Tajemnica Iny - Cezary Harasimowicz - ebook

Tajemnica Iny ebook

Cezary Harasimowicz

3,8

Opis

Cezary Harasimowicz przybliża nam postać aktorki Iny Benity, jednej z najsławniejszych kobiet występujących na deskach teatrów w czasach międzywojnia i podczas II wojny światowej. Ta fabularyzowana biografia pozwala nam nie tylko poznać tragiczne losy tej pięknej kobiety, ale także być może zrozumieć jej decyzje i wybory. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Cezary Harasimowicz Copyright © OsnoVa, 2020
Niniejsza powieść została zainspirowana faktami z życia Iny Benity, ale niektórzy bohaterowie oraz niektóre wydarzenia opisane w książce są fikcyjne.
RedakcjaBeata Kęczkowska
Projekt okładkiŁukasz Aksamit
Skład i łamanieAgnieszka Kawalec-Brzeska
FotoedytorBartłomiej Molga
KorektaBarbara Kasprzyk
Zdjęcie na okładceNarodowe Archiwum Cyfrowe
OsnoVa sp. z o.o. ul. Mokotowska 49 00-542 Warszawa
ISBN 978-83-66275-18-8
Konwersja: eLitera s.c.

Prolog

JA

Zlikwidowałem już jedną osobę. „Likwidacja”, „eliminacja”, „wyczyszczenie”, „skasowanie”, „wykonanie roboty” to są przyjemne dla ucha eufemizmy do słowa „zabić”.

Lubię eufemizmy, lubię synonimy. W ogóle lubię słowa. Korzystałem ze „Słownika języka polskiego” pod redakcją Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego. Jestem pisarzem. To znaczy na razie piszę, jak to się mówi, do szuflady. Ale mam nadzieję, że moje opowiadania, a może i powieść wydrukuje w odcinkach po wojnie jakaś gazeta albo, daj Boże, periodyk literacki, a może nawet w całości jakieś czcigodne wydawnictwo. Jeszcze przed maturą wysyłałem regularnie próbki swojej twórczości do tygodnika „Bluszcz”, lecz redakcja zbywała mnie uprzejmymi odpowiedziami. Jedną korespondencję podpisała nawet własnoręcznie pani naczelna, Podhorska-Okołów. Zachęcała do dalszej pracy, twórczych wysiłków, takie tam mydlenie oczu i trele-morele. Moja sympatia, Alinka (nazwisko z oczywistych względów pominę, bo jeszcze tę notkę mogą przeczytać niepowołane oczy. W ogóle z powyższych względów niektóre adresy i personalia muszę zaciemnić w niniejszych zapiskach. Proszę o wybaczenie), a zatem Alinka, wówczas uczennica liceum Słowackiego, poradziła, żebym wysłał te swoje próbki do bardziej męskiego pisma. „Męskiego”, tak się wyraziła. Moja Alinka nadmieniła, że:

– „Bluszcz” to nie jest odpowiedni periodyk dla ciebie.

– A jaki jest odpowiedni dla mnie periodyk? – spytałem, patrząc w jej wilgotne oczy.

Alinka ma prawie zawsze wilgotne oczy. Jakby się miała za chwilę rozpłakać albo rozpłynąć. Ale to pozór. Alinka jest twarda i silna. Wychowywała ją ciotka, rodzice zginęli w wypadku samochodowym pod Rabką, w drodze do Zakopanego, gdzie mieli bawić się na wykwintnym sylwestrze w hotelu „Bristol”. Z rodziców Alinki i fiata topolino zostały szczątki. Zatem Alinka jest sierotą. Opiekuńcze skrzydła roztoczyła nad Alinką arcysurowa ciotka Eliza. Ale ja nie o tym chciałem... Raczej o tym moim zainteresowaniu literackim. Faktycznie, „Bluszcz” od początku wydawał mi się jakiś nieodpowiednio przystający do mej twórczości. Tu muszę nadmienić, że moje próby pisarskie dotyczą śmierci, samotności oraz przemijania. To nie jest, że tak powiem, genre littéraire pertinent, bo czytelniczym adresatem „Bluszcza” są głównie kobiety. Zresztą, co tu gadać, wiemy przecież, kto był drukowany w owym piśmie. Że pozwolę sobie wymienić: Konopnicka, Orzeszkowa, Rogoszówna, Dąbrowska, Kuncewiczowa, a także Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Nie chcę się chwalić, ale moje próby przewyższają archaiczne wypociny Konopnickiej, nudziarstwo Orzeszkowej, przewlekłość frazy Dąbrowskiej. O Ćwierczakiewiczowej nie wspomnę, bo nie będę się przecież porównywać z kucharką. Pozwolę sobie wrócić do rozmowy z moją sympatią Alinką i powtórzę zadane jej pytanie:

– Jakie jest odpowiednie dla mnie pismo?

Alinka przysłoniła wilgotne spojrzenie długimi rzęsami podobnymi do skrzydeł motyla i odpowiedziała krótkim, bardzo odpowiednio do treści brzmiącym stwierdzeniem:

– „Prosto z mostu”.

– Co? – zdziwiłem się, ponad miarę podnosząc ton.

– To jest odpowiednie miejsce dla ciebie, Jerzyku. (Nazywam się Jerzy, nazwiska chwilowo nie ujawnię).

– To przecież endeckie pismo – odrzekłem, lekko wyginając usta w pogardzie.

– Męskie – spróbowała mnie przekonać Alinka. – W twoich historiach jest dużo krwi, przemocy, a także typowych dla twojej płci egzystencjalnych niepokojów w stylu Nietzschego i Schopenhauera.

Oburzyłem się:

– Alinko! Chcesz mnie przyrównać do Adolfa Hitlera? To są ulubieni autorzy tego kurwysyna!

Bodajże nie użyłem tak dosadnego epitetu, ale z pewnością miałem siarczyste przekleństwo na końcu języka. Moja wilgotnooka sympatia zaoponowała:

– Hitler nie czyta ani Nietzschego, ani Schopenhauera.

– A kogo czyta? – Uspokoiłem nieco emocje.

– Karola Maya – odrzekła stanowczo Alinka, wachlując swe wilgotne spojrzenie rzęsami.

– Co?

Otworzyłem usta, by wzmocnić pytanie jakąś odpowiednią i dosadną ripostą, lecz Alinka mnie ubiegła:

– Ten bandzior lubuje się w opowieściach o Indianach i kowbojach. Daleko mu do psychologizmów Nietzschego, Jerzyku.

Może trochę za bardzo rozwodzę się w tym momencie nad naszą z Alinką dysputą na temat mego pisarstwa. W każdym razie nie wysłałem opowiadań do „Prosto z mostu”, które może i było zacnie literackim tygodnikiem, ale miałem się wpisać w jakieś endeckie banialuki? Tu muszę nadmienić, że pochodzę z rodziny o  przekonaniach raczej PPS-owskiej proweniencji, a to z powodu, iż mój ojciec utożsamiał się z poglądami marszałka Piłsudskiego, ale tymi jeszcze sprzed zamachu majowego i Berezy, ba nawet sprzed momentu, kiedy Komendant wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku z napisem „Niepodległość”. Mój ojciec Aleksander zaciągnął się podczas Wielkiej Wojny do Legionów, ale to może historia warta dygresji w innym miejscu. Tak czy owak me opowiadania pełne smutku, samotności, śmierci oraz przemijania nie ukazały się ani w kobiecym „Bluszczu”, ani w męskim „Prosto z mostu”, ani w żadnym innym piśmie, włączając w to „Kurier Warszawski”, bo nasz kraj z jednej strony najechał zagorzały niemiecki czytelnik przygód Winnetou i Old Shatterhanda, a z drugiej strony sowiecki satrapa, który nie pomnę, co lubił czytać, bo kazał mordować pisarzy.

Tuż przed wybuchem wojny odbyłem służbę w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, gdzie zostałem promowany na stopień kaprala podchorążego. Kampanię wrześniową przebyłem krótko, bo moja brygada została rozbita pod Kockiem. (Opisałem ten krwawy epizod na dziesięciu stronach opowiadania). Oczywistym jest, że jak tylko nadarzyła się okazja służenia ojczyźnie, skorzystałem z niej, wstępując do Związku Walki Zbrojnej. Po jakimś czasie zostałem oddelegowany do jednostki likwidującej zdrajców, agentów, szmalcowników i kolaborantów, jako że miałem cenzurę bardzo dobrego strzelca i człowieka o stoickim charakterze. W ten sposób (nie użyję żadnego eufemizmu) zabiłem zdrajcę.

JA

Parabellum P08, mimo że to stara konstrukcja, jest bronią bardzo użyteczną. Wymysł niemieckiej myśli technicznej.

„W imieniu Polski Podziemnej jesteś skazany na śmierć za zdradę ojczyzny”.

Tak brzmi formuła, którą egzekutor ma wypowiedzieć prosto w oczy obiektowi. Znowu ten quasi-literacki eufemizm – „obiekt”. Rzeczony „Słownik języka polskiego” wymienia następujące synonimy: „egzemplarz”, „eksponat”, „fant”, „przedmiot”. A zatem człowiek, który w imieniu Polski Podziemnej został skazany na śmierć, jest „egzemplarzem”, „fantem”, tudzież „przedmiotem”. To są niezbyt odpowiednie określenia, chyba że służbę dla dobra ojczyzny traktować jako literacką wprawkę. Tak też pojmowałem wykonywanie zadań zleconych przez naszą ściśle tajną komórkę noszącą kryptonim „993/W”.

Mój dywersyjny oddział powstał w 1941 roku, dokładnej daty nie ujawniam. Ja trafiłem do grupy, pnąc się po szczebelkach konspiracyjnej roboty. W każdym razie grupa egzekucyjna stanowiła referat w Wydziale Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego Komendy Głównej ZWZ-AK. Czy stałem się katem? Proszę tak mnie nazwać, nie obrażę się, wcale się tego nie wstydzę. Z perspektywy czasu mogę nawet określić, że uczestniczyłem w procesie, który można nazwać twórczością. Owszem, wpierw debiutancką, ale czyż debiutant nie może już w pierwszej swojej kreacji wykazać się talentem? Weźmy takiego Dostojewskiego i jego debiutancką powieść „Biedni ludzie”. Sensacja w literackim światku Petersburga! Krytyka obwieściła Rosji i światu nadejście nowego Gogola. A Fiodor Michajłowicz miał zaledwie dwadzieścia parę lat, kiedy napisał tę powieść. Tyle co ja, gdy wykonałem pierwszą egzekucję. Czy to nie jest nadużycie, zestawiając dłoń, która dzierży pióro umaczane w atramencie, z dłonią trzymającą parabellum 08 o kalibrze 9 mm ochlapaną krwią i mózgiem? Dobre pytanie. Odpowiedź znajdzie się w dalszych moich zapiskach. Ale, ale. Zatrzymajmy się zatem na moim – jak to się wyraziłem – debiucie.

(Spisuję fakty tak, jak je zapamiętałem. Mam nadzieję, że nikt zawczasu nie odkryje moich zapisków. Muszę znaleźć jakąś porządną skrytkę dla tych luźnych kartek. Po wojnie zredaguję, oprawię i... A co to wiadomo, co będzie po wojnie?)

Jesień 1942 roku, deszczowa szaruga otulająca chłodem ulicę Piusa. Jestem na robocie. Muszę być ostrożny, bo opodal szwabska ambasada. Wchodzę do knajpianego przybytku „U Włocha”. „Włochem” jest Żyd o nazwisku Grosbaum. Imię nieważne. Grosbaum to agent Gestapo. Kapuje na swoich pobratymców wyznania mojżeszowego, którzy zamawiają u niego fałszywe aryjskie papiery. Wiadomym jest, że władze Generalnej Guberni dystryktu warszawskiego nakazały Żydom wynosić się za mur getta. Grosbaum zastawia pułapkę na swoich klientów. Nie tylko donosi na Żydów, którzy ukrywają się po aryjskiej stronie, ale kradnie ich majątek. Jego knajpa to miejsce, gdzie handluje się walutą i precjozami przejętymi z dobytku aresztowanych i rozstrzelanych ofiar. Klientami są głównie Niemcy. Krótko mówiąc, Grosbaum jest chwastem, który należy wyrwać z korzeniami. To postać niezasługująca na snucie długiej opowieści. Czasami trzeba uciąć wątek w imię zacnego przesłania. Bo narracja musi nieść jakąś pozytywną tezę, nieprawdaż?

A zatem jestem na robocie i wchodzę do knajpy, wchłaniam nosem zapach papierosów Die Schmale, czyli płaskich, którymi do wódki i nóżek w galarecie raczy się dwóch jegomości przy okrągłym mahoniowym stoliku u wejścia. Nie trzeba wielkiego wysiłku, by zidentyfikować sukinsynów: gestapowcy w cywilu. Pewnie przyszli nabić swoje szwabskie kabzy pożydowskim złotem. Ciekawe, czy uzbrojeni? Jeśli tak – sytuacja może się skomplikować. Porucznik „Jasieńczyk”, dowódca referatu, pozostawił mi wolną rękę podczas przeprowadzenia akcji. Ale jeśli miałbym się wycofać, debiut byłby fiaskiem. Nie mam ubezpieczenia. Jestem sam na robocie.

Siadam przy wolnym stoliku. Podchodzi kelnerka. Przypomina mi trochę Jadzię Andrzejewską. Muszę w tym miejscu przyznać się, że jestem kinomanem i przed wojną widziałem wszystkie filmy z Jadzią Andrzejewską, oprócz „Dziejów grzechu” w reżyserii Henryka Szaro, bo tenże film był dla trzynastolatka jeszcze niedozwolony. Panna kelnerka jest nieco brzydsza od oryginału, to znaczy od naszej gwiazdy srebrnego ekranu, ale ma ten sam bliczek w oczach.

Ciekawe, swoją drogą – przelatuje mi przez myśl – dlaczego pani Jadzi oferowano w filmach role niezbyt urodziwych pensjonarek? Przecież była...

– Co podać? – przerywa moje czcze spekulacje kelnerka- -„Andrzejewska”.

Wyjmuję wolnym ruchem z lewej kieszeni płaszcza triumfy, w prawej mam odbezpieczone parabellum. Pilnuję, by nie zadrżała mi dłoń. Udaje się. „Andrzejewska” podaje mi ogień. Myślę, patrząc na jej srebrną zapalniczkę: Własność jakiegoś Rosenberga? Silbersteina? Kona?

Zaciągam się słodkawym dymem do dna płuc. Kelnerka chowa zdobyczną zapalniczkę w fartuszku obszytym mereżką i powtarza pytanie nieco dobitniej:

– To co podać mam?

– Setkę wypalanki.

Muszę być trzeźwy – strofuję się w cichości ducha. – Ale muszę być wiarygodny – usprawiedliwiam się, zerkając na szkopów przy mahoniowym stoliku.

– Coś na ząbek do tego? – pyta „Andrzejewska”, kładąc menu na blacie. – Może golonkę na żywcu?

Odsuwam kartę. Ryzykuję:

– A co by pan Grosbaum polecił?

– Nie wiem.

Dziewczyna jest nieco speszona.

– Może pani łaskawie pójść na zaplecze i spytać szefa?

„Andrzejewska” podnosi cienkie wyskubane brwi, jakby chciała nimi podeprzeć ciężki sufit z okopconymi stiukami.

– Szef nie ma w zwyczaju...

Wtrącam bez uprzejmości:

– Proszę pójść na zaplecze i powiedzieć, że klient w sprawie bardziej tłustej niż golonka na żywcu.

– Ale... – Jest jeszcze mocniej speszona. Na blade policzki dziewczyny wstępują dwa nierówne amarantowe krążki.

– Nalegam – mówię.

„Andrzejewska” znika na zapleczu. Prostokątne drzwi wydają mi się wejściem w tunel, który wiedzie gdzieś na kres świata. Poprawiam krawat. Jestem pedantem. Uszy wypełnia mi szum składający się z dzwoniącego deszczu o szyby, szwargotania gestapowców w cywilu, zgrzytu obracającego się kuliście świata. Czuję, że gęsta krew napływa mi do serca.

Nie pomnę, ile to trwało. Kolba pistoletu wrasta mi w dłoń. Palec poci się na cynglu. Wreszcie z prostokąta tunelu, jakby z krańca świata, wychodzi Grosbaum. Jest gruby, przylizany, kiedyś chyba był przystojny. Już nigdy nie wróci do dawnej formy. Kelnerka wskazuje mnie palcem. Zapach schmale’ów wydychany z gestapowskich płuc wgniata mi się w nozdrza. Grosbaum staje przy moim stoliku. Rzuca okiem na Niemców. To sprawne, rzekłoby się zawodowe spojrzenie.

– Słucham pana uprzejmie. – Żyd pochyla tłusty kark.

Gaszę papierosa w fajansowej popielniczce. Wstaję. Odpowiadam:

– W imieniu Polski Podziemnej jesteś skazany na śmierć za zdradę ojczyzny. – Wyciągam parabellum i zabijam Grosbauma strzałem w głowę. Nie widzę tego, ale jeden z gestapowców prawdopodobnie gwałtownym ruchem wyciąga z kieszeni skórzanej kurtki pistolet. Strzela w moją stronę. Nie trafia, kula rykoszetuje. Zabija kelnerkę. Tę, która jest brzydsza od Jadzi Andrzejewskiej, tę która przypalała mi triumfa żydowską zapalniczką.

Krwawiłem z nosa przez godzinę. Chciałem się napić, ale nie mogłem nalać wódki do kieliszka. Patrzyłem na pistolet. Mam opisać detale i parametry broni? Broni? Raczej narzędzia. Nie miałem wyrzutów sumienia. Ale czułem, że przez moje ciało i mózg przetacza się jakaś kolczasta kula. Zdrzemnąłem się. Już nie krwawiłem z nosa. Dłonie już się nie trzęsły. Kolczasta kula pofrunęła w stronę nieba i została wchłonięta przez szarość. Obudziła mnie matka, strofując, że śpię w ubraniu i butach (nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło).

JA

Niestety, nie mogę ujawnić, gdzie się odbyła poniższa rozmowa. Nasz egzekucyjny referat, znany wąskiemu gronu podziemnej armii pod kryptonimem „Wapiennik”, oddział dywersyjnego reagowania, zmieniał lokale konspiracyjne jak rękawiczki. Przyjmowanie rozkazów, przekazanie meldunków czy odbieranie raportów przeważnie odbywało się w cztery oczy: egzekutor – dowódca. To oczywiście związane było z wymogami bezpieczeństwa. Struktura całego referatu 993, podziemnego wywiadu i kontrwywiadu, nie była znana członkom konspiracyjnej siatki. Prawdę mówiąc, oprócz dowodzącego mną bezpośrednio porucznika, znałem tylko dwóch członków naszego oddziału wywiadowczego. Jednego z pododdziału „I” i jednego z „E”. O trzech za dużo. Gdybym wpadł w łapy Gestapo – a było to bardzo możliwe podczas akcji w „U Włocha” – nie wiadomo, jak by się los potoczył. Mogłem wylądować na Szucha, mogłem być torturowany. Nie mam pojęcia, czy nie puściłbym pary z gęby, gdyby mi wyrwano paznokcie, rozłupano czaszkę kastetem, wgnieciono zęby w podniebienie. Jesteśmy mądrzy i odważni, ściskając kolbę pistoletu. Z nogą taboretu wbitą w odbyt głupiejemy i tracimy jakikolwiek rezon. Nie znam swojej granicy odwagi i wytrzymałości na ból. Jeszcze nie zostałem sprawdzony. O, na ten przykład wachmistrz Soroczko z naszego szwadronu. Niby lwowski batiar, zawadiaka i chojrak, co zęby stracił w bójce na Zamarstynowie, co mu klatkę piersiową nożem pociął niejeden buchacz, a kiedy w bitwie pod Kockiem dostał postrzał w dupę i po dwóch dniach zaczęła mu się rana paskudzić, dzielny wachmistrz Soroczko zamienił się w beksę-lalę i wyjąc z bólu, błagał, żeby mu tyłek odciąć od macierzy. Ale ja nie o tyłku wachmistrza Soroczki...

– Kelnerka? – spytał porucznik „Jasieńczyk” matowym ze złości głosem. Przebił mnie wzrokiem.

Okoliłem spojrzeniem pokój, żeby choć na moment uciec przed wilczymi oczami dowódcy, które zaraz miały się chyba pokryć bielmem. Dębowy kredens, miśnieńska porcelana za szybką, sofa z wytartymi podłokietnikami, krzywa, lekko wystająca z podłogi klepka. Ciekawe, że pamięta się takie bzdetne szczegóły. Niby człowiek ścięty nerwowym afektem, a zwraca uwagę na drobiazgi i one wkłuwają mu się w mózg na zawsze. Wyznam, że taka nierówna klepka w podłodze to bardzo literacka figura, kontrapunkt, odskocznia od meritum. W tym wypadku sednem sprawy był trup podobny do Jadzi Andrzejewskiej, przebity przypadkową, gestapowską kulą. Na moment, jeśli wolno, przywołam niniejszym obraz martwej dziewczyny.

Blada, całkiem ładna twarz z wycieniowanymi brwiami nad otwartymi oczami. Nie pamiętam, jakiego koloru kelnerka miała tęczówki. Z fartuszka dziewczyny wypadła srebrna zapalniczka. Taka może zbyt natrętna pointa, ale nic na to nie poradzę. Proszę się nie dziwić, że rozmył mi się w pamięci kolor martwych oczu – po pierwsze, ze skroni kelnerki wypływała strużka krwi zmieszana z szarą mazią substancji mózgowej, a po drugie, musiałem się natychmiast ewakuować z knajpy ze względu na obecnych tam gestapowców. Zrobiłem to klasycznie: trzymając fryców pod lufą. Pośladkami pchnąłem drzwi i już byłem na Piusa, niknąc w ścianie srebrzystego deszczu. Riksza, gazu w Rabengasse i tak dalej w stronę Powiśla, by zgubić ewentualny pościg. Udało mi się umknąć bezpiecznie.

Czy mam powtórzyć dla porządku pytanie dowódcy, które przeszyło mnie na wskroś swoim ostrym tonem? Powtórzę:

– Kelnerka?

– Nie ja ją trafiłem – spróbowałem się nieudolnie usprawiedliwić.

– A kto?

– Szkop. Po mojemu gestapowiec w cywilu.

– Wykonałeś wyrok pod okiem szkopów?

Pozwoliłem memu spojrzeniu podryfować w stronę nieszczęsnej klepki w podłodze. Po chwili milczenia, przeplatanego tykaniem budzika, odrzekłem:

– Tak, panie poruczniku.

Dowódca odwrócił się do mnie plecami. Widziałem wyraźnie jak jego szarozielony trencz porusza się nerwowo w rytm głębokich oddechów. Porucznik „Jasieńczyk” patrzył w zamgloną przestrzeń za oknem. Rzekł, nie odwracając się do mnie:

– Niedobrze.

Zakonotowałem, że słowo „niedobrze” ma aż za dużo groźnych znaczeń, bo nie wiadomo, czy odnosi się do mnie, do akcji, do naszego referatu, do podziemnej armii, czy – nie daj Boże – do całego Państwa Podziemnego. Jednocześnie, jak przelot błyskawicy, przemknęła mi myśl, że tak dosadnie krótkie słowo jest odpowiednie dla oszczędności dialogu. Przegadane dialogi są po prostu nudziarstwem. Dalsza część mojej dysputy była wzorcowo ascetyczna.

– Nie miałem wyboru, panie poruczniku.

– Rozumiem.

– To był mój pierwszy raz.

– Nie tłumaczcie mi, chorąży, jak pastuch krowie.

– Tak jest.

– Obiekt?

– Zlikwidowany.

– Na pewno?

– Tak, panie poruczniku.

– Sprawdziliście, czy nie żyje?

– Nie musiałem.

– Bo?

– Dostał prosto w czoło.

– Rozumiem.

Długie milczenie. „Jasieńczyk” wyłowił z dna przepastnych kieszeni fotografię.

Standardowy legitymacyjny format.

– Przypatrzcie się uważnie.

– Tak jest.

Kobieta. Piękna. Więcej niż piękna. Na trzy sekundy wstrzymałem oddech. Może na cztery. Może na pięć. Otworzyłem usta. Spytałem:

– Mam zlikwidować Inę Benitę?

– Przyjrzyjcie się dobrze – rzekł porucznik. – Czekajcie na rozkaz.

Klepka w podłodze. Nierówna, wystająca, cholerna klepka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki