze dusze, jedna męska, jedna żeńska, obie pragnące mieć nad nim kontrolę.

Patrzyłam z góry na swoje ciało w sukience i przymykałam oczy, aż wreszcie prawie miałam wrażenie, że to prawda. Potem podnosiłam wzrok, licząc, że zobaczę jej twarz, ale zamiast niej widziałam tylko zagubionego nastoletniego chłopca w damskim ubraniu. W końcu przychodził czas, żeby zdjąć sukienkę, spuścić wodę i udać, że myję ręce, a potem wrócić do rzeczywistości.

Zapuściłam włosy do ramion pod pozorem rockandrollowego buntu i naśladowania kapel, których plakaty powiesiłam na ścianie swojego pokoju. Jednak potajemnie chciałam po prostu mieć długie włosy, tak jak wszystkie dziewczyny w moim wieku. Przez te włosy i koszulki z zespołami przylgnęła do mnie w szkole łatka dziwaka, co prowadziło do bójek. Po lekcjach albo w drodze do domu stale ktoś czekał, żeby na mnie napaść. Nigdy nie umiałam się dobrze bić; byłam za wysoka i za chuda, niewiele mi już brakowało do tych stu osiemdziesięciu ośmiu centymetrów wzrostu, do których ostatecznie miałam urosnąć. Zawsze kończyłam posiniaczona i we krwi.

Sprawcą jednego z najbrutalniejszych starć był członek drużyny futbolowej, który uwielbiał nękać dzieciaki takie jak ja, przy czym sama napytałam sobie biedy, drwiąc z niego, że ogolił nogi. Niczym w filmie Johna Hughesa zagroził, że skopie mi tyłek po szkole. „O trzeciej w holu – powiedział. – Przyjdź albo sam cię znajdę”. Przyszłam, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć lub zrobić, jego kumple rzucili się na mnie od tyłu, walnęli w skroń i powalili na ziemię. Wylądowałam przy szafce dozorcy obok puszek z farbą. Złapałam jedną z nich i zaczęłam nią wymachiwać z całej siły. Między ciosami, które mi zadawali, trafiłam ich tyle razy, ile tylko się dało, tymczasem reszta uczniów kibicowała. W końcu pojawił się dyrektor i wszyscy się rozpierzchli. Wyszłam ze szkoły i przebiegłam przez ulicę w- stronę centrum handlowego, a osiłki wsiadły do samochodu, żeby mnie gonić. Z opuchniętą twarzą schowałam się za śmietnikiem na parkingu i wyszłam dopiero wtedy, gdy zrobiło się ciemno.

Wkrótce straciłam zapał do chodzenia na lekcje i stałam się mistrzem wagarowania. Rano wychodziłam z domu, żeby jak zawsze udać się do szkoły, skręcałam jednak za restaurację i paliłam papierosy, dopóki nie byłam pewna, że mama poszła do pracy. Wtedy mogłam spokojnie wrócić do domu, przesiadywać w którejś z jej sukienek, sączyć wyjętą z barku kahlúę ze śmietanką i oglądać opery mydlane. Samotne upijanie się weszło mi w nawyk i w naturalny sposób poprzedziło zainteresowanie narkotykami.

Narkotyki były głęboko zakorzenione w kulturze Naples. Południowa Floryda stanowiła furtkę, przez którą płynęły narkotyki z różnych stron świata, zasilając amerykańską sieć dystrybucji. Kilogramy towaru, który chybił celu, spadały z nieba i wypływały na brzeg prosto w ręce zastępców szeryfa. Chłopakowi w moim wieku łatwiej było kupić kokainę niż alkohol. Kręcąc się pod centrum handlowym w piątkowe wieczory i paląc papierosy, człowiek wdawał się w towarzystwo innych dzieciaków, które też miały ochotę się nakurwić. Gdy już papierosy stały się moim nałogiem, zaczęłam palić zioło, zarzucać kwas i jeść grzybki halucynogenne, które z łatwością zbierało się z pól uprawnych po letnich deszczach. Oprócz wąchania kleju byłam skłonna spróbować wszystkiego, co wpadło mi w ręce, i cały czas chciałam więcej. Kokainę po raz pierwszy wzięłam w wieku trzynastu lat – wciągałam kreski w ubikacji biblioteki publicznej prosto z okładki Córki śniegów Jacka Londona.

Dzięki eksperymentom zauważyłam, że poszczególne narkotyki różnie wpływają na moją dysforię. Kiedy paliłam zioło, to, co wydawało się fantazją, stawało się bardziej autentyczne i przestawałam panikować. Czas stawał w miejscu. Gdy piłam albo brałam kokainę, czułam otępienie i przestawało mnie obchodzić, że nigdy nie będę nią. Myślałam wyłącznie o następnej kolejce albo następnej kresce. Z kolei na psychodelikach mogłam nie tylko w pełni się nią stać, ale też w pełni oderwać się od rzeczywistości.

Po roku ojca znowu przeniesiono do Ameryki, do Fort Leonard Wood w stanie Missouri, gdzie ostatecznie przeszedł na emeryturę po dwudziestu latach służby. Wziął też ślub z kobietą młodszą o prawie dwadzieścia lat. Dla mnie i Marka wydawało się oczywiste, że nie chciała mieć nic wspólnego z dziećmi, a już szczególnie z dziećmi z poprzedniego związku męża. Tata nawet nas nie poinformował, że ponownie się ożenił. Dowiedzieliśmy się stąd, że zmieniło się jej nazwisko na listach przychodzących do ich domu. Mark i ja dzieliliśmy życie między rok szkolny spędzany na Florydzie i lato w Missouri, ale po rozwodzie żadnemu z nas nie udało się uzdrowić relacji z ojcem.

Nienawidziłam Missouri prawie tak bardzo jak Florydy. Dom ojca znajdował się daleko od bazy, na pustkowiu pośrodku Lasu Narodowego imienia Marka Twaina. Nie było tam kablówki, a co za tym idzie, nie było MTV. Włóczyłam się po lasach z nadzieją, że napatoczę się na pole marihuany, takie jak te, które kojarzyłam z nalotów antynarkotykowych pokazywanych w telewizji. Z braku innych używek, gdy ojciec zasypiał, podkradałam mu piwo i sznapsa.

Na moją prośbę tata urządził mi sypialnię w piwnicy. Tak jak w fortach z dzieciństwa odpowiadało mi odosobnienie. Było ciemno jak w jaskini, mogłam spać całymi dniami, a potem robić, co tylko chciałam, gdy inni poszli już spać.

Kiedy nocą nie mogłam zasnąć, przeszukiwałam stare kufry wojskowe taty, oglądałam zdjęcia i czytałam stare listy. Te pudła pochodziły z poprzedniego życia ojca: mieściły połowę rzeczy rodzinnych, które otrzymał po rozwodzie. W jednej z tych skrzyń znalazłam suknię ślubną matki. Całe lato spędziłam w tej piwnicy ubrana jak panna młoda, pijąc piwo Miller Lite, grając na gitarze albo pisząc w pamiętniku.

Pamiętnik zaczęłam prowadzić w trzeciej klasie, kiedy ojca wysłano na miesięczne ćwiczenia do Niemiec, więc zabrał mnie i Marka ze szkoły. Miałam stracić dużo lekcji, toteż nauczycielka kazała mi prowadzić dziennik, w którym każdego dnia opisywałabym doświadczenia z podróży. Napisałam o wizycie w obozie koncentracyjnym w Dachau pod Monachium. Chodząc po miejscu, w którym obłąkany nazista posłał na śmierć tysiące Żydów, wiedziałam, że diabeł musi istnieć naprawdę. Napisałam również o tym, jak mój brat wyskoczył wprost pod nadjeżdżający samochód dostawczy, który zatrzymał się dokładnie na jego nogach. Noc spędziliśmy z Markiem w szpitalu. Był w szoku, ale na szczęście jego młode kości nie popękały pod ciężarem. To było traumatyczne doświadczenie, ale nauczyło mnie, jaką wartość ma przelewanie swoich uczuć na papier. Miało charakter terapeutycznego zwierzenia. Po powrocie przeczytałam oba wpisy przed całą klasą i dostałam piątkę. Od tamtej pory zawsze prowadziłam pamiętnik.

Monotonię Missouri przerwała tylko wycieczka do domku dziadków nad jeziorem na północnym wschodzie Pensylwanii, gdzie miałam dla siebie pokój na strychu. Pewnego wieczoru trafiłam tam na almanach sportowy. W środku znalazłam składający się z dwóch akapitów artykuł o Renée Richards, zawodowej tenisistce, która przeszła „zmianę płci” z męskiej na żeńską.

To wtedy przeczytałam o tym po raz pierwszy. Nie mogłam uwierzyć, że to możliwe. W swoim azylu na strychu w kółko czytałam te dwa akapity. Tak bardzo tego pragnęłam, ale nie wiedziałam, jak to zrealizować. Nie spałam po nocach, modląc się do Boga o ten jeden cud, lecz nie odpowiadał. Kiedy wszyscy poszli spać, w chwili absolutnej desperacji zwróciłam się do Szatana.

Pośród pudeł, pod pojedynczą żarówką zapalaną pociągnięciem sznurka, uklękłam na skraju pryczy, wyjęłam kartkę, podłożyłam sobie twardy almanach sportu, wzięłam ptasie pióro i szwajcarski scyzoryk. Nacięłam kciuk, zanurzyłam czubek pióra w nabrzmiewającej kropli i zaczęłam pisać.

„Przyrzekam wierność Mrocznemu Panu w zamian za…”

Przysięgłam, że zrobię, co tylko będzie chciał. Obiecałam wszystko, włącznie z własną duszą. Błagałam Szatana, bardzo, bardzo, żeby pozwolił mi obudzić się jako kobieta. Nie dziewczyna, ale w pełni dorosła kobieta. Prosiłam o natychmiastową emancypację, żebym mogła uciec od wszystkiego. Miałam w głowie pełny, skomplikowany plan. Nazajutrz zamierzałam wstać przed resztą rodziny, zniknąć w lesie i więcej się nie pojawić. Sporządziłam pakt z diabłem i podpisałam go własną krwią, ale oczywiście nie obudziłam się jako kobieta.

Rozpoczął się okres dojrzewania, a wraz z nim nadeszła burza testosteronu. Moje ciało zaczęło się zmieniać i odczuwałam rówieśniczą presję na doświadczenia seksualne, co mnie przerażało.

Nie wiem, jakim cudem w drugiej klasie udało mi się zacząć chodzić z uczennicą najstarszej, czwartej klasy, i to tak piękną jak Tami. Nie mogłam jeszcze zrobić prawa jazdy, więc mimo wstydu musiałam prosić mamę, żeby czasem mnie do niej podwoziła. Tami miała doświadczenie seksualne, a ja nie. Wydawało mi się, że nie mam do niej startu. Kiedyś jedna dziewczyna z Kościoła zrobiła mi laskę i pozwoliła na palcówkę, ale nigdy nie poszłam na całość. Czułam jednocześnie przerażenie i ulgę, gdy zaczęłam chodzić z Tami, bo wiedziałam, że na pewno stracę z nią dziewictwo.

Pewnego wieczoru jej matka alkoholiczka spała w sąsiednim pokoju, a my na kanapie w salonie oglądaliśmy Hakerów z Angeliną Jolie. Żadne z nas nie było zainteresowane filmem. Siedziałam, cały czas rozmyślając o tym, jak wykonać następny krok, kiedy wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do swojej sypialni, nie zapalając światła. Pchnęła mnie na łóżko i zaczęła się rozbierać. Zrobiłam to samo. Kiedy była już naga, usiadła na mnie okrakiem. To było to. To była ta chwila. Miałam uprawiać seks. Moja skóra płonęła. Tak bardzo się denerwowałam, że zalewał mnie pot, zanim jeszcze do czegoś doszło. Włożyła mnie w siebie i… ekstaza. Odrodziłam się. Doszłam w ciągu sekund.

– Zanim się spuścisz, przerwijmy i załóżmy prezerwatywę, dobra? – szepnęła mi do ucha.

– Yy… na to już chyba za późno…

Spotykaliśmy się jeszcze przez cztery miesiące, aż w końcu zerwałam z nią, gdy mi powiedziała, że przespała się z byłym chłopakiem. Te cztery miesiące były jednak jak seksualny obóz szkoleniowy. Nauczyła mnie, jak się pieprzyć, dokładnie wyjaśniła, co jest przyjemne, a co nie, brakowało tylko tablic i wykresów. Fascynowało mnie jej ciało. Lubiłam pieprzenie tak samo jak narkotyki – jedno i drugie pozwalało mi na ucieczkę.

Nastoletnia burza hormonów tylko wzmagała dysforię, byłam coraz bardziej wściekła i zdezorientowana. Dlaczego rozpaczliwie pragnęłam być kobietą, a jednocześnie leciałam na wszystkie dziewczyny w szkole? Bałam się, że jestem gejem. Myśl o intymności mnie przerażała. Czy ktokolwiek mógłby mnie pokochać, poznawszy mój sekret? I czy byłaby to prawdziwa miłość, gdybym zataiła przed tą osobą tę cząstkę siebie? Wraz z tymi myślami przyszło moje pierwsze pamiętne doświadczenie z depresją, chorobą psychiczną obecną w obu gałęziach mojej rodziny. Babcia Grace, która po śmierci dziadka na zawał w 1964 roku nigdy powtórnie nie wyszła za mąż, miewała napady depresji i całymi dniami nie wstawała z łóżka. Zawoziliśmy ją na leczenia do szpitala, gdzie spędzała miesiąc, wychodziła, a po pół roku musiała wracać. Czułam, że rozumiem jej poczucie beznadziei.

Narkotyki i seks pozwalały mi jakoś wytrzymać, ale największą ulgę i ucieczkę od depresji poznałam wtedy, gdy odkryłam punk rocka.

– Powinieneś tego posłuchać – powiedziała Debbie, wręczając mi egzemplarz Dookie Green Daya. Debbie i jej mąż Sam byli właścicielami Offbeat Music, wówczas jedynego niezależnego sklepu płytowego na południowo-zachodniej Florydzie. – Ta kapela będzie wielka – zapewniła Debbie. – Zacznij ich słuchać, zanim się sprzedadzą!

Wkrótce w programie 120 Minutes na MTV, który oglądałam w każdą niedzielę nocą, chociaż oznaczało to, że w poniedziałek rano będę nieprzytomna, zobaczyłam teledysk do Longview Green Daya. To było dokładnie to, co obiecywała Debbie: punkowe obiboki z przedmieścia zabijały nudę, oglądając telewizję. Nie umknęło mojej uwadze, że to jest już na bardzo metapoziomie. Pewnej nocy trafiłam na odcinek gościnnie prowadzony przez Tima Armstronga i Larsa Frederiksena z zespołu Rancid, dwóch punków z trzydziestocentymetrowymi irokezami i tatuażami, ubranych w skórzane kurtki nabijane metalowymi ćwiekami. Wyglądali, jakby przybyli z innej planety. Nazajutrz czym prędzej poleciałam do Offbeatu w poszukiwaniu albumów wszystkich kapel, które puścili w programie. Każdy z nich pozwolił mi odkryć kolejne zespoły i otworzył przede mną zupełnie nowy muzyczny świat: The Clash, X, Operation Ivy, The Ramones, NOFX i niekończącą się listę innych grup.

Za pomocą żyletki i nożyczek mojej mamy ścięłam długie włosy i zgoliłam boki, żeby zrobić sobie irokeza, którego postawiłam na kuchenną żelatynę. Z centrum handlowego ukradłam parę czarnych lewisów, a z punkowego katalogu wysyłkowego zamówiłam koszulkę zespołu Discharge. To ubranie razem z czarnymi glanami stało się moim mundurem. Nigdy go nie prałam ani nie zmieniałam. Kiedy w dżinsach robiły się dziury, po prostu zakrywałam je punkowymi naszywkami. Zainspirowana zdjęciem Darby’ego Crasha, wokalisty The Germs, przebiłam sobie ucho agrafką i zaczęłam zbierać piercingi: kilka w uszach, jeden w przegrodzie nosowej, dwa w sutkach, jeden w kutasie. Do tego gruby łańcuch przypięty do kłódki zawieszonej na szyi. W parnym skwarze i codziennych deszczach Florydy nie było to idealne, ale byłam gotowa cierpieć w imię punkowej mody.

Green Day byli w trasie na Florydzie i mieli wystąpić w klubie The Edge w Orlando. Dustin Fridkin, mój kolega z klasy, również był fanem Rancida i Green Daya. Jego ojciec kupił nam bilety i zgodził się nas tam zawieźć. Przed koncertem Dustin i ja ufarbowaliśmy włosy na zielono.

Kiedy staliśmy na widowni, czekając, aż zespół wyjdzie na scenę, z głośników leciała nowa płyta Rancida.

– Co to za gówno puszczają? Niech Green Day się pośpieszy i zacznie grać – skarżyły się dwie dziewczyny przed nami.

Dustin i ja wymieniliśmy spojrzenia i przewróciliśmy oczami. Byliśmy lepiej zorientowani, a przez to bardziej cool niż one.

Kiedy w końcu kapela wyszła na scenę, przed nami natychmiast wybuchła przemoc, o której dotąd tylko słyszałam: młyn. To było coś przerażającego, ale nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że się dołączymy. To był ostatni krok naszej inicjacji. Fruwały pięści, nad nami surfowały ciała. Nieważne, ile razy młyn nas wypluwał, i tak wskakiwaliśmy z powrotem, dopóki koncert nie dobiegł końca.

Kiedy na krawężniku przed klubem czekaliśmy na tatę Dustina, w naderwanych koszulkach, zakrwawieni i posiniaczeni, a zielona farba spływała nam z włosów na twarze, wiedzieliśmy, że zobaczyliśmy przyszłość.

– Powinniśmy założyć własną kapelę punkową! – powiedziałam.

Punk był idealnym ujściem dla młodego wyrzutka mieszkającego w Naples. Miasto wypełniali głównie turyści i bogaci biali emeryci. To oni generowali przychody z podatków, więc właśnie do nich dostosowywano miejskie usługi publiczne. Młodzieży powinno nie być widać ani słychać. Nie mieliśmy nic do roboty oprócz chodzenia na plażę – a ja plaży nienawidziłam. Po zerwaniu z Tami zaczęłam spotykać się z Jenn. Zastawiłam kartę baseballową Mickeya Mantle’a, którą dostałam od ojca, i kupiłam nam bilety na autobus. Dotarliśmy tylko do dworca autobusowego w Fort Myers, następnym mieście na zachód przy autostradzie I-75, i tam zgarnęli nas ludzie szeryfa. Moje zniknięcie zgłosiła matka, która niespodziewanie wróciła z pracy na lunch i znalazła list pożegnalny, który zostawiłam na stole w kuchni. Oboje z Jenn mieliśmy potem szlaban przez wiele tygodni. Czułam się jak w pułapce i myślałam, że nigdy nie opuszczę Naples żywa.

Punk rock stanowił oczyszczający sposób walki z nietolerancją tego miasta – z osiłkami w szkole, którzy mnie bili i wyzywali od pedałów, z Kościołem i Bogiem, który mnie odrzucił i potępił moją duszę, oraz z nauczycielami chcącymi wymazać mój indywidualizm. Najpierw przyciągnęły mnie nihilizm i autodestrukcyjna natura punk rocka. Potem, gdy skończyłam piętnaście lat, w Święto Niepodległości zmienił się mój punkt widzenia. Punkowa polityka, dotąd znana mi tylko w teorii, stała się czymś aż nazbyt realnym.

Byłam chudym nastolatkiem w typie Sida Viciousa, ważącym nie więcej niż czterdzieści parę kilo, brudnym, śmierdzącym magnesem na kłopoty z niewyparzoną gębą. Otworzyłam ją niewłaściwego dnia do niewłaściwych gliniarzy.

Właśnie szukałam znajomych na nadmorskiej promenadzie, kiedy za plecami usłyszałam władczy głos:

– Ruszaj stąd, synu!

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2021

Wydanie I