Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett - ebook + audiobook

Tajemniczy ogród ebook i audiobook

Frances Hodgson Burnett

4,6

Opis

 

Przepiękna, mądra klasyczna powieść dla wszystkich młodych sercem i duszą.

 

Osierocona Mary Lennox zostaje odesłana pod opiekę wiecznie nieobecnego i nieszczęśliwego wuja, Archibalda Cravena. Pozostawiona sama sobie dziewczynka odkrywa w pobliżu domu tajemniczy ogród, skryty za wysokim murem. Zapomniany i zamknięty od dziesięciu lat zakątek wielkiego parku wydaje się przyciągać ją z jakąś niezwykłą mocą. Mary spostrzega, że mimo zaniedbania i braku opieki wciąż rosną tam róże i inne wrażliwe, wymagające pielęgnacji kwiaty. Natura pokazuje swoją siłę, wystarczy odrobina starań, by rozkwitła pełnym blaskiem. Ale nie tylko ogród potrzebuje opieki i pielęgnacji. Mary dowiaduje się, że nie jest jedynym dzieckiem zamieszkującym dziwny dom wuja. Jej kuzyn Colin zaś nie ma pojęcia, co czeka na niego, gdy odważy się wejść z Mary do ogrodu. Razem ze swoim przyjacielem Dickiem i jego oswojonymi zwierzętami dzieci spędzają tam każdy dzień, starannie strzegąc swojej tajemnicy. Zaś ogród staje się miejscem prawdziwie magicznym, pełnym niespodzianek i zmieniającym całe ich życie na lepsze...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 27 min

Lektor: Roman Felczyński

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

ROZDZIAŁ I

NIE ZOSTAŁ NIKT

W chwili gdy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, by zamieszkać tam przy wuju, twierdzono ogólnie, że to najniesympatyczniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziano. I było to szczerą prawdą. O podłużnej, chudej twarzy, chudej postaci, włosach jasnych, rzadkich i wiecznie skwaszonym wyrazie twarzy. Włosy jej były żółte, żółta również była twarzyczka, ponieważ Mary urodziła się w Indiach i wiecznie zapadała na zdrowiu – to na to, to na owo. Ojciec jej zajmował wysokie stanowisko rządowe, wiecznie zapracowany i sam chorowity; matka zaś, słynna piękność, dbająca jedynie o siebie, lubiąca spotkania, zabawy, otaczająca się młodym, wesołym towarzystwem. Dziecka nie pragnęła zupełnie, toteż gdy Mary przyszła na świat, oddała ją pod opiekę niańki Hinduski, zwanej w miejscowym narzeczu Ayah, której dano do zrozumienia, że jeśli zależy jej na względach pani, to powinna dziecko trzymać o ile możności jak najdalej od jej oczu. Kiedy więc Mary była chorowitym, nieznośnym, brzydkim niemowlęciem, usuwano ją matce z drogi; a gdy stała się chorowitym, nieznośnym, zaczynającym chodzić dzieckiem, usuwano ją również sprzed matki oczu. Mary nie pamiętała, by z bliska widziała kogokolwiek innego prócz ciemnych twarzy swojej Ayah i reszty hinduskiej służby, a ponieważ byli jej posłuszni we wszystkim ze względu na to, że wrzaskami swymi mogła w razie oporu rozgniewać panią, przeto Mary w szóstym roku życia była najbardziej despotycznym i samolubnym zwierzątkiem, jakie kiedykolwiek żyło na kuli ziemskiej. Młoda nauczycielka Angielka, która miała ją nauczyć czytać i pisać, swe zadanie uznała za tak trudne, że po trzech miesiącach porzuciła posadę, a kolejne jej następczynie uciekały po krótszym jeszcze czasie. Toteż gdyby Mary nie przyszła po prostu fantazja i chęć poznać książki, nie byłaby się chyba nigdy zapoznała z alfabetem.

Pewnego rozpaczliwie upalnego rana, gdy miała lat około dziewięciu, zbudziła się w bardzo złym humorze, a humor się jej jeszcze o wiele pogorszył, skoro spostrzegła, że służąca stojąca przy jej łóżku to nie jej Ayah.

– Po coś przyszła? – rzekła do obcej kobiety. – Nie pozwalam ci tutaj zostać. Przyślij mi moją Ayah.

Kobieta patrzyła na Mary wystraszonym wzrokiem i wyjąkała, że Ayah przyjść nie może, a kiedy Mary wpadła w pasję i biła ją i szczypała, Hinduska patrzyła na nią coraz bardziej wystraszona i powtarzała, że Ayah w żaden sposób do panienki przyjść nie może.

Owego ranka coś tajemniczego wisiało w powietrzu. Nic nie było wykonane w zwykłym porządku, kilku hinduskich sług brakowało, ci zaś, których Mary widziała, skradali się lub uciekali z przerażonymi twarzami. Lecz nikt jej nic nie chciał powiedzieć; a jej Ayah nie przychodziła. Mary pozostawiona była w dalszym ciągu zupełnie sama i wreszcie wyszła do ogrodu i zaczęła bawić się pod drzewami w pobliżu werandy. Udawała, że urządza klomby z kwiatów, i wtykała wielkie szkarłatne pęki kwiatów w małe kupki ziemi, a przy tym jej złość tylko rosła, i dziewczynka mruczała do siebie pod nosem wszystko, co powie niani, gdy ta wreszcie powróci.

– Świnia! Świnia! Córka świni! – mówiła, bo nazwać Hindusa świnią jest najstraszniejszą obelgą.

Zgrzytała zębami ze złości i wciąż powtarzała to samo, gdy wtem usłyszała, że matka jej jest z kimś drugim na werandzie. Stała tam z młodym blondynem i oboje rozmawiali przyciszonymi, dziwnymi głosami. Mary znała młodego blondyna, wyglądającego raczej na chłopca. Słyszała, iż był to bardzo młody oficer, świeżo przybyły z Anglii. Dziecko patrzyło na niego, ale patrzyło i na matkę. Mary zawsze przyglądała się matce, ilekroć udało jej się ją widzieć, ponieważ „pani” – Mary tym mianem najczęściej nazywała matkę – była taką wysoką, wysmukłą, śliczną osóbką i nosiła takie urocze suknie. Włosy jej były niby faliste przędze jedwabne, miała mały, wykwintny nosek i wielkie, śmiejące się oczy. Wszystkie jej suknie były cienkie i powłóczyste, a Mary mówiła, że „pełno jest na nich koronek”. Lecz dzisiaj choć wydawało się, że koronek jest więcej niż zazwyczaj, oczy matki nie śmiały się wcale. Były szeroko otwarte i błagalnie wzniesione ku twarzy młodego oficera.

Mary usłyszała jej słowa:

– Czyż jest aż tak bardzo źle? Tak bardzo?

– Strasznie – odrzekł młody człowiek drżącym głosem. – Strasznie, pani. Powinna pani była wyjechać w góry przed dwoma tygodniami.

Pani Lennox załamała ręce.

– Och! Wiem, że powinnam była wyjechać – szlochała. – A zostałam jedynie dla tego niemądrego pikniku. Jakże byłam szalona!

W tej samej chwili doszedł ich uszu taki lament rozpaczliwy z baraków dla służby, że pani Lennox gorączkowo chwyciła za ramię młodego oficera. Mary zaś drżeć poczęła na całym ciele. Lament i jęki stawały się coraz głośniejsze.

– Co to? Co to? – szeptała przerażona pani Lennox.

– Znów ktoś umarł – odpowiedział młody oficer. – Nie mówiła mi pani, że zaraza wybuchnęła także wśród pani służby.

– Nic o tym nie wiedziałam! – zawołała. – Niech pan idzie ze mną, chodźmy! – I odwróciwszy się, wbiegła do wnętrza domu.

Nastąpiły potem rzeczy okropne i tajemniczość poranka tego wytłumaczona została małej Mary. Oto cholera wybuchnęła w najgroźniejszej swej formie i ludzie padali jak muchy. Jej Ayę zabrano w nocy chorą, a lament ów w zabudowaniach służby powstał właśnie, kiedy umarła. Do dnia następnego zmarło jeszcze troje służby, reszta w trwodze i popłochu uciekła. Paniczny strach opakował wszystkich, a ludzie marli jeden po drugim.

W zamęcie i przerażeniu następnego dnia, zapomniana przez wszystkich, Mary ukryła się w dziecinnym pokoju. Nikt o niej nie pomyślał, nikt jej nie pragnął, a tymczasem wydarzyły się dziwne a straszne rzeczy, o których nie wiedziała nic zgoła. Mary na przemian płakała lub spała. Wiedziała tylko, że ludzie chorowali i że słychać było tajemnicze, przerażające jakieś głosy. W pewnej chwili wśliznęła się do jadalni, która była pusta, jakkolwiek częściowo dopiero opróżnione półmiski stały na stole, a talerze i krzesła wyglądały tak, jak gdyby je poodsuwano w pośpiechu. Dziewczynka zjadła trochę owoców i biszkoptów, a dla ugaszenia pragnienia wypiła całą szklankę stojącego opodal wina. Wino było słodkie, lecz Mary nie znała jego mocy. Po krótkiej chwili poczuła odurzenie, wróciła więc do swego pokoju i znów się zamknęła, przestraszona krzykami i odgłosami uciekających kroków. Ogarnęła ją nieprzezwyciężona senność, położyła się więc w łóżeczku i na bardzo długo straciła świadomość tego, co się wkoło niej działo.

Tymczasem, gdy Mary spała snem tak twardym, zaszło bardzo wiele, lecz jej już nie budziły ani jęki, ani odgłosy wnoszonych i wynoszonych przedmiotów.

Po przebudzeniu Mary leżała jeszcze przez jakiś czas, patrząc w sufit. W domu panowała kompletna cisza. Nie słyszała takiej ciszy nigdy przedtem. Nie słyszała ani głosów, ani niczyich kroków i ciekawa była, czy już wszyscy wyzdrowieli i czy trwoga minęła. Ciekawa też była, kto będzie się nią opiekował po śmierci Ayah. Zjawi się zapewne nowa Ayah i może nawet znać będzie nowe bajeczki. Mary była już, trzeba to przyznać, znudzona dawnymi. Z powodu śmierci swej niani wcale nie płakała. Nie było to dziecko tkliwe i nigdy o nikogo nie dbało. Hałasy, bieganina, jęki i lament z powodu cholery nieco ją jedynie przestraszyły, a teraz była zła, bo wydawało się, że nikt nie pamięta o jej istnieniu. Zanadto wszyscy byli przerażeni, by myśleć o dziecku, którego nikt nie lubił. Kiedy cholera wybuchła, każdy zdawał się myśleć tylko o sobie. Ale teraz, gdy już wszystko minęło, przyjdzie zapewne ktoś, by zobaczyć, co się dzieje z Mary.

Lecz nikt się nie zjawiał, a podczas gdy dziewczynka leżała, wyczekując, dom cały zdawał się zapadać w coraz to głębszą ciszę. Usłyszała, że coś się czołga po matach na podłodze i, spojrzawszy w dół, ujrzała małego żółwia, pełznącego wzdłuż muru i patrzącego na nią oczkami jak brylanty. Nie zlękła się wcale, gdyż wiedziała, że to niewinne stworzonko, które jej krzywdy nie zrobi, a tymczasem żółwik zdawał się śpieszyć, by się jak najprędzej z pokoju wydostać. Wyśliznął się wreszcie przez szparę pod drzwiami.

– Jakże jest cicho i spokojnie! – rzekła do siebie. – Zdawać by się mogło, że prócz mnie i żółwia w całym domu nikogo nie ma.

W tym samym momencie usłyszała kroki w ogrodzie, następnie na werandzie. Były to energiczne mocne kroki i po chwili kilku mężczyzn weszło do domu, rozmawiając przyciszonym głosem. Nikt nie wyszedł na powitanie, nikt do nich nie przemówił, a oni zdawali się otwierać jedne drzwi po drugich i zaglądać do pokoi.

„Cóż za spustoszenie! – usłyszała Mary. – Taka śliczna, urocza kobieta! Sądzę, że i dziecko; bo słyszałem, że miała córeczkę, choć nikt jej nigdy nie widział”.

Mary stała pośrodku swego pokoju, gdy kilka minut później drzwi do niej się otwarły. Wyglądała na brzydką, niesforną dziewczynkę, a drżała przy tym z głodu i oburzenia, że o niej tak niegodziwie zapomniano. Pierwszy, który wszedł, był to starszy oficer, którego Mary widziała niegdyś rozmawiającego z ojcem. Wyglądał na zmęczonego i wzruszonego, ale gdy spostrzegł Mary, tak się przeraził, że literalnie odskoczył w tył.

– Barney! – wykrzyknął. – Tutaj jest dziecko! Zupełnie same dziecko! W takim miejscu! Na miłość boską, kto to?

– Jestem Mary Lennox – rzekła dziewczynka, prostując się sztywno. Pomyślała sobie, że ten pan jest bardzo niegrzeczny, ponieważ dom jej ojca nazywa „takim miejscem!”. – Zasnęłam, gdy wszyscy chorowali na cholerę, i właśnie teraz się obudziłam. Czemu nikt do mnie nie przychodzi?

– To jest właśnie to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! – zawołał oficer, zwracając się do swych towarzyszy. – Zapomnieli o niej wszyscy!

– Dlaczego o mnie zapomnieli? – zapytała Mary, tupiąc nogami. – Czemu nikt nie przychodzi?

Młody człowiek, którego nazwano Barney, spojrzał na nią z ogromnym smutkiem. Mary zdawało się nawet, że mu powieki zadrgały, jakby od łez.

– Biedne maleństwo! – rzekł. – Nie został nikt. Nikt przyjść nie może.

I w ten oto dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ani ojca, ani matki; że umarli oboje i że ich w nocy pochowano, a nieliczni słudzy, którzy uniknęli śmierci, opuścili dom, jak mogli najspieszniej, zapominając o istnieniu „panienki”. Oto przyczyna tej głuchej ciszy otaczającej Mary. W całym domu została przy życiu tylko ona i mały żółw.

ROZDZIAŁ II

PANNA MARY KAPRYŚNICA

Mary lubiła patrzeć z daleka na swą matkę i uważała, że jest ona niezwykle urocza, ale nie znała jej prawie wcale, nic też dziwnego, że nie mogła jej kochać ani tęsknić po niej, gdy ją straciła. I nie tęskniła zupełnie, a ponieważ zawsze była dzieckiem nader egoistycznym, przeto wszystkie swe myśli skierowała ku sobie, jak zresztą zawsze zwykła czynić. Gdyby była starsza, może by przeraziła ją myśl, że została całkiem sama na świecie, ale przecież była jeszcze mała i zawsze to inni o niej myśleli, sądziła zatem, że tak właśnie musi być. Chciała tylko wiedzieć, kiedy znajdzie się między miłymi ludźmi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą jej na wszystkie wybryki, jak to zawsze czyniła Ayah i reszta służby.

Wiedziała o tym, że nie pozostanie w domu pastora, gdzie ją na razie umieszczono. I nie życzyła sobie tam pozostać. Pastor był biedny, miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w równym wieku; miały brudne sukienki, nieustannie się kłóciły i wydzierały sobie zabawki. Mary nienawidziła zaniedbanego domu pastora i była taka nieznośna dla wszystkich, że żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Zaraz drugiego dnia dali jej przezwisko, które wprawiało ją w furię.

Pierwszy pomyślał o tym Bazyli. Był to mały chłopczyk o bladoniebieskich oczach i zadartym nosie, a Mary po prostu ścierpieć go nie mogła. Bawiła się sama pod drzewami, dokładnie tak, jak owego fatalnego dnia, gdy zaczęły się wszystkie nieszczęścia. Robiła klombiki z ziemi, a Bazyli stał w pobliżu i przyglądał się. Naraz zajęła go jej zabawa i podrzucił pomysł.

– Czemu nie ustawisz kupki kamieni, niby że to są skały? – rzekł do niej. – O! Tutaj, w środku. – I pochylił się, by wskazać miejsce.

– Idź precz! Nie cierpię chłopców, idź precz! – zawołała Mary.

Przez chwilkę Bazyli był zły, potem zaczął się droczyć. Tak postępował zawsze z siostrami. Zaczął około niej tańczyć i podskakiwać, śmiał się i śpiewał:

Panno Mary, kapryśnico.

Odwróć zagniewane lico!

Czy w ogródku rosną kwiatki,

Maki, fiołki i bławatki?

Śpiewał dopóty, dopóki reszta dzieci nie usłyszała i nie zaczęła śmiać się razem z nim. A im bardziej Mary się złościła, tym głośniej śpiewali: „Panno Mary, kapryśnico”, nazywając ją tak później między sobą, a nawet wtedy, gdy się do niej zwracali.

– W końcu tego tygodnia pojedziesz do domu – rzekł do niej Bazyli. – A my się strasznie z tego cieszymy.

– Ja też strasznie się cieszę – odparła Mary. – Ale gdzie jest „dom”?

– Ona nie wie, co znaczy „dom”! – rzekł Bazyli z oburzeniem. – To oczywiście oznacza Anglię. Nasza babunia tam mieszka, a siostra nasza, Mosel, pojechała tam w zeszłym roku. Ale ty nie masz babuni, ty pojedziesz do wuja, który nazywa się Archibald Craven.

– Nic o nim nie wiem – wyszeptała Mary.

– Wiem, że nic nie wiesz – odparł Bazyli. – Dziewczęta w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Otóż wuj twój mieszka w ogromnym, rozległym, opuszczonym domu na wsi i nikt u niego nie bywa. Taki jest niemiły, że nikogo by nie przyjął, a gdyby chciał przyjąć, toby znów nikt do niego nie pojechał. W dodatku jest garbaty i okropny.

– Nic a nic ci nie wierzę – rzekła Mary; odwróciła się tyłem i zatkała uszy palcami, bo nie chciała już nic więcej słyszeć.

Długo jednakże myślała później o wszystkim, czego się od niego dowiedziała; a gdy pani Crawford powiedziała jej tego samego wieczoru, że za kilka dni pojedzie do Anglii, do wuja, pana Archibalda Cravena, mieszkającego w Misselthwaite Manor, Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętna, że nie wiedziano, co o tym myśleć. Starano się traktować ją serdecznie, lecz ona odwracała twarz, ilekroć pani Crawford usiłowała ją pocałować, i stała sztywna jak kij, gdy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.

– Dziwne jakieś dziecko – rzekła później pani Crawford ze współczuciem. – Matka jej była taką uroczą istotą i takie miała miłe obejście, a Mary to najbardziej niesympatyczna dziewczynka, jaką w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją „Panną Mary kapryśnicą”, a choć to niepoczciwie z ich strony, wcale im się nie dziwię.

– Być może gdyby jej matka częściej zaglądała do dziecinnego pokoju, to i Mary nabrałaby miłego obejścia. Smutne wspominać o tym obecnie, gdy to urocze stworzenie nie żyje, ale większość otaczającego ją towarzystwa nie wiedziała nawet, że ma dziecko.

– Sądzę, że nawet nie spojrzała na córkę – z westchnieniem zgodziła się z mężem pani Crawford. – Wszak gdy Ayah umarła, to nikt zgoła nie pomyślał o tym biedactwie. Pomyśl tylko, że wszystko się rozbiegło, zostawiając to maleństwo samiuteńkie w całym tym opustoszonym domu. Kapitan MacGrew mi mówił, że po prostu osłupiał, gdy, otworzywszy drzwi, znalazł ją samą na środku pokoju.

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która odwoziła swoje dzieci do szkół. Była bardzo zajęta własnym potomstwem, toteż z ogromną ulgą oddała w Londynie Mary jejmości, którą Archibald Craven przysłał po siostrzenicę. Była to jego gospodyni w Misselthwaite Manor i nazywała się pani Medlock. Tęga, o bardzo czerwonych policzkach i ostrych, czarnych oczach. Miała na sobie jaskrawą, czerwoną suknię, czarną jedwabną mantylę z dżetową frędzlą i czarny kapelusz z czerwonymi welwetowymi kwiatami, które przy każdym poruszeniu głową chwiały się i trzęsły na wszystkie strony. Mary nie poczuła do niej sympatii, ale ponieważ nigdy do nikogo sympatii nie czuła, zatem nie było w tym nic nadzwyczajnego; przy tym widoczne było aż nadto, że pani Medlock nie zamierza się o nią zbytnio troszczyć.

– Słyszeliśmy, że matka jej była piękna. Nie dała urody córce w spuściźnie, prawda, proszę pani?

– Może wyładnieje, gdy będzie starsza – odparła dobrotliwie żona oficera. – Gdyby nie była taka wiecznie niezadowolona i miała nieco milszy wyraz, to jej rysy mogłyby wydać się całkiem ładne. Dzieci tak bardzo potrafią się zmieniać!

– No, będzie się musiała bardzo zmienić – odparła pani Medlock. – Ale nie można powiedzieć, by Misselthwaite było dobre lub miało jakikolwiek wpływ na dzieci!

Sądziły obie, że Mary nie słucha, gdyż dziewczynka stała trochę z dala, przy oknie hotelu, w którym się zatrzymali. Przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie ciekawa była, jaki jest wuj i dom, w którym mieszkał. Co to znaczy „garbaty”? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?

Odkąd Mary żyła między obcymi ludźmi i nie miała przy sobie swojej niani, poczęła czuć się samotna i myśleć o dziwnych rzeczach, całkiem dla niej nowych. Poczęła się teraz dziwić, dlaczego ona nigdy nie była czyjaś, nawet wtedy, gdy ojciec i matka jej żyli. Inne dzieci należały zawsze do swego tatusia i do swej mamusi, a ona nigdy nie była niczyją córeczką. Miała służbę i jedzenie, i sukienki. Ale nikt na nią nie zwracał uwagi. Nie wiedziała również o tym, że wszystko to było z tej przyczyny, że ona sama była bardzo niemiłym dzieckiem; ale Mary po prostu nie wiedziała, że jest niemiła. O innych często myślała, że są nieprzyjemni, lecz nigdy nie pomyślała tak o sobie.

Pani Medlock wydawała jej się najbardziej nieprzyjemna ze wszystkich ludzi – raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i ordynarnym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary szła przez stację do pociągu z odwróconą głową, trzymając się jak najdalej od pani Medlock, bo nie chciała, żeby myślano, że należą do siebie. Czuła się wręcz wściekła na samą myśl, że ktoś mógłby ją wziąć za córeczkę pani Medlock.

Ale pani Medlock nie przejmowała się ani samą Mary, ani tym, co Mary sobie myślała. Była to kobieta, która „nie zawracała sobie głowy wybrykami młodych”. W każdym razie, gdyby ją zapytano, tak byłaby odpowiedziała. Nie chciała pojechać do Londynu nawet wtedy, gdy jej siostra, Maria, wydawała córkę za mąż. Ale ponieważ pani Medlock miała wygodne, dobrze płatne miejsce ochmistrzyni w Misselthwaite Manor, a zatrzymać je nadal mogła tylko pod tym warunkiem, że wykona natychmiast rozkaz pana Archibalda Cravena, tym razem musiała wybrać się do Londynu. Nie śmiałaby zakwestionować czegokolwiek, co jej pan polecił.

– Kapitan Lennox i żona jego zmarli na cholerę – rzekł pan Craven, jak zwykle krótko i zimno. – Kapitan Lennox był bratem mojej żony, stałem się zatem opiekunem jego córki. Dziecko ma przyjechać tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je do mnie.

Pani Medlock spakowała manatki i wyruszyła w podróż.

Mary wtuliła się w kąt wagonu z miną kwaśną i złą. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć, złożyła swoje cienkie, w czarne rękawiczki obciągnięte rączki na kolanach i siedziała cicho. Czarna sukienka podkreślała i uwydatniała żółtość jej cery, a sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusza.

„W życiu swoim nie widziałam takiego niemiłego, zepsutego dziecka jak ona!” – myślała pani Medlock. Nie widziała ona nigdy, żeby dziecko mogło tak długo siedzieć na jednym miejscu w zupełnej bezczynności; toteż znużyło ją przyglądanie się dziewczynie i poczęła mówić ostrym, twardym głosem:

– Opowiem ci o miejscu, do którego jedziesz – rzekła. – Czy wiesz cokolwiek o swoim wuju?

– Nie – odparła Mary.

– Nie słyszałaś nigdy, by rodzice o nim mówili?

– Nie – odrzekła Mary i zadrżała. Zadrżała, przypomniawszy sobie, że ojciec i matka nigdy o niczym z nią nie mówili. Nigdy nie opowiadali jej o niczym.

– Hm! – mruczała pani Medlock, patrząc na jej zamkniętą w sobie, złą twarzyczkę. Zamilkła na jakiś czas, po czym znów zaczęła mówić:

– Sądzę, że jednak trzeba cię przygotować. Jedziesz do miejsca bardzo dziwnego.

Mary nic na to nie odparła, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza i ciągnęła dalej:

– W każdym razie jest to ogromny dom, lecz ponury, a pan Craven dumny jest z niego na swój sposób i to jest dziwne. Dom ten ma już sześćset lat i stoi na końcu rozległego wrzosowiska; ma on blisko sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz. Są tam obrazy i piękne meble, i inne różne rzeczy, niektóre równie stare, jak sam dom; wokoło rozciąga się ogromny park i ogrody, a w nich stare drzewa z gałęziami zwisającymi do ziemi. – Odpoczęła dla zaczerpnięcia oddechu. – I to już wszystko – zakończyła nagle.

Mary mimo woli zaczęła się przysłuchiwać. Wszystko, co słyszała, było tak odmienne od tego, co znała w Indiach, a każda nowość miała dla niej pewien urok. Lecz nie chciała dać po sobie poznać, że ją cokolwiek zajmuje. Była to jedna z jej nieprzyjemnych, nieszczęsnych cech. Siedziała zatem całkiem cicho.

– No i cóż? – spytała pani Medlock. – Co panienka o tym myśli?

– Nic – odparła. – Nie znam się na takich domach.

Odpowiedź ta wywołała krótki, urwany śmiech pani Medlock.

– Ech! Panienka jest zupełnie jak stara baba – powiedziała. – Czy to wszystko panienki nic a nic nie obchodzi?

– Wszystko jedno, czy mnie obchodzi czy nie – odparła Mary.

– Co do tego, to ma panienka rację – przyznała pani Medlock. – Dlaczego panienkę zatrzymują w Misselthwaite Manor, to nie mam pojęcia. Może to najłatwiejszy sposób opiekuństwa. Że on się nie będzie o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On się nigdy o nikogo nie troszczy.

Zatrzymała się, jak gdyby coś sobie w porę przypomniała.

– On ma krzywe plecy – rzekła – dlatego jest taki zły. Jako młody człowiek był zgryźliwy i mimo swej fortuny nic dobrego nie zaznał, dopóki się nie ożenił.

Mary zwróciła oczy na mówiącą, chociaż usiłowała udawać obojętną. Nie myślała nigdy o tym, że garbus mógłby się ożenić i to ją nieco zdziwiło. Pani Medlock spostrzegła jej mimowolne zainteresowanie, a jako niewiasta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej, z większym zapałem. Był to zresztą jedyny sposób skrócenia sobie nudnej podróży.

– Ona, było to słodkie, śliczne stworzenie, a on byłby dla niej na kraniec świata poszedł po źdźbło trawy, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że go poślubi, a jednak poślubiła. Ludzie mówili, że zrobiła to dla pieniędzy, ale to nieprawda. Nieprawda! – dodała z pełnym przeświadczeniem. – Gdy umarła…

Mary mimo woli poruszyła się.

– Ach! Umarła więc! – wykrzyknęła bez zastanowienia. Przypomniała sobie pewną francuską bajkę, którą niegdyś czytała. Bajka mówiła o biednym garbusku i cudnej księżniczce, i naraz zrobiło jej się żal pana Archibalda Cravena.

– Tak, umarła – powiedziała pani Medlock – i odtąd zdziwaczał jeszcze bardziej. Nie dba już o nikogo. Ludzi widzieć wcale nie chce. Przez większość czasu gdzieś podróżuje, a gdy jest w Misselthwaite Manor, to zamyka się w zachodnim skrzydle domu i dopuszcza do siebie tylko Pitchera. Pitcher to już stary dziad, ale opiekował się nim niegdyś, gdy pan był jeszcze dzieckiem i dobrze zna jego usposobienie.

Wszystko to było dziwne jak w bajce i wcale Mary wesoło nie usposobiło. Dom o stu pokojach, wszystkich prawie zamkniętych i zaryglowanych – dom na krańcu wrzosowiska, wszystko to było dziwnie niewesołe. I ten człowiek, garbaty, który się także zamykał na dziesięć spustów! Mary patrzyła przez okno z zaciśniętymi wargami i zdało jej się całkiem naturalne, że w tej chwili deszcz zaczął siec ukośnymi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła ta śliczna kobieta, rozweselałaby swoje otoczenie, tak jak jej mamusia, szczebiotem, ruchliwością, chodzeniem z jednej zabawy na drugą w cudnej, ozdobionej koronkami sukni. Ale i ona już nie żyła.

– Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana. Daję głowę, że go panienka wcale nie zobaczy – rzekła pani Medlock. – I nie trzeba się spodziewać, że tam ktokolwiek będzie z panienką rozmawiał. Trzeba będzie samej się bawić i myśleć o sobie. Powiedzą panience, do których pokoi wolno jej wchodzić, a od których należy trzymać się z daleka. Ogrodów tam pod dostatkiem. Ale nie trzeba kręcić się po domu i nosa wszędzie wtykać. Pan Craven nie życzy sobie tego.

– Wcale nie pragnę wtykać wszędzie nosa – odparła nasza mała Mary; i jak nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda, tak teraz nagle przestała go żałować, a pomyślała, że skoro był taki niedobry, to może zasłużył na to wszystko, co go spotkało.

I zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi spływającego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy nie miał przestać. Patrzyła tak długo i uparcie, dopóki wszystko nie zaczęło jej przed oczyma szarzeć, szarzeć, aż wreszcie znużona zasnęła.

ROZDZIAŁ III

PRZEZ WRZOSOWISKO

Mary długo tak spała. Kiedy się przebudziła, pani Medlock kupiła dla niej na jednej ze stacji koszyk ze śniadaniem, w którym były kurczęta i wołowina na zimno, chleb z masłem i gorąca herbata. Deszcz padał jeszcze mocniej niż przedtem, a na stacjach wszyscy poubierani byli w gumowe płaszcze, lśniące i ociekające od deszczu. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock rozkoszowała się swoją herbatą, kurczętami i wołowiną. Zjadła dużo, po czym sama zasnęła, a Mary siedziała, przyglądając się jej i jej kapeluszowi, który smętnie zsunął się na prawe ucho, aż wreszcie i ona powtórnie zasnęła, wtulona w kąt wagonu i ukołysana jednostajnym biciem deszczu o szyby. Było już zupełnie ciemno, gdy się zbudziła. Pociąg zatrzymał się na stacji, a pani Medlock nią potrząsała.

– No, ale też panienka spała! – wykrzyknęła. – Wszakże czas już otworzyć oczy! Jesteśmy w Thwaite, a jeszcze długa jazda przed nami.

Mary wstała i usiłowała otworzyć oczy, podczas gdy pani Medlock zbierała pakunki. Dziewczynce na myśl nie przyszło, żeby pomóc jej w tej czynności, gdyż w Indiach miejscowa służba zawsze wszystko za nią robiła i uważała za zupełnie naturalne, gdy ją obsługiwano.

Była to jakaś mała stacyjka i nikt inny nie wysiadł tu prócz nich. Naczelnik stacji zaczął rozmawiać z panią Medlock w szorstki, ale poczciwy sposób, wymawiając wyrazy dziwnie rozwlekle, tak jak, co Mary później spostrzegła, mówią w Yorkshire.

– Co to, już pani z powrotem? I przywiozła pani tę małą?

– Tak, to ona – odparła pani Medlock, mówiąc też w narzeczu yorkshirskim i wskazując ruchem głowy Mary. – Jakże się ma pańska żona?

– Nieźle, dziękuję. Powóz czeka tam po drugiej stronie.

Powóz istotnie stał tuż przed zajazdem stacji. Mary spostrzegła, że jest całkiem wykwintny i że równie wykwintny służący pomógł jej wsiąść do środka. Jego długi gumowy płaszcz i okrycie głowy lśniły i ociekały od deszczu, jak wszystko bez wyjątku, nie wyłączając grubego naczelnika.

Gdy służący zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok stangreta na koźle, dziewczynka usadowiła się w wygodnym, miękkim kąciku, lecz senność ją całkiem odeszła. Siedziała, wyglądając oknem i pragnąc zobaczyć cokolwiek na tej drodze, wiodącej do owego dziwnego domu, o którym mówiła pani Medlock. Nie było to dziecko lękliwe i nie można powiedzieć, by była wystraszona, lecz czuła, że nie wiadomo co może się zdarzyć w domu, w którym jest sto zamkniętych pokoi, w domu stojącym na krańcu wrzosowiska.

– Co to jest wrzosowisko? – spytała nagle panią Medlock.

– Patrz wciąż oknem, a za jakieś dziesięć minut sama zobaczysz – odparła kobieta. – Musimy pięć mil jechać wrzosowiskiem, zanim dojedziemy do domu. Wiele panienka nie zobaczy, bo noc ciemna, ale cokolwiek dostrzec można.

Mary nie zadawała już więcej pytań, lecz czekała w swym kąciku, wpatrzona uparcie w okno. Latarnie rzucały przed siebie smugi światła i Mary dostrzegała zarysy tego, co mijali. Po opuszczeniu stacji przejeżdżali przez małą wioskę, dostrzegła białe domki i światła w domu ludowym. Później minęli kościół, probostwo i domek z rodzajem okna wystawowego z zabawkami, słodyczami i rozmaitymi przedmiotami na sprzedaż. Później wyjechali na trakt i Mary dostrzegła żywopłoty i drzewa. Potem długo nie było nic godnego uwagi; w każdym razie Mary wydawało się to długo.

W końcu konie zwolniły biegu, jak gdyby wjeżdżały na wzgórek, i zdawało się, że już nie ma ani żywopłotów, ani drzew. W istocie Mary nie mogła nic dostrzec prócz nieprzeniknionej ciemności po obu stronach. Pochyliła się naprzód i przywarła twarzą do szyby, kiedy naraz powóz podskoczył.

– No, teraz to już na pewno jesteśmy na wrzosowisku – powiedziała pani Medlock.

Latarnie rzucały trochę światła na nierówną, złą drogę, która była jakby poprzecinana krzakami i czymś nisko rosnącym dokoła, czymś, co się kończyło gdzieś na krańcu horyzontu. Powstał wiatr, który wydawał dziwne, dzikie, szumiące odgłosy.

– Czy to… czy to morze? – spytała Mary swą towarzyszkę.

– Nie, to nie morze – odparła pani Medlock – ale też nie pola ani góry, tylko całe mile, mile i mile dzikiego pastwiska, gdzie nic nie rośnie prócz wrzosów i gdzie nic nie żyje prócz dzikich kucyków i owiec.

– A jednak czuję, że to mogłoby być morze, gdyby była woda – powiedziała Mary. – Takie to odgłosy wydaje, zupełnie jak morze.

– To wiatr, który jęczy w zaroślach. Dla mnie to dosyć dzikie i samotne miejsce, choć mnóstwo ludzi je lubi, zwłaszcza gdy wrzosy kwitną.

Jechały coraz dalej w ciemności, a choć deszcz ustał, podniósł się silny wiatr, który świszczał i niemiłe wydawał dźwięki. Droga prowadziła to w górę, to znów na dół, a kilka razy powóz przejeżdżał mostki, pod którymi z łoskotem szumiały spienione wody strumyków. Mary miała uczucie, że jazda ta nigdy się nie skończy i że wielka zimna wydma to ciemny ocean, a ona jedzie przezeń wąskim pasem lądu.

„Nie lubię tej wydmy” – powiedziała sobie w duchu i jeszcze silniej zacisnęła cienkie wargi.

Konie pięły się w górę drogi, gdy Mary pierwsza dostrzegła światełko. Pani Medlock spostrzegła je prawie w tej samej chwili i odetchnęła z uczuciem wielkiej ulgi.

– Zadowolona jestem, że je zostawili – zawołała – to światło w domku portiera. No, za chwilkę napijemy się gorącej herbaty.

Było to „za chwilkę”, jak rzekła, dość niezwykłe, bo powóz po przejechaniu bramy parku musiał przebyć jeszcze dwie mile angielskie alei, a drzewa, które niemal zupełnie stykały się czubami, tworzyły nad nimi jakby długie, ciemne sklepienie.

Wyjechali zeń wreszcie na jaśniejszą przestrzeń i zatrzymali się przed ogromnie długim, nisko, a nieregularnie zbudowanym domem. Na razie zdawało się Mary, że dom cały jest ciemny, dopiero gdy wysiadła, dostrzegła słabe światło w jednym z okien na piętrze.

Wejściowe drzwi były olbrzymie i ciężkie, zbite z masywnych, dziwnie rżniętych desek dębowych, nabijane wielkimi, żelaznymi gwoźdźmi i powiązane żelaznymi sztabami. Przez nie wchodziło się do olbrzymiego holu, który był tak słabo oświetlony, że Mary wcale nie czuła ochoty przyglądać się starym portretom pań i panów w całkowitym uzbrojeniu. Gdy tak stała na kamiennej posadzce olbrzymiego holu, wydawała się bardzo drobną i bardzo niezwykłą, czarną figurką i czuła się tak nikła i osamotniona, i dziwna, jak była istotnie.

Ubrany bez zarzutu, chudy, stary człowiek stał w pobliżu lokaja, który mu otwierał drzwi.

– Ma ją pani wziąć zaraz do jej pokoju – rzekł zachrypniętym głosem. – Pan nie życzy sobie jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.

– Doskonale, panie Pitcher – odparła pani Medlock. – O ile wiem, czego chcą ode mnie, z pewnością to wykonam.

– Czego od pani chcą, szanowna dobrodziejko? – rzekł Pitcher. – Oto jedynie tego, aby on miał zupełny spokój i aby nie widział tego, czego widzieć nie pragnie.

Potem zaprowadzono Mary Lennox przez szeroką klatkę schodową i długi korytarz i znów w górę po kilku stopniach, i znów przez inny korytarz, i jeszcze przez jeden, póki nie natrafiono na drzwi prowadzące do jej pokoju, gdzie znalazła ogień na kominku i kolację na stole.

Pani Medlock odezwała się bez ceremonii:

– No, jesteśmy! Ten oto pokój i ten obok, przeznaczone dla panienki, muszą panience wystarczyć. Proszę o tym nie zapomnieć.

W ten oto sposób panna Mary znalazła się w Misselthwaite Manor i chyba nigdy w życiu nie czuła się taką prawdziwą „kapryśnicą” jak w tej chwili.

ROZDZIAŁ IV

MARTA

Nazajutrz z rana Mary otworzyła oczy, gdy młoda dziewczyna weszła do jej pokoju rozniecić ogień, a teraz klęczała przed kominkiem, hałaśliwie wygarniając niedopalone węgle. Mary przyglądała jej się chwilkę, leżąc, po czym zaczęła rozglądać się po pokoju. Nigdy jeszcze nie widziała nic podobnego, pokój wydał się jej i dziwny, i ponury, ściany pokryte były tkaniną, na której wyhaftowano leśne sceny. Widnieli na niej dziwnie ubrani ludzie wśród drzew, a w dali wierzchołki wieżyc zamkowych. Byli tam myśliwi, konie i psy, i piękne panie. Mary miała uczucie, że znajduje się wraz z nimi w lesie. Przez okno dostrzegła wielką przestrzeń falistego gruntu, który był całkiem ogołocony z drzew i wyglądał jak bezbrzeżne, krwawopurpurowe morze.

– Co to takiego? – spytała, wskazując przez okno.

Młoda służąca, Marta, która właśnie powstała z klęczek, wskazała również w tym kierunku i rzekła:

– To?

– Tak.

– Wrzosowisko – rzekła z poczciwym uśmiechem. – Czy lubi panienka wrzosowiska?

– Nie cierpię – odparła Mary.

– Bo panienka jeszcze nie przywykła – rzekła Marta, wracając do kominka. – Panience się ono teraz wydaje takie wielkie i takie gołe. Ale ja wiem, że panienka strasznie je polubi.

– A ty je lubisz? – zapytała Mary.

– Ojoj! I jak jeszcze – odparła Marta, czyszcząc zawzięcie kratę kominka. – Ja moje wrzosowisko po prostu uwielbiam. A nie jest ono nagie, oj, nie! Całe pełne cudnych roślinek, a pachną ci one, oj, pachną! Toż ono śliczniuchne takie na wiosnę i latem, jak owo kwiecie zakwitnie, owe wrzosy różowe. Pachnie, jakby miód rozlał! A tyle tam powietrza, że się upić można; a niebo to tak het, het wysoko nad nim, a pszczoły i pasikoniki taki miły rozgwar czynią, tak brzęczą a dzwonią! Za nic bym nie chciała żyć z dala od mego wrzosowiska!

Mary słuchała jej słów z powagą i zdumieniem. Miejscowa służba w Indiach nic a nic niepodobna była do tutejszej. Tamci byli uniżeni, służalczy i nie ośmieliliby się nigdy do państwa odzywać się jak do równych sobie. Bili im pokłony, nazywając „opiekunami biednych” i inne jeszcze nadając im nazwy. Indyjskiej służbie rozkazywano, nie proszono ich. Nie było zwyczaju mówić „proszę” i „dziękuję”, a Mary biła swą Ayah po twarzy, gdy się rozzłościła. A teraz pomyślała sobie, co też by ta dziewczyna zrobiła, gdyby jej dano policzek? Było to rumiane, pulchne, miłe stworzenie, ale miała dziwnie energiczne obejście i panna Mary zastanawiała się, czy ona by po prostu nie „oddała”, gdyby ją uderzono w twarz i gdyby uderzającą była mała dziewczynka.

– Dziwna jakaś z ciebie służąca – rzekła wyniośle.

Marta usiadła na piętach ze szczotką do czyszczenia w ręce i śmiała się, niezagniewana zupełnie.

– Dobrze to wiem – odparła, chichocząc. – Żeby sama jaśnie pani była w Misselthwaite, tobym przecież i pomocnicą pokojowej być nie mogła. Może by mi pozwolili pracować przy kuchni, ale nie do posługi w pokoju. Zanadto jestem prosta i mówić pięknie nie potrafię. Ale to dziwny jakiś dom, choć taki wielki. Rzekłby kto, że tu ani dziedzica, ani pani nie ma, a jeno pan Pitcher i pani Medlock. Jak jaśnie pan w domu, to i wiedzieć o niczym nie chce, a zresztą on ciągle w podróży. To pani Medlock z dobroci swojej dała mi to miejsce. Ale mi powiedziała, że gdyby Misselthwaite było takie jak inne dwory, to nigdy nie mogłaby przypuścić mnie do dworskiej służby.

– Czy ty będziesz moją służącą? – spytała Mary, tym samym wyniosłym, w Indiach nabytym tonem.

Marta znów zaczęła czyścić kominek.

– Ja, proszę panienki, jestem służącą pani Medlock – odparła z godnością. – A ona służy jaśnie panu, ale ja niby mam robić robotę pokojowej i panience to i owo usłużyć. Ale przecież panienka nie potrzebuje znów tak dużo obsługi.

– Któż mnie będzie ubierał? – zagadnęła Mary.

Marta znów przysiadła na piętach, przyglądała się Mary, nie rozumiejąc, wreszcie ze zdumieniem spytała:

– To panienka sama nie potrafi?

– Cóż to ma znaczyć? Nie rozumiem cię.

– Chciałam powiedzieć, że panienka chyba umie sama się ubrać.

– Nie – rzuciła Mary z zupełną pogardą. – Nigdy w życiu nie ubierałam się sama. Ayah zawsze mnie całą szykowała od stóp do głów.

– W takim razie wielki czas, żeby się panienka nauczyła sama to robić – rzekła Marta, nie zdając sobie sprawy ze swego zuchwalstwa. – Trzeba było młodziej zacząć. To panience dobrze zrobi, gdy sama koło swoich rzeczy pochodzi. Moja matka to zawsze się dziwuje, że dzieci bogatych państwa nie są do cna głupie, kiedy od maleńkości niańki je myją i ubierają, i na spacer prowadzą jak te lalki!

– W Indiach panują zupełnie inne zwyczaje – rzekła Mary pogardliwie. Już jej to gderanie kością w gardle poczęło stawać.

Lecz Marta niełatwo się peszyła.

– Hm, ja zaraz spostrzegłam, że to tam całkiem musi być inaczej – odrzekła serdecznie. – A ja myślę, że to wszystko przez to, że tam tyle tych czarnych, zamiast poczciwych białych ludzi. Jak usłyszałam, że panienka z Indii przyjeżdża, to myślałam, że panienka też jest czarna.

Mary wściekła aż usiadła na łóżku.

– Co! – zawołała – Co! Myślałaś, że jestem Hinduską! Ty… ty córko świni!

Marta spojrzała przelękła i spąsowiała.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

ROZDZIAŁ V

KRZYK W KORYTARZU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VI

„A JEDNAK KTOŚ PŁAKAŁ”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VII

KLUCZ DO OGRODU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VIII

GIL WSKAZAŁ DROGĘ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ IX

NAJDZIWNIEJSZY DOM

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ X

DICK

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XI

GNIAZDKO MYSIKRÓLIKA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XII

„CZY MOGŁABYM DOSTAĆ KAWAŁEK ZIEMI?”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIII

„JESTEM COLIN”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIV

MŁODY RADŻA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XV

BUDOWANIE GNIAZDKA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVI

„NIE CHCĘ!” – POWIEDZIAŁA MARY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVII

NAPAD

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVIII

„NIE TRAĆMY CZASU”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIX

„NADESZŁA CHWILA”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XX

„BĘDĘ ŻYŁ ZAWSZE, ZAWSZE, ZAWSZE”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXI

BEN WEATHERSTAFF

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXII

O ZACHODZIE SŁOŃCA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXIII

CZARY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXIV

„NIECH SIĘ ŚMIEJĄ!”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXV

ZASŁONA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXVI

„TO MATKA!”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXVII

W OGRODZIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Tytuł oryginału: The Secret Garden

Copyright © 2021, wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-669-6

Projekt okładki, wybór ilustracji oraz skład książki: Zuzanna Malinowska Studio

Autor ilustracji: Charles Robinson oraz W. Sołowijówna (na stronach: 30, 88, 91, 102, 134, 168, 256, 269, 390)

Opracowanie: MG, Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik