Tajemnica bransoletki - Margo Seila - ebook + książka

Tajemnica bransoletki ebook

Margo Seila

0,0
19,90 zł

lub
Opis

Książka Margo Seili Tajemnica bransoletki, pomimo zawartych w niej treści o siłach nadprzyrodzonych, czarach i magii, jest całkowicie inna od dotychczasowych. Opowiada o dziewczynie w wieku gimnazjalnym, która jest niezrozumiana przez swoich rówieśników. Patrycja, bohaterka powieści, nie jest świadoma swych mocy i grożącego jej niebezpieczeństwa. Dzięki tej inności poznała fantastycznego chłopaka, którego zazdroszczą jej szkolne koleżanki. A zbliżył ich do siebie przypadek i jej niewytłumaczalny urok. Apogeum frustracji koleżanek Patrycji potęguje przybycie nowego kolegi do klasy, który nie wiadomo dlaczego, również adoruje właśnie ją. Od tego momentu wszystko się komplikuje. Patrycji przytrafiają się „dziwne” rzeczy, które nie mają logicznego wytłumaczenia. Dziewczynka otrzymuje od Rady Starców amulet w postaci bransoletki, który ma ją chronić i przestrzegać przed Złem.
Czy Patrycja z niego skorzysta i zdoła się uchronić przed grożącym jej niebezpieczeństwem?
Którego z chłopców wybierze? Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, sięgnij po tę książkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 388

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Margo Seila

Tajemnica bransoletki

Selfpublica.pl

Strona redakcyjna

Projekt okładki

Michał Waleriańczyk

Korekta

Jan Marcel

Druk i oprawa

Drukarnia Cyfrowa

OSDW Azymut sp. z o.o.

ul. Senatorska 31

93–192 Łódź

© Copyright by Małgorzata Szczepaniak, 2013

ISBN 978-83-938398-0-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać?

Zapraszamy do serwisu Selfpublica.pl

Kontakt

www.selfpublica.pl

info@selfpublica.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Swą powieść dedykuję rodzinie.

Kocham Was.

Od Autora

Trudno jest mówić o sobie, a co dopiero pisać. Zapewne każdy oczekuje jakichś rewelacji, a ja, wbrew pozorom, jestem zwykłą osobą, która lubi pisać. Od kiedy sięgam pamięcią, zawsze znajdowałam przyjemność w wymyślaniu niestworzonych historii, być może dlatego, że urodziłam się w roku „Ognistego Konia”, czyli w 1966. Jest to znak bardzo tajemniczy a zarazem buntowniczy. Zawsze byłam osóbką, która lubiła coś spsocić, a w dodatku — bardzo często — przytrafiały mi się przedziwne i przezabawne historie. Zawsze jednak wychodziłam cało z każdej opresji.

Gdy wreszcie się ustatkowałam i założyłam rodzinę, postanowiłam napisać książkę. Być może to nic wielkiego, ale dla mnie to bardzo wiele, gdyż pisałam ją z myślą o mojej córce. Miała ona podbudować jej wiarę w siebie i udało się.

Dzisiaj jest osobą, która zawsze daje sobie radę we wszystkim. Być może i inni, przeczytawszy tę książkę, też umocnią wiarę we własne możliwości.

* * *

Serdecznie dziękuję za pomoc Pani Joannie Zimny oraz Pani Karolinie Bilskiej — bez Was ta książka nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.

Część pierwsza

Nieoczekiwane spotkanie

Jest noc. Stoję na środku polany w samej koszuli nocnej, otacza mnie ciemny las. Chyba jest zimno, bo widzę własny oddech. Nie wiem dlaczego, ale się boję.

Trzask... Gdzieś niedaleko słyszę odgłos łamanych gałęzi. Odwracam głowę w tym kierunku, próbuję coś dostrzec, ale nic nie widzę.

— Jest tu kto? — pytam niezbyt głośno.

Cisza... Słyszę tylko łomot własnego serca. Po chwili znów ten sam trzask gałęzi, a gdzieś z oddali daje się słyszeć jakiś dziwny, chrapliwy pomruk.

— Czyżby znów to samo?! — próbuję opanować strach, ale się nie daje. Nie wiem, co robić. Czuję, że coś się do mnie zbliża. Pomimo paraliżującego strachu, ostatkiem sił zdobywam się na ucieczkę. Szybko, coraz szybciej. Słyszę, że to coś też zaczyna przyspieszać. Boję się odwrócić głowę. Nagle potykam się o jakieś wystające korzenie i upadam. Leżę z głową przyciśniętą do mokrej trawy i czekam. Tysiące myśli przebiega mi przez głowę. Nie bardzo wiem, co mam robić. Podświadomie wyczuwam, że to coś się zbliżyło i już jest obok mnie, chyba pochyla się nade mną, bo czuję jego gorący oddech...

Nagle słyszę przeraźliwy krzyk...

Wokół panuje przerażająca ciemność. Wtem oczy mi poraża oślepiająca jasność.

— Co się stało kochanie?! — to głos mamy. — Znów ci się coś śniło? — pyta zaniepokojona.

— Tttak mamo — cała dygoczę ze strachu — ale już wszystko w porządku. Najważniejsze, że jesteś tutaj. — Przytuliłam się do niej, a ona delikatnie pogłaskała mnie po głowie.

— No już dobrze, jestem przy tobie, już nie musisz się bać — gładziła mnie po policzku — połóż się i spróbuj zasnąć. Chwilę z tobą posiedzę — zaoferowała.

— Dobrze — odparłam wciąż jeszcze roztrzęsiona.

Uspokoiwszy się nieco, powoli zaczynałam usypiać. Jednak bałam się zasnąć w obawie, że znów będę miała ten koszmar. Nie chciałam, by mama siedziała przy mnie, gdyż widziałam, że jest zmęczona. Udałam więc, że zasnęłam, próbując oddychać w miarę równo. Mama zapewne pomyślała, że nareszcie śpię, cichutko zgasiła światło i wyszła z pokoju, ale ja nie spałam. Nadal czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co, no i ten strach przed czymś nieznanym nie pozwalał mi zasnąć.

Budzik. No tak, to już ranek. Trzeba wstawać. Nie mogę się spóźnić, bo pierwszą mam matmę i do tego jeszcze test.

— O rany! Test! To ci dopiero! — mruknęłam zła pod nosem. — Wczoraj zapomniałam nawet zajrzeć do zeszytu. No cóż, trudno — pomyślałam. — Ważne, że spędziłam z Alexem przyjemny dzień. Chyba naprawdę jestem w nim zakochana... — rozmarzyłam się.

— Patrycja! Śniadanie! — usłyszałam wołanie mamy.

— Idę już, idę — odkrzyknęłam. — I znów szara rzeczywistość — westchnęłam.

Ponieważ nie mogłam się dzisiaj w żaden sposób wykręcić od szkoły, biegiem się ubrałam i wpadłam do kuchni jak bomba.

— Cześć mamo, cześć tato! Jem i spadam, bo mam piekielnie ciężki dzień. I na dodatek nic nie umiem.

— Tak, tak rozumiem, zawsze to samo — tatko pokiwał głową — Powiedz mi lepiej, kiedy ty stwierdziłaś, że wszystko wiesz, bo ja już nie pamiętam? — zażartował na koniec.

— Naprawdę? Przypomnę ci. W pierwszej klasie, kiedy... — zaczęłam.

Klakson.

— O rany! To Alex. Muszę już lecieć. No to pa! — Wzięłam tylko kurtkę, plecak i jak na skrzydłach popędziłam do swojego ukochanego.

— Cześć! Cześć! — krzyczałam już od drzwi w kierunku Alexa.

— Cześć Pati! — spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie. — Czy coś się stało?

— Nie! — Chwilę się zastanowiłam. — W każdym razie, ja niczego takiego sobie nie przypominam — zastanawiałam się o co mu chodzi. — A dlaczego pytasz?

— Bo tak wrzeszczałaś do mnie, jakby cię ze skóry obdzierali.

— No wiesz — poczułam się dotknięta tym stwierdzeniem.

— Przepraszam, ale naprawdę wyglądało to tak... — nie skończył, bo spojrzałam na niego takim wzrokiem, jakbym chciała go zamordować — ... zabawnie — dokończył i poczerwieniał jak burak. — To co, jedziemy? — zapytał skruszonym głosem, gdy tylko wsiadłam.

— Mhm — ledwie mruknęłam, a on ruszył, aż zapiszczały opony.

— Alex! Nie tak ostro, bo zamiast w budzie znajdziemy się na drzewie — przestraszyłam się.

— Dobrze, moje ty słoneczko. Pani każe, ja robię — uśmiechnął się tak słodko, że cała moja złość na niego prysnęła niczym bańka mydlana. No, prawie.

— Nie zgrywaj się. Mam dzisiaj kiepski dzień. Nie dosyć, że się nie wyspałam, to jeszcze nic nie umiem! Wiesz, co to znaczy?! Jestem dzisiaj po prostu dno. Rozumiesz?

— Spokojnie! Nie wpadaj w panikę — uśmiechnął się rozbrajająco, po czym zatrzymał samochód obok mojej szkoły. — Żebyś miała dzisiaj dobry dzień, coś ci dam — mrugnął znacząco. — Tylko się pochyl i zamknij oczy.

Chcąc go już mieć z głowy, zrobiłam, o co mnie poprosił. Wtem poczułam na swoich ustach jego usta. Zrobiło mi się gorąco, a nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Omal nie zemdlałam. Odskoczyłam, uświadamiając sobie jednocześnie, że przecież ktoś ze szkoły mógł mnie zobaczyć.

— O rany! Ale byłaby draka — pomyślałam rozgorączkowana. — Musiałabym się grubo tłumaczyć. Rodzice, jak to rodzice, pewnie by mnie jeszcze zrozumieli, ale nasza wychowawczyni, ta stara panna. Lepiej nie myśleć — wzdrygnęłam się.

— No, przecież cię nie ugryzłem! Trędowaty też nie jestem. Co, nie podobało ci się, nie było przyjemnie? — spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami, a ja poczułam jak krew uderza mi do głowy.

Zaczerwieniłam się i zrobiło mi strasznie się głupio. — No nie, co on sobie o mnie pomyśli, że jestem szara, głupia gęś, co to nawet całować się nie potrafi.

— Ależ tak... — jąkałam się jak nie wiem co. Nie chciałam, by Alex pomyślał, że jestem zielona w tych sprawach. — No wiesz, nie twierdzę, że to było nieprzyjemne, ale mój drogi nie przed szkołą! — natychmiast ochłonęłam. — Chcesz żeby mnie ukrzyżowano?! Dość mam problemów i bez ciebie — udałam oburzoną.

— Nie gniewaj się. Przepraszam. Myślałem, że cię tym uszczęśliwię. Już nigdy tego nie zrobię. Obiecuję! — Podniósł prawą dłoń do góry i spuścił głowę.

— Nie wygłupiaj się! — przestraszyłam się, że jeszcze faktycznie tak zrobi. — Po prostu, najpierw pomyśl, zanim coś zrobisz — moje nogi znów odzyskały czucie i wreszcie mogłam wysiąść z samochodu. — Niestety muszę już lecieć. No to cześć! — rzuciłam na pożegnanie i pobiegłam do szkoły.

— O drugiej przyjadę po ciebie. Trzymaj się! — usłyszałam jeszcze jego głos.

Przystanęłam i się odwróciłam, żeby mu pomachać, ale on już odjechał.

— O rany! Jaka ja jestem głupia! — pomyślałam. — Przez tę moją skromność i niedojrzałość, Alex być może już nigdy nie będzie chciał mnie pocałować. Oby nie traktował swoich słów poważnie — przeraziłam się — tym bardziej że ten pocałunek był naprawdę, ale to naprawdę przemiły... — dotknęłam ręką ust. — No, dość tego dobrego, muszę myśleć o matmie, bo inaczej będzie kiepsko — skarciłam samą siebie i ruszyłam w kierunku szkoły.

— O, cześć Patrycja! — powitała mnie w wejściu przyjaciółka.

— Hej! No jak, umiesz? Dasz ściągnąć? — spytałam pierwsza i jednocześnie zainteresowałam się jej poziomem wiedzy.

— Jak będę wiedziała, to dam. Przecież zawsze daję — odpowiedziała Kaśka. — Jeśli oczywiście umiem. Zresztą, ty i tak napiszesz — stwierdziła sarkastycznie. — Po co w ogóle głupio się pytasz — prychnęła niczym rozwścieczona kotka.

Już nie zdążyłam tego skomentować, bo zabrzmiał dzwonek. Zaraz potem do klasy wszedł Kątomierz, czyli „nasz ukochany” matematyk, jak zawsze z tą swoją srogą miną i mnóstwem przyborów. Trochę dziwny z niego facet, ale na swój sposób go lubiłam. Pomimo nieciekawej fizjonomii nie był taki zły, chociaż nie wszyscy za nim przepadali. Był nauczycielem bardzo wymagającym i surowym, ale sprawiedliwym. Nigdy nie postawił uczniowi pały, jeśli ten choć trochę kumał jego przedmiot. A swój przydomek „Kątomierz” otrzymał, jeszcze zanim się zjawiłam w tej szkole. A to dlatego, że jak głosi wieść szkolna, matematyk zawsze siedzi na krześle tak wyprostowany, że gdyby przyłożyć kątomierz, to zapewne między siedzeniem a tułowiem miałby dziewięćdziesiąt stopni jak nic. Jest wręcz uczulony na punkcie prostego siedzenia i nie znosi, gdy uczniowie się garbią. No cóż, w końcu każdy ma jakiegoś bzika.

— Proszę usiąść sobie wygodnie, wszystko pochować, zostawić tylko długopis i kartkę. — Moje rozmyślania przerwał chropowaty głos Kątomierza. — Sierakówna — podszedł do pierwszej ławki i położył kartki — proszę rozdać testy, ale migiem.

Jolka biegiem rozdawała nam testy, bojąc się nawet na nie spojrzeć. Kiedy sama już usiadła, matematyk powiedział, że na rozwiązanie zadań mamy czas do końca lekcji i aby go nie marnować, możemy się już zabierać do pracy.

Pierwsze, co zrobiłam, to pośpiesznie przebiegłam wzrokiem cały test i stwierdziłam, że zadania wcale nie są takie trudne. Udało mi się nawet pomóc Kaśce, choć miało być odwrotnie. Nie miałam jednak serca zostawić przyjaciółki w potrzebie. W końcu ona mi też nieraz pomogła... Gdy wreszcie rozległ się dzwonek, obydwie, zadowolone z klasówki, wyszłyśmy z klasy i pobiegłyśmy na boisko się trochę odstresować.

Pozostałe lekcje minęły nadzwyczaj szybko. Nawet się nie spostrzegłam, gdy zadźwięczał ostatni dzwonek, obwieszczając koniec męczarni na dzisiaj.

— Nareszcie luz — odsapnęłam. — A za pół godziny przyjedzie po mnie Alex i będziemy mogli sobie porozmawiać — myślałam uszczęśliwiona, spoglądając na zegarek.

— Patrycja... — tuż nad uchem usłyszałam jęk Kaśki. — Kiedy wreszcie pójdziesz ze mną na jakiś spacer? Odkąd się spotykasz z tym swoim Alexem, dla mnie zupełnie nie masz czasu. A byłyśmy przecież najlepszymi przyjaciółkami — w jej głosie zabrzmiała nutka żalu.

— Jesteśmy Kasieńko, jesteśmy przyjaciółkami — stwierdziłam. — I obiecuję ci, że pojutrze pójdę z tobą, gdzie tylko zechcesz. Dobrze? — poklepałam ją po ramieniu.

— No... może być — stwierdziła ponuro. — Ale na pewno pójdziesz? — chyba mi nie wierzyła, gdyż ostatnio trochę ją zaniedbałam.

— Oj, na pewno, na pewno — odpowiedziałam.

— Ekstra! Cieszę się — odparła zadowolona. — Idziesz?

— Jeszcze muszę coś załatwić — próbowałam się wymigać od wyjaśnień.

— No tak — westchnęła Kaśka. — Alex, co?

— Mhm — przytaknęłam i trochę zrobiło mi się głupio, że nie chciałam z nią iść.

— Nie ma sprawy — odpowiedziała przygnębionym głosem. — Mnie też się trochę spieszy — dodała. — Zatem do jutra?

— Do jutra! — odkrzyknęłam. Widziałam, jak Kaśka wolnym krokiem podążyła w kierunku drzwi wyjściowych.

— No nareszcie sama — odetchnęłam z ulgą. — Nie to, że jej nie lubię, ale akurat dzisiaj nie miałam ochoty na jej towarzystwo. — Znów spojrzałam na zegarek. — Jeszcze mam dwadzieścia minut. Ubiorę się i posiedzę sobie na ławce przed szkołą — pomyślałam i tak też zrobiłam.

Kiedy się wreszcie dowlokłam do ławki, wokół szkoły już zrobiło się pusto. Tylko na drugim boisku, od bocznej strony, trzecioklasiści grali w piłkę. Wiem to, bo zauważyłam wśród nich Jarka, najwyższego chłopaka z naszej budy. A on jest właśnie z III b. Przystojny, ale głupi i chyba dlatego taki znany...

Nieco zmęczona usiadłam na ławeczce i przez chwilę przyglądałam się grającym. I wtedy mi się przypomniało, w jaki sposób poznałam Alexa. Zamyśliłam się...

Pamiętałam, no bo i jakże mogłabym zapomnieć — uśmiechnęłam się na tamto wspomnienie. Było to dwa miesiące temu i do tego w czwartek. Wieczorem chciałam wyprawić urodziny, więc po szkole musiałam iść kupić coś do jedzenia. Umówiłam się wobec tego z Kaśką przy starym boisku na Parkowej. Kiedy tam dotarłam, jej jak zwykle jeszcze nie było, ale jacyś chłopacy grali w nogę. Chyba byli z liceum, bo wyglądali na nieco starszych niż ci nasi. No i żadnego nie znałam, a więc na pewno nie byli od nas. W pewnym momencie moją uwagę zwrócił chłopak o wyjątkowej urodzie. Podeszłam bliżej, aby go sobie lepiej obejrzeć. Miał kruczoczarne włosy i oliwkową cerę, był wyjątkowo przystojny. Nawet mi się spodobał. Już zaczęłam sobie wyobrażać, jak razem idziemy na spacer, on bierze moją dłoń, zagląda mi w oczy..., gdy wtem poczułam potężne uderzenie w głowę. Zrobiło mi się słabo. Usiadłam. Nawet nie wiedziałam, co się stało. Minę musiałam mieć chyba bardzo głupią, bo właśnie usłyszałam nad sobą śmiech. Podniosłam głowę do góry i zobaczyłam... właśnie jego.

Przyglądał mi się z dziwnym uśmieszkiem na twarzy, przynajmniej tak mi się zdawało. Tego już nie wytrzymałam. Podniosłam się, otrzepałam i zaczęłam go wyzywać od chama, gbura i sama nie wiem od czego jeszcze. Chłopak zrobił głupawą minę i cofnął się o krok, chyba się speszył. Trochę mnie to zdziwiło, bo wyglądał na twardziela. Nie miałam jednak ochoty się z nim bratać i już miałam dalej obrzucać go obelgami, gdy on nagle dotknął mojego ramienia, spojrzał mi prosto w oczy i zaczął przepraszać, że naprawdę nie chciał mnie uderzyć, że to niechcący i że na dowód, że jest mu naprawdę przykro, zaprasza mnie na lody. Na początku nawet nie chciałam o tym słyszeć, ale jego urok osobisty był silniejszy i uległam. Umówiliśmy się następnego dnia o siedemnastej w pewnej małej kafejce.

Tak właśnie poznałam mojego Alexa i odtąd jesteśmy parą, przynajmniej tak mi się wydaje.

Wtem moje rozmyślania przerwał właśnie nikt inny tylko sam Alex. Podszedł do mnie i tuż przed nosem zamachał mi małym, pluszowym misiem.

— To dla ciebie — położył mi go na kolanach.

— Za co? — spytałam zdziwiona.

— Za ten nieszczęsny poranek. Gniewasz się jeszcze? — zabawnie przekręcił głowę, zamrugał oczami i się uśmiechnął.

— Już nie — rozśmieszył mnie tym. — Przecież na ciebie nie można się gniewać. Zresztą chodźmy już. Gdzie masz wóz?

— Stoi za rogiem. Zauważyłem, że siedzisz tu sama, i postanowiłem ci zrobić niespodziankę, dlatego ten kawałek przeszedłem pieszo. Widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam... — powiedział to tak strasznie poważnie, że nie bardzo wiedziałam, czy mówi to serio, czy tylko sobie żartuje.

— Oj tak, tak, strasznie — stwierdziłam ironicznie, tak na wszelki wypadek, żeby sobie nie pomyślał zbyt wiele. — No to chodźmy już, ty mój męczenniku, bo mi w brzuchu burczy. Słyszysz?

— Faktycznie! O nie, ale ze mnie mało domyślny facet. Zamiast misia powinienem ci przynieść hamburgera albo pizzę — zaśmiał się.

— Nie mam ochoty na głupie dowcipy — zirytowałam się.

— Nie gniewaj się już, ty mój kociaczku — czule mnie pogłaskał.

— Wariat — odburknęłam i ruszyłam w stronę zaparkowanego samochodu. Alex posłusznie szedł za mną.

W trakcie jazdy nie miałam ochoty na rozmowę. Po pierwsze, byłam głodna, a po drugie, zastanawiałam się nad swoim nocnym koszmarem. Szybko jednak dojechaliśmy do naszej kafejki, wobec czego musiałam odłożyć rozmyślania na później.

Odkąd poznałam Alexa, byliśmy dość częstymi gośćmi w tym niewielkim zajeździe. Czułam się tu dobrze, tym bardziej że znajdował się on na obrzeżach miasta i zaglądało tu niewielu znajomych. Dzisiaj w narożniku zobaczyłam znowu tę samą parkę, co ostatnio. Zapewne im też się tu spodobało. Westchnęłam.

— No cóż, dziś nie będziemy sami — poczułam się rozczarowana.

— Mnie tam oni nie przeszkadzają — odpowiedział Alex, wyczuwając zapewne co miałam na myśli, bo wskazał stolik przy oknie pod liśćmi palmy. — Spójrz, tam nikt nas nie zobaczy.

Skinęłam głową i posłusznie ruszyłam za nim. Ledwo usiedliśmy, podeszła do nas kelnerka i spytała, co podać.

— Dzisiaj, pani Iwono proszę podać mojej niezwykłej znajomej ogromną pizzę, a mnie hamburgera i coś do picia — powiedział Alex.

— To wszystko? — zapytała kelnerka.

— Tak, tylko ja poproszę o colę, jeśli można — sprecyzowałam zamówienie.

— Oczywiście, zaraz podam — odpowiedziała i się oddaliła, lekko kołysząc biodrami.

Alex tymczasem zwrócił twarz w moim kierunku i tak jakoś dziwnie na mnie patrzył, jakby chciał coś powiedzieć. Trochę mnie to drażniło.

— Coś cię gryzie. Zgadłem? — zapytał nagle.

— Co takiego? — w pierwszej chwili nie dotarło do mnie. — No, niezupełnie — nie miałam jednak teraz ochoty na rozmowę.

— Ale o coś ci chodzi? Jeśli to ja jestem powodem twojego zmartwienia, powiedz, zmienię się — delikatnie ujął moją dłoń.

— Nie, to nie tak — poczułam, że się rumienię. — Sama nie wiem, o co mi chodzi. Tyle rzeczy ostatnio się wydarzyło... Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć... Zresztą porozmawiamy, jak zjemy — spojrzałam dziękczynnie w stronę nadchodzącej kelnerki.

— Proszę, oto wasze zamówienie. Smacznego — uśmiechnęła się pani Iwonka.

— Dziękujemy! — odpowiedzieliśmy zgodnym chórkiem i się roześmialiśmy.

Teraz żadne z nas nie miało ochoty na dalszą konwersację. W milczeniu zajęliśmy się jedzeniem. Chwilę to trwało. Po zakończonym posiłku, poprosiliśmy jeszcze o kawę i ciastko. Gdy zaczęłam jeść ciastko, nieoczekiwanie Alex powrócił do przerwanej rozmowy.

— Patrycjo, nie wiem, co ci jest, ale znam cię już na tyle, że jestem prawie pewien, że coś cię trapi. Powiesz mi, o co chodzi?

— To nie takie proste... — zaczęłam skubać serwetkę. — Zresztą nie lubię o tym mówić. Będziesz się ze mnie śmiał.

— Przyrzekam, że nie. Może będzie ci lżej, jak to z siebie wydusisz. Spróbuj. Wbrew pozorom, naprawdę potrafię słuchać — stwierdził.

Przez chwilę się zastanawiałam, czy mu powiedzieć, czy nie. Przecież znamy się tylko dwa miesiące. Biłam się z własnymi myślami. W końcu postanowiłam zaryzykować.

— A niech ci będzie, ale pamiętaj, przyrzekłeś — trochę mnie to jednak krępowało.

Wówczas spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie, że już bez żadnego słowa mu uwierzyłam.

— Słuchaj więc... Nie powiem ci dokładnie, bo sama nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Ale od jakiegoś czasu, prawie co noc, śni mi się ten sam sen. Głupie, co? — przez cały czas łyżeczką dłubałam w ciastku.

— Wcale nie — był nad wyraz poważny. — To nie jest głupie. Czy... możesz mi go opowiedzieć? — Zaskoczył mnie tym pytaniem.

— Chyba mogę... — westchnęłam ciężko, gdyż nie byłam przekonana do końca, czy powinnam mu się zwierzać z takich spraw. Zaryzykowałam jednak. — Otóż w moim śnie wszystko dzieje się nocą. Stoję na środku jakieś polany a wokół jest mnóstwo drzew, tak jakbym była w lesie. Zresztą to chyba jest las. Po pewnym czasie ktoś albo coś zaczyna mnie gonić. I kiedy już, już mam to zobaczyć... budzę się — dopiero teraz spojrzałam na Alexa, chciałam zobaczyć jego reakcję.

— Czy zawsze jest tak samo? — spytał spokojnie, jak gdyby nic.

— Wydaje mi się, że tak... — byłam zaskoczona jego opanowaniem i wyczuciem taktu. — Widzisz, na początku nie przywiązywałam do tego większej wagi. Myślałam nawet, że może po jakimś filmie przyśnił mi się koszmar. Ale kiedy ten sam sen zaczął się powtarzać, trochę się przeraziłam. Nie wiem, co o tym myśleć.

— Mówiłaś o tym komuś? — spytał zatroskanym głosem.

— Nie. — A jednak się o mnie martwi — pomyślałam.

— Nawet swojej przyjaciółce, tylko rodzicom i to też nie do końca, a tak, to nikomu. Rozumiesz? Boję się, że uznają mnie za wariatkę albo kogoś w tym rodzaju. Tobie pierwszemu powiedziałam prawdę. Liczę, że zachowasz to dla siebie? — spojrzałam na niego błagalnie.

— No co ty. Jak obiecałem, że nie powiem, to nie powiem. Ale... czy próbowałaś dośnić swój sen do końca? Wiesz, niekiedy jest tak, że jak się człowiek odważy spojrzeć niebezpieczeństwu w oczy, koszmar przechodzi — stwierdził.

Spojrzałam na niego zdziwiona. Ciekawe, skąd on może o tym wiedzieć? A może jemu też się śnią koszmary i radzi sobie właśnie tak? To wszystko zdaje się jakieś nienormalne...

— Szczerze? Nigdy nie próbowałam, choć nie wiem, czy to by mi się udało. Bo kiedy już mam spojrzeć i zobaczyć, co to jest, to się budzę. To jest silniejsze. Jestem zbyt przerażona i boję się, że mogłabym zobaczyć coś, czego tak naprawdę nie chciałabym widzieć — powiedziałam jednym tchem.

Alex się zamyślił.

— Wiesz... — zaczął po chwili — powinnaś się nauczyć koncentrować się na własnym śnie. Przed zaśnięciem musisz sobie wmówić, że chcesz to coś zobaczyć. Powtarzaj sobie w kółko: „Chcę cię zobaczyć, muszę cię zobaczyć”. Może ci się uda.

— Ale po co? — zdziwiłam się. — Przecież ja nawet nie wiem, czy naprawdę chcę to zobaczyć!? — zirytowałam się.

— Rozumiem cię, ale to dla twojego dobra. Być może, kiedy odwrócisz głowę i spojrzysz do tyłu, okaże się, że tak naprawdę nic tam nie ma.

— Spróbuję — przyrzekłam, choć nie bardzo wiedziałam, czy dotrzymam słowa. Zresztą nie miałam ochoty dalej ciągnąć tego tematu, gdyż w tej chwili interesowało mnie coś zupełnie innego. — Alex, powiedz, ale szczerze, skąd ty to wiesz? Chyba nie jesteś jakimś... jasnowidzem czy kimś w tym rodzaju? — trochę mnie zaintrygowała ta jego wiedza.

— No wiesz! — zrobił nadąsaną minę, ale zaraz się uśmiechnął. — Moja babcia zajmuje się takimi rzeczami. No i chcąc nie chcąc, ja też coś wiem i wiele na ten temat czytałem. Ale o tym powiem ci kiedy indziej. Teraz spróbuj zrobić tak, jak ci radziłem. A wówczas zobaczymy. Może będziesz musiała skorzystać z porady mojej babci? — spojrzał na mnie i delikatnie mnie pocałował.

Przeszedł mnie dreszcz, dziwnie się poczułam. Jeszcze żaden chłopak mnie tak nie pocałował. Owszem, może się to komuś wydać dziwne, że tak naprawdę dopiero teraz, w wieku piętnastu lat, mam chłopaka. Do tej pory moi kumple podobali mi się bardziej lub mniej, ale nigdy na tyle, żebym się chciała z którymś umówić. Jeden z nich, a dokładniej mówiąc, Piotrek próbował mnie nawet kiedyś pocałować. Ale, o zgrozo, to było okropne uczucie. To wtedy stwierdziłam, że chyba z żadnym chłopakiem nie będę się całować. I do tej pory mi się to udawało. Alexowi jednak nie sposób się oprzeć. On jest inny niż ci wszyscy chłoptasie. Ma dopiero siedemnaście lat, a zachowuje się jak prawdziwy dżentelmen. Jest delikatny, jego pocałunki sprawiają, że zapominam o całym świecie. Może zawdzięcza to temu, że z pochodzenia jest pół-Polakiem pół-Francuzem. A jak powszechnie wiadomo, Francuzi są najlepszymi kochankami. Sama już nie wiem. W każdym razie to mój pierwszy chłopak i jest mi z nim naprawdę dobrze.

— O czym tak myślisz? — dobiegł mnie głos Alexa.

— Co? — spojrzałam na niego rozkojarzonym wzrokiem. — Nie, o niczym. A w zasadzie to o tobie... — powiedziałam, lekko się czerwieniąc. — Jak to dobrze, że panuje tu półmrok, gdyż mógłby sobie nie wiem co o mnie pomyśleć — ucieszyłam się w duchu.

— To dobrze, że o mnie. Cieszę się, bo wiesz... — zawiesił głos — bardzo cię lubię, bardzo...

Wstał powoli, wziął mnie za rękę i, nie spiesząc się, opuściliśmy lokal. Wsiedliśmy do samochodu. Byłam szczęśliwa, och jakże szczęśliwa. Tak bardzo chciałam komuś opowiedzieć o mojej radości, ale komu... Wszystkie moje koleżanki mimo swego wieku były takie dziecinne. Założę się, że by mnie wyśmiały. Widzę przecież, jak je zżera zazdrość, że mam takiego przystojniaka. Zostaje mi jedynie Kaśka... Nie jest może zbyt rezolutna, ale na pewno o niebo lepsza niż pozostałe dziewczyny. Zresztą jest moją przyjaciółką i nie mogę narzekać, w końcu jeszcze nigdy się na niej nie zawiodłam. Wiem, że ona też trochę mi zazdrości, czuję to nawet, ale na pewno nie odbiłaby mi Alexa...

Dojechaliśmy wreszcie pod mój dom. Pożegnałam się szybko, gdyż nie zostało mi zbyt wiele czasu, i biegiem popędziłam do środka. Musiałam jeszcze wstawić obiad, zanim rodzice wrócą z pracy. Nie chciałam, aby byli ze mnie niezadowoleni. Zresztą kocham ich i wiem, jak ciężko pracują, żebym miała wszystko, czego potrzebuję. Moi rodzice, niestety, nie pochodzą z bogatych rodzin i wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają własnej ciężkiej pracy. Tata był kierownikiem wielkiej firmy produkującej procesory do komputerów, mama zaś pracowała w księgowości i zajmowała się finansami tej firmy. Wiem, że nie była to lekka praca. Rodzice nierzadko przynosili jakieś dokumenty i pracowali do późna w nocy. Nie mogę jednak na nich narzekać. Starali się poświęcać mi jak najwięcej czasu. Często się wybieraliśmy na wspólne spacery, do kina, teatru i na różne imprezy. Chcieli, bym choć ja miała lżejsze życie i lepszy start. Chodziłam więc na różne kółka, uczyłam się dwóch języków i mogłam mieć wszystko, oczywiście w granicach rozsądku. Rodzice nie rozpieszczali mnie, mimo że byłam jedynaczką. Chcieli, żebym była normalną dziewczyną, a nie jakimś rozpuszczonym bachorem. Mieli do mnie pełne zaufanie, a ja nie mogłam ani nie chciałam ich zawieść.

Wtem usłyszałam samochód na podjeździe. Przyjechali. Jak zawsze mama weszła pierwsza i już od progu zawołała:

— Cześć córeczko! Jak ci minął dzień. Musisz mi wszystko opowiedzieć. Poczekaj, tylko się rozbiorę i dokończę smażyć te kotlety, żeby ci się znów nie przypaliły.

— Oj mamo, zdarzyło mi się to jeden jedyny raz, a ty w kółko to samo. Długo jeszcze będziesz mi to wypominać?

— No dobrze, już dobrze, nie denerwuj się — roześmiała się serdecznie.

Podczas obiadu jak zwykle musiałam zdać rodzince relację, co ciekawego przydarzyło mi się w ciągu dnia: czy byłam pytana, jakie oceny dostałam i inne podobne bzdety. Nie lubiłam tego, ale byłam im wdzięczna, że się mną interesują i chcą wiedzieć wszystko, no, prawie wszystko, ma się rozumieć. Przecież im nie powiem, że Alex to ktoś więcej niż kolega.

Kiedy pomogłam mamie posprzątać po obiedzie, poszłam do siebie przemyśleć parę spraw i odrobić lekcje. Nie mogłam jednak się skupić, ciągle myślałam o tym, co powiedział mi mój chłopak.

— Może to i prawda, muszę przed zaśnięciem spróbować tak zrobić — rozmyślałam. Nagle się przeraziłam. — A jak już zobaczę to coś i się tak przestraszę, że jeszcze umrę we śnie — zastanawiałam się z wypiekami na twarzy. Gdzieś czytałam o takim przypadku, ale nie pamiętam gdzie. — E, niepodobna, zresztą to tylko sen, najwyżej się obudzę i już — stwierdziłam nie do końca przekonana.

Na szczęście tej nocy nic mi się nie śniło. Kiedy się rano obudziłam, stwierdziłam nawet, że dawno nie byłam tak wypoczęta. Czyżby sprawiły to słowa mojego Alexa? Muszę dziś z nim o tym jeszcze pogadać. A teraz prysznic, śniadanko i szkoła.

— Brr, co za okropność! — wzdrygnęłam się na samą myśl o szkole.

Dzisiaj w drodze do szkoły Alex powiedział mi, że wyjątkowo się nie spotkamy, gdyż zaraz po lekcjach ma coś pilnego do załatwienia. No cóż, trudno. Wobec tego umówiliśmy się na jutro.

— Szkoda, że Alex nie ma czasu, miałam do niego tyle pytań. No dobrze, ale co ja w takim razie zrobię z dzisiejszym popołudniem? — zaczęłam się zastanawiać. — Wiem! Jutrzejsze spotkanie z przyjaciółką przełożę na dziś. Ekstra! — jak pomyślałam, tak też zaraz zrobiłam.

— O, Kacha. Cześć! — zaczęłam, gdy się do mnie zbliżyła. — Słuchaj, stara, mam propozycję, tylko powiedz, że się zgadzasz! No, dalej! — ponaglałam.

— Zależy na co — odpowiedziała od niechcenia. — Bo wiesz, że niekiedy masz głupie pomysły.

— Oj, zaraz głupie — skrzywiłam się. — Obiecałam ci spotkanie jutro, pamiętasz? A ponieważ jesteś moją przyjaciółką, a przyjaciołom się nie odmawia, odwołałam swoją dzisiejszą randkę, abyśmy mogły sobie połazić i pogadać — powiedziałam entuzjastycznie. Myślałam, że się ucieszy, a ona jakoś dziwnie się na mnie spojrzała i uśmiechnęła pod nosem.

— Naprawdę odwołałaś — spytała, ironizując — a może ten twój cię w trąbę puścił?

— Jak możesz? — o mało się na nią nie obraziłam. — Ja dla ciebie randki odwołuję, a ty jesteś taka...

— No dobra, już dobra — próbowała mnie udobruchać. — Co, na żartach się nie znasz? Gniewasz się jeszcze?

— Już nie. A teraz biegiem, bo już po dzwonku, chemica nam nie przepuści, jak się spóźnimy — i pobiegłyśmy do klasy.

Wszystkie lekcje minęły dzisiaj bez większych emocji. Tylko rozkwasiłam nos temu głupiemu Mareczkowi, bo się na mnie gapił tym swoim cielęcym wzrokiem i na mój widok wciąż mlaskał, czy coś w tym stylu. W każdym razie to było odrażające. No i za którymś razem nie wytrzymałam i go grzmotnęłam. Chyba trochę za mocno, bo się przestał do mnie odzywać, ale co mi tam. Akurat on mi do szczęścia nie jest potrzebny. Kaśka tylko była niezadowolona, bo chyba ten goguś jej się podobał.

— No cóż, będzie musiała sobie znaleźć inny obiekt zainteresowania — stwierdziłam z satysfakcją.

Po szkole, tak jak wcześniej uzgodniłyśmy, poszłyśmy do miasta. Chodziłyśmy od sklepu do sklepu, przymierzałyśmy różne ciuchy i chichotałyśmy, patrząc na swoje odbicia w lustrze. Humorki nam się jeszcze poprawiły, gdy w jednym ekskluzywnym sklepie o mało nie urządziłyśmy karczemnej awantury ekspedientce. Kiedy tak sobie przymierzałyśmy sweterki i trochę się wygłupiałyśmy, podeszła do nas sprzedawczyni i wyszarpnęła ten, który akurat Kaśka trzymała w ręce.

— Panienki, albo kupujecie, albo wyjazd stąd! — syknęła wypacykowana lala.

W pierwszej chwili mnie zamurowało, gdyż nie spotkałam się jeszcze z taką bezczelnością, ale po chwili odzyskałam głos.

— Chwileczkę, o ile wiem, nigdzie nie jest napisane, że przed zakupem nie wolno nic przymierzać — odparowałam, a Kaśka zaraz mi przytaknęła.

— Jest czy nie jest, ale wy nie wyglądacie na takie, co kupują! — warknęła.

— A jak wyglądają kupujący? — zapytała Kaśka.

— Mają pieniądze i są zainteresowani kupowaniem... — popatrzyła na nas groźnie.

— To uważa pani, że my nie mamy pieniędzy? — ależ się wkułam, tego już było za wiele. — Co za bezczelność. Proszę! — i wyciągnęłam z kieszeni kartę kredytową, którą dostałam od rodziców. — Jak będę chciała, to wykupię pół tego sklepu, łącznie z tobą... słodziutka — nie pozostałam jej dłużna, machając kartą przed nosem. — Ale jak się pani coś nie podoba, to poproszę zaraz kierownika sklepu! — powiedziałam głośno i wyraźnie, aby pozostali klienci słyszeli. — I wtedy zobaczymy, co on na to!

— Smarkule! Wynocha mi stąd, ale już! — widać było, że sprzedawczyni naprawdę się wkurzyła. Aż poczerwieniała ze złości.

— Spadajmy! — krzyknęła Kaśka i już nas nie było. Zatrzymałyśmy się dopiero za zakrętem i spojrzawszy na siebie, wybuchnęłyśmy śmiechem. Jednakże po tym incydencie odechciało nam się chodzenia po sklepach i dalszych zakupów. Postanowiłyśmy wejść do cukierni na gorącą czekoladę i ciastko, aby uzupełnić straconą energię. Kiedy tak siedziałyśmy przy stoliku, zajadając w najlepsze ciacha, Kaśka zapytała:

— Słuchaj Pati, kiedy mi przedstawisz tego swojego przystojniaka?

— A co, chcesz mi go odbić? — zaśmiałam się sztucznie.

— Nie! — widać było, że to ją ugryzło. — Nie chcesz, nie musisz. Tak tylko się spytałam. — Wzruszyła ramionami.

— Przepraszam, wcale tak nie myślałam, przecież wiem, że byś tego nie zrobiła — powiedziałam zgodnie z prawdą. — Przedstawię ci go, przyrzekam, już wkrótce. Zobaczysz.

— To powiedz chociaż, jaki on jest — zaciekawiła się.

— Cudowny... — westchnęłam.

— Tylko tyle? — zrobiła zawiedzioną minkę.

— No, nie tylko... — uśmiechnęłam się. — On jest po prostu inny niż wszyscy, których dotąd poznałam.

— Co znaczy inny? — wierciła mi dalej dziurę w brzuchu.

— Wiesz, nie potrafię ci tego wytłumaczyć. On jest taki delikatny, uczuciowy, bardzo się o mnie troszczy, a jednocześnie taki przystojny... — rozmarzyłam się. — A do tego jak całuje...

— Co?! Całowaliście się? I jak było? — Kaśka aż zapiszczała z wrażenia. — No opowiadaj!

— No co, mam ci opowiadać ze szczegółami? Zwariowałaś chyba! — oburzyłam się.

— A... no wiesz... byliście w łóżku? — zapytała szeptem.

— Kaśka! — aż podskoczyłam. — Nie, nie byliśmy, a tak w ogóle, co ci do tego? — zrobiłam się chyba czerwona, bo mnie uszy zapiekły.

— Przecież tylko się pytam. Nie wnikam w twoje życie intymne. — Udała obrażoną.

— Akurat — mruknęłam pod nosem.

— Wiesz Pati, też bym chciała mieć takiego chłopaka, zresztą, jakiegokolwiek, byle był facet i do tego mój... — rozmarzyła się.

— Znajdziesz sobie, zobaczysz — pocieszyłam ją. — Pamiętasz, ja też nie miałam chłopaka. I popatrz, ni z tego, ni z owego mam. Jesteś przecież fajną dziewczyną i kumpelką. Znajdziesz, ja ci to mówię, twoja najlepsza przyjaciółka.

Kaśka zamyśliła się na chwilkę, ale widać było, że jest zadowolona z tego, co jej powiedziałam.

— Skąd on jest? — A zatem jeszcze nie skończyła wiercić mi dziury w brzuchu.

— Kto? — udałam, że nie rozumiem, o kogo jej chodzi.

— No przecież, że Alex — spojrzała na mnie jak na wariatkę.

— A, on... Dokładnie, to nie wiem — odpowiedziałam szczerze. — Nie rozmawialiśmy o tym. Jego rodzina pochodzi z Francji. Mama jest Francuzką, a ojciec Polakiem. Kiedy Alex miał dziesięć lat, sprowadzili się do naszego miasteczka i odtąd tu mieszkają. Wiem też, że mieszka z nimi babcia, mama jego mamy, ale czy ktoś jeszcze... nie potrafię ci powiedzieć.

— To jeszcze nie byłaś u niego w domu? — zdziwiła się.

— No, nie. On mnie jeszcze nigdy do siebie nie zaprosił... — byłam faktycznie rozczarowana. — Ciekawe dlaczego? — zaczęłam się zastanawiać.

— A wiesz chociaż, gdzie mieszka? — stawała się natrętna.

— Tak, za miastem. Pamiętasz, stoi tam taki ogromny dom z wielkim ogrodem. Tam właśnie mieszka.

— Zaraz, zaraz a więc to ten dom za miastem? Ten z ogromnym ogrodem?! — Dopytywała się nie wiedzieć dlaczego. Założę się, że coś chodziło jej po głowie.

— Chyba... tak — do końca nie byłam pewna. — A zresztą, czy to takie ważne? Skoro stoi tam jakaś chata, to z pewnością jego dom, bo dalej są już same łąki.

— To z pewnością ten — stwierdziła, jakby była tego zupełnie pewna. Aż mnie to zdziwiło. — A wiesz, wszyscy mówią, że to dziwny dom, nawiedzony... — ściszyła głos.

— Nigdy o tym nie słyszałam — przyznałam. Kaśka trochę mnie tym stwierdzeniem zdenerwowała. — A ty niby skąd to wiesz?

— Kiedyś, gdy byłam jeszcze mała, to mnie straszyli, że jak będę niegrzeczna, to mnie zabiorą do tego domu i złe duchy mnie porwą.

— Co ty wygadujesz? — nie mogłam uwierzyć w te brednie. — Jakie duchy, czy na pewno chodziło o ten dom?

— Sama nie wiem, ale pamiętam, że babcia mi mówiła, że tam jest ogromny ogród, w którym rosną dziwne rośliny i że mieszka tam jakaś staruszka, która porywa niegrzeczne dzieci, aby zamienić je w potworki — szeptała podekscytowana.

— Wiesz co, Kaśka, ty chyba za dużo czytasz — teraz to mnie faktycznie wkurzyła i jakoś nie byłam zainteresowana jej wywodami. — Płacimy i wychodzimy — stwierdziłam. — Nie chcę już o tym słyszeć.

Do domu szłyśmy w milczeniu, oglądając po drodze wystawy sklepowe. Nagle Kaśka szarpnęła mnie za ramię i krzyknęła:

— Patrycjo, popatrz! Czy to nie twój chłopak!?

— Gdzie? — odwróciłam głowę i spojrzałam w kierunku, który Kaśka wskazała palcem. — No nie! To przecież Alex! Ale zaraz, z kim on jest? Jakaś elegancko ubrana kobieta, do tego bardzo ładna, wsiadała do jego samochodu. Kto to jest? — myślałam gorączkowo. — Na jego laskę chyba za stara, na matkę za młoda. A może... on coś, na boku? — przestraszyłam się. — Nie, to niemożliwe. — Zresztą już nie wiedziałam, co o tym sądzić. — Więc to była ta ważna sprawa... — złość we mnie wzbierała. — Mój Alex i ta kobieta? Ale co ja mam zrobić? — zaniepokoiłam się. — Wiem, nie będę się do niego odzywała, z nami koniec i już — chociaż wcale nie byłam tego taka pewna.

— I co, to on? — szarpała mnie Kaśka zaniepokojona zbyt długim milczeniem.

— Tak — odpowiedziałam wściekła.

— Ciekawe, co to za jedna, no nie? Ale babka ma klasę, co? — głośno wyraziła swoją opinię. — Znasz ją?

— Nie i nie jestem ciekawa, kim ona jest. A zresztą daj mi spokój. Muszę już iść do domu — ruszyłam energicznie przed siebie, omal nie wpadając na starszą panią. — Przepraszam — bąknęłam lekko zmieszana i stanęłam bezradna.

— A wiesz, ja tam bym chciała wiedzieć, z kim mój chłopak się spotyka poza mną. A ty nie? — przyjaciółka nie dawała za wygraną.

— Odczep się wreszcie ode mnie! — nie wytrzymałam.

— Słuchaj Kaśka — nagle zaświtało mi w głowie. — Skąd znasz Alexa? O ile mnie pamięć nie myli, jeszcze nie tak dawno chciałaś, abym ci go przedstawiła, a tu się nagle okazuje, że go znasz? — spytałam zaskoczona.

— No coś ty! O czym ty zaraz myślisz? Wszyscy go znamy, oczywiście z widzenia — dodała, widząc moją kwaśną minę. — A jako twoja przyjaciółka chciałam go poznać osobiście. Chyba nie masz do mnie żalu? A w ogóle, to o czym ty myślisz? — zainteresowała się nagle.

— Nic, nieważne. Chcę do domu. — I nawet nie pożegnawszy się z nią, z oczami pełnymi łez popędziłam w stronę swojego osiedla.

Biegłam, nie zwracając uwagi, co ludzie sobie o mnie pomyślą. Było mi głupio i przykro zarazem, że nic nie wiem o swoim ukochanym. No i jeszcze Kaśka, że też musiała go zauważyć. Na dobitkę okazało się, że ona go zna i nie tylko ona... Jutro na pewno rozgada wszystkim, jakiego mam „wspaniałego” faceta i wszyscy będą się ze mnie nabijać. Chciało mi się ryczeć.

Wparowałam do domu i od razu pobiegłam do siebie. Nie mogłam już dłużej opanować łez. Rozpłakałam się niczym małe dziecko. Dopiero po chwili, kiedy się trochę uspokoiłam, doszłam do wniosku, że skoro łączy nas coś więcej, to mogę go chyba o tę kobietę spytać. Jeśli będzie się wykręcał z odpowiedzią, to będzie znaczyło, że kłamie.

— Poczekam do jutra i wszystko się wyjaśni — zdecydowałam, pociągając nosem.

Nieco uspokojona poszłam do kuchni przygotowywać obiad, ale wszystko leciało mi z rąk. Nie mogłam się skupić nawet na głupim obieraniu ziemniaków. Zamiast obrać ziemniaka skaleczyłam sobie palec.

— Auu, jak boli! — zasyczałam i chusteczką owinęłam niewielką rankę.

Nie, dłużej tego nie zniosę. Najlepiej będzie, jak do niego zadzwonię teraz, w tej chwili, i poproszę o wyjaśnienie. Pobiegłam do swojego pokoju po komórkę i wybrałam numer Alexa.

— Halo? — usłyszałam kobiecy głos. — Zatkało mnie. — To Alex nie nosi przy sobie telefonu??

— Halo? — powtórzyła kobieta po drugiej stronie.

— Dzień dobry — szybko się zreflektowałam — mówi Patrycja Paszkowska. Czy zastałam Alexa?

— Tak, chwileczkę, zaraz go poproszę — w słuchawce usłyszałam bardzo miły głos kobiecy.

— Pewnie to jego matka — pomyślałam, próbując uspokoić swoje nerwy.

— Halo! Tu Alex. Słucham? — dało się słyszeć po chwili.

— Cześć! Tu Pati... — nie wiedziałam jak zacząć. — Telefonu zapomniałeś?

— Nie, a co?

— W zasadzie to nic — nie mogłam skupić myśli. — Bo telefon nie ty odebrałeś...

— A..., o to chodzi — usłyszałam śmiech w słuchawce. — To moja mama. A co do telefonu, to zdarza mi się niekiedy, że zapominam go ze sobą zabrać. Ale nie masz chyba o to pretensji?

— Ależ skąd — zaprzeczyłam pospiesznie. — Tylko wiesz... — nie bardzo wiedziałam, jak mam zapytać o tę kobietę. Tak naprawdę chciałam już zakończyć tę rozmowę i dać sobie spokój.

— Stało się coś? — po chwili milczenia odezwał się zaniepokojonym głosem. — Masz taki dziwny głos.

— Nie, nic — szybko odpowiedziałam. Nie chciałam, aby coś podejrzewał. — Chciałam się tylko dowiedzieć, co u ciebie, bo wiesz... stęskniłam się — powiedziałam prawie szeptem.

— U mnie wszystko OK. Ja też za tobą tęsknię — usłyszałam. — I to bardzo... Ale akurat teraz nie bardzo mam czas na rozmowę, więc jeśli coś chcesz, to powiedz.

— Ależ nie... W zasadzie to tak sobie dzwonię. Tylko, wiesz co, widziałam cię dzisiaj na mieście i... — urwałam, szukając odpowiednich słów.

— A tak. Zgadza się — uprzedził mnie. — Musiałem odebrać moją mamę ze szpitala i pojechaliśmy na chwilę do jej biura. Pewnie tam mnie widziałaś?

— Tak, ale, no wiesz... Ja tylko tak, bo wiesz byłam z Kaśką na mieście i to w zasadzie ona cię spostrzegła... — zaczęłam się plątać w wyjaśnieniach. Było mi głupio, że choć przez moment zwątpiłam w Alexa. Dobrze, że mnie w tej chwili nie widział, bo zrobiłam się czerwona, chyba po same koniuszki włosów. Ale obciach, że też musiało się to mi przytrafić. Czułam się podle.

— Patrycjo, jesteś tam? Halo... — odezwał się.

— Jestem — starałam się, żeby mój głos brzmiał naturalnie — i wiesz co, też już muszę kończyć, bo ktoś dzwoni do drzwi. No to do jutra! — i szybko się rozłączyłam.

Znów skłamałam. Trudno. Ale tak się zbłaźnić. Nie pamiętam, kiedy się tak okropnie czułam. A do tego jeszcze podpadłam Kaśce. Nie wiem co mnie napadło, że tak się na nią napadłam i ją zwymyślałam. Pewnie się obraziła. Wcale jej się nie dziwię, chybabym postąpiła tak samo. Co ja najlepszego zrobiłam? Chociaż w jednym mi tylko ulżyło — odetchnęłam. — A więc to była jego mama. Z daleka wyglądała bardzo młodo, a do tego miała super modne ciuchy, niczym nastolatka. Każdy by się pomylił — próbowałam się usprawiedliwić. — Muszę zadzwonić jeszcze do Kaśki i ją przeprosić. Tylko, co tu wymyślić? — zastanawiałam się. — Zresztą najlepiej chyba będzie powiedzieć prawdę, całą prawdę — zadecydowałam.

Wybrałam numer Kaśki. Dość długo nikt nie odbierał. Zapewne widziała, że to ja i postanowiła się nie odzywać.

— Trudno, dobrze mi tak — pomyślałam. Już miałam się rozłączyć, gdy po chwili usłyszałam w telefonie jakieś chrząkanie, mlaskanie czy coś podobnego.

— Słucham? — usłyszałam zachrypnięty głos.

— Kasia, to ty? — zapytałam niepewnie.

— Hm... ja — padła oschła odpowiedź.

— Kasiula, przepraszam cię, że tak na ciebie napadłam. Ostatnio mam strasznie ciężkie dni i do tego jeszcze prześladują mnie jakieś koszmary. No wiesz, to z niewyspania. Powiedz, gniewasz się? No, odezwij się wreszcie. Kacha, jesteś tam?

Cisza. Słyszałam tylko jej ciężki oddech. Wreszcie się odezwała.

— Jestem, ale nie wiem, czy jestem, bo ty ostatnio masz muchy w nosie — powiedziała.

— Wiem, że jestem okropna, ale posłuchaj mam tylko ciebie i nie chcę stracić twej przyjaźni. Jak chcesz, to przez tydzień będę za ciebie prace domowe z matmy i anglika odrabiała. No co?

Znowu cisza. Tym razem jednak krótsza.

— Nie chcę i nie gniewam się na ciebie, ale myślałam, że już ci odbiło i to na dobre. Nie możesz w ten sposób traktować przyjaciół. A tak na marginesie, to z kim był ten twój? Wiesz już? — Chyba faktycznie jej przeszło, skoro pyta o takie rzeczy. — Ach ta moja przyjaciółeczka — westchnęłam.

— Z matką.

— Swoją? — chyba też nie mogła w to uwierzyć.

— No przecież, że nie twoją — nie wytrzymałam. — Pewnie, że ze swoją. Ty jak już coś powiesz, to nie wiadomo, gdzie to przyłatać — przyczepiłam się.

— A mówiłaś, że nie znasz jego rodziny — zrewanżowała mi się.

— Bo przed godziną nie znałam, ale teraz już znam. Więcej powiem ci jutro. Cześć! — rozłączyłam się sama. Znałam Kaśkę i wiedziałam, że miałaby jeszcze kilka dręczących ją pytań, na które musiałabym, oczywiście, udzielić wyczerpujących wypowiedzi, bo inaczej by się nie odczepiła. A tak przynajmniej miałam ją z głowy. Dobrze, że postanowiłam wszystko wszystkim wyjaśnić, bo nie wiem, jakby się to dla mnie skończyło.

Do końca dnia byłam nawet w dobrym nastroju. Dopiero wieczorem poczułam jakiś dziwny niepokój. Sama nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że ktoś za mną chodzi. Rozglądałam się i nic nie widziałam, jednak ten dziwny niepokój nie ustępował, a przez to nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chodziłam z kąta w kąt i czułam, że coś jest nie tak, ale nie wiedziałam co. Postanowiłam, że najlepiej będzie, jak pójdę spać, wtedy być może to głupie uczucie zniknie. Jednak nie zniknęło nawet wówczas, kiedy wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. Można by wręcz stwierdzić, że się spotęgowało. Aby zagłuszyć to dziwne wrażenie i o nim nie myśleć, postanowiłam posłuchać muzyki. Włączyłam odtwarzacz mp3, włożyłam słuchawki do uszu i ułożyłam się wygodnie na swoim łóżku. Kiedy tak sobie leżałam z zamkniętymi oczyma, nucąc przy tym ulubiony utwór, który właśnie leciał, w pewnym momencie moja empetrójka zaczęła dziwnie charczeć, a po chwili całkowicie zamilkła. Znieruchomiałam. Powoli jednak otworzyłam powieki i z niepokojem rozejrzałam się wokół. Wszystko wydawało się w idealnym porządku, a jednak ciarki przebiegły mi po plecach. Na dobitkę za oknem coś zaczęło cichutko skrobać i postękiwać.

— Co jest? — Delikatnie wyciągnęłam słuchawki i przyjrzałam się sprzętowi. Wyłączony.

— Ki diabeł — pomyślałam — przecież on się sam nie wyłącza, do tego w trakcie odtwarzania. Fakt, nie jest najnowszej generacji, ale daje się jej jeszcze słuchać i nigdy wcześniej mi takich numerów nie robiła. Trochę mnie to zdziwiło, ale sprzęt to sprzęt. Człowiek się psuje, a co dopiero coś takiego. Spróbowałam ją włączyć, ale nic. Czyżby faktycznie się zepsuła, akurat teraz? Gdy tak obracałam ją w ręce, nagle zaczęła dziwnie wibrować, upuściłam ją na podłogę, a sama wyskoczyłam z łóżka.

— Czyżbym miała omamy? — Podniosłam odtwarzacz i usiadłam na poręczy fotela. Cała drżałam, czy to z nerwów, czy ze strachu. Ochłonąwszy nieco, po chwili usłyszałam delikatne pukanie w okno. W pierwszym odruchu podbiegłam do niego, zastanawiając się jednocześnie, co to może być. Wyjrzałam, ale nic nie zobaczyłam.

— Mój pokój znajduje się przecież na piętrze, więc jakim cudem ktokolwiek mógłby tu pukać? — Dopiero teraz to do mnie dotarło i trochę mnie to zdziwiło. — Ten ktoś musiałby chyba być wielkoludem — uśmiechnęłam się sama do siebie. — Ja już chyba wariuję po tym dzisiejszym dniu. — Kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem, usiadłam na łóżku, gdy nagle usłyszałam ponowne, tylko mocniejsze uderzenie w szybę.

— To na pewno jacyś chuligani rzucają grudkami ziemi — zdenerwowałam się. Zaraz zgaszę światło i zobaczę, kto jest taki mądry.

Podeszłam w ciemności do okna i się rozejrzałam. Wokół panował idealny spokój i cisza, nawet listki na pobliskiej brzozie się nie poruszały.

— Nic tam nie ma — stwierdziłam i jeszcze raz omiotłam wzrokiem najbliższą okolicę. Już miałam odejść od okna, gdy nagle moją uwagę przyciągnęło coś mieniącego się w pobliżu płotu. Wytężyłam wzrok najmocniej jak mogłam i dostrzegłam jakieś dwa światełka. W pierwszej chwili pomyślałam, że to może kot, ale zaraz się zreflektowałam, bo przecież oczy kota nie świecą na czerwono. Zauważyłam, że te światełka świecą raz mocniej, raz słabiej, jakby mi dawały jakieś znaki. Wtedy w końcu dotarło do mnie, że to może być coś całkiem innego, niż przypuszczałam i przestraszyłam się nie na żarty.

— Mamo, tato! — wrzasnęłam niczym oparzona. Czułam, że za chwilę zemdleję ze strachu. Nie miałam siły nawet ruszyć ręką.

Po chwili do pokoju wpadli zdenerwowani rodzice.

— Co się stało? — dopiero teraz mnie zauważyli. — Dlaczego stoisz tak po ciemku i do tego przy oknie? — spytał zdziwiony ojciec, zapalając jednocześnie światło.

— Nie zapalaj! — krzyknęłam słabym głosem. — Chodź, zobacz — szepnęłam, wskazując w kierunku płotu — tam coś się świeci na czerwono. — Cała dygotałam ze strachu.

Mama podeszła do okna i spojrzała we wskazanym przeze mnie kierunku, a potem przeniosła wzrok na ojca.

— Gdzie? Nic tam nie widzę — rozłożyła ręce. — Zresztą podejdź tu i przekonaj się sama — zaproponowała i wyciągnęła do mnie rękę.

Pełna złych przeczuć, z sercem na ramieniu, zbliżyłam się do okna i ostrożnie przez nie wyjrzałam. Faktycznie, pod płotem nie było absolutnie nic. Ojciec ponownie zapalił światło i spojrzał na mnie surowym wzrokiem.

— Co się ze mną dzieje? Może mam jakieś omamy... — pomyślałam zbita nieco z tropu, a głośno powiedziałam:

— Przepraszam was. Już sama nie wiem, czego się tak naprawdę przestraszyłam. Wydawało mi się, że ktoś stoi przy naszym płocie... — próbowałam opanować lekkie drżenie głosu.

— Za dużo czytasz tych swoich bzdurnych książek — stwierdził tato. — Dziwię się tylko, że matka pozwala ci te głupoty tu trzymać — wskazał głową na półkę znajdującą się nad moim łóżkiem. — Powinnaś jej zabrać te książki — zwrócił się nieco zdenerwowany do mamy.

— Oj, przesadzasz mój drogi! A tak na marginesie, to wcale nie są aż takie bzdury — odpowiedziała ojcu i podeszła do okna. — Zasłonię ci okno, a ty postaraj się zasnąć — zwróciła się do mnie. — To na pewno był jakiś kot lub pies — chciała mnie pocieszyć. — Dobranoc. Już nikt ci nic nie zrobi. A jak byś jeszcze czegoś potrzebowała, to przyjdź — uśmiechnęła się mama, gasząc światło, i po chwili wyszła wraz z ojcem.

A ja zostałam sama ze swoimi myślami.

— Może faktycznie coś mi się przewidziało... Tata pewnie miał rację, chyba za dużo czytam tych głupot o kosmitach i czarnoksiężnikach — westchnęłam. — I do tego jeszcze te koszmarne sny...

Rozmyślając o tym całym zdarzeniu, nagle poczułam przenikliwe zimno.

— Co się dzieje?! — spojrzałam w dół i... się przeraziłam, gdyż nie mogłam dojrzeć własnych stóp. Stałam w czymś, co przypominało gęstą breję i nie mogłam za nic w świecie się poruszyć. Rozejrzałam się wokół i dopiero teraz zauważyłam, że zamiast w łóżku znów jestem na tej przeklętej polanie w środku lasu, a na dodatek chyba... ugrzęzłam. Wtem gdzieś z tyłu usłyszałam cichy szelest, który z każdą chwilą się do mnie przybliżał. Jak na złość nie mogłam się z tego błocka wyswobodzić, jakby coś od spodu trzymało mnie za kostki. Zaczęłam się rozpaczliwie szamotać, ale na nic się zdały wszelkie próby uwolnienia się. Utkwiłam tu jak amen w pacierzu.

— I co teraz? Co robić? Myśl, myśl... — zdenerwowana ponaglałam samą siebie.

Nagle pomiędzy drzewami zobaczyłam... Nie! To nie może być prawda! To tylko sen. Próbowałam się uspokoić, ale na próżno. Zamiast lepiej było coraz gorzej, gdyż te przeklęte czerwone, żarzące się ogniki zaczęły powoli sunąć w moim kierunku. Na moment zamarłam z przerażenia. Nie bardzo wiedziałam, co mam robić. Bałam się. I choć sobie obiecałam, że muszę to coś zobaczyć, strach okazał się silniejszy. Nie wiem jak, ale jakimś cudem udało mi się uwolnić z tej brei i zaczęłam uciekać ile sił w nogach. Jednak wcale nie było to takie proste. Wokół panowała głęboka ciemność a nogami co rusz zahaczałam o jakieś wystające korzenie. W pewnym momencie poczułam zimny i mocny dotyk czyjejś ręki na ramieniu. Upadłam. Rękoma przysłoniłam oczy i poprosiłam głośno to coś, aby odeszło, ale gdzie tam. To coś, jakby chciało mi zrobić na przekór, stanęło nade mną i ani myślało odejść. Trudno, postanowiłam być twarda i jednak stawić mu czoło. Chociaż strach paraliżował nawet mój umysł, to jednak postanowiłam go przezwyciężyć. Już, już miałam zobaczyć, co to jest, gdy... się obudziłam. Nieco zdziwiona rozejrzałam się wokół. Było ciemno, ale kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do panującego mroku, dostrzegłam na ścianie obok zarys swojego zdjęcia.

— To przecież mój pokój — odetchnęłam z ulgą. — A więc to był tylko sen.

Ostrożnie wstałam z łóżka i zaświeciłam nocną lampkę. Dopiero teraz spostrzegłam, że mam zabłocone stopy.

— Co?! To niemożliwe! Przecież wieczorem się myłam, więc jak... jakim cudem... — nie mogłam tego pojąć. — Czyżbym... faktycznie swój sen przeżyła na jawie? — aż dreszcze przebiegły mi po plecach.

Natychmiast z powrotem wskoczyłam pod kołdrę. Bałam się iść nawet do łazienki. Nie chcąc ponownie zasnąć, zostawiłam sobie zaświeconą lampkę i, tak czuwając, dotrwałam do rana.

Rankiem cała obolała, zmęczona i niewyspana wzięłam szybki prysznic, aby jakoś funkcjonować, potem zjadłam śniadanie i wyszłam zaczekać na Alexa. Jeszcze go nie było, więc nerwowo chodziłam w tę i z powrotem.

— Niech już w końcu przyjedzie — niecierpliwiłam się i denerwowałam jednocześnie. — No! Nareszcie! — ucieszyłam się, widząc z daleka jego czerwony samochód.

— Cześć! — krzyknął, podjeżdżając. — Co tak wcześnie? — zapytał. — Widzę, że dzisiaj nie mamy humorku, co? — spojrzał w moim kierunku i zrobił śmieszną minę, próbując mnie zapewne rozbawić.

Mnie jednak to wcale nie bawiło. Wsiadłam więc pospiesznie i energicznie zatrzasnęłam drzwiczki.

— Jedź — burknęłam, dając mu tym samym do zrozumienia, że nie mam ochoty na rozmowę.

— Dobrze — spojrzał na mnie i ruszył z piskiem opon. Przez całą drogę, wyczuwając chyba mój zły nastrój, też nic nie mówił.

Dopiero gdy dojechaliśmy pod szkołę, trochę mi przeszło, ale nie na tyle, aby wdać się w pogawędkę. Umówiłam się tylko na popołudnie i pospiesznie wysiadłam z samochodu.

Mimo tak fatalnie rozpoczętego dnia, w szkole czekała na mnie niespodzianka. W pewnym momencie, kiedy rozmawiałyśmy z Kaśką na temat wczorajszego dnia, nagle ona szepnęła:

— Patrz! Ależ cudo!

Spojrzałam w tym samym kierunku, co ona i... szczęka mi opadła. Z naszą dyrcią szedł wysoki, bardzo przystojny chłopak. Gdy akurat zbliżyli się do nas, nieznajomy nagle spojrzał w naszym kierunku, a Kaśka omal nie oszalała ze szczęścia.

— Widziałaś! Widziałaś! Patrzył na mnie. Spodobałam mu się — aż piszczała z radości. — A widziałaś te oczy, cudne... No, nie?

Tak, faktycznie, oczy