Terror - Max Czornyj - ebook
BESTSELLER

Terror ebook

Max Czornyj

3,9

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Sto osiemdziesiąt minut. Tyle pozostało do końca świata, jaki znamy. Groźba zamachowca wydaje się realna, a żądanie uwolnienia trzech terrorystów jasne. Wszystkie służby zostają niezwłocznie poderwane do działania.

Tymczasem na mieszkańców Warszawy pada paraliżujący strach. Sprawę komplikują utarczki polityków, którzy na potencjalnym zamachu chcą zyskać popularność. Czy któryś z nich jest w to zamieszany?

Inspektor Adam Knap staje do walki z terrorem, jakiego w historii Polski jeszcze nie było.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
violaa92

Dobrze spędzony czas

Świetna książka ;) Fabuła już od pierwszych stron strasznie wciąga. Poziom napięcia rośnie tak, że nie można odłożyć książki, ani na moment :) Polecam :)
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

ODCINEK 1. PILOTAŻOWY

 

1.

 

 

WIELKI PIĄTEK

GODZINA 5:00

 

Mówi Ta’abbata Sharran. Macie równe sto osiemdziesiąt minut do końca waszego świata. Sto osiemdziesiąt minut od momentu, gdy nacisnę przycisk „nadaj wiadomość”. Nie interesuje mnie, kiedy ją odbierzecie ani jak długo zajmie wam jej odsłuchanie. Jeżeli dziś, do godziny siódmej rano wasze władze nie uwolnią Muhmuda Ibn Yusufa al-Aswaniego, Fajsala ibn Husajna i Sajfa Udina, wielu nie zobaczy zachodu słońca. Jeżeli nadal będziecie nie dowierzać, wasz bruk pokryje morze krwi. Zapuszczę swój sierp i żniw dokonam. Będziecie uciekać, a ja będę ciął ile sił, aż nabierzecie rozumu. Najlepiej dla was, abyście mieli go już teraz. Zostało tylko sto siedemdziesiąt osiem minut. A może i mniej. Jeżeli nie posłuchacie, rozleje się powódź łez i śmierci. Allah Akbar.

 

Inspektor Adam Knap przetarł oczy. Wyrwany przed dwoma kwadransami z głębokiego snu, wciąż dochodził do siebie. Jego umysł pracował już na najwyższych obrotach, ale jakby brakowało mu smaru. Do tego niewidoczna, zawzięta siła chciała skleić mu powieki. Oddałby wszystko, żeby zamiast tkwić na komisariacie, móc się jeszcze wylegiwać w łóżku.

Odchylił mankiet koszuli i zerknął na zegarek. Szwajcarski oris wskazywał trzy minuty po piątej.

No, dwie i pół, biorąc pod uwagę jego tendencję do spieszenia się.

– Jeżeli zakładamy, że to nie jest fałszywy alarm… – odezwał się i zawiesił na chwilę głos – do tego morza łez zostały nam niecałe dwie godziny. Spodziewam się, że skoro budzicie mnie o wpół do piątej, mamy przesłanki, że to jest całkiem na poważnie. Robert? Powiedz mi, że się mylę.

Komisarz Robert Bielawski założył ręce na piersi i napiął mięśnie jak przeciągający się kot. Był rosłym mężczyzną o wyćwiczonym ciele. Zacisnął nerwowo szczęki.

Za oknem dopiero rysował się świt. Różowawa poświata igrała na ścianach rozległego biura. Gdy Knap przed paroma minutami zjawił się na miejscu, natychmiast zgasił intensywne, białe jarzeniówki.

– Wiadomość trafiła na nasz wewnętrzny serwer – wyjaśnił Bielawski. – Jego adresu nie znajdzie się na cholernej, pierwszej lepszej stronie internetowej. Poza tym została oznaczona jako priorytetowa. Sedno w tym, że tylko my możemy ją tak oznaczyć.

– Przynajmniej teoretycznie – wtrącił się trzeci z obecnych w pomieszczeniu mężczyzn. Aspirant Tomasz Landau był najmłodszy i jako jedyny miał na sobie mundur. – Sama zawartość naszych serwerów jest zabezpieczona jak archiwum Białego Domu. Jednak skalę priorytetu dobry informatyk jest w stanie zmienić bez większego wysiłku.

– A więc możemy założyć, że to dobry informatyk?

– Bez dwóch zdań.

– Muzułmanin?

– O ile ktoś nie robi sobie z nas jaj… To chyba oczywiste.

Knap oderwał wzrok od ekranu komputera. Wpatrywanie się w plik z nagraniem dźwiękowym niewiele mogło pomóc. Poza tym o informatyce nie miał bladego pojęcia. Potrafił obsługiwać komputer, sporządzić notatkę lub wysłać maila i uważał, że jak na jego wiek tyle wystarczy. W firmie od skomplikowanej roboty miał swoich ludzi. W domu dorastającego syna, który dzielił więcej wspólnego ze światem wirtualnym niż rzeczywistym. Cud, że dzisiejszej nocy zamiast telepać się nad klawiaturą, udał się do kumpla. Nieważne, co tam robili.

– Błagam, powiedzcie mi, że jesteśmy w stanie ustalić, skąd nadeszła ta wiadomość… – Knap podszedł do okna i je uchylił. Świeże powietrze powinno pobudzić krążenie. – Informatyk jeszcze śpi? – zapytał.

– Nie jesteśmy kretynami – obruszył się Landau. – Kazałem mu się tym zająć, zanim pan przyjechał, inspektorze…

– Więc?

– Jak zwykle obiecuje złote góry, ale to potrwa. Na razie sprawa wygląda kiepsko.

– Co znaczy: kiepsko? – drążył Knap.

Bielawski bezradnie rozłożył ręce i opuścił je, głośno plaskając o wełniane spodnie.

– Nie wiemy nawet, czy wiadomość wysłano z Polski. Równie dobrze to może być żart zagranicznych hakerów. Albo gówniana zabawa jakichś małolatów.

Knap westchnął.

– Myślałem, że jedni i drudzy mają ciekawsze rzeczy do roboty – mruknął, po czym powiódł wzrokiem od jednego do drugiego policjanta. – W takim razie jak oceniacie ryzyko?

– Większe niż ciąży przy przerywanym. – Bielawski wydął wargi w ponurym uśmiechu, ale nikt nie podzielił jego humoru. – Znacznie większe.

– A ty, Tomek? – Knap wymierzył palcem w drugiego z policjantów. – Co o tym myślisz?

– Że mamy naprawdę przesrane – odparł Landau. – Nadawca zna się na rzeczy, jest zdeterminowany i sporo się nad tym napocił. Nawet nagranie wiadomości, a nie wysłanie zwykłego tekstu, o tym świadczy. Po jasną ciasną zawracał sobie tym dupę?

Knap skubnął palcami podbródek. Nigdy nie umiał sobie wyobrazić tej „jasnej ciasnej”. A może po prostu nie chciał.

Nie. To była zdecydowanie zła pora. Po pięćdziesiątce człowiek potrzebuje dodatkowej godziny snu. Ponoć jednocześnie z przejściem na emeryturę automatycznie odechciewa się spać, ale ostatnie lata to tryb nieustannego czuwania. Stand-by, jakby określił to jego syn. Coś w tym jest.

Knap intensywnie zamrugał, jakby chciał w ten sposób przegnać otępienie. Był bardzo drobnym, łysiejącym mężczyzną, z krótko przyciętą szczeciną szpakowatego zarostu. Przypominał drewnianego pajaca, na którego natura poskąpiła materiału. Zawsze wyprostowany, poruszał się flegmatycznie, jakby planował każde drgnięcie mięśnia. Mimo tego bez przerwy lustrował otoczenie bystrym spojrzeniem. Jego ciemne oczy pozostawały w nieustannym ruchu, a pierś głęboko falowała. Astmatyczny oddech powodował, że mówił cicho, a jego głos miał rzężący tembr.

– Nawet jeśli wiadomość wysłano z zagranicy… – odezwał się i zerknął za okno. Brzask mienił się w szklanych taflach wieżowców. Świt w wielkim mieście jest najpiękniejszą porą. – Musiał to zrobić Polak.

– Wnioskuje to pan po języku? – Landau powiódł spojrzeniem za Knapem. Warszawska panorama urzekała go znacznie mniej.

– Nie wyczułem choćby śladu zagranicznego akcentu – wyjaśnił inspektor.

– Też na to zwróciłem uwagę – rzucił Bielawski i poruszył myszką, rozjaśniając ekran. – Problem w tym, że nagranie brzmi dziwnie elektronicznie. Jak puszczone przez Ivonę albo inne gówno.

– Iwonę? – zdziwił się Knap. – O czym ty mówisz?

– To maszyna odczytująca teksty – oględnie wyjaśnił Landau. – Przeczyta wszystko, co jej się każe.

– Sugerujecie, że tę wiadomość odczytała maszyna? Że mogła ją napisać równie dobrze dwunastoletnia dziewczynka, a maszyna użyczyła jej głosu? – dopytywał się Knap.

– Musimy dopuścić taką możliwość. Możemy nie mieć nawet jego głosu… – odparł Landau.

Knap się zamyślił. Popatrzył po rzędach biurek, po ekranach komputerów i obrotowych fotelach. Za kilka godzin w tym pomieszczeniu będzie pracowało kilkanaście osób. Największa w Polsce, stołeczna siedziba Centralnego Biura Śledczego Policji przeszła niedawno generalny remont. Pełnymi garściami czerpano wzorce z zachodu: otwarte stanowiska pracy, dogodne warunki komunikacji pomiędzy funkcjonariuszami, inspirująca przestrzeń. Samo przebywanie w tak zaprojektowanym pomieszczeniu miało dawać natchnienie. Tyle że on miał teraz w głowie kompletną pustkę. Smar rozchodził się po trybach jego mózgu w ślamazarnym tempie.

– Musimy podjąć decyzję – obwieścił stanowczo. – Albo zaczynamy aferę, albo się wstrzymujemy. Tylko że jeśli to dzieje się naprawdę… Mamy mniej niż dwie godziny…

Landau wzruszył ramionami.

– Na dobrą sprawę nie mieliśmy jeszcze w Polsce zamachu – powiedział.

– Co z tego? – żachnął się Knap.

– To, że…

Aspirant przerwał, widząc, że inspektor już go nie słucha. Knap odruchowo przyłożył dłoń do piersi. W wewnętrznej kieszeni marynarki nosił miniaturowe wydanie Nowego Testamentu. Zastukał w nie palcem, jakby chciał wywołać odpowiedź.

– Kiedyś musi być ten pierwszy raz – szepnął ponuro. – „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Śmierć nadchodzi niespodziewanie.

 

 

 

2.

 

 

Dwie minuty później Landau połączył się z pokojem dwadzieścia osiem. Pokój dwadzieścia osiem od lat był siedzibą pionu informatycznego i stał się synonimem mitycznych czeluści, w których dokonuje się cudów w alternatywnej rzeczywistości. Pięciu etatowych, najwyższej klasy pracowników warowało w systemie dyżurowym. Dwóch zawsze na miejscu, trzech pod telefonem. Nigdy nie obarczano ich zadaniami, które mogły zostać wykonane przez informatyków zewnętrznych lub z komend wojewódzkich. Zadaniowcy Komendy Głównej, a w szczególności Biura Operacji Antyterrorystycznych, musieli być gotowi do działania na wypadek sytuacji kryzysowych. Pokój dwadzieścia osiem z niezłym wyposażeniem i bogatym zapleczem sprzętów odstresowujących stanowił ich centrum dowodzenia. Mieli tam między innymi ministół do bilarda, boisko do trambambuli oraz kilka tarcz gotowych na ostrzelanie kolorowymi kulkami lub rzutkami. Informatyczna Ziemia Obiecana.

– Musimy wiedzieć cokolwiek na sto procent. – Landau z całej siły ściskał słuchawkę. – Czy to profesjonalista, skąd wysłano wiadomość, jakim cudem ten człowiek wszedł na nasze pieprzone serwery…

– Tak. To cholerny profesjonalista – burknął informatyk. – Tyle mogę powiedzieć.

– Nic więcej? – dociekał Landau.

– Mam strzelać? Domyślam się, że od tego, co wam teraz wcisnę, może sporo zależeć. To znaczy, ja nawet nie chcę się tego domyślać. Robię swoje. A robiąc swoje, ponad wszelką wątpliwość mogę tylko powiedzieć, że skurczybyk zna się na tym, co robi. Rozumie pan? Jest specjalistą. Łamie kody aż trzeszczy – denerwował się informatyk.

Landau pokręcił głową w stronę Knapa i Bielawskiego. Obaj mężczyźni oczekiwali wyniku rozmowy, ale na ten gest jednocześnie zacisnęli zęby. Jak jednojajowe bliźniaki. Albo para kochanków, nad której karkami rozkosznie dynda ostrze gilotyny.

– Kiedy? – dopytał aspirant.

– Co kiedy?

– Jak długo mam czekać na więcej informacji? Może potrzeba panu dodatkowych ludzi? – próbował uściślić Landau.

– Ilość niczego nie zmieni – wycedził lokator pokoju dwadzieścia osiem. – Sprzęt mieli dane w swoim tempie, a pan mnie właśnie odrywa od roboty.

– Jak długo? – powtórzył z naciskiem Landau.

– Trzy godziny. Jeśli dobrze pójdzie.

– Rozumie pan, że mamy mniej niż dwie godziny? – denerwował się aspirant.

– Gówno mnie to obchodzi. Po prostu nie dam rady. – Informatyk był wyraźnie zniecierpliwiony. – Grzebanie w systemie to nie jest bieg na sto metrów i nie wsadzę sobie w dupę…

Aspirant rozłączył się i rzucił słuchawkę na biurko. Knap natychmiast odwrócił się w jego stronę. Bystre spojrzenie przemknęło po nienagannie wyprasowanym mundurze, wyprostowanej sylwetce i spoczęło na pełnej determinacji twarzy młodego policjanta.

– Trzy godziny. – Landau przeczesał palcami włosy. – Ale i wtedy nie spodziewałbym się rewelacji.

– Trzy godziny… – ponuro powtórzył za nim Knap.

Gwałtownie pobladł i zacisnął usta. Popadanie w przygnębienie nie było teraz na miejscu. Zgarbił się i nerwowo pogładził połę marynarki. Nagle zastygł w bezruchu. W tej pozycji jeszcze mocniej upodabniał się do porzuconej zabawki, z której nieoczekiwanie wyjęto baterie. Bielawski podszedł do niego. Zatrzymał się o krok naprzeciw, jakby chciał go zaraz poklepać po ramieniu.

– Co mamy robić? – zapytał i wyciągnął z kieszeni notatnik i tani, plastikowy długopis. – Doskonale wiemy, że odpowiedzialność za to gówno spadnie na nas.

Knap podniósł wzrok i powoli skinął głową.

– Wezwijcie dyżurnych – mruknął. – Wszystkich. Niech wypruwają sobie flaki, bo mają do odwalenia kawał roboty. Chcę wiedzieć, kim są te gnojki, o których mowa.

– Muhmud Ibn Yusuf al-Aswani, Fajsal ibn Husajn i Sajf Udin – odczytał z kartki Bielawski.

– Zgadza się. I ten nasz szantażysta.

– Ta’abbata Sharran – dodał komisarz.

– Jezu. – Knap odkaszlnął. – Z moją astmą, gdybym się tak nazywał, nie byłbym się w stanie nawet przedstawić.

Landau wziął telefon i giętkim krokiem przemaszerował wzdłuż pomieszczenia. Zatrzymał się przy drzwiach. Położył dłoń na klamce i wbił wzrok w czubki wypolerowanych butów.

– Mam zawiadomić górę? – zapytał.

Inspektor przygryzł wargę. Nabrał głęboko powietrza, jeszcze raz odkaszlnął i pokręcił głową.

– Jeszcze nie – zadecydował. – Zgarnijcie wszystkich wolnych ludzi. Niech zajmą się przeszukiwaniem AFIS–u, rejestrów karnych, banków, i niech przepiorą całe to biurokratyczne szambo. Możecie wypiąć się na tajemnice, jakimi się będą zasłaniali. Chrzańcie je. Macie moje błogosławieństwo. Przejrzyjcie wnioski wizowe, podania o azyl, ośrodki dla uchodźców…

Zamilkł i po raz kolejny wybuchnął kaszlem. Tym razem wszystko przez suchość w gardle. Podszedł do ustawionego na parapecie dystrybutora, ale nie było przy nim żadnego kubka.

– Coś jeszcze? – Bielawski oderwał długopis od notatnika. Starał się nie zwracać uwagi na systematycznie pogarszającą się formę szefa.

Knap wreszcie odchrząknął.

– Zacznijcie od zakładów karnych i aresztów. Może ten Muhmud i reszta doprowadzą nas do szantażysty.

Zerknął na zegarek. Piąta czternaście.

Zostało im sto sześć minut.

Lepsze to od liczby bestii, ale też wyczuwał w tym zło. Nie zwrócił nawet uwagi, że Landau wybiegł z pomieszczenia, a Bielawski gorączkowo zarządzał przez telefon akcją ściągania do firmy wszystkich ludzi.

Co mogliby zrobić więcej? Czas do zapowiadanego końca świata nieubłaganie płynął.

 

 

 

3.

 

 

Pytanie o wydajność jest zasadniczym, które powinien zadawać sobie każdy szef. Tak uważał Machiavelli. Można to również wywnioskować z pism Sun Tzu, niesłusznie zwanego Sunem Zi.

Co mogliby zrobić więcej?

Knap ciężko opadł na pierwszy z brzegu obrotowy fotel i założył na uszy przewieszone przez kark słuchawki. Odsapnął. Możliwość słuchania muzyki gdziekolwiek się ma na to ochotę była jednym z nielicznych owoców technologicznego postępu, który w pełni rozumiał. Michał nauczył go obsługiwać telefoniczną playlistę, zgrał mu kilkadziesiąt starannie wybranych utworów i kupił słuchawki. Bywał dobrym synem. Co prawda Knap dał mu na to dwie stówy, później okazało się, że sprzęt kosztował nie więcej niż pięćdziesiąt złotych, ale nie zrobił z tego afery. Bo po co? Oszustwo jest złe, brak szacunku dla rodzica tym bardziej, lecz w pewnym wieku wybiera się święty spokój, a nie misyjne nawracanie. Oszustwo można nazwać smykałką do biznesu.

Trzy minuty słuchania pozwalały zebrać myśli lepiej niż litry kawy lub innych używek. Wlewały smar w charkoczące trybiki mózgu.

Utwory wybierał na chybił trafił. Lubił myśleć, że kieruje tym wola Boska lub tchnienie Ducha Świętego i podsunięty zostanie akurat ten, który zdoła go najlepiej napędzić do roboty. Ot, cała filozofia. Wiedział, że za plecami nazywają go dewotem, jezuitą lub świętojebliwym, ale raczej nie było w tym złośliwości. Raczej.

Kyrie Missa de Angelis. Wspaniale. Podkręcił głośność w komórce, przycisnął słuchawki do uszu i zamknął oczy.

Co mogliby zrobić więcej? Czy naprawdę jest się czego obawiać? Zgodnie z najnowszym raportem wywiadu rozesłanym do wszystkich oddziałów antyterrorystycznych zagrożenie zamachami na terytorium kraju było znikome. Nie minimalne, ale znikome. Znaczyło to mniej więcej tyle, że nie ma żadnych przesłanek, aby się ich spodziewać, lecz z obowiązku dmuchania na zimne…

Muzyka ucichła. Przerwał ją dźwięk dzwonka.

Knap przyciągnął komórkę do siebie i z niechęcią zerknął na ekran.

Dom.

A właściwie DOM zapisany wielkimi literami, kontakt, który w tym momencie mógł zwiastować jedynie niebezpieczeństwo.

– Halo? – odezwał się prawie szeptem.

Zerknął w stronę Bielawskiego. Komisarz siedział kilka biurek dalej i również rozmawiał przez telefon. Miał nietęgą minę.

– Dlaczego spałem w salonie? – Głos ojca zatrzeszczał na linii. – Obudziłeś mnie, wychodząc, i nie wiem, jak się tam znalazłem. W ogóle która jest godzina?

Knap przytknął palec do skroni. Dlaczego wszystko musi się walić jednocześnie? Raz na trzy lub cztery dni jego siedemdziesięcioośmioletni ojciec był całkowicie oderwany od rzeczywistości. Ostatnio wydarzyło się to przedwczoraj, więc statystyka została zaburzona. Jego stan zaczął się pogarszać niespełna dwa lata temu, a ostatnie miesiące to była równia pochyła, ale od kilku tygodni sytuacja zdawała się stabilizować. Pozory najwyraźniej mylą, a złudne nadzieje rozczarowują najbardziej. Opiekunka przychodziła o ósmej, więc ojciec musiał przetrwać jeszcze prawie trzy godziny. O tej porze powinien wciąż spać.

Ale nie spał.

– Chciałeś koniecznie położyć się na wersalce – wyjaśnił Knap spokojnie. – Wiem, że nie pamiętasz, ale wszystko ci prześcieliłem, widzisz chyba, że…

– Jest świt – wszedł mu w słowo ojciec. – Która godzina?

– Po piątej piętnaście. Tato, proszę cię, jestem okropnie zajęty. Usiądź spokojnie i włącz sobie telewizor, a pani Lichocka zaraz do ciebie przyjdzie. Jeżeli jesteś głodny, zostawiłem ci kanapki na stole, ale…

– Sam sobie włączę – przerwał mu znów ojciec.

Knap zaczerpnął powietrza. Było mu duszno.

– Zrobisz to? – zapytał, siląc się na wesoły ton.

– Co zrobię, do cholery?

– Pytam, czy włączysz telewizor.

– A po co, do kurwy nędzy, miałbym włączać telewizor? Myślisz, że jest tam coś ciekawego? Ciągle te same mordy, które albo kłamią, albo uśmiechają się, jakby zeżarły cytrynę. Sztuczne, wypindrzone lafiryndy… – gderał stary.

– Tato – przerwał ten monolog Knap. Jeszcze przed dwoma laty przekleństwo nie przeszłoby ojcu przez usta. Był opanowany i cierpliwy. Być może Bóg wystawił go na próbę. Tylko którego z nich? – Proszę cię. Zajmij się czymś przez ten czas, aż…

– Pieprz się.

Połączenie zostało przerwane. W słuchawkach na powrót rozległy się mszalne tony.

Knap zdjął słuchawki, obrócił komórkę w dłoni i uruchomił listę kontaktów. Zegarek w górnym rogu wskazywał piątą osiemnaście. Wydzwanianie do syna o tej porze było bezsensowne. Michał z pewnością od wczorajszego wieczoru miał wyciszony telefon. Jeśli tylko wyrwał się z domowego „pokoju numer dwadzieścia osiem”, wnikał w inny świat. Nie było w nim miejsca ani dla własnego staruszka, ani dla starszego od dinozaurów staruszka staruszka. Knap przesunął kciuk nad ikonkę wiadomości tekstowych.

Może dobrym wyjściem byłoby napisanie mu wzywającego pomocy esemesa? Pewnie też nie odczyta. Telefon do opiekunki? Błaganie o to, aby przyszła wcześniej, została dłużej i do pakietu opieki nad starym Klemensem Knapem dodała jeszcze jego wnuka? Dlaczego w Wielki Piątek szkoły wprowadziły dzień wolny? Może wcale nie wprowadziły. Samotne wychowywanie dorastającego syna to wieczne ścieranie się z półprawdami. Dzień wolny mógł się okazać obowiązkowym wyjściem do muzeum. Albo dniem matur próbnych, którymi przecież nie warto zawracać sobie poczochranej, bo po owocach nas poznacie. Nie po próbach. Syn potrafił go załatwić jego własną bronią.

Z zamyślenia wyrwało go głuche dudnienie. Ekran telefonu i tak był już zaciemniony.

– Nie ma ich – stwierdził Bielawski i zaczął nerwowo bębnić kłykciami o blat biurka. – Ten człowiek chce uwolnienia ludzi, którzy nie istnieją. Nie ma po nich śladu w AFIS-ie, nie siedzą w naszych pierdlach, nie ma ich w rejestrach międzynarodowych. Landau stara się dobić do muzułmańskiego związku wyznaniowego, ale ci albo śpią, albo się modlą.

Knap schował telefon do kieszeni i podniósł się z fotela.

– Musimy skontaktować się z CAT-em.

Centrum Antyterrorystyczne ABW działa jak stacja benzynowa: czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Pracują w nim doskonali specjaliści i zrzutki odesłane z innych jednostek w delegację. Nigdy nie wiadomo, co może wyniknąć ze współpracy z nimi, ale po przefiltrowaniu informacji należało informować CAT o każdym poważnym zagrożeniu. A Knap coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że tym razem ryzyko zamachu jest więcej niż poważne. Miał naprawdę parszywe przeczucie.

Bielawski trzymał w dłoni notes, ale go nie otworzył.

– Jest pan pewny? Może powinniśmy jeszcze zaczekać – zapytał.

– Wolę, żeby wściekali się, że zawaliłem ich bezsensowną robotą, niż że olałem zagrożenie. To łatwa kalkulacja – przekonywał inspektor.

– Tak, ale…

– Ale co do licha? – zniecierpliwił się Knap.

Bielawski wzruszył ramionami.

– To wygląda jak dziecięcy żart – mruknął. – Może ktoś użył arabskich imion znalezionych w Google i zabawił się w hakera? Może wyskoczy zaraz z żądaniem forsy, bo inaczej upubliczni, że nasze serwery są bardziej chwiejne niż Kim Dzong Un czy jak mu tam…?

– Rocketman. – Knap uśmiechnął się ponuro. – Może tak, a może nie. Ale tak samo jak on może nam zaserwować masakrę.

 

 

 

4.

 

 

Koordynator Centrum Antyterrorystycznego ABW przyjął informacje od Knapa do wiadomości. O jego reakcji nie można było powiedzieć wiele więcej. Landau natychmiast dosłał na maila wiadomość od szantażysty, a Bielawski usiłował się dodzwonić do pokoju dwadzieścia osiem. Tym razem jego telefon pozostał bez odpowiedzi.

Tuż po wpół do szóstej w głównej sali operacji Centralnego Biura Śledczego pojawili się pierwsi ściągnięci pospiesznie funkcjonariusze. Niezły wynik, mając na uwadze, że zostali powiadomieni ledwie kilkanaście minut wcześniej. Nawet gdyby przyjąć, że mieszkali w niedalekim apartamentowcu wynajmowanym w większości na potrzeby policji, zjawili się błyskawicznie.

Knap każdemu oddzielnie dziękował za szybkie przyjście i wręczał odpis wiadomości oraz pospiesznie skreślony raport. Sześć punktów już wykonanych oraz zakres zadań do zrealizowania. Na samym szczycie niezmiennie te same pozycje: ustalenie, kim jest Ta’abbata Sharran, i jak najszersza analiza nagrania. Należało zweryfikować, czy próby podobnego szantażu miały miejsce już wcześniej. Nieważne, czy w Polsce, Europie, czy Stanach.

Drugi, nie mniej istotny punkt dotyczył tożsamości Muhmuda Ibn Yusufa al-Aswaniego, Fajsala ibn Husajna i Sajfa Udina – jeśli nie były to tylko ściągnięte z Google’a nazwiska. W tym celu poszukiwano arabisty i nękano telefonami uparcie milczący muzułmański związek wyznaniowy.

Pozostałe punkty stanowiły naturalną konsekwencję dwóch pierwszych. Zebranych podzielono na grupy i zagoniono do roboty. Pod czujnym „jezuickim” okiem. Wszyscy byli zdeterminowani, ale i nerwowi. Po raz pierwszy po ściągnięciu o takiej porze nikt nie oznajmił im, że to tylko ćwiczenia.

O piątej trzydzieści sześć Knap opuścił ruchomy pulpit telewizora i przy pomocy Landaua uruchomił sprzęt. Włączył kanał IiN, na którym wciąż wyświetlano pasek z aktualną godziną. Chciał, żeby wszyscy zebrani zdawali sobie sprawę z upływu czasu. Mimo kolejnych zamówień wciąż nie dostali na wyposażenie porządnego zegara. Ministerialny gadżet w kształcie orła ściskającego pod skrzydłem cyferblat był czytelny co najwyżej z dwóch metrów. Poza tym źle chodził.

Inspektor wyciszył dźwięk i przez chwilę wpatrywał się w reporterkę wskazującą na płonący budynek. Informacją poranka był pożar mleczarni w Nowinach. Nie wiedział tylko, czy Nowiny to nazwa programu, miejscowości czy wymysł wydawcy. Nie interesowało go to.

O piątej trzydzieści osiem przybyły dosłownie przed kilkoma minutami policjant niespokojnie poruszył się na fotelu. Knap wyłowił ten ruch, a następnie zrozumiał ściągające go spojrzenie. Powlókł się w jego stronę.

– Ta’abbata Sharran – wydusił aspirant. – To po arabsku znaczy: Ten, Który Wziął Zło pod Pachę.

Pochylony kilka metrów dalej nad telefonem Bielawski wymownie fuknął.

– Pięknie. Nie dość, że świr, to jeszcze zboczeniec.

– Tak nazywał się arabski poeta – wtrącił aspirant.

– Nazywał czy nazywa? – natychmiast dopytał Knap. – Bo chętnie bym go zapuszkował za samo imię.

– Spóźnił się pan o jakieś półtora tysiąca lat, panie inspektorze. Żył w szóstym wieku po Chrystusie – dodał policjant.

Knap położył dłonie na oparciu fotela podwładnego. Zerknął na monitor. Ekran był podzielony na dwa pulpity, które wypełniały z jednej strony arabskie zawijasy, a z drugiej najwyraźniej ich angielskie tłumaczenie.

– Masz coś więcej?

– Żadnych źródeł po polsku. Po angielsku też niewiele. Głównie po francusku, włosku… No i po arabsku.

– Niech ktoś to przetłumaczy. Może w ten sposób szantażysta daje nam jakiś znak. Oświećcie mnie, co to był za poeta, o czym pisał i jakie zło brał pod pachę.

– Pieprzoną kozę kusicielkę. – Uwaga z głębi sali wywołała szmer chichotów.

Knap natychmiast odwrócił się do młodego, krępego policjanta, który przyszedł jako jeden z pierwszych. Wymierzył w niego palcem.

– Bez takich proszę – zgromił go, a palec, niczym lufę pistoletu, schował do kieszeni.

Wymianę kpiących, porozumiewawczych spojrzeń przerwał dźwięk telewizyjnej relacji. Landau stał kilka kroków przed ekranem i nerwowo naciskał pilota. Knap w pierwszej chwili chciał go upomnieć, lecz nim otworzył usta, wszystko zrozumiał. Miejsce blond reporterki relacjonującej pożar stodoły albo mleczarni zastąpił dziennikarz nadający ze studia. Był poważny i skupiony. W dłoni przed sobą trzymał kartki, co zdarzało się bardzo rzadko. W zasadzie tylko wtedy, gdy pojawiały się tak zwane „wiadomości z ostatniej chwili”. Knap pamiętał moment, gdy dziennikarze podawali informacje o katastrofie pod Smoleńskiem, śmierci Jana Pawła II lub zamachach w Paryżu. Napięte mięśnie, niepewny głos, niewłaściwa dykcja. Brak przygotowania. Paniczna spontaniczność.

Prowadzący odłożył kartkę i podniósł wzrok. Spoglądał teraz prosto w kamerę.

– Czy Polacy po raz pierwszy powinni naprawdę obawiać się zamachu?

Dramatycznie postawione pytanie wywołało na twarzy Knapa grymas niezadowolenia. Nie po raz pierwszy. Po raz pierwszy jednak sprawy zaszły tak daleko, że dowiadywały się o nich media.

 

 

 

5.

 

 

O piątej czterdzieści pięć Greta Nawrocka od wielu miesięcy z reguły była już na nogach. Budziła się o czwartej trzydzieści, najpóźniej za kwadrans piąta, i zwyczajowo jeszcze przez kilka minut polegiwała w łóżku. Tego ranka nie była senna, ale zmęczona. Tak samo zmęczona jak poprzedniego dnia, gdy przed dwudziestą drugą okrywała się pod szyję cieniutką i wywietrzoną kołdrą. Tak samo zmęczona jak poprzedniego dnia w południe. I tak samo jak o dowolnej porze przed miesiącem, dwoma czy trzema. Dokładnie od stu czterdziestu dni. Jak długo jeszcze? Tego jak zwykle nikt nie mógł przewidzieć. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Była drobną brunetką z haczykowatym nosem, ładnymi ustami i wesołym spojrzeniem. Każdy jej ruch wyrażał emocje, w których kryła się jednocześnie nieudolnie tłumiona nerwowość. Zupełnie jakby spodziewała się nagłego ataku z każdego kierunku.

O piątej czterdzieści rozciągnęła mięśnie karku i po raz kolejny uruchomiła wyodrębniony przez specjalny program fragment siedemnastominutowego nagrania. Przysunęła do siebie notatnik. Z profesjonalnych, studyjnych słuchawek popłynęły kolejne słowa po niemiecku.

 

Bez względu na to, jak ciężki wydaje się w tej chwili kryzys, w końcu mimo wszystko przezwyciężymy go naszą niezłomną wolą, naszą ofiarnością i umiejętnościami. Przetrwamy również tę biedę. W tej walce nie zwycięży Azja Środkowa, lecz Europa – a na jej czele naród, który od półtora tysiąclecia reprezentował Europę jako czołowe mocarstwo przeciwko Wschodowi…

 

Pauza. Ostatnie radiowe przemówienie Adolfa Hitlera z 30 stycznia 1945 roku po komputerowej obróbce zyskało nowy wymiar. Usunięte zostały wszystkie szumy, przekłamania dźwiękowe i spadki tonacyjne. Przede wszystkim jednak udało się jej wyeliminować efekt, jaki dawał specjalny mikrofon skonstruowany dla Führera. Jego głos okazał się wyższy, bardziej rozedrgany i sapliwy niż znany z medialnych przekazów.

Nawrocka przygryzła ołówek. Przewróciła kartkę gęsto zapisanego czerwonym tuszem notatnika i zaraz wróciła do poprzedniej. To był jej system pracy. Najpierw ogólne uwagi zapisywała piórem nabitym krwistym atramentem, później dołączał ołówek, na koniec gumka i markery. Od ogółu do szczegółu. Od czerwieni przez szarości do pełnej tęczy.

Pracujący w tle program rozkładał nagranie na elementy pierwsze. Wykres wskazywał częstotliwość dźwięku, tembr głosu, zmianę jego barwy i wysokości. Kilkanaście kolejnych wskaźników tworzyło rozmaite wykresy. Linie proste, sinusoidalne, mieszane…

Na górze strony notatnika wielkimi, drukowanymi literami było napisane pojedyncze słowo: NEGACJA. Termin zaczerpnięty z nomenklatury logicznej doskonale pasował do jej badań. Rozszyfrowywanie myśli i emocji człowieka na podstawie jego głosu nie jest wróżeniem z fusów. Opiera się na logicznym fundamencie i żmudnej pracy. Po wielu miesiącach analiz, napisanych kilku artykułach, które wciąż czekały na publikację, Nawrocka była pewna jednego: Hitler, gdy wypowiadał te słowa, nadal wierzył, że zwycięstwo jest ciągle możliwe. Mimo tego nie miał już takiej pewności siebie jak przed dwoma czy trzema miesiącami. Fiasko ofensywy w Ardenach musiało na krótko przywołać go do rzeczywistości. Trauma, nie tylko w jego przypadku, spowodowała oprzytomnienie.

Wszystko sprowadzało się do szeregu zmiennych występujących na różnych etapach przemówienia. Kiedy Hitler mówił o rzeczach ogólnych albo czysto ideowych, robił to wolniej i wyraźniej. Gdy tylko poruszał temat zwycięstwa, niezamierzenie przyspieszał, a jego głos stawał się bardziej bełkotliwy. Poza tym coraz mniejszą wagę przywiązywał do odpowiedniego akcentowania słów. Jednocześnie za szczątkową, ale wciąż istniejącą wiarą przemawiała wysokość jego głosu i głośność, z jaką wypowiadał kolejne zdania.

Negacja.

Kiedyś wyniki tych badań znajdą się w podręczniku dla negocjatorów i psychologów policyjnych. Podobne prace prowadzono na większości poważanych uczelni, a także w licznych ośrodkach szkoleniowych. Jeden z profesorów pracujących dla FBI w Quantico stworzył podobno algorytm wykrywający fałszywe zdania w dłuższych wypowiedziach. To ciekawe, ale nie tak odkrywcze jak analiza głosu. On chciał uchwycić pewne zmienne. Nawrocką natomiast interesował przede wszystkim „zapach” głosu. To określenie to również był jej pomysł. Ze wszystkich zmysłów zapach jest przetwarzany najdłużej i najdłużej pozostaje w pamięci. Zapach pozwala wyczuć niebezpieczeństwo, strach, gniew czy radość. Pozwala zajrzeć w alkoholową przeszłość i w krótką przyszłość.

„Zapach głosu” to dobry tytuł dla powstającej pracy.

Nawrocka poczuła solidne uderzenie w łydkę. Grubaśny kot taranował ją swoją kubełkowatą łepetyną.

– Cześć Fre-Freddie.

Pupil specjalistki od analizy głosu musiał nosić imię na cześć kogoś hojnie obdarzonego. Głosem, rzecz jasna. Specjalistka od analizy musiała się jąkać. Wtórnie, szlag by to. Drobna zasługa byłego męża i spuścizna po nim. Precyzyjniej ujmując, już niedługo byłego, a obecnie przynajmniej odseparowanego. Psycholog utrzymywał, że jąkanie minie, kiedy tylko poradzi sobie z traumą ostatnich wydarzeń. Podbite oczy, złamane trzy żebra, wybity palec i jama brzuszna przypominająca przejrzałe, stłuczone jabłko. Dość, by mimo wszelkich próśb lekarz zgłosił sprawę na policję. Dość, by mimo wysiłków adwokata jej męża sąd nie miał problemu z ocenieniem stopnia winy.

– Co tam?

Freddie zazwyczaj budził się później od właścicielki. Tfu. Opiekunki i strażniczki jego domowego spokoju. Teraz ocierał się o jej łydkę, prężąc dumnie puszysty ogon. Był to błękitny brytyjczyk, choć gdyby go ostrzyc, przypominałby pewnie tłustego świńskiego noworodka. Nawrocka utrzymywała, że chorobliwa otyłość to cecha gatunku.

– Jesteś głodny?

Kot odpowiedział cichym mruczeniem. Wygiął grzbiet, podstawiając do drapania newralgiczne miejsce między ogonem a końcem kręgosłupa.

– Okej. Zróbmy prze-przerwę i c-coś sobie skubniesz.

Greta zdjęła słuchawki i odłożyła je na biurko. Tuż obok położyła notes, a na jego okładce ołówek. Wstała i szybkim krokiem ruszyła do kuchni. Kot, ciągnąc brzuchem po ziemi, poturlał się za nią.

– Dziś post. Pewnie nic ci o t-tym nie wia-wiadomo?

Oczywiście, że nie. Freddie rąbnął łbem w rant szafki. Najwyraźniej chciał pokazać, że wie, gdzie jest przechowywane jedzenie, i nie zawaha się zdobyć go siłą. Zamruczał jeszcze głośniej. Dźwięk kociego mruczenia zawiera się zazwyczaj w częstotliwości pomiędzy dwudziestoma pięcioma a pięćdziesięcioma hercami. Wszystkie koty mruczą tak samo. Ostatnio dowiedziono, że ten odgłos działa przeciwbólowo i przyspiesza zrastanie się kości. Tak przynajmniej utrzymywali amerykańscy naukowcy.

Nawrocka wyciągnęła z szuflady miskę i saszetkę z krewetkowym wkładem. Skoro mamy Wielki Piątek…

Nim przełożyła zawartość saszetki do miski, podeszła do parapetu. Włączyła radio akurat w momencie, gdy odtwarzano nagranie.

 

Będę ciął ile sił, aż nabierzecie rozumu. Najlepiej dla was, abyście mieli go już teraz. Zostało tylko sto siedemdziesiąt osiem minut. A może i mniej.

 

Już słyszała taki głos. Nie miała żadnych wątpliwości.

 

 

 

6.

 

 

Niespełna kilometr od mieszkania Grety Nawrockiej, na hali lotniska Chopina powietrze jest wręcz naelektryzowane niepokojem i napięciem. Wystraszeni ludzie czulej niż zwykle żegnają się przed przestąpieniem bramek. Na tarasie widokowym jest tłum, który z ulgą obserwuje, jak kolejne samoloty udanie wzbijają się w powietrze.

Żadnych wybuchów. Tylko huk silników.

W sklepach bezcłowych podręczne porcje alkoholu znikają w zdwojonym tempie. Nawet głos kobiety odczytującej kolejne komunikaty jest napięty, a jego częstotliwość waha się, wykraczając poza normalny zakres.

– Prosimy o pilnowanie bagaży – przypomina. – Za pozostawienie bagażu bez nadzoru grozi kara grzywny…

Nie trzeba o tym mówić. Pasażerowie sami natychmiast zgłaszają każdą walizkę i torbę, która znajduje się dalej niż na ramieniu lub w dłoni właściciela. Trzymają się przy tym bliżej ścian, a tłum kłębiący się przy odprawie jest przerzedzony. Ludzie zachowują od siebie większy dystans i unikają tłoku. Obserwują się. Taksują nieufnymi spojrzeniami. Nie bratają się przed lotem przy dużym piwku i małej zakąsce.

Para o arabskich rysach przemyka ku parkingowi. Kobieta trzyma się za okrywającą jej włosy chustę, jakby bolała ją głowa. Unikają spojrzeń i prawie biegną. Muszą wyminąć grupkę krótko ostrzyżonych nastolatków, którzy pojawiają się na ich drodze. Młode przedmurze chrześcijaństwa, które własną piersią jest gotowe nakryć ładunek wybuchowy. Śmierć za ojczyznę jest dla nich największą ofiarą. Szczególnie że po niej nikt nie obiecał palm wokół basenu i pięknych hurys.

O piątej czterdzieści dziewięć na telefon alarmowy straży miejskiej ktoś zgłasza podejrzany obiekt przy ulicy Narbutta. Lśni się i jest ukryty w krzakach. Radio Kolor jako pierwsze mogłoby rozpocząć relację na żywo z pirotechnicznej wiwisekcji obdartej puszki po piwie. Ale ta miała nastąpić dopiero za dwa kwadranse.

Tymczasem na Dworcu Zachodnim niepokój i napięcie są równie skondensowane jak na Okęciu. Nie rozwiewa ich nawet pęd pociągów co rusz wpadających na stację. Najwidoczniej w zamkniętych pomieszczeniach powietrze jeszcze łatwiej jest nasączyć strachem. To zasada krwi wsysanej przez gazę. Ciecz niby znika, lecz pozostaje jej słodkawy zapach.

Ale o tym nikt nie myśli.

Ochroniarze rozglądają się pilniej, a ich oczy nie są tak zaspane jak zwykle. Żaden z nich ukradkiem nie ziewa ani nie przystaje, udając zafrapowanie błędem na tablicy odjazdów.

– Jeśli miałbym coś wysadzać, to tylko tutaj – szepcze jeden do drugiego, gdy mijają się w rozsuwanych drzwiach prowadzących z terminala na perony.

– Powinni przysłać policję z psami.

– Myślisz, że są w stanie cokolwiek wytropić? To, co ma pierdolnąć, macza się w perfumach i możesz zapomnieć. A dżihadyści to nie amatorzy.

– Mimo wszystko…

Ochroniarze przypatrują się niskiemu mężczyźnie, którego twarz zasłania rondo kapelusza. Podróżny ściska w dłoni skórzany neseser, a zamek jego sportowej kurtki jest zapięty pod samą szyję. Idzie szybko, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Wchodzi na halę dworca i prawie zderza się z idącą z naprzeciw staruszką. Spod ich nóg wzbija się przestraszony gołąb.

– Widziałeś? – Starszy z ochroniarzy ukradkiem wskazuje mężczyznę ruchem głowy.

– Co takiego?

– Kieszeń. Zobacz jego kieszeń.

Rzeczywiście, z kieszeni mężczyzny wystaje kilka kolorowych sznurków. Czarne, żółte, niebieskie, czerwone. To wiązki przewodów elektrycznych. Wystają zaledwie kilka centymetrów, ale są widoczne i najwyraźniej biegną gdzieś w stronę biodra. Być może dalej, ku plecom lub…

– Proszę pana! – krzyczy ochroniarz tak, że zebrani wokół ludzie odwracają głowy.

Tymczasem podróżny z neseserem i kablami sterczącymi z kieszeni nie zwraca na niego uwagi. Zdaje się nawet, że przyspiesza kroku. Zmierza ku ruchomym schodom, a inni pasażerowie, widząc, w kim jest utkwiony wzrok ochroniarzy, rozstępują się. Jedna z matek łapie na ramiona dziecko i rzuca się biegiem do wyjścia. Malec zaczyna płakać.

– Proszę się zatrzymać!

Ochroniarze rzucają się w pogoń za mężczyzną. Dzieli ich od niego kilka metrów, ale na ich twarzach nie widać bezwzględnej determinacji. Zdaje się, że woleliby go nie zatrzymywać.

– Stój!

Nie wiadomo, czy młodszy, zaledwie dwudziesto- może dwudziestodwuletni ochroniarz krzyczy do nieznajomego, czy do swojego towarzysza. Podróżny w kapeluszu zdjął rękawiczkę. Jego lewa dłoń szybko zmierza ku kieszeni.

– Cholera… On zaraz…

Ochroniarz zaciska zęby, a strach dodaje jego rysom powagi. Jego wzrok jest utkwiony w wiązce kabli, a nogi same składają się do skoku.

 

 

 

7.

 

 

– Wszyscy trzej to dżihadyści z wypranymi mózgami. Zatrzymaliśmy ich przy pomocy amerykańskich i niemieckich chłopaków, gdy przed tygodniem chcieli prysnąć do Emiratów. Fałszywe paszporty, lewe historie, sama gotówka… Wie pan, o czym mówię, inspektorze.

Knap spuścił głowę i odsunął nieco słuchawkę. Wiedział. I nie były to dobre wiadomości. Chociaż Henryk Rudnicki, wiceszef CAT, nie sprawiał wrażenia zaniepokojonego, coś tu wyraźnie nie grało. Nie tylko to, że poranną groźbę zamachu Centrum Antyterrorystyczne zdawało się mieć w głębokim poważaniu.

– Dlaczego nie znaleźliśmy o nich żadnej wzmianki w rejestrze? – zapytał Knap. – Straciliśmy przez to czas, a pan mi mówi…

– Kwestie proceduralne. Przynajmniej tyle mogę powiedzieć – odparł Rudnicki.

– No tak. Procedury… À propos procedur, ktoś chce ich ekstradycji? – drążył inspektor.

Rozmówca Knapa cicho parsknął.

– Stany, Francja, Wielka Brytania, zdaje się, że nawet coś przebąkiwali Rosjanie. To popularna trójka, ale wśród nich jest Polak. On trochę komplikuje sprawę.

– Domyślam się, choć… – zaczął Knap.

– Panie inspektorze – Rudnicki po raz kolejny wszedł mu w słowo – podejrzewamy, że to właśnie oni mogą mącić. Rozumie pan?

– Chyba nie do końca.

W słuchawce świsnęło nerwowo wypuszczone powietrze.

– No dobrze, proszę posłuchać. Te pokręcone świry chciały wysadzić cokolwiek w Europie. Ich plan był prosty i oparty na jak największej liczbie ofiar. Gdyby się nie udało podłożyć ładunków, byli gotowi sami się poświęcić. Chodził u nas nawet żart, że mają naprawdę wybuchowe charaktery. Łapie pan?

Rudnicki zachichotał zadowolony z własnego dowcipu. Zrobił chwilę przerwy, jakby oczekiwał podobnej reakcji po drugiej stronie słuchawki. Tymczasem Knap z markotną miną oparł się łokciem o biurko. Szykowała się długa przemowa, ale mógł się tego spodziewać. Rudnicki albo działał natychmiast, albo z nadętą wyższością perorował o bzdurach. Jak większość służbistów z politycznego nadania nie czuł na karku nawet muśnięcia odpowiedzialności. Jedyne, czego musiał pilnować, to żeby nie podpaść zwierzchnikom. Gra z Rosjanami była więcej warta niż gra o ludzkie życie.

– Najgorsze jest to – ciągnął – że nie ustaliliśmy ich planów przerzutowych ani pełnej roli Polaka. Zdaje się, że był najmniej przekonany do wysadzania się. W każdym razie mogę pana zapewnić, inspektorze, że nie mieli żadnych dalszych powiązań. Przynajmniej na terenie Polski. Byli odcięci od organizacji, o ile w ogóle mieli z nią coś wspólnego. To takie samotne wilczki, które snuły wielkie wizje…

Rudnicki wreszcie zamilkł. Był gnojkiem, ale nie nudziarzem.

– A ten Ta’abbata Sharran? – zapytał Knap.

– O nim nikt nie słyszał. Nie mamy go też w naszej bazie danych i już wiem, że nie figuruje także u żadnego z naszych zachodnich partnerów. Nikt do tej pory nie działał pod tym imieniem. Ani nie posługiwał się nim na znanych nam wewnętrznych kanałach ekstremistów.

– Poza poetą.

– Co takiego?

– Znaleźliśmy arabskiego poetę, który tak się nazywał. – Teraz Knap aktorsko zawiesił głos. – Ale i jego trudno podejrzewać – wyjaśnił zaraz mentorskim tonem. – Zmarł jakieś sto lat przed tym, jak Mahomet zaliczył pierwszego klapsa w tyłek.

Rudnicki westchnął.

– Powtórzę panu – mruknął zniecierpliwiony. – Jestem pewny, że sprzątnęliśmy całą grupę. Ta’abbata Sharran to może być rosyjski agent, który stara się nam namieszać w śledztwie. A od wywiadu wiem, że Ruskim na paru rzeczach kurewsko zależy. Dlatego ten materiał tak szybko trafił do mediów. Chodzi o chaos i testowanie systemów, a nie o realne groźby.

– Co mieliby niby testować?

– To, w jaki sposób naprawdę kiedyś przeprowadzić zamach. Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Teraz mają z pewnością lepsze pomysły.

 

 

 

8.

 

 

Na zakończenie narady Rudnicki postanowił wysłać do Knapa koordynatora. Inspektor zdawał sobie sprawę, że w rzeczywistości jego rola sprowadzi się do innej funkcji. Również na literę K. I wcale nie chodziło o nic ordynarnego, Knap nawet w myślach starał się nie przeklinać, ale mimo wszystko nazywał rzeczy po imieniu. Koordynator będzie zwykłym kretem ABW na jego policyjnym poletku.

Drugą decyzją miało być zwiększenie liczby patroli w miejscach publicznych. Rudnicki był uparty, ale mimo wszystko przezorny.

Nieoficjalnie można było również wyprowadzić z koszar trochę żołnierzy, lecz ten ruch nie leżał ani w kompetencji Knapa, ani Rudnickiego. Uzgodnili, że na razie lepiej się wstrzymać. Nawet z konsultacjami na wyższym szczeblu. Skoro sprawa jest w mediach każdy minister dowie się o niej przy porannej kawce. Przede wszystkim należy uniknąć eskalowania niepokoju w społeczeństwie. Bo to się zawsze źle kończy.

Społeczny niepokój mógł rozniecić taką iskrę, jaka dwa tysiące lat temu doprowadziła do pogromów chrześcijan, przed osiemdziesięciu laty przekuła się w Noc Kryształową, a zupełnie niedawno w afrykańskie rzezie albinosów, azjatyckie masakry buddystów czy południowoamerykańskie pogromy Indian. Iskra niepokoju doprowadziła do tego, że przed paroma minutami na dworcu ochroniarze pobili głuchoniemego, który nosił w kieszeni breloczek ze smyczą imitującą wiązki kabli.

Za dziewięć szósta aspirant Landau strzepnął niewidzialny pyłek z rękawa munduru. Odepchnął od siebie klawiaturę i wykonał nieokreślony ruch w stronę ekranu.

– Nigdy wcześniej nie mieli takiej motywacji – mruknął. – Ani razu przy większych zamachach islamiści nie uciekali się do szantażu. Nie chcieli paktowania, wypuszczania współtowarzyszy… To nie jest ich strategia. Tak działało IRA, FARC albo ETA, ale nie muzułmańskie unabombery.

Siedzący stanowisko dalej Knap przeglądał materiały udostępnione przez podwładnego. Nowy system parował wszystkie urządzenia i pozwalał w dowolny sposób upubliczniać własne dokumenty. Przyspieszało to znacznie pracę całego wydziału.

Uruchomił plik zapisany na serwerze. Zamaskowany mężczyzna wymachiwał na nim karabinem i mówił po arabsku. Polska transkrypcja jego słów pojawiła się na dole monitora.

 

Tak długo, jak będziecie prowadzić bombardowania, nie zaznacie pokoju. Będziecie się nawet bać wyjścia na zakupy. Bracia moi, w rzeczy samej otrzymaliście rozkaz, aby walczyć z niewiernymi wszędzie tam, gdzie ich spotkacie – więc na co czekacie? Jest broń, są dostępne samochody i cele gotowe, aby w nie uderzyć. Nawet trucizna jest dostępna, dlatego zatruwajcie wodę i pożywienie choć jednego z wrogów Allaha.

 

– To po Paryżu z piętnastego roku – wyjaśnił Landau.

– Jezu, już trzy lata… – syknął siedzący obok niego policjant. – Czas zapieprza jak szalony…

– Właśnie. Czas.

Knap wymownie wskazał na ekran ponownie wyciszonego telewizora. Przeleciał wzrokiem plik tekstowy.

 

Ludu Hiszpanii. To, co się stało w Barcelonie, to przez wasz udział w wojnie przeciwko Państwu Islamskiemu. Idziemy do was, do serca waszej ziemi. Będziemy nadal was terroryzować i rujnować wasze życie…

 

Jeden z żołnierzy kalifatu podłożył bombę na zgromadzeniu krzyżowców w mieście Manchester.

 

Nie trzeba było żadnych wyjaśnień. Te i kilkanaście innych fragmentów oświadczeń Państwa Islamskiego oraz innych organizacji terrorystycznych miały dwie motywacje. Zemstę i nienawiść religijną. Nic innego.

– Znalazłem informacje sprzed kilku lat o próbie szantażu we Francji – ciągnął Landau. – Ale gówno z tego wyszło. Podobnie kilkukrotnie w Niemczech. Plany szlag trafiał już na początku i wszystkich puszkowano. Raczej nie mieli dobrej passy…

– Coś więcej? – spytał Knap.

– Jeszcze nie. Szukam dalej – odpowiedział Landau.

Siedzący w kącie aspirant, który odkrył powiązanie pseudonimu szantażysty z poetą, podniósł dłoń.

– Ja coś mam – mruknął zawstydzony tym, że ściąga na siebie uwagę całej sali.

Taki system pracy w wielu firmach by się nie sprawdził, ale Knap testował go z powodzeniem od prawie dwóch lat. Błyskawiczna wymiana danych przyspieszała myślenie całego towarzystwa. Zmrużył oczy, starając się dostrzec identyfikator na biurku młodzika. S. Lencki. No tak. Miał to na końcu języka.

– Sharran był wojownikiem z okresu przedislamskiego – wyjaśnił aspirant. – Nazywano go arabską wroną, ze względu na odcień skóry. Jego matka była Murzynką…

– To w końcu arabska wrona czy Ten, Który Wziął Zło pod Pachę? – dopytał z głębi pomieszczenia krępy gliniarz.

Sala ryknęła śmiechem.

– Może naprawdę nie ma się czego bać. Okaże się, że rozgryzamy niegroźnego świra albo smutnego hakera, któremu znudziło się oszukiwanie w multiplayerze. Z całym szacunkiem dla pokoju dwadzieścia osiem.

Ponowna salwa śmiechu, choć dość nerwowego. Aspirant otarł czoło i poprawił się w fotelu.

– Znalazłem trzy wyjaśnienia, dlaczego nazywano go Tym, Który Wziął Zło pod Pachę.

– Śmiało – zachęcił go Knap. Pozostał jednak poważny. Delikatny uśmiech, który uniósł kąciki jego ust, wyrażał raczej zakłopotanie.

– Uwaga, pierwsza wersja. – Lencki uniósł palec. Rozluźnienie udzieliło się również jemu. – Podobno jego matka kazała mu znaleźć coś do jedzenia, a on po kilku godzinach wrócił z koszem żmij pod pachą. To ta ciekawsza. Druga jest banalna i sprowadza się do tego, że ponoć przez całe życie nosił na boku miecz albo inne żelastwo.

– A trzecia?

– Trzecia… – aspirant rozłożył ręce – …może jest najbardziej wymowna. Sharran miał zabić jakiegoś dżina, który terroryzował pielgrzymów przechodzących przez pustynię. Z jego truchłem pod pachą wrócił w rodzinne strony. Amen. Poza tym…

Drzwi do sali otworzyły się z trzaskiem. Do środka ciężkim krokiem wparował Bielawski.

– Na serwer informatyków nadeszła kolejna wiadomość – rzucił, spoglądając w stronę Knapa. – Znowu wysłał nam plik dźwiękowy.

Lżejszą atmosferę momentalnie zastąpiła pełna napięcia cisza. Do głosu doszedł monotonny szum klimatyzatorów.

 

 

 

9.

 

 

Człowiek Cień przekrada się bocznymi uliczkami. Słońce właśnie wzeszło na dobre i świt z pełną pompą zmienił się w ranek. W tym roku Wielki Piątek to naprawdę piękny dzień. Koniec kwietnia, pogoda jak marzenie. Cud, miód, malina, jak mówiła jego babcia.

Wczoraj w południe było dwadzieścia jeden stopni. Dziś ma być jeszcze cieplej. Liczą się perspektywy, choć teraz, o piątej pięćdziesiąt cztery, jest ledwie osiem powyżej zera.

Ani jednej chmurki na niebie, ani muśnięcia wiatru na twarzy. Mimo tego twarz Człowieka Cienia jest smutna. Nie uśmiecha się, idzie, o ironio, ocienioną stroną chodnika, a jego oddech jest przyspieszony. Wygląda, jakby zaraz miał upaść.

Jednak właściwie już upadłem – myśli. I podejmując decyzję zdołałem się podnieść. Drugi raz sobie na to nie pozwolę. Nie będzie drugiego razu.

Ktoś trąca go w ramię, ale Człowiek Cień nie zwraca na to uwagi. Idzie dalej wytyczoną trasą. Żadnych przystanków, żadnych rozmów, żadnych nieporozumień. Jedno odstępstwo od planu może zepsuć wszystko.

Już kilka razy mu się to zdarzyło. A teraz stawka jest na tyle wysoka, że nie można ryzykować. Musi być jak maszyna. Jak Robocop lub ten pokręcony francuski inspektor Gadget albo transformers. O żadnym z nich większość Arabów nie ma bladego pojęcia. W ich świecie dżinów, haremów i piasku sprawdza się tylko toyota hilux, symbol dżihadu.

Człowiek Cień przyspiesza kroku. Nie patrzy na zegarek, bo ma jeszcze trochę czasu. Na pewno zdąży. Przechodząc przez ulicę, lekko pochyla głowę, starając się uniknąć bacznego spojrzenia kamery. W jednej trzeciej to atrapy, a w jednej trzeciej czujniki służące regulacji ruchu, ale lepiej się nie narażać.

Gdy wychodzi wreszcie na główną ulicę, światło odbijające się od szklanej tafli wieżowca razi go w oczy. Przez chwilę musi iść z pochyloną głową, wreszcie się przyzwyczaja. Mógłby wziąć okulary przeciwsłoneczne, ale zamiast nich na nosie ma zerówki w eleganckich oprawkach. To także część planu.

Skórzana torba w jego dłoni nosi wielkie logo w kształcie sylwetki słonia. Jego trąba obejmuje tłoczony napis „Cinnamon Elephant”. Oglądał go kilka razy i zastanawiał się, czy słoń aby na pewno jest odpowiedni. Psychologicznie pewnie można by powiązać z nim wiele symboli. Kulinarnych również.

W sumie Cynamonowy Słoń to nazwa tak samo dobra jak Little Boy albo Fat Man. Może się nawet z nimi kojarzyć. No cóż…

Człowiek Cień wolną dłonią sięga do marynarki i wyjmuje z kieszeni portfel. Nie zatrzymując się, otwiera go i patrzy na wsunięte za przezroczystą folię zdjęcie. Uśmiecha się, a dosłownie sekundę później pociąga nosem. Nie ma przy sobie chusteczek, bo tego nie obejmował plan. Mógłby się zatrzymać i kupić paczkę w którymś z kiosków, ale pierwsze z nich otworzą dopiero za kilka minut. Nie może zwlekać. Nie może sobie pozwolić na rozmowę z kioskarzem, sklepikarzem ani przechodniem.

Dobrze wie, co ma robić.

Wszyscy tak bardzo się zdziwią.

 

 

 

10.

 

 

GODZINA 5:55

 

Pokój dwadzieścia osiem nakazał czekać. W sprawach technicznych stanowił instancję najwyższą, której decyzji nie mógł podważyć nawet szef operacji. Bezpieczeństwo danych i wewnętrznej sieci to podstawa. Sprawdzano obecność plików szpiegujących, wirusów, złośliwych programów oraz ewentualnych luk.

Telefon zadzwonił w chwili, gdy Knap obracał w dłoni miniaturowy Nowy Testament. Odłożył go na biurko i natychmiast odebrał.

– Niczego się nie dowiemy. – Głos informatyka brzmiał, jakby okrążył kulę ziemską. – Tak samo jak tamten plik, ten też jest doskonale zaszyfrowany. Żadnego śladu serwera, proxy odsyła do proxy, a wszystko…

Knap przytrzymał słuchawkę ramieniem i na chybił trafił otworzył Pismo Święte. Informatyczne pustosłowie mogłoby zostać wyrecytowane po koreańsku. Swoim zwyczajem starał się jednak nie przerywać. Nawet jeżeli liczyła się każda sekunda.

Ewangelia Świętego Łukasza. Ciekawe. Przymknął oczy i w ciemno przytknął palec do linijki na dole. Wyczuł krawędź strony. Delikatnie rozwarł powieki i przeczytał.

„Z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.

Nieźle. No, całkiem trafnie. Właśnie takiej pociechy oczekiwał po losowym poszukiwaniu szczęścia. Gdyby zebrać wszystkie razy, kiedy takie wybrane na chybił trafił cytaty pasowały do sytuacji, utworzyłby się całkiem przekonujący obraz. Choć statystycznie przewagę miały fragmenty, których odniesienie do rzeczywistości wymagało samo w sobie Boskiej pomocy.

Informatyk mówił coraz szybciej i coraz mniej składnie.

– Można otworzyć – wyłowił w końcu spomiędzy niezrozumiałych słów. – Plik jest czysty.

Knap oderwał wzrok od Pisma. Skinął głową do Landaua i wskazał na ekran komputera.

– Czysty – szepnął.

Aspirant natychmiast kliknął symbol odtwarzania. Widok pulpitu został przeniesiony na wielki ekran telewizora. Studio informacyjne zastąpił pusty, czarny obraz. Wygaszacz ekranu.

Brawo, brawo, brawo… Nawet w takiej chwili potrafił się zbłaźnić.

No tak. Właśnie zrozumiał, dlaczego wszystkich dziwiło, po cholerę chce skorzystać z ekranu, skoro szantażysta przesyła materiał dźwiękowy.

Z głośników laptopa wydobyły się pierwsze dźwięki. Knap nie słuchał już w ogóle informatyka, choć potok technicznych wyrażeń przybierał na sile.

– Dziękuję panu – niechętnie wszedł mu w słowo. – Pozostajemy w kontakcie. Proszę mnie informować na bieżąco.

Rozłączył się i zmrużył oczy. Całą uwagę skupił na trzaskach, które po dwóch lub trzech sekundach całkowicie się wytłumiły. Zastąpił je monotonny, chrapliwy głos.

 

Nie widzicie moich twarzy, ale ja znam wasze. Wiem o panu, inspektorze Knap, i o panu, komisarzu Bielawski. Wy robicie rozeznanie w moim świecie, ja musiałem zrobić rozpoznanie wśród was. Przypuszczam, że dotychczas nie traktowaliście mnie poważnie.

Ale to się zmieni.

Z czystej kalkulacji podaję, że nasi rycerze Muhmud Ibn Yusuf al-Aswani, Fajsal ibn Husajn i Sajf Udin w chwili zatrzymania dysponowali gazem musztardowym, dokładnie trzema tysiącami sztuk amunicji różnego rodzaju, dwunastoma kilogramami nadtlenku acetonu, detonatorami, pięcioma karabinami szturmowymi, ośmioma granatami ręcznymi…

Mam wymieniać dalej? Nie wierzyliście, że to zrobię, prawda? Mogę wam tylko powiedzieć, że ja jestem przygotowany jeszcze lepiej. A to dopiero początek.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Max Czornyj, 2019

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

 

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-193-7

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.