To ja, Szpilka - Marcin Ciszewski - ebook

To ja, Szpilka ebook

Marcin Ciszewski

4,2

24 osoby interesują się tą książką

Opis

To ja, Szpilka.

Talent do wplątywania się w kłopoty mam po ojcu. Po matce – umiejętność radzenia sobie z wyzwaniami. Pracuję w policji.

Nie jestem idealna, ale staram się być skuteczna. Nienawidzę zboczeńców, złodziei, paserów i gwałcicieli. Tych ostatnich szczególnie. Niekiedy sama wymierzam sprawiedliwość.

Teraz szukam zabójcy znanego pisarza. Chcę odkryć, kto nienawidził go tak bardzo, by posunąć się do takiego okrucieństwa. Kandydatów jest wcale niemało: koledzy po piórze, rodzina, liczni fani...

No dobrze, samo się nie zrobi. Działam.

To co? Idziesz?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
paulciaaa92

Z braku laku…

"To ja, Szpilka. Klub" to moje pierwsze spotkanie z Marcinem Ciszewskim, ale czy nie będzie ostatnim, to Wam niżej opowiem :) Zaczniemy klasycznie, czyli od tego, o czym ta książka jest! Poznajemy Szpilkę, policjantkę, która nie działa szablonowo, a w kolegach w pracy dostrzega jedynie samców, którzy chcą się z nią przespać. Sama uważa, że to problem kobiety w męskim gronie, która wygląda niezwykle młodo. Cóż za szowinistyczna, męska myśl. Powiem tak: trzeba by było zrobić najpierw pewne rozeznanie, bo tak właściwie to tak ten męski świat nie wygląda. Autor jednocześnie obraża obie płcie. Tak się składa, że sama pracuję w męskim gronie i bzdurą jest to, że faceci patrzą tylko na cycki i nie traktują poważnie kobiety. Wbrew pozorom, a właściwie wbrew schematom, traktują kobietę poważnie, jak specjalistkę, jeśli taką jest. A myślę, że Szpilkę, choć nietypową osobę, również w prawdziwym świecie traktowano by poważnie. Drugi mój zarzut to w zasadzie inspirowanie się Chyłką. Ni...
00
coolturka

Dobrze spędzony czas

"To ja, Szpilka. Klub" rozpoczyna cykl kryminalno-sensacyjny. Jeśli lubicie silne babki, to polecam Waszej uwadze. Podkomisarz Marianna Kohut przez wszystkich zwana Szpilą, przez tych którzy darzą ją sympatią po prostu Szpilką, to mocno stąpająca po ziemi młoda kobieta zasilająca szeregi policji kryminalnej. Ma 34 lata, lecz z powodu swej filigranowej budowy wygląda na młodszą. Gdy w parku zostają znalezione zmasakrowane zwłoki młodego, eleganckiego mężczyzny, to właśnie ona zajmie się śledztwem. Mamy mocny i rasowy kryminał, dokładnie taki jak lubię. Ciekawa zagadka kryminalna i śledztwo, którego jesteśmy świadkami na każdym jego etapie. Fajna ekipa śledcza złożona z interesujących osobowości. Ale największą zasługę przypisuję głównej bohaterce, tytułowej Szpilce, to ona gra tutaj pierwsze skrzypce i ta historia toczy się wokół niej. Pewna siebie, bezczelna i przebojowa. Poznajemy ją w narracji pierwszoosobowej. To konkretna i silna babka, która przeżyła w swym życiu nie jedno,...
00

Popularność




MARCIN CISZEWSKI

To ja, Szpilka

 

 

© 2020 Marcin Ciszewski

© 2020 WARBOOK Sp. z o.o.

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja: Karina Stempel-Gancarczyk

Korekta: Agnieszka Pietrzak

 

eBook: Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Projekt okładki: HEVI

 

ISBN 978-83-65904-81-2

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.ul. Bładnicka 6543-450 Ustroń www.warbook.pl

Rozdział pierwszy

To ja, Szpil­ka.

Bie­gnę. Bie­gnę tak szyb­ko, jak po­tra­fię, na gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści i wy­dol­no­ści or­ga­ni­zmu. Niby je­stem ni­ska, całe sto sześć­dzie­siąt je­den i pół cen­ty­me­tra wzro­stu, ale mam nie­złe pro­por­cje, nogi sto­sun­ko­wo dłu­gie. Na kon­dy­cję też nie na­rze­kam, trzy­dzie­ści czte­ry lata na kar­ku, ale je­stem wy­spor­to­wa­na, o co dbam przy­naj­mniej trzy razy w ty­go­dniu na si­łow­ni, prze­czni­cę od mo­je­go miesz­ka­nia.

Męż­czy­zna przede mną skrę­ca w pra­wo, ja za nim. Prze­ska­ku­je przez płot, co zaj­mu­je mu chwi­lę. Zbli­żam się, sły­szę, jak rzę­zi. Skra­cam dy­stans do ja­kichś dwu­dzie­stu me­trów. Czy się boję? Przed chwi­lą się ba­łam, teo­re­tycz­nie po­win­nam i te­raz, ale nie my­ślę o tym. Udo obi­ja ta­ser, w kie­sze­ni spor­to­wej blu­zy wiją się pla­sti­ko­we kaj­dan­ki, w dru­giej ko­le­bie uspo­ka­ja­ją­co sprzęt, z któ­rym się ni­g­dy nie roz­sta­ję i któ­ry mi po­słu­ży, mam na­dzie­ję, le­piej niż pa­ra­li­za­tor, gdy na­dej­dzie wła­ści­wa pora.

Mi­jam nie­du­że dom­ki, sta­ran­nie utrzy­ma­ne grząd­ki, drze­wa owo­co­we, na­wet ule – je­ste­śmy na dział­kach pra­cow­ni­czych przy Odyń­ca, na war­szaw­skim Mo­ko­to­wie, pięk­nym skan­se­nie daw­no za­po­mnia­nej epo­ki, któ­ry nie znik­nął i już chy­ba ni­g­dy nie znik­nie.

Fa­cet roz­pacz­li­wym su­sem po­ko­nu­je ja­kiś rów. Ciem­no, choć oko wy­kol, ale mnie się zmy­sły wy­ostrzy­ły jak kotu na ło­wach. Mo­ty­wa­cję, by go zła­pać, mam rów­nie wiel­ką, jak on, by uciec.

Już wiem, że go do­pad­nę, zro­bię to sama i bar­dzo do­brze. Nie dla­te­go do­brze, że za­słu­ga za­trzy­ma­nia skur­wy­sy­na przy­pad­nie mi w udzia­le, w du­pie mam za­słu­gi, szcze­rze mó­wiąc. Do­brze, bo będę mia­ła chwi­lę, by zno­wu po­prze­by­wać z nim sam na sam. I dla­te­go wła­śnie bie­gnę ni­czym na­pa­ko­wa­ny ste­ry­da­mi prze­ła­jo­wiec.

W ak­cji bie­rze udział wie­lu funk­cjo­na­riu­szy, ale to ja gram pierw­sze skrzyp­ce. Jesz­cze pięć mi­nut temu peł­ni­łam funk­cję, że tak to ujmę, przy­nę­ty – zresz­tą na wła­sną proś­bę. Je­stem drob­na, mam ra­czej chu­dy ty­łek i nie­wiel­ki biust. Na oko­licz­ność dzi­siej­sze­go wie­czo­ru za­ło­ży­łam pe­ru­kę. Przed roz­po­czę­ciem przed­sta­wie­nia wszy­scy jak je­den mąż stwier­dzi­li, że wy­glą­dam na szes­na­ście lat, może na­wet na pięt­na­ście i pół. Ta­kie wła­śnie dziew­czy­ny po­dej­rza­ny wy­bie­rał na ofia­ry. Przez kil­ka ty­go­dni za­rzu­ca­li­śmy sieć. W koń­cu chwy­ci­ło: z go­ściem umó­wi­łam się po­przez fik­cyj­ny pro­fil na fej­sie, na któ­rym fi­gu­ro­wa­łam jako Dora, skon­flik­to­wa­na z ro­dzi­ca­mi pięt­na­sto­lat­ka. Ko­re­spon­den­cyj­ny flirt na­bie­rał ru­mień­ców, wy­peł­nia­jąc wir­tu­al­ną prze­strzeń co­raz bar­dziej pi­kant­ną tre­ścią, w koń­cu fa­cet za­pro­po­no­wał spo­tka­nie, by, jak to ujął, miał oka­zję oso­bi­ście po­znać tak uro­czą i in­te­li­gent­ną oso­bę, a tak­że ku­pić parę nie­zbęd­nych na­sto­lat­ce dro­bia­zgów, w ro­dza­ju spodni czy ko­sme­ty­ków. Wspo­mniał rów­nież o pie­nią­dzach, co przy­ję­łam ze sta­ran­nie za­pro­jek­to­wa­nym en­tu­zja­zmem. Na miej­sce spo­tka­nia przy­je­chał punk­tu­al­nie, sa­mo­cho­dem, ta­nim i bar­dzo prze­cięt­nym, co po­cząt­ko­wo mnie za­sko­czy­ło, ale za­raz po­tem wy­da­ło się w grun­cie rze­czy cał­ko­wi­cie lo­gicz­ne. Wsia­dłam, nie po­wiem, z bi­ją­cym ser­cem. By­łam wy­po­sa­żo­na w środ­ki przy­mu­su bez­po­śred­nie­go, wy­szko­lo­na i na pod­słu­chu, wspar­cie pil­no­wa­ło mnie czu­le, ale mimo wszyst­ko ba­łam się. Męż­czy­zna oka­zał się przy­ja­ciel­ski, wręcz cza­ru­ją­cy: do­brze ubra­ny, pod czter­dziest­kę. Tak go so­bie wy­obra­ża­łam – że bę­dzie miło się uśmie­chał, pach­niał do­brą wodą ko­loń­ską i miał uj­mu­ją­cą oso­bo­wość. Przy tym, nie­ste­ty, wy­glą­dał na sil­ne­go; w cia­snym wnę­trzu sa­mo­cho­du, w do­brze do­bra­nym mo­men­cie, zdo­łał­by mnie obez­wład­nić bez tru­du. Z ła­two­ścią mo­głam so­bie wy­obra­zić, że dys­po­nu­je rów­nież pa­ra­li­za­to­rem. Je­cha­łam więc zje­żo­na, na­pię­ta, bez śla­du jesz­cze nie­daw­ne­go luzu.

Zda­wał się tego nie za­uwa­żać i dłuż­szą chwi­lę to­ko­wał (głów­nie o pie­nią­dzach, któ­re za­ra­bia), po czym po­ło­żył mi dłoń na udzie. Gdy ją strzą­snę­łam, za­py­tał, dla­cze­go tak sym­pa­tycz­na pa­nien­ka – co za ga­lan­te­ria, nie­omal przed­wo­jen­na! – nie może być odro­bi­nę bar­dziej ule­gła. I wte­dy w bla­sku mi­ga­ją­cych za okna­mi la­tar­ni do­strze­głam, że jego twarz za­czę­ła się zmie­niać. Prze­stra­szy­łam się nie na żar­ty i sta­now­czym to­nem po­wie­dzia­łam, że chcę wra­cać do domu, co było nie­zgod­ne z pla­nem: cho­dzi­ło o to, by za­wiózł mnie w miej­sce, gdzie, jak po­dej­rze­wa­li­śmy, mógł do­ko­nać po­przed­nich zbrod­ni. Ale ja się na­praw­dę prze­stra­szy­łam. Jego mi­mi­ka sza­la­ła; twarz za­czę­ła przy­po­mi­nać pysk sza­ka­la. Zła­pał mnie za prze­gub tak moc­no, że z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się od krzy­ku. Za­czę­li­śmy się szar­pać. Do­wo­dzą­cy ak­cją, sły­sząc, co się dzie­je, uznał, że moje bez­pie­czeń­stwo jest za­gro­żo­ne, i dał sy­gnał do ata­ku. Bły­ska­wicz­nie w po­bli­żu po­ja­wi­ły się trzy sa­mo­cho­dy wspar­cia, pró­bu­jąc za­ta­ra­so­wać dro­gę. Fa­cet wy­ka­zał się spo­strze­gaw­czo­ścią i re­flek­sem: pu­ścił mnie i gwał­tow­nie do­dał gazu. Z pi­skiem opon wje­cha­li­śmy w śle­pą od­no­gę Ra­cła­wic­kiej, po pół­noc­nej stro­nie ogród­ków dział­ko­wych. Moi ko­le­dzy prze­ga­pi­li skręt i po­wrót na tra­sę po­ści­gu za­jął im do­bre pół mi­nu­ty. Ten czas fa­ce­to­wi wy­star­czył, by do­je­chać do koń­ca uli­cy. Tam za­trzy­mał gwał­tow­nie sa­mo­chód, wy­sko­czył jak na sprę­ży­nie i za­czął ucie­kać. Nie wiem, na co li­czył; pew­nie nie my­ślał ra­cjo­nal­nie. Po se­kun­dzie, trzę­sąc się jak osi­ka, ale czu­jąc ja­kiś we­wnętrz­ny przy­mus, ru­szy­łam za nim. Za ple­ca­mi sły­sza­łam ostro ha­mu­ją­ce sa­mo­cho­dy. I tak za­czął się ten bieg z prze­szko­da­mi.

Ucie­ka­ją­cy po­now­nie skrę­ca i robi wy­mu­szo­ny oko­licz­no­ścia­mi błąd, bo ja­koś w tej smo­li­stej ciem­no­ści do­strzegł, że je­śli po­bie­gnie pro­sto, do­pad­nę go po dzie­się­ciu se­kun­dach. Skrę­ca i ska­cze na płot. Błąd po­le­ga na tym, że ogro­dze­nie jest tym ra­zem znacz­nie wyż­sze niż po­przed­nie, więc nie po­tra­fi go prze­sa­dzić wy­star­cza­ją­co szyb­ko. No­ski ele­ganc­kich bu­tów śli­zga­ją się – sły­szę, jak sa­pie, klnie wście­kle, siat­ka re­zo­nu­je, on z mo­zo­łem pró­bu­je iść w górę. Jest bli­sko szczy­tu, gdy go do­pa­dam.

Nie­co wcze­śniej się­gam do kie­sze­ni, po czym wy­ko­nu­ję dło­nią ener­gicz­ny, łu­ko­wa­ty ruch, jed­no­cze­śnie na­ci­ska­jąc gu­zik; sta­lo­we rur­ki roz­kła­da­ją się z trza­skiem i oto sta­ję się uzbro­jo­na w ba­to­na – sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wą pał­kę te­le­sko­po­wą, za­koń­czo­ną oło­wia­ną kul­ką. Przy pew­nej wpra­wie to sku­tecz­na broń, choć­by z ra­cji za­się­gu lep­sza niż nóż, a przy tym nie­czy­nią­ca szkód nie­od­wra­cal­nych. Ja wpra­wę mam, bo na­mó­wi­łam jed­ne­go fa­ce­ta z jed­nost­ki spe­cjal­nej, żeby udzie­lił mi paru lek­cji. Skoń­czy­ło się na tym, że spo­ty­ka­my się raz w ty­go­dniu już od dwóch lat, choć li­czył na coś wię­cej tyl­ko na sa­mym po­cząt­ku. Może roz­wi­jam jego ho­ry­zon­ty in­te­lek­tu­al­ne.

Pierw­szy cios idzie w mię­sień dwu­gło­wy uda. Wkła­dam w nie­go spo­ro siły. Fa­cet ję­czy, jak­by z nie­go po­wie­trze uszło, co mnie nie dzi­wi, gdyż ba­ton to pie­kiel­na broń: pod­czas ćwi­czeń tre­ner-spe­cjals ude­rzył mnie kil­ka­krot­nie (na moją wy­raź­ną proś­bę) z umiar­ko­wa­ną siłą w łyd­kę i udo, bo chcia­łam wie­dzieć, z czym mam do czy­nie­nia. Upa­dłam i pła­ka­łam z bólu; nie mo­głam się ru­szyć przez do­brych kil­ka mi­nut, si­nia­ki zaś ze­szły po dwóch ty­go­dniach – i nim znik­nę­ły, były pięk­ne, w nie­mal wszyst­kich ko­lo­rach tę­czy.

Ude­rzam jesz­cze raz, tym ra­zem w mię­sień na­ra­mien­ny, a za­raz po­tem w tri­ceps. Fa­cet znów krzy­czy, dło­nie od­ma­wia­ją mu po­słu­szeń­stwa, pusz­cza gór­ną kra­wędź pło­tu. Cięż­ko upa­da na ple­cy. Oczy ma peł­ne udrę­ki. To wła­śnie chcę w nich wi­dzieć, choć w zu­peł­nie in­nym stę­że­niu.

Bio­rę ob­szer­ny za­mach i walę do­kład­nie mię­dzy roz­chy­lo­ne ko­la­na, wkła­da­jąc w cios całą la­ta­mi gro­ma­dzo­ną wściek­łość. Tym ra­zem męż­czy­zna wyje. U nor­mal­ne­go czło­wie­ka ta­kie wy­cie wy­wo­łu­je ciar­ki na ple­cach, w mo­ich uszach brzmi jak mu­zy­ka.

Ko­lej na staw łok­cio­wy pra­wej ręki. Biję lek­ko, by po­czuł ude­rze­nie jak­by prą­du elek­trycz­ne­go, ale by kość osta­ła się w jed­nym ka­wał­ku. Ow­szem, wy­obra­żam so­bie fon­tan­ny krwi za­le­wa­ją­ce mu twarz, po­ła­ma­ne uda i strza­ska­ne sta­wy – ale tyl­ko wy­obra­żam. Nie je­stem głu­pia.

I bez tego fa­cet jest pół­przy­tom­ny, wyje i ję­czy, dłoń le­wej ręki trzy­ma mię­dzy no­ga­mi, sta­ra­jąc się bez­sku­tecz­nie uśmie­rzyć ból tego, co mię­dzy no­ga­mi dla męż­czy­zny naj­święt­sze. Mam szcze­rą na­dzie­ję, że nie uśmie­rzy go ni­g­dy.

Sły­szę zbli­ża­ją­ce się gło­sy. Mi­ga­ją świa­tła la­ta­rek. Nad­cią­ga mój part­ner wraz z resz­tą ze­spo­łu.

– Szpi­la – sły­szę trzesz­cze­nie umiesz­czo­nej w uchu słu­chaw­ki. – Szpil­ka, zgłoś się.

Po­chy­lam się nad męż­czy­zną. Igno­ru­ję jego smród, odór stra­chu, bólu i po­raż­ki, i scho­dzę na­praw­dę ni­sko, w oko­li­ce ucha.

– Dwie naj­bliż­sze doby, tak czy ina­czej, spę­dzisz na doł­ku. I ode mnie za­le­ży, w czy­im to­wa­rzy­stwie – szep­czę. – Po­wiesz, że spa­dłeś z pło­tu i się po­tłu­kłeś, ro­zu­miesz?

Nie re­agu­je.

– Je­śli tak po­wiesz, dam cię do po­je­dyn­czej celi. Je­śli się po­skar­żysz, za­no­cu­jesz z ludź­mi z mia­sta, któ­rzy, za­nim wje­dziesz pod celę, będą wie­dzieć, kim je­steś i co zro­bi­łeś.

Jęk. Brak re­ak­cji. Chy­ba mó­wię zbyt dłu­gi­mi zda­nia­mi.

– Po­skar­żysz się, masz prze­chla­pa­ne – ce­dzę wprost w ucho.

– Szpil­ka, kur­wa mać – trzesz­czy w słu­chaw­ce głos mo­je­go prze­ło­żo­ne­go.

Dźgam fa­ce­ta koń­cem pał­ki w do­łek. Wbi­ja we mnie dzi­ki wzrok.

– Wiesz, co masz po­wie­dzieć? – py­tam z na­ci­skiem.

– Wiem – stę­ka.

– Co?

– Że spa­dłem z pło­tu.

– Do­brze.

Prze­wra­cam go na brzuch. Wy­krę­cam ręce. Jest oszo­ło­mio­ny bó­lem, bez­wol­ny, nie sta­wia naj­mniej­sze­go opo­ru. Kaj­dan­ki za­ci­ska­ją się aku­rat w mo­men­cie, gdy pada na mnie snop ostre­go świa­tła. Sły­szę sa­pa­nie. Moje wspar­cie się zbli­ża.

Szar­pię nim. Męż­czy­zna pró­bu­je siąść na ko­la­nach, co uda­je mu się do­pie­ro w trze­ciej pró­bie. Jest na ra­zie zbyt sła­by, by wstać. Pa­trzy na mnie. Oprócz bólu wi­dzę w jego oczach coś no­we­go. Jest ciem­no, mogę się my­lić, ale sło­wo daję – pa­trzy na mnie z czymś w ro­dza­ju sa­tys­fak­cji. W jego sy­tu­acji to dość eks­tra­wa­ganc­kie za­cho­wa­nie. Wpadł. Ucie­kał w de­spe­ra­cji, zła­pa­ny nie­mal na go­rą­cym uczyn­ku. Stać go na pierw­szo­rzęd­ne­go ad­wo­ka­ta, ale na­wet pierw­szo­rzęd­ny ad­wo­kat nie wy­bro­ni go zu­peł­nie, może tyl­ko uda mu się zła­go­dzić wy­rok do trzech czwar­tych prze­wi­dzia­nych ko­dek­sem kar. Je­śli udo­wod­ni­my mu choć­by część zbrod­ni – a jest na to ol­brzy­mia szan­sa – fa­cet pój­dzie na wie­le lat do pu­dła. Więc skąd ta bez­czel­na mina?

Za­gad­ka roz­wią­zu­je się szyb­ko.

– Oni ci tego nie da­ru­ją – stę­ka.

– Kto? – py­tam. – Kto mi nie da­ru­je?

– …Do­wiesz się.

– Po­chwal się te­raz. Po­tem mo­żesz nie mieć oka­zji.

– Do­wiesz się szyb­ko… szyb­ciej, niż my­ślisz.

Sły­szę zbli­ża­ją­cy się tu­pot wie­lu stóp. Się­gam pod blu­zę, kciu­kiem wy­ko­nu­ję nie­znacz­ny ruch przy urzą­dze­niu nadaw­czym.

– Je­steś aresz­to­wa­ny pod za­rzu­tem gwał­tu i mor­der­stwa. Masz pra­wo do po­mo­cy me­dycz­nej, sko­rzy­sta­nia z usług ad­wo­ka­ta, a tak­że wnie­sie­nia za­ża­le­nia do sądu – oznaj­miam naj­bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nym z po­li­cyj­nych to­nów, na jaki mogę się zdo­być w ak­tu­al­nych oko­licz­no­ściach.

A ten skur­wiel się uśmie­cha.

Na wię­cej nie ma cza­su. Jako pierw­szy do­pa­da nas nad­ko­mi­sarz Ko­wal­czuk – któ­ry chciał­by być ewen­tu­al­nie zwa­ny Ko­wa­lem, ale wszy­scy, nie wie­dzieć cze­mu, upar­cie, choć za ple­ca­mi, mó­wią na nie­go Klo­cek, co ide­al­nie od­da­je cha­rak­ter tego czło­wie­ka. Po­tem, jed­no­cze­śnie, sze­ściu go­ści z wy­dzia­łu re­ali­za­cji, któ­rzy nas wspo­ma­ga­ją i któ­rzy się, jak wi­dać, spóź­nili. Na­stęp­nie nad­cią­ga mój, po­żal się Boże, part­ner, ko­mi­sarz Do­łę­ga, spra­wia­ją­cy wra­że­nie czło­wie­ka w sta­nie przed­za­wa­ło­wym; tak przy­naj­mniej wy­ni­ka z krwi­stej, wi­docz­nej mimo ciem­no­ści, bar­wy jego twa­rzy. I na koń­cu do­stoj­ny duet – pro­ku­ra­tor Ma­liń­ski (na­zy­wa­my go, nie­zbyt ory­gi­nal­nie, Ma­li­ną, na co on się nie ob­ra­ża, prze­ciw­nie, mam cza­sa­mi wra­że­nie, że lubi tę ksy­wę; pew­nie woli ją od Ma­li­nia­ka) oraz Dzia­dek, nasz wy­dzia­ło­wy ma­tu­za­lem, czy­li pod­ko­mi­sarz An­drzej Wa­gner, tuż przed eme­ry­tu­rą, któ­ry jest w po­li­cji od za­wsze. Tak się skła­da, że dzi­siej­sza ak­cja wień­czy jego wie­lo­let­nią służ­bę.

Ma­li­na pa­trzy na za­trzy­ma­ne­go, po­tem prze­no­si wzrok na mnie.

– W po­rząd­ku? – pyta.

Ki­wam gło­wą. A jak­że, w po­rząd­ku. Nie będę mu prze­cież opo­wia­dać, że naja­dłam się stra­chu jak ni­g­dy. Że nie za­re­ago­wa­łam w sa­mo­cho­dzie, gdy mia­łam wy­star­cza­ją­co dużo cza­su, by po­ra­zić fa­ce­ta ta­se­rem, ale tego nie zro­bi­łam. Zgło­si­łam się na ochot­ni­ka; nie będę na­rze­kać ani się ob­wi­niać. Za­ło­że­nia były do­bre: fa­cet na­mie­rzo­ny, wspar­cie za­pew­nio­ne. Ma­li­na chciał go zła­pać na go­rą­cym uczyn­ku – żeby wą­tły sto­sik do­wo­dów za­mie­nić w pew­ność nie do pod­wa­że­nia. A że się nie uda­ło? Pra­ca w po­li­cji nie przy­po­mi­na sce­na­riu­sza ame­ry­kań­skie­go fil­mu.

Pro­ku­ra­tor znów wbi­ja wzrok w za­trzy­ma­ne­go.

– Za­wi­ja­my go – mówi i od­dy­cha głę­bo­ko. Jak­by ka­mień spadł mu z ser­ca.

Cią­gną­ca się od prze­szło pół roku spra­wa, mimo że wy­peł­nio­na po brze­gi dra­stycz­ny­mi szcze­gó­ła­mi, zo­sta­ła sła­bo na­głoś­nio­na przez me­dia, co, po­dej­rze­wam, mia­ło zwią­zek z ma­ło­mia­stecz­ko­wym po­cho­dze­niem ofiar; po pro­stu te nie­szczę­sne na­sto­lat­ki nie były ni­kim waż­nym ani zna­nym. Ma­li­na jed­nak li­czy, że za­trzy­ma­nie spraw­cy po­słu­ży mu jako tram­po­li­na w dro­dze ku gó­rze – w po­nie­dzia­łek ogło­si suk­ces i zro­bi to, jak go znam, w spo­sób spek­ta­ku­lar­ny. Jest bar­dzo am­bit­ny. Za­słu­gi przy­pi­sze so­bie, co nie jest ni­czym za­ska­ku­ją­cym, tak ro­bią wszy­scy. Mimo wszyst­ko Ma­li­na jest w po­rząd­ku – o ile w ogó­le moż­na tak po­wie­dzieć o ja­kimś pro­ku­ra­to­rze.

Do­cho­dzi je­de­na­sta. Do­pie­ro te­raz czu­ję, że wie­je sil­ny wiatr. Zim­no, choć sier­pień. Idzie­my. Za­trzy­ma­ny w środ­ku. Ja na koń­cu. Do­łę­ga obok. Sa­pie.

– Nic ci nie zro­bił? – pyta. Wy­tę­żam słuch i sły­szę w jego gło­sie ja­kąś czu­łą nutę. Nowe zja­wi­sko. Może Do­łę­ga się sta­rze­je, bo na ra­zie nie do­pusz­czam my­śli, że prze­cho­dzi od szorst­kiej to­le­ran­cji do ko­le­żeń­stwa i wy­ni­ka­ją­cej z nie­go tro­ski.

– Nie zdą­żył – od­po­wia­dam.

Mój part­ner od­dy­cha głę­bo­ko.

– Do­bra ro­bo­ta, Szpil­ka – mówi Do­łę­ga. – Ale gdy­bym miał de­cy­do­wać jesz­cze raz, nie pu­ścił­bym cię.

Wyj­mu­ję z ucha ma­leń­ką słu­chaw­kę sys­te­mu łącz­no­ści, od­pi­nam przy­cze­pio­ny do we­wnętrz­nej stro­ny rę­ka­wa rów­nie mi­kro­sko­pij­ny bez­prze­wo­do­wy mi­kro­fon.

– Nie ty de­cy­do­wa­łeś – za­uwa­żam.

– To było nie­bez­piecz­ne.

– Mój dro­gi, gdy­bym chcia­ła sta­wiać w ży­ciu na bez­pie­czeń­stwo, zo­sta­ła­bym przed­szko­lan­ką.

Do­cho­dzi­my do ra­dio­wo­zów. Za­trzy­ma­ny zni­ka w jed­nym z nich. My w po­zo­sta­łych. Kon­wój ru­sza.

Wy­ja­śnij­my na po­cząt­ku jed­ną rzecz, żeby po­tem do tego nie wra­cać.

Na­zy­wam się Ma­rian­na Ko­hut, ale niech Pan Bóg ma w opie­ce tego, kto się do mnie zwró­ci w ten spo­sób. Z miej­sca ro­bię się zło­śli­wa, a za­raz po­tem trza­skam drzwia­mi. Mam ksyw­kę Szpi­la, życz­liw­si mó­wią Szpil­ka. To­le­ru­ję obie for­my. I niech tak zo­sta­nie.

***

Je­stem po­li­cjant­ką w stop­niu pod­ko­mi­sa­rza. Moje ży­cie ob­fi­to­wa­ło w roz­ma­ite za­krę­ty; opo­wiem jesz­cze przy­naj­mniej o nie­któ­rych. Na jed­nym, z punk­tu wi­dze­nia da­le­ko­sięż­nych skut­ków, chy­ba naj­waż­niej­szym, do­szłam do wnio­sku, że wstą­pie­nie w sze­re­gi po­li­cji jest nie tyl­ko je­dy­nym sen­so­wym wyj­ściem – jest moim obo­wiąz­kiem. Chcia­łam szu­kać spra­wie­dli­wo­ści. Pa­te­tycz­ne i w grun­cie rze­czy głu­pie, a na pew­no da­le­ce od­bie­ga­ją­ce od rze­czy­wi­sto­ści, wiem. Skoń­czy­łam wyż­sze stu­dia (za­ocz­nie, do cze­go zmu­si­ły mnie oko­licz­no­ści ży­cio­we), by­łam zdol­na, pro­po­no­wa­no mi na­wet zo­sta­nie na uczel­ni. Od­mó­wi­łam, po czym po­szłam do szko­ły po­li­cyj­nej w Szczyt­nie, ukoń­czy­łam ją z wy­róż­nie­niem i w ten spo­sób ja, Szpil­ka – mól książ­ko­wy i fan­ka Ju­das Priest oraz Iron Ma­iden – zo­sta­łam gli­nia­rzem. Bawi to mo­ich bliż­szych i dal­szych zna­jo­mych i wła­ści­wie każ­de­go, kogo spo­tkam. Gdy­by nie oko­licz­no­ści, ba­wi­ło­by rów­nież mnie. Mam naj­niż­szy sto­pień ofi­cer­ski i etat w Wy­dzia­le do wal­ki z Prze­stęp­czo­ścią Prze­ciw­ko Ży­ciu i Zdro­wiu Ko­men­dy Re­jo­no­wej na Mo­ko­to­wie. W wy­dzia­le pra­cu­je rów­nież dwu­dzie­stu paru ko­le­gów, któ­rzy dzie­lą się na tych otwar­cie mó­wią­cych, że chcie­li­by mnie prze­le­cieć, i na tych, co za­cho­wu­ją te pra­gnie­nia dla sie­bie. Na szczę­ście ża­den nie wy­ska­ku­je z ła­pa­mi; na stwier­dze­niach się koń­czy. Co naj­bar­dziej za­baw­ne, sze­fo­wą tego na wskroś wy­peł­nio­ne­go te­sto­ste­ro­nem graj­doł­ka jest ko­bie­ta, a to sta­no­wi naj­więk­szy pro­blem. Pa­ra­doks, ale tyl­ko po­zor­nie, choć Ba­sień­ka jest na­praw­dę w po­rząd­ku. Cze­mu? Ano dla­te­go, że moi ko­le­dzy jak je­den mąż orze­kli, że do­sta­łam się do wy­dzia­łu, bo baba cią­gnie dru­gą babę, i bio­rą pod uwa­gę wy­łącz­nie so­li­dar­ność jaj­ni­ków, względ­nie, w naj­ła­god­niej­szej wer­sji, twier­dzą, że sze­fo­wa jest ja­kąś moją, bliż­szą czy dal­szą, krew­ną. Co jest kom­plet­ną nie­praw­dą, ale tak się spra­wy mają – i może wy­da­rzyć się wszyst­ko, a oni i tak nie zmie­nią zda­nia.

Czy mam ja­kieś atu­ty w tej wal­ce? Tak, kil­ka mam. Je­śli będę w do­brym hu­mo­rze – co, jak wi­dzi­cie, nie jest pew­ne – opo­wiem kie­dyś o tym.

Na ra­zie noc nie chce się skoń­czyć. Jest po dru­giej, a ja na­dal sie­dzę w cia­snej sal­ce kon­fe­ren­cyj­nej na dru­gim pię­trze ko­men­dy. Skła­dam ob­szer­ne ze­zna­nie (ow­szem, gli­nia­rze też by­wa­ją świad­ka­mi i skła­da­ją ze­zna­nia) – Ma­li­na zdo­był się na pro­po­zy­cję, by zro­bić to rano, ale ja wolę od razu, póki jesz­cze pa­mię­tam każ­dy naj­drob­niej­szy szcze­gół. Mó­wię przez czter­dzie­ści mi­nut. Ma­li­na za­da­je py­ta­nia, Klo­cek, Do­łę­ga i Ba­sień­ka przy­słu­chu­ją się. Sze­fo­wa ni­g­dy nie wy­cho­dzi z pra­cy póź­niej niż o szó­stej wie­czo­rem, ale tym ra­zem po­fa­ty­go­wa­ła się, by o pół­no­cy wró­cić do ko­men­dy. Rze­ko­mo w tro­sce o mnie. Fak­tem jest, że oso­bi­ście zro­bi­ła mi kawę, co zda­rza się raz na stu­le­cie.

Piję ostat­ni łyk służ­bo­wej lury roz­pusz­czal­nej i koń­czę ze­zna­nie. Zer­kam w za­wie­szo­ne za ple­ca­mi Ma­li­ny lu­stro. Na­dal mam na gło­wie pe­ru­kę. Na twa­rzy na­pię­cie. Wy­glą­dam ina­czej. Na­praw­dę wy­glą­dam ina­czej.

Pro­ku­ra­tor wzdy­cha.

– To wszyst­ko? – pyta.

– Tak – od­po­wia­dam. – Wy­gło­si­łam for­mu­łę, sku­łam go, po­ja­wi­ło się wspar­cie.

Ma­li­na marsz­czy brwi. Jest przy­stoj­ny. Cień za­ro­stu zdą­żył od rana po­kryć po­licz­ki, co tyl­ko do­da­je mu uro­ku. Je­chał z za­trzy­ma­nym jed­nym sa­mo­cho­dem. Wiem, co bę­dzie da­lej.

– Pod ko­niec po­ści­gu stra­ci­li­śmy z tobą łącz­ność – oznaj­mia. Jego ase­sor, Ke­nig, przez cały ju­trzej­szy dzień bę­dzie po­rów­ny­wał moje ze­zna­nie z au­dio­de­skryp­cją z pod­słu­chu. U Ma­li­ny wszyst­ko musi się zga­dzać. Nie zno­si nie­do­mó­wień i wąt­pli­wo­ści, któ­re mogą być po­wo­dem po­raż­ki w są­dzie.

Ro­bię bez­rad­ną minę.

– Może coś się roz­łą­czy­ło.

– Ni­g­dy się nie roz­łą­cza – wtrą­ca Klo­cek. Ru­sza noz­drza­mi jak ra­so­wy my­śliw­ski pies. Szó­stym zmy­słem wy­czu­wa oka­zję. I nie za­mie­rza jej za­prze­pa­ścić. – To naj­now­szy sprzęt.

Pa­trzę na nie­go bez spe­cjal­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Go­ni­łam go – mó­wię. – Nie mia­łam cza­su zaj­mo­wać się sprzę­tem.

Pro­ku­ra­tor dra­pie się po gło­wie. Po­tem od­wra­ca się do Do­łę­gi i Kloc­ka.

– Pa­no­wie, po­pro­szę, że­by­ście wy­szli – oznaj­mia.

Obaj po­li­cjan­ci wo­le­li­by, z róż­nych po­wo­dów, zo­stać, ale bez pro­te­stu opusz­cza­ją po­miesz­cze­nie. Klo­cek po dro­dze ob­da­rza mnie peł­nym uczu­cia spoj­rze­niem. Po­ka­zu­ję, że mam go gdzieś. On uśmie­cha się lek­ko.

Pro­ku­ra­tor nie zwra­ca uwa­gi na tę pan­to­mi­mę. Przyj­mu­je pozę za­tro­ska­ne­go urzęd­ni­ka pań­stwo­we­go, dla któ­re­go war­to­ścią nad­rzęd­ną jest prze­strze­ga­nie pra­wa.

– Szpil­ka, je­steś bar­dzo do­brą po­li­cjant­ką – mówi. – Za­an­ga­żo­wa­ną i do­kład­ną. Masz za­wsze po­rzą­dek w pa­pie­rach.

– Ale? – od­po­wia­dam. Z do­świad­cze­nia wiem, że wszyst­ko, co przed „ale”, jest gu­zik war­te.

Marsz­czy brwi.

– Chcę, żeby w tej spra­wie wszyst­ko się zga­dza­ło – tłu­ma­czy. – Szu­ka­li­śmy fa­ce­ta pra­wie pół roku. Wszy­scy się na­ha­ro­wa­li­śmy jak woły, ty naj­bar­dziej. Uda­ło się. Mamy do­wo­dy i mamy spraw­cę. Za­mor­do­wał trzy oso­by, ko­lej­na pew­nie do koń­ca ży­cia nie wyj­dzie ze szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Ro­bił strasz­ne rze­czy. Spo­łe­czeń­stwo chce, żeby po­niósł su­ro­wą karę, żeby ni­g­dy nie wy­szedł z pier­dla. Ja się z tym zga­dzam, Szpil­ka.

– Ja też – wtrą­cam.

– Wła­śnie – mówi szyb­ko. – Wła­śnie. Może zga­dzasz się tro­chę za bar­dzo.

– Nie ro­zu­miem. – Ro­bię nie­win­ną minę. Je­stem w tym na­praw­dę do­bra.

– Słu­chaj. – Na­chy­la się, jak­by chcąc po­wie­dzieć to, co ma do po­wie­dze­nia, bez świad­ków, co jest ab­sur­dem, bo Ba­sień­ka sie­dzi naj­wy­żej metr da­lej i jest tak sku­pio­na, jak tyl­ko się da. – Wiem, że prze­ży­łaś tra­ge­dię. Wiem, że mia­łaś w ży­ciu trud­no. Bar­dzo sza­nu­ję cię za to, co z tym wszyst­kim zro­bi­łaś. Ale wiem też, że masz do spra­wy sto­su­nek oso­bi­sty.

Nie da się ukryć.

– Wszyst­ko od­by­ło się zgod­nie z roz­pi­ską – mó­wię.

– Oby – od­po­wia­da, pro­stu­jąc się. Jest nie­zwy­kle po­waż­ny. – Ale je­śli oka­że się, że dzię­ki two­im po­za­praw­nym dzia­ła­niom przy aresz­to­wa­niu fa­cet się wy­krę­ci, bo jego ad­wo­kat wska­że na uchy­bie­nia for­mal­ne, oso­bi­ście wsa­dzę two­ją gło­wę do becz­ki z wrzą­cą smo­łą, pod­ko­mi­sa­rzu.

– On się na coś skar­żył?

– Nie.

– Sam wi­dzisz. – Do­pie­ro te­raz z całą siłą do­pa­da mnie zmę­cze­nie. Dwa­dzie­ścia mi­nut dro­gi do domu. Pół go­dzi­ny le­że­nia w wan­nie. Drink, może dwa. I dłu­gi sen, na­wet do po­łu­dnia. Ju­tro mam niby służ­bę, ale sze­fo­wa zgo­dzi­ła się, że­bym, je­śli nic się nie wy­da­rzy, sie­dzia­ła w domu, byle pod te­le­fo­nem. Je­stem na­praw­dę zmę­czo­na. Nie mia­łam urlo­pu od dwóch lat.

Pro­ku­ra­tor na­dal na mnie pa­trzy. Sta­ram się za­cho­wać obo­jęt­ną minę.

– Do­bra – mówi. – Mu­szę mieć jego ze­zna­nie.

– Ja­sne. – Ki­wam gło­wą. – Niech po­sie­dzi chwi­lę. W nie­dzie­lę bę­dzie roz­mow­niej­szy.

Ma­li­na uno­si brwi.

– Chcesz go prze­słu­chać do­pie­ro w nie­dzie­lę?

– Po­dej­rza­ne­mu za­wsze do­brze robi chwi­la sa­mot­no­ści. Byle z ni­kim nie ga­dał.

Pro­ku­ra­tor waha się tyl­ko przez chwi­lę.

– Niech bę­dzie – de­cy­du­je. – Z sa­me­go rana wy­stą­pię o san­ki na trzy mie­sią­ce. Tyl­ko żeby w aresz­cie nie było żad­nych jaj.

– Po­je­dyn­cza cela z mo­ni­to­rin­giem – mó­wię.

– Two­ja od­po­wie­dzial­ność.

Zga­dzam się, choć to nie do koń­ca tak.

– Ju­tro prze­szu­ka­cie jego miesz­ka­nie – za­rzą­dza pro­ku­ra­tor.

– Z sa­me­go rana po­ślę eki­pę – de­cy­du­je Ba­sień­ka.

Ma­li­na wzru­sza ra­mio­na­mi. Na­sza spra­wa, byle kwi­ty się zga­dza­ły.

– Może skoń­czy­my? – pro­po­nu­je sze­fo­wa. – Ona pada z nóg. A już pra­wie trze­cia.

Ma­liń­ski kiwa gło­wą. Chy­ba nie spo­dzie­wa się od­po­wie­dzi.

– Do­bra – mówi. – Idź spać. Od­pocz­nij. Wi­dzi­my się w po­nie­dzia­łek.

W jego gło­sie po­brzmie­wa wa­ha­nie. Nie uspo­ko­iłam go.

Przy drzwiach od­wra­ca się.

– Tak na­wia­sem mó­wiąc, do­brze ci w tej pe­ru­ce.

***

Jadę przez mil­czą­ce mia­sto. Gdzie­nie­gdzie mi­ga­ją cie­nie lu­dzi wra­ca­ją­cych z im­prez albo cią­gną­cych na after­ki. Nie­któ­rzy mają zdro­wie. Tro­chę mi się ode­chcie­wa tego wszyst­kie­go. W uszach brzmi dźwięk ba­to­na ude­rza­ją­ce­go w cia­ło. Krzyk. Cier­pie­nie. Nie mam so­bie nic do za­rzu­ce­nia. Uczest­ni­czy­łam w au­top­sjach trzech za­mor­do­wa­nych dziew­czyn. By­łam na po­grze­bach. Ob­ser­wo­wa­łam re­ak­cje ro­dzin. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać z tą, co prze­ży­ła, wi­dzia­łam jej oczy i twarz. Nie­mal ją stu­dio­wa­łam. Do­łę­ga sta­now­czo pro­te­sto­wał, chciał, że­bym sku­pi­ła się na spraw­cy, nie na ofia­rach. Po­sła­łam go do dia­bła, co przy­jął bez zdzi­wie­nia, choć z dez­apro­ba­tą.

Do­jeż­dżam. Par­ku­ję w pod­ziem­nym ga­ra­żu. Blok li­czy trzy pię­tra; w su­mie dwa­dzie­ścia miesz­kań. Ludz­ka ska­la. Dłu­go szu­ka­łam tego miej­sca. Pie­nię­dzy star­czy­ło na za­kup, na me­ble już nie. Na gra­ty i ma­lut­ki sa­mo­chód skła­da­łam trzy lata. To była dłu­ga dro­ga. Mam ją za sobą – na szczę­ście. Gdy­bym chcia­ła za­ra­biać praw­dzi­we pie­nią­dze, wy­bra­ła­bym inny za­wód.

Gdy prze­kra­czam próg, pi­szę ese­me­sa. Jest po trze­ciej, mimo to nie tyl­ko pi­szę, ale i wy­sy­łam. Po rów­no trzy­dzie­stu se­kun­dach sły­szę na­tar­czy­wy dźwięk dzwon­ka.

Od­bie­ram.

– My­śla­łam, że umrę, ty kre­tyn­ko – sły­szę. Na ogół da­ro­wu­je­my so­bie po­wi­ta­nia i zdaw­ko­we wstę­py. Obie je­ste­śmy zbyt nie­cier­pli­we.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, Gu­nia – od­po­wia­dam mięk­ko. Czu­ję ucisk w gar­dle. Za­wsze tak jest, choć tym ra­zem na­tę­że­nie uci­sku wy­da­je mi się więk­sze niż za­zwy­czaj.

– Nie­po­trzeb­nie mi o tym wszyst­kim opo­wia­da­łaś – stwier­dza roz­mów­czy­ni.

Ki­wam gło­wą. Po­mi­jam mil­cze­niem fakt, że w na­szych re­la­cjach nie ma opcji „prze­mil­cze­nie”. Taki mamy układ – ona za­wsze wie, co ro­bię i o któ­rej mniej wię­cej wró­cę. A ja za­wsze skła­dam mel­dun­ki z tra­sy, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć. Tyl­ko dla­te­go jesz­cze funk­cjo­nu­je­my, choć nie ukry­wam, mę­czy mnie to. Jed­nak Guni jest po­trzeb­ne jak tlen. Pew­nie tak po­zo­sta­nie.

– Wszyst­ko od­by­ło się zgod­nie z za­ło­że­nia­mi – mó­wię, nie cze­ka­jąc na py­ta­nie. – Wspar­cie było tuż przy mnie.

– Roz­ma­wia­łaś z nim?

– Prze­ka­za­łam po­zdro­wie­nia.

Nie­mal sły­szę pra­cę neu­ro­nów, chro­bo­ta­nie kół zę­ba­tych, zgrzyt prze­kład­ni. Gu­nia my­śli.

– Czy był…

– Tak – mó­wię. – Bar­dzo. Okaz mę­skiej uro­dy.

– To do­brze.

Świat Guni musi być upo­rząd­ko­wa­ny. Tyl­ko w ta­kim jest w sta­nie żyć. Wszel­kie od­stęp­stwa od sche­ma­tu do­pro­wa­dza­ją ją do roz­pa­czy. Ja je­stem fil­trem od­dzie­la­ją­cym ją od rze­czy­wi­sto­ści, ale tyl­ko w pew­nym sen­sie: nie mogę zbyt­nio ko­lo­ry­zo­wać. Gu­nia jest ob­la­ta­na w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, śle­dzi na bie­żą­co róż­ne do­nie­sie­nia. Po­tra­fi przy­ła­pać mnie na kłam­stwie, cze­go zde­cy­do­wa­nie wolę unik­nąć – dla swe­go i jej do­bra.

Tym ra­zem kła­mać nie mu­szę. Nie ry­zy­ku­ję, że Gu­nia skon­fron­tu­je opo­wieść ze zdję­cia­mi spraw­cy opu­bli­ko­wa­ny­mi w in­ter­ne­cie. Fa­cet na­praw­dę był przy­stoj­ny. Na tym jej za­le­ży – uro­da pa­su­je do wy­pra­co­wa­ne­go przez lata sche­ma­tu.

Lata.

Za ty­dzień pięt­na­sta rocz­ni­ca. Boję się jej bar­dziej niż in­nych. Gu­nia uzna­je pięt­na­ście lat za okrą­głą datę. Ce­le­bra­cja ma przy­brać szcze­gól­ną po­stać. Ona o tym nie wspo­mi­na; nie musi. Ona wie i ja wiem. Gu­nia jest wal­nię­ta. Gu­nia jest moją młod­szą sio­strą.

– Za­dzwo­nisz ju­tro? – pyta.

– Dzi­siaj, Gu­nia. – Zie­wam. – Jest pra­wie wpół do czwar­tej. Za­dzwo­nię, jak się wy­śpię.

– Cie­szę się, że nic ci nie jest – mówi i roz­łą­cza się.

Gu­nia ma nie­rów­no pod su­fi­tem, ale tro­skę o mnie usta­wio­ną pra­wi­dło­wo. Wie, że czę­sto na­ra­żam się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Czę­ścio­wo – tyl­ko czę­ścio­wo, ale to wy­star­czy – z jej po­wo­du, co do tego bied­ne­go, za­mu­lo­ne­go che­mią mó­zgu aku­rat do­cie­ra zna­ko­mi­cie. Pcha mnie do dzia­ła­nia i jed­no­cze­śnie się mar­twi. Tyl­ko po­zor­ny pa­ra­doks. Jed­nak nie wan­na, prysz­nic. Tro­chę mnie orzeź­wia. Piję drin­ka. Po­tem dru­gie­go. Al­ko­hol dzia­ła sła­bo, zresz­tą za­wsze tak jest w wy­żej opi­sa­nych oko­licz­no­ściach. Idę do ma­leń­kiej, przy­tul­nej sy­pial­ni, mo­je­go azy­lu. Sen nad­cho­dzi szyb­ko.

I rów­nie szyb­ko ula­tu­je. Mam wra­że­nie, że po kil­ku se­kun­dach.

Te­le­fon leży tuż obok, dzwo­nek wwier­ca się w mózg.

– Wsta­waj, Szpil­ka – sły­szę głos Do­łę­gi. Mój part­ner nie jest w żar­to­bli­wym na­stro­ju, ra­czej war­czy. – Mamy ro­bo­tę.

– Je­zus! – ję­czę. – Któ­ra go­dzi­na?

– Dwa­na­ście po siód­mej.

– Po­ło­ży­łam się o czwar­tej.

– Ja też, a je­stem od cie­bie dwa­dzie­ścia lat star­szy – mówi z na­ci­skiem. – Jed­nak spraw­ca był na tyle nie­uprzej­my, że nie po­cze­kał, aż się wy­śpi­my.

Sta­ram się otwo­rzyć oczy. Chcę usły­szeć dźwięk spie­nia­cza do mle­ka. Po­czuć za­pach świe­żo zmie­lo­nej kawy. Oczy po­zo­sta­ją za­mknię­te.

– Co jest? – chcę wie­dzieć.

– Trup. Ogar­nij się. Za kwa­drans pod­ja­dę.

– Mia­łam mieć wol­ne – ję­czę.

Do­łę­ga zo­sta­wia tę uwa­gę bez od­po­wie­dzi.

– Kwa­drans – pod­kre­śla i już go nie ma.

Nie­mal na śle­po idę do ła­zien­ki. Pierw­sza por­cja kawy w ja­kimś stop­niu sta­wia mnie na nogi. Dru­gą na­le­wam do sty­ro­pia­no­we­go kub­ka, będę mia­ła co pić w sa­mo­cho­dzie. Ubie­ram się. Z obrzy­dze­niem pa­trzę na pi­sto­let, ale oczy­wi­ście wkła­dam go do ka­bu­ry na bio­drze. Od­zna­ka. Kaj­dan­ki. Zer­kam w lu­stro. Bra­wo. Trzy­dzie­ści czte­ry lata me­try­kal­nie. Sześć­dzie­siąt wi­zu­al­nie. Może je­stem zbyt kry­tycz­na.

Scho­dzę. Zim­no jak dia­bli, nie wię­cej niż dwa­na­ście stop­ni. Sier­pień.

Za­jeż­dża Do­łę­ga. Wsia­dam. O ile po­rów­na­nie ze sta­rym, brzu­cha­tym fa­ce­tem może sta­no­wić po­cie­sze­nie, mój part­ner wy­glą­da znacz­nie go­rzej niż ja. Wory pod ocza­mi spra­wia­ją wra­że­nie ja­skiń. Ły­si­na lśni brzyd­ko. Za­pach po­zo­sta­wia wie­le do ży­cze­nia. Czę­stu­ję go mię­to­wą gumą do żu­cia i odro­bi­nę uchy­lam okno. Jest le­piej. Tro­chę.

Do­łę­ga pro­wa­dzi z ogrom­ną jak na nie­go szyb­ko­ścią. Zwy­kle wle­cze­my się przez mia­sto w żół­wim tem­pie, a on gada i dużo się śmie­je, na­wet pró­bu­je – ża­ło­sne, o czym obo­je wie­my, ale i ja­koś wzru­sza­ją­ce – mnie pod­ry­wać. Dziś na­ci­ska zbyt moc­no pe­dał gazu i mówi, w za­sa­dzie nie otwie­ra­jąc ust:

– Park Dre­sze­ra. Męż­czy­zna, trzy­dzie­ści–trzy­dzie­ści pięć lat. Zna­la­zła go po­ran­na, kur­wa mać, bie­gacz­ka. Pa­trol pre­wen­cji jest na miej­scu. We­dług kra­węż­ni­ków go­ściu jest sztyw­ny na amen.

– Mor­der­stwo? – py­tam, by coś po­wie­dzieć.

– Nie­ty­po­we, je­śli już – od­po­wia­da, po czym za­my­ka się.

Do­jeż­dża­my, park Dre­sze­ra leży w cen­trum Mo­ko­to­wa, ła­two tu tra­fić. Do­łę­ga par­ku­je na Kra­sic­kie­go, przy głów­nej bra­mie. Idzie­my wy­pie­lę­gno­wa­nym alej­ka­mi. Mimo przed­je­sien­nej pory zie­leń jest so­czy­sta i wręcz pach­nie, ostat­nio spo­ro pa­da­ło. Do­cho­dzi­my do jed­nej z bocz­nych ście­żek. Kil­ku po­li­cjan­tów z pre­wen­cji stoi zbi­tą gru­pą, część pali, ga­da­ją jak prze­ku­py. Bar­dzo atrak­cyj­na dziew­czy­na w stro­ju do jog­gin­gu, bla­da jak ścia­na, sie­dzi na ław­ce kil­ka me­trów da­lej i sku­bie ner­wo­wo skór­ki przy pa­znok­ciach.

Tuż za za­krę­tem pry­mi­tyw­ny pa­ra­wan skon­stru­owa­ny z pa­ty­ków i po­li­cyj­nych kur­tek. Na ścież­ce wi­dzę sto­py obu­te w ele­ganc­kie pół­bu­ty. Resz­ta za­sło­nię­ta, za­pew­ne czę­ścio­wo spo­czy­wa na traw­ni­ku, a czę­ścio­wo w gę­stym ro­do­den­dro­nie. Fakt zgo­nu ofi­cjal­nie po­twier­dzi pa­to­mor­fo­log, na któ­re­go jesz­cze cze­ka­my, ale tu nie po­trze­ba fa­cho­wej dia­gno­zy; fa­cet jest mar­twy.

Le­gi­ty­mu­je­my się mun­du­ro­wym, pod­cho­dzi­my, oglą­da­my zwło­ki z bli­ska. Daw­no nie wi­dzia­łam tyle krwi. Ubra­nie zmar­łe­go jest nią wprost prze­siąk­nię­te. Grunt wo­kół rów­nież. W bla­dych pro­mie­niach po­ran­ne­go słoń­ca pla­my wy­da­ją się rude.

Wpa­tru­ję się w pra­wą dłoń męż­czy­zny. Bra­ku­je w niej dwóch pal­ców. Resz­ta przy­po­mi­na ka­wał su­ro­we­go mię­sa. Wła­ści­wie – nie przy­po­mi­na. Jest ka­wa­łem su­ro­we­go mię­sa. Wi­dzę ścię­gna i ka­wa­łek ko­ści. Ktoś tego czło­wie­ka po­szar­pał na ka­wał­ki i czę­ścio­wo ob­darł ze skó­ry.

Ofia­ra ma so­bie ma­ry­nar­kę. Pra­wy rę­kaw znik­nął. Ko­szu­la w ory­gi­na­le była chy­ba ko­lo­ru nie­bie­skie­go. Brak jej po­ło­wy gu­zi­ków. Na pier­si kil­ka ogrom­nych ran. Są skry­te pod gru­bą war­stwą za­schnię­tej krwi, ale wi­dzę je do­kład­nie, choć na ra­zie głów­nie oczy­ma wy­obraź­ni. Moja wy­obraź­nia pra­cu­je bo­wiem na peł­nych ob­ro­tach. Sen­ność, jak pew­nie się do­my­śla­cie, znik­nę­ła bez śla­du. Je­stem uod­por­nio­na, ale prze­cież nie z drew­na. Za­pa­lam pa­pie­ro­sa.

– Je­zus – mru­czy Do­łę­ga. Moż­na by od­nieść wra­że­nie, że współ­czu­je ofie­rze. Nic bar­dziej myl­ne­go. Ma żal do nie­spra­wie­dli­we­go losu. Gra­fik służ­by wska­zał na nie­go i na mnie. Gdy­by mor­der­ca tro­chę po­cze­kał albo cho­ciaż ofia­rę zna­le­zio­no by do­pie­ro za parę go­dzin, spra­wę wziął­by Klo­cek ze swo­imi przy­du­pa­sa­mi, a ja bym jesz­cze spa­ła. Za­ło­że­nie nie jest zbyt mą­dre, ozna­cza­ło­by bo­wiem, że spraw­ca mu­siał­by dzia­łać w świe­tle dnia. Nie wy­glą­da mi na ta­kie­go. Park Dre­sze­ra jest po­pu­lar­nym miej­scem, zwłasz­cza w so­bo­tę, i sła­bo na­da­je się na miej­sce zbrod­ni w bia­ły dzień.

– Pies – od­mru­ku­ję w od­po­wie­dzi. – Lub psy.

– Wi­dzisz tu ja­kieś?

– Fa­cet nie żyje od kil­ku go­dzin. – mó­wię. – Psy są zwie­rzę­ta­mi mo­bil­ny­mi. Mogą już być w Wi­la­no­wie.

– Nie za­wra­caj gło­wy – od­po­wia­da Do­łę­ga.

Co w ludz­kim ję­zy­ku ozna­cza: nie spiesz­my się. Po­cze­kaj­my na wy­nik sek­cji zwłok i ba­dań kry­mi­na­li­stycz­nych. Po­tem się zo­ba­czy.

Ale mnie się nie chce cze­kać. Moż­li­we, że to w ogó­le nie jest spra­wa dla nas. Może jesz­cze uda mi się ura­to­wać tę so­bo­tę.

Pod­no­szę do ust krót­ko­fa­lów­kę.

– Tu Je­den Czte­ry – mó­wię.

– Tu Cen­tra­la, mów, Je­den Czte­ry.

– Je­ste­śmy na miej­scu zda­rze­nia – re­la­cjo­nu­ję. – Ofia­ra to męż­czy­zna, wiek oko­ło trzy­dzie­stu lat, zmarł naj­praw­do­po­dob­niej w wy­ni­ku wy­krwa­wie­nia. Rany wy­glą­da­ją na za­da­ne przez psy. Spraw­dzisz, czy nie było w oko­li­cy zgło­szeń o bez­dom­nych, agre­syw­nych psach?

– Przy­ją­łem, Je­den Czte­ry. Ode­zwę się. Zna­cie toż­sa­mość ofia­ry?

– Jesz­cze nie.

Gło­śnik trzesz­czy i dy­żur­ny zni­ka z ete­ru.

Do­łę­ga gada z pre­wen­cją. Pod­cho­dzę do dziew­czy­ny. Wy­glą­da na dwa­dzie­ścia lat i jest prze­ra­żo­na.

– Dzień do­bry – mó­wię mięk­ko.

Dziew­czy­na pod­no­si gło­wę. Ma in­ten­syw­nie zie­lo­ne oczy, któ­rych po­sta­no­wi­ła nie psuć ma­ki­ja­żem. Zer­kam w dół. Pa­znok­cie wy­pie­lę­gno­wa­ne, ale wła­sne. Leg­gin­sy tak do­pa­so­wa­ne, że nie­mal sta­ją się dru­gą skó­rą. Blu­za sta­no­wi ostat­ni krzyk mody. Buty, na hy­dro­pneu­ma­tycz­nej po­de­szwie, rów­nież. Mnie na ta­kie nie stać. Co za cza­sy.

– On tam le­żał… – od­po­wia­da. – Ja rano bie­gam, so­bo­ta, nie­dzie­la… Tu za­wsze jest spo­koj­nie. Jak tyl­ko otwie­ra­ją, o szó­stej, już je­stem przy bra­mie…

– Je­stem pod­ko­mi­sa­rzem po­li­cji – oznaj­miam. – Wszy­scy mó­wią na mnie Szpil­ka.

Po raz pierw­szy dziew­czy­na spra­wia wra­że­nie, jak­by ro­zu­mia­ła, co się wo­kół niej dzie­je.

– Szpil­ka? To na­zwi­sko? – chce wie­dzieć.

– Pseu­do­nim, moż­na po­wie­dzieć. A ty?

– Ju­sty­na Szma­jer. Miesz­kam nie­da­le­ko.

Pierw­sze lody uzna­ję za prze­ła­ma­ne.

– Opo­wiedz, co się sta­ło – pro­szę, choć po­dej­rze­wam, że tyl­ko stra­cę czas.

Rze­czy­wi­ście, opo­wieść nie wno­si ni­cze­go. Ju­sty­na Szma­jer dba o for­mę. Bie­ga. Cho­dzi na si­łow­nię. Ma dwa­dzie­ścia trzy lata, choć wy­glą­da na młod­szą, zwłasz­cza w stro­ju spor­to­wym. Jest świe­żo po stu­diach li­cen­cjac­kich i nie uma­wia się z fa­ce­ta­mi przez in­ter­net. Już ją lu­bię. Po­cho­dzi z ma­łe­go mia­sta na Pod­kar­pa­ciu. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach znam jej ży­cie nie­mal jak swo­je, na­to­miast na­dal nie bar­dzo wiem, co się sta­ło. Ot, bie­gła, zo­ba­czy­ła zwło­ki, ni­cze­go nie do­ty­ka­ła, za­dzwo­ni­ła pod sto dwa­na­ście, cze­ka­ła na ław­ce do przy­jaz­du pa­tro­lu.

– Mogę już iść? – pyta, po czym zer­ka w kie­run­ku atra­py pa­ra­wa­nu kry­ją­cej tru­pa.

Po­win­nam ją spi­sać, ale moja nowa zna­jo­ma nie ma przy so­bie do­ku­men­tów.

– Miesz­kasz nie­da­le­ko? – upew­niam się.

– Tak.

– Pój­dzie z tobą po­li­cjant – mó­wię. – Dasz mu do­wód, on spi­sze dane, we­zwie­my cię, może w po­nie­dzia­łek, mu­si­my cię nie­ste­ty for­mal­nie prze­słu­chać. Może tak być?

Kiwa gło­wą. Mam wra­że­nie, że zgo­dzi­ła­by się na wszyst­ko, by­le­by stąd znik­nąć.

Wsta­je. Je­ste­śmy tego sa­me­go wzro­stu. Jest nas, kur­du­pli metr sześć­dzie­siąt, paru na świe­cie.

– Faj­ny pseu­do­nim – mówi.

Uśmie­cham się. Ona wy­raź­nie się roz­luź­nia. Po chwi­li zni­ka za za­krę­tem alej­ki w to­wa­rzy­stwie bar­czy­ste­go gli­nia­rza, przy któ­rym wy­glą­da jak dziec­ko, co na­su­wa mi nie­przy­jem­ne sko­ja­rze­nia. Bar­dzo ża­łu­ję, że za nimi nie po­dą­ży­łam. Nie te­raz, póź­niej.

Przy­jeż­dża ze­spół tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych wraz z pa­to­mor­fo­lo­giem, a za­raz po nich czar­ni bra­cia, pa­lą­cy i plot­ku­ją­cy jak stra­ga­nia­ry w ocze­ki­wa­niu, aż będą mo­gli za­brać cia­ło. Wo­kół za­czy­na wprost roić się do lu­dzi. Pierw­szą czyn­no­ścią tech­ni­ków jest zde­mon­to­wa­nie pry­mi­tyw­nej za­sło­ny z po­li­cyj­nych kur­tek, usta­wie­nie praw­dzi­we­go pa­ra­wa­nu i od­gro­dze­nie cia­ła od ewen­tu­al­nych spoj­rzeń cie­kaw­skich. Po­tem bio­rą się do ro­bo­ty, na ra­zie z dala od zwłok, bo nad nimi kuca zim­ny dok­tor. Bada tem­pe­ra­tu­rę cia­ła i sto­pień stę­że­nia po­śmiert­ne­go. Bły­ska flesz. Do­łę­ga pod­cho­dzi bli­żej i za­czy­na kon­fe­ro­wać z jed­nym z tech­ni­ków, Ra­cusz­kiem, krę­cąc dłoń­mi ósem­ki w po­wie­trzu. Jest upier­dli­wy, ale tu aku­rat go po­pie­ram: Do­łę­ga wi­dział nie­jed­no i ma nie­zły węch, czę­sto zwra­ca uwa­gę na rze­czy, któ­re kry­mi­na­li­sty­cy mogą prze­oczyć.

Nic tu po mnie, przy­naj­mniej na ra­zie. Idę do wyj­ścia. Głów­na bra­ma jest sze­ro­ko otwar­ta. Przy­glą­dam się zam­kom. Żad­nych śla­dów, że ktoś pró­bo­wał je for­so­wać. Cu­dów jed­nak nie ma. Psy nie la­ta­ją, przy­naj­mniej te, któ­re znam. Ja­koś mu­sia­ły się do­stać na te­ren par­ku. A po­tem z nie­go wyjść.

Za­dzie­ram gło­wę. Ka­me­ra. Bli­żej Ur­sy­now­skiej dru­ga.

Wra­cam na miej­sce zda­rze­nia. Zwło­ki i naj­bliż­sze oto­cze­nie sta­ran­nie ob­fo­to­gra­fo­wa­no. Te­raz cia­ło leży na ścież­ce, gło­wą do góry.

– Zo­bacz – mówi Do­łę­ga i wy­cią­ga dłoń. Schy­lam się lek­ko. Gar­dło i twarz ofia­ry po­kry­te są krwią. Ale na gar­dle wi­dać spod niej coś jesz­cze. Ciem­ny, nie­mal siny cień, sze­ro­ki na kil­ka cen­ty­me­trów. Prze­no­szę wzrok wy­żej. Nos jest zmiaż­dżo­ny, wpó­ło­twar­te usta uka­zu­ją pień­ki kil­ku uła­ma­nych zę­bów.

– Chy­ba gdzieś wi­dzia­łam tego fa­ce­ta – mó­wię.

– Znasz go?

– Nie. To nie to. Coś mi się ma­ja­czy, że mo­głam gdzieś wi­dzieć jego zdję­cie. W ga­ze­cie, in­ter­ne­cie, nie wiem.

Do­łę­ga wier­ci mnie wzro­kiem, ale ja nie mogę so­bie przy­po­mnieć. Twarz męż­czy­zny jest znie­kształ­co­na przez rany i przed­śmiert­ną ago­nię, ale pró­bu­ję ją so­bie wy­obra­zić bez tego kosz­mar­ne­go szta­fa­żu. W gło­wie mi­ga­ją nie­ja­sne ob­ra­zy, nie ukła­da­ją się jed­nak w nic kon­kret­ne­go. Pró­bu­ję je na­giąć do swej woli. Nic. Wą­tłe wra­że­nie po­do­bień­stwa do re­al­nej po­sta­ci zni­ka.

Pro­stu­ję się. Je­stem ra­czej od­por­na, ale mu­szę głę­bo­ko za­czerp­nąć po­wie­trza.

– Może so­bie póź­niej przy­po­mnę. Tak czy ina­czej, ktoś mu sta­nął na gar­dle – mó­wię. – I twa­rzy.

Pa­to­mor­fo­log jest po­chło­nię­ty swo­ją pra­cą, uda­je, że nie sły­szy. Do­łę­ga na­to­miast przy­ta­ku­je. Roz­glą­da się.

– Park jest za­my­ka­ny na noc, nie? – pyta re­to­rycz­nie. – I strze­żo­ny.

– Na ze­wnątrz są ka­me­ry – ba­su­ję.

Zim­ny dok­tor pro­stu­je się. Sta­ran­nie wy­cie­ra ręce w na­mo­czo­ną pły­nem de­zyn­fe­ku­ją­cym szmat­kę. Pa­ku­je sprzęt do tor­by. Pod­cho­dzi­my.

– Coś wiesz? – za­ga­ja Do­łę­ga.

– Fa­cet nie żyje od sze­ściu–ośmiu go­dzin – mówi pa­to­mor­fo­log.

– Za­bój­stwo?

– Przy­czy­na zgo­nu zo­sta­nie po­da­na po prze­pro­wa­dze­niu sek­cji.

– Woj­tuś, zna­my się nie od dziś, do­brze?

Fa­cet roz­glą­da się. Gest jest śmiesz­ny. Nie ma przed kim się kryć. Pre­wen­cju­sze już so­bie po­szli, sto­ją przy je­dy­nej otwar­tej bra­mie i pil­nu­ją, by nikt nie wszedł do środ­ka. Tech­ni­cy są po­chło­nię­ci ro­bo­tą, poza tym to swoi.

– Licz­ne rany szar­pa­ne. Ogrom­ny uby­tek krwi. Na szyi śla­dy du­sze­nia. Tyle.

– Dzię­ki.

Pa­to­mor­fo­log od­cho­dzi, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem tor­by.

Do­łę­ga przy­glą­da się miej­scu zbrod­ni, po­tem zwra­ca ku mnie.

– Spra­wa po­win­na być pro­sta – oświad­cza. – Do­wiedz się, ilu ochro­nia­rzy pra­cu­je na noc­nej zmia­nie. Po­ga­da­my z nimi. Nie wie­rzę, że ża­den nic nie sły­szał. Mu­si­my usta­lić, któ­rą bra­mą wszedł spraw­ca. Obej­rzy­my na­gra­nia. Coś musi wyjść.

Przy­ta­ku­ję, choć dia­beł szep­cze mi w ucho, że nie­ko­niecz­nie musi. Nie wie­rzę w pro­ste spra­wy. Albo spraw­ca znaj­du­je się od razu, nie­mal cze­ka na nas na miej­scu za­bój­stwa, albo śledz­two cią­gnie się mie­sią­ca­mi i czę­sto nie koń­czy się schwy­ta­niem za­bój­cy.

Mnie się na ra­zie nic nie klei. Ofia­ra mu­sia­ła do­stać się na te­ren za­mknię­te­go par­ku, za nią wśli­znął się spraw­ca z psem lub psa­mi. Psy jako na­rzę­dzie za­bój­stwa są, jak by to po­wie­dzieć, nie­po­ręcz­ne. Ła­two je za­uwa­żyć, na ogół ata­ku­ją z gło­śnym war­cze­niem. Ofia­ra mu­sia­ła się bro­nić i za­pew­ne drzeć jak opę­ta­na. Ka­mie­ni­ce cią­gną się wzdłuż Ur­sy­now­skiej i po dru­giej stro­nie Odyń­ca. W nocy dźwięk nie­sie się da­le­ko. Kiep­skie miej­sce na zbrod­nię do­sko­na­łą.

A jed­nak.

– Ra­czej nie za­bi­to go gdzie in­dziej – mó­wię. Mu­si­my roz­wa­żyć wszyst­kie opcje.

Do­łę­ga roz­glą­da się.

– Nie.

Stwier­dze­nie było re­to­rycz­ne. Wszę­dzie peł­no śla­dów wal­ki – zry­ta zie­mia, po­wy­ry­wa­na tra­wa, zła­ma­na ga­łąz­ka ro­do­den­dro­nu. Ofia­ra po­nio­sła śmierć tu, w tym miej­scu. Ten punkt mamy z gło­wy.

Eki­pa z za­kła­du po­grze­bo­we­go w koń­cu do­cze­ka­ła się koń­ca kry­mi­na­li­stycz­nych mi­ste­riów i gra­ba­rze ła­du­ją cia­ło do wor­ka. Ra­cu­szek in­for­mu­je nas, że ofia­ra nie mia­ła przy so­bie do­ku­men­tów ani ko­mór­ki. Świet­nie. Po­nie­waż na­dal nie mogę so­bie przy­po­mnieć nie tyl­ko gdzie, ale czy w ogó­le wi­dzia­łam tego fa­ce­ta, na ra­zie mamy ano­ni­mo­we­go tru­pa za­gry­zio­ne­go przez psy w środ­ku za­mknię­te­go i strze­żo­ne­go par­ku w cen­trum mia­sta. Mu­si­my prze­słu­chać przy­naj­mniej kil­ku­set po­ten­cjal­nych świad­ków, za­pew­ne w więk­szo­ści jesz­cze smacz­nie śpią­cych. Być może pa­trzę na świat w zbyt po­nu­rych bar­wach, ale mogę się za­ło­żyć, że, na ra­zie przy­naj­mniej, nie znaj­dzie­my ni­ko­go, kto co­kol­wiek wi­dział. Mój part­ner, zda­je się, po­dzie­la ów pe­sy­mizm, bo minę ma za­sę­pio­ną i jest skłon­ny do zwa­dy pod byle pre­tek­stem. Znów wie­je zim­ny wiatr i, zda­je się, za­raz za­cznie pa­dać.

Zo­sta­wiam du­ma­ją­ce­go nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią ży­cia Do­łę­gę sa­me­mu so­bie i ro­bię ob­chód par­ku. Zaj­mu­je mi to dwa­dzie­ścia mi­nut. Bra­my za­my­ka­ne są na łań­cuch i kłód­kę. Te­raz ich oczy­wi­ście nie ma – o szó­stej zdję­li je ochro­nia­rze. Żad­na z bocz­nych bram, po­dob­nie jak głów­na, nie nosi śla­dów si­ło­we­go otwie­ra­nia.

Idę do bud­ki straż­ni­ków. W środ­ku fa­cet po sześć­dzie­siąt­ce, z nad­wa­gą. Ty­po­we. Roz­ta­cza spe­cy­ficz­ny, nie do pod­ro­bie­nia za­pach nie­do­my­tych służb mun­du­ro­wych dru­gie­go sor­tu. Po­ka­zu­ję bla­chę. Straż­nik jest bez­u­ży­tecz­ny: nic nie wie, ni­cze­go nie sły­szał, o ni­czym nie ma po­ję­cia. Jego zmia­na za­czę­ła się o szó­stej rano. Ra­zem z go­ściem z noc­nej szych­ty otwo­rzy­li park. Przy­glą­dam się kłód­kom: na żad­nej nie ma śla­dów ma­ni­pu­lo­wa­nia wy­try­chem, ale pew­ność oczy­wi­ście da szcze­gó­ło­wa ana­li­za w la­bo­ra­to­rium. Py­tam o mo­ni­to­ring. Ka­me­ry nie na­le­żą do mia­sta, są wła­sno­ścią fir­my ochro­niar­skiej. Ochro­na par­ku może tyl­ko ob­ser­wo­wać ob­raz na mo­ni­to­rach, nie ma do­stę­pu do na­grań. Kto ma? Cen­tra­la. Tam znaj­du­je się ser­wer. Bio­rę na­miar na kie­row­nic­two fir­my oraz ochro­nia­rza z noc­nej zmia­ny i wy­cho­dzę na ze­wnątrz. Od­dy­cham głę­bo­ko – po za­du­chu kan­cia­py po­wie­trze wy­da­je mi się nie­mal do­sko­na­le czy­ste.

Po­tem od­bęb­nia­my czte­ry go­dzi­ny obo­wiąz­ko­wej po­li­cyj­nej cie­sioł­ki. Do­łę­ga bie­rze na sie­bie miesz­kań­ców do­mów przy Odyń­ca, ja za­ła­twiam tych przy Ur­sy­now­skiej. Cho­dzę od drzwi do drzwi i wy­cią­gam spo­koj­nych oby­wa­te­li z łó­żek. Więk­szość chce współ­pra­co­wać, ale nie ma nic do po­wie­dze­nia. Kil­ka osób jest kom­plet­nie pi­ja­nych. Dwie agre­syw­ne. W paru wy­pad­kach nie da się roz­ma­wiać, bo czwo­ro­noż­ni ulu­bień­cy róż­nej wiel­ko­ści i ma­ści tak uja­da­ją, że nie sły­chać na­wet po­je­dyn­czych słów. Wła­ści­cie­li za­pra­szam na ko­men­dę.

W koń­cu coś się dzie­je.

– W środ­ku nocy obu­dził mnie krzyk – mówi je­den fa­cet, pięć­dzie­się­cio­let­ni, w szla­fro­ku, sta­ran­nie ogo­lo­ny. Dwie go­dzi­ny ja­ło­wej ga­da­ni­ny spo­wo­do­wa­ło, że za­czy­na mnie bo­leć gło­wa. Co­raz bar­dziej chce mi się pa­lić.

Wy­cią­gam uszy.

– Kto krzy­czał? – py­tam.

– Nie wiem, cięż­ko stwier­dzić – od­po­wia­da. – Może pani wej­dzie?

– Dzię­ku­ję.

Sia­da­my w cał­kiem wy­god­nych fo­te­lach w nie­wiel­kim po­ko­ju peł­nią­cym rolę sa­lo­nu. Fa­cet wy­glą­da na sa­mot­ni­ka, ale miesz­ka za­dzi­wia­ją­co ład­nie.

– Niech pan opo­wie.

– No cóż, nie ma wie­le do opo­wia­da­nia. – Wzdy­cha. – Oglą­da­łem te­le­wi­zję, noc­ny film. Na­gle wy­da­ło mi się, że zro­bi­ło się ciem­niej.

– Ciem­niej?

– No, tak, wie pani, ciach, i zga­sło świa­tło. Wsta­łem. Na uli­cy było ciem­no. I w par­ku też.

– Zga­sły la­tar­nie na uli­cy i w par­ku – upew­niam się.

– Tak. Z tym, że to się cza­sa­mi zda­rza, zwłasz­cza po du­żej bu­rzy albo jak moc­no wie­je.

– W nocy nie było bu­rzy.

Nie zwra­ca na mnie uwa­gi.

– No więc za­uwa­ży­łem, że się nie świe­ci, ale w su­mie to nic nad­zwy­czaj­ne­go – mówi z na­masz­cze­niem. – Wró­ci­łem do fil­mu, bo cie­ka­wy był. I wte­dy usły­sza­łem krzyk.

– Mógł­by pan go opi­sać?

– To zna­czy?

– Wie pan, lu­dzie róż­nie krzy­czą. Z bólu. Ze stra­chu. Albo dla­te­go, że są wście­kli.

– No, to był moc­ny krzyk, dłu­gi. Po­tem się urwał i nic nie sły­sza­łem.

– Męż­czy­zna? Ko­bie­ta?

– Cięż­ko stwier­dzić. Ra­czej męż­czy­zna.

– Nie sły­szał pan cze­goś jesz­cze?

– Cze­go?

– Nie wiem. Szcze­ka­nia psa?

– Psa? – Świa­dek uno­si brwi. – Tu się włó­czy dużo róż­nych kun­dli, ale tym ra­zem nie, nie sły­sza­łem żad­ne­go psa. Mia­łem zresz­tą za­mknię­te okno, bo strasz­ny wiatr ostat­nio, a ja nie lu­bię prze­cią­gów.

– Do­brze – mó­wię. – O któ­rej to mniej wię­cej było?

– No, tu aku­rat mogę pani le­piej po­móc. – Roz­pro­mie­nia się męż­czy­zna. – O wpół do pierw­szej. Może kil­ka mi­nut po, ale nie wię­cej niż pięć.

– Dwu­na­sta trzy­dzie­ści, dwu­na­sta trzy­dzie­ści pięć, tak? – Wy­cią­gam no­tes i szyb­ko no­tu­ję naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje.

– Do­kład­nie wte­dy.

– Jak dłu­go trwa­ła awa­ria prą­du?

– Oko­ło dzie­się­ciu mi­nut – od­po­wia­da szyb­ko, bez wa­ha­nia. Lu­bię ta­kich świad­ków. – Aku­rat była prze­rwa na re­kla­my. Po­sze­dłem zro­bić so­bie her­ba­tę. I wte­dy włą­czy­li. Ode mnie z kuch­ni do­brze wi­dać.

– Wy­glą­dał pan przez okno?

– No tak, rzu­ci­łem okiem.

– Za­uwa­żył pan coś?

– Nie. Ni­ko­go nie było. Zresz­tą pro­szę wyj­rzeć. Wi­dzi pani, same drze­wa. Na­wet chod­nik wi­dać tyl­ko miej­sca­mi.

– Czy­li za­uwa­żył pan, że włą­czy­li świa­tło, ale żad­nych lu­dzi.

– Tak jest.

Spraw­dzam. Fa­cet ma ra­cję. Zie­lo­no jak w Cen­tral Par­ku. Nie wi­dać na­wet dru­giej stro­ny uli­cy. Ci­sza i spo­kój.

No­tu­ję dane fa­ce­ta, uprze­dza­jąc, że będę mu­sia­ła mieć jego ze­zna­nie na pi­śmie, i wy­cho­dzę. Po ko­lej­nych dwóch go­dzi­nach spo­ty­kam się z Do­łę­gą. Jest za­sa­pa­ny, jak­by po­ko­nał pie­cho­tą dzie­sięć ki­lo­me­trów. Po zwło­kach, czar­nych bra­ciach i ich smut­nym ka­ra­wa­nie oraz tech­ni­kach nie ma już śla­du, jest za to pro­ku­ra­tor Woj­ciech Abram­czyk, typ wy­jąt­ko­wy, na­wet jak na stan­dar­dy war­szaw­skiej pro­ku­ra­tu­ry. Zwy­kle wi­dzia­łam go do­brze ubra­ne­go, dziś jest wręcz nie­chluj­ny, nie­ogo­lo­ny i nie­wy­spa­ny. To­czy wo­kół ba­zy­lisz­ko­wym wzro­kiem, na mnie ły­pie nie­mal z nie­na­wi­ścią. Jest mi­zo­gi­nem, otwar­cie twier­dzi, że ko­bie­ty w po­li­cji to nie­po­ro­zu­mie­nie. Nie wiem, jak inne ko­bie­ty, ja z przy­jem­no­ścią od­wza­jem­niam jego wro­gość. Na ra­zie nie po­zwo­lił upo­rząd­ko­wać te­re­nu i za­mknął park aż do od­wo­ła­nia. Pla­my krwi zdą­ży­ły już zblak­nąć. Nad­cho­dzą­cy deszcz zmy­je je zu­peł­nie.

– Po­pro­wa­dzę tę spra­wę – oświad­cza Abram­czyk.

So­bo­ta nie mo­gła się le­piej za­cząć.

Do­łę­ga kiwa gło­wą. Ma być Abram­czyk, bę­dzie Abram­czyk. Mój part­ner nie wal­czy z prze­ciw­no­ścia­mi losu, już daw­no, zda­je się, do­szedł do wnio­sku, że nie ma to sen­su. Uwa­ża, że na pra­cy świat się nie koń­czy. Ła­two mu mó­wić. Jest fa­ce­tem.

– Ktoś coś wi­dział? – pyta pro­ku­ra­tor.

Na­je­żam się, ale na­ka­zu­ję so­bie spo­kój.

– Moż­li­we. – Stresz­czam roz­mo­wę ze świad­ka­mi; uży­wam licz­by mno­giej, bo jesz­cze dwie oso­by po­twier­dzi­ły, że po pół­no­cy na­stą­pi­ła prze­rwa w do­sta­wie ener­gii elek­trycz­nej, trzy przy­po­mnia­ły so­bie, że ktoś krzy­czał. Żad­na się tym nie za­in­te­re­so­wa­ła.

Do­łę­ga nie może po­chwa­lić się na­wet zbli­żo­ny­mi re­zul­ta­ta­mi. Stra­cił czte­ry go­dzi­ny, usły­szał spo­ro pre­ten­sji i zło­rze­czeń, na­ba­wił się za­dysz­ki, o mało nie przy­pra­wił o za­wał pew­nej star­szej pani, któ­ra prze­ra­zi­ła się okrop­nie na wi­dok po­li­cyj­nej bla­chy. I nie do­wie­dział się ni­cze­go.

– Po pierw­sze, mu­si­cie usta­lić toż­sa­mość ofia­ry – mówi pro­ku­ra­tor to­nem na­uczy­cie­la z pod­sta­wów­ki. Ma miły, kul­tu­ral­ny głos. Gdy jest ogo­lo­ny, ma też sym­pa­tycz­ną po­wierz­chow­ność. Mógł­by pro­wa­dzić w te­le­wi­zji au­dy­cję po­świę­co­ną mu­zy­ce po­waż­nej. W ogó­le miły z nie­go gość, do­pó­ki pry­ma­tu nie przej­mie psy­cho­pa­tycz­na część jego je­ste­stwa. – Po dru­gie, ma­cie obej­rzeć na­gra­nia. Świad­ków prze­słu­chać jesz­cze raz. W po­nie­dzia­łek rano ocze­ku­ję kon­kre­tów.

Już ko­lej­ny pro­ku­ra­tor chce się ze mną wi­dzieć w po­nie­dzia­łek rano. Sta­ję się oso­bą wręcz roz­chwy­ty­wa­ną. Chy­ba nie mogę opa­no­wać gry­ma­su znie­cier­pli­wie­nia, bo Abram­czyk ły­pie na mnie, go­tów do bit­ki.

– Coś nie tak, pod­ko­mi­sarz Ko­hut? – pyta.

Na­bie­ram po­wie­trza w płu­ca. Do­łę­ga ła­pie mnie za dłoń.

– Tak zro­bi­my, pa­nie pro­ku­ra­to­rze – przy­ta­ku­je gor­li­wie.

Abram­czyk ob­rzu­ca mnie bez po­śpie­chu spoj­rze­niem, któ­re spo­ro obie­cu­je, po czym od­wra­ca się na pię­cie i idzie w stro­nę bra­my. Zo­sta­je­my sami. So­bo­ta wy­glą­da na do­ku­ment­nie schrza­nio­ną.

– Le­piej, że­by­śmy tego nie spie­przy­li – rzu­ca Do­łę­ga, po czym ob­da­rza mnie nie­chęt­nym spoj­rze­niem. – Prze­sta­niesz bry­kać?

– Na­wet się nie ode­zwa­łam – re­pli­ku­ję.

– Ty nie mu­sisz się od­zy­wać, Szpil­ka, żeby lu­dzie za­czę­li być agre­syw­ni. Wy­star­czy, że się na cie­bie spoj­rzy, i już w czło­wie­ku bu­zu­je ad­re­na­li­na.

– No, no, Ja­cu­siu, to nowy ba­jer?

– Prze­stań – mi­ty­gu­je mnie. – Mu­si­my z tym wła­zi­du­pem pra­co­wać. I two­je bzdy­cze­nie tego nie uła­twi.

Wzdy­cham. Wiem, że mu­si­my. Pro­ku­ra­to­rzy o usta­lo­nej po­zy­cji, na przy­kład Ma­li­na, zle­ca­ją śledz­two, a po­tem na ogół się nie wtrą­ca­ją. Ocze­ku­ją do­brze wy­peł­nio­nych kwi­tów, na pod­sta­wie któ­rych mogą spro­ku­ro­wać ład­ny i ele­ganc­ki akt oskar­że­nia, wio­dą­cy oskar­żo­ne­go wprost na salę są­do­wą, a po­tem do wię­zie­nia. Gład­ko i po sznur­ku, ma­wia Ma­li­na. Da­rzy po­li­cję przy­naj­mniej mi­ni­mum za­ufa­nia. Kon­flik­ty zda­rza­ją się rzad­ko, chy­ba że coś za­wa­li­my. Jest do­świad­czo­ny, wie, że cza­sa­mi idzie jak po gru­dzie; mimo iż na nie­go też na­ci­ska­ją, nie ocze­ku­je cu­dów. Po­tra­fi do­ra­dzić, cza­sa­mi wi­dzi coś, cze­go nie wi­dzą śled­czy.

Abram­czy­ka na­to­miast Stwór­ca ule­pił z zu­peł­nie in­nej gli­ny. Abram­czyk ma duże aspi­ra­cje, eks­tre­mi­stycz­ne po­glą­dy i dzi­ką, nie­okieł­zna­ną am­bi­cję. Jest przy tym in­te­li­gent­ny, do­brze wy­cho­wa­ny i na­praw­dę so­lid­nie wy­kształ­co­ny – przy czym, w od­róż­nie­niu od mi­lio­nów dzi­siej­szych ab­sol­wen­tów wyż­szych uczel­ni, uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie z pew­no­ścią nie prze­kra­cza jego umy­sło­wych kom­pe­ten­cji. Wie­lu lu­dzi daje się na­bie­rać na wy­gląd, ubiór i ma­nie­ry tego czło­wie­ka. Ja nie. Dla mnie, od pierw­sze­go spo­tka­nia, Abram­czyk jest za­gro­że­niem więk­szym niż bom­ba ukry­ta w ru­chli­wym przej­ściu pod­ziem­nym, i to nie tyl­ko dla­te­go, że nie zno­si ko­biet, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem po­li­cjan­tek. Jak mogę, uni­kam współ­pra­cy z nim. Te­raz się nie uda­ło, co psu­je mi i tak nie naj­lep­szy na­strój. Na­wia­sem mó­wiąc, Ma­li­na, moim skrom­nym zda­niem, pew­ne­go dnia prze­je­dzie się na swo­im współ­pra­cow­ni­ku. Jesz­cze nie te­raz, układ sił jest dla Abram­czy­ka zbyt nie­ko­rzyst­ny. Ale czas, gdy młod­szy wilk rzu­ci się do gar­dła prze­wod­ni­ko­wi sta­da, nad­cho­dzi, i to du­ży­mi kro­ka­mi. Abram­czyk jest cier­pli­wym, skrzęt­nym ciu­ła­czem. Ca­ły­mi dnia­mi gro­ma­dzi atu­ty i atu­ci­ki do osta­tecz­nej roz­gryw­ki. Co mó­wię, osta­tecz­nej; pro­ku­ra­tu­ra re­jo­no­wa jest tyl­ko ce­lem po­śred­nim. Abram­czyk chce wy­żej, aż na szczyt. Abram­czyk po­tra­fi żyć do­brze z każ­dą wła­dzą – na tym po­le­ga jego siła.

Wzdy­cham głę­bo­ko.

– Wiem, że mu­si­my – mó­wię, ale Do­łę­ga ma świa­do­mość, że ta niby re­zy­gna­cja jest tyl­ko ge­stem pod jego ad­re­sem. Bę­dzie zmu­szo­ny współ­pra­co­wać z pro­ku­ra­to­rem i trzy­mać mnie na smy­czy. Cze­ka go wal­ka na dwa fron­ty.

– Je­dzie­my do fir­my – za­rzą­dza.

W sa­mo­cho­dzie dzwo­nię do Guni. Do­łę­ga jest z grub­sza zo­rien­to­wa­ny w mo­ich sto­sun­kach ro­dzin­nych – sama mu o nich opo­wie­dzia­łam, bo uzna­łam, że pew­nych rze­czy nie da się ukryć. Gu­nia dzwo­ni o naj­róż­niej­szych po­rach, a gdy nie od­bie­ram, na przy­kład dwa razy z rzę­du, ma ten­den­cję do wpa­da­nia w hi­ste­rię. Że niby sta­ło mi się coś złe­go. Hi­ste­ria Guni nie jest czymś, co kto­kol­wiek chciał­by oglą­dać. Ja rów­nież. Więc uśmie­rzam, jak mogę, w za­rod­ku, o ile się da.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – mel­du­ję do słu­chaw­ki. – Do­brze spa­łaś?

– W ogó­le nie spa­łam – bur­czy moja sio­stra. – De­ner­wo­wa­łam się.

Bzdu­ra, z cze­go obie do­sko­na­le zda­je­my so­bie spra­wę.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – pod­kre­ślam z na­ci­skiem. – Dziś spo­koj­ny dzień.

– Sły­szę, że je­dziesz sa­mo­cho­dem.

– Tak. – Ki­wam ener­gicz­nie gło­wą, do­pi­ja­jąc z kub­ka reszt­kę zim­nej kawy, jesz­cze z domu. I tak sma­ku­je le­piej niż służ­bo­wa. – Je­stem w pra­cy.

– Mia­łaś mieć wol­ne – ję­czy Gu­nia te­atral­nie. Nie­zła z niej ak­tor­ka. – Wca­le nie masz spo­koj­ne­go dnia. Zno­wu w nocy nie zmru­żę oka.

– Za­mie­rzam przed pią­tą być w domu – mó­wię, ła­piąc ką­tem oka kpią­cy uśmie­szek Do­łę­gi.

– Ni­g­dy nie je­steś przed pią­tą w domu.

– Dziś będę – obie­cu­ję. – Albo zrób­my ina­czej. Jest so­bo­ta. Może przy­ja­dę i się na­pi­je­my, jak sio­stra z sio­strą?

– Na­resz­cie. My­śla­łam, że ni­g­dy tego nie za­pro­po­nu­jesz – kwi­li. Jesz­cze jest peł­na obaw, ale już na­dzie­ja puka do jej drzwi. Gu­nia prze­cho­dzi z jed­nej emo­cji do dru­giej szyb­ciej, niż ja idę z sy­pial­ni do ła­zien­ki.

– Ku­pię wino – de­kla­ru­ję.

– Mam dwie bu­tel­ki, nic nie ku­puj.

Nie pro­te­stu­ję, choć wiem z do­świad­cze­nia, że dwie bu­tel­ki nie wy­star­czą na­wet jej sa­mej. Gu­nia ma gło­wę jak ofi­cer Ar­mii Czer­wo­nej z dwu­dzie­sto­let­nim sta­żem bo­jo­wym. Pod tym wzglę­dem jest nie tyl­ko cał­ko­wi­cie nor­mal­na – jest mi­strzy­nią świa­ta i oko­lic.

– Będę – obie­cu­ję.

– Za­dzwo­nisz jesz­cze?

– Ja­sne – mó­wię i roz­łą­czam się. Uwa­żam za zbęd­ne tłu­ma­cze­nie jej, że będę sie­dzia­ła na ko­men­dzie, prze­kła­da­ła pa­pier­ki, a tak­że wy­ko­ny­wa­ła sze­reg, w więk­szo­ści cał­ko­wi­cie zbęd­nych i bez­pro­duk­tyw­nych, roz­mów te­le­fo­nicz­nych. Może za­nu­dzę się na śmierć i do­ro­bię wrzo­dów żo­łąd­ka od ku­po­wa­ne­go na wy­nos ta­nie­go je­dze­nia, ale ra­czej nie na­ra­żę się na nie­bez­pie­czeń­stwo, a na pew­no nie stra­cę ży­cia ani zdro­wia w wy­ni­ku po­strza­łu, czy, po­wiedz­my, przy­ło­że­nia w gło­wę czymś twar­dym.

Ale z Gu­nią nie da się tak roz­ma­wiać. Gu­nia ma au­tor­skie, nie­zmien­ne wy­obra­że­nie o bez­pie­czeń­stwie i spra­wie­dli­wo­ści.

– Co u niej? – pyta Do­łę­ga.

– W po­rząd­ku, ge­ne­ral­nie – od­po­wia­dam. – Zmie­ni­ła te­ra­peut­kę. Jest za­do­wo­lo­na.

Do­łę­ga nie ko­men­tu­je. A miał­by co. Gu­nia zmie­nia te­ra­peu­tów śred­nio raz do roku. Le­ka­rza pro­wa­dzą­ce­go ma już czwar­te­go. W grę wcho­dzą wy­łącz­nie ko­bie­ty. To ja szu­kam i znaj­du­ję, Gu­nia ogra­ni­cza się do wy­ra­ża­nia nie­za­do­wo­le­nia lub za­cho­wu­je mil­cze­nie, co ozna­cza ostroż­ną apro­ba­tę, coś w ro­dza­ju kre­dy­tu za­ufa­nia. Nie mó­wię jej, ile za­cho­du kosz­tu­je zna­le­zie­nie do­brej spe­cja­list­ki, któ­ra na do­da­tek nie przyj­mo­wa­ła­by na dru­gim krań­cu mia­sta i nie kosz­to­wa­ła for­tu­ny. Gu­nia za­ra­bia do­brze i ostat­nio do­szła do wnios­ku, że sama opła­ci te­ra­pię. Zgo­dzi­łam się bez spe­cjal­nych opo­rów. W cią­gu ostat­nich pięt­na­stu lat fi­nan­so­wa­łam jej ży­cie. Na moje nie star­cza­ło. Te­raz po­tra­fię za­spo­ko­ić swo­je po­trze­by; na ele­men­tar­nym po­zio­mie, ale za­wsze. Na­dal się do tego przy­zwy­cza­jam.

– Ustal, kim jest ofia­ra – za­rzą­dza Do­łę­ga, skrę­ca­jąc na po­li­cyj­ny par­king.

– Wi­dzia­łeś jego buty? – py­tam.

Do­łę­ga kiwa gło­wą.

– W ogó­le fa­cet był bar­dzo przy­zwo­icie ubra­ny – za­zna­cza. To nam daje pew­ne atu­ty przy usta­la­niu toż­sa­mo­ści męż­czy­zny.

– Za­dzwo­nisz?

Mój part­ner przy­ta­ku­je. Wie rów­nie do­brze jak ja, że mu­si­my przy­spie­szyć sek­cję zwłok i oglę­dzi­ny zdję­tych z ofia­ry rze­czy. W tym celu na­le­ży pod­li­zać się, komu trze­ba, i to ra­czej nie z na­sze­go po­zio­mu. Całe szczę­ście Ba­sień­ka ma do­bre ukła­dy z za­stęp­cą sze­fa Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej, a kie­row­nik la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go jest jej zna­jo­mym jesz­cze ze szko­ły po­li­cyj­nej i, zda­je się, za­go­rza­łym fa­nem jej uro­dy. Temu się nie dzi­wię, bo atrak­cyj­na z niej bab­ka i – choć mę­żat­ka – przy tym do wzię­cia, co sta­no­wi sprzecz­ność, ale tyl­ko po­zor­ną. Mniej­sza zresz­tą o ży­cie pry­wat­ne Ba­sień­ki; jej do­bre ukła­dy ze spe­cja­li­sta­mi nie ozna­cza­ją, że wy­ni­ki bę­dzie­my mie­li na biur­kach dziś po po­łu­dniu albo ju­tro. Tak do­brze nie ma. Jest jed­nak szan­sa, że nasz nie­bosz­czyk wy­lą­du­je na sto­le w po­nie­dzia­łek, a tech­nik do­ko­na ana­li­zy ubra­nia i obu­wia w cią­gu dwóch–trzech dni, a nie dwóch–trzech ty­go­dni. Co po­zwo­li nam ru­szyć z miej­sca – bez pod­sta­wo­wych da­nych trud­no w ogó­le mó­wić o ja­kimś po­waż­nym do­cho­dze­niu.

W ko­men­dzie spę­dzam kil­ka ja­ło­wych, nud­nych go­dzin, bez któ­rych nie może obyć się żad­ne po­rząd­ne śledz­two. Fir­ma ochra­nia­ją­ca park chce współ­pra­co­wać. Oczy­wi­ście, że chce, spró­bo­wa­ła­by nie chcieć. Do­łę­ga je­dzie do nich obej­rzeć na­gra­nia, więc Do­łę­ga ma co ro­bić. Ja wzy­wam ochro­nia­rza z noc­nej zmia­ny. Zmię­ty i nie­do­my­ty fa­cet jest tyl­ko nie­wie­le młod­szą ko­pią swe­go ko­le­gi z dzien­nej. Mówi męt­nie, jak­by jesz­cze nie do koń­ca się wy­bu­dził. Może jest som­nam­bu­li­kiem. Oczy­wi­ście nie sły­szał ani nie wi­dział ni­cze­go po­dej­rza­ne­go, Boże broń. Wieść, że na jego zmia­nie psy za­gry­zły czło­wie­ka, po­ru­sza go umiar­ko­wa­nie. Fa­cet chce świę­te­go spo­ko­ju. Tacy po­wie­dzą co­kol­wiek, by­le­bym się od­cze­pi­ła.

– Zro­bi­my panu ba­da­nie krwi – oznaj­miam, pa­trząc wprost w za­czer­wie­nio­ne oczy.

– Po co? – Oży­wia się, choć tyl­ko tro­chę.

– Dla pań­skie­go do­bra – mó­wię. – Re­gu­la­min fir­my mówi, że na zmia­nie nie ma pan pra­wa spać.

– Nie spa­łem – za­rze­ka się.

– Je­śli pan nie pił, uwie­rzę. Wte­dy jest pan czy­sty, nic panu nie gro­zi.

Kła­mię, ale on ku­pu­je kłam­stwo. Dzi­wi mnie to tro­chę. Albo jest głu­pi, albo wie­rzy w swój za­pra­wio­ny w bo­jach or­ga­nizm. Nie­waż­ne. Naj­waż­niej­sze, że zgo­dził się na ba­da­nie. Wąt­pię, bym na tym eta­pie do­cho­dze­nia prze­ko­na­ła sę­dzie­go, żeby mu to na­ka­zał.

Dy­żur­ny za­bie­ra go do la­bo­ra­to­rium. Po­nie­waż spra­wa jest sto­sun­ko­wa drob­na, wy­star­czy moja in­ter­wen­cja; wy­ni­ki będą w po­nie­dzia­łek. Do­bre i to. Po­tem spo­rzą­dzam ra­port. Spo­ro w nim pu­stych miejsc. Bę­dzie stop­nio­wo uzu­peł­nia­ny, ale gdy wy­lą­du­je na biur­ku Abram­czy­ka, jego za­war­tość zmie­ni się nie­wie­le. Już wi­dzę oczy­ma du­szy roz­mo­wę z pro­ku­ra­to­rem. Dziś wie­czo­rem nie tyl­ko Gu­nia się upi­je.

Dzwo­nię do Ra­cusz­ka. Przy­sy­ła mi od­ci­ski pal­ców ofia­ry. Wrzu­cam je do bazy da­nych. Fa­cet nie był no­to­wa­ny. Ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łam, co nie zmie­nia fak­tu, że na­dal jest dla mnie ano­ni­mo­wy, choć gdy o tym my­ślę, w gło­wie po­ja­wia się zno­wu wą­tły pło­my­czek, któ­ry tym ra­zem przy­bie­ra po­stać nie­wy­raź­ne­go ob­ra­zu. Po chwi­li zni­ka, mimo iż usil­nie pró­bu­ję go za­trzy­mać.

Prze­glą­dam do­nie­sie­nia o za­gi­nię­ciach. Wśród licz­nej gro­mad­ki zgło­szo­nych jest kil­ku męż­czyzn z grub­sza pa­su­ją­cych wie­kiem do ofia­ry. Dru­ku­ję li­stę na­zwisk. Li­czy pięć po­zy­cji. Trzech żo­na­tych, dwóch sin­gli. Dzwo­nię pod nu­me­ry te­le­fo­nów osób zgła­sza­ją­cych. Dwa razy pu­dło. Trze­ci gość wła­śnie się zna­lazł, choć kom­plet­nie pi­ja­ny. Oj­ciec czwar­te­go zgło­szo­ne­go nie od­bie­ra te­le­fo­nu. Mat­ka pią­te­go pła­cze tak roz­pacz­li­wie, że nie da się z nią roz­ma­wiać. Stwier­dze­nie, że – do­ro­słe­go prze­cież – syna nie ma do­pie­ro od nie­speł­na doby i nie musi to ozna­czać ni­cze­go złe­go, chy­ba do niej nie do­cie­ra. Roz­mo­wy nic nie dają, zresz­tą pro­wa­dzę je z obo­wiąz­ku; ofia­ra nie żyje od ja­kichś dwu­na­stu go­dzin – na ogół jest to zbyt krót­ki czas, by za­nie­po­ko­je­ni bli­scy zgło­si­li za­gi­nię­cie.

Roz­sia­dam się w fo­te­lu i my­ślę. My­ślę o ofie­rze, ale i o spraw­cy. Mam do roz­wa­że­nia dwa wa­rian­ty: dzia­ła­nie z pre­me­dy­ta­cją i bez. Wa­riant pierw­szy. Pies (lub psy) za­ata­ko­wał ofia­rę przy­pad­kiem. Przyj­mij­my za­ło­że­nie, że bra­ma była nie­do­kład­ne za­mknię­ta. Ofia­ra ucie­ka­ła w pa­ni­ce. Wbie­gła na te­ren par­ku. Tam zo­sta­ła do­pad­nię­ta po­now­nie, oba­lo­na na zie­mię i cięż­ko po­ra­nio­na. Wła­ści­ciel psa (lub psów) prze­stra­szył się od­po­wie­dzial­no­ści za po­śred­nie spo­wo­do­wa­nie cięż­kich ob­ra­żeń cia­ła. Do­bił więc fa­ce­ta kil­ko­ma kop­nia­ka­mi w twarz i gar­dło, po czym uciekł. Żeby było trud­niej zi­den­ty­fi­ko­wać ofia­rę, za­brał jej do­ku­men­ty. Pod­wa­riant B tego wa­rian­tu: ofia­ra od po­cząt­ku nie mia­ła przy so­bie do­ku­men­tów; moż­li­wość, by port­fel wy­su­nął się w cza­sie uciecz­ki lub wal­ki, na ra­zie wy­klu­czam, te­ren zo­stał bar­dzo sta­ran­nie prze­szu­ka­ny. Zga­sło świa­tło na uli­cy? Przy­pa­dek, awa­rie się zda­rza­ją.

Na­cią­ga­ne, ale na tym eta­pie śledz­twa nie od­rzu­cam żad­nych moż­li­wo­ści, na­wet naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nych. Po­zwa­lam my­ślom swo­bod­nie pły­nąć. Nie dla­te­go, że ów wa­riant ma szan­sę się zi­ścić; praw­da na ogół bywa albo znacz­nie prost­sza, albo zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zło­żo­na. Cho­dzi o to, że przy ta­kim fan­ta­zjo­wa­niu cza­sa­mi po­ja­wia się myśl, ja­kieś spo­strze­że­nie czy sko­ja­rze­nie, któ­re może przy­dać się póź­niej, w in­nym kon­tek­ście. Je­stem po­li­cjant­ką śled­czą, moim za­da­niem jest zło­że­nie kloc­ków w ja­sny ob­raz i każ­da me­to­da jest do­bra, więc nie uśmie­chaj­cie się iro­nicz­nie, do­brze?

Wa­riant dru­gi.

Je­że­li wy­bór ofia­ry przez spraw­cę nie był przy­pad­ko­wy, wszyst­ko się znacz­nie kom­pli­ku­je. Mu­szę wte­dy za­ło­żyć, że spraw­ca nie dzia­łał sam. Miał przy­naj­mniej jed­ne­go po­moc­ni­ka, ra­czej dwóch: pierw­szy o okre­ślo­nej go­dzi­nie lub na sy­gnał za­trosz­czył się o krót­ko­trwa­łą prze­rwę w do­sta­wie ener­gii elek­trycz­nej. Nie znam się na kwe­stiach tech­nicz­nych, na ra­zie za­kła­dam, że dla śred­nio ogar­nię­te­go ha­ke­ra jest to wy­ko­nal­ne. Spraw­ca śle­dzi ofia­rę. Zo­staw­my ma mo­ment kwe­stię, w jaki spo­sób prze­wi­dział, że męż­czy­zna po­ja­wi się aku­rat w oko­li­cach par­ku Dre­sze­ra. Dru­gi wspól­nik spraw­cy wcześ­niej otwo­rzył jed­ną z bocz­nych bram, od Ur­sy­now­skiej, uli­ca jest ob­sa­dzo­na drze­wa­mi, o dru­giej w nocy kom­plet­nie pu­sta. Ofia­ra cze­goś się prze­stra­szy­ła, za­czę­ła ucie­kać. Przy­pu­ść­my, że dru­gi wspól­nik blo­ko­wał jej do­stęp do Pu­ław­skiej. Je­dy­na dro­ga uciecz­ki pro­wa­dzi­ła na te­ren par­ku, fa­cet wbiegł więc tam. Wte­dy spraw­ca spu­ścił ze smy­czy psy, któ­re prze­pro­wa­dzi­ły atak. Na­past­nik do­bił ofia­rę, za­brał jej do­ku­men­ty i obaj wspól­ni­cy wy­co­fa­li się. Być może sa­mo­cho­dem. Tak to mo­gło wy­glą­dać.

Uśmie­cham się. Nie tyl­ko pierw­szy, oba wa­rian­ty wy­da­ją mi się mało praw­do­po­dob­ne, każ­dy z in­nych po­wo­dów. Ale na ra­zie nie uda­je mi się wy­my­ślić ni­cze­go in­ne­go. Palę, piję kawę i nic. Chcę po­biec zbyt szyb­ko, tym­cza­sem cze­ka mnie dłu­gi, nu­żą­cy marsz bez gwa­ran­cji wy­gra­nej na me­cie.

Dzwo­nię do za­kła­du ener­ge­tycz­ne­go. Kie­row­nik zmia­ny twier­dzi, że istot­nie, mie­li w nocy krót­ko­trwa­łą awa­rię oświet­le­nia ulicz­ne­go wzdłuż Ur­sy­now­skiej. Trwa­ła nie­speł­na kwa­drans. Nie usta­li­li jesz­cze przy­czy­ny. Pro­szę, żeby spraw­dzi­li, czy ktoś nie wła­mał im się do sys­te­mu. Kie­row­nik z miej­sca robi się opry­skli­wy; twier­dzi, że ni­g­dy jesz­cze nie mie­li ta­kie­go pro­ble­mu. W od­po­wie­dzi rów­nież prze­sta­ję być słod­ka. W efek­cie słow­nej prze­py­chan­ki uda­je mi się uzy­skać bur­kli­we za­pew­nie­nie, że po­szu­ka­ją i da­dzą znać.

Wra­ca Do­łę­ga. Ma w ręku tac­kę z wiet­nam­skim je­dze­niem. Usta peł­ne. W po­ko­ju, w któ­rym i tak na co dzień śmier­dzi dy­mem i po­tem, robi się nie­mal nie do wy­trzy­ma­nia. Do­łę­dze jak zwy­kle jest wszyst­ko jed­no, Do­łę­ga jest aler­gi­kiem, wiecz­nie za­ka­ta­rzo­nym, więc jemu to nie prze­szka­dza.

– Mamy pro­blem – oznaj­mia, ciam­ka­jąc. Sta­ram się nie pa­trzeć na zmie­lo­ne ze śli­ną saj­gon­ki w jego ustach. – Na na­gra­niach nie wi­dać nic.

– Bo?

– Bo ci­sza i spo­kój. – Prze­ły­ka. – Jest sześć ka­mer. Obej­rza­łem wszyst­ko, ze wszyst­kich, od dwu­na­stej do czwar­tej rano. Nic. Żad­nych psów, żad­ne­go ma­ni­pu­lo­wa­nia przy bra­mie, żad­ne­go ba­ła­ga­nu. Kil­ku­na­stu noc­nych prze­chod­niów, dwóch pi­ja­nych, tyle.

– Cie­ka­we – mó­wię od­kryw­czo.

No cóż, wa­riant dru­gi za­czy­na wy­glą­dać nie­co bar­dziej praw­do­po­dob­nie.

– Ktoś ma­ni­pu­lo­wał przy na­gra­niu – pod­po­wia­dam.

– Co ty po­wiesz, Sher­loc­ku. – Do­łę­ga od­gry­za ko­lej­ny kęs. Nie umie albo nie chce jeść ład­nie. Po pro­stu po­chła­nia je­dze­nie, jak­by pra­co­wał na akord. Od­wra­cam gło­wę, pa­trzę na ko­ro­ny drzew za oknem. – Ka­za­łem prze­słać ko­pie do la­bo­ra­to­rium.

Na­dal ga­piąc się w okno, pre­zen­tu­ję kon­cep­cję kil­ku spraw­ców. Do­łę­ga je i krę­ci z po­wąt­pie­wa­niem gło­wą. To jego sta­łe za­cho­wa­nie; wszyst­ko, co mó­wię, z po­cząt­ku trak­tu­je jako fan­ta­zję. Dla za­sa­dy. Po­tem się przy­zwy­cza­ja. Ja nie na­ci­skam, ot, rzu­cę gdzieś alu­zję czy dwie, przy­po­mnę co waż­niej­sze tezy. Po ja­kimś cza­sie Do­łę­ga wy­stę­pu­je ze swo­ją teo­rią. Nie mu­szę chy­ba wspo­mi­nać, że jest tyl­ko upu­dro­wa­ną dla nie­po­zna­ki, ubra­ną we wła­sne sło­wa moją kon­cep­cją. Ale żeby nie było – Do­łę­ga ma oprócz tego kil­ka za­let. Nie­oczy­wi­stych, nie­do­strze­gal­nych na pierw­szy rzut oka, ale ma. Mniej­sza zresz­tą z tym.

Do­łę­ga prze­glą­da przy­go­to­wa­ną prze­ze mnie no­tat­kę. Mru­czy. Tac­ka z reszt­ka­mi stoi na biur­ku. Tłuszcz za­le­ga pla­ma­mi na bla­cie. Spo­glą­dam na ze­ga­rek. Czwar­ta. Nie ja­dłam od rana. Wsta­ję.

– Idę – oświad­czam i pa­trzę na nie­go zna­czą­co.

Do­łę­ga zna ta­kie spoj­rze­nia. Zresz­tą – nie ma mo­ty­wa­cji, by pro­te­sto­wać.

– Idź – mówi.

– Za­dzwoń do Ba­sień­ki – przy­po­mi­nam.

– Już dzwo­ni­łem. Po­ga­da.

– Do ju­tra.

Ki­wam mu na po­że­gna­nie gło­wą i wy­cho­dzę. Na dole chło­pa­ki z ope­ra­cyj­ne­go aku­rat jadą na Żo­li­borz. Za­bie­ram się z nimi.

– Ma­cie so­bot­nie­go tru­pa, sły­sza­łem? – ni to pyta, ni to stwier­dza sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą gli­niarz, Ma­kar, sta­ry ulicz­ny szczur, w bran­ży od dwu­dzie­stu lat, po­marsz­czo­ny, po­żół­kły i cy­nicz­ny. – Pie­secz­ki go po­szar­pa­ły?

– No – mru­czę nie­chęt­nie, bo coś po­wie­dzieć mu­szę. Wie­ści roz­no­szą się szyb­ko. – Bez port­fe­la, ale do­brze ubra­ny. Na te­mat przy­czyn zgo­nu pa­to­mor­fo­log się nie wy­po­wia­dał.

– Mój zna­jo­my ma psa – do­po­wia­da jego part­ner, Bra­tek, z mniej­szym sta­żem, ale i in­te­li­gen­cją. – Po­je­chał z nim na wieś do kum­pla i za­nim za­czę­li ro­bić dru­gie pół li­tra, kun­del za­gryzł sześć kur i ko­gu­ta. Przez dwa ty­go­dnie mu­sie­li po­tem jeść ro­sół.

– To pies my­śliw­ski był.

– Ale tam. Ze schro­ni­ska wzię­ty.

Re­cho­czą. Bar­dzo za­baw­ne.

A mnie coś się tłu­cze po gło­wie. Psy ata­ku­ją­ce na roz­kaz mu­szą być wy­szko­lo­ne i mieć od­po­wied­nie pre­dys­po­zy­cje. Ktoś może wy­szko­lić psa sam albo od­dać do spe­cja­li­sty. Chy­ba. Ni­g­dy w ży­ciu nie mia­łam żad­ne­go zwie­rza­ka. Ale tak za­kła­dam.

– Je­ste­ście jak baby w ma­glu – mó­wię z nie­sma­kiem.

– Ty, Szpil­ka, nie bądź taka do przo­du – usa­dza mnie Ma­kar, po­waż­nie­jąc. – Kup flasz­kę, za­dzwoń, przyjdź do bar­dziej do­świad­czo­nych ko­le­gów, może coś do­ra­dzi­my.

Na myśl o ro­bie­niu flasz­ki z Ma­ka­rem i Brat­kiem robi mi się nie­do­brze.

– Dziś je­stem za­ję­ta – oświad­czam.

Uśmie­cha­ją się do sie­bie, jak­bym już była ich zdo­by­czą, tyle że odro­bi­nę prze­su­nię­tą w cza­sie. Nie są wy­jąt­ka­mi. Nie po­trze­bu­ję ich po­mo­cy.

Wy­sia­dam. W po­bli­skim skle­pie ku­pu­ję bu­tel­kę wina i coś na ko­la­cję. U Guni w domu się nie po­ży­wię, moja sio­stra na­rzu­ci­ła so­bie wa­riac­ką die­tę. Wszyst­ko eko, żad­nych po­lep­sza­czy, prze­dłu­ża­czy i ben­zo­esa­nu sodu. Nie mam nic prze­ciw­ko. Pro­blem nie w tym, cze­go Gu­nia nie je, tyl­ko co i ile – je. Nikt mi nie wmó­wi, że do­ro­sła ko­bie­ta jest w sta­nie za­spo­ko­ić głód por­cja­mi wy­star­cza­ją­cy­mi do na­kar­mie­nia nie­mow­la­ka. W efek­cie Gu­nia wy­glą­da jak pu­stel­nik po trzy­dzie­stu la­tach prak­ty­ki.

Mam do przej­ścia sto me­trów. W po­ło­wie dy­stan­su dźwię­czy dzwo­nek te­le­fo­nu.

Ma­li­na.

– Mogę? – pyta.

– Jesz­cze przez chwi­lę mo­żesz – oświad­czam. Ma­li­na na­praw­dę jest w po­rząd­ku. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent jego ko­le­gów po fa­chu nie py­ta­ło­by o nic, tyl­ko z miej­sca za­czę­ło­by mnie za­rzu­cać żą­da­nia­mi lub po pro­stu krzy­czeć.

– Przej­rza­łem kwi­ty – mówi. – To się skła­da, Szpil­ka. Na­wet je­śli się nie przy­zna, bę­dzie ślicz­ny akt oskar­że­nia.

– Cie­szę się.

– Cho­ciaż bar­dzo mi się nie po­do­ba­ją si­nia­ki na cie­le spraw­cy – mówi.

Mil­czę.

– On nie zło­żył za­ża­le­nia – do­da­je pro­ku­ra­tor. – Masz szczę­ście.

– Fa­cet spadł z pło­tu.

– Nie pieprz. Obo­je wie­my, jak było.

– Je­śli nie za­żą­dał for­mal­nej ob­duk­cji, może nam na­gwiz­dać.

– Taaa.

Tym ra­zem mil­czy­my obo­je. Cze­kam. On coś jesz­cze po­wie, nie dzwo­ni prze­cież z do­bry­mi wie­ścia­mi.

– Przyj­rza­łem się wszyst­kim do­wo­dom – mówi z na­ci­skiem. – Wszyst­kim. Przej­rza­łem cały łań­cu­szek. Nie sam, z ludź­mi. I nie zna­la­złem ni­cze­go, co by cho­ciaż su­ge­ro­wa­ło udział osób trze­cich. Ro­zu­miesz?

Ro­zu­miem aż nad­to do­brze, ale mil­czę.

– Spraw­ca dzia­łał sam – mówi ofi­cjal­nym to­nem Ma­liń­ski, kie­dy zda­je so­bie spra­wę, że nie do­cze­ka się re­ak­cji.

– Przy­ję­łam do wia­do­mo­ści – od­po­wia­dam obo­jęt­nym to­nem.

– Na pew­no?

– To pań­skie śledz­two, pa­nie pro­ku­ra­to­rze.

Śmie­je się. Nie wie­rzy mi. Słusz­nie. Wiem na pew­no, że spraw­ca nie dzia­łał sam. On tak­że to wie. Mimo wszyst­ko brnie. Chce unik­nąć kom­pli­ka­cji. Od aresz­to­wa­nia nie mi­nę­ła doba, a już kil­ka por­ta­li o du­żych za­się­gach na­pi­sa­ło o na­gon­ce rzą­du na śro­do­wi­ska ar­ty­stycz­ne. Mogę się za­ło­żyć, że w po­nie­dzia­łek uka­że się apel w obro­nie aresz­to­wa­ne­go pod­pi­sa­ny przez naj­więk­sze tuzy fil­mu, te­atru i pió­ra. Pod­czas pro­ce­su me­dial­ny cyrk osią­gnie naj­wyż­szy dia­pa­zon.

– Pa­mię­taj o tym – pod­kre­śla.

Po­win­nam być cwa­na. Po­win­nam cze­goś od nie­go chcieć. Swo­je zro­bi­łam, na­wet wię­cej. Je­stem czy­sta i gład­ka, jak mówi Ba­sień­ka. Ko­men­da za­ro­bi­ła punk­ty, wszy­scy za­ro­bi­li punk­ty. Każ­dy wy­grał.

Mil­czę jed­nak.

– Mi­łe­go week­en­du. – Sły­szę w jego gło­sie ostroż­ną na­dzie­ję. – Na­le­ży ci się od­po­czy­nek.

– Ju­tro je­stem w pra­cy, ale dzię­ki.

Po­ko­nu­ję resz­tę dy­stan­su, wcho­dzę na dru­gie pię­tro sto­ją­ce­go w cie­niu sta­rych drzew nie­wiel­kie­go blo­ku. Dzwo­nię, drzwi otwie­ra­ją się po se­kun­dzie i ob­cię­ta na jeża tycz­ka chmie­lo­wa rzu­ca mi się na szy­ję. Gu­nia jest ode mnie znacz­nie wyż­sza; by mnie so­lid­nie uca­ło­wać w oba po­licz­ki i czół­ko, musi się nie­mal schy­lać. Od­su­wa się. Pa­trzę uważ­nie.

– Do­brze wy­glą­dasz – oznaj­miam.

– A ty nie – mówi, by­stra jak zwy­kle. – Masz wor­ki pod ocza­mi. Gar­bisz się. Ubra­nie na to­bie wisi.

Cie­ka­wa opi­nia, bio­rąc pod uwa­gę, że ozda­bia­ją­ca Gu­nię dłu­ga nie­mal do ko­lan mę­ska blu­za przy­po­mi­na wór po­kut­ny, w któ­rym Ju­rand ze Spy­cho­wa bła­gał o ży­cie cór­ki pod mu­ra­mi Szczyt­na.

– Mogę? – py­tam i wcho­dzę do środ­ka.

Od śmier­ci ro­dzi­ców mi­nę­ło bez mała pięt­na­ście lat, a ja na­dal nie mogę po pro­stu wejść do tego miesz­ka­nia. Ry­tu­ał pierw­sze­go kwa­dran­sa jest nie­zmien­ny: przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca, drże­nie dło­ni, pro­ble­my z od­dy­cha­niem. W od­róż­nie­niu do Guni ni­g­dy nie po­szłam do spe­cja­li­sty. Nie mia­łam cza­su.

Wrę­czam sio­strze tor­bę z za­ku­pa­mi, przy­ję­tą, o dzi­wo, bez pro­te­stu. Sia­dam na ka­na­pie, Gu­nia krzą­ta się w kuch­ni. Po­tem sta­wia przede mną kie­li­szek wina i ta­lerz z prze­ką­ska­mi. Przy­naj­mniej…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej