Taką, jaka jesteś - Klaudia Bianek - ebook

Taką, jaka jesteś ebook

Klaudia Bianek

4,7
31,90 zł

lub
Opis

Pozwól mu pokochać Cię Taką, jaka jesteś.

Eliza i Filip to zakochana w sobie do szaleństwa para, która sporo razem przeszła, ale mimo wielu problemów ci dwoje nigdy nie przestali wierzyć, że uda im się wszystko poukładać i zbudować wspólnie silny i trwały związek. Nie spodziewali się jednak, że los okaże się znacznie mniej cierpliwy i postanowi przyspieszyć bieg wydarzeń. Nagła i niespodziewana ciąża Elizy stawia całą relację w nowym świetle i wydaje się, że to właściwy moment na wiążące deklaracje… Tymczasem rodzina Elizy wciąż zmaga się z konfliktami i niezażegnanymi sporami. Okazuje się, że czas nie potrafi uleczyć wszystkich ran i często do wybaczenia niezbędne są szczera rozmowa i dużo dobrych chęci... Czy rodzice, dzieci i wnuki spotkają się wreszcie w jednym spokojnym i kochającym domu?

Taką, jaka jesteś to piękna, ciepła historia o uczuciu, które odnalazło wreszcie właściwą drogę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 342

Oceny
4,7 (11 ocen)
8
3
0
0
0

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Klaudia Pankowska-Bianek, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadząca: Aleksandra Wolska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak, Aleksandra Wolska

Redakcja: Ewelina Chodakowska

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Marta Houli

Fotografie na okładce: © geshas | Adobe Stock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-60-3

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojemu Mężowi – za każdy nasz wspólny dzień,

tydzień, miesiąc i rok. Za słowo „kocham”,

za pocałunek i za bliskość.

Za to, że jesteś mężczyzną mojego życia

i najwspanialszym darem od losu.

I love You, as You are…

 

Nieprawda,

Że kocha się za nic,

Że za miłość

Nic się nie należy.

 

Przecież jest piękniej

Gdy ktoś tęskni

W zamian.

 

Gdy na tej miłości

Też komuś zależy.

 

Nie kocha się za nic,

Coś być jednak musi,

Skoro tak człowieka

Ciągnie do człowieka.

 

I spośród innych

Za tym jednym tęskni,

Do jednego wraca…

 

Na jednego czeka.

 

 

Michał Matejczuk, Za nic(z tomu Świeżo malowane)

 

 

Prolog

 

 

Tysiąc czterysta sześćdziesiąt jeden dni.

Tyle minęło od chwili, gdy śmierć mi ciebie zabrała. Wtedy była sobota. Dzisiaj? Czwartek. Tęsknię za tobą, Arturze.

To, że wróciłam w jakimś stopniu do życia, nie oznacza, że zapomniałam o tobie, że zapomniałam, kim byłeś. Stanowiłeś początek i koniec każdego mojego dnia. Nadawałeś sens mojemu istnieniu. Byliśmy zgrani, działaliśmy jak doskonale naoliwiona maszyna. Za dnia i po zmroku, idealnie dobrani.

Nadeszły pierwsze ciepłe dni po długiej, śnieżnej zimie. Słońce gości na niebie dłużej, drzewa zaczynają się zielenić, dzieci nie noszą już zimowych kurtek i grubych czapek.

Nadeszła wiosna.

Kolejny nowy początek.

Ja też dałam sobie na niego szansę, lecz skłamałabym, twierdząc, że nie wypełnia mnie to regularnie wyrzutami sumienia. Bo dla ciebie wszystko się skończyło, a ja układam sobie życie po raz drugi. Mam do tego prawo? Wszyscy mówią, że tak, lecz czasem, a ostatnio coraz częściej, łapią mnie wątpliwości…

Jestem w związku z mężczyzną, którego nigdy nie poznałeś. Z twoim przyrodnim bratem. Brzmi niewiarygodnie, abstrakcyjnie, a jednak to prawda.

Twoja, a właściwie wasza matka wycofała się całkowicie z życia naszych dzieci. Nie ma jej, a ja nie ubolewam, bo nienawiść, którą czuję, gdy o niej myślę, jest tak silna, że mogłaby zostać uznana za destrukcyjną.

Wiem, że jesteś obok. Zawsze. Czuję twoją obecność w ciepłych promieniach słońca, które teraz padają na moją twarz. Płyta nagrobna mieni się tak, jakbyś chciał mi coś powiedzieć.

Wczoraj miałam urodziny. Po kolacji w towarzystwie Filipa i dzieci przyjechałam tutaj. Do ciebie. Wymyłam nagrobek, włożyłam świeże wkłady do zniczy, przywiozłam nowe kwiaty. Dbam o to miejsce, byś wiedział, że nigdy nie zapomniałam.

Ciebie się nie da zapomnieć, Arturze.

Zawsze i na zawsze będziesz ogromną częścią mojego serca. Zamykam oczy i widzę tę przystojną, pogodną twarz. I zmarszczki, które pojawiały się za każdym razem, gdy coś szczerze cię rozbawiło. Palce, którymi kreśliłeś różne wzory na moich plecach, i kazałeś odgadywać. Ciało, które przylegało do mnie ciasno, gdy kochaliśmy się o świcie.

Nie ma cię, a jednak jesteś.

I będziesz.

 

 

Rozdział 1

 

 

To ukrywanie musi się wreszcie skończyć. Nie mogę milczeć, bo mam wrażenie, że wszyscy i tak wiedzą, a ja niepotrzebnie tracę czas i nerwy na zaciskanie ust, gdy wzbiera we mnie potrzeba, żeby powiedzieć to głośno.

Jestem zmęczona tajemnicą, do której sama siebie zobowiązałam. Moje rozdrażnienie jest niekiedy tak silne, że zaczynam się dusić. Zamykam się wtedy w łazience i puszczam wodę pod prysznicem, by nikt nie słyszał mojego szlochu. Czasem też idę na spacer do sadu i tam wyrzucam z siebie nadmiar złych emocji.

Jaś patrzy na mnie i widzę, że niczego nie rozumie. Dąsa się, ale to moja wina, więc nie mam prawa mieć do niego pretensji. Emilka to dobra obserwatorka. Podczas posiłków często przygląda mi się aż nazbyt uważnie. Chciałaby zapytać, ale chyba nie ma odwagi.

Mama chyba wie i czeka, aż przestanę ciągnąć tę farsę i w końcu powiem jej, a ona będzie mogła stwierdzić, że wcale nie jest zaskoczona. Tata jako jedyny nie dostrzega niczego, zbyt zajęty problemami dnia codziennego.

Filip. Jest jeszcze on. Szuka kontaktu i bliskości, której ja nie jestem w stanie mu teraz dać. Przeraża mnie ta blokada, która uformowała się w mojej głowie. Z moimi emocjami dzieje się bardzo źle. Sygnały, które wysyła mi mój własny umysł, są jawnym wołaniem o pomoc.

A ja to wołanie ignoruję, na przekór i na szkodę samej sobie.

Gdzie tu logika? Ano nie ma jej.

Różne myśli chodzą mi już po głowie.

Eliza-wdowa walczy każdego dnia z tą, która dzięki Filipowi na nowo nauczyła się oddychać. Chociaż jeszcze nie zamieszkaliśmy razem, to już czuję, że stworzyliśmy rodzinę. Widujemy się codziennie, dzieciaki go kochają, uwielbiają mieć go blisko. Jego relacja z moim tatą wyraźnie się poprawiła, natomiast mama na każdym kroku okazuje mu swoją wdzięczność za to, że jest mój i że nie zostawił Mileny, gdy ta najbardziej potrzebowała pomocy.

Każda kobieta jest inna i każda ma swoją własną historię. Moja młodsza siostra boryka się z samotnym macierzyństwem, bo popełniła błąd – nie gorszy i nie mniejszy niż tysiące innych – a owocem tamtej jednej chwili zapomnienia jest przesłodka, trzymiesięczna Amelka.

Ola, żona mojego brata, od kilku lat bezskutecznie stara się zajść w ciążę. Razem z Jakubem jeżdżą po lekarzach, próbują, walczą, lecz każda konsultacja odziera ich ze złudzeń. Nie żalą się, ale widzę, że ich związek zaczyna przechodzić poważny kryzys. Głośne kłótnie zamienili na milczenie. Coraz częściej milczą…

Jestem jeszcze ja, która… No właśnie.

 

 

 

 

Tę noc miałam spędzić u Filipa. Dzieci zostały pod opieką rodziców i były z tego powodu niezwykle zadowolone – Emilka stwierdziła, że zrobią sobie z dziadkami piątkowy maraton bajek i zjedzą dużo popcornu.

Wjechałam moim rozklekotanym fordem na podwórko przed domem Filipa. Otworzył mi drzwi, zanim zdążyłam zapukać. W czarnym T-shircie i ciemnych spodniach prezentował się niezwykle dobrze, a jego włosy wyglądały tak, jakby przed chwilą przeczesał je palcami. Miałam przemożną ochotę ich dotknąć, a następnie paść mu w ramiona, zatopić się w jego objęciach. Ale blokada w mojej głowie była zbyt silna.

– Cześć, kochanie – powiedział i ucałował moje usta z czułością, która niezmiennie powodowała rozkoszną miękkość w okolicy kolan.

– Hej – odpowiedziałam cicho.

Tuliłam się do niego przez chwilę, po czym oboje weszliśmy do domu. Z kuchni dochodził wspaniały zapach pieczonej ryby, na co mój żołądek zareagował gwałtownym burczeniem.

– Ktoś tu jest bardzo głodny – stwierdził rozbawiony Filip, a ja przytaknęłam i pomogłam mu nakryć do stołu.

Byłam tu regularnym gościem. Wiedziałam, gdzie znajdują się talerze, szklanki i sztućce. W łazience stały moje kosmetyki, w szafie wisiało kilka moich ubrań. W jakimś stopniu wprowadziłam się do tego domu, chociaż nie czułam się gotowa, by spakować dzieciaki i zrobić to oficjalnie, bez jakichkolwiek wątpliwości. Filip już kilka razy poruszył ten temat w rozmowie, raz nawet otwarcie poprosił, bym się na tę zmianę zdecydowała… Odmówiłam.

Było mu przykro i w jakimś sensie miał prawo się tak czuć. Z drugiej strony oczekiwałam zrozumienia, że dla mnie to zbyt poważny krok, że jeszcze za wcześnie na tego typu decyzje.

Zasiedliśmy do stołu, na którym królował aromatyczny łosoś z piekarnika, a dodatek stanowiły ziemniaki w przyprawach. Zapachy mamiły moje zmysły, więc zabrałam się do pałaszowania, ku zadowoleniu Filipa.

– Tak się cieszę, że wrócił ci apetyt – wyszeptał i pochylił się ku mnie, by skraść kolejny pocałunek.

Lubiłam, gdy to robił.

Rzeczywiście, jadłam więcej. Zaczęłam się zastanawiać, czy to czasem nie forma tłumienia narastającego we mnie stresu. I ukrywania zbyt wielu spraw przed najbliższymi mojemu sercu osobami.

– Gotujesz wyśmienicie – powiedziałam z zachwytem i popatrzyłam Filipowi w oczy. – Wiem, że powtarzam to za każdym razem, ale czasem aż mi głupio, że ja tak nie potrafię.

– Ty jesteś mistrzynią wypieków, nie znam nikogo, kto by ci dorównywał – odparł z pełnym przekonaniem i wstał od stołu, by posprzątać.

Od razu zrobiłam to samo. Razem zajęło nam to dosłownie chwilę. Lubiłam te spokojne, zwyczajne momenty, gdy krzątaliśmy się wspólnie po kuchni. Tworzyliśmy w ten sposób naszą własną normalność.

– Chodź do salonu, obejrzymy coś. Brakuje mi tego.

Wiem – pomyślałam. Dawno nie było tych naszych wspólnych wieczorów z filmem.

Postawiliśmy na Zieloną milę. Obojga nas nie ciągnęło do historii o miłości, ale mieliśmy ochotę się wzruszyć. A chyba żaden film nie był do tego bardziej odpowiedni…

Filip objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w niego zachłannie, stęskniona bardziej, niż byłam gotowa wyrazić słowami. Ostatnimi czasy oddaliliśmy się od siebie, głównie z mojego powodu. Sama zaczęłam wyznaczać granice, których wcześniej nie było, a on, chociaż tego nie rozumiał, to widziałam, że stara się je akceptować.

Dwa dni temu miałam urodziny. Dostałam od Filipa bukiet kwiatów i złotą bransoletkę, która zachwyciła mnie swoją delikatnością. Pojechaliśmy do restauracji na kolację. Po powrocie czułam, jak bardzo chce się kochać, ale opamiętał się w odpowiednim momencie. Chyba zdał sobie sprawę, że następnego dnia wypada…

Czwarta rocznica śmierci Artura.

Szacunek do nieżyjącego przyrodniego brata nie pozwolił mu przekroczyć granicy.

Nie uprawialiśmy seksu od kilku tygodni. Miałam swoje powody, o których oczywiście mu nie powiedziałam. Wymawiałam się bólem głowy, pośpiechem, nagłą koniecznością wracania do dzieci. To było podłe z mojej strony, sama wyrzucałam to sobie w myślach, lecz konieczne dopóty, dopóki…

Film leciał, a przygaszone lampki pod sufitem tworzyły nam bardzo intymną atmosferę. Kilkukrotnie poczułam muśnięcie ust Filipa na szyi, pod uchem, w kąciku ust. Przybliżał się, dłonią wodził po moim udzie, a ja czułam, jak każda komórka mojego ciała zaczyna się rozgrzewać pod jego dotykiem. Pragnęłam go szaleńczo, serce natychmiast zaczęło bić mi szybciej. Zaczęliśmy się całować. Początkowo powoli, bez zbędnego pośpiechu, lecz namiętność wzrastała w nas z sekundy na sekundę. Czułam, jak klatka piersiowa mojego mężczyzny unosi się i opada gwałtownie, czułam, że chce coraz mocniej i bardziej. Wsunął palce prawej dłoni pod miseczkę mojego stanika. W pierwotnym odruchu wygięłam się ku niemu, prosząc o pieszczoty.

I wtedy w mojej głowie zapaliła się ta czerwona lampka.

– Filip… – wyszeptałam przez zaciśnięte gardło.

– Hmm? – mruknął niskim głosem. Był kompletnie odurzony. Odpływał, zatracał się… Tak lubiłam, gdy z czułego mężczyzny zamieniał się w gorącego kochanka, który był tylko mój.

– To nie jest dobry pomysł. – Tylko ja wiem, ile mnie kosztowało wypowiedzenie tych słów.

Uniósł powieki i popatrzył mi w oczy. Miał lekko zmarszczone brwi. Nie rozumiał. Po raz kolejny.

– Dlaczego? – zapytał cicho, choć nie potrafił ukryć rozczarowania.

– Po prostu…

Przerwałam, bo wstał gwałtownie i wsunął palce we włosy z takim impetem, jakby chciał je wszystkie powyrywać. Przeszedł dwukrotnie po salonie, zatrzymał się i spojrzał na mnie z miną, która wyrażała zagubienie i rozpacz.

– Co się dzieje? Odtrącasz mnie. Nie chcesz się ze mną kochać. Jesteś odległa, jesteś… obca – wydusił z siebie głosem po brzegi wypełnionym emocjami.

– Przepraszam. – Tylko tyle mogłam z siebie wydobyć.

– Chodzi o Artura? – To pytanie przecięło powietrze jak ostry nóż.

– Nie.

– Więc o co?! – Podniósł głos, a nie robił tego często. Tym razem musiał naprawdę stracić nad sobą panowanie.

Poczułam się przyparta do muru, zaczynało mi być niedobrze.

– To nie jest dobry moment… Wybacz, ale najlepiej będzie, jeśli pójdę już pod prysznic, bo naprawdę nie chcę się teraz kłócić – odpowiedziałam i wstałam z kanapy. Złośliwy głosik w mojej głowie powtarzał bezustannie: tchórz, tchórz, tchórz…

– Cokolwiek ukrywasz, wiedz, że to się w końcu wyda… – wycedził chłodno za moimi plecami.

Przystanęłam, lecz nie odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Nie miałam odwagi pokazać mu trawiącego mnie smutku, strachu i rozpaczy.

– Wiem – wyszeptałam tak cicho, że równie dobrze mógł tego w ogóle nie usłyszeć.

 

 

 

 

Tej nocy tulił mnie przez sen tak czule, jakby się bał, że mu ucieknę. A ja leżałam na wznak, patrzyłam w ciemność i walczyłam z natłokiem myśli – głównie tych negatywnych. Zaczęłam się zastanawiać, czy gdzieś po cichu do mojego życia nie zakradła się depresja. To taka podstępna, cholernie wyniszczająca choroba…

Następnego dnia pożegnaliśmy się z Filipem tak, jakby rozmowy z wczorajszego wieczoru w ogóle nie było. Wsiadłam w samochód i pojechałam do domu, by wycałować dzieciaki i przygotować im śniadanie, okazało się jednak, że wstały wcześniej, niż sądziłam, a moja mama zdążyła już zadbać, by spałaszowały pyszności spod jej ręki.

Tego dnia byłam umówiona z Mileną. Zadzwoniła do mnie w urodziny z życzeniami i pochwaliła się, że otrzymała zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko sekretarki. Nie miała jednak z kim zostawić Amelki, dlatego poprosiła mnie o pomoc.

– Nie ma sprawy, przyjadę. O której mam być? – zapytałam od razu, ucieszona, że znów zobaczę tę słodką dziewczynkę.

– Przyjedź na dwunastą, wybierzemy się jeszcze na spacer i pogadamy – odpowiedziała radośnie.

– Czemu właściwie ta rozmowa odbywa się w sobotę? – zdziwiłam się.

– Właściciel tłumaczył, że pilnie potrzebuje sekretarki, a dopiero wrócił z długiej delegacji, i to taki wyjątek od reguły, bo praca jest od poniedziałku do piątku.

– A co z Amelką? Zdążysz załatwić dla niej żłobek? To chyba nie takie proste – zauważyłam od razu, marszcząc brwi.

– Rozmawiałam z mamą. Powiedziała, że mam ją przywozić do Lilecka. Tak długo, aż nie załatwię tej sprawy ze żłobkiem – odparła Milena, a w jej głosie wyraźnie zabrzmiała tęskna nuta. – Boję się spotkania z ojcem. Przecież on nawet nie widział małej…

– To zobaczy. I może w końcu skończy z tym swoim oślim uporem – stwierdziłam spokojnie, ucieszona z takiego obrotu sprawy. – Emilka będzie ubolewać, że musi chodzić do szkoły, gdy w domu zostaje jej malutka kuzynka. Bardzo często o nią pyta – dodałam, myśląc o mojej córeczce z ciepłem na sercu.

– Tęsknię za twoimi szkrabami jak szalona, wiesz…

Wiedziałam. Zanim wydało się, że zaszła w ciążę z przypadkowo poznanym mężczyzną, którego personaliów nie zna, więc finalnie nie ma pojęcia, kto jest ojcem, mieszkała w domu z nami. Wyprowadziła się po kłótni z tatą, który nie mógł jej wybaczyć tego błędu. Najmłodsza córka w ciąży nie wiadomo z kim. Toż to hańba… A była jego oczkiem w głowie przez tak długi czas. Zaparł się i nie odzywał do niej. Zmiękł ten jeden jedyny raz, gdy Filip dał mu zdjęcie Mileny i Amelki. Wtedy myśleliśmy, że trochę odpuści, lecz zaraz na nowo otoczył się murem. Miał cholernie ciężki charakter. Mama wylała mnóstwo łez przez tę sytuację, ale nawet to nie wpłynęło na ojca kojąco.

Od momentu wyprowadzki Milena ani razu nie odwiedziła domu rodzinnego. A przecież była jego częścią, tyle lat pracowała w naszym sadzie, moje dzieci wychowywały się przy niej. Ta zmiana odbiła się na emocjach nas wszystkich. Nawet Filipa…

Cieszyłam się więc na spotkanie z młodszą siostrą. Mama też uśmiechała się z tego powodu. I obiecała, że pod moją nieobecność zapewni dzieciom całą moc atrakcji.

– Dzięki, mamo. Jesteś najlepsza! – powiedziałam i pocałowałam ją w policzek, a następnie pożegnałam się z Jasiem i Emilką. Oboje mieli buzie słodkie od bezy na bazie miodu, upieczonej wczoraj wieczorem przez ich niezawodną babcię.

Dzień był słoneczny i wiosenny, lecz co mocniejsze podmuchy wiatru sprawiały, że bezpieczniej było wziąć lekki płaszcz. Rok temu o tej porze rozłożyła mnie grypa i naprawdę nie miałam ochoty tego powtarzać…

Spotkałyśmy się z Mileną w parku, który przepięknie zielenił się po śnieżnej i mroźnej zimie. Siedziała na ławce, a w ciemnoróżowym wózku spała smacznie Amelka.

– Hej! – powiedziałam z uśmiechem i porwałam siostrę w ramiona.

– Cześć! Tak dobrze cię widzieć! – odparła i ucałowała mnie w policzek.

Zajrzałam do wnętrza gondoli, po raz kolejny zachwycając się urodą pucołowatej buźki mojej trzymiesięcznej siostrzenicy.

– Ależ ona wyrosła… – stwierdziłam ze zdumieniem.

– Przy jej apetycie dziwne byłoby, gdyby nie rosła. Ciągle chce jeść. – Milena pokręciła głową ze śmiechem.

Ubrana w elegancki żakiet, ołówkową spódnicę i botki na obcasie, prezentowała się nienagannie. Profesjonalistka w każdym calu.

– Stresujesz się przed rozmową? – zapytałam z uśmiechem i popatrzyłam na nią kątem oka.

– A wiesz, że nie? Oczywiście bardzo zależy mi na tej pracy, ale idę tam z jakimś dziwnym spokojem. Będę po prostu sobą – odpowiedziała i wzruszyła ramionami.

– I to jest najlepsze, co możesz zrobić – pochwaliłam i szturchnęłam ją lekko ramieniem. – Radzisz sobie?

Wyraz twarzy Mileny lekko się zmienił. Uciekła spojrzeniem i westchnęła, a gdy ponownie na mnie spojrzała, w jej oczach dostrzegłam odrobinę smutku.

– Czasem jest lepiej, czasem gorzej. Amelka na szczęście nie ma już kolek, więc śpi prawie całe noce. Dlatego zdecydowałam się poszukać pracy. Potrzebuję pieniędzy. Gdybym wiedziała chociaż, kto jest jej ojcem, wtedy mogłabym ubiegać się o alimenty, a tak… – urwała, pąsowiejąc na twarzy.

– Każdy popełnia błędy. A ty nie możesz żałować, bo tamta sytuacja zaowocowała tym małym cudem śpiącym w wózku. – Wskazałam ręką na Amelkę, a moja siostra uśmiechnęła się z miłością.

– Już sobie nie wyobrażam, że mogłoby jej nie być – przyznała. Wiedziałam, że mówi szczerze. I doskonale ją rozumiałam.

Tak bardzo chciałam podzielić się z nią moją skrywaną od kilku tygodni tajemnicą. Słowa balansowały mi na granicy ust, a ja zdawałam sobie sprawę, że jeśli pozwolę im wypłynąć, to wszystko się zmieni. Byłoby mi łatwiej, tego jednego byłam pewna, ale czy czułam się gotowa?

Czasami było mi wstyd przed samą sobą za te wszystkie rozterki, które kompletnie nie przystawały kobiecie w moim wieku. Z tyloma rzeczami sobie radziłam, tyle przeszłam, a nie potrafiłam zdobyć się na odwagę, by porozmawiać z siostrą o tym, co mnie trapi. Idiotyczne.

– Ola się do ciebie odzywała? – zapytałam po chwili milczenia.

Amelka zaczęła się wiercić, więc Milena lekko pokołysała wózek i dziewczynka ponownie zapadła w sen.

– Ostatnio nie dzwoniła. Sama próbowałam się z nią skontaktować, ale zbyła mnie szybko, więc chyba nie była w nastroju – odparła. – Coś nie tak u niej i Kuby? Co się dzieje?

– Nie jest dobrze. Kłócą się, bo chyba dociera do nich, że mogą nigdy nie doczekać się dziecka…

– To jest takie niesprawiedliwe. Inne kobiety rodzą i porzucają swoje dzieci, niektóre zabijają, by pozbyć się problemu, a normalne małżeństwo tak bardzo pragnie maleństwa i nie może go mieć – wyszeptała ze smutkiem i pokręciła głową.

Miała rację. Sama się nad tym sporo zastanawiałam w ostatnim czasie. Jaki był plan Boga w tym wszystkim, że tak często obdarzał dziećmi nieodpowiednie kobiety, podczas gdy te, które chciały mieć potomstwo, nie były w stanie zajść w ciążę?

Moja rozmowa z młodszą siostrą zeszła na ponure tematy. Tymczasem wokół śpiewały ptaki, brukowaną dróżką jeździli rowerzyści, wielu spacerowiczów prowadziło psy na smyczach. Po zimie każdy z entuzjazmem przyjął poprawę pogody i pierwsze słoneczne dni. Przyroda budziła się do życia i aż chciało się działać.

Wybrałyśmy się z Mileną na krótki spacer wokół dużej fontanny w centrum parku. Dźwięk przelewającej się wody był przyjemny dla ucha, ale chyba wybudził ze snu Amelkę. Na nasz widok zareagowała cudownym, bezzębnym, dziecięcym uśmiechem.

– Witaj, ślicznotko – powiedziałam i pochyliłam się ku niej, by pogładzić opuszkiem palca jej pucołowaty policzek.

– Zostaniesz z ciocią, robaczku, a mama pójdzie zrobić dobre wrażenie przed potencjalnym pracodawcą – dodała Milena. W jej głosie słychać było pewność siebie.

Zerknęłam na nią i w jednej chwili uderzyło mnie, jak bardzo się zmieniła. Wydoroślała. Jeszcze rok temu, mieszkając w Lilecku, była niedojrzałą marzycielką po trzydziestce. Chciała spotkać księcia na białym koniu, czekała na wielką miłość i porywy serca. Nie raz i nie dwa podejmowała naprawdę głupie, pozbawione logiki decyzje, które później na długie tygodnie kładły się na niej cieniem. Ostatnim „wybrykiem” była tamta impreza, podczas której poszła do łóżka z zupełnie przypadkowym facetem…

Nie znała imienia, nazwiska, adresu czy numeru telefonu biologicznego ojca Amelki. Chciała odreagować, zrobić na złość poprzedniemu facetowi, a w efekcie przyszło jej się zmierzyć z największą życiową zmianą. Została matką.

Teraz miałam przed oczami poważną, odpowiedzialną kobietę, która wychowując córkę samotnie, dbała o nią najlepiej, jak tylko mogła, i każdego dnia stawała na wysokości zadania. Im dłużej o tym myślałam podczas naszego wspólnego spaceru, tym bardziej czułam, jak wypełnia mnie duma z siostry. Wiedziałam, że gdyby nasz tata zobaczył ją teraz, również nie potrafiłby powstrzymać napływu pozytywnych uczuć. Marzyłam o tym, żeby się w końcu pogodzili. Oboje tęsknili za sobą tak samo mocno.

 

 

 

 

Półtorej godziny później Milena wróciła do nas z rozmowy kwalifikacyjnej.

Przez ten czas, gdy jej nie było, spacerowałam z Amelką po parku, karmiłam ją na jednej z ławek w pobliżu fontanny i nosiłam na rękach, by mogła poobserwować otaczający ją świat. Ani razu nie zapłakała. Była naprawdę kochanym, spokojnym dzieckiem. Patrzyłam na jej roześmianą niemowlęcą buzię i przypominałam sobie czasy, gdy Emilka była taka malutka. A później Jaś, lecz w jego przypadku nie zaznaliśmy sielanki. Płacz, obawy, nieprzespane noce i wizyty u specjalistów… A gdy wszystko zaczęło powoli wychodzić na prostą, wówczas Bóg odebrał mi męża i już nic nie było takie jak wcześniej.

– Jak poszło? – zapytałam, gdy Milena usiadła na ławce obok mnie i westchnęła z ulgą.

– Myślę, że dobrze. Facet był bardzo uprzejmy i profesjonalny. Jasno powiedział, jakiego pracownika poszukuje. Zadał mi kilka pytań, odpowiedziałam na wszystkie wyczerpująco, i poinformował, że odezwie się najpóźniej we wtorek. – Popatrzyła na mnie z uśmiechem. – Chciałabym dostać tę pracę. Od ósmej do szesnastej, dobra płaca, siedzenie przy biurku i ogarnianie papierków. Dałabym sobie radę.

– Oczywiście, że tak. Będę trzymać kciuki, żeby się odezwał.

– Mała była grzeczna? – zapytała i zerknęła do wózka, gdzie Amelka gaworzyła w najlepsze.

– Jak aniołek. Trochę ją ponosiłam, żeby pooglądała sobie otoczenie. Była bardzo zadowolona – powiedziałam i podałam Amelce grzechotkę, którą sekundę wcześniej wypuściła z rączek.

Milena patrzyła na córkę z miłością i dumą. Doskonale wiedziałam, jakie emocje kryją się w tym spojrzeniu, bo sama w ten sam sposób spoglądałam codziennie na moje dzieci. Nie ma większej siły niż miłość matki do dziecka. Można pokonać każde uczucie, podać je w wątpliwość, ale nie to, którym kobieta obdarza istotę wydaną przez siebie na świat. Moja siostra była dowodem na to, jak bardzo pojawienie się dziecka zmienia człowieka, jego zachowanie i postrzeganie świata. Gdy zostaje się matką, trzeba wydorośleć, przewartościować całe swoje życie, zrobić rewolucję na liście priorytetów.

– Dzień dobry. – Brzmienie niskiego głosu sprawiło, że obie drgnęłyśmy i popatrzyłyśmy na mężczyznę, który zatrzymał się w pobliżu zajmowanej przez nas ławki.

Był wysoki i szczupły, z burzą jasnych włosów na głowie i okularami w czarnych oprawkach. Ubrany był w koszulę w kratę. Patrzył na Milenę i uśmiechał się szeroko. Zerknęłam na siostrę i zobaczyłam, że ona także uśmiecha się w ten sposób.

– Dzień dobry – odpowiedziałyśmy jednocześnie. Ja uczyniłam to tak, jak odpowiada się na przywitanie nieznajomego, natomiast w przypadku Mileny miało to nieco inny wydźwięk…

– Spotykamy się nawet w parku – zauważył mężczyzna i podszedł bliżej.

Wyglądał jak stereotypowy informatyk. Zastanawiałam się, czy moje pierwsze skojarzenie może być słuszne.

– A przecież i tak widujemy się codziennie, bo jesteśmy sąsiadami – dodała moja siostra z cichym chichotem.

Sąsiadami. A to ciekawe…

– Miała pani mieć dziś rozmowę o pracę, dobrze pamiętam? – zagadnął, co było wyraźnym sygnałem, że chciał pociągnąć rozmowę.

– Zgadza się. Jestem już po. Teraz pozostaje mi tylko czekać na telefon. Podobno dostanę odpowiedź najpóźniej do czwartku. – Moja siostra wzruszyła ramionami z westchnieniem.

– Jestem pewien, że będzie dobrze – zapewnił z szerokim uśmiechem Pan Sąsiad i przeczesał palcami już i tak rozwichrzone włosy. – Ja dziś wyszedłem wcześniej z pracy. Mieliśmy awarię sieci w biurze, w związku z czym zamierzam popracować w domu. Planowałem zajrzeć do pani wieczorem – dodał w ramach wyjaśnienia.

Wtedy zadziało się coś dziwnego. Milena rzuciła mi szybkie spojrzenie, a jej policzki natychmiast przybrały uroczy, czerwony kolor. Pan Sąsiad ją zawstydził!

– Zapraszam – wydukała i odchrząknęła zakłopotana. – Ależ ze mnie gapa! Nie przedstawiłam was! To moja siostra, Eliza. A to mój nowy sąsiad, Kryspin.

Mężczyzna chyba dopiero wtedy mnie zauważył. Podszedł, wyciągnął dłoń i przywitał się. Sposób, w jaki to zrobił, sugerował, że był człowiekiem uroczo roztargnionym, co stało w pewnej sprzeczności z powagą, jakiej dodawały mu koszula i okulary. Skupiał się całkowicie na Milenie, a ja kompletnie nie miałam mu tego za złe. Obserwowałam ich z boku i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. To były takie słodkie podchody, jakie można oglądać w filmach o miłości.

– Wobec tego wpadnę koło dziewiętnastej. Pasuje? – zapytał i, może tylko mi się wydawało, wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jej odpowiedź.

– Tak, jak najbardziej. – Milena posłała mu uśmiech, który sprawił, że cały się rozpromienił.

Pożegnał się najpierw z nią, a następnie ze mną, po czym odszedł, poprawiając czarną torbę na ramieniu. Obie patrzyłyśmy za nim tak długo, aż nie zniknął za zakrętem parkowej ścieżki. Przez chwilę milczałyśmy.

Odchrząknęłam.

Następnie moja siostra zrobiła to samo.

Popatrzyłyśmy na siebie. Ja posłałam jej szczery uśmiech, ona wyglądała na szczęśliwą, lecz zakłopotaną.

– No to słucham – ponagliłam z uniesionymi brwiami.

– W zasadzie nie ma co opowiadać… – odparła, wzruszając ramionami.

– Jasne, jasne. Właśnie widziałam. Kim jest ten facet?

– Mówiłam. To mój nowy sąsiad. Ma na imię Kryspin. Wprowadził się do budynku jakieś trzy tygodnie temu. – Milena odpowiadała tak, jakby to nie było nic wielkiego. A to aktoreczka…

Może dałabym się nabrać, gdybym nie znała jej tak doskonale. Widziałam, że emocje wypełniają ją po brzegi.

– Często do ciebie wpada? – zapytałam. Ponownie nie byłam w stanie powstrzymać uśmiechu.

– Kilka razy w tygodniu. Pomógł mi z zakupami i wózkiem. W zasadzie to tak się poznaliśmy. W ramach podziękowania zaprosiłam go na herbatę…

– Oho, szkoła życia naszej mamy nie poszła na marne! – zauważyłam. Ugoszczenie osoby w ramach wdzięczności było tak bardzo w stylu naszej rodzicielki.

– No właśnie. I tak to się w sumie zaczęło. Trochę pogadaliśmy. Opowiedział mi, że jest informatykiem, że wcześniej mieszkał za miastem, ale zaczął nową pracę i postanowił przenieść się bliżej. Jest miły. Kompletnie nie w moim typie i może dlatego tak dobrze nam się rozmawia – odpowiedziała, a ja po prostu zaczęłam się śmiać. – O co ci chodzi? – zapytała z marsową miną.

– Nie no, w ogóle nie jest w twoim typie – zauważyłam z nutą ironii. – I też w ogóle się nie czerwieniłaś na jego widok, prawda?

Popatrzyła na mnie tak, jakby ostatkiem silnej woli powstrzymywała się, żeby mi nie przywalić. Gdy byłyśmy młodsze, to właśnie od tego jej spojrzenia rozpoczynała się większość naszych kłótni.

– To tylko kolega! – zaoponowała z uniesionymi dłońmi.

– Oczywiście – przytaknęłam bez przekonania. – Przyznaję: od razu zgadłam, że jest informatykiem. Ale naprawdę cię lubi. To widać.

– Bardzo mi pomaga. Chodzimy razem na zakupy, gdy mu pasuje oczywiście, i wtedy mogę kupić więcej, bo zawsze wniesie mi torby na górę, a ja mogę wziąć Amelkę – wyjaśniła spokojnie i popatrzyła na mnie, jakby chciała się przekonać, czy jej wierzę.

Zrobiło mi się ciepło na sercu. Kryspin w pewnym sensie otoczył moją siostrę opieką. Wcześniej robił to Filip. Teraz nadal zaglądał do Mileny, ale, co oczywiste, nie mógł być przy niej codziennie, by pomagać z wózkiem i z zakupami. Miał bardzo dużo pracy w lecznicy, a dodatkowo chciał się skupić przede wszystkim na budowaniu naszej rodziny. Zależało mu, byśmy stali się nią oficjalnie. Wspólne mieszkanie, w domyśle pewnie i ślub…

Chociaż ja wolałam nie wybiegać w przyszłość tak daleko. Najpierw musiałam wyjawić mu swoją tajemnicę.

– Cieszę się, że masz kogoś takiego – przyznałam po chwili ciszy i objęłam Milenę ramieniem. – Miło, że się widujecie. Dzięki temu jest ci raźniej – dodałam, by zapewnić ją, że nie mam nic przeciwko tej znajomości. Znałam ją na tyle, by wiedzieć, że aprobata najbliższych jest dla niej ważna.

Tym razem w jej życiu pojawił się facet może i roztargniony, ale uśmiechnięty i szczerze w nią zapatrzony. Rzeczywiście, odstawał mocno od mężczyzn, którymi interesowała się, zanim została matką Amelki. Lubiła typ klasycznych przystojniaków, tajemniczych, czasem nieco szorstkich. Wielokrotnie powtarzała znany powszechnie tekst, że łobuz kocha najbardziej.

Tylko jakoś nigdy jej z takimi typami nie wychodziło. Zawsze kończyło się wielkim rozstaniem, okupionym – w zależności od sytuacji – jej złością lub łzami.

Filip, jako właśnie ten klasyczny, tajemniczy przystojniak, musiał się znaleźć na jej celowniku. Nie było innej opcji. Jego pojawienie się sporo skomplikowało w naszych relacjach, był nawet taki moment, gdy myślałam, że już nigdy nie uda nam się porozumieć. Nie wiedziałam, czy po swoim zawodzie miłosnym zaakceptuje mój związek. Obie jednak miałyśmy dość czasu, by przeanalizować sytuację, a nasza siostrzana przyjaźń pozostała niczym niezagrożona.

– Nie szukam miłości. Już nie – powiedziała spokojnie, gdy postanowiłyśmy ruszyć spacerem do jej mieszkania, by wypić jeszcze razem kawę.

– Może to miłość znajdzie ciebie?

Popatrzyła mi w oczy z niedowierzaniem. Kto by się spodziewał, że takie słowa padną kiedykolwiek z moich ust, po stracie Artura? A jednak przyszły naturalnie, bo rzeczywiście miłość ma to do siebie, że lubi atakować znienacka, gdy człowiek ani jej nie pragnie, ani nie szuka, ani nie potrzebuje.

Miałam nadzieję, że uczucie zaskoczy ją tak, jak zaskoczyło mnie.

 

 

Rozdział 2

 

 

Pokazałam mamie zdjęcia Amelki, które zrobiłam telefonem podczas naszego spaceru. Jaś wdrapał mi się na kolana i spoglądał na ekran ciekawie. Emilka nie mogła wyjść z zachwytu nad urodą swojej małej kuzynki.

– Ona jest śliczna, mamo! – powiedziała swoim słodkim głosem i wyjęła mi telefon z ręki, by raz jeszcze obejrzeć od początku wszystkie zdjęcia. – Chciałabym, żebyś urodziła nam kolejną siostrę albo brata – dodała i popatrzyła na mnie z szerokim uśmiechem.

Tak podobnym do uśmiechu jej ojca.

Poczułam na sobie intensywny wzrok mamy. Zajęłam się gilgotaniem Jasia, ku jego ogromnej radości, byleby tylko nie musieć się z nią mierzyć. Tak, to był wyraz najczystszego tchórzostwa z mojej strony i wcale nie czułam się z tego powodu dumna.

– Jeszcze wszystko jest możliwe, kochanie – odpowiedziała moja mama, kierując te słowa do Emilki.

Córka podniosła głowę i zmarszczyła brwi, zamyślona.

– Ale gdyby mama urodziła jeszcze dziecko, to przecież by miało innego tatę. Filip byłby tatą, tak? – zapytała zaciekawiona.

Była bardzo domyślna i potrafiła naprawdę niesamowicie rozeznawać się w sprawach dorosłych, jak chociażby teraz. Jej dziecięcy umysł dużo analizował. Zadawała mnóstwo pytań, jej ciekawość świata zachwycała wszystkie nauczycielki w szkole i mnie samą, ale teraz… pierwszy raz poczułam się z tego powodu niekomfortowo.

Emilka czekała na moją odpowiedź. Mama nie wychodziła przed szereg, bo wiedziała, że to ja powinnam rozwiać jej wątpliwości w tej konkretnej kwestii.

– Tak, córeczko – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niej.

Jaś poklepał mnie po ręce, domagając się kolejnych gilgotek, więc przeniosłam się z nim na gruby, puchaty dywan i kontynuowaliśmy zabawę. Jego śmiech poniósł się po całym domu. Uwielbiałam ten dźwięk. Był jednym z moich absolutnie ulubionych.

Niedługo później mój synek zaczął trzeć oczy, więc zabrałam go na górę i położyłam na popołudniową drzemkę. Emilka udała się do swojego pokoju z dość nietęgą miną, świadoma, że czeka ją odrabianie zadań domowych. Już dawno ustaliłyśmy, że zajmuje się obowiązkami w sobotę, by całą niedzielę mieć wolną na wypoczynek przed kolejnym tygodniem w szkole.

– Sprawdzisz mi, gdy skończę? – zapytała tuż po tym, jak ucałowałam ją w głowę i postawiłam na biurku kubek wypełniony aromatyczną herbatą malinową.

– Oczywiście. Zawołaj i przyjdę, tylko pamiętaj, żeby nie obudzić Jasia – odpowiedziałam i opuściłam sypialnię córki.

Zeszłam na dół, bo naszła mnie ogromna ochota na gofry. Myślałam o nich przez większość dnia, a upewniwszy się, że w lodówce mamy śmietanę kremówkę, wiedziałam, że tego przysmaku nie zabraknie dziś w naszym domu.

Mama zmywała właśnie naczynia. Gdy weszłam, natychmiast wyprostowała się i wytarła mokre dłonie w ręcznik papierowy.

– Jak długo zamierzasz to ukrywać? – zapytała wprost i popatrzyła mi w oczy tak stanowczo, że momentalnie przystanęłam.

Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Wiedziała. Nie było sensu się wypierać, bo tylko bym się ośmieszyła.

– Kiedy się domyśliłaś? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie i uciekłam wzrokiem.

– Już dawno. Wróciłaś od lekarza roztrzęsiona. Gdy cię zapytałam, co powiedział, stwierdziłaś, że wszystko jest w porządku, ale czułam, że to nieprawda. Początkowo myślałam, że jesteś na coś chora, ale… To nie to. Twoje ciało się zmienia, tak jak zmieniało się już wcześniej – wyszeptała spokojnie, a ja ponownie odważyłam się na nią popatrzeć.

Uśmiechała się. Łagodnie i wyrozumiale. W spojrzeniu mamy było tak dużo kojącego ciepła, że miałam ochotę wtulić się w nią i poczuć, jak spływa na mnie ulga.

– Nie wszystko jest takie oczywiste – odpowiedziałam i ruszyłam do lodówki, by wyciągnąć z niej mleko oraz jajka.

Musiałam natychmiast zająć czymś ręce, by nie zwariować.

Oby tylko tata nie wparował teraz do kuchni…

– Co masz na myśli?

Wzięłam głęboki oddech. Wyjęłam z szafki mikser i wysoki pojemnik, następnie mąkę i proszek do pieczenia.

Niemal w ostatniej chwili zdusiłam w sobie odruch położenia dłoni na brzuchu.

– To bliźnięta…

– O mój Boże… – Mama zakryła dłonią usta i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy to oznaka szoku, radości, a może załamania?

– Jedno z dzieci jest dużo słabsze. Serduszko nie bije tak mocno, jak powinno. Lekarz powiedział, że może nie przetrwać – wydusiłam z siebie, a w okolicy serca rozeszło mi się nieprzyjemne uczucie.

Niepokój, strach, niepewność. Towarzyszyły mi każdego dnia od momentu wizyty i rozmowy z lekarzem.

– Trzeba być dobrej myśli – wydukała mama i podeszła bliżej, kładąc mi dłoń na ramieniu.

– Mamo… Ja już mam dwójkę dzieci. – Oparłam się o szafkę i ukryłam twarz w dłoniach. – Jedno z nich jest niepełnosprawne. Ciąża bliźniacza to ogromne wyzwanie dla młodej kobiety, a ja jestem nie pierwszej młodości. Nie wiem, czy słabsze maleństwo przetrwa, nie wiem, jak powiedzieć o tym Filipowi… Mam ogromne wyrzuty sumienia, bo od śmierci Artura minęły niecałe cztery lata, a ja noszę pod sercem dzieci innego mężczyzny…

Dopiero w momencie, gdy wypowiedziałam to wszystko na głos, dotarło do mnie, w jak niecodziennej sytuacji się znalazłam. Hormony buzowały we mnie jak szalone i nie do końca potrafiłam się w tym odnaleźć. Chciałam płakać i krzyczeć jednocześnie. Ukrywanie ciąży tylko bardziej wszystko utrudniało. I chociaż ledwie radziłam sobie z emocjami, musiałam ubierać usta w uśmiech, by nie martwić dzieci.

– Artur odszedł i wyrzuty sumienia względem niego to ostatnie, co powinnaś czuć – powiedziała mama, łapiąc mnie za ramiona. – Stres nie jest dobry w twojej sytuacji, a ty zamiast powiedzieć o tym wszystkim komuś z nas, to dusiłaś wszystko w sobie. – Tym razem w jej głosie zabrzmiała przygana. – Kiedy masz kolejną wizytę u lekarza?

– W przyszły piątek.

– Do tego czasu musisz powiedzieć Filipowi, rozumiesz? Nosisz pod sercem jego dzieci! Ma prawo wiedzieć, niezależnie od tego, co wydarzy się dalej – odpowiedziała stanowczo i przytuliła mnie tak mocno, że omal nie zalałam się łzami.

Poczułam na sercu niewielką, ale uzdrawiającą lekkość. Zrzuciłam z barków część dźwiganego w pojedynkę ciężaru. Mama była wsparciem, którego bardzo teraz potrzebowałam.

W pierwszej chwili, gdy lekarz powiedział mi, że jestem w ciąży bliźniaczej, miałam wrażenie, jakbym była w ukrytej kamerze. To nie był dobry moment na dziecko, a co dopiero na dwójkę. Owszem, w ciągu minionych miesięcy otworzyłam się na Filipa. Dałam nam realną szansę na związek, chciałam spróbować znów być szczęśliwa i nie czuć się z tego powodu źle. Wiedziałam, jak bardzo pragnął mieć dzieci. W końcu jego małżeństwo z Adą rozpadło się właśnie dlatego, że ona nie chciała mu ich dać. Myślałam naiwnie, że to niemożliwe, że przecież z pewnością nie zaszłam, bo jak i kiedy…

Ale mowy o niepokalanym poczęciu nie było. Kochaliśmy się z Filipem i to właśnie wtedy musiało się stać.

Dalszą część wieczoru spędziłyśmy w ciszy. Mama kręciła się między kuchnią a łazienką – wstawiała i wywieszała pranie oraz doglądała rosołu, który gotowała dla taty, bo narzekał, że łapie go przeziębienie.

Ja natomiast zrobiłam cały stos gofrów, a jako dodatek ubiłam śmietanę. Emilka w tym czasie zdążyła skończyć wszystkie zadania domowe oraz przynieść mi zeszyty do sprawdzenia. Jaś wybudził się z drzemki w dobrym nastroju. Zapiszczał radośnie, gdy wręczyłam mu suchego gofra.

Był coraz bardziej samodzielny, a samodzielne jedzenie stanowiło jego ulubione zajęcie. Wprawdzie więcej pokarmu lądowało na podłodze niż w jego buzi, ale terapeutka bardzo go chwaliła i zalecała, by pozwalać mu ćwiczyć niezależnie od rozmiarów bałaganu, jaki przy tym robi. Idąc za jej radą, pozwalałam mu samodzielnie spożywać posiłki. Czasem wołał o pomoc, gdy plastikowa łyżeczka obróciła mu się między palcami, a zupa krem nie współpracowała tak, jakby chciał. Z kolei mus owocowy, który skapnął na stół, był świetną okazją do mazania po blacie. Każdy posiłek kończył się zmianą ubrań, a w skrajnych przypadkach nawet kąpielą. Nic jednak nie było mi straszne, gdy widziałam tę cudowną radość na twarzy mojego dziecka.

 

 

 

 

Niedzielny poranek rozpoczął się od wymiotów. Z głową nad muszlą klozetową przypominałam sobie, jak to było w pierwszym trymestrze przy dwóch poprzednich ciążach. I wiedziałam, że najbliższe tygodnie z pewnością nie będą łatwe. Miałam bardzo wrażliwy żołądek. W ciąży z Emilką wymioty męczyły mnie do szóstego miesiąca, z Jasiem zaś do czwartego. Atakowały nie tylko rano, ale też w ciągu dnia i wieczorem. Jedzenie w tym czasie nie znajdowało się zbyt wysoko na liście moich potrzeb, a metodę wmuszania w siebie czegokolwiek pomimo ogromnej niechęci opanowałam niemal do perfekcji.

Tuż po godzinie siódmej przygotowałam się do wyjazdu na cmentarz. Zjadłam kilka biszkoptów i wypiłam szklankę wody, po czym wsiadłam w mojego rozklekotanego forda i wyruszyłam w drogę.

Wiedziałam, że Filip nie odpuści mi wymiany auta. Od kilku tygodni poruszał ten temat przy każdej możliwej okazji, tym bardziej będzie nalegał, gdy dowie się o ciąży. Rzeczywiście, auto było w koszmarnym stanie i zdawałam sobie sprawę, że kolejnego przeglądu technicznego już nie przejdzie. Ten samochód miał dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Tak wiele wspomnień związanych z Arturem, tyle dobrych chwil…

Zdroworozsądkowo – nie powinnam nim jeździć, bo stwarzałam zagrożenie dla siebie i innych, ale wewnętrznie – wciąż dopiero dojrzewałam do podjęcia decyzji o zezłomowaniu mojego forda. Któregoś razu przeglądałam już nawet strony z używanymi samochodami, bo przecież musiałabym coś kupić, by mieć się czym poruszać, ostatecznie jednak odwlekałam ten moment… I nadal jeździłam pogruchotanym przez lata użytkowania autem. W jego wnętrzu czułam przecież obecność Artura. Gdy zamykałam oczy, miałam wrażenie, jakby siedział obok, mówił do mnie, dotykał dłoni lub ramienia. Oddanie tego samochodu to coś więcej niż pozbycie się zużytej rzeczy.

To zamknięcie bardzo ważnego etapu w moim życiu.

Nie czułam się gotowa, ale wiedziałam, że odpowiedni moment nigdy nie nadejdzie.

Że Filip ma rację. To auto nie powinno już wyjeżdżać na drogi.

Dotarłam na cmentarz w łagodnych promieniach wiosennego słońca. Zapowiadał się kolejny piękny dzień i pomyślałam, że dobrze będzie wybrać się z dziećmi do sadu. Jabłonki rozpoczęły już zachwycający etap kwitnienia, a ja uwielbiałam obserwować, jak przygotowują się do wydania corocznego obfitego plonu.

Nogi same poniosły mnie do miejsca spoczynku męża.

Płyta nagrobna mieniła się czystością. Paliło się pięć zniczy, a na środku stała wiązanka ze sztucznych kwiatów. Usiadłam na ławce i zmówiłam krótką modlitwę.

Cztery lata to bardzo długo. A jednocześnie niewiele – w perspektywie wieczności. Przez ten czas nauczyłam się wierzyć, że Artur trafił do nieporównywalnie lepszego miejsca niż to, w którym jeszcze byliśmy my. Tam nic mu nie groziło. Czuł się szczęśliwy. Tak. Musiał być tam szczęśliwy.

– Chcę wierzyć, że nie miałbyś mi tego za złe… Dzieci nie są niczemu winne – wyszeptałam cicho, chociaż nikogo w pobliżu nie było, więc nikt nie mógłby tego usłyszeć. – Boję się powiedzieć Filipowi, chociaż wiem, że się ucieszy. Tylko że zacznie jeszcze mocniej nalegać na wspólne mieszkanie. A jeśli poruszy temat ślubu? Nie wiem, czy jestem gotowa. Czuję się taka rozbita, Artur. Mam trzydzieści sześć lat, a odnoszę wrażenie, jakbym mentalnie cofnęła się do nastoletnich czasów. Zero zdecydowania, umiejętności zebrania myśli i podjęcia decyzji. Emilka i Jaś potrzebują matki z głową na karku, a nie tego, co obecnie sobą reprezentuję. Tak strasznie mi wstyd. – Ukryłam twarz w dłoniach i niemal od razu zdałam sobie sprawę, że koszmarnie się nad sobą użalam.

Stop.

Wzięłam kilka głębokich oddechów, ale w końcu i tak pozwoliłam sobie na płacz. Tutaj przynajmniej nie byłam narażona na zatroskane spojrzenia bliskich.

Artur, o ile był blisko, zawsze mnie przytulał, starając się ukoić każdą moją rozkołataną emocję. Tak bardzo chciałam to poczuć…

Wróciłam do domu godzinę później. Dzieci dokazywały w kuchni, ku uciesze mojej mamy. Oboje wciąż mieli na sobie piżamy, za to buzie były już usmarowane dżemem.

– Co dobrego jecie? – zapytałam od wejścia i podparłam się pod boki.

Uśmiech. Nie miałam prawa obarczać dzieci moimi problemami.

– Tosty z dżemikiem jagodowym – pochwaliła się Emilka i zaciągnęła za ucho kosmyk potarganych włosów. – Byłaś u taty?

– Tak, kochanie.

– Filip dzisiaj przyjdzie? – zadała kolejne pytanie.

– Myślę, że tak. Co wy na to, żebyśmy wybrali się dziś na spacer do sadu? – zaproponowałam, siadając do stołu.

– Taaak! – krzyknęli jednocześnie. Jaś podniósł rękę do góry, jakby się zgłaszał. Robił to coraz częściej. Po rozmowie z jego terapeutką, Kamilą, wiedziałam, że wyniósł ten nawyk z zajęć w przedszkolu.

– Świetnie. Pójdę się przebrać, a wy spokojnie zjedzcie. – Wstałam i ruszyłam do drzwi.

– Co będziesz jadła, Eliza? – zapytała spokojnie mama. W jej tonie rozbrzmiewała troska i jakaś inna, specyficzna nuta, która kazała mi przystanąć.

– Już jadłam – odpowiedziałam z