To ja, Aleks. Nie ma jak u mamy. Tom 1 - Aleksandra Giersch-Amundsen - ebook

To ja, Aleks. Nie ma jak u mamy. Tom 1 ebook

Aleksandra Giersch-Amundsen

5,0

Opis

Dla Aleks rozwód rodziców był jednocześnie jej rozwodem. Bohaterka w niczym nie przypomina łagodnych, naiwnych dziewczątek. Od początku widzimy jej zdecydowany charakter i kształtującą się, ale już wyraźną osobowość, niełatwą, ale wyjątkowo silną. Jest również kruchą, wciąż dziecinną osobą, pogubioną w nadmiarze uczuć i nienazwanych emocji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Aleksandra Giersch-Amundsen

To ja, Aleks

Nie ma jak u mamy. Tom 1

Projektant okładkiMateusz Suda

KorektorKatarzyna Szewioła-Nagel

© Aleksandra Giersch-Amundsen, 2020

© Mateusz Suda, projekt okładki, 2020

Dla Aleks rozwód rodziców był jednocześnie jej rozwodem. Bohaterka w niczym nie przypomina łagodnych, naiwnych dziewczątek. Od początku widzimy jej zdecydowany charakter i kształtującą się, ale już wyraźną osobowość, niełatwą, ale wyjątkowo silną. Jest również kruchą, wciąż dziecinną osobą, pogubioną w nadmiarze uczuć i nienazwanych emocji.

ISBN 978-83-8221-638-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Dla N. i K — kochacie mnie mocniej, a ja was dłużej.

Prolog

„- Za nas! — wykrzyknął gromko nestor rodu. — Za to, żebyśmy chcieli i mogli, a nie musieli! — powiedział donośnym głosem kierując kieliszek najpierw w kierunku kobiet i mężczyzn siedzących przy jego stole, a następnie skinął głową w stronę stolików, przy których zasiedli pracownicy jego hotelu.

— Za nas — odpowiedzieli mu wszyscy zebrani na sali podnosząc kieliszki na wysokość twarzy.

Sędziwy mężczyzna wychylił duszkiem alkohol i usiadł spełniony.

— Za nowego szefa! — kontynuowali toast pracownicy.

— Postaram się was nie zawieść — odpowiedział elegancki mężczyzna powstając na chwilę.

Po spełnieniu toastu, najstarszy z rodu, porozumiewawczo skinął na syna.

— Potem idziemy na nocne łowy?

— Nie wiem, co powie na to mama, a i przyszła matka może mieć obiekcje… — cicho odpowiedział syn.

— Co tam szepczecie? — zainteresowały się kobiety. — Jakie łowy? Nie macie sprzętu!

— Patrz, wiedzą o nas wszystko — powiedział ze śmiechem syn obejmując ramieniem ojca.

— Teraz już macie — powiedziała przyszła mama kładąc na stole dwa starannie zapakowane prezenty. — Tylko błagam, złapcie coś i nie przynieście mrożonek z supermarketu…”

— To dobry tekst Aleksandro — nauczycielka ściągnęła okulary patrząc się prosto w oczy nastolatki. — To fragment? — zapytała odkładając plik kartek na stół.

— Tak — potwierdziła szybko Aleks. — To środek końca.

— Hmm — zamyśliła się nauczycielka. — Język jest trochę… — wymachiwała w powietrzu okularami szukając odpowiednich słów. — Trochę zbyt dorosły. Jak na twój wiek — dodała. — Dzieci tak nie mówią. Musisz trochę nad nim popracować.

— Mówią — powiedziała sięgając po rękopis. — Mówią — powtórzyła zasłaniając się papierem jak tarczą. — To ja tak mówię… — powiedziała cicho i następnie powtórzyła głośniej — To ja, Aleks.

Azyl

Mroźna i długa zima od razu zmieniła się w lato, zostawiając wiosnę, młodszą siostrę, gdzieś po drodze. Nie było już nieśmiałych promieni słońca muskających spragnioną ciepła skórę. Wczorajsze grube swetry zostały zastąpione kusymi koszulkami. Wiosennym upałem stało się to jesienne, chłodne „naście stopni”. To, że nie wychodziła w zimie na dwór, było dla niej zrozumiałe. Mama zawsze twierdziła, że jest chorowita i lepiej nie prowokować infekcji. Kochała mamę za to, że ją chroniła. Czasem zbyt mocno. A teraz nawet nie usłyszała drobnego sprzeciwu, gdy założyła sukienkę i półbuty. Najwyraźniej nie tylko aura na zewnątrz się zmieniła.

— Tom — wyszeptała Aleks tuląc psa jak pluszową maskotkę. Ciepło się zrobiło. Pójdziemy na wiosenny obchód?

Pies nie zareagował na głos swojej pani mrużąc oczy w blasku ostrego majowego słońca.

— Wiesz, że już wkrótce wakacje? — Al położyła się na łóżku opierając nogi o ścianę. Nie lubię upału — szepnęła zła na liżące ją promienie słońca — będę cała czerwona. Jak burak albo raczek. Mama też tak ma. Robi się czerwona, a tata piegowaty.

Tom w przeciwieństwie do swojej właścicieli przesunął się w centrum złotej plamy.

— Tylko miesiąc i będą wakacje. Nie lubię wakacji, wiesz? A właściwie to lubię i nie lubię. Dwa tygodnie z mamą i dwa tygodnie z tatą. Dwa tygodnie kolonii i dwa w podróży. Będzie padać albo nie będzie. Może będzie słońce. Ciekawe czy będziemy się nudzić — zastanawiała się muskając dłonią brzuch psa. Ty się nigdy nie nudzisz. A ja mam książki.

Tom zmienił bok, by promienie padły na zimniejszą stronę.

— I ciebie też mam — dodała kładąc głowę na jego gorącym brzuchu.

Poranne słońce leniwie schowało się za framugę okna. Dziewczynka zeszła z łóżka i założyła wczorajsze ubranie.

— Tom — wybudziła szarpnięciem zaspanego psa. Tom, no chodź, rower czeka.

Pies w niezadowoleniu mruknął.

— Spacer! Chodź się poruszać tłuściochu!

Pies na dźwięk słowa „spacer” zeskoczył z łóżka gotowy do wyprawy. Ziewną przeciągle i sekundę później dobiegł do swojej pani zaczynając taniec radości czekając, aż założy mu obrożę.

Zbiegli po schodach do piwnicy. Aleks otworzyła stalową kratę i wyciągnęła z ciemnej czeluści przedmiot swojego pożądania. Z namaszczeniem, wilgotną szmatką umyła dokładnie czerwone cudo, pieszcząc każdy z jego srebrzystych elementów. Poprawiła wstążki. Napompowała opony. Jej ukochany pojazd stał się gotowy do jazdy.

Tom obserwował, jak jego pani mocuje się z mechanicznym smokiem. Obwąchał go i stwierdził, że musi być chory, bo pachnie stęchlizną i rdzą. Poobgryzał wstążki i obsikał tylne koło pozostawiając swój znak dezaprobaty.

— Tom! No co ty! Niegrzeczny! — skarciła go jednocześnie klepiąc go pieszczotliwie po zadku. Obrażony tym gestem, poszedł obwąchiwać wszystkie mysie dziury i perfumować ślady po kotach.

Złapała mocno za kierownicę i usiadła na czerwonym siodełku, przymierzając się do jazdy. Zeszła z roweru niezadowolona.

— Patrz Tom, rower się skurczył — powiedziała z niemałym zdziwieniem.

Odpięła szybko zamykacz i podniosła siodełko, prawie wychodząc za linię bezpieczeństwa. Usiadła jeszcze raz. Wszystko nie tak. Kierownica za blisko, pedały za wysoko, a biały koszyk zrobił się za ciasny dla Toma.

— Będę musiała o tym opowiedzieć mamie. Śmieszna historia.

Wniosła rower na parter bloku, prawie nie odczuwając jego ciężaru. Zdziwiła się ponownie. Zrobił się taki lekki. Pamiętała, że w zeszłym roku zawsze miała problem z wciągnięciem go samej. Schodziła wtedy z mamą i razem wynosiły go na zewnątrz. Raz nawet, kiedy mama była już zniecierpliwiona nieustannymi prośbami, poprosiła o pomoc sąsiada.

Podniosła Toma i włożyła go ostrożnie do koszyka. Wypełnił go niemal całkowicie.

— Przytyło ci się. Coś na to zaradzimy. Zamiast kiełbasek będziesz dostawał marchewki — powiedziała rezolutnie. Prawda? Prawda? Będzie psina marchewki jadła? Będzie?! I będzie taaaka chudziutka?!

Mówiła to tak przekonująco, że pies z pewnością uwierzył. Oblizał się na myśl o jedzeniu. Nigdy nie odmawiał, wręcz przeciwnie — to jemu odmawiano.

Podwinęła nogawkę. Widziała, że kolarze tak robią. Wskoczyła na siodełko. Pierwsze odbicie i wystartowała. Najpierw powoli, trochę niepewnie, by po chwili ruszyć z impetem. Przejechała przez wiadukt i zjechała z asfaltowej drogi wprost na kocie łby. Ciągle pod górę, po wirażach, wśród obrośniętych bluszczem domów. Uwielbiała tędy jeździć, chociaż pod stromiznę jechało się dość ciężko, czasem musiała zejść z roweru i pchać go pod górę. Dojechała na skraj miejscowości, zostawiając za sobą ostatnie zabudowania. Jeszcze parę metrów polną drogą i dotrze na szczyt.

— Jestem — zadzwoniła do mamy i po tym jednym słowie zakończyła rozmowę.

Jej ogród znajdował się w najwyższym punkcie miasta. Miasto — to za dużo powiedziane. Miasteczko to właściwe określenie. Ogród — to też za dużo powiedziane.

— A wiesz piesku, że miał tutaj powstać dom moich pradziadków? — Al uniosła dłoń i wskazała na zarośnięty chwastami plac na którym wśród drzew stała stara altana.

Kiedyś w rozmowie rodziców słyszała, że dom nie powstał, bo wojna pokrzyżowała plany. Dziadkowie cenili sobie życie w bloku i nie lubili grzebać w ziemi, więc hektar gruntu zarósł bujnie i dziko. Usłyszała też, że tuż po zaręczynach, mama pokazała ojcu ten skrawek nieba, a on zachwycił się nim od pierwszego wejrzenia. Pamięta jak dużo serca i wysiłku włożył jej tata, by zrobić z niego miejsce, które przyciągnie wzrok każdego przechodnia. Pamięta też tą kłótnię, gdy Agaton zapytał raz żony, czy może jednak nie warto wybudować w tym miejscu domu. Jej odpowiedź przyszła szybko i głośno. Nie! Ona nie będzie tam mieszkać. Blok jest najbezpieczniejszy i do tego komfortowy. W sam raz by wychować dziecko.

Zaraz po ślubie pojawiła się na świecie córka. Wraz z nią altanka, piaskownica i huśtawka. A na czwarte urodziny domek na drzewie. Aleks często brakuje tych chwil, gdy przychodzili tutaj wszyscy razem, spędzając na świeżym powietrzu całe dnie. Czy w lecie, czy w zimie, zawsze zatrzymywał się dla nich czas. To miejsce chętnie odwiedzali też znajomi. Ogród tętnił życiem, śmiechem, wybuchał radością i koił chłodnym cieniem. Do momentu, gdy przyszedł czas, gdy nikt na świecie nie mógł zmusić rodziców, aby przebywali ze sobą w jednym miejscu dłużej niż parę minut.

— Ech… — westchnęła naciskając mocniej na pedały, a smutek przywołany wspomnieniami zasłonił ciepło słońca.

Na pewien czas ogród przestał być ważny. Życie stało się dziwnie nieznośne i nikt nie już marzył o kojącej zieleni ogrodu. Ojcu zabroniono. A mama przychodziła tu rzadko, tylko po to, żeby sprawdzić „czy wszystko stoi”. Zza płotu patrzyła na miejsce, które kiedyś mogła nazwać oazą spokoju. Przywoływała do porządku córkę, która miała ochotę przekroczyć furtkę. Wtedy córka skracała smycz psa tłumacząc mu, że tam już nie wolno wchodzić. Mama z chęcią sprzedałaby to miejsce, gdyby nie to, że jej babcia przepisała nieruchomość na wnuczkę. Ojciec mimo próśb i gróźb, nie zgodził się na sprzedaż własności córki, chciał żeby miała coś swojego. Coś, czego nikt jej nie zabierze, a ziemia przecież zawsze będzie w cenie. Nie dalej jak rok temu zaczęła przyjeżdżać tutaj sama. Długo zajęło jej przekonanie mamy, że nic jej się nie stanie. Musiała zawsze zadzwonić po dotarciu na miejsce, a potem wyjeżdżając do domu. Mama patrzyła na te wyprawy niechętnie, lepsze to jednak niż wałęsanie się z jakimiś koleżankami, czy „niedajboże” kolegami

Aleks zatrzymała się z piskiem hamulców trących o metalowe obręcze. Uśmiechnęła się na widok lekko zazielenionych gałęzi dębu. Tom wyskoczył niezgrabnie z koszyka wywracając się na ubitej drodze.

— Poczekaj wariacie — rzuciła za ganiającym wiatr towarzyszem.

Zdjęła kłódkę i otworzyła skrzypiącą bramę. Wprowadziła rower do środka. Tom w tym czasie zdążył sprawdzić wszystkie rewiry. Obwąchał każdy zakątek ogrodu i gdzie mógł, tam zaznaczał swoją obecność. Rozejrzała się okiem gospodarza. Zima przygniotła trawę, urwało trochę dachu, brakowało paru sztachet w płocie. Czasami po tygodniowej nieobecności znajdowała ślady ogniska, rozrzucone butelki, czy wrzucone za płot śmieci. Raz znalazła kotka. Ale uciekł.

Dziewczynka usiadła przed altanką chłonąc zapachy tego miejsca. Jej ogród pachniał zawsze inaczej. Nawet pora dnia przynosiła nowe zapachy. Lubiła wymykać się tutaj wieczorem. Czasem się to udawało, kiedy mama zasypiała po tabletkach. Wtedy mogła robić co chciała, bo jedyne, co mamę budziło to wyłączenie telewizora. Wymykali się razem z Tomem do swojego świętego miejsca. Tylko on mógł je oznaczać, więc zapachem przypominało mu dom; tak przynajmniej lubiła myśleć.

Ponad światłami miasta górowało czarne gwieździste niebo rozświetlone blaskiem dalekich galaktyk. Kiedy Tom obiegł już całe swoje terytorium, siadał przy altance i wpatrywał się tęskno w gwiazdy swojego dawnego świata. Wiedziała, że światło gwiazdy ogrzewającej jego świat dawno zgasło. To co widział, to tylko promyk historii swojego smoczego ludu.

Na nogawkę dziewczynki wspięła się mrówka. Al pozwoliła by owad przeszedł na jej dłoń.

— Dzień dobry Stefanie — przywitała się ładnie. — Miło pana widzieć. Jak miewa się pana rodzina? — zapytała kurtuazyjnie odnosząc mrówkę w stronę kopca.

Tu, w ogrodzie, mrówki pozostały jedynymi prawowitymi mieszkańcami. Królestwo Stefanów, bo tak je nazwali z tatą, ulokowało się w cieniu drzewa. Tom siadał czasami przy domu Stefanów i rozmawiał z nimi. Pozwalał aby chodziły mu po łapach, dzielił się z nimi smakołykami. Napawała go duma, że zaprzyjaźnił się z królową stając ich obrońcą. Raz zdarzyło mu się nasikać na kopiec, ale to stało się przez przypadek i mrówki mu wybaczyły, albo zapomniały. Nigdy się tego nie dowiedziała.

Otworzyła altanę i sprawdziła stan posiadania. O dziwo, wszystko znajdowało się na swoim miejscu, dokładnie tak, jak to zostawiła w zeszłym roku. Trochę zabawek, za mała hulajnoga, trójkołowy rowerek, kanapa, szafka, stół i narzędzia. Dbała aby narzędzia leżały równo ułożone obok siebie gotowe do pracy. Nie używała ich jednak, gdyż mama zabroniła. Mogła przecież zrobić sobie krzywdę.

Usiadła na ławce i otworzyła butelkę soku. Jak zwykle odwróciła kapsel, by przeczytać wróżbę.

— „Czytaj uważnie znaki”. Co to może znaczyć? — zamyśliła się.

Jadąc rowerem będzie czytać uważnie znaki, postanowiła. Odstawiła butelkę. Złapała dłońmi za siedzisko ławki wystawiając twarz do ciepłych promieni. Słońce musnęło swoją dłonią dziewczynkę po twarzy, zostawiając na jej bladej cerze setki złotych piegów. Odpoczywała, leniwa jak kotka, straciwszy poczucie czasu.

Telefon zawibrował niczym leniwy trzmiel. Przyszła przypominająca wiadomość od mamy. Jej czas minął. Musiała wracać do domu, odrobić lekcje na jutro.

— Głupia szkoła.

Odesłała wiadomość: „jade”.

Pozamykała altankę, a potem ogrodzenie dwa razy upewniając się, że kłódki są właściwie zatrzaśnięte. Zajrzała w głąb ogrodu, patrząc tęskno na miejsce, gdzie zostawia swój cały spokój. Nikt jej go nie zabierze. To miejsce jest magiczne. Jej własne. Babcia mówiła, że to dobra lokata, by zaraz zmienić zdanie, że to nic nie warta działka na piasku z dala od ludzi i sklepów. Chyba jednak w głębi duszy marzyła, aby jej wnuczka postawiła tam kiedyś dom i wychowała swoje dzieci. Na to jednak była jeszcze za mała. Trzynaście lat bez dwóch miesięcy to nie czas na budowanie domu. Tym bardziej jeszcze nie czas na rodzenie dzieci. Z myśli wyrwało ją krótkie szczeknięcie psa czekającego na komendę.

— Do domu — bezszelestnie wypłynęły słowa z jej ust.

Tom przekrzywił głowę

— Wracamy — powiedziała bez entuzjazmu wsiadając na rower.

Przed końcem ubitej drogi przywołała psa i wsadziła go do koszyka. Odepchnęła się mocno od ziemi i zaczęła coraz szybciej pedałować, tak, by wiatr mógł rozwiewać jej czerwone włosy, a Tom łapać pyskiem powietrze. Prawie frunęła. Opony grały na kocich łbach, od czasu do czasu wtórowały im skrzypiące hamulce.

Aleks zahamowała gwałtownie, przepuszczając samochód na rondzie. Wjechała na nie, ale nie zamierzała jechać dalej. Wprowadziła rower na środek wysepki i postawiła go pod metalowym pomnikiem zardzewiałego smoka-strażaka. Miała jeszcze czas zanim wróci do domu bez spóźnienia. Ukradła go szaleńczą jazdą. Tom znał rytuał wycieczki do i z ogrodu. Wyskoczył z koszyka i usiadł na ławce. Oparła rower o rzeźbę i zajęła miejsce obok Toma. Przyglądali się jeżdżącym samochodom. Oparła się dłońmi o deski ławki, wystawiając twarz ponownie do słońca. Pod palcami wyczuła skrawek papieru. Złapała w dłoń zmiętą kulkę. Rozwinęła zaciekawiona i przeczytała zapisane na nim słowa.

— „Z gurki na pazurki, czekają cię dzisiaj chmurki. W domu nikt nie czeka, omijaj go z daleka”.

— Kto pisze takie zakręcone rady — pomyślała. — I to z błędami. Powinni się ogarnąć…

Spojrzała w niebo. Ani jednej chmury. Idealnie czyste.

Zmięła papier i wyrzuciła za siebie. Rozejrzała się niepewnie, czy nikt nie zauważył. Nie wolno jej śmiecić. Tak wszyscy mówią. Ma być dobrze wychowaną dziewczynką. Ciągle to słyszy.

Podniosła psa i wcisnęła go do koszyka. Zapiszczał urażony brutalnością swojej pani.

— Oj Tom, nie przesadzaj — sapnęła zirytowana.

Wskoczyła na pedały swojej damki i ruszyła w dół w kierunku domu. To znaczy, tam, gdzie mieszkała z mamą. Serce zostawiła w poprzednim — rodzinnym domu.

Spóźniła się tylko minutę. Może parę. Mama by tego nie zauważyła, gdyby umoralniający wykład cioci na temat niewychowanych dzieci, które nie szanują rodziców, był wypowiedziany o dwa tony ciszej. Słowo do słowa i usłyszała, że kiedyś skończy w rynsztoku. Już nie słuchała tych wywodów. Zawsze ten sam schemat. Al słuchając tych słów wyobrażała sobie, że się ciotki nie boi i ma jej słowa gdzieś. Bo jak ktoś może mówić o wychowaniu dzieci, jak nie ma swoich. To jak opowieści świni o gwiazdach. Prawda była jednak inna.

— Tom? Tom… — przerażone dziecko próbowało wywołać psa spod łóżka. — Chodź do mnie. Proszę… Tom… — szeptało przez łzy.

Koń wodny

Następnego dnia udało się jej ponownie odwiedzić ogród. Znów przez chwilę była szczęśliwa i spokojna. Po powrocie dokończyła lekcje na poniedziałek, zajęła się psem, poukładała książki na półce. Wszystko odhaczone. Do snu zostało jej nie więcej niż dwie godziny.

— Mogę? — zapytała mamy niepewnie chowając się za framugą drzwi.

— Jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać — odpowiedział jej głos ze srebrnej jaskini.

— Mogę? Będę cicho. Usiądę sobie z boku — starała się przekonać mamę.

Odpowiedziała jej cisza. Aleks zerknęła w głąb pokoju. Mama była wpatrzona w migający telewizor. Nie słysząc odpowiedzi stała przez chwilę wpatrując się w ekran jednym okiem śledząc przygody pary bohaterów. Czasami oglądała ten serial z mamą. Nie lubiła kryminałów. Nie ze względu na to, że giną ludzie. Powodem do płaczu było zabójstwo psa. Zawsze wtedy płakała.

— Mamo? — wypowiedziała słowo prawie bezgłośnie przesuwając się krok do przodu.

Mama ani drgnęła.

Oglądanie przewidywalnych historii kryminalnych w sumie nie przeszkadzało jej, pod warunkiem, że mama zechciała ją przytulać. Wtedy nawet nudna historia i trupy jej nie przeszkadzały. Oglądała parę minut i wystarczyło to jej, aby wiedzieć, kto jest złoczyńcą. Kiedyś podzieliła się tą nowiną z mamą, ale doprowadziło to do awantury, więc wiedziała już, że taką informację trzeba zatrzymać dla siebie. Nikt nie lubi, gdy zakończenie jest opowiedziane przed końcem historii. Gorzej, gdy miała oglądać romanse. Nie rozumiała, po co tyle hałasu by dostać na koniec buziaka i przytulić się w pięknych okolicznościach przyrody. Kiedy film jej nie interesował, wciskała się pod koc mamy i przytulała do niej mocno.

— Mamo? — szepnęła równie cicho jak poprzednio i posunęła się o pół kroku w głąb pokoju.

Ostatnio jednak ani mama, ani ona nie miały na to ochoty. To znaczy Al miała ochotę, ale szybko jej przechodziło, gdy słyszała: „zabierz te zimne nogi” albo „jesteś już za duża na siedzenie na mamie, dzidzia się znalazła”, albo zwykłe „jestem zmęczona, idź się już wreszcie wykąpać”.

— Mamo? — szept nie wyszedł jej z ust, lecz zdradziło nadepnięcie na pudełko po lekach.

— Powiedziałam, że masz się wykąpać! — głos nieruchomej mamy wpatrzonej przed siebie rozdał przestrzeń.

Aleks wybiegła wprost do łazienki. Włączyła wodę i bezwiednie dodała płyn do kąpieli. Ze złością ścisnęła plastikową butelkę, a płyn rozlał się po jej dłoniach.

— Brawo Al. Brawo — mówiła przez zaciśnięte zęby patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Zrzuciła ubranie, złapała książkę ze sprayem na okładce i zanurzyła się po szyję

Woda wystygła niespodziewanie szybko, gdzieś w trakcie przelotu do Szwajcarii. Al stopą podniosła uchwyt baterii. Gorąca woda chowała się pomiędzy góry piany. Rzeczywistość powróciła do łazienki razem z rodzicielką.

— Ty znowu marnujesz wodę? — zapytała mama z wyrzutem.

— Przepraszam — wybąknęła Al odkładając książkę na pralkę.

— Podnieś się — powiedziała stanowczo mama.

Aleks poczuła dłonie mamy na swoich plecach, zimny dotyk był szokujący. Wzdrygnęła się więc i próbowała odsunąć

— Nie ruszaj się! — mama wydała suche polecenie.

Aleksandra posłuchała. Mama pochyliła się nad nią i dłonią odgarnęła resztki piany. Al czuła szczupłe palce przesuwające się po jej plecach. Palce zatrzymały się gdzieś pomiędzy łopatkami. Aleks nie widziała twarzy mamy, lecz czuła, że wzrok skupiła na jednym punkcie.

— Co się dzieje? — zapytała podkurczając nogi.

— Szukam raka.

— A mam? — zapytała wystraszona.

Mama jeszcze raz uważnie obejrzała plecy, tors i szyję dokonując badania jak certyfikowany personel medyczny.

— Jeszcze nie… — mama wstała i popatrzyła prosto w oczy Aleks. — Ale możesz mieć. Twój dziadek zmarł na raka.

— No tak. Ale babcia mówiła, że on pił jak marynarz i palił jak kolejarz. A ja jeszcze nie.

— Jeszcze nie! Toś dowcipna jest — w głosie matki usłyszała irytację.

— Przepraszam, mamo — powiedziała na wszelki wypadek, chcąc uniknąć ciosania kołków na głowie za nieudany żart.

— Spróbuj tylko, to na pewno będziesz chora — warknęła — a ja nie będę cię wtedy leczyć. Wychodź już!

— Przepraszam — wyjąkała Al stając całkowicie naga przed mamą.

— Twoje przeprosiny na nic. Ubieraj się i idź spać — słowa i ręcznik zostały rzucone by zabolało. Przez niedomknięte drzwi wdarł się chłód.

Dziecko posłuszne woli matki poszło szybko do łóżka. Zgasło światło. Próbowała trzymać oczy zamknięte. Jednak jak można spać, gdy wyobraźnia podpowiada czarne jak czerniak i złośliwe jak on scenariusze. Choroba i śmierć na dobranoc. Nie takie ukojenie powinna mieć przed snem. Lubiła dotyk mamy, lubiła jej głos i przytulanie. Niby wszystko dzisiaj było, ale jakieś inne. Na opak. Dłoń Aleks wędrowała po futrze psa. Nieświadomie szukała zaburzeń na fakturze skóry. Palec zatrzymał się na małym kroście na brzuchu Toma. Świadomość wróciła błyskawicznie.

— A! — odsapnęła. — To tylko cycuszek.

Psychologia niestosowna

— Tom! Spacer — Al zawołała Toma na poranną przechadzkę.

Stanęła przed bramą kuląc się przed chłodem budzącego się dnia. Tom radośnie wskoczył w trawę zbierając całą rosę na swoją sierść.

Al westchnęła i mocniej wbiła ręce w kieszenie spodni. Życie z mamą, pod wspólnym dachem, stawało się coraz bardziej nieznośne. Nie potrafiła nazwać zmian, ale coraz częściej przybywało dni, gdy nie rozmawiały ze sobą, częściej dostawała reprymendę. Zastanawiała się, czy mamy ktoś nie podmienił. Jednak doszła do wniosku, że ona coś robi nie tak. Na pewno ona. Mama ją bardzo kocha, nie pozwoliłaby, by była smuta. Tak powiedziała po tym, gdy ojciec przegrał walkę o opiekę. Że wszystko będzie dobrze i ona o nią zadba. I dbała. Było dobrze, do czasu, gdy mama miała dni pełne smutku i siadała przed telewizorem.

— Tom wracamy — przywołała psa. Tom podbiegł karnie, lecz w ostatniej chwili zrobił unik i radośnie szczekając pobiegł w kierunku śmietnika.

Aleks miała wrażenie, że ostatnio nawet mama omija szerokim łukiem. Widziały się tylko, gdy ciocia podawała obiad. Krzesła w nim obrosły ubraniami, a pod łóżkiem panował taki bałagan, że nawet już miejsca na potwory nie było. Trochę się zdziwiła, że przedmioty same nie znikają i w cudowny sposób nie układają się w szafie. Nie myślała jednak o tym zbyt intensywnie, miała inne problemy.

— Tom. No błagam cię — krzyknęła Aleks, gdy pies pojawił się u jej nóg ze zdechłym szczurem w pysku.

Po powrocie ze szkoły postanowiła posprzątać pokój. Wykonując mechanicznie czynności miała dużo czasu na myślenie. Więc pomyślała: że zimno bijące od mamy przecież może być przez to, że przestała ją ostatnio przytulać, że do snu czytała sobie sama i mama zostawała w drugim pokoju, że nie było pocałunku na dobranoc. Może to był problem.

— To moja skarpetka! Oddawaj zbóju — nakrzyczała na psa, który wyjął z koszyka zwitek i zaczął go obgryzać.

Nigdy jednak nie odmówiła mamie przytulenia… Mama nie pozwalała już jej wchodzić rano do jej łóżka. Tłumaczyła, że Al brudne nogi, bo idzie z pokoju bez kapci. To mogła zrozumieć. Ale kiedy wracała ze szkoły, to też nie mogła usiąść na jej łóżku, bo była brudna i ponoć tarzała się po podłodze w szkole. Tego nie mogła zrozumieć. Nie tarzała się nigdzie; no i co mama robi po południu w łóżku? Jakby siedziała na kanapie, albo była w kuchni, to przecież przytulanie byłoby łatwiejsze.

— Ty tak na poważnie? — Al złapała się pod boki patrząc jak pies układa się w koszu na brudną bieliznę.

Ufne wielkie oczy psa prosiły, aby go nie ruszać z pojemnika.

— Chyba potrzebujesz przytulenia — zawyrokowała. — Tak jak i ja.

Dzisiaj był dzień, gdy zakończyć się miał eksperyment przytulankowy. Przez parę dni nie prosiła mamy o przytulenie pierwsza. Czekała na to, co zrobi ona. I nic. Nie działo się nic. Omijały się szerokim łukiem. A mimo to nikt nie zgłaszał pretensji. Mama wygrywała, a Aleks chciała przegrać i to już, w tej chwili. Była tak bardzo stęskniona za bliskością i czułością, że mogłaby kogoś zamordować. Przytulanie ma różny smak. Mogła się przytulić do brata, ale to nie to samo. Poza tym mama jej nie lizała, tylko fajnie cmokała. Przytulanie ojca raz na dwa tygodnie, albo nawet rzadziej, tylko podsycało jej pragnienie bliskości. Mały Książę to miał dobrze. Jak już oswoił lisa, to był dla niego na zawsze. Aż do śmierci. A ona miała różę.

Popłakała się cichutko. Wtuliła w psa i wytarła o niego twarz. Przetarła oczy i zdecydowała, że ten właściwy moment już nadszedł. Nie mogła dłużej czekać. Potrzebowała bliskość mamy tu i teraz.

— Tom! Zostań — wskazała psu na posłanie. — Zostań! Tak. Grzeczny piesek.

Wyszła z pokoju cichutko i stanęła za progiem. Pokój stołowy jak zwykle rozświetlała srebrzysta poświata telewizora. Dźwięk wypełniał ciche mieszkanie. Stała i czekała na właściwy moment. Obserwowała mamę siedzącą w bezruchu. Dla niej była najpiękniejszą kobietą na świecie. Szczupła, wysoka, z pięknymi blond włosami. Tylko twarz w magicznym świetle srebrnego ekranu wyglądała na zmęczoną. Srebro zmieniło się w tęczowe kolory pulsując żwawo po ścianach. Muzyka i głosy rozbrzmiały donośniej i pogodniej. Al oderwała się od framugi. Teraz nadszedł ten właściwy moment. Wskoczyła radośnie na kanapę, jak zwykła to robić przez lata, i z całej siły objęła mamę. Zasypała ją gradem pocałunków. Mama odepchnęła ją jednym ruchem ręki. Aleks spadła plecami na podłogę. Straciła na chwilę możliwość oddychania, zdziwiona tak, że nie poczuła bólu w plecach. Złapała łapczywie powietrze i otworzyła oczy. Matka wykonała gest, jakby chciała ją zaprosić na kanapę. Dziewczynka wstała z podłogi i zaczęła wdrapywać się jak kot wyginając grzbiet i przesadnie stawiając kroki rękoma.

Źle zinterpretowała ten sygnał. W ramionach mamy nie było dla niej miejsca. Kobieta wyciągnęła rękę przed siebie by podnieść pilota z ławy i położyć go na piersi.

— Nie widzisz, że jestem zajęta? — z wyrzutem wskazała dłonią na telewizor.

Chwilę temu przerwano serial i nadawano reklamy. Córka czekała przez kwadrans na ten moment. Dziwne, że nie był właściwy. Usiadła na rękach i obserwowała mamę bez słowa. Na ekran wróciły cudowne klify, na których rozgrywała się wspaniała historia zakochanej pary z morderstwem w tle. Niebieskie oczy wlepione w jeden punkt pozostawały nieruchome. Umysł mamy lewitował gdzieś poza tym pokojem, gdzieś nad nierealną scenerią, chłonąc opary cudzej fałszywej szczęśliwości. Pojawił się nawet uśmiech. Czas płynął wolniej i spokojniej. Cudze szczęście smakuje jak bita śmietana. Nawet jeśli ktoś nie ma naturalnych składników pod ręką, to zawsze może raczyć się szczęściem z puszki.

Al siedziała jeszcze chwilę, czekając, aż mama zmieni zdanie i wpuści ją na swoje kolana. Mogła usiąść obok niej i zanurzyć się w emocje sztucznych ludzi. Nie tego jednak potrzebowała. Potrzebowała realnej bliskości. Tak mocno, że aż bolało. Przesunęła się w bok, tak, aby wstając, nie zasłonić mamie ekranu. Pomyślała, jakie to było niepotrzebne — ten cały eksperyment z przytulaniem. Chciała nawet zhańbić dobre imię nauki i zafałszować wyniki, byleby tylko wyszło, że nie ma racji. Obserwator eksperymentu, jeśli jest jego uczestnikiem, ma zawsze wpływ na wynik. Chyba. Bo tym razem nie miała.

Bez słowa wróciła do pokoju. Cokolwiek by powiedziała, cokolwiek chciałaby na głos wyrazić, doprowadziłoby do awantury. Nie dlatego, że spodziewała się takiego scenariusza, ale dlatego, że powtórne przerwanie programu wprowadziłoby nieoczekiwane skutki. Przepraszamy za usterki. To Al musiałaby przepraszać.

Upadła ciężko na łóżko i zawinęła się kocem. To tyle na dzisiaj. Już na nic nie ma ochoty. Wyciągnęła rękę i w ciemnościach wymacała głowę brata. On nie musiał robić testu przytulania. Dotyk potraktował jako zaproszenie i wskoczył na łóżko. Całym ciężarem uwalił się na dziewczynce. Rozwinęła koc i objęła go jak pluszaka. Mokrą twarz wtuliła w ciepłą sierść. On nigdy nie odmawiał pieszczot. Ona też.

Szczur

Wróciła ze szkoły później niż zazwyczaj. Po drodze do domu wstąpiła do biblioteki, bo zbliżał się weekend i po prostu musiała mieć więcej książek. Wysłała wiadomość mamie, gdzie jest, i o której wróci. Nie musiała się śpieszyć. Obiad zawsze jadła w szkole, a do kolacji miała sporo czasu. Lekcje odrobiła wcześniej, podczas wolnej godziny. Z przyjemnością spędziła więc sporo czasu w dziale z nowościami i na pogawędce z bibliotekarką. Pani ją bardzo lubiła, jako stałą „klientkę”, zwłaszcza taką, która nie zagina stron i nie je nad książkami. Pożegnały się serdecznie, zanim poszła raźno do domu.

— Już jestem! — krzyknęła od progu Al. Co nowego?

— Pies szczekał. Pewnie chciał wyjść — zakomunikowała mama.

— Nie mogłaś go wyprowadzić?

— Nie mogłaś. To twój pies. Twój obowiązek.

Nie było sensu dalej dyskutować. Złapała za smycz i poszła z pupilem na spacer.

Gdy wróciła, kolacja była prawie gotowa. Nic wymyślnego. Ale była szynka. Szynka zawsze pachnie i woła z całej mocy psa do kuchni. Usiadły przy stole. Tom usadowił się przy nich i oczami żebraka prosił o datki.

— A poszedł mi stąd! Już! — Mama krzyknęła na psa, gdy stanął na tylnych łapach zobaczyć, co się dzieje na stole.

Strzeliła mu ścierką po nosie. Pies zaskowytał i uciekł do pokoju. Aleks popatrzyła na mamę z wyrzutem

— Też chcesz? — zapytała córki niby żartobliwie i podniosła ścierkę ponad stół.

— Dziękuję, nie — powiedziała i wepchnęła resztkę bułki do buzi.

Al poszła do pokoju. Wywołała brata spod łóżka. Tom tulił się do niej, lekko oddychając. Miała już dość tej sytuacji. Najpierw przegoniono go z sypialni mamy. To jeszcze mogła zrozumieć. Potem z salonu. Przecież tam nie przeszkadzał, leżąc pod stołem. A teraz z kuchni. Może miski z karmą wstawi do jej pokoju? Żeby się uspokoić, przypomniała sobie, kiedy Tom po raz pierwszy zostawił odcisk swojej łapy na jej sercu. To było jeszcze wtedy, gdy rodzice się kochali. Wtedy było jakoś łatwiej. Miała koleżanki, bardzo dobre oceny i rodzinę.

Pamiętała, że tamten dzień nie zaczął się dobrze. Najpierw dostała jedynkę. Za nic. Za to, że poprawiła panią, kiedy ta powiedziała, że na długo przed potopem dinozaury były władcami ziemi. Trzeba było trzymać język za zębami, a nie wdawać się w awanturę z katechetką. Pokonana siłą, a nie słowem. Przed eskalacją konfliktu uratował ją dzwonek. Jedynkę przeżyje, gorzej, gdyby miała iść na dywanik. Wyszła jako ostatnia z klasy. Sale i korytarze opustoszały.

Miała jeszcze chwilę do przyjazdu szkolnego autobusu. Powoli szła wzdłuż żywopłotu na przystanek. Zdjęła ciężki plecak i z prawdziwą ulgą położyła przy krawężniku. Nosiła w nim tyle książek, że aż rozpruła się duża kieszeń. Już dawno mówiła mamie, że musi dostać nowy, ale usłyszała, że ma poczekać do końca semestru. Z drugiej strony, było to nawet wygodne: nie musiała otwierać zamka, żeby wyciągnąć czapkę i rękawiczki. Chłodno. Gdzieniegdzie leżały plamy śniegu, pobliski ostrokrzew był nim cały oprószony. Złapała za gałązkę i zrzuciła śnieg z zielonych listków. W środku coś się poruszyło. Odskoczyła wystraszona. Zaczęła powoli odchylać gałęzie, kiedy przerwał jej głos koleżanki.

— A co ty tutaj robisz? — spytała Ela nachylając się z ciekawością nad nią.

— Nic! Strzepuję śnieg — odpowiedziała szybko, jakby przyłapana na czymś niegodziwym.

Odwróciła się na pięcie i podniosła plecak, z którego wypadła niedojedzona kanapka. Ela spojrzała na nią, potem na oddalającą się Aleks.

Już miała sięgnąć po srebrny pakunek i pobiec za koleżanką, aby oddać zgubę, ale gdy spojrzała ponownie na ziemię, kanapki tam już nie było. Ze zdziwieniem ogarnęła wzrokiem krzaki, odwróciła się i w popłochu uciekła w stronę przystanku, gdzie stała Aleks. Autobus się spóźniał, pewnie przez opady śniegu, więc pod przystankiem rozgrywała się regularna bitwa na śnieżki. W końcu przyjechał i cała czereda wpakowała się do środka.

Aleks wysiadła pod domem i pomachała koleżankom na pożegnanie. Przy furtce, jak zwykle, musiała przeszukać kieszenie spodni i kurtki, bo nie pamiętała, do której z nich włożyła klucze. Ostatecznie znalazły się w przedniej kieszeni spodni. Chociaż pamiętała, że sprawdziła tą kieszeń jako pierwszą.

Z pęku wybrała największy i otworzyła furtkę. Potem mniejszy, aby otworzyć drzwi domu. Zamknęła je za sobą z głośnym trzaskiem oznajmującym: jestem już i jestem głodna. Byle jak zrzuciła buty, i ciągnąc za sobą plecak poszła do kuchni.

— Co tam córeczko? — zapytała obejmując ją mama.

— Nic takiego — odpowiedziała Aleks. — Dostałam jedynkę.

— Zapomniałaś zadania?

— Nieee. Pokłóciłam się z nauczycielką.

— To nic — uspokoiła ją. — Porozmawiamy po obiedzie.

— Dobrze mamo. Kocham cię. Jest tata?

— Podsypia na kanapie.

W kuchni coś zapiszczało.

— Ściągnij buty — poprosiła mama.

— Ale ja jestem w skarpetkach — pokazała na dowód prawą stopę.

Znów ten sam cichy dźwięk. Spojrzały na plecak.

— Co tam masz? — zapytała mama z zaciekawieniem.

Aleks wzruszyła ramionami.

— Tam w plecaku — ponowiła pytanie mama.

— Nic- odparła zdziwieniem Aleks.

Plecak zaczął się ruszać. Cofnęły się o krok.

— Tata. Pomocy. Tu się coś rusza!!!

Pomoc nie nadeszła. Z pokoju ciągle słychać było dźwięk regularnego chrapania.

Plecak ponownie się poruszył, potem przewrócił. Wypadła z niego mała brązowa kulka. Kulka miała nosek i oczka i nie wyglądała jak szczur. Raczej jak słodki szczeniaczek.

Aleks zrobiła maślane oczy.

— On jest mój! — krzyknęła.

— Skąd go masz? — zapytała mama.

— Nie wiem. Ale on jest mój. Jest taaaki piękny. No spójrz w jego czarne oczka. Zobacz na to klapnięte uszko. No nie jest cudny?

Aleks kontynuowała nie pozwalając mamie dojść do słowa. Kobieta tylko stała, zacisnęła usta i uniosła ręce w geście dezaprobaty.

— Nawet wiem jak go nazwiemy — mówiła podekscytowanym głosem. Tom! I on tutaj zostaje.

— Tato zadecyduje! — zakończyła rozmowę mama.

— Taaato, tato, chodź no. No chodźźź! Potrzebujemy pomocy!

Tato zerwał się z kanapy, przeskoczył w pędzie fotel i wywracając filiżankę stojącą na ławie, przybiegł do kuchni.

— Co się stało?! — spytał zaskoczony, omiatając zaspanym wzrokiem pomieszczenie.

Pomiędzy ludźmi, na podłodze, siedziało małe coś. Tato złapał gazetę i krzyknął:

— Szczur, skąd on się tu wziął? — Zamachnął się ręką i chciał z całej siły walnąć stworzenie leżące bezbronnie na podłodze.

Aleks miała przerażone oczy i bała się poruszyć. Mama nie protestowała.

Tom ziewnął pokazując różowy języczek i słodko spojrzał na to ogromne włochate stworzenie ponad nim. Córka i ojciec wydali z siebie ciche:

— Ooooo…

Gazeta wypadła z rąk taty, a on sam runął na kolana biorąc na ręce pieska. Podniósł go na wysokość twarzy i powiedział zdecydowanie.

— Nie wiem skąd go masz, ale on zostaje. To Tom.

— Ja też tak powiedziałam, to Tom. On tutaj zostaje. Kocham cię tato! — wykrzykiwała Aleks, która tańcząc wokół niego próbowała odebrać mu z rąk szczeniaczka.

Tato przekazał córce psa, który zwinął się w kłębek w jej ramionach i rzucając głośne „jaaah” zasnął na dobre. Aleks ściągnęła czerwoną, kowbojską chustę z szyi i przykryła nią swojego nowego brata. Zamyśliła się na krótką chwilę. Zmarszczyła brwi i zapytała ojca.

— Ciekawe jak on mnie nazwał?

— Z pewnością mama.

— Nie. Nie. Jestem za młoda na bycie matką — wyrzuciła z siebie z powagą, głaszcząc małe futerkowe stworzenie po grzbiecie.

— To może nazywa cię siostrą?

— Hmm. To bardzo rozsądne.

Aleks spodobał się ten pomysł.

— To jest mój brat. A wy jesteście jego rodzicami.

— Zgoda — zaaprobował pomysł tata- ale opiekujesz się nim ty.

— Jaaaha! — Krzyknęła Aleks.

Brat się poruszył na rękach przestraszony głośnym dźwiękiem.

— Jaha — powiedziała cicho.

— Widzę, że już zdecydowaliście beze mnie — powiedziała mama.

— A ty go nie chcesz?

— W tym domu są zasady. Jeśli chcecie psa to się nim opiekujcie.

— Ja będę — krzyknęła entuzjastycznie Al.

— I ja- przyrzekł solennie pan domu.

Aleks uśmiechnęła się do siebie, wspominając. Cud czasami się zdarza. Uśmiech jednak zamarł, gdy inne wspomnienie wyparło magię tamtego dnia.

Przypomniała sobie rozmowę między rodzicami, gdy kłócili się przed rozwodem. Nie słyszała wszystkiego. Gdy się zaczęła burza, uciekała do swojego pokoju. Jednak to, co usłyszała, wystarczyło.

— …I psa mamy też podzielić? Ja wezmę uszy, a ty ogon? — wykrzyczał ojciec.

— Psa i jego pchły sobie zabierz. Dziecko zostaje przy mnie.

— Bo na psa trzeba wydawać pieniądze, a za dziecko dostaniesz alimenty?

— Bo kocham ją!

— Siebie samej nie kochasz, a dziecko kochasz?

— Weź psa.

— To nie mój pies. To Al. Przyjdzie czas, gdy sami przyjdą do mnie. Ty zostaniesz sama. Jak pies…

Wspomnienia miały jej przynieść ukojenie. Nie chciała wracać do złych dni, jednak myśli same wcisnęły się do głowy i niszczyły spokój

— Smutne mamy życie — powiedziała do Toma wyciągając go spod łóżka.

Pies żałośnie popatrzył jej prosto w oczy i polizał po dłoni. Brat i siostra muszą się trzymać razem.

Latający potwór spaghetti

Poranny rytuał: ubieranie, krótki spacer z psem, zęby, zabrać kanapki, złapać szkolny autobus, przeżyć lekcje. Południowy rytuał: zjeść obiad, przeżyć resztę lekcji i zdążyć na autobus. Popołudniowy rytuał: wyprowadzić psa i obiadokolacja. I już. Późne popołudnie i wieczór same się układały. Nie było stałych planów. Wracała do domu i w zależności od humoru mamy, dzień płynął albo stawał kołkiem w gardle. Pamiętała jeszcze swoje szczęśliwe dni. Nie miała czasu się nudzić. Ciągle w ruchu, ciągle coś się działo. Pamiętała, że gdy było ciepło, chodziły do parku. Mama siadała na ławce wystawiając buzię do słońca, a ona mogła pohasać do woli. A teraz? Teraz, od kilku miesięcy, nie chodzą razem nawet na zakupy. Właściwie nie chodzą nigdzie, nie licząc wyjść do lekarza i cioci.

Od świąt mama znacznie się zmieniła. Aleksandra dobrze zapamiętała moment, w którym mama otworzyła prezent od siostry. Zmarszczyła czoło i cisnęła w połowie rozwiniętą paczką prosto w twarz Dżesiki. Nigdy nie dowiedziała się co tam było, ale dzięki temu „czemuś” została sama na święta. Wściekła mama trzasnęła drzwiami do sypialni i schowała się przed światem. Obrażona siostra wyszła trzaskając drzwiami wyjściowymi. Obu nie było przez dwa dni. Dobrze, że jedzenie było przygotowane i nie głodowała. To był ten dzień, gdy wszystko się zawaliło.

Stosunki matki z córką pogarszały się systematycznie. Niby było wszystko w porządku. Zadbane dziecko z dobrej rodziny. Tylko jakby miłości coraz mniej było. I rodzina była nie pełna.