Tożsamość zbrodni - Damian Jackowiak - ebook + książka

Tożsamość zbrodni ebook

Damian Jackowiak

3,9

Opis

Niektóre morderstwa sprawiają, że nawet policjant zmienia się nie do poznania.

W niewielkim mieście dochodzi do serii brutalnych zabójstw młodych kobiet. Detektyw Robert Juszcz i jego świeżo upieczony partner, Bartosz Parela, usiłują odkryć, co łączy wszystkie zbrodnie. Sprawca jest jednak profesjonalny i nieuchwytny, sprytnie zaciera wszelkie ślady i bawi się ze stróżami prawa. Gdy policjantom wydaje się, że trafili na właściwy trop, od razu okazuje się, że zabrnęli w ślepą uliczkę i muszą wrócić do punktu wyjścia. Cechą wspólną wszystkich morderstw jest obecność pentagramu i głębokie nacięcia na ciałach ofiar. W międzyczasie do miasteczka po długiej służbie wojskowej niespodziewanie wraca wieloletni przyjaciel Bartka – Michał Majer.

Wkrótce okaże się, kto tak naprawdę stoi po stronie prawa, a kto wciela się w rolę skutecznego zabójcy, którego mianowano Krawcem z Klicji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (29 ocen)
12
8
3
5
1

Popularność




Prolog

Kim jest człowiek? Kim jest każdy z nas? Czy jesteśmy w stanie bez problemu odpowiedzieć sobie na te pytania, stanąć przed lustrem i wiedzieć, kim jest ta osoba przed nami? Nie wydaje mi się. Wątpimy w siebie, później obwiniamy wszystko wokół za nasze niepowodzenie. A klucz do sukcesu? Przecież to takie proste. Znaleźć swój cel i do niego dążyć. Upadać i wstawać, upadać i…

A co, jeśli każdy z nas – każdy człowiek – lubi czuć się żałośnie? A co, jeśli podświadomie nie dążymy do szczęścia, tylko do samozniszczenia, do bólu i cierpienia? Przecież ludzie lubią narzekać, wręcz uwielbiają, gdy inni im współczują, lubią być w centrum uwagi. A nic tak nie przyciąga uwagi jak nieszczęście – przecież sukces kogoś innego tylko wzbudza zazdrość, żadnych innych szczerych uczuć. Kiedy ktoś mówi, co mu się udało, to przecież się chwali, chełpi. Nie potrafimy się cieszyć z innymi, lubimy współczuć i lubimy, gdy nam się współczuje. Błędne koło.

Ponoć łatwa droga nie jest warta przejścia, ale kto wybiera trudną? Jest jeszcze ambicja, która każe nam wybierać wyzwania, nawet gdy polegniemy. Z kolei pójście na łatwiznę jest wygodne, zadowalamy się przeciętnością, bo nie chcemy ryzykować. Przeciętnością nie ryzykujemy. Sami siebie zamykamy w klatce.

A co, jeśli nasze życie faktycznie musi się skończyć żałośnie? Jeżeli ktoś jest wierzący, to i tak Bóg dał nam wolny wybór, podobno. Mówi się, że On ma swój plan dla każdego z nas. To gdzie ten wolny wybór? No dobra, może to dobrze, gdybyśmy sami nie wybierali, bo przyznam szczerze, marnie nam to wychodzi. A przynajmniej mnie, nie będę mierzył całej ludzkości swoją miarą. Dlatego, reasumując: co, jeśli każdy wybór, każda decyzja, każda droga, którą obierzemy, ma nas zaprowadzić do samozniszczenia? Czy może to tylko kwestia jednej złej decyzji kieruje nas na tę drogę? Ile dobrych decyzji, aktów wymaże efekt tej jednej złej? Zresztą dlaczego to nie jest prosty rachunek, tak zwane oko za oko? Jeden zły wybór odpowiada jednemu dobremu? Przecież chyba każdy może błądzić? Zresztą kto wie, może nawet nasze dobre czyny nic nie zmienią. Bycie dobrym człowiekiem? Poproszę o definicję! Kwestia stwarzanych pozorów. Dobrym może być ten, co wygląda na złego, bo musiał podjąć trudne decyzje, których nikt inny nie podjął. Ale z drugiej strony i tak na końcu to nie ma znaczenia, nieważne, ile osób będzie na Twoim pogrzebie, i to jest fakt.

Emocje. Nigdy ich nie zrozumiem, w zasadzie nie chcę ich rozumieć, dla mnie to tylko fikcja stworzona przez ludzi na potrzeby wyjaśnienia rzeczy w łatwiejszy sposób. Łatwiej przedstawić coś niezrozumiale, emocjami, niż wytłumaczyć to zwięźle i konkretnie umysłem, intelektem. A może jestem po prostu sceptykiem?

Ostatecznie i tak żaden z naszych czynów nie ma znaczenia, bo jeżeli jesteśmy częścią wielkiego planu, to ten plan jest do dupy i wszyscy kończymy bez happy endu. Mogę się z tym nie zgadzać, mogę próbować walczyć, ale i tak nie mam już zbytnio sił, poddaję się, ten świat walczy ze mną. Na końcu nie czeka zwycięstwo czy porażka, lecz żałość i nicość. Puf, nas nie ma. Życie jest proste, ale nie jest łatwe. Ja jestem trudny. Więc ja i życie to przeciwieństwa. Szczęście to stan umysłu, a mój umysł jest chłodny i sceptyczny. Może ten świat nie jest dla mnie, i tak nie czuję się w nim dobrze. Ale ten świat potrzebuje takich jak ja. Mogą wytknąć mnie palcem, zbesztać. A co najważniejsze, podnieść swoją wartość i samoocenę, że ich życie prowadzi do szczęścia. Taa, pewnie prowadzi. To świat, gdzie mówi się o uczuciach, ale ich się nie czuje – nie ma świadomości uczuć.

Postawmy sobie dość ważne pytania. A co, jeśli koniec końców czeka na nas tylko ból? I co, jeśli nic z tym nie możemy zrobić? A kto kiedykolwiek był tak naprawdę szczęśliwy i patrząc na swoje lata, stwierdził: „nie mam czego żałować, to było dobre życie”? Kto? Bo ja osobiście czuję, że z każdą chwilą zbliżam się do ostatecznego upadku, do celu, do bólu. Żyjemy w ciekawym świecie, uczestniczymy w wyścigu – nie szczurów, tylko po trupach. Każdy z nas ma swoje racje, swoją sprawiedliwość. Ja mam swoją, a Ty swoją. Która jest prawdziwa? Żyjemy w ciekawym fenomenie i nie możemy dojść do innego wniosku jak tylko, że ludzie nigdy nie będą w stanie zrozumieć sami siebie. Człowiek nie rozumie drugiego.

Spójrzmy na najbliższą nam osobę. Czy tak naprawdę ją rozumiemy? Czy nie znając jego bólu, możemy kogoś zrozumieć? Tak łatwo przychodzi nam ocenianie ludzi z góry, ale czy gdybyśmy my przeszli to samo, bylibyśmy lepsi? Nawet nie staramy się zrozumieć bodźców, które ukształtowały drugiego człowieka. Nie chcemy zagłębiać się w ich mechanizmy, udajemy uśmiech, pocieszamy próżnymi słowami, a w duszy gardzimy i oceniamy. To nie jest droga, która powinna budować ten świat. Nie rozumiemy siebie nawzajem, nie próbujemy zrozumieć, tak powstaje koło nienawiści. Mówimy tyle o miłości i współczuciu, a odczuwamy nienawiść i pogardę.

Żyjąc, również się ranimy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Taki świat jak ten nie powinien istnieć. Jak długo nie będziemy zwracać uwagi na innych, tak długo będzie ból i nienawiść. Człowiek – brzmi dumnie, ale nie jesteśmy najwybitniejszymi stworzeniami. Powiedziałbym, że stanowimy nieudany eksperyment Boga, który już zbyt długo dławi się swoją egzystencją, przez co każda jednostka cierpi.

Dobra, ale ostatecznie i tak każdy chce miłości, prawda? Nic innego się nie liczy, no, nie dla ponad połowy ludzkości zadowalającej się pieniądzem i łatwym seksem. Takie życie też ma swoje zalety. Samotność, może nie dosłowna, ale duchowa. Zapytaj mnie, czy czuję się samotny. Odpowiedź jest łatwa: tak, czuję się samotny, ale tylko wśród ludzi. I to warto przemyśleć. Miłość – jedno słowo, a może zniszczyć wszystko to, w co każe mi wierzyć umysł. Kurwa, nazwij mnie głupcem, ale wiem, że dla każdego jest przypisana druga osoba. Można żyć bez niej, można ją zastąpić, ale gdzieś tam jest. Tylko nikt nie jest w stanie sprawić, żeby ona też chciała się ocknąć i Cię znaleźć.

Wielkie, długie i wspaniałe życie. Tyle wyborów, ile pozorów. Tyle nadziei, ile zawodów. Tyle porażek, a pośrodku tego wszystkiego Ty. Zawsze to byłeś Ty. Sam jeden kontra przeznaczenie, kontra wszystko. Niech będzie, że masz wybór, ale jesteś sam i zawsze byłeś.

ROZDZIAŁ 1Powrót

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Sam nie wiedział, co robi, jak to się robi. Z Bogiem nie rozmawiał już od kilku lat, zresztą tak naprawdę nigdy z Nim nie rozmawiał. Wierzył, że istnieje, ale nie wierzył, że zwraca na niego uwagę.

A jednak teraz klęczał, złączył dłonie, oparł ręce o łóżko i chciał się pomodlić, tylko nie wiedział jak. Wszystkie szkolne modlitwy zostały zapomniane, zostało mu jedynie improwizować, po prostu porozmawiać do krzyża. To cud, że miał krzyż w pokoju, ale przecież nic nie było mu wolno wyrzucać.

Miał dwadzieścia pięć lat, a doświadczenia życiowego więcej niż niejeden sześćdziesięciolatek. Z wyglądu też nie przypominał młodego mężczyzny z całym życiem przed sobą, lecz raczej osobę nad przepaścią, gotową do skoku. Długie, ciemne włosy zakrywały część twarzy i bliznę pod lewym okiem. Kilkudniowy zarost nie wzbudzał zaufania, ale tak to już jest w szpitalu. Nie dba się zbytnio o siebie.

– W takich chwilach samego siebie mi szkoda. Pff, nie tylko w takich, ale to pewnie wiesz, przecież wiesz wszystko. Może nie powinienem tego robić, bo już wiesz, co powiem? Chyba zadawanie pytań nie ma sensu, nie? To Ty mnie stworzyłeś, nas wszystkich, jesteś z siebie zadowolony? – mówił lekko ironicznie. – Bo ja ani trochę, a wszyscy wokół są dumni, ale to, co ja czuję, to nie jest duma. Nic już się nie wydaje właściwe. – Głos zaczął mu się łamać. – Szczerze wątpię w sens tego, co robię, co robiłem, wątpię w siebie i w Ciebie. Z tym że ani trochę nie wątpię w tego na dole. – Przerwał, wprowadzając się w złość.

Wstał. Mierzył sto osiemdziesiąt trzy centymetry, wagowo w przeciągu kilku lat nic się u niego nie zmieniało – równe dziewięćdziesiąt kilogramów. Zawsze dbał o swoje ciało, no, nie licząc pobytu w szpitalu. Był maj, więc do spania kładł się bez góry od piżamy. Pielęgniarki wymieniały się uwagami na temat jego figury. Był umięśniony; odkąd pamięta, zawsze ćwiczył. Jednak nie to sprawiało, że o nim rozmawiały. Na jego klatce piersiowej, brzuchu i łopatkach były widoczne blizny, dużo blizn. Większość od porażeń prądem i noży, ale dwie od postrzału.

Był żołnierzem. Minęły zaledwie dwa tygodnie od operacji po postrzałach. Jeszcze trochę i wypiszą go do domu. Po pięciu latach zawita w rodzinne strony. Przymusowy urlop. Miał na koncie cztery misje bez zadrapania, ale na piątej omal nie umarł. Miał szczęście, przynajmniej tak mówił lekarz.

Środek nocy, a on nie mógł zasnąć. Odkąd się obudził z narkozy, miał problemy ze snem. Stąd ten pomysł z modlitwą. Poszedł do łazienki, żeby się napić.

– A może to był błąd. – Obmył twarz zimną wodą. Spojrzał w lustro. Zobaczył coś, czego nie chciał nigdy widzieć.

– To twoja wina! Ty to zrobiłeś. To byłeś ty – zabrzmiał kobiecy głos.

– I ci się to podobało! – usłyszał głos dziecka.

Widział w lustrze matkę z dzieckiem. Mieli twarze od krwi i po jednej dziurze od kuli w czołach. Patrzył na nich oszołomiony i przerażony. Zniknęli. Przemył jeszcze raz twarz. Pomyślał, że to przez te leki przeciwbólowe i niewyspanie. Umysł płata figle. Pochylił się nad zlewem i napił się wody. Smakowała dziwnie. Otworzył oczy i zobaczył, że z kranu płynie krew. Szybko wypluł ją do zlewu i odsunął się od kranu. Spojrzał w lustro. Chwyciła go za krtań.

– Dołączysz do nas – powiedziała matka.

I puf. Obudził się.

Cały spocony, myślał, że może już przywyknie do tych snów, ale coraz gorzej je znosił.

Jechał w pociągu, na szczęście nikt nie siedział w jego przedziale. Jechał do domu. Minęło już pięć lat, odkąd wyjechał do jednostki. Pięć lat, odkąd widział ostatnio rodzinę, przyjaciół. Był ciekaw, czy ktokolwiek go pozna. Jeszcze kilka godzin.

Drzwi przedziału się otworzyły. Od razu otrzeźwiał i chwycił swój plecak, był gotowy do wyciągnięcia noża.

– Dzień dobry. Bilety do kontroli.

To był tylko konduktor. Co się z nim dzieje? Skąd te nerwy, coś jest nie tak. Dowódca chyba miał rację, żeby go wysłać na urlop. Na pewno miał rację, dlatego odszedł ze służby. Skończył z tym.

– A tak, dzień dobry. Proszę bardzo. – Podał swój bilet. Ręce mu się trzęsły.

– Wszystko w porządku? Dziwnie pan wygląda.

– Tak, tak, wszystko OK. – Konduktor oddał mu jego bilet. Spojrzał na niego dziwnie. Znowu miał zwidy, usta konduktora poruszały się bezdźwięcznie, ale poznał to słowo. „Morderca”. Otrząsnął się.

– Miłego dnia. – Wyszedł z przedziału.

Taa, na pewno będzie udany. Pięć lat to cholernie długo, nie czuł, jakby miał do kogo wracać. Nie wiedział nawet, komu dać znać, że wraca. Wysłał kilka wiadomości do starych znajomych, nie wiedział nawet, czy ich numery się nie zmieniły. Brat wyprowadził się równo z nim – gdy on wstąpił do armii. Rodzice mieszkają głównie za granicą, tam gdzie ojciec pracuje. Wracał, ale do pustego i zakurzonego domu. Przynajmniej będzie mógł dojść do siebie w samotności. Lepiej, żeby nikt go nie widział w takim stanie. Znerwicowanie i niestabilność – to zupełnie nie jest to, co chciał, żeby ludzie w nim widzieli.

Fakt, był młody i naiwny, gdy wyjeżdżał do jednostki. Chciał wrócić dumnie, z podniesioną głową i z uczuciem, że zrobił coś ważnego. No cóż, pozory mylą. Wraca zniszczony.

Dwa lata szkolenia na terenie kraju, pięć tur na misjach i jedna zryta psychika. Właśnie z takim bagażem doświadczeń wracał do domu. O tym, co widział, na pewno chciał zapomnieć, ale nie mógł, nie chciał o tym rozmawiać – choć według psychiatrów będzie musiał, jeśli chce wrócić do tego, co było wcześniej.

*

Poranek, jak każdy inny, nie zwiastował niczego szczególnego. Wszystkie dni zlewają się w jeden wielki krąg monotonii. Miał dwadzieścia siedem lat i już był znudzony życiem. Gdzie popełnił błąd? Ta myśl przenikała go każdego ranka. Żonaty od dwóch lat, nie mógł narzekać na małżeństwo. Dogadywali się z żoną od zawsze, standardowo kłótnie o bzdury, ale nic poważnego. Gdzieś uleciała z nich namiętność. Oboje od jakiegoś czasu zastanawiali się, czy nie pobrali się zbyt szybko.

Teraz siedział w kuchni i dopijał kawę po śniadaniu. Julia zawsze wstawała chwilę przed jego wyjściem. Bartek za każdym razem zostawiał jej gotowe śniadanie na stole. Kochali się, tylko po prostu coś z nich uleciało. Gdy on wychodził do pracy, ona siadała z kawą do laptopa, żeby wykonać swoją pracę. Pisywała rubryki do gazet. Lubiła to, kilka ciekawych anegdotek nie stanowiło dla niej wyzwania. Czasami opisywała sytuacje ze swojego życia, ale to było wcześniej. Teraz przestali się starać, nie miała już inspiracji w domu. Przez to też nie mogła skończyć swojej książki. Uwielbiała pisać. Była załamana, z każdym dniem czuła się bardziej samotna i coraz mniej sobą.

On miał swój plan na życie, spełniał go, ale ostatecznie plan się zmienił. Po trzech latach w policji w końcu udało mu się awansować na detektywa. Przez ostatni rok żył tylko pracą. Wiedział, że sytuacja w domu to jego wina, ale po prostu już go to nie ruszało. Ma to, czego chciał od życia. A jeszcze bardziej frustrował go fakt, że od kilku tygodni nie dostał żadnej poważnej sprawy. Czekał na swoją szansę, czekał i oddalał się od rodziny, którą mógł stworzyć. Dwa miesiące jako detektyw i dwa miesiące jako cień samego siebie.

Za partnera dostał starego i znudzonego alkoholika. On z kolei widział już niejedno, miał kilka sukcesów, dzięki którym teraz mógł pić w pracy i nikt mu nic za to nie robił. Był stary i sceptyczny, nie lubił młodych narwańców, którzy gówno wiedzą o życiu. Łącznie zabił dwóch ludzi i nigdy tego nie zapomniał. Byli kryminalistami, ale i tak czuł się z tym strasznie. W kieszeni jego starej marynarki zawsze znajdowała się piersiówka z tanią whisky. Stereotypowy glina, pracę przynosił do domu. Dwa rozbite małżeństwa, dorosły syn, który nie chce go znać. Wypłaty trwonił więc na alkohol i dziwki. Twierdził, że w jego wieku na co innego mógłby tracić pieniądze. Stracił młodość dla prawa, to teraz przynajmniej odżyje albo, jak wszyscy twierdzili, dopcha się w końcu do grobu. Nie miał przyjaciół, jedynego stracił na akcji, tylko komendant był dla niego kimś w rodzaju kumpla.

Jak każdego dnia, Bartek dał żonie całusa w czoło i wyszedł z domu. Pierwszy raz, odkąd był detektywem, jego partner czekał w samochodzie pod jego domem. Nie miał pojęcia, o co chodzi. Założył marynarkę i wszedł do auta.

– Dobra, młody, dzisiaj zobaczysz w końcu, co to znaczy być prawdziwym gliną. – Robert nigdy nie odmówił sobie starej dobrej dawki sarkazmu. Lubił to, byli partnerami kilka tygodni, jeszcze nie zasłużył na szacunek swojego doświadczonego kolegi. Z perspektywy starego gliny nigdy nie zasłuży.

– Co się dzieje? Nie jedziemy na posterunek? – Bartek był zdziwiony obrotem spraw. To kolejne zaskoczenie. Myślał, że już nigdy nie dostaną poważnej sprawy. Był narwany i młody, żądny zmian, ambitny. To się nie podobało starym, doświadczonym policjantom.

– Nie. Jedziemy prosto na miejsce zbrodni. Dzwonił do mnie komendant i kazał mi jechać po ciebie, a później na miejsce zbrodni. Dostaliśmy tę sprawę, pewnie przez to, że to się wydarzyło tutaj, w twoim miasteczku.

– Co? Jaką sprawę, co się tutaj stało? – Nie mógł uwierzyć. Zbrodnia tutaj? W tym małym miasteczku, dawno przez wszystkich zapomnianym? Nikt się tego nie mógł spodziewać, a już na pewno nie on.

– Spokojnie, jeszcze sam dużo nie wiem. Wprowadzą nas miejscowi policjanci. Zabezpieczyli teren, a my musimy tylko tam jeszcze dojechać. – Był dziwnie spokojny, ale już swoje widział. Mógł się przygotować na to, co ich czeka.

– Dobra, to gdzie jedziemy? – Nie wyczuł jeszcze swojego partnera, ale był ciekawski. Niedoświadczony i nieświadomy zła kryjącego się w ludziach – takie zdanie miał o nim Robert.

– Masz. Wiesz, gdzie to jest? – Podał mu kartę, na której zanotował adres. Bartek chwycił kartkę, znał ten adres. Miejsce, do którego rodzice chodzą z dziećmi na spacery, a w którym teraz miała wydarzyć się zbrodnia.

– Tak, wiem, to z drugiej strony miasta. Jedź prosto. Musimy dojechać do granicy miasta, później skręcić i wjechać w las. – Z każdym kilometrem coraz bardziej się denerwował. Niby czekał na to cały czas, na poważną sprawę, ale… no właśnie, zawsze jest to ale. Chciał się wykazać, ale co, jeśli nie da rady? Co, jeśli zobaczą tam coś, na co nie jest gotów? Jadą do lasu, a co to mogło oznaczać? Chyba tylko jedno. To miała być jego szansa – miał zyskać szacunek i udowodnić wszystkim, że się nadaje.

– Młody, nic ci nie jest? – przedarł się głos jego partnera przez te wszystkie myśli.

– Tak, tak, wszystko dobrze. To moja pierwsza poważna sprawa. – Nie chciał pokazać swoich nerwów, ale nie umiał zapanować nad łamiącym się głosem. Sam przed sobą nie chciał udawać, nie wiedział, czy sobie poradzi.

– Masz, to ci pomoże, a na pewno będzie ci to potrzebne. – Podał mu piersiówkę.

– Dzięki, chyba faktycznie tego potrzebuję. – Wziął łyka. Nie poczuł się lepiej, ale alkohol mu posmakował.

*

Pociąg dojechał do ostatniej stacji. Jeszcze jedna przesiadka, ale na szczęście za dziesięć minut odjazd. Trudno mu się wraca. Z każdą sekundą czuje się coraz bardziej nieswojo.

Właśnie dostał wiadomości od znajomych. Wszyscy ucieszeni, tylko dlaczego? Pięć lat to długo, mogą nie zobaczyć już tego samego człowieka, którego znali. Chcą się spotkać wieczorem. Alkohol, no, to akurat nie jest problem, to dla niego rozwiązanie. Odpisał, są umówieni. Będą pytać o wszystko, nie będzie chciał odpowiadać. Odpowiedzi wymyśli później, teraz musi się spieszyć na pociąg.

Jeszcze trochę i będzie w domu. Tylko że on już nie wie, gdzie jest jego dom. Od dawna nie czuł się nigdzie jak w domu.

Nawet już nie czuł wzroku ludzi na sobie, chociaż każdy się oglądał. Jednak mundur zwraca uwagę, zwłaszcza że ostatnio było głośno o operacjach zagranicznych. Ludzie zawsze myśleli szablonowo – widzą żołnierza, to myślą o misjach. W tym wypadku się nie pomylili. On nigdy nie chciał być w centrum uwagi. On sprzed pięciu lat na pewno czułby się zawstydzony, ale teraz nie obchodził go tłum. Nikt się nie liczył.

„Ograniczeni ludzie patrzą na ciebie i myślą, że wszystko już wiedzą. Patrzą, ale nie widzą. Nie widzą, kim jesteś, kim byłeś, kim się stałeś. Nie wiedzą nic”.

Przeszedł obojętnie obok każdego, nie zatrzymał się, nawet jeśli chcieli z nim porozmawiać.

– Spieszę się na pociąg, przepraszam. – Nie wiedział, ile razy musiał to powiedzieć. Podziałało za każdym razem.

Był w pociągu, jeszcze pół godziny i wróci. Kochał swój mundur, ale tylko przyciągał uwagę, a tego nie znosił. Chciał go zdjąć, wmieszać się w tłum, zapomnieć o całym świecie. Chciał stać się szarym i niewidzialnym człowieczkiem.

*

I dojechali. To chwila, na którą czekał, teraz będzie mógł się wykazać. Nie był pewny, czy jest gotów, ale już nie mógł w siebie wątpić. Nie zauważył, kiedy wypił całą whisky z piersiówki partnera, mimo to nadal czuł stres, który go zjadał.

– Dobra, młody, nic się nie stało. Pamiętam swoją pierwszą poważną sprawę, wiem, co czujesz. A tobie to było bardziej potrzebne. Idziemy. – Robert wiedział, że musi wspierać kolegę, choć robił to niechętnie. To będzie trudna sprawa. On już poznał niektóre szczegóły, ale chce, żeby młody przeżył zaskoczenie. Po tym, jak się zachowa, obaj będą wiedzieli, czy jest gliną z powołania.

– Dzięki. To najpierw niech nas wprowadzą miejscowi. Mam nadzieje, że nikt nie zadeptał śladów. – Z każdym krokiem czuł większe nerwy, ale zaczął sobie z nimi radzić. Nie, to whisky sobie z nimi radziła, ale przecież każdy musi mieć swój sposób. Miał tylko nadzieję, że nie będzie musiał tego powtarzać przy innych sprawach. Myśli nadal miał niepoukładane. Nie potrafił się skupić, ale w końcu musiał to zrobić.

– Jesteś gotów? To spróbuj z nimi pogadać, a ja będę cię asekurował. Pokaż, co potrafisz, detektywie.

„Detektywie”. Tak. On jest detektywem. Nagle zdał sobie sprawę, że jest gotów. To słowo dało mu więcej wsparcia niż wszystkie szkolenia i książki.

Na miejscu były trzy radiowozy, sześciu policjantów zabezpieczyło teren. Wokół miejsca rozwinięto taśmę. Dwóch posterunkowych odprawiało tłum gapiów. Małe miasteczko, więc oczywiście wszyscy przechodnie chcieli popatrzeć. To było morderstwo, policjanci nie mogli sobie pozwolić, żeby wszystko zobaczono.

Młody aspirant przywitał ich jeszcze przed wejściem do lasu. Poszli za nim.

– Dzień dobry, komisarzu. Nie znaleźliśmy zbyt wiele, ale też kazałem nie kręcić się zbyt dużo, żeby wam śladów nie zadeptali. Ofiara leży na wypalonym pentagramie. Sprawca musiał znaleźć to miejsce dużo wcześniej, niełatwo wypatrzeć taki kawałek ziemi w lesie. – Głos mu drżał. Był młodym facetem po trzydziestce, nic dziwnego, że tak zareagował na ten widok. W takiej mieścinie nie mógł spotykać dużo ofiar morderców. Widział już trupy, ale tylko po samobójstwach, zresztą też niewiele. To było spokojne miasteczko. Było.

– Znalazł je prędzej? Jak długo… Jak długo wcześniej? – Musiał przełknąć ślinę, ale to przez whisky. Nikt na to nie zwrócił uwagi.

– Co najmniej kilka dni, trawa wygląda na wypaloną od jakiegoś czasu. Nie znam do końca tego miasta, jestem tu od niedawna. Ten, kto to zrobił, musiał być tu już długo.

– To znaczy, że był przygotowany. Nie było to morderstwo pod wpływem chwili, zaplanował je. Pytanie brzmi, czy ofiara była z przypadku, czy to o nią mu chodziło. Wiecie, kim jest? – Z każdym kolejnym słowem był pewniejszy. Czuł się coraz lepiej, stres powoli odchodził. Tak, jakby był w swoim żywiole.

– Kobieta, wiek może między dwadzieścia a trzydzieści lat. Blondynka, długie włosy. Niestety nie znaleźliśmy żadnych dokumentów w pobliżu czy przy ciele. Przygotujcie się, już jesteśmy blisko. Uprzedzam, komisarzu, że to nie jest ładny widok. – Aspirant za to z każdym krokiem i słowem stawał się coraz bardziej niepewny. Nigdy czegoś takiego nie widział, nie chciał tego widzieć, ale ten widok nie opuści go już nigdy.

Bartek zadał jeszcze kilka podstawowych pytań, starając się wyciągnąć z policjanta jak najwięcej. W końcu mógł zauważyć coś, co oni przeoczą. Mało prawdopodobne, ale trzeba uważać na każdy szczegół. Nie chciał niczego pominąć, w końcu Robert go obserwował i był gotów pomóc. Nie chciał tego. Chciał zrobić to sam.

Dotarli na miejsce zbrodni i nagle wszystko się zmieniło. Nikt nie był już pewny siebie.

*

Pociąg się zatrzymał. Dojechał do swojego miasteczka. Nikt na niego nie czekał na peronie, ale w końcu nikomu nie pisał, o której dokładnie wróci. Chciał jeszcze trochę pobyć sam, zanim będzie próbował wrócić do życia sprzed pięciu lat. Tyle czasu minęło, a wydawało mu się, jakby nigdy nie wyjechał. Ten sam stary peron, jakby czas stanął w miejscu i nic się tu nie zmieniło.

Poprawił beret, zarzucił plecak i powoli ruszył w stronę starego domu. Z prawej kieszeni przy klatce piersiowej wyciągnął papierosy, chwycił jednego i odpalił. Zaciągnął się głęboko. Tego mu brakowało przez całą podróż, przy przesiadce nie miał czasu zapalić. Nie był nałogowcem, palił tylko, kiedy chciał, i to nie za często. Nie był nałogowcem, przynajmniej tak sobie powtarzał.

A teraz przechodził ulicami Klicji, miasteczka, które uważał za zapomniane przez wszystkich, a już na pewno przez niego i Boga.

ROZDZIAŁ 2Każdy popełnia błędy

Miał jeszcze kilka godzin, zanim pójdzie na spotkanie z dawnymi kumplami. Teraz nie mógł o tym myśleć, chociaż chciał się napić, jak najwięcej, tak żeby zapić wszystkie uczucia, które nim teraz miotały. Jak ktoś mógł zrobić coś takiego? Nie był w stanie tego zrozumieć. Siedział sam w domu, miał dzisiaj wychodne na męski wieczór, więc i Julia wyszła na babski wieczór. Zaczęły trochę wcześniej, bo jeszcze pozwoliły sobie na spa przed imprezą.

Był sam. Z jednej strony cisza pozwalała mu się skupić, ale z drugiej – był sam i nie było to miłe uczucie. Czuł, jakby miał zaraz zwariować. Patrzył na zdjęcia z miejsca zbrodni, chciał zauważyć coś, co pozwoliłoby mu zrozumieć wszystko, złapać pierwszy trop.

Miał w ręku zdjęcie z miejsca, w którym leżała ofiara, wykonane tuż po jej zabraniu. Na fotografii widniał pentagram wypalony na trawie. Ktoś musiał się natrudzić, żeby go zrobić. Pentagram znajdował się na środku pomiędzy trzema drzewami tworzącymi trójkąt równoboczny.

– Jak, kurwa? Jak można znaleźć takie miejsce? Przecież drzewa nie rosną w równych odstępach. Jak on to znalazł? – Czuł narastającą frustrację. Dobrze wiedział, że morderca jest daleko stąd i nigdy go nie znajdą. Chociaż, z drugiej strony, mógł zostać tu i być o kilka kroków przed nimi.

Chwycił kolejne trzy zdjęcia. Przedstawiały każde z tych drzew.

– Oczywiście, na każdym też musiał wyryć pentagram. Co on ma z tymi drzewami? Przecież chciał, żebyśmy ją znaleźli. – Spojrzał na kilkanaście praktycznie takich samych zdjęć.

Kolejne drzewa, tym razem z wyrytymi strzałkami. Pierwsza strzałka znajdowała się na brzozie tuż przy jezdni. Sprawca nie chciał ukrywać swojego dzieła, przynajmniej tak powiedział psychiatra wezwany przez policję do obejrzenia zdjęć. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że morderca zostawił ją, żeby ludzie podziwiali jego dzieło. Był dumny ze swojego osiągnięcia. To miało przedstawiać jego artyzm.

Chwycił już ostatnią serię zdjęć. Wszystkie pokazywały ofiarę pod różnymi kątami. Dziewczyna została znaleziona naga, po wstępnych oględzinach nie wykluczono gwałtu. Twarz miała praktycznie nienaruszoną, do tego z makijażem – świeżo zrobionym. Długie, jasne włosy zapięte w kitkę, którą morderca ułożył tak, żeby nie przygniotła włosów ciałem i żeby zachować ich czystość. Oczy zostawił otwarte, chciał z niej wydobyć jak najwięcej życia, mimo że to on jej go pozbawił.

Odrzucił zdjęcie twarzy. Dziewczyna była ładna, a na fotografii wyglądała nawet na żywą, pomijając zaszyte usta. Następnych zdjęć już nie chciał oglądać, ale przemógł się i rozłożył je przed sobą.

Ręce miała rozpostarte tak, żeby każda leżała na jednym z ramion pentagramu, tak samo nogi. Dziewczyna zdecydowanie została zamordowana gdzieś indziej – nie było śladów krwi, a po tym, co jej zrobił, powinny się pojawić. Była całkowicie czysta. Narzędzia zbrodni nigdzie w pobliżu nie znaleziono.

Miała rozcięte podbrzusze jedną długą linią – dość płytkie cięcie, takie, które miało sprawić, żeby wykrwawiła się w kilka godzin. Podcięte nadgarstki oraz zerwane ścięgna Achillesa, wszystko zaszyte. Podcięte gardło, jak w przypadku reszty również zaszyte.

– Teraz czekamy na pełną sekcję zwłok, taki artysta zawsze zostawi jakiś ślad. Te zaszycia mogą coś znaczyć, może to właśnie tam trzeba szukać wskazówki. Albo tylko nas podpuszcza. Kurwa, jedno jest pewne: to nie koniec. – Chwycił szklankę z whisky. Miał nie pić, dopóki nie wyjdzie do znajomych, ale w tych okolicznościach pozwolił sobie na lekkie przedbiegi.

Jego telefon zaczął dzwonić. Spojrzał szybko na zegar przy ścianie. Jeszcze było za wcześnie, żeby któryś z kumpli dzwonił. Chwycił telefon. Tak jak się spodziewał, to z pracy.

– Halo. Komisarz Parela, słucham.

Wcześniej kazał posterunkowym sprawdzić, czy nikt nie zgłosił zaginięcia kobiety w wieku dwudziestu–dwudziestu ośmiu lat. Nie było dokumentów, ale skoro morderca tak długo przygotowywał ofiarę, to ktoś musiał już zgłosić jej nieobecność.

– Tu aspirant Koser. Sprawdziliśmy dane, wczoraj zostało przyjęte zgłoszenie o zaginionej dziewczynie. Zdjęcie przesłane przez rodziców nie jest z tego roku, ale widać, że to ta sama dziewczyna. Ofiara to dwudziestodwuletnia Beata Rybik. Czy mamy zawiadomić rodzinę?

Chwilę się zastanowił, jednak stwierdził, że lepiej, jeśli zrobi to osobiście.

– Nie, nie, my się tym zajmiemy, prześlij mi tylko adres rodziców. Od razu wypytamy rodzinę o córkę. Dziękuję za informacje, w razie jakichś postępów będziemy was informować, w końcu to wasze miasto i musimy działać razem. – Rozłączył się. Od razu zadzwonił do partnera. Miał jeszcze trzy godziny do spotkania, powinni zdążyć porozmawiać z rodziną.

*

Siedział w kuchni z papierosem w ręce. Dom był praktycznie pusty, zostało kilka starych mebli i jego łóżko w pokoju. Na szczęście w garażu jeszcze było parę pożytecznych rzeczy. Znalazł butlę gazową, która zdecydowanie mu się przyda, by coś ugotować. Była pełna, a w domu nie zostało już nic elektrycznego. Rodzice wzięli ze sobą praktycznie wszystko, gdy wyjechali za granicę. Ich sypialnia była zupełnie pusta, stare panele pokrywał kurz, a w kątach wisiało pełno pajęczyn. Salon nie wyglądał lepiej, chociaż tu znalazła się stara kanapa, którą chcieli wymienić, zanim poszedł do armii. Sami jednak wyprowadzili się szybko po tym i nigdy nie mieli okazji kupić nowej.

Był to dom jednorodzinny, dwupiętrowy z poddaszem. Na poddaszu znalazł tylko kilka szczurów i pudeł ze starymi pamiątkami. Rodzina chciała pozbyć się tego domu. Nikt nie zamierzał tu mieszkać, ale on ich przekonał do zatrzymania posesji, zamierzał ją wykupić. Co miesiąc przelewał odpowiednie sumy, żeby rodzice nie pomyśleli, że zmienił zdanie. Dom był jego.

Przed