Tańcząc w ciemnościach - Roberto Costantini - ebook

Tańcząc w ciemnościach ebook

Roberto Costantini

3,9

Opis

Komisarz Michele Balistreri musi spojrzeć w oczy komuś, o kimś przez lata usilnie próbował zapomnieć… sobie z przeszłości. Włochy 1974, sam środek dekady zwanej „latami ołowiu”, czas wzmożonej działalności grup terrorystycznych. Dwudziestoczteroletni wówczas Mike Balistreri, dla przyjaciół „Africa”, to pełen ideałów student utrzymujący się z uczenia sztuk walki w klubie sportowym znanym w środowisku rzymskiej skrajnej prawicy. Wraz z Ringiem, Benvenutim i Boccinem należy do radykalnej organizacji Ordine Nuovo, ale kiedy włoskie władze ją rozwiązują, weryfikuje dotychczasowe przekonania. Przestaje wierzyć, że bijatyki z „czerwonymi” i policją zmienią świat i że da się odróżnić zdrajców od zdradzonych. Nie umie nawet wybrać między dwiema kobietami, które stają na jego drodze. Los czterech towarzyszy ostatecznie rozdziela pistolet P38. Rok 1986. Tego samego dnia, kiedy słynne zagranie Maradony – „Ręka Boga” – niweczy mundialowe aspiracje Anglików, jeden strzał w serce z walthera P38 kończy życie Ringa, który z działacza skrajnej prawicy przeistoczył się w umiarkowanego parlamentarzystę zasiadającego w ławach rządzącej krajem Chrześcijańskiej Demokracji. Śledztwo ma prowadzić Michele Balistreri, mimo że znał ofiarę i zamieszanych w morderstwo. Najgorszym wrogiem, z którym będzie się musiał zmierzyć komisarz, jest on sam, Africa – chłopak, którego starał się pogrzebać przy pomocy alkoholu, tytoniu, kobiet i cynizmu. Aby znaleźć zabójcę, Balistreri spojrzy prosto w oczy sobie z przeszłości i zakwestionuje wiele żelaznych przekonań…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ballando nel buio

Copyright © 2017 by Marsilio Editori® s.p.a. in Venezia

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Tomasz Kwiecień (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Wojciech Wawoczny

Zdjęcie autora: © Giliola Chistè

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-66512-54-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2020

Od autora

CZYTELNICY WIEDZĄ, że w centrum moich książek stoi ta sama kluczowa postać: Michele Balistreri, jednak w każdej powieści Michele znajduje się w innej fazie swojego życia, a raczej w dwóch różnych fazach, jako że akcja zawsze rozgrywa się na dwóch planach czasowych.

Tym razem zdecydowałem się opowiedzieć o Balistrerim w straszliwych dla Włoch latach siedemdziesiątych, o jego zaangażowaniu w działania radykalnego ugrupowania pozaparlamentarnej prawicy zwanego Ordine Nuovo, czyli Nowy Porządek, i o tym, co z tego zaangażowania wynikło po rozwiązaniu organizacji dekretem rządowym w grudniu 1973 roku.

Po raz pierwszy przyszło mi opowiadać historię świata, którego zupełnie nie znałem. Choć podobnie jak mój bohater studiowałem w Rzymie w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, polityka sprowadzała się dla mnie jedynie do oddania głosu w wyborach na tego, kto mniej lub bardziej budził wtedy moją sympatię, a i to nie zawsze.

Dlatego z góry przepraszam za wszelkie nieścisłości tych wszystkich, którzy zaznali realiów ówczesnego politycznego aktywizmu, po każdej ze stron. Dzisiaj, z perspektywy czasu, czuję podziw, a nawet zazdrość wobec tych, którzy w tak młodym wieku naprawdę w coś wierzyli i aktywnie, z pasją walczyli o to w granicach wyznaczonych przez prawo.

Natomiast dla tych, którzy uznali, że wolno im przekraczać granice prawa – bez znaczenia, po której stronie, prawicowej czy lewicowej, wtedy stali – nie mam żadnego usprawiedliwienia. Wówczas nie potrafiłem z siebie wykrzesać nawet odrobiny empatii dla tych ludzi, dziś zaś, gdy przyszło mi opisywać mojego bohatera balansującego na krawędzi otchłani, dobitnie uświadomiłem sobie, jaka była tego przyczyna: taka droga nie służy żadnej zmianie, a oni to doskonale wiedzieli. Służy tylko do zadawania cierpienia niewinnym i wmawianiu sobie, że jest się romantycznym bohaterem albo też wiernym wyznawcą godnym siedemdziesięciu dwóch dziewic w raju.

Tym, którzy nie mają nic oprócz uśmiechu

Kiedy tuż przed śmiercią zobaczył, jak mierzę do niego z P38, wreszcie zrozumiał. Uświadomił sobie, że kula to jedyna rzecz, jaka się mu ode mnie należy. Potem wystarczył mi już tylko rzut oka na jego zwłoki. Jeden. Tyle, by zakosztować wolności.

Kto przynajmniej raz w życiu nie wierzył i nie kochał rozpaczliwie i daremnie, umrze, nie wiedząc, czym są życie i miłość.

Część pierwszaTacy byliśmy

A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.

F. NIETZSCHE

Sobota, 12 stycznia 1974

W ŚWIECIE, KTÓRY nie chce nas, mą swobodną pieśnią jesteś ty…

– Nie śpiewasz?

Chłopcy w dzwonach i spiczastych butach, dziewczyny w spódnicach do ziemi zapinanych z przodu na guziki albo w minispódniczkach i kozakach, opary papierosowego dymu tak gęste, jak mgła tego zimowego wieczoru.

Śpiewali chórem w ciemnościach rozjaśnianych psychodelicznym światłem. Ręce wyciągnięte w górę, palce rozcapierzone tak samo jak na okładce płyty Lucia Battistiego, z której pochodził ten utwór. Wszyscy przekonani, że ta pieśń i te ręce wskazują naszą stronę barykady.

To był jeden z wielu idiotyzmów tamtych lat, na dodatek szerzący się z winy krytyków muzycznych. To właśnie oni, kanapowa lewica z muchami w nosie, rzucili się na Battistiego, ponieważ jego piosenki nie były tak politycznie zaangażowane jak jękliwe biadolenie De Gregoriego czy Gucciniego. A kto nie myślał tak samo jak oni, był tumiwisistą albo faszystą.

Większość tej młodzieży śpiewającej Battistiego z uniesionymi dłońmi buntowała się przeciwko jedynej słusznej idei, przeciwko obowiązkowi bycia antyfaszystą i lewicowcem, cokolwiek to miało znaczyć. Przyszli tu, żeby się dobrze bawić, nie stać ich było na nic poza udziałem w demonstracji i próżnym gadaniem o zmianach, których potrzebują Włochy.

Byłem tam obcy. Zresztą od pewnego czasu wszędzie tak się czułem. Stałem się obcy dla Libii, w której dorastałem i z której musiałem uciec kilka lat wcześniej, kiedy do władzy doszedł Al-Kaddafi. Byłem obcy również we Włoszech, tchórzliwym kraju spragnionym taniej benzyny, gdzie rządzący na spółkę z przedsiębiorcami i pseudointelektualistami potrafili wmówić sześćdziesięciu milionom idiotów, że libijski Rais był tylko wizjonerem, może trochę dziwacznym, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwym. A poczucie, że wszędzie jestem obcy, tylko zwiększało mój gniew i dezorientację.

Dziewczyna, która zapytała mnie, dlaczego nie śpiewam, miała kruczoczarne włosy swobodnie opadające na czarno-białą bluzkę z rozkloszowanymi rękawami, czarne szorty eksponujące fantastyczne długie nogi i białe kozaki do kolan. Zapaliła papierosa marki Muratti i przyglądała mi się spokojnie. Miała niezwykłe czarne oczy.

– Słoń mi na ucho nadepnął. A dlaczego ty nie śpiewasz?

– Bo to durne. Przecież Battisti i Mogol1 nie napisali tego dla nas. Ale Ringo się nie przejmuje takimi drobiazgami. Chcesz papierosa?

– Nienawidzę palenia. Muszę tylko zamienić parę słów z Ringiem. Pięć minut i znikam stąd.

– W takim razie chodźmy do baru, póki nie skończy przemawiać.

Poszedłem za nią, przedzierając się przez śpiewający tłum.

Bilet wstępu, uprawniający do jednego darmowego drinka, wykorzystała na białe martini. Ja zamówiłem szklankę wody.

– Nie jesteś chyba jednym z tych świętoszków, którzy nie palą i nie piją?

– Wychowałem się w kraju muzułmańskim. Na pewne rzeczy patrzę podobnie jak oni.

– To znaczy uważasz, że kobiety są istotami gorszymi i możesz poślubić ich tyle, ile chcesz?

– Czy nie można być abstynentem, nie będąc jednocześnie świętoszkiem?

– Można. Ale ty jesteś trochę świętoszkiem.

– Co ty o tym możesz wiedzieć? Pierwszy raz się widzimy!

– Od czasu do czasu zakładam szorty, żeby sprawdzić, czy spotkam kogoś, kto nie będzie mi się od razu gapić na nogi. Ty tego nie zrobiłeś.

Nie żartowała, była poważna jak naukowiec opisujący reakcję myszy na eksperyment. Wzruszyłem ramionami.

– Zgoda. Może rzeczywiście jestem świętoszkiem.

Jej miękkie, karminowe usta ułożyły się w niezwykle pociągający grymas.

– Żartowałam. Może po prostu wolisz patrzeć w oczy albo na usta.

To właśnie robiłem już od dłuższej chwili.

– Przepraszam, ale masz…

– Nie przepraszaj. Lubię ludzi, którzy najpierw patrzą na moją twarz.

Wskazałem na Giulia Giulego zwanego Ringiem, przemawiającego właśnie ze sceny do zgromadzonej publiczności.

– Jesteś jego dziewczyną?

– Nie jestem czyjaś.

– Ale jesteś tu z nim, a Ringo jest moim przyjacielem.

Ściągnęła usta. Były naprawdę piękne, a ten grymas mógł wyrażać przeróżne emocje. Teraz okazywała mieszankę zaskoczenia i aprobaty.

– Widzisz? Jednak jesteś trochę świętoszkiem.

– Jestem lojalny.

Natychmiast zdałem sobie sprawę, jak głupio mogą brzmieć moje słowa w tym kontekście. Ale dziewczyna nie zaczęła się śmiać, tylko powoli pokiwała głową, jakby się nad czymś zastanawiała.

– Lojalny wobec idei czy wobec ludzi, na których ci zależy?

Pytanie było albo zbyt niedorzeczne, albo zbyt głębokie. A na pewno niewygodne.

– Znamy się trochę za krótko jak na taką rozmowę, nie sądzisz?

Kiwnęła głową.

– Masz rację.

Wyciągnęła do mnie rękę.

– Isabella Mulas.

– Michele Balistreri.

– A więc to ty! W Ordine Nuovo nazywają cię Africa, Ringo mówił mi o tobie. Twierdzi, że jesteś jedyną osobą, której nigdy nie przekona do powrotu do FUAN2.

– Rzeczywiście, Ringo to inteligentny facet.

Zastanowiła się przez chwilę, a potem skinęła głową.

– Tak, Ringo jest na swój sposób inteligentny. Zostaniesz, żeby potańczyć?

– Po rozmowie z Giuliem mam coś do załatwienia.

Znów zrobiła ten swój grymas. Tym razem wyrażał upór.

– Jutro rano idę na spacer do Villa Ada – powiedziała.

– Nie umiem spacerować, umiem tylko biegać.

– Znajdziemy coś pośredniego. W południe przy wejściu od via Salaria?

– Może.

Isabella Mulas była niezwykłym stworzeniem. Pewna siebie, ale nie agresywna, pociągająca, ale nie uwodzicielska, zdeterminowana, lecz w sympatyczny sposób. Miała tylko jedną poważną wadę. Była tam z Giuliem, przyjacielem, a przynajmniej kimś, kto mnie za takiego uważał. A więc była nietykalna.

Niedziela, 22 czerwca 1986

– CIEKAWE, CZYmój mąż ogląda mecz.

Była na górze, kompletnie ubrana, jeśli nie liczyć majtek. Zeszła ze mnie i wstała z kanapy. Kiedy zakładała majtki, obserwowałem, jak Diego Armando Maradona szaleje z radości tuż po tym, jak sponiewierał Anglików golem zdobytym pięścią. Sięgnąłem ręką na podłogę i zapaliłem ostatniego gitane’a z paczki otwartej rano.

Ani trochę nie podziwiałem sprytu Maradony, lecz też nie miałem już w sobie nawet grama płynącej z trzewi pogardy, jaką niecierpliwy chłopiec, na którego przed laty wołali Africa, odczuwałby wobec faktu, że największy piłkarski geniusz uważał zemstę za Falklandy za rzecz ważniejszą od sportowego honoru.

Honor, prawość.

To ci dopiero. Świat pogrzebał te dwa słowa. Czasy się zmieniły. W połowie lat osiemdziesiątych mówienie o honorze i prawości było czymś niemodnym i głęboko niewłaściwym.

A Patrizia była tego żywym dowodem. Mecz w telewizorze z wyłączonym dźwiękiem, podczas gdy my oddawaliśmy się aktywności fizycznej zupełnie innego rodzaju, stanowił dla niej jedynie alibi, coś, co mogłaby opowiedzieć mężowi i dzieciom, gdyby ją zapytali, jak spędziła niedzielne popołudnie. Nie była tu ani dla Maradony, ani tym bardziej po to, by mówić o przestarzałych wartościach.

– Mam dla ciebie prezent, Michele.

Wyciągnęła z torby kasetę magnetofonową i wsunęła ją do kieszeni odtwarzacza stereo. Przez przymknięte okiennice przeciskały się promienie słońca. Na zewnątrz panował piekielny upał, ale w moim mieszkaniu było przyjemnie, wentylator zamontowany na suficie spełniał swoje zadanie.

– Widziałeś Dziewięć i pół tygodnia, komisarzu Balistreri?

– Nie byłem w kinie od lat.

– A więc opowiem ci po swojemu najważniejszą scenę z filmu. To będzie mój prezent.

Wyciągnęła z torby biały kapelusz z szerokim rondem podobny do tych, które nosiła księżna Diana. Potem nacisnęła PLAY.

Z głośników popłynął głos Joe Cockera.

You can leave your hat on.

Usiadłem w fotelu bujanym, który Angelo Dioguardi wyszperał pewnego niedzielnego przedpołudnia na targu przy Porta Portese i dał mi w prezencie na moje ostatnie urodziny. Nie powiedział, dlaczego wybrał akurat to, ale nie było takiej potrzeby. Ja wiedziałem.

Cztery lata wcześniej, w 1982 roku, podczas pobytu w Hiszpanii na poprzednim mundialu, tego samego wieczoru, kiedy Paolo Rossi zniszczył Brazylię, rozgadałem się przy Dioguardim. Opowiedziałem o mojej matce, która siadywała w fotelu bujanym na werandzie w Trypolisie, gdy ja byłem jeszcze dzieckiem. Z tego fotela patrzyła, jak wraz z przyjaciółmi odgrywam alternatywne zakończenie Poszukiwaczy, w którym wódz Komanczów zabijał wstrętnego Johna Wayne’a.

Dokładnie w tej samej chwili, kiedy na Patrizii został już tylko kapelusz, Maradona okiwał sześciu Anglików z rzędu i strzelił najpiękniejszego gola, jakiego kiedykolwiek widziałem. Szkoda; gdyby zrobił tylko tyle, byłby największym piłkarzem na świecie.

Potem Patrizia przyniosła mi szklankę lagavulina i siadła na mnie okrakiem.

– Pobujamy się trochę, komisarzu?

Kobiety takie jak ona świetnie mi pasowały. Po wszystkim wracały do męża czy chłopaka. Do prawdziwego i bezpiecznego życia, które sobie zbudowały. Ja służyłem w nim tylko jako nawias, wewnątrz którego mogły uwolnić sekretną część siebie, tę, której ich partnerzy nigdy nie zobaczą.

W tym sensie Patrizia była idealna. Znała zasady tego rodzaju przygód i wiedziała, jak ten dzień się skończy: ona w domu będzie przygotowywała obiad dla wracających znad morza dzieci, którym opowie, że była u koleżanki, żeby obejrzeć mecz, a ja będę grał w pokera u mojego brata Alberta.

Przez okiennice nadal przeciskało się światło, ale teraz był to czerwonawy poblask zachodu słońca. Fotel na biegunach sprawdzał się doskonale, tyle że w pewnej chwili zadzwonił telefon.

Zignorowaliśmy go. Telefon jednak nie przestawał dzwonić, aż w końcu straciłem rytm. Spojrzałem na zegarek, była prawie ósma trzydzieści. Wyciągnąłem rękę i podniosłem słuchawkę.

– Halo!

– T-tu So-Sofia.

To była nowa sekretarka szefa wydziału zabójstw. Mówiło się, że brała udział w regionalnych finałach konkursu Miss Italia, a widząc, jakie ma warunki, nie było mi trudno w to uwierzyć.

– Z-zgłoszono m-m-morderstwo, d-dottor Balistreri.

Prawdopodobnie właśnie przez problem z jąkaniem odpadła z konkursu piękności. Zastanawiałem się, jaki wpływ na jej przypadłość miałoby nasze wspólne bujanie się w fotelu. Tymczasem ja i Patrizia nie przerywaliśmy, na dodatek ona zaczęła jęczeć.

– C-co się dź-dzieje? – zapytała przejęta Sofia.

– Nie mam dziś dyżuru i siedzę właśnie na fotelu u dentysty.

– U d-dentysty? W n-niedzielę o t-tej porze?

– Tak, to nagła sprawa. Musicie wysłać kogoś innego.

Patrizia wydała przeciągły jęk i opadła na mnie. Sofia przejęła się jeszcze bardziej.

– Ź-źle się p-pan czuje, d-dottore?

– Bardzo źle.

– Ale c-co ja m-mam zrobić? D-dottor Nat-tali jest za granicą na k-ko-ko…

– Na konferencji, wiem. Jest w Nowym Jorku. Dzwoniłaś do niego?

– Tak, p-poinform-mowałam go o m-morderstwie, a on p-powiedział, żeby p-pan wziął sp-prawę.

Patrizia zaczęła tracić cierpliwość.

– Odłóż tę słuchawkę!

– S-słyszę głos…

– Powiedziałem ci już, że jestem u dentystki, mam silne zapalenie dziąseł, a jej się spieszy.

– Zap-palenie dź-dź… Ale jeśli p-pan nie p-pojedzie, t-to Nat-tali mnie zwolni!

Dziewczyna była bliska łez.

Okropna sprawa, te, co łatwo płaczą, są albo zbyt wrażliwe, albo zbyt głupie. W obu przypadkach trudno jest się ich potem pozbyć. Ale to nie była właściwa chwila, żeby się tym martwić.

– Czy do Natalego można się teraz dodzwonić? Sam to zrobię.

– T-teraz jest w t-taksówce na lot-tnisko, w Nowym Jorku jest wciąż p-po p-południu, leci ost-tatnim lotem do Rzy-Rzymu. Proszę…

W sumie dość się już pokołysaliśmy i był to doskonały pretekst, by pozbyć się Patrizii. I może, jeśli będę miły dla Sofii, to i ona kiedyś wypróbuje ze mną ten fotel na biegunach.

– Robię to tylko dla ciebie, bo jesteś nowa. Potem będziesz musiała zająć się moimi dziąsłami!

– N-nie rozumiem…

– Wyjaśnię ci później. Gdzie jest ciało?

– Na P-parioli. D-dam p-panu adres.

– Kogo zabili? Filipińską pokojówkę?

– Dep-putowanego do p-p-parlamentu. N-n-nazywa się Giulio Giuli.

Cisza, która nastąpiła po jej słowach, sprawiła, że Sofia zaczęła się bać najgorszego.

– D-dottore, jest p-pan tam?

– Robię to tylko dla ciebie, Sofia.

Jednak z pewnością nie dla niej jechałem na spotkanie z własną przeszłością. Nie okłamywałem kobiet w sprawie miłości. Za to w wielu innych sprawach – owszem. A czasami też okłamywałem sam siebie.

Sobota, 12 stycznia 1974

GIULIO GIULI dał znak zespołowi muzycznemu, żeby zrobił sobie przerwę, i wziął do ręki mikrofon. Przemawianie przychodziło mu z naturalną łatwością. Poza tym miał tę anielską twarz Giuliana Gemmy i to właśnie od imienia najpopularniejszego bohatera westernowego, w którego wcielił się ten aktor, nazywano go Ringo.

– Przyjaciółki i przyjaciele…

Nigdy nie używał faszystowskiego terminu camerati, towarzysze. Tak samo zresztą jak ja. On – z wrodzonej roztropności, ja – ponieważ uważałem, że to tak samo śmieszne jak salut rzymski albo śpiewanie Faccettanera3.

– Przyjaciółki i przyjaciele, dziś obchodzimy pogrzeb Ordine Nuovo, ale ci, którzy go rozwiązali, nie wiedzą jeszcze, że się przeliczyli.

Pauza na oklaski. Był świetnym mówcą, a w czwartkowe wieczory nigdy nie opuszczał w telewizji programu Tribuna Politica. To z niego uczył się sztuki słowa, jego idolem zaś był Giorgio Almirante.

– Będziemy kontynuować naszą walkę jeszcze skuteczniej. W siedemdziesiątym drugim roku Włoski Ruch Społeczny4 osiągnął spektakularny wynik wyborczy, zdobywając prawie trzy miliony głosów. Dlatego moja propozycja skierowana do wszystkich tych, którzy należeli do Ordine Nuovo, jest bardzo prosta.

Zawieszenie głosu, pauza na oddech, tym razem krótsza. Powszechna cisza na sali.

– Wróćcie do partii, aby walczyć wspólnie z nami, a w następnych wyborach podwoimy te głosy.

Giulio Giuli był konsekwentny i miał głowę na karku. W czasach, kiedy wszyscy jeszcze należeliśmy do FUAN, on był z nas najbardziej umiarkowany.

Gdy trzy lata wcześniej ja i wielu mi podobnych opuściliśmy bezużyteczną pulpę partyjnej młodzieżówki, aby wstąpić do Ordine Nuovo, Giulio w niej pozostał, a teraz rozpoczął dzieło rekrutacji sierot po rozwiązanym Ordine. Może i było to na swój sposób dobre. Rozwiązanie Ordine Nuovo zostawiło za burtą wielu chłopaków, tak samo jak my wściekłych i zdezorientowanych, i konsekwencje, przynajmniej dla niektórych, mogły być katastrofalne.

Stypa naszej organizacji, którą wyprawił Giulio, miała przekonać jak najwięcej osób do powrotu w szeregi FUAN. Zresztą po rządowym dekrecie rozwiązującym Ordine Nuovo i aresztowaniu jego przywódców lub ich ucieczce za granicę możliwości nie było zbyt wiele. Mogliśmy powrócić do FUAN, do systemu – to znaczy znów udawać, że walczymy, nie robiąc tego naprawdę – lub całkowicie zrezygnować. Była też inna, mroczna i bardziej niebezpieczna droga i mogła ona skusić część sierot po organizacji. Jednak żeby rozpocząć walkę na serio, należałoby wyłączyć również te psychodeliczne reflektory, nie tylko normalne światła. Należałoby tańczyć w ciemności. Tymczasem jasne światło ponownie rozbłysło.

W reakcji na przemówienie Giulia rozległy się oklaski i nie było prawie żadnego gwizdania czy okrzyków sprzeciwu. W końcu młodzi ludzie, którzy tu przyszli, z góry wiedzieli, co usłyszą. Chcieli jasnej i uspokajającej propozycji, a potem zamierzali pić i tańczyć. Chcieli czegoś, żeby być opozycją, a nie żeby cokolwiek zmienić. A Ringo zaoferował im to swoją efektowną przemową i anielskim obliczem.

Z zadowoleniem uśmiechnął się ze sceny i poszukał wzrokiem mojego spojrzenia. Choć widział, że nie dołączyłem do oklasków, to i tak obdarzył mnie uśmiechem.

W sumie nawet go lubiłem. Niektórzy, tak jak ja, od lat tłukli się z czerwonymi na uniwersytetach i w liceach, rozdawali ulotki, rozklejali plakaty. Giulio zawsze używał bardziej głosu niż rąk, ale nigdy się nam nie sprzeciwiał ani nie okazywał pogardy. Wiedział, że kiedy korzystając z nóg i pięści, odbijaliśmy liceum okupowane przez czerwonych, wyświadczaliśmy przysługę większości uczniów, którzy przyszli do szkoły, żeby się uczyć, a zamiast tego byli przetrzymywani jako zakładnicy przez arogancką mniejszość, przekonaną, że w imię antyfaszyzmu ma prawo robić, co jej się żywnie podoba, i korzystającą ze wsparcia prasy i telewizji znajdującej się w rękach katolików i komunistów. Tyle że Giulio był szczerze przekonany, że pięćdziesiąt słów warte jest więcej niż pięćset uderzeń.

Podszedł do mnie z zapalonym papierosem. Oczywiście nie palił żadnych włoskich, tylko brytyjskie marki John Player Special.

– Widzę, że już poznałeś Isabellę. Udane skrzyżowanie mózgu Einsteina z nogami Raquel Welch.

Nic nie odpowiedziała, rzuciła mi tylko szybkie spojrzenie. Nie spodobała się jej ta uwaga.

– Zdaje się, że musicie porozmawiać o swoich sprawach. Ja idę potańczyć.

Odprowadzaliśmy ją wzrokiem, gdy wślizgiwała się między towarzystwo na parkiecie tańczące do melodii Sugar Baby Love.

Przez chwilę śledziliśmy jej ruchy w blasku psychodelicznych świateł, taniec emanujący gracją, siłą i harmonią.

– Niezły nabytek, co, Africa?

– Ona też jest w FUAN?

– Od paru miesięcy. Pracuję nad nią spokojnie. Ona należy do tych, które trzeba przekonać.

No tak, dla niego to była całkiem nowa sytuacja. Zazwyczaj dziewczyny nie mogły się oprzeć jego urokowi. Był przystojny, bogaty, czarujący, no i należał do ścisłego przywództwa FUAN.

– Cóż, Ringo, na pewno ją przekonasz.

– Ale ze sceny przekonałem wszystkich poza tobą, prawda?

Rozmawialiśmy już o tym wiele razy.

– Nie potrzebujesz jednomyślności.

– A ty co zamierzasz? Będziesz się dalej bił i wywieszał plakaty?

W jego głosie nie było cienia krytyki, ironii czy pogardy. Giulio chciał, żebym zrozumiał, że to jest droga donikąd. Zresztą po trzech latach debat, manifestacji, ulotkowania i ulicznych bójek wiedziałem to i bez jego pomocy.

– Nie wiem, co zrobię. Wiem, czego nie zrobię. Nie będę próbował zmieniać systemu, wchodząc ponownie do niego.

– Africa, będąc poza systemem, niczego nie zmienisz.

– Zobaczymy. Ale nie wrócę do FUAN.

– Aż tak bardzo nami gardzisz?

– Nie chodzi o pogardę. Wy z partii zasiadacie w parlamencie obok zdrajców i niszczycieli tego kraju. Obok beneficjentów wojny, którą wygrali inni. Nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Chcę rewolucji.

Zmarszczył brwi i pokręcił głową.

– Nie ma wielkiego gniewu, jeśli nie ma głodu. Nauczyła się tego Chrześcijańska Demokracja, nauczyli się Amerykanie. W tym kraju nie ma głodu. Zapomnij o rewolucji.

Może miał rację. Lecz mój gniew sam jeden mógł wystarczyć.

– Ringo, mogę zapomnieć o marzeniach. Ale nie o koszmarach.

Uśmiechnął się. Wiedział, skąd pochodzi ten mój zapiekły gniew, i na swój sposób nawet mi współczuł.

– Zostaniesz sam, Africa. Nikt z nas nie ma w sobie twojego gniewu. Nikt.

Wzruszyłem ramionami.

– Wiesz, że nie jestem tu z powodu FUAN.

Kiwnął głową.

– Klub, prawda?

Bingo. Przyszedłem tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy powinienem szukać sobie innego źródła utrzymania, jako że Giulio był głównym sponsorem klubu sportowego, w którym pracowałem, ucząc sztuk walki.

– Tak. Chciałem ci jedynie powiedzieć, że nie mieszam polityki i interesów. To wszystko. A teraz zrób, co uważasz za stosowne.

Uśmiechnął się.

– To wiedziałem już wcześniej, Africa. Wpadnę jutro do klubu, jak się skończą niedzielne transmisje meczów ligowych, innych już poinformowałem. Wtedy porozmawiamy na spokojnie.

Spojrzał na zegarek. Typowe dla niego: niemal obsesyjnie kontrolował czas. Na jego nadgarstku pysznił się casiotron, zupełnie nowy model zegarka cyfrowego, który napawał go dumą, z numerkami zamiast wskazówek, przywieziony mu przez ojca z Nowego Jorku.

Zapiął guzik marynarki.

– Muszę wracać na scenę. Ad maiora, Africa.

Ta formułka była jego zwykłym sposobem pożegnania, życzeniem eleganckim i wszystko w sobie zawierającym.

Wspiął się po schodach i zamienił parę słów z zespołem muzycznym. Rozległ się kolejny szlagier Battistiego.

O czarne morze, czarne morze, czarne mo…

Cały Ringo. Przekonany, że zawsze wie lepiej. Jedynak, jego ojciec był przedsiębiorcą budowlanym, a matka sędzią. Skończył prywatne liceum dla dzieci z bogatych domów, położone w dzielnicy Trieste, jednej z najbardziej ekskluzywnych enklaw Rzymu. Jego ojciec należał do grona dawnych faszystów, którzy teraz robili interesy z politykami Chrześcijańskiej Demokracji. Po ukończeniu studiów prawniczych Giulio został asystentem senatora z Ruchu Społecznego, prawdopodobnie przyjaciela ojca.

Miał wszystko, co trzeba, by zdobyć Isabellę. Pieniądze, elokwencję, przyjazną twarz, która dawała poczucie bezpieczeństwa, i odpowiednią dawkę cynizmu. Pewnego dnia, kiedy załatwią mnie policyjni pałkarze, to on wygłosi na moją cześć mowę pogrzebową.

Africa, mój wielki przyjaciel, którego nie potrafiłem ocalić od jego marzeń.

LUDZIE POZAMYKALI SIĘ w domach, restauracjach, kinach i dyskotekach. Przed Piper Clubem padało i było koszmarnie zimno, czarny golf i skórzana kurtka nie wystarczyły, by dać mi ochronę przed tą przeklętą zimą. Połowę Włoch zasypał śnieg, nawet w Rzymie spadło kilka płatków. Ale w stolicy opady śniegu były tylko pogróżką. Jak nasza rewolucja.

W każdym razie miałem coś bardziej pożytecznego do roboty niż śpiewać Battistiego z wyciągniętą do góry ręką. Bardziej pożytecznego albo i nie. Sam już nie wiedziałem. Być może właśnie na to liczyli rządzący, kiedy zdecydowali się rozwiązać Ordine Nuovo.

Zagubieni chłopcy, niemający pojęcia, co teraz robić. Wielu da sobie spokój z polityką, ale paru przejdzie od głupot do czynów, które przestraszą durny naród i przysporzą głosów Chrześcijańskiej Demokracji.

Moim fiatem 127 dotarłem na piazza Bologna. Pogrążony w ciemności i zlany lodowatym deszczem plac opustoszał. Furio Tozzi czekał na mnie przed ambulansem zaparkowanym przy poczcie, w tym swoim okropnym biało-niebieskim płaszczu nieprzemakalnym, na którym matka wyszyła mu orła Lazio. Ogolona głowa, złamany nos, grube brwi poorane bliznami po ciosach, kwadratowy podbródek, metr dziewięćdziesiąt wzrostu, dziewięćdziesiąt trzy kilo mięśni. Miał ksywkę Benvenuti, po naszym narodowym mistrzu bokserskim.

– Ave, Africa.

– Ruszajmy się, Furio. Zimno jak w psiarni.

– Bo jesteś z Afryki. Ja się czuję świetnie. Za to w kanałach będzie ciepło i wilgotno.

Chwilę później on, ja i młody chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem, jechaliśmy ściśnięci na tylnym siedzeniu fiata 238 między noszami, kroplówkami i pudełkami po lekach. Prowadził Mario Frezza.

– Ilu ich jest w szkole? – zapytałem.

Chłopiec uczył się tam w ostatniej klasie, nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat.

– Jakiś tuzin podczas nocnej zmiany. Połowa to dziewczyny.

Ulica była pusta, ludzie siedzieli przed telewizorami. Mimo że festiwal piosenki Canzonissima skończył się w poprzednią niedzielę, przez zamknięte okna słychać było głos Giglioli Cinquetti.

U bram słońca, na skraju morza…

Mogliśmy jechać bez przeszkód. Zrobiłem szybką kalkulację.

My trzej byliśmy w Ordine Nuovo, nie liczyłem młodziaka, którego nie zamierzałem brać ze sobą. Nawet zbyt wielu, biorąc pod uwagę, że Furio Tozzi sam był wart tyle co pięciu. Spędziliśmy razem trzy lata po odejściu w 1971 roku z FUAN, odbyliśmy w Ordine Nuovo pełne szkolenie: rewolucja tradycyjna i działania wywrotowe, dwie rasy, siła prawdziwej kultury, kierunki działania, święta wojna, przeciwstawienie Wschodu i Zachodu, bunt przeciwko współczesnemu światu, plutokracja jako wywrotowa siła. Studiowaliśmy techniki wojny rewolucyjnej Guida Giannettiniego. W rzeczywistości studiowałem je ja, ponieważ Furio Tozzi nigdy nie lubił tego całego teoretyzowania, i miał rację. Wywodził się ze szkoły bojówkarzy Giulia Caradonny i był bokserem. Dla niego walka polityczna polegała na tym, co właśnie jechaliśmy robić: na wyciąganiu komuchów z okupowanych liceów i starciach na uniwersytecie. Czy to naprawdę czemuś służyło? Nawet nie zadawał sobie tego pytania. Ja za to zaczynałem odczuwać, że ci wysoko nad nami, czarni na równi z czerwonymi, dobrze się bawią, patrząc, jak bardzo się ekscytujemy.

– Gdzie są? – zapytałem.

Chłopak podał mi odręcznie wykonany rysunek. Zaznaczył krzyżykiem salę gimnastyczną.

– Dyrektor odciął im ogrzewanie, więc przynieśli piecyki elektryczne i siedzą tam wszyscy.

– Właz?

– Na parkingu za salą gimnastyczną.

Drżał w swojej niebieskiej kurtce marki Ellesse z dwoma paskami na rękawach, którą nosił prawie jak mundur. Było mu zimno i bał się. Nie chciałem, żeby plątał mi się pod nogami.

– W porządku. Wracaj do domu, idź spać i zapomnij, że nas widziałeś.

Nie prosił, żebyśmy go zabrali ze sobą, nawet o tym nie pomyślał. Następnego dnia opowie, że razem z ludźmi z Ordine Nuovo oczyścił liceum z komuchów. Zawinął się z karetki cały w skowronkach.

Ja tymczasem zwróciłem się do prowadzącego ambulans bladego chłopaka z tak podkrążonymi oczami, że wyglądały jak dwie felgi od ciężarówki.

– Dracula, tylko nie dotykaj dziewczyn. Nie chcę się powtarzać.

Mario Frezza ksywkę Dracula zawdzięczał długim czarnym włosom i ciemnym kręgom pod oczami na pociągłej, niemal bezkrwistej twarzy. Karetka należała do niego, a raczej do szpitala, w którym pracował. Któregoś razu po wyeksmitowaniu skądś czerwonych dobrał się do szesnastolatki. Powstrzymałem go, zanim zdążył ją zgwałcić.

Mario skinął głową.

– Nie martw się, Africa. Nie lubię szybkich numerków, poza tym za godzinę muszę odstawić karetkę na San Camillo.

Coraz bardziej irytowała mnie ta podła otoczka naszych działań, ale nie chciałem się kłócić i odpuściłem. Ważne, żeby Furio Tozzi nie posłał nikogo do szpitala. Ta grupka aroganckich gówniarzy, która okupowała całą szkołę, zasłużyła sobie i na to, lecz nigdy dotąd nie miałem problemów z policją i nie chciałem mieć ich teraz.

– Prosta sprawa, Benvenuti. Żadnych ciosów w twarz, żadnych złamanych kości. To są dzieci na wycieczce szkolnej, które chcą sobie zafundować trochę wagarów.

Ten olbrzym wygrał dwadzieścia dwie amatorskie walki i przygotowywał się do debiutu zawodowca. Jednym ciosem w twarz mógł wprowadzić ofiarę w śpiączkę. Udał, że nie słyszy.

– Halo, Benvenuti, słyszałeś, co mówię?

Parsknął.

– Ale co to za zabawa, Africa? Nie wolno posuwać panienek, nie wolno bić facetów…

– Nie jesteśmy tu po to, żeby się dobrze bawić, Furio. Dracula, masz mapę?

Brat Draculi pracował w ratuszu i załatwił mu kompletne plany rzymskiej kanalizacji.

– Nie martw się, Africa. To jest krótka trasa.

Wyszliśmy z karetki.

Za pomocą łomu Furio bez wysiłku podniósł pokrywę włazu i zeszliśmy po żelaznych szczeblach drabiny. Zszedłem ostatni, żeby upewnić się, że właz jest dobrze zamknięty. Na dole nie było już tak zimno, ale panował okropny smród.

Ruszyliśmy gęsiego tą stroną kanału, gdzie nie docierały ścieki. Gdy znaleźliśmy się przy włazie prowadzącym na dziedziniec szkolny, Tozzi zanurzył się po pas w ekskrementach.

– Przestań, Furio!

Wybuchnął śmiechem i na chwilę zanurkował. Kiedy się wyprostował, jego stary dres był pokryty gównem. Śmierdział nie do wytrzymania.

– Zobaczymy, czy spodobam się czerwonym panienkom. One chyba lecą na tych niemytych hipisów, nie?

– Ale do mojej karetki już nie wejdziesz, Benvenuti – uprzedził go Dracula.

Olbrzym się tylko roześmiał.

– Wracam autobusem. Chcę zobaczyć tego, kto mnie zmusi do wyjścia!

Dlaczego czułem bezsens tego wszystkiego? To nie było nowe uczucie, jednak nigdy wcześniej nie doświadczałem go z tak wielką siłą.

Naciągnąłem na twarz kominiarkę i wspiąłem się pierwszy. Podniosłem pokrywę włazu. Dziedziniec był opuszczony, oświetlała go tylko lampa uliczna. Witrynę sali gimnastycznej barwiła na czerwono poświata piecyków elektrycznych, słychać było dźwięk gitar i chóralny śpiew.

Imagine all the people…

Byli tacy sami jak młodzież z FUAN śpiewająca Lucia Batti­stiego. Ale John Lennon też nie napisał tej pięknej piosenki dla tych idiotów.

Furio Tozzi wyszczerzył się do mnie, odsłaniając siekacz złamany podczas jakiejś walki rok wcześniej.

– Africa, pozwól mi się zabawić. Tylko dwie minuty.

– Jedna minuta, Benvenuti, i ani sekundy dłużej. I żadnych złamanych kości.

Ruszył naprzód. Kiedy zobaczyli dwumetrowego kolosa pokrytego fekaliami, niemal prehistorycznego potwora, dziewczyny zaczęły krzyczeć, a chłopcy stłoczyli się przy drzwiach sali gimnastycznej.

Benvenuti wymierzył tylko kilka klapsów, żadnego prawdziwego ciosu. Tyle że to były bardzo ciężkie klapsy, więc zanim Frezza i ja zdążyliśmy wkroczyć do akcji, wszyscy już dali nogę, a Benvenuti sikał do środka porzuconej podczas ucieczki gitary. Unurzany w ekskrementach darł się na cały głos.

Imagine all the people… living all in shit…

Był w doskonałej formie. Nawet trafił w rym po angielsku. Obaj się śmiali, i Dracula, i Benvenuti. Patrzyłem, jak rechoczą, i wtedy przypomniały mi się słowa Giulia Giulego.

Zostaniesz sam, Africa.

Niedziela, 13 stycznia 1974

NASZ KLUB sportowy nazywał się Impet i Żar, tak samo jak brzmiało zawołanie 186. pułku spadochronowego „Folgore”. Mieścił się tuż obok uniwersytetu, w suterenie kamienicy położonej w zaułku w pobliżu cmentarza Verano.

Tę nazwę wybrali pozostali wspólnicy: Furio Tozzi z powodów ideowych, Giulio Giuli i Renato Menichelli, ponieważ zainwestowali w klub pieniądze, a taka nazwa według nich przyciągała klientów chcących uprawiać boks i wschodnie sztuki walki, których uczyliśmy ja i Furio.

W niedziele sala gimnastyczna była zamknięta dla klientów. O dziesiątej rano zatrzymałem się w barze na rogu, żeby jak zwykle wypić świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy.

Barista Settimio miał około siedemdziesiątki i tylko dwa tematy do rozmowy: piłkę nożną, a konkretnie jego ukochaną Romę, oraz kobiety. Była niedziela, tradycyjny dzień rozgrywek ligowych, więc rozmowa dotyczyła piłki.

– Ciao, Africa, idziesz na stadion z Benvenutim?

– Nie, Settimio. Ostatnim razem, gdy mu towarzyszyłem, Lazio przegrało z Milanem, i uznał, że przynoszę pecha.

– Ooo! W takim razie idź z nim koniecznie. Jeśli pomożesz przegrać tym ćwokom, masz u mnie sok za darmo przez cały najbliższy rok.

– Dzisiaj nie mogę. Chyba muszę zobaczyć się z taką jedną dziewczyną.

– No to doleję ci vov5 do soku. Chociaż ja w twoim wieku potrafiłem działać całą noc bez wspomagaczy. No ale ta dzisiejsza młodzież jest słabiutka…

Zajęło mi trochę czasu, aby go przekonać, że vov mi niepotrzebny, wypiłem sok i się pożegnałem. Wróciłem do klubu. Podniosłem kratę i otworzyłem drzwi.

Było to wilgotne i źle zaadaptowane do swoich celów pomieszczenie, w którym woń potu mieszała się z zapachem olejku kamforowego. W środku znajdował się ring, a wokół niego stały konie gimnastyczne z uchwytami i równoważnie, z sufitu zwisały pierścienie. Wnętrze nie przypominało żadnego z tych eleganckich miejsc, gdzie panie z lepszych dzielnic próbują zrzucić dodatkowe kilogramy: to był prawdziwy klub sportowy z duszą i zapachem, jaki powinna mieć taka przestrzeń.

Na ścianach wisiały zdjęcia wybrane przez Furia. Pojedynek Nina Benvenutiego z Primem Carnerą, drużyna Lazio w sezonie 1973/1974, Giorgio Chinaglia i Pinotto Wilson na Stadionie Olimpijskim, poniżej zdjęcie północnego zakola stadionu, gdzie fanatyczni kibice Lazio wykonywali salut rzymski.

Samego Furia się jednak nie doczekałem. Po wieczornej pacyfikacji szkoły powiedział, że dołączy później do Ringa i reszty w Piper Clubie, i poprosił mnie o przeniesienie porannego treningu na dziesiątą rano. No i nie przyszedł.

Zgodziłem się trenować go do profesjonalnego debiutu pięściarskiego, ponieważ jego matka była biedną, skromną kobietą, którą za każdym razem, gdy Furio wychodził na ring, ogarniało przerażenie, że jej synowi stanie się krzywda. Zmusić go do treningu nie było rzeczą łatwą, bo był przeświadczony, że jego bezlitosny prawy prosty w zupełności wystarczy, ale w końcu przekonałem go, że w starciu z profesjonalistami to za mało, i w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przychodził codziennie rano, żeby ze mną biegać. Przy okazji sapiąc, przeklinając i złorzecząc mi z powodu tortur, które uważał za kompletnie niepotrzebne. Biegaliśmy wcześnie rano między alejkami i grobami cmentarza Verano. Potem co najmniej pół godziny skakanka, a wieczorem worek treningowy i skrzyżowanie rękawic z chłopaczyskiem z Magliany, który dobrze się zapowiadał i przynajmniej fizycznie potrafił wytrzymać trening z Furiem. Doprowadziłem go do bardzo dobrej, jak na niego, formy i od walki dzieliło nas już tylko kilka dni.

Przebrałem się, włożyłem ciepły dres i buty do biegania. Furia nie było. Mogłem uznać, że mam to gdzieś. Ostatecznie to on oberwie, kiedy stanie na ringu naprzeciwko gościa zwanego bykiem z Tufello. Ale żal mi było pani Iolandy, steranej życiem wdowy, która bardzo liczyła, że zadbam o to, by jej chłopak nie ucierpiał. Jej popękane od detergentów i zdeformowane przez artretyzm dłonie mówiły same za siebie: od lat zatrudniała się do sprzątania domów, by opłacić czynsz, bo dochody Furia z klubu wciąż były bardzo skromne.

Mieli wspólny pokój dzienny i dwie małe sypialnie w budynku na końcu tej samej ulicy, przy której mieścił się nasz klub. Drzwi były otwarte, wszedłem do góry po podniszczonych schodach i zapukałem.

Pani Iolanda jak zawsze powitała mnie serdecznym uściskiem.

– Wejdź, Michele, Furio właśnie wstał i je śniadanie. Usmażyłam świeże pączki, żeby miał siłę.

Biedaczka była przekonana, że to odpowiednia dieta dla sportowca. W salonie wisiały oprawione w ramki zdjęcia zmarłego męża pani Iolandy i Furia walczącego na ringu w kasku ochronnym amatora.

Kolos siedział w piżamie, popijając z ogromnego kubka kawę z mlekiem i maczając w niej pączka. Czytał „Corriere dello Sport”, po które matka specjalnie dla niego wyszła rano do kiosku.

– Ave, Africa!

– Ave pieprz się, Furio. Czekałem na ciebie w klubie. I zostaw te pączki, powiedziałem ci, żebyś jadł na śniadanie tylko tosty i plastry chudego mięsa.

Beknął na cały głos, a pani Iolanda uśmiechnęła się do niego.

– Tak nie wypada, Furio.

Nadal traktowała go jako dziesięcioletniego chłopca. Potem zwróciła się do mnie.

– Przepraszam, Michele, myślałam, że pączki będą dla niego dobre. Może ty je weźmiesz?

– Bardzo chętnie, dziękuję.

Furio spojrzał na mnie krzywo, a jego matka spakowała pączki i podała mi zawiniątko. Nie wiedziałem jeszcze, co z nimi zrobię, ale wsadziłem je od razu do plecaka, najważniejsze, by trzymać je z dala od Furia.

– Zakładaj dres, Benvenuti, idziemy pobiegać.

Ziewnął.

– Spałem tylko trzy godziny. Po tym, jak wyrzuciliśmy tę gówniarzerię ze szkoły, wróciłem do domu, umyłem się, wypachniłem i poszedłem na imprezę Ringa do Piper Clubu.

– Brawo. A teraz musisz popracować nad mięśniami nóg.

Nawet nie oderwał wzroku od gazety.

– Dzisiaj Chinaglia załatwi byka z Turynu6. A za kilka dni ja rozwalę byka z Tufello.

Nando Massimiani, zwany bykiem z Tufello, nie należał do wybitnych pięściarzy, był o dziesięć centymetrów niższy od Furia i ważył dziesięć kilogramów mniej. Ale miał za sobą szesnaście spotkań na zawodowym ringu: osiem wygranych przez nokaut i osiem przegranych na punkty. Statystyka mówiła wszystko o jego zaletach, a także o wadach: był zbyt niski i miał krótki zasięg ramion. Jeżeli Furio utrzyma go na dystans, łatwo wygra na punkty.

– Posłuchaj mnie, Furio. Musisz mieć mocne nogi, żeby się szybko ruszać i trzymać go na dystans lewym prostym przez wszystkie osiem rund.

Wyszczerzył się w pełnym niecierpliwości grymasie, eksponując złamany ząb.

– Akurat prawym prostym załatwię go jeszcze szybciej.

– Tak, oczywiście, ale teraz idziemy biegać.

– Africa, nawet Bóg w niedzielę odpoczął. Do tego jest zimno jak w psiarni. Przetańczyłem w klubie całą noc. Czy nie można tego uznać za trening nóg?

– To nie jest żaden trening. Na dodatek nawdychałeś się papierosów.

Żachnął się.

– Ale z ciebie wrzód na dupie. Słuchaj, a widziałeś tę w szortach, którą Ringo przywiózł zeszłej nocy?

Tak, widziałem ją, i nie chciałem z nim o niej rozmawiać.

– Pogadałem z Ringiem i zaraz wyszedłem, bo przecież musiałem jechać z tobą i Draculą załatwić sprawę w szkole.

– Jeśli jej nie widziałeś, to albo jesteś ślepcem, albo ciotą, Africa. A ja nie chcę, żeby mnie trenował ślepiec czy ciota. – Furio spojrzał na zegarek z błękitno-białym paskiem. – Poza tym nie ma już czasu na bieganie. Zaraz muszę się przygotować i jechać na stadion.

– Jeszcze zdążysz, mecz jest dopiero o trzeciej.

– Muszę pomóc chłopakom przygotować transparenty. Przecież biegamy codziennie, Africa. Nic się nie stanie, jak dziś zrobimy przerwę.

Nie było sensu nalegać. Olbrzym chciał zostać w domu i całe przedpołudnie czytać „Corriere dello Sport”.

– W porządku, Furio. Tylko się nie obżeraj. O której godzinie Ringo i Boccino przychodzą do klubu?

– Po meczu, o szóstej.

BYŁEM WOLNY od zobowiązań. Kiedy jechałem moim fiatem 127 do Villa Ada, mówiłem sobie, że może się z nią nie spotkam, może zeszła się z Giuliem poprzedniej nocy w Piper Clubie, a teraz gdzieś razem śpią. Tak czy inaczej, jechałem tam tylko dlatego, że Furio Tozzi nie chciał trenować. To była jego decyzja, nie moja. Ale może miało to również coś wspólnego z resztą poprzedniego wieczoru, ze słowami Ringa, z przedzieraniem się przez kanały z Benvenutim i Draculą, z nieuchronnym poczuciem bezsensu, jakie ogarnęło mnie tej wyjątkowo chłodnej i mrocznej zimy.

KIEDY DOTARŁEM przed wejście do Villa Ada od strony via Salaria, Isabella już tam stała, w czerwonej puchowej kurtce narzuconej na niebieski dres. Czarne włosy związała wstążką.

– Myślałam, że już nie przyjdziesz, Michele.

– Miałem inne zobowiązanie, ale w ostatniej chwili szlag je trafił.

Nie było to miłe z mojej strony. Ona jednak uśmiechnęła się.

– To moja sprawka. Przetańczyłam z Benvenutim całą noc aż do świtu.

Znów zrobiła ten rozbrajający grymas ustami.

– W ramach rekompensaty możemy pobiec zamiast spacerować. Tylko nie za szybko.

Wybrałem ścieżkę prowadzącą z górki i narzuciłem znacznie wolniejsze tempo niż zwykle, więc mogliśmy biec obok siebie. To było nowe doznanie, podobało mi się, nigdy dotąd nie biegałem z dziewczyną. Poruszanie się wśród drzew, oddech parujący w lodowatym powietrzu, wszystko to było formą bliskości, potęgowanej jeszcze przez panującą wokół ciszę. Pół godziny później dotarliśmy do Forte Antenne tuż za jeziorkiem. Isabella zatrzymała się.

– Przerwa, Michele.

Usiedliśmy na trawniku obok ścieżki, po której biegli ludzie. Z dużej kieszeni dresu wyciągnąłem torbę z dwoma pączkami pani Iolandy.

– Domowej roboty. Nagroda za bieganie.

Spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Naprawdę nie wyglądasz mi na kogoś, kto smaży pączki.

– Usmażyła je matka Benvenutiego, a jemu nie wolno ich jeść, jeśli chce wygrać pojedynek.

Wzięła pączka.

– Ty go trenujesz, prawda?

– Tak. Benvenuti jest silny, ale potrzebuje trochę pokierowania. On nie jest miłośnikiem strategii.

– A ty jesteś, Michele?

Wiedziałem, do czego pije.

– Ringo i FUAN to nie żadna strategia. To tylko taktyka, drobiazg, który niczego nie zmieni.

Włożyła rękę do kieszeni dresu i wyciągnęła paczkę murattich.

– Nie mam zapalniczki. Ty pewnie też nie masz…

Na ławce po drugiej stronie ścieżki siedział jakiś facet i palił papierosa.

Wyciągnąłem jednego z jej paczki, wstałem i podszedłem do niego.

– Ma pan ogień?

– Nie, ale jeśli pan chce… – powiedział mężczyzna, podając mi swojego papierosa.

Stroniłem od papierosów w każdej postaci. Nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, ale w końcu udało mi się go zapalić i wróciłem do Isabelli. Kiedy zobaczyła dymiącego murattiego w mojej dłoni, popatrzyła na mnie przeciągle.

– Nie gapisz się na moje nogi i zapalasz mi papierosa. A więc dobrze zrobiłam.

– Co dobrze zrobiłaś?

– Że uparłam się, by lepiej cię poznać.

Rzuciła okiem na zegarek.

– Potem idę do centrum relaksacyjnego w Grand Hotelu. Mają tam piękną łaźnię turecką.

Spojrzałem na nią.

– To będzie kosztować fortunę. Jesteś tak bogata jak Giulio?

Westchnęła.

– Pracuję w Grand Hotelu, żeby zarobić na studia.

– Nawet w niedziele?

– Codziennie. Czasami na porannej zmianie, czasami na popołudniowej, tak jak dzisiaj.

– Co tam robisz?

– Stoję na recepcji. Znam bardzo dobrze angielski, moja przyjaciółka w liceum była Amerykanką. A teraz jestem na ostatnim roku szkoły języków obcych.

– I pozwalają wszystkim recepcjonistom korzystać z centrum relaksacyjnego?

– Daję dyrektorce darmowe lekcje angielskiego, a ona pozwala mi wchodzić za darmo w porze lunchu, kiedy centrum jest zamknięte. I mogę przyprowadzić gościa. Co ty na to? Wybierzesz się ze mną?

– Nie mam kąpielówek.

– Znajdziemy coś. Przyjechałam z domu autobusem, masz samochód?

– Tak.

Rozpadało się dopiero wtedy, gdy wsiedliśmy do mojego fiata. Jakby niebo chciało nam podarować tę chwilę na spacer i czekało, aż znajdziemy schronienie przed deszczem. To było bardzo dziwne uczucie. Ta dziewczyna w jakiś niezrozumiały sposób swoją zwyczajnością zabierała mi paliwo dla mojego gniewu. A przed sobą miałem jedną z wielu samotnych niedziel.

NIGDY WCZEŚNIEJ nie byłem w Grand Hotelu i nie sądziłem nawet, że kiedykolwiek tu się znajdę. Isabella znała wszystkich, wszyscy uśmiechali się do niej, zwłaszcza mężczyźni.

Zorganizowała mi kąpielówki, trochę dla mnie za ciasne, i poszedłem przebrać się do szatni. Potem udałem się do wykładanego majoliką pomieszczenia łaźni. Było gorąco, bardzo wilgotno i bardzo parno. Jak w oparach kipiącej mgły.

Weszła do środka w jednoczęściowym kostiumie. Nie widziałem jej zbyt dobrze, a ona usiadła po drugiej stronie pomieszczenia. Jej głos docierał do mnie przez mgłę.

– Czy możemy wznowić dyskurs o strategii i taktyce, Michele?

– W związku z walką Benvenutiego?

– Nie rób sobie żartów. Uważasz, że możesz zmienić kraj, łażąc po kanałach i urządzając bójki ze smarkaczami od czerwonych?

– Co o tym wiesz?

– Benvenuti był bardzo podekscytowany, gdy dotarł do klubu, i opowiedział mi wszystko.

No tak. Furio zobaczył te nogi i próbował zrobić na dziewczynie wrażenie.

– A ty, Isabello, uważasz, że można coś zmienić, wstępując do FUAN?

– Uważam, że bardziej od mięśni potrzeba szarych komórek. Ty masz ich sporo. Tylko że jeśli robisz to co zeszłej nocy, to znaczy, że ich nie używasz.

Wstała i usiadła tuż obok mnie na wilgotnej marmurowej ławce. Przez chmurę pary widziałem jej czarne oczy i karminowe usta. Czułem jej delikatny zapach, już na dobre zapadł mi w pamięć.

Patrzyłem na jej twarz. Wydawała się szczęśliwa i zaniepokojona jednocześnie.

– Jesteś drugim mężczyzną w moim życiu, który woli moją twarz od całej reszty. A ten pierwszy okazał się nieszczęściem.

– Ty też jesteś drugą dziewczyną, która woli delikatność od mięśni. A ta pierwsza okazała się nieszczęściem.

Byłem zaskoczony tym, co powiedziałem. Nie zwykłem zwierzać się z takich rzeczy dziewczynom. Zwłaszcza dopiero co poznanym. Tyle że wydawało mi się, że znam Isabellę już od dawna, tak łatwo się z nią rozmawiało.

Wstała i wskazała basen.

– Lepiej się teraz trochę ochłodzić.

Zanurzyliśmy się. Dwa metry od siebie w lodowatej wodzie, ale wciąż bardzo blisko.

– O ósmej kończę zmianę. Może pójdziemy do kina, co ty na to?

– Nie chodzisz z Ringiem?

– Naprawdę widzisz mnie z kimś takim jak Ringo?

RESZTĘ POPOŁUDNIA spędziłem w klubie sportowym. Niedziela była idealnym schronieniem dla ludzi, którzy tak jak ja pragnęli świętego spokoju z dala od świata. Włączyłem radio, żeby posłuchać transmisji drugiej połowy rozgrywek ligowych, i poświęciłem się przyrządom gimnastycznym. Ćwiczenia powtarzane wielokrotnie, aż do wyczerpania, w samotności i ciszy tego długiego popołudnia. Rozgrywki się skończyły.

Jeśli wasza ukochana drużyna wygrała, wznieście toast stockiem. Jeśli przegrała, stock was pocieszy.

Lazio przegrało, Furio wróci w złym humorze. I żadna ilość brandy Stock 84 nie wystarczyłaby, żeby go pocieszyć.

Poszedłem do małego biura klubu po butelkę wody z lodówki. Tam na tablicy wisiały zdjęcia naszych wrogów. Politycy, policjanci, sędziowie. Giorgio Almirante, Enrico Berlinguer, Pierfrancesco Scandriga, szara eminencja rządząca z ukrycia chrześcijańskimi demokratami. I Carlo Giannini, policjant, który chciał zlikwidować terroryzm we Włoszech.

Pod zdjęciami znajdowało się odręcznie napisane przez Furia Tozziego zdanie po angielsku, z błędem: WANTED DEAD, NOT ALIFE. Może rzeczywiście należało rzucić to wszystko. Rozwiązanie Ordine Nuovo uniemożliwiło kontynuowanie tego, co robiliśmy w ciągu poprzednich trzech lat. Taktyka, nic nieznaczące przepychanki, wyskoki smarkaterii.

Albo już tego za wiele, albo stanowczo za mało.

Isabella Mulas miała rację. Babranie się w kanałach po to, żeby wykopać z budynku liceum kilkoro smarków, nie służyło niczemu. Było tak samo bezużyteczne jak FUAN. Prawicowa młodzieżówka miała przynajmniej tę zaletę, że nie kazano ci tam ryzykować, że ktoś cię pobije albo że trafisz do więzienia.

Ale czy ona to mi właśnie zasugerowała? „Wróć do FUAN”? Nie, wcale tak nie powiedziała.

Po prostu skonfrontowała mnie z rzeczywistością: musiałem wybrać.

W tle głuchego bębnienia padającego na nowo deszczu i szumu radiowych komentarzy usłyszałem, jak otwierają się drzwi wejściowe, potem głośno zamykają, po czym nastąpił charakterystyczny odgłos kroków, które w tamtych latach nauczyłem się rozpoznawać.

Renato Menichelli, znany jako Boccino, czyli Kulka, co zawdzięczał niezdrowej pasji do gry w bilard, miał długie czarne włosy, całkowicie mokre. W ustach trzymał niedbale papierosa marki MS. Miał na sobie swój nieodłączny czarny skórzany płaszcz, gruby kardigan z czarnej wełny, dżinsy typu dzwony i czarne buty zasuwane na zamek błyskawiczny z boku.

– Przyjechałem na kawasaki i cały przemokłem.

– Najpierw zgaś papierosa, Boccino. To jest klub sportowy.

Żachnął się.

– Kurwa, Africa, aleś ty jest upierdliwy. Słuchaj ty mnie, kto pali, ten nie ma robali. A ten klub funkcjonuje także dzięki mojej ciężko zarobionej forsie. Ty żeś rozmówił się wczoraj z Ringiem?

– Tak, ale on miał w głowie tylko FUAN. Furio poszedł tam później, a ciebie nie było.

– Ja w soboty pracuję, Africa, nie pamiętasz?

Jego miejscem pracy w sobotnie wieczory był bar Snooker na Maglianie: sala bilardowa, nielegalne zakłady, prawdopodobnie dilerka. Renato zajmował się przyjmowaniem zakładów piłkarskich.

Mówiło się, że w Rzymie nikt nie obstawia wyników tak trafnie jak on. A to dzięki gęstej sieci informatorów wśród piłkarzy, trenerów, pracowników magazynu, którzy w zamian za informacje otrzymywali zapłatę w gotówce lub kokainie.

– Tak, Renato, wiem. Ale ja pracuję tutaj, dla mnie liczy się tylko ten klub.

– Z zakładów mam dwa razy więcej niż cała ta mysia dziura, Africa. Nigdy się nie rozwiniemy w tym śmierdzącym syfie.

Boccino wstąpił do Ordine Nuovo wcześniej. Furio i ja już go tam zastaliśmy. Nigdy się nie wycofywał, do tego był jednym z tych, którzy od pięści woleli koktajle Mołotowa. Jednak dla niego polityka miała sens tylko wtedy, gdy przekładała się na interesy.

Z czego i ja korzystałem. Gdy tylko otworzyliśmy klub sportowy, zaczął podsyłać nam dzieciaki ze swojej dzielnicy, które chciały uprawiać boks i sztuki walki. Tyle ich było, jakby na Maglianie planowali stworzyć armię.

Rzucił niedopałek papierosa na podłogę i zgasił go obcasem.

– A jak już o forsie mowa… Nasz Benvenuti faworytem zakładów nie jest, ale moi informatorzy gadają, że byk z Tufello jest cienki jak szczypiorek. A co ty mi powiesz?

– Furio bardzo dobrze się przygotował. Jeśli zastosuje się do moich rad, potańczy wokół gościa i nie pozwoli mu na skrócenie dystansu, bez kłopotu wygra na punkty.

Renato kiwnął głową.

– No to znajdę kogoś, kto nam da najlepsze warunki, i zagramy po stówce, co?

– Nie mam stu tysięcy lirów w banku, Boccino.

– Jak chcesz, Africa, to ci pożyczę. Oddasz mi z wygranej.

– A co, jeśli Benvenuti przegra?

– Nie przegra, sam żeś powiedział. A jakby co, to odbiorę sobie z twoich udziałów, jak już się pozbędziemy tego gównianego klubu.

Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.

– Ja również jestem gotów postawić na Benvenutiego. – Giulio Giuli ze swoją anielską twarzą i elegancją pasował do tego miejsca jak trufle do menu dworcowego baru. Miał na sobie długi płaszcz w jodełkę, szare flanelowe dzwony, biały golf i trzewiki College na stopach.

To on i Renato płacili czynsz za klub w pierwszych miesiącach, kiedy dochody były jeszcze niewystarczające. Obu tych facetów, wywodzących się ze społecznych antypodów, łączyła idea, że zarabianie pieniędzy to główna droga do wolności.

Ringo wziął Kulkę pod ramię.

– A więc, Renato, co sądzisz o FUAN?

– FUAN nie jest dla mnie, Ringo. Ja bym tam przyszedł tylko po jedno. Gówniarze mają fioła na punkcie białego proszku. A moi przyjaciele z Magliany daliby nam go od chuja, byleśmy mieli jak go upłynnić.

Giulio natychmiast zaoponował.

– Nie tędy droga, Renato.

– Cykasz się?

Giulio się uśmiechnął.

– Nie, jestem tylko przeciwny twojej propozycji. Mam tę wadę, że choć lubię pieniądze, to muszą być one legalne.

Boccino wzruszył ramionami.

– Szkoda, bo żeby zarobić legitną forsę, trza całego życia, a i to nie wystarczy. A tu kosisz szybko, a potem otwierasz sklepy, restauracje, bary, dajesz ludziom pracę. Możesz nawet iść w parlamenty, jak chcesz!

W tej samej chwili do klubu wszedł Benvenuti w tym swoim ohydnym biało-błękitnym płaszczu przeciwdeszczowym, na którym miał przypięte zdjęcie napastnika Lazio, Long Johna Chinaglii. Był wściekły.

– Sędziowie znowu się uparli, by nam odebrać tytuł. Tak samo jak w zeszłym roku.

Renato potrząsnął głową.

– Gówno prawda, Benvenuti. W zeszłym roku za często obstawiano Lazio i Milan, w tym roku masa zakładów idzie na Juve. Może wam damy wygrać ten puchar. W każdym razie ja, Ringo i Africa stawiamy na ciebie trzy stówki, więc się przyłóż, trenuj i nie nawal!

Furio spojrzał na Giulia.

– Ringo, a twoja długonoga przyjaciółka też przyjdzie na pojedynek?

Giulio uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Zabieram Isabellę do Palazzo dello Sport, żeby cię dopingowała, Benvenuti. Więc nie zrób wstydu! Ale też nie łudź się, ona jest moja.

Po aresztowaniu kierownictwa Ordine Nuovo i rozwiązaniu organizacji nasze spotkania coraz bardziej zaczynały przypominać dyskusje stałych klientów baru: pieniądze, piłka nożna i kobiety. Miałem dosyć.

– Panowie, powinniśmy porozmawiać o klubie.

Byłem ich sumieniem i kulą u nogi. Giulio uśmiechnął się do mnie.

– W porządku, Africa. Ale najpierw porozmawiamy o polityce, prawda?

Furio wyciągnął z lodówki butelkę ze swoją miksturą z mleka, hormonów i aminokwasów. Ja, on i Renato usiedliśmy na środku ringu. Giulio wszedł na górę, ale nie usiadł, stał, opierając się na linach. Nie miał zamiaru poplamić sobie modnych spodni potem jakiegoś idioty. I nagle zaczęło to tak wyglądać, jakby wszedł na podwyższenie podczas wiecu. Zaczął przedstawiać swój punkt widzenia. Nic nowego, wszyscy doskonale wiedzieliśmy, co powie.

– Ordine Nuovo już nie istnieje i może nawet to był zły pomysł od samego początku. Decyzje, które mają wpływ na politykę, podejmuje się w partiach.

Renato wypuścił z płuc obłoczek papierosowego dymu.

– Ten cały twój Ruch Społeczny, Ringo, nic nie jest wart.

Giulio wyciągnął z kieszeni płaszcza czarne pudełko.

– A co to za diabelstwo? – zapytał Furio.

– Kalkulator Texas Instruments Sr-10, zupełnie nowy, ojciec przywiózł mi go z Nowego Jorku.

Ringo zawsze miał obsesję na punkcie nowoczesności. Być może również dlatego miał obsesję na punkcie czasu i szybkości, z jaką mijał: nowoczesność i poczucie czasu szły w parze. Jeśli aparat fotograficzny, to najnowszy model Kodaka, jak wieczne pióro, to nowo wypuszczone na rynek Montblanc. Dał nam znak, byśmy się zbliżyli do kieszonkowego kalkulatora z ciemnym ekranem, na którym pulsowało zero złożone z cienkich czerwonych prostokątów.

– Popatrzcie. Jeśli wpiszę liczbę głosów oddanych na Ruch Społeczny w siedemdziesiątym drugim i pomnożę je cztery razy, raz za każdy rok, przez ten sam procent wzrostu, to w następnych wyborach w siedemdziesiątym szóstym wyprzedzimy socjalistów.

Nacisnął klawisze i pokazał nam liczbę głosów. Ponad trzy miliony. Potem dokończył wykład.

– Tyle że musimy te głosy odebrać najbliższej nam frakcji w Chrześcijańskiej Demokracji. A żeby to zrobić, powinniśmy być bardziej umiarkowani, bo po naszej prawej stronie tak naprawdę nic już nie ma.

Nawet go nie słuchałem. Na szczęście Renato, choć skończył tylko gimnazjum, z liczeniem radził sobie bardzo dobrze. I nie był ani trochę przekonany.

– Tak to nie będzie. Chadecja ma u siebie całkiem ogarniętych ludzi, nie ma bata, żeby wzięli was za umiarkowanych. Jak mnie chcesz przekonać, cobym się nawrócił na FUAN, musimy gadać o forsie dzisiaj, a nie o głosach jutro.

Na twarzy Ringa pojawił się ten jego typowy uśmiech à la Giuliano Gemma. Uśmiech kogoś, kto zawsze sięga wzrokiem dalej niż zwykli śmiertelnicy.

– Mylisz się, Boccino. Chadecy mają na głowie komunistów i najbardziej boją się utraty głosów po lewej stronie. Te sprawy zostaw lepiej mnie, to nie twoja dziedzina. A co ty powiesz, Benvenuti?

Furio dopił swoją miksturę z mleka, hormonów i aminokwasów.

– Ja tam nie wiem. FUAN lubi sobie pogadać, a ja jestem lepszy w biciu. A skoro rozwiązali Ordine Nuovo, to wejdę na ring, żeby zarabiać pieniądze i żeby moja matka przestała być służącą.

– A ty, Boccino?

– Jeśli mówisz, że nie możemy użyć FUAN, żeby dilować kokę, to ja ci powiem, że na czerwonych trza koktajli Mołotowa, a nie waszego próżnego gadania.

Potem Giulio spojrzał na mnie.

– Ciebie nawet nie mam co pytać, prawda, Africa?

– Nie, Ringo. Już ci odpowiedziałem. Ale pytanie, co z klubem. Będzie dalej działać, nawet jeśli nie wrócimy do FUAN?

Schował kalkulator do kieszeni i uśmiechnął się do nas. Miał wrodzoną zdolność do wygładzania każdej rozbieżności. Cecha, której ja nie posiadałem za grosz.

– Dla mnie pozostajemy partnerami w tym klubie sportowym i przyjaciółmi w życiu. Ale jutro w FUAN jest spotkanie. Nie oczekuję, że wstąpicie z powrotem w nasze szeregi, ale proszę was tylko o to, byście tam przyszli.

– Dlaczego? – spytałem.

– Bo w FUAN wiedzą, że jesteśmy partnerami w interesach, i nie chcę, żeby myśleli, że należycie do gorących głów. Przyjdziecie, powiecie dwa spokojne słowa i pokój z nami wszystkimi.

Już miałem zamiar odmówić, ale Renato Menichelli mnie uprzedził.

– W porządku, Ringo. Przyjdę i powiem dwa słowa, nie bój nic. Business is business.

Furio beknął, Giulio spojrzał na swój casiotron na nadgarstku i uśmiechnął się.

– Jest siódma dwanaście, muszę iść. Ad maiora, chłopaki.

Fantastyczna mieszanka angielskiego, bekania i łaciny. Na szczęście i ja miałem spotkanie. Tylko że nie mogłem im o nim powiedzieć i była to kolejna rysa na szkle, po którym stąpaliśmy.

ISABELLA PRZYJECHAŁA tramwajem. Czekałem na nią przed kinem studyjnym w centrum miasta, gdzie umówiliśmy się na spotkanie. Miała na sobie czarny płaszcz, dżinsy z wysokim stanem i kozaczki.

Pocałowała mnie w policzek i wskazała plakaty.

– To co, Michele, idziemy na Ojca chrzestnego?

Nie uśmiechała mi się wizja spędzenia trzech godzin na amerykańskim kiczu o mafii.

– Wolałbym na Konformistę z Trintignantem, grają go w kinie niedaleko stąd.

Potrząsnęła głową, nieprzekonana.

– Czytałam książkę, jest dla mnie za smutna.

– To interesujące. Historia człowieka, który z powodu traumy w dzieciństwie szuka schronienia przed poczuciem nienormalności w absolutnym konformizmie.

Wyciągnęła pięćdziesięciolirową monetę.

– Ja orzeł, ty reszka.

Rzuciła monetę w powietrze, chwyciła w locie i pokazała mi.

– Przywyknij, mam farta.

PRZY WYJŚCIU wzięła mnie pod rękę.

– Twój wybór, Michele. Pożegnamy się i pojadę tramwajem albo zawieziesz mnie do domu i jeszcze porozmawiamy.

Byłem zdezorientowany tak bezpośrednią i nieoczekiwaną propozycją. Natychmiast zauważyła moje zakłopotanie.

– Hej, ale nie bądź świętoszkiem. Powiedziałam: porozmawiamy, a nie co innego.

Po drodze do San Lorenzo Isabella opowiadała mi o szkole języków obcych, którą kończyła, o swoim marzeniu zostania stewardesą w Alitalii i podróżowania po świecie. A ja myślałem o Giuliu Giulim i o tym, co by powiedział, gdyby nas zobaczył.

Zaparkowałem samochód przy bramie starej kamienicy z tynkiem łuszczącym się na ścianach. Isabella wysiadła i otworzyła bramkę wejściową. A potem, zamiast w górę, zeszliśmy po schodach w dół. Przed drzwiami ostrzegła mnie.

– Musisz być grzeczny. Mój brat jest w domu.

Gdy tylko weszliśmy do mieszkania, tłusty rudy kot zaczął ocierać się o jej nogi. Potem spojrzał na mnie, wygiął się w łuk i prychnął.

– To jest Fidel. Mój młodszy brat, bardzo zazdrosny. Zdejmij płaszcz i siadaj, gdzie chcesz. Najpierw muszę się zająć nim. Fidel zawsze ma pierwszeństwo.

Było to mieszkanie typu studio z jedną sofą, małym piecykiem, półką z książkami w kilku językach, aneksem kuchennym, małą łazienką i pojedynczym łóżkiem. Wzięła z lodówki karton mleka i wlała odrobinę do miski razem z suchą karmą. Fidel rzucił się na jedzenie.

– Napijesz się czegoś? Masz do wyboru białe martini, sok grejpfrutowy i wodę.

– Woda wystarczy, dziękuję.

Paczkę murattich i zapalniczkę położyła na półce.

– Jeśli chcesz zapalić, to nie krępuj się, jesteś u siebie – rzuciłem.

Uśmiechnęła się.

– Nie myśl, że jesteś aż tak ważny. Ja po prostu nigdy nie palę w domu. Zapach zostaje.

Przyniosła mi wodę, sobie nalała martini. Fidel zakończył swój posiłek. Wzięła go na ręce.

– Usiądźmy na kanapie.

– A co będzie, jeśli Fidel rzuci się na mnie?

– Rzuci się na ciebie tylko wtedy, jeśli ty rzucisz się na mnie. Z czasem cię polubi, gdy zobaczy, że dobrze mnie traktujesz. Prawda, Fidel?

Kot zareagował na imię i natychmiast umościł się między mną a Isabellą. Pogłaskała go, a on zaczął mruczeć z zadowolenia.

– Wiem, że nie uwierzysz, bo zabrałam cię tu już po pierwszej randce, ale jesteś pierwszą osobą, którą przedstawiłam Fidelowi.

– A tamten drugi? Ten, przez którego cierpiałaś?

Uśmiechnęła się. Smutny uśmiech.

– No właśnie. Widzisz, nie pozwoliłam Fidelowi zobaczyć go wcześniej. To był błąd. Nigdy więcej go nie popełnię.

Była piękna, a uroda warunkowała percepcję. Ale w tym momencie czułem z całkowitą pewnością, że jest właśnie tak, jak mówi. Byłem pierwszym facetem, którego przedstawiła swojemu kotu. I wspaniale było to wiedzieć.

W MIESZKANIU ISABELLI czułem się wyjątkowo dobrze. Ciepło płynące z piecyka, książki, Fidel, ona i jej delikatny zapach. Byłem w prawdziwym domu.

A mój odwieczny towarzysz, gniew, został na zewnątrz, w chłodzie nocy. Dopiła martini i zaczęła głaskać Fidela.

– Podobał ci się Ojciec chrzestny, Michele?

– Cóż, to nie mój gatunek.

Uśmiechnęła się.

– Wyobrażam sobie, że twój gatunek to ten dla ludzi pogrążonych w depresji. A mnie się bardzo podobał, no i jeszcze ten przystojny aktor, który wygląda całkiem jak ty!

– Ale Marlon Brando to starzec…

– Nie, ten, co grał Michaela, Al Pacino. Szkoda, że grał przestępcę.

– Nie całkiem przestępcę, stał się nim później, został do tego zmuszony.

Potrząsnęła głową.

– Chłopaka przestępcę bym zostawiła, Michele.

– A gdybyś się dowiedziała dopiero po ślubie, że jest przestępcą?

Zmarszczyła brwi, zrobiła ten swój grymas. Sprzeciw, determinacja.

– I tak bym go zostawiła.

– A co, gdyby ci to uniemożliwił?

Spojrzała mi prosto w oczy.

– Myślę, że bym go zabiła.

Niedziela, 22 czerwca 1986

PO TELEFONIE od Sofii zawiadamiającym mnie o śmierci Giulia przerwałem sesję na fotelu bujanym i wsadziłem Patrizię do taksówki.

Z mieszkania na Garbatelli pojechałem do centrum z podniesionym dachem mojej alfy duetto. Po obu stronach via Cristoforo Colombo migały kolorowe banery, na których bohaterowie i superbohaterowie koczowali w oczekiwaniu na jesień, kiedy zagoszczą na ekranach naszych kin. Top Gun, Nieśmiertelny, a nawet James Bond w szatach mnicha tropiący morderców w benedyktyńskim opactwie. Żyliśmy w epoce Ramba i Reagana, jeden był bohaterem filmowym, drugi prezydentem planety Ziemia, ale kto z nich był kim, nie miało żadnego znaczenia.

Włączyłem radio. Dionne Warwick śpiewała swój łzawy refren.

That’s what friends are for…

Przyjaciele. Jakie to wyświechtane słowo! Czy Africa i Ringo byli przyjaciółmi? Giulio powiedziałby, że tak, oczywiście! Ale to nie była prawda. Nie dla mnie. Dzieliliśmy ze sobą parę lat naszej młodości, sądziliśmy, że stoimy po tej samej stronie, razem prowadziliśmy klub sportowy na Verano, ale ostatecznie zbyt wiele spraw nas różniło: mieliśmy inną wizję polityki i innego rodzaju życia oczekiwaliśmy dla siebie w przyszłości.

Tylko dziewczyna, której pragnęliśmy, była ta sama.

Na Lungotevere zaklinowałem się w roju samochodów, motocykli, skuterów i pieszych wybierających się na kolację do restauracji na Zatybrzu albo w okolicach Campo de’ Fiori. W radiu komentowali dwa gole Diega Armanda Maradony strzelone Anglikom. Dziennikarze i kibice, oszołomieni slalomem przy drugim, w rzeczywistości zostali uwiedzeni tym pierwszym, który do historii przejdzie jako diaboliczna mano de Dios. Doskonała, bo umknęła uwadze sędziego. Idealna metafora naszych czasów.