To, co możliwe - Elizabeth Strout - ebook

To, co możliwe ebook

Elizabeth Strout

4,3

Opis

Mistrzyni subtelnych narracji pulsujących intensywną siłą emocjonalną powraca z nową prozą.

Kilka miesięcy po premierze amerykańskiej do rąk polskich czytelników trafia powieść Elizabeth Strout, która była pisana równolegle z docenioną w USA i Polsce powieścią Mam na imię Lucy.

Poznamy dalsze losy bohaterów, którzy byli obecni w życiu powieściowej Lucy Barton.

Szykuje się prawdziwa uczta dla fanów „znakomitej prozy uważnych słów i wibrującej ciszy”, jak określił powieść Mam na imię Lucy New York Times Review of Books, umieszczając powieść amerykańskiej pisarki wśród najbardziej znaczących książek 2016 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla mojego brata, Jona Strouta

ZNAK

Tommy Guptill miał kiedyś odziedziczoną po ojcu farmę mleczną, leżącą w odległości około trzech kilometrów od Amgash w stanie Illinois. To było wiele lat temu, ale do dziś Tommy budził się czasem w nocy, czując ten sam silny lęk, jaki ogarnął go tamtej nocy, kiedy farma doszczętnie spłonęła. Wiatr rzucił iskry na stojący nieopodal obór dom, który również spalił się do cna. Winę za pożar ponosił Tommy – przynajmniej zawsze tak uważał – ponieważ wieczorem nie sprawdził, czy dojarki zostały właściwie wyłączone, a właśnie tam zaczął się pożar. Stracili wszystko oprócz mosiężnej ramy lustra z salonu, którą Tommy nazajutrz znalazł w zgliszczach i tam też zostawił. Sąsiedzi zorganizowali zbiórkę. Przez kilka tygodni dzieci chodziły do szkoły w ubraniach kolegów. W końcu Tommy wziął się w garść, podsumował oszczędności, sprzedał ziemię sąsiadowi, ale nie dostał za nią wiele. Potem on i jego żona, drobna, ładna kobieta imieniem Shirley, kupili nowe ubrania, a także nowy dom. Przez cały ten czas Shirley zachowywała podziwu godną pogodę ducha. Nawet wtedy, gdy musieli kupić dom w podupadającym Amgash, gdzie dzieci poszły do szkoły, chociaż wcześniej mogły chodzić w Carlisle, bo farma leżała na linii łączącej oba miasteczka. Tommy zatrudnił się jako woźny szkolny w Amgash. Na szczęście regularność nowego zajęcia przypadła mu do gustu, bo nigdy nie zdobyłby się na pracę w czyimś gospodarstwie. Miał wtedy trzydzieści pięć lat.

Dzisiaj dzieci były już dorosłe, miały własne dzieci, też już duże, a Tommy i Shirley nadal mieszkali w domu, wokół którego ona sadziła kwiaty, niezwykły obyczaj w tej mieścinie. Pożar spowodował, że Tommy zaczął martwić się o dzieci. Wcześniej miały dom będący celem wycieczek szkolnych – każdego roku na wiosnę uczniowie piątej klasy z Carlisle przychodzili tu na cały dzień, jedli lunch przy drewnianych stołach obok obór, potem snuli się po oborach, przyglądali się dojeniu krów, patrzyli, jak biały, pienisty płyn wędruje w przezroczystych plastikowych rurkach. Po pożarze dzieci musiały oglądać ojca zamiatającego „magiczny pył” sypany na wymiociny jakiegoś dzieciaka na korytarzu; ojca w szarych spodniach i białej koszuli z naszytym czerwonym napisem TOMMY.

Cóż. Wszyscy jakoś to przeżyli.

*

W słoneczny majowy sobotni ranek Tommy jechał powoli do Carlisle załatwić sprawunki. Do osiemdziesiątych drugich urodzin jego żony pozostało zaledwie kilka dni. Wszędzie wokół rozciągały się pola ze świeżo posianą kukurydzą i soją. Część pól wciąż była brązowa po orce, ale przede wszystkim błękitniało wysokie niebo z białymi obłokami na horyzoncie. Tommy minął drogowskaz prowadzący do domu Bartonów. Wciąż widniał na nim napis SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE, chociaż Lydia Barton, która zajmowała się szyciem i poprawkami, nie żyła od wielu lat. Z racji skrajnej nędzy i dziwactwa Bartonowie byli wyrzutkami nawet w miasteczku takim jak Amgash. Najstarszy syn imieniem Pete mieszkał tam teraz samotnie, środkowe dziecko wylądowało dwa miasteczka dalej, podczas gdy najmłodsza córka, Lucy Barton, uciekła dawno temu i w końcu zamieszkała w Nowym Jorku. Dawniej Tommy sporo myślał o Lucy. Od czwartej klasy do ostatniej licealnej zostawała sama w szkole po lekcjach, ale dopiero po kilku latach odważyła się spojrzeć mu w oczy.

Teraz jednak Tommy jechał przez okolicę, gdzie kiedyś znajdowała się jego farma – nie został po niej nawet ślad, wszędzie pola po horyzont – i myślał, jak często mu się to zdarzało, o dawnym życiu. To były dobre czasy, ale nie żałował tego, co się stało. Żal nie leżał w naturze Tommy’ego, a w noc pożaru – czując narastający lęk – pojął, że na tym świecie liczą się tylko żona i dzieci; pomyślał też, że ludzie przeżywają całe życie, nie rozumiejąc tego tak wyraźnie i trwale jak on. Skrycie wierzył, że pożar był znakiem danym przez Boga po to, by Tommy mocno chronił swój dar. Skrycie dlatego, że nie chciał uchodzić za człowieka szukającego usprawiedliwień dla tragedii; nie chciał, by ktokolwiek – nawet droga, ukochana żona – myślał, że mógłby to robić. Ale tamtej nocy, kiedy żona pilnowała dzieci przy drodze – wygonił ich z domu, gdy ujrzał, że obora płonie – patrzył na potężne płomienie buchające w nocne niebo, potem usłyszał straszne ryki ginących krów, czuł wtedy wiele rzeczy, ale w chwili, gdy dach runął prosto na sypialnię i salon ze zdjęciami dzieci i rodziców, kiedy widział to wszystko, poczuł niezbicie coś, co mógł nazwać jedynie obecnością Boga, i zrozumiał, dlaczego anioły zawsze przedstawiano jako istoty skrzydlate, czuło się bowiem poszum, nawet nie odgłos, i było tak jakby Bóg, który nie miał twarzy, niemniej był Bogiem, przywarł do niego i przekazał bez słów – ulotnie, pospiesznie – wiadomość, którą Tommy zrozumiał jako: „Wszystko będzie dobrze, Tommy”. I Tommy pojął, że naprawdę jest dobrze. Chociaż przekraczało to jego zdolność rozumienia, było w porządku. Często myślał, że jego dzieci stały się bardziej wyrozumiałe dzięki temu, że musiały pójść do szkoły z biednymi dziećmi, a nie pochodzącymi z domów, jakie znały wcześniej. Od tamtej pory kilkakrotnie czuł obecność Boga, jakby bliskość złotego koloru, ale Bóg już nigdy nie nawiedził go tak namacalnie, jak tamtej nocy. Tommy doskonale wiedział, co powiedzieliby ludzie, dlatego do końca życia postanowił zachować znak od Boga dla siebie.

Mimo to w taki wiosenny ranek woń ziemi przypominała mu zapachy krów, wilgoć ich chrap, ciepło brzuchów, widok obór – miał dwie obory – i Tommy pozwalał myślom błądzić po fragmentach napływających obrazów. Może dlatego, że właśnie minął farmę Bartonów, pomyślał o Kenie Bartonie, ojcu tych biednych, smutnych dzieci, który sporadycznie pracował dla Tommy’ego, wspominał też – co często mu się zdarzało – Lucy, która wyjechała na studia i wylądowała w Nowym Jorku. Została pisarką.

Lucy Barton.

Prowadząc, Tommy nieznacznie potrząsnął głową. W ciągu ponadtrzydziestoletniej pracy woźnego dowiedział się o wielu sprawach. Słyszał o ciążach dziewcząt, pijanych matkach, niewiernych współmałżonkach, ponieważ uczniowie rozmawiali o tym w małych grupkach przy toaletach albo koło stołówki. Tommy rozumiał, że pod wieloma względami jest niewidzialny. Najbardziej jednak niepokoił się o Lucy Barton. Inni uczniowie, a także niektórzy nauczyciele okropnie pogardzali właśnie nią, jej siostrą Vicky i bratem Pete’em. Ponieważ Lucy całymi latami często zostawała w szkole po lekcjach – choć rzadko się odzywała – znał ją najlepiej. Pewnego razu, gdy chodziła do czwartej klasy, a dla Tommy’ego był to pierwszy rok pracy, otworzył drzwi i znalazł Lucy śpiącą na trzech zestawionych krzesłach przy kaloryferach, przykrytą płaszczem. Patrzył na unoszącą się i opadającą pierś dziewczyny, na ciemne kręgi pod oczami, rzęsy rozłożone jak maleńkie połyskujące gwiazdki, ponieważ na powiekach lśniła wilgoć, jakby płakała przed zaśnięciem. Tommy wycofał się powoli, najciszej, jak potrafił, bo takie podglądanie wydało się mu prawie nieprzyzwoite.

Pewnego razu – teraz sobie przypomniał, musiała wtedy chodzić już do gimnazjum – gdy wszedł do klasy, zastał Lucy na rysowaniu kredą po tablicy. Kiedy tylko się pojawił, dziewczyna znieruchomiała.

– Rysuj dalej – powiedział.

Na tablicy widniało pnącze z wieloma drobnymi listkami. Lucy odsunęła się od tablicy i nieoczekiwanie się odezwała.

– Złamałam kredę. – Tommy zapewnił ją, że nic się nie stało. – Zrobiłam to specjalnie – dodała z przelotnym uśmiechem i odwróciła wzrok.

– Specjalnie? – spytał, a ona przytaknęła, znów nieznacznie się uśmiechając. Tommy podszedł, wziął całą kredę, złamał na pół i mrugnął do Lucy. W jego wspomnieniu dziewczyna niemal zachichotała. – Ty to narysowałaś? – spytał, pokazując pnącze z drobnymi listkami. Lucy wzruszyła ramionami i odwróciła się.

Najczęściej jednak widywał ją, jak siedziała w ławce, czytała lub odrabiała lekcje.

Teraz zatrzymał się przed znakiem stopu i cicho powiedział do siebie:

– Lucy, Lucy, Lucy B. Dokąd i jak powiało cię?

Tommy wiedział dokąd. Na wiosnę, w ostatniej klasie liceum, spotkał ją po lekcjach na korytarzu. Z nagłą śmiałością, szeroko otwierając oczy, oznajmiła:

– Panie Guptill, jadę na studia!

– Och, Lucy, to cudownie – odparł.

Lucy objęła go i nie chciała puścić, więc Tommy też ją objął. Na zawsze zapamiętał ten uścisk, bo Lucy była taka szczupła; czuł jej kości i drobne piersi, a później zastanawiał się, jak często – lub raczej, jak rzadko – tę dziewczynę obejmowano.

Tommy minął znak stopu, wjechał do miasteczka i zaraz znalazł wolne miejsce. Zaparkował, wysiadł z samochodu i zmrużył oczy w słońcu.

– Tommy Guptill – zawołał ktoś. Odwróciwszy się, Tommy ujrzał Griffa Johnsona zbliżającego się swoim charakterystycznym krokiem, bo miał jedną nogę krótszą i nawet but ortopedyczny nie niwelował utykania.

Griff wyciągnął rękę na powitanie.

– Griffith – powiedział Tommy.

Długo ściskali sobie dłonie, a samochody sunęły wolno ulicą Main. Griff zajmował się w miasteczku ubezpieczeniami i w przeszłości był bardzo dobry dla Tommy’ego. Kiedy dowiedział się, że Tommy nie ubezpieczył należycie farmy, powiedział:

– Za późno cię poznałem. – Co było prawdą. Jednak Griff, ze swoją serdeczną twarzą i pokaźnym brzuchem, nadal był dobry dla Tommy’ego. W zasadzie Tommy nie znał nikogo, kto nie okazywał mu dobroci. Omiatani lekkim wiatrem, rozmawiali o dzieciach i wnukach. Wnuk Griffa brał narkotyki, co, zdaniem Tommy’ego, było bardzo smutne. Słuchał, potakiwał, zerkał na drzewa przy Main pokryte świeżą zielenią; w końcu usłyszał o drugim wnuku, który studiował medycynę.

– Hej, to świetnie.

Potem uścisnęli sobie ręce i każdy ruszył w swoją stronę.

W sklepie odzieżowym, gdzie dzwonek oznajmił jego wejście, Marilyn Macauley przymierzała beżową sukienkę w czerwone róże.

– Co cię tu sprowadza, Tommy?

Marilyn nosiła się z myślą o jej kupnie na chrzciny wnuczki, mające się odbyć w niedzielę za kilka tygodni, wyjaśniła Tommy’emu, wygładzając sukienkę. Zdjęła buty i stała w samych pończochach. Zdaniem Marilyn kupowanie nowej sukienki na taką okazję to ekstrawagancja, ale miała taką ogromną ochotę. Tommy, który znał Marilyn od lat – jeszcze z liceum w Amgash – dostrzegł jej zakłopotanie i zapewnił, że to wcale nie jest ekstrawagancja. Potem powiedział:

– Marilyn, czy przy okazji pomogłabyś mi znaleźć coś dla żony?

Natychmiast się zakrzątnęła, zapewniając, że oczywiście pomoże. Zniknęła w przebieralni, skąd wyszła w normalnym stroju, czyli w czarnej spódnicy i niebieskim swetrze, w czarnych butach na płaskiej podeszwie, po czym zaprowadziła Tommy’ego do działu z szalami.

– Proszę – powiedziała, wyciągając czerwony szal ze złotym wzorem. Tommy wziął go, ale drugą dłonią sięgnął po szal w kwiaty.

– Może ten? – spytał.

– Tak, to pasuje do Shirley – odparła Marilyn, a Tommy zrozumiał, że czerwony szal podobał się samej Marilyn, ale nigdy by sobie na niego nie pozwoliła. Pamiętał, kiedy zaczął pracę na posadzie woźnego, Marilyn była uroczą dziewczyną; ilekroć go widziała, wołała: „Dzień dobry, panie Guptill!”, teraz jednak postarzała się, była nerwowa, chuda, ze ściągniętą twarzą. Tommy, podobnie jak inni, uważał, że to dlatego, że jej mąż wrócił z Wietnamu odmieniony. Gdy Tommy widywał w miasteczku Charliego Macauleya, biedak zawsze sprawiał wrażenie nieobecnego, Marilyn podobnie. Tommy przez chwilę trzymał czerwony szal ze złotym wzorem, jakby się zastanawiał, wreszcie rzekł:

– Chyba masz rację, ten jest bardziej w typie Shirley. – Potem poszedł do kasy z szalem w kwiaty i podziękował Marilyn za pomoc.

– Myślę, że ona się w nim zakocha – powiedziała Marilyn, a Tommy zapewnił, że tak się stanie.

Po wyjściu ze sklepu ruszył do księgarni, gdzie chciał poszukać książki o ogrodnictwie, która mogłaby się spodobać jego żonie. Kiedy wszedł, na samym środku księgarni zobaczył wystawioną nową książkę Lucy Barton. Sięgnął po nią – na okładce widniał miejski budynek – i spojrzał na tylne skrzydełko z jej zdjęciem. Pomyślał, że gdyby ją dziś spotkał, pewnie by jej nie poznał. Tylko dlatego że kiedyś ją znał, dostrzegał dawne podobieństwo w tym samym nieśmiałym uśmiechu. Ponownie przypomniało mu się tamto popołudnie, kiedy celowo złamała kredę, ta jej zabawna mina. Teraz była starszą kobietą; na zdjęciu miała włosy ściągnięte do tyłu, a im dłużej się jej przyglądał, tym wyraźniej dostrzegał dawną dziewczynę. Tommy ustąpił z drogi matce z dwójką małych dzieci, mówiąc:

– Przepraszam bardzo.

– Ależ nic nie szkodzi – odparła kobieta, a on zaczął się zastanawiać, co czasem mu się zdarzało, jak też żyło się Lucy w odległym Nowym Jorku.

Odłożył książkę, odszukał sprzedawczynię i zapytał o książkę o ogrodnictwie.

– Chyba mamy dokładnie to, czego pan szuka. – Po tych słowach dziewczyna, która właściwie nie była dziewczyną, ale ostatnio Tommy tak właśnie postrzegał wszystkie kobiety, przyniosła książkę z hiacyntami na okładce.

– Och, doskonale – ucieszył się.

Dziewczyna spytała, czy życzy sobie, by zapakować książkę, na co odparł, że bardzo chętnie, i patrzył, jak owija ją w srebrzysty papier. Sprzedawczyni miała paznokcie pomalowane na niebiesko, koniuszek języka wysuwała nieznacznie, kiedy się koncentrowała. Przykleiła kawałek taśmy, posłała mu szeroki uśmiech i gotowe.

– Doskonale – powtórzył.

– Życzę miłego dnia – powiedziała dziewczyna, a Tommy odpowiedział tym samym. Wyszedł z księgarni na zalaną słońcem ulicę i postanowił, że opowie Shirley o książce Lucy. Shirley kochała Lucy, ponieważ on ją kochał. Włączył silnik, wyjechał z miejsca parkingowego i ruszył w drogę powrotną do domu.

Tommy’emu przyszedł na myśl wnuk Johnsona, który nie mógł zerwać z nałogiem, potem pomyślał o Marilyn Macauley i jej mężu Charliem, następnie przyszedł mu do głowy starszy brat, zmarły kilka lat wcześniej. Tommy myślał o tym, jak brat – który walczył podczas drugiej wojny światowej i uczestniczył w wyzwalaniu obozów – wrócił z wojny odmieniony; małżeństwo się rozpadło, dzieci go nie lubiły. Niedługo przed śmiercią brat opowiedział Tommy’emu o tym, co widział w obozach; mówił też o tym, jak razem z innymi oprowadzał po obozach zwiedzających. Podczas oprowadzania grupy kobiet niektóre płakały, ale inne zadzierały głowy wysoko, gniewnie, jakby chciały pokazać, że nikomu nie uda się wzbudzić w nich złego samopoczucia. Ten obraz na zawsze pozostał z Tommym, który zastanawiał się, czemu przypomniał sobie o nim właśnie teraz. Im był starszy – a bardzo się postarzał – tym dobitniej pojmował, że nie rozumie tej niejasnej walki dobra ze złem i może zrozumienie tego nie jest pisane ludziom na ziemi.

Zbliżając się do znaku z napisem SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE, zwolnił i skręcił w długą drogę wiodącą do domu Bartonów. Od śmierci Kena, ojca Pete’a, Tommy miał zwyczaj odwiedzać Pete’a, który oczywiście nie był już chłopcem, ale dorosłym mężczyzną. Mieszkał w domu samotnie, a Tommy nie widział go od paru miesięcy.

Jechał długą drogą przez pustkowie. Przez lata Tommy i Shirley rozmawiali o tym, że odludzie nie jest dobre dla dzieci. Po jednej stronie drogi rozciągały się pola kukurydzy, po drugiej rosła soja. Olbrzymie samotne drzewo na polu kukurydzianym kilka lat wcześniej trafił piorun i teraz leżało, wyciągając ku niebu nagie potrzaskane konary.

Ciężarówka stała obok małego domu, którego nie odmalowywano już tyle lat, że całkiem wyblakł; zbielały gont na dachu miejscami się wyszczerbił. Żaluzje jak zwykle były opuszczone. Tommy wysiadł z samochodu, podszedł do drzwi i zapukał. Ponownie pomyślał o Lucy Barton, o tym, jak straszliwie chudym była dzieckiem; miała długie jasne włosy i prawie nigdy nie patrzyła mu w oczy. Pewnego razu, gdy Lucy była jeszcze mała, wszedł po lekcjach do klasy, gdzie czytała, i dziewczynka dosłownie podskoczyła ze strachu.

– Spokojnie, wszystko w porządku – powiedział Tommy pospiesznie.

Tego dnia, gdy podskoczyła i ujrzał na jej twarzy przerażenie, domyślił się, że muszą ją bić w domu. Na pewno tak było, skoro otwierane drzwi budziły w niej taką grozę. Kiedy to sobie uzmysłowił, zaczął uważniej jej się przyglądać i niekiedy na szyi lub rękach dziewczynki dostrzegał sińce, żółte lub niebieskawe. Opowiedział o tym żonie.

– Co mamy zrobić, Tommy? – zapytała Shirley.

Po zastanowieniu uznali, że nie zrobią nic. Jednak tego dnia, gdy o tym rozmawiali, Tommy opowiedział żonie, co kiedyś widział. Działo się to w czasach, kiedy Tommy miał jeszcze farmę, a Ken Barton, ojciec Lucy, niekiedy pracował u niego jako mechanik. Tommy wszedł za oborę i ujrzał Kena, ze spodniami spuszczonymi do kostek, jak szarpał własne przyrodzenie i przeklinał. Co za widok!

– Nie życzę sobie tu takich rzeczy, Ken – powiedział Tommy, na co tamten odwrócił się, wsiadł do ciężarówki, odjechał i przez tydzień nie pojawiał się w pracy.

– Tommy, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – spytała przerażona Shirley, otwierając szeroko niebieskie oczy.

Tommy odparł, że wydało mu się to zbyt okropne, by o tym mówić.

– Musimy coś zrobić, Tommy – powiedziała wtedy jego żona. Rozmawiali jeszcze przez pewien czas, ale ponownie doszli do wniosku, że nic nie można zrobić.

*

Żaluzje poruszyły się, drzwi się otworzyły i w progu stanął Pete Barton.

– Witaj, Tommy – powiedział, wyszedł przed dom, zamykając za sobą drzwi, i podszedł do Tommy’ego, który zrozumiał, że Pete nie chce zapraszać go do środka. Poczuł przykrą woń, może pochodzącą od samego Pete’a.

– Właśnie przejeżdżałem i pomyślałem, że zajrzę zobaczyć, jak ci się wiedzie – powiedział lekkim tonem Tommy.

– Dzięki, wszystko w porządku. Dziękuję. – W jasnym słońcu Pete miał bladą twarz; włosy niemal całkiem posiwiały, upodobniając się do wyblakłego gontu na dachu.

– Pracujesz u Darra? – spytał Tommy.

Pete potwierdził. Praca była już prawie na ukończeniu, ale miał nagraną nową, w Hanston.

– To dobrze – stwierdził Tommy. Mrużąc oczy, popatrzył w stronę horyzontu na jasną zieleń pól sojowych, kontrastującą z brunatną ziemią. Na horyzoncie widniała obora Pedersonów.

Mężczyźni zaczęli rozmawiać o rozmaitych urządzeniach, a także o turbinach wiatrowych postawionych niedawno między Carlisle a Hanston.

– Chyba musimy się do nich przyzwyczaić – stwierdził Tommy, na co Pete przyznał mu rację. Gałęzie samotnego drzewa przy podjeździe, które wypuściło listki, zakołysały się na wietrze.

Pete oparł się o samochód Tommy’ego i splótł ręce na piersi. Chociaż był wysoki, z powodu chudości miał niemal wklęsłą klatkę piersiową.

– Walczyłeś na wojnie, Tommy? – spytał.

– Nie – odparł Tommy, zdziwiony pytaniem. – Nie, byłem za młody. Za to mój brat walczył. – Gałęzie szybko uniosły się i opadły, jakby reagując na podmuch wiatru, którego Tommy nie czuł.

– Gdzie on walczył?

Po chwili wahania Tommy odparł:

– Pod koniec wojny przydzielono go do obozów. Brat służył w oddziałach, które skierowano do obozów w Buchenwaldzie. – Tommy spojrzał w niebo, wyjął z kieszeni okulary przeciwsłoneczne i założył. – Potem mój brat się zmienił. Nie potrafię powiedzieć jak, ale się zmienił. – Podszedł i oparł się o samochód obok Pete’a.

Po chwili Pete Barton zwrócił się do Tommy’ego głosem pozbawionym napastliwości, wręcz nieco przepraszającym:

– Posłuchaj, Tommy, wolałbym, żebyś tu nie przyjeżdżał. – Wpatrzony w ziemię Pete zwilżał językiem ziemiste spierzchnięte usta.

Tommy miał wrażenie, że się przesłyszał.

– Ja tylko... – zaczął, ale Pete zerknął na niego przelotnie i dodał:

– Robisz to, żeby się nade mną znęcać. Chyba już dość.

Tommy odsunął się od auta, wyprostował i spojrzał na Pete’a przez ciemne okulary.

– Znęcać się? – spytał. – Pete, nie przyjeżdżam tu, żeby się nad tobą znęcać.

Nagły podmuch wiatru wzbił pył u nich stóp. Tommy zdjął okulary, żeby Pete widział jego oczy. Z troską patrzył na Bartona.

– Zapomnij, że to powiedziałem. Przepraszam. – Pete spuścił głowę.

– Po prostu lubię czasem do ciebie wpadać – wyjaśnił Tommy. – Wiesz, po sąsiedzku. Mieszkasz tu całkiem sam. Wydaje mi się, że sąsiedzi powinni się odwiedzać od czasu do czasu.

Pete uśmiechnął się gorzko do Tommy’ego i rzekł:

– Cóż, jesteś jedynym mężczyzną, który to robi. Nie robi tego też żadna kobieta. – Pete zaśmiał się z zakłopotaniem.

Stali tak; Tommy rozplótł ręce i wsunął dłonie do kieszeni, Pete uczynił to samo. Potem kopnął kamień i spojrzał na pola.

– Pedersonowie powinni uprzątnąć to drzewo. Nie wiem, czemu tego nie robią. Dopóki stało, dało się orać dookoła, ale teraz, kurczę...

– Słyszałem, że zamierzają je uprzątnąć. – Tommy nie bardzo wiedział, co robić, i dziwnie się z tym czuł.

Wciąż wpatrując się w przewrócone drzewo, Pete mówił:

– Mój ojciec był na wojnie. Całkiem go tam pokręciło. – Mrużąc oczy w słońcu, spojrzał na Tommy’ego. – Opowiedział mi o tym, kiedy umierał. Przeżył straszne rzeczy, a potem... potem zastrzelił dwóch niemieckich żołnierzy. To były niemal dzieci. Ojciec powiedział mi, że każdego dnia myślał o tym, że w zamian powinien był odebrać sobie życie.

Tommy słuchał tego chłopca-mężczyznę, patrząc na niego bez okularów przeciwsłonecznych, które trzymał w dłoni schowanej w kieszeni.

– Przykro mi – powiedział. – Nie wiedziałem, że twój ojciec był na wojnie.

– Mój ojciec... – W oczach Pete’a zalśniły łzy. – Mój ojciec był przyzwoitym człowiekiem.

Tommy powoli przytaknął.

– Robił pewne rzeczy, ponieważ nie potrafił się opanować. Dlatego... – Pete odwrócił się, potem częściowo znowu skierował się do Tommy’ego i dokończył: – Dlatego tamtej nocy poszedł, włączył dojarki i wszystko się spaliło, a ja nigdy, przenigdy o tym nie zapomniałem. Wiedziałem, że on to zrobił. Wiedziałem też, że ty wiesz.

Tommy poczuł, jak skóra na głowie pokrywa mu się gęsią skórką. Słońce wydawało się bardzo jasne, ale tak jakby świeciło tylko wokół niego.

– Synu – powiedział mimowolnie. – Nie wolno ci tak myśleć.

– Posłuchaj – odparł Pete, a jego twarz nabrała nieco kolorów. – Ojciec wiedział, że z dojarkami może być problem, mówił o tym. Uważał, że to niezbyt wyszukany system i mogą się przegrzać.

– Miał rację – przyznał Tommy.

– Wściekał się na ciebie. On ciągle był na kogoś wściekły, ale na ciebie zawsze. Nie wiem, co się wydarzyło, ale pracował u ciebie, a potem przestał. Chyba w końcu wrócił, ale już nigdy nie lubił cię po tym, co się stało.

Tommy założył okulary i rzekł z rozmysłem:

– Zastałem go na bawieniu się z samym sobą, Pete. Robił sobie dobrze za oborą, a ja oświadczyłem, że nie wolno mu tam tego robić.

– O rany. – Pete otarł nos. – O rany. – Popatrzył w niebo, potem pospiesznie spojrzał na Tommy’ego i dodał: – Cóż, ojciec cię nie lubił. W noc przed pożarem wyszedł... Czasem tak robił, nie pił, ale po prostu wychodził z domu, i tak właśnie wtedy zrobił. Wrócił około północy. Pamiętam, bo moja siostra nie mogła zasnąć, a matka... – Pete umilkł, jakby łapiąc oddech. – Matka czuwała z moją siostrą, pamiętam, jak powiedziała: „Lucy, idź spać, już północ”. Potem ojciec wrócił. Nazajutrz w szkole usłyszeliśmy, co się stało. Wtedy po prostu się domyśliłem.

Tommy oparł się o samochód i milczał.

– A teraz ty też wiesz – dokończył Pete. – Dlatego tu przychodzisz, żeby mnie dręczyć.

Obaj mężczyźni długo stali w milczeniu. Wiatr się wzmógł i Tommy czuł, jak szarpie mu rękawy koszuli. Wreszcie Pete odwrócił się, żeby wrócić do środka; drzwi otworzyły się, skrzypiąc.

– Pete – zawołał Tommy. – Pete, posłuchaj. Nie przychodzę tu, żeby cię dręczyć. Nadal nie wiem, nawet po tym, co mi powiedziałeś, czy to prawda.

Pete odwrócił się; po chwili zamknął za sobą drzwi i wrócił do Tommy’ego. Oczy miał wilgotne, choć Tommy nie wiedział, czy od wiatru, czy od łez. Pete zaczął mówić niemal ze znużeniem:

– Po prostu ci mówię, Tommy. On nie powinien jechać na wojnę i robić tego, co musiał robić. Ludzie nie powinni mordować innych ludzi. Mój ojciec to robił, robił straszne rzeczy, straszne rzeczy przydarzyły się jemu i nie potrafił ze sobą żyć. Właśnie to usiłuję ci powiedzieć. Inni ludzie potrafili, ale nie on, to go zniszczyło i...

– A co z twoją matką? – zapytał nagle Tommy.

Twarz Pete’a przybrała beznamiętny wyraz.

– Co z nią? – spytał.

– Jak to znosiła?

Pytanie najwyraźniej przerastało Pete’a.

– Nie wiem – odparł, powoli kręcąc głową. – Nie znałem swojej matki.

– Ja też właściwie nigdy jej nie poznałem – powiedział Tommy. – Widywałem ją tylko od czasu do czasu. – W tej chwili uzmysłowił sobie, że nigdy nie widział tej kobiety uśmiechniętej.

Wpatrując się w ziemię, Pete wzruszył ramionami i powtórzył:

– Nic nie wiem o swojej matce.

Tommy opanował mętlik w głowie; znowu poczuł się sobą.

– Pete, cieszę się, że opowiedziałeś mi o wojennych przeżyciach ojca. Wyraźnie usłyszałem, co mówiłeś. Powiedziałeś, że był przyzwoitym człowiekiem, a ja ci wierzę.

– Bo był! – niemal zawył Pete, wpatrując się w Tommy’ego bladymi oczami. – Ilekroć coś zrobił, zawsze czuł się potem okropnie, a po twoim pożarze był tak... tak poruszony, Tommy, całymi tygodniami, nigdy nie widziałem go w podobnym stanie.

– W porządku, Pete.

– Nie jest w porządku.

– Właśnie, że jest – powiedział Tommy zdecydowanym tonem. Podszedł do niego i na chwilę położył mu rękę na ramieniu. Potem dodał: – Zresztą nie wydaje mi się, że on to zrobił. Myślę, że sam zapomniałem wyłączyć dojarki tamtej nocy, a twój ojciec był na mnie wściekły i pewnie czuł się źle w związku z tym, co się stało. Nigdy nie powiedział ci, że to zrobił, prawda? Kiedy umierał, przyznał ci się do zabicia tamtych ludzi na wojnie, ale nigdy nie wyznał, że spalił moje obory. Prawda?

Pete potrząsnął głową.

– Wobec tego radzę, żebyś to sobie odpuścił, Pete. I tak musiałeś się zmagać z wieloma rzeczami.

Pete zmierzwił włosy.

– Zmagać się? – spytał, nieco zdezorientowany.

– Widziałem, jak cię traktują w mieście, Pete. Ciebie i twoje siostry. Widziałem to wszystko, kiedy pracowałem jako woźny. – Tommy’emu trochę brakowało tchu.

Pete wzruszył ramionami, wciąż lekko oszołomiony.

– No, dobra – powiedział. – W takim razie w porządku.

Jeszcze przez chwilę stali na wietrze, aż Tommy powiedział, że będzie się zbierał.

– Poczekaj – poprosił Pete. – Pojadę z tobą do drogi. Czas, żebym usunął ten znak mojej matki. Od dawna się zbieram i zrobię to teraz.

Tommy czekał przy samochodzie, podczas gdy Pete wszedł do domu, skąd po chwili wyszedł z młotem dwuręcznym. Tommy usiadł za kierownicą, Pete zajął miejsce obok niego i ruszyli w kierunku drogi. Woń stęchlizny, którą Tommy poczuł wcześniej, nasiliła się, gdy mężczyzna usiadł blisko niego. Po drodze Tommy przypomniał sobie nagle, jak pewnego razu, jeszcze w gimnazjum, położył ćwierćdolarówkę na ławce, gdzie miała siedzieć Lucy. Zawsze chodziła do klasy pana Haleya, który przez rok uczył nauk społecznych, zanim nie wzięli go do wojska. Musiał być dobry dla Lucy, ponieważ Lucy upodobała sobie właśnie tę klasę, później przerobioną na laboratorium. Pewnego dnia Tommy położył ćwierćdolarówkę na ławce, w której, jak wiedział, miała siedzieć. W szkole właśnie pojawił się automat, gdzie za ćwierć dolara można było kupić lody, więc zostawił monetę w takim miejscu, by Lucy ją zauważyła. Wieczorem, kiedy poszła do domu, Tommy wszedł do klasy i znalazł ćwierćdolarówkę nietkniętą na tym samym miejscu.

Na końcu języka miał pytanie o Lucy; chciał wiedzieć, czy Pete utrzymuje z nią kontakt, ale właśnie dotarli do drogowskazu z napisem SZYCIE I PRZERÓBKI KRAWIECKIE, więc powiedział tylko:

– Jesteśmy. Trzymaj się!

Pete podziękował mu i wysiadł.

Po pewnym czasie Tommy spojrzał w lusterko wsteczne i zobaczył, jak Pete Barton wali młotem w znak. Siła, z jaką to robił, kazała Tommy’emu patrzeć uważnie. Widział chłopca-mężczyznę uderzającego w szyld coraz mocniej, a gdy samochód na moment wpadł w koleinę i Pete zniknął mu z oczu, Tommy pomyślał: poczekaj. Gdy samochód znowu się podniósł, spojrzał w lusterko i zobaczył, jak ten chłopiec-mężczyzna tłucze w znak z zaskakującą gwałtownością; zdumiała go wściekłość, z jaką tamten walił młotem. Tommy’emu przyszło na myśl, że podglądanie tej sceny jest nieprzyzwoite, ponieważ udręka Pete’a dorównywała temu, co jego ojciec robił wtedy za oborą. Jadąc dalej, Tommy zrozumiał: chodziło o matkę. To matka musiała być prawdziwie niebezpieczna.

Zwolnił i zawrócił. Zbliżając się, zobaczył, że Pete przestał tłuc w znak i kopał odłamki ze znużonym zniechęceniem. Gdy Tommy podjechał, Pete podniósł na niego zdziwiony wzrok. Tommy nachylił się, opuścił okno od strony pasażera i powiedział:

– Wsiadaj, Pete. – Tamten się zawahał. Pot perlił się mu na twarzy. – Wsiadaj – powtórzył Tommy.

Pete wsiadł do samochodu i Tommy ruszył w drogę powrotną do domu Bartonów. Po wyłączeniu silnika powiedział:

– Pete, posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie.

Na twarzy Pete’a pojawił się lęk, a Tommy na chwilę położył mu dłoń na kolanie. To był ten sam wyraz przerażenia, jaki zobaczył na twarzy Lucy, gdy zaskoczył ją w klasie.

– Chcę powiedzieć ci coś, czego nie zamierzałem mówić nigdy nikomu. W noc pożaru... – Tommy opowiedział mu szczegółowo, jak poczuł, że Bóg przyszedł do niego i przekazał, że wszystko będzie dobrze. Pete słuchał uważnie, czasem spuszczając wzrok, czasem patrząc na Tommy’ego, a kiedy ten skończył, Pete spojrzał na niego w zdumionym zachwycie.

– Czyli wierzysz w to? – spytał Pete.

– Ja w to nie wierzę – odparł Tommy. – Ja to wiem.

– I nigdy nie powiedziałeś żonie?

– Nigdy.

– Ale dlaczego?

– Chyba o pewnych rzeczach w życiu nie mówi się innym.

Pete spojrzał na swoje dłonie, a Tommy również zatrzymał na nich wzrok. Zdziwił go widok tych dużych dłoni o silnych palcach, dłoni dorosłego mężczyzny.

– Mówisz więc, że mój ojciec wykonywał dzieło Boże. – Pete powoli potrząsnął głową.

– Nie, mówię ci o tym, co wydarzyło się tamtej nocy.

– Wiem, słyszę, co do mnie mówisz. – Pete patrzył przez przednią szybę. – Nie wiem tylko, jak mam to rozumieć.

Tommy spojrzał na stojącą obok domu ciężarówkę, ze zderzakiem połyskującym w słońcu. Stara ciężarówka miała szarobury kolor, prawie taki jak dom. Odniósł wrażenie, że już bardzo długo wpatruje się w tę ciężarówkę zbliżoną kolorem do domu.

– Powiedz, jak się miewa Lucy – poprosił Tommy, poruszył nogami i usłyszał, jak szurają po piachu na podłodze samochodu. – Widziałem, że ukazała się jej nowa książka.

– Lucy ma się dobrze – odparł Pete i twarz mu pojaśniała. – Ma się dobrze i to dobra książka. Przysłała mi egzemplarz promocyjny. Jestem z niej bardzo dumny.

– Wiesz, Lucy nie wzięła nawet ćwierćdolarówki, którą kiedyś dla niej zostawiłem – rzekł Tommy i opowiedział o całym zdarzeniu.

– Lucy nigdy nie wzięłaby grosza, który do niej nie należał – potwierdził Pete i dodał: – Co innego moja siostra Vicky. Założę się, że ona wzięłaby ćwierć dolara i poprosiła o więcej. – Zerknął na Tommy’ego. – Tak, ona by wzięła.

– Cóż, pewnie stale toczy się walka między tym, co można robić, a czego nie wolno robić – stwierdził Tommy, siląc się na dowcip.

– Co? – spytał Pete, a Tommy powtórzył.

– Ciekawe – uznał Pete.

Tommy poczuł, że nie siedzi obok dorosłego, ale obok dziecka i ponownie popatrzył na dłonie Pete’a.

W ciszy rozległo się tykanie silnika.

– Pytałeś o moją matkę – powiedział w końcu Pete. – Nikt wcześniej nie pytał mnie o matkę. Prawda jest taka, że nie wiem, czy matka nas kochała, czy nie. Słabo ją znałem. – Spojrzał na Tommy’ego, który przytaknął. – Ale ojciec nas kochał. Wiem, że nas kochał. Miał problemy, och, jakie on miał problemy. Ale nas kochał.

Tommy znów skinął głową.

– Powiedz mi więcej o tym, o czym mówiłeś przed chwilą – poprosił Pete.

– O czym? Co takiego mówiłem?

– O walce. Między tym, co powinniśmy, a tym, czego nie powinniśmy robić.

– Ach, o tym. – Tommy wyjrzał przez przednią szybę na podniszczony dom stojący cicho w słońcu, z opuszczonymi żaluzjami podobnymi do znużonych powiek. – Oto przykład na dużą skalę. – Opowiedział Pete’owi o tym, co brat Tommy’ego widział podczas wojny, o kobietach zwiedzających obozy, o tym, jak niektóre płakały, ale inne miały wściekły wyraz twarzy i nie dały się skłonić do złego samopoczucia. – Wydaje mi się, że nieustannie trwa walka, współzawodnictwo. Skrucha. Zdolność do okazywania skruchy, żalu z powodu krzywdy wyrządzonej innym sprawia, że pozostajemy ludźmi. – Tommy położył dłoń na kierownicy. – Tak mi się wydaje.

– Mój ojciec okazywał skruchę. Był jednoosobowym współzawodnictwem, o jakim mówisz.

– Chyba masz rację.

Słońce wzeszło tak wysoko, że nie było go widać z samochodu.

– Nigdy nie rozmawiam w ten sposób – powiedział Pete, a Tommy po raz kolejny zdumiał się, że Barton sprawiał wrażenie młodego chłopca. Tommy poczuł w sercu drobne ukłucie, najwyraźniej związane z Pete’em.

– Jestem stary – powiedział Tommy. – Jeśli mamy odbywać podobne rozmowy, chyba powinienem częściej cię odwiedzać. Może spotkamy się w sobotę za dwa tygodnie?

Spostrzegł zdziwiony, że Pete zacisnął pięści i uderzył się nimi w kolana.

– Nie – powiedział Pete. – Nie. Nie musisz. Nie.

– Ale chcę – zapewnił Tommy, ale w chwili, gdy wymawiał te słowa, zrozumiał, że to nieprawda. Ale czy to miało znaczenie? Nie miało.

– Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek odwiedzał mnie z obowiązku – powiedział cicho Pete.

Ból w piersi Tommy’ego się nasilił.

– W pełni cię rozumiem – powiedział. Siedzieli w nagrzanym samochodzie, a smród stał się dla Tommy’ego namacalny.

Po chwili Pete odezwał się znowu.

– Cóż, myślałem, że przyjeżdżasz tu, żeby mnie dręczyć, ale się myliłem. Więc pewnie myliłbym się, myśląc, że przyjeżdżasz tu tylko z obowiązku.

– Chyba byś się mylił – potwierdził Tommy, ale znowu pojął, że nie mówi prawdy. Prawda była taka, że nigdy więcej nie chciał odwiedzać tego biednego chłopca-mężczyzny, który siedział obok.

Posiedzieli tak jeszcze trochę, w końcu Pete odwrócił się do Tommy’ego i skinął głową.

– Dobra. Na razie – powiedział i wysiadł z samochodu. – Dzięki, Tommy.

– To ja ci dziękuję – odparł Tommy.

*

Jadąc do domu, Tommy czuł się jak przebita dętka; jak gdyby przez całe życie wypełniało go życiodajne powietrze, a teraz go zabrakło. Czuł narastający lęk. Nie potrafił go pojąć. Oto powiedział coś, czego ślubował nigdy nie mówić: że Bóg nawiedził go podczas nocnego pożaru. Dlaczego o tym powiedział? Ponieważ pragnął dać coś temu biednemu chłopcu, który z taką gwałtownością tłukł w szyld swojej matki. Czemu fakt, że powiedział o tym chłopcu, miał takie znaczenie? Tommy nie był pewien. Mimo to czuł, że sam wyciągnął wtyczkę, że mówiąc to, czego miał nigdy nie mówić, poniżył się tak, iż wybaczenie stało się niemożliwe. Właśnie to napełniało go lękiem. „Czyli w to wierzysz?”, spytał Peter Barton.

Tommy nie czuł się już sobą.

– Boże, co ja zrobiłem? – powiedział cicho i poczuł, że naprawdę zwraca się do Boga. – Gdzie jesteś, Boże? – Samochód jednak się nie zmienił. Wciąż ciepły, nadal wydzielający lekką woń Petera Bartona, toczył się drogą.

Tommy jechał szybciej niż zwykle. Ledwo widział zostające w tyle brunatne pola soi i kukurydzy.

Shirley siedziała na frontowych schodach domu, jej okulary połyskiwały w słońcu, a gdy wjechał na niewielki podjazd, pomachała mu.

– Shirley – zawołał, wysiadając z samochodu. – Shirley. – Trzymając się poręczy, wstała ze schodów i podeszła do męża zaniepokojona. – Shirley, muszę ci coś powiedzieć.

Małżonkowie usiedli przy małym stole w kuchni. Shirley odsunęła na bok wysoką szklankę z pączkami piwonii. Tommy opowiedział jej o tym, co zaszło rano na farmie Bartonów, a ona raz po raz potrząsała głową i podsuwała okulary na nos wierzchem dłoni.

– Och, Tommy – rzekła. – Co za biedny chłopiec.

– To nie wszystko, Shirley. Jest coś jeszcze, o czym muszę ci powiedzieć.

Tommy popatrzył na żonę – niebieski kolor oczu za okularami ostatnio zblakł, ale widać było połyskujące drobiny po zabiegu usunięcia zaćmy – i opowiedział jej, równie szczegółowo jak Pete’owi Bartonowi, jak czuł obecność Boga w noc pożaru.

– Teraz myślę, że mi się to przywidziało – stwierdził Tommy. – To nie mogło się wydarzyć. Zmyśliłem to. – Uniósł obie dłonie i potrząsnął głową.

Żona przyglądała się mu chwilę; widział, jak go obserwuje, potem ujrzał, że oczy Shirley nieco się rozszerzają, a w kącikach pojawia się czułość. Nachyliła się, ujęła go za rękę i powiedziała:

– Ale, Tommy, dlaczego to nie miałoby się wydarzyć? Czemu nie mogło być właśnie tak, jak pomyślałeś tamtej nocy?

Wtedy Tommy zrozumiał, że to, co skrywał przed nią przez całe życie, żona mogła bez trudu zaakceptować, a to, co miał przed nią ukrywać od tej pory – swoje wątpliwości (nagłe przekonanie, że Bóg nigdy go nie nawiedził) – stało się nową tajemnicą, która zajęła miejsce poprzedniej.

Ujął żonę za rękę.

– Może masz rację – powiedział, po czym dodał banalne, ale szczere słowa: – Kocham cię, Shirley. – Potem spojrzał na sufit. Przez chwilę nie mógł patrzeć na żonę.

WIATRAKI

Kilka lat temu Patty Nicely miała w sypialni włączony telewizor, a z powodu wpadającego słońca ekran oglądany pod pewnym kątem był niewidoczny. Mąż Patty, Sebastian, jeszcze wtedy żył. Patty szykowała się do pracy. Wcześniej sprawdziła, czy Sebastian ma wszystko, czego mu trzeba; jego choroba dopiero się zaczęła i Patty nie była pewna – oboje nie mieli pewności – jak wszystko się potoczy. Telewizja nadawała zwykły program poranny, który Patty oglądała jednym okiem, krzątając się po sypialni. Właśnie zakładała kolczyk z perłą, gdy prezenterka zapowiedziała:

– Po przerwie będziemy gościć Lucy Barton.

Patty podeszła do telewizora, zmrużyła oczy i po chwili na ekranie pojawiła się Lucy Barton, która właśnie napisała powieść.

– O, kurczę – wykrztusiła Patty, podeszła do drzwi sypialni i zawołała: – Sibby? – Sebastian wszedł do sypialni, a Patty powiedziała: – Och, kochanie, och, Sibby. – Pomogła mężowi położyć się do łóżka, pogładziła go po czole.

O tym, że Lucy Barton wystąpiła w telewizji, Patty przypomniała sobie teraz dlatego, że opowiedziała wtedy Sebastianowi o tej kobiecie. Lucy Barton wychowała się w bardzo biednej rodzinie w Amgash w stanie Illinois.

– Nie znałam ich, bo chodziłam do szkoły w Hanston, ale na widok tych dzieciaków ludzie wołali: „Zaraza”, i uciekali – wyjaśniła wówczas Patty mężowi. Wiedziała to stąd, że matka Lucy szyła sukienki, a matka Patty czasem zlecała tamtej szycie. Matka Patty kilka razy zabrała ją i jej siostry do domu Lucy. Dom Bartonów był bardzo mały i śmierdział! Oto jednak była Lucy Barton. Została pisarką i zamieszkała w Nowym Jorku. – Spójrz, kochanie, wygląda miło – powiedziała Patty.

Sebastian się zainteresował; widziała, z jaką uwagą słuchał tej historii. Po chwili zaczął zadawać pytania, na przykład, czy Lucy różniła się od brata i siostry? Patty odparła, że nie wie, bo tak naprawdę dobrze ich nie znała. O dziwo, jednak rodziców Lucy zaproszono na ślub najstarszej siostry Patty, Lindy, czego Patty nigdy nie potrafiła zrozumieć. W głowie jej się nie mieściło, że ojciec Lucy ma garnitur; czemu mieliby uczestniczyć w ślubie jej siostry?

– Może w tym czasie twoja matka nie miała z kim rozmawiać – podsunął Sebastian, a Patty zdała sobie sprawę, że ma rację. Kiedy to pojęła, poczerwieniała na twarzy. – Kochanie – powiedział Sebastian i wziął żonę za rękę.

Kilka miesięcy później Sebastian odszedł. Poznali się przed czterdziestką, przeżyli razem zaledwie osiem lat. Nie mieli dzieci. Patty nie znała lepszego człowieka.

*

Dzisiaj jechała samochodem z klimatyzacją włączoną na pełen regulator. Z powodu nadwagi łatwo się przegrzewała, a był już koniec maja, piękna pogoda – wszyscy powtarzali, jak jest ładnie – ale dla Patty oznaczało to tylko, że było za gorąco. Na mijanym polu rosła kilkucentymetrowa kukurydza, na innym niska jasnozielona soja. Potem zagłębiła się w miejskie uliczki, gdzie na werandach wybuchały piwonie – Patty uwielbiała piwonie – dotarła do liceum, w którym pracowała jako doradca. Po zaparkowaniu sprawdziła usta w lusterku wstecznym, poprawiła włosy i dźwignęła się z auta. Po drugiej stronie parkingu z samochodu wysiadała Angelina Mumford, nauczycielka nauk społecznych, którą niedawno porzucił mąż. Patty pomachała jej serdecznie, Angelina odpowiedziała tym samym.

W gabinecie Patty na biurku leżały foldery, broszury wyższych uczelni, stały oprawione zdjęcia jej siostrzenic i bratanków. Leżał tam też notatnik spotkań. Poprzedniego dnia Lila Lane nie stawiła się, choć były umówione. Ktoś zapukał w otwarte drzwi i w progu stanęła wysoka ładna dziewczyna.

– Wejdź – powiedziała Patty. – Lila?

Skrępowanie weszło do gabinetu razem z dziewczyną. Lila opadła niedbale na krzesło, a spojrzenie, jakie jej rzuciła, wzbudziło w Patty niepokój. Dziewczyna miała długie jasne włosy, a gdy zarzuciła je przez ramię, Patty ujrzała tatuaże – niczym małe ogrodzenie z drutu kolczastego – okalające jej przegub.

– Lila Lane to ładne imię i nazwisko – stwierdziła Patty.

– Miałam dostać imię po ciotce, ale w ostatniej chwili moja matka oznajmiła: „Pierdolić ją” – powiedziała dziewczyna.

Patty zebrała dokumenty i stuknęła krawędziami o biurko.

Dziewczyna wyprostowała się i powiedziała nieoczekiwanie:

– To suka. Uważa się za lepszą od nas. Nigdy jej nawet nie spotkałam.

– Nigdy nie spotkałaś swojej ciotki?

– Nie. Wróciła tu po śmierci swego ojca, ojca mojej matki, a potem wyjechała i nigdy jej nie spotkałam. Mieszka w Nowym Jorku i uważa, że jej gówno nie śmierdzi.

– Cóż, popatrzmy na twoje wyniki. Są całkiem dobre. – Patty nigdy nie lubiła, kiedy uczniowie wyrażali się grubiańsko; uważała, że to przejaw braku szacunku. Zerknęła na dziewczynę, potem znów na papiery. – Oceny też masz dobre – dodała Patty.

– Przeskoczyłam trzecią klasę. – Lila powiedziała to wojowniczym tonem, ale Patty wydawało się, że usłyszała też nutę dumy.

– Brawo – pochwaliła Patty. – Wobec tego pewnie zawsze dobrze się uczyłaś. Nie pozwalają przeskoczyć klasy ot, tak. – Z sympatią popatrzyła na dziewczynę, ale Lila wiodła wzrokiem po gabinecie, oglądała broszury, zdjęcia siostrzenic i bratanków Patty, w końcu na dłuższy czas utkwiła wzrok w plakacie na ścianie, przedstawiającym kotka zwisającego z gałęzi, z podpisem TRZYMAJ SIĘ.

– Co? – spytała Lila i znów popatrzyła na Patty.

– Powiedziałam, że nie pozwalają przeskoczyć klasy ot, tak – powtórzyła Patty.

– Oczywiście, że nie. Jezu drogi. – Dziewczyna przestawiła długie nogi, ale wciąż niedbale zwisała na krześle.

– Dobrze. – Patty skinęła głową. – Co z twoją przyszłością? Masz dobre oceny, dobre wyniki...

– To twoje dzieci? – Mrużąc oczy, dziewczyna wskazała zdjęcia.

– To moje siostrzenice i moi bratankowie – wyjaśniła Patty.

– Wiem, że nie masz dzieci – powiedziała Lila z uśmieszkiem. – Dlaczego nie masz dzieci?

Patty poczuła, że nieznacznie się rumieni.

– Tak wyszło. Porozmawiajmy o twojej przyszłości.

– Dlatego, że nigdy nie robiliście tego z mężem? – Dziewczyna zaśmiała się, odsłaniając zepsute zęby. – Tak mówią ludzie. Gruba Patty, co nigdy z mężem nie sypia, nigdy z nikim nie sypia. Ludzie mówią, że jesteś dziewicą.

Patty odłożyła papiery na biurko. Poczuła, jak twarz jej płonie. Na chwilę pociemniało jej w oczach; słyszała tykanie ściennego zegara. W najdzikszych snach nie wyobraziłaby sobie słów, jakie dobyły się z jej ust. Spojrzała na dziewczynę i powiedziała:

– Wynoś się stąd natychmiast, ty śmieciu.

Dziewczyna na moment zamarła, ale potem powiedziała:

– Hej, kurde. Ludzie mają rację. O, mój Boże! – Zasłoniwszy usta dłonią, zaśmiała się przeciągle, a Patty odniosła wrażenie, że śmiech wylewa się z ust tamtej jak żółć z ust stworzenia z horroru. – Przepraszam – dorzuciła jeszcze Lila. – Przepraszam.

Nagle, nie wiedzieć skąd, Patty zrozumiała, kim jest ta dziewczyna.

– Twoją ciotką jest Lucy Barton – stwierdziła Patty i dodała: – Jesteś do niej podobna.

Dziewczyna wstała i wyszła z gabinetu.

Patty zamknęła drzwi gabinetu i zadzwoniła do swojej siostry Lindy, mieszkającej pod Chicago. Pot wystąpił Patty na twarz, czuła wilgoć po pachami.

– Linda Peterson-Cornell – przedstawiła się siostra.

– To ja – powiedziała Patty.

– Domyśliłam się. Telefon wyświetlił nazwę szkoły.

– To dlaczego... Posłuchaj, Lindo. – Patty opowiedziała siostrze całe zajście. Mówiła pospiesznie, pomijając to, co powiedziała na koniec do dziewczyny. – Dasz wiarę? – spytała wreszcie.

Po chwili Linda powiedziała, że nigdy nie rozumiała, jak Patty może pracować z nastolatkami. Patty odparła, że nie w tym rzecz.

– Właśnie, że w tym – powiedziała Linda. – Lila Lane, Lucy Barton, Lila to, Lucy tamto. Ale kogo one obchodzą? – Linda umilkła, potem mówiła dalej: – Poważnie, Patty. Nic dziwnego, że siostrzenica Lucy Barton jest taką hołotą. Naprawdę.

– Czemu tak mówisz?

– Bo tak. Nie pamiętasz ich? To były zwykłe męty, Patty. O, mój Boże, właśnie sobie przypomniałam, że mieli tych, jak im tam? Chyba kuzynów. Chłopak miał na imię Abel. To był dopiero numer. Właził do śmietnika na tyłach Chatwin’s Cake Shoppe i szukał czegoś, co nadawałoby się do jedzenia. Dlaczego to robił? Aż tak był głodny? Pamiętam, że grzebał w odpadkach bez cienia żenady. Lucy była razem z nim. Przyprawiał mnie o dreszcze. Do dziś przechodzą mnie ciarki. Jego siostra miała na imię Dottie. Chuda dziewczyna. Dottie i Abel Blaine. Zdumiewające, że ich pamiętam. Ale jak mogłabym zapomnieć? Nigdy wcześniej nie widziałam człowieka szukającego jedzenia w śmieciach. Zresztą Abel był ładnym dzieciakiem.

– Ojej – wykrztusiła Patty. Czuła, że gorąco ustępuje jej z twarzy. – Czy rodzice Lucy nie przyszli na twój ślub? Na pierwszy.

– Nie pamiętam – odparła Linda.

– Ależ pamiętasz. Dlaczego przyszli na twój ślub?

– Bo ona ich zaprosiła, żeby mieć z kim rozmawiać. Na miłość boską, Patty, zapomnij o tym. Ja już to zrobiłam.

– Cóż, może i zapomniałaś, ale nadal nosisz jego nazwisko – stwierdziła Patty. – Peterson. Chociaż byliście małżeństwem zaledwie rok.

– A czemu miałabym wracać do nazwiska Nicely? – odcięła się Linda. – Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego je zachowałaś. Śliczne córki państwa Nicely. To okropne, że znali nas jako śliczne córki państwa Nicely[*].

To wcale nie było okropne, pomyślała Patty.

– Czy widziałaś ostatnio Matkę Naszą, która nie jest w niebie? – spytała Linda. – Jak jej poziom głupoty?

– Pomyślałam, że odwiedzę ją dziś po południu – powiedziała Patty. – Miałam kilka dni przerwy. Muszę się upewnić, czy bierze lekarstwa.

– Nic mnie to nie obchodzi – oświadczyła Linda, o czym Patty dobrze wiedziała.

– Czy masz zły humor albo coś w tym rodzaju? – spytała Patty.

– Nic podobnego – odparła Linda.

*

Był piątek. Po południu Patty poszła do banku zrealizować czek z pensją, potem wstąpiła do księgarni i ujrzała, wystawioną na honorowym miejscu, nową książkę Lucy Barton.

– Ojej – powiedziała Patty.

W księgarni był Charlie Macauley i Patty o mały włos nie wyszła, ponieważ Charlie był jedynym mężczyzną poza Sebastianem, którego kochała. Naprawdę go kochała. Przez lata lubiła Charliego, właściwie go nie znając, jak to ludzie w małych miasteczkach zarazem znają się i nie znają. Na pogrzebie Sibby’ego odwróciła się, ujrzała Charliego siedzącego samotnie z tyłu i zakochała się w nim na zabój. Kochała go nadal. Dziś Charliemu towarzyszył wnuk, uczeń podstawówki, a gdy Charlie podniósł wzrok i zobaczył Patty, twarz mu pojaśniała i skinął głową.

– Cześć, Charlie – pozdrowiła go Patty, po czym spytała księgarza o książkę Lucy Barton.

To były wspomnienia.