Sztych - Roman Kulikow - ebook

Sztych ebook

Roman Kulikow

4,3

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Szczęście w nieszczęściu – tak można najkrócej opisać sytuację kapitana Aleksieja Siennikowa. Trafił pod mentalny atak kontrolera, a jednak cudem przeżył.

Co jednak warte jest życie, wykastrowane z najsilniejszych emocji? Jak wegetować w cywilu, kiedy to COŚ zostało tam, za kolczastym drutem, w Zonie?

Minął rok. Przewrotny los znów rzuca naszego kapitana za Kordon – wbrew jego woli i wbrew zamysłom ludzi, snujących szeroko zakrojone intrygi.

Czy Aleksiej ujdzie cało, ratując przy okazji dwóch przypadkowych towarzyszy? Szanse na to gwałtownie spadają, gdy śladem całej trójki ruszają łowcy z każdej chyba strony konfliktu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 626

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Spis cyklu:

Więzy ZonySztychDwa mutantyKajdany losuProjekt „Minotaur”Więzy Zony 2

Pierwszy tydzień urlopu jeszcze się nie skończył, a nuda już była nie do zniesienia.

Wyjazd do ciepłych krajów w tym roku nie wyszedł z powodu wciąż tlącej się pandemii. Znajomi porozjeżdżali się każdy w swoją stronę – jedni na wakacje w kraju, inni na manewry, a kapitan Aleksiej Siennikow został sam na sam z telewizorem, wędką i marzeniami o dniu, kiedy jego dostawca Internetu w końcu położy ten przeklęty światłowód i da mu przyzwoity dostęp do sieci.

Ryby znudziły mu się przez ten tydzień już dokumentnie. W telewizji nie było dosłownie nic poza paskudnymi gadającymi głowami, z przejęciem odkrywającymi kolejne koszmary życia w tym kraju i w tych czasach. Oczywiście, wszystko to na kanwie kolejnych wyborów... Autentycznie nie było co oglądać.

Goście nie przychodzili, gospodarze nie zapraszali. Nawet jego sąsiad domator, Leonid zwany Miętkim, wyjechał i już trzeci dzień przebywał Bóg raczy wiedzieć gdzie. Dlatego też kolejny wieczór ciągnął się i nijak nie chciał skończyć, a kapitanowi aż zachciało się ruszyć z domu i pod jakimkolwiek pretekstem zajrzeć do macierzystej jednostki.

Dowódca pułku co prawda zapowiedział mu, że jeśli zobaczy go podczas urlopu na terenie koszar, to na kopach wyniesie za bramę, niezależnie od rangi, nagród i zasług.

Przez ten tydzień Aleksiej wyrobił w sobie nawyk czytania w łóżku przed snem i teraz kładł się wcześniej niż zazwyczaj, żywiąc płonną nadzieję, że kolejna do bólu nudna i nijaka powieść detektywistyczna pozwoli mu uciec od napływających wspomnień i zapaść w głęboki, leczący dowolne rany, bezcielesny sen.

Od ostatniej akcji minął rok. Rok, przez który nauczył się żyć z już wyleczoną raną nogi, bez poczucia utraconej spójności świata, z brzemieniem poważnej traumy psychologicznej oraz bez żony.

Nie, akurat strata żony nie była bezpośrednim wynikiem akcji. Po prostu akurat pod jego nieobecność „dojrzała do myśli”, że zaszczytna rola statecznej małżonki oficera nigdy jej nie odpowiadała, a ona chce zupełnie czegoś innego. Dzieci się nie dorobili, majątku do podziału było tyle co kot napłakał, więc powrót do stanu kawalerskiego poszedł szybko i zaskakująco bezboleśnie.

Jedynym pozytywem wyniesionym z całej tej sytuacji okazał się dla Aleksa zupełny brak strachu. Kapitan Siennikow w tej chwili po prostu już się nie bał. Niczego ani tym bardziej nikogo. Gotów był pojechać w dowolny „gorący punkt”, robić, co tylko każą.

Psycholog wojskowy powiedział, że Aleks powinien raczej leczyć się na głowę, a nie udowadniać samemu sobie, że na świecie jest coś gorszego od potworności żyjących gdzieś za drutem kolczastym okalającym zatrutą ziemię. Zresztą twierdził też, że brak strachu jest właśnie wynikiem i objawem urazu psychicznego, przez który w sumie jeszcze niestary i niepozbawiony perspektyw oficer musiał kisić się w koszarach i nawet nie marzył o jakichkolwiek „wyjazdach służbowych”.

Nijak nie chciał uwierzyć ten zły przedstawiciel plemienia rzekomo dobrych ludzi w białych fartuchach w raport kapitana Siennikowa. Ani w raport, ani we wnioski komisji badającej przyczyny incydentu na posterunku.

– Coś musiała ta komisja przegapić – nierzadko powtarzał łapiduch podczas codziennych seansów rehabilitacyjnych swego jedynego pacjenta. – I pan kapitan też coś bardzo wygodnie z pamięci wyrzucił. Przecież bał się pan kapitan wcześniej, prawda? Bał się jak każdy normalny człowiek. Przecież nie pierwszy raz w taki gorący punkt się jechało, tak? No nie pierwszy. Po górach się biegało za bojownikami? No biegało. I co, wtedy tak by pan kapitan chojraczył? Wyszedł na przełęcz, gdzie na pewno zasadzka była? No nie. A teraz pan kapitan popatrzy, co tutaj w teście nawypisywał...

Nie musiał patrzeć, bo wiedział.

I mógł tłumaczyć do upadłego, a jajogłowy dręczyciel nijak nie chciał podpisać raportu i podania kapitana Siennikowa z prośbą o wysłanie go w dowolny punkt zapalny działań bojowych.

– Póki co medycyna jeszcze z panem kapitanem nie skończyła – odpowiadał psycholog na pełne zawodu i zdumienia pytania. – I nigdzie pan kapitan nie pojedzie. Chodzić sobie może, proszę bardzo. Na przykład do mnie, żeby opowiadać dokładnie o tym, co się TAM wydarzyło. Dopóki ja nie uznam, że sobie pan kapitan wszystko i do końca przypomniał.

Zaś kiedy zdesperowany Aleksiej zjawił się na progu mieszkania przeklętego eskulapa z butelką pojednawczego koniaku w dłoni, tamten nawet nie wpuścił go do środka. Popatrzył na niego znad zsuniętych na czubek nosa okularów, pokręcił głową i powiedział:

– Pan kapitan myśli, że ja nie wiem, po co przyszedł? Oj, Losza, Losza... Nic z tego. Nie puszczę cię nigdzie, bo mało, że sam tam zdechniesz, to jeszcze innych za sobą pociągniesz. A ja potem co miałbym zrobić? W łeb sobie palnąć? Weź idź na ryby lepiej.

Aleks oczywiście powiedział mu wtedy, gdzie może sobie te ryby wsadzić. Odruchowo, w nerwach. Natomiast psycholog nie żywił urazy i już na następny dzień niemalże siłą zaciągnął kapitana na kolejną rozmowę o tamtej akcji. Taką miał już pracę człowiek, żeby o cudzych przygodach bajek wysłuchiwać.

Swoją drogą okazało się, że przygód miał Aleks nie tak znów dużo, ale i tak wyszło na to, że to i owo zdążył zapomnieć. Jego przyjaciele, Lonia i Sierioża, w tym samym czasie przeszli o wiele więcej... Co prawda oni w innym wydziale wtedy już byli, bo zdążyli w porę się przekwalifikować na kontrwywiad. No a on ugrzązł w swojej zwykłej, szeregowej bazie i teraz przez tego wrednego, upierdliwego krwiopijcę w okularach jego szanse na awans w ciągu kolejnych dziesięciu lat spadały z każdą przeprowadzaną rozmową.

A przecież brak strachu powinien być rzeczą pożądaną! Przynajmniej tam, gdzie strzelają ostrą amunicją do ludzi, bo przecież na strzelnicy nie będzie nikomu swojego bohaterstwa udowadniać. No chyba żeby znalazła się jakaś generalska gnida na niezapowiedzianej inspekcji, to wtedy....

Ahem, dość. Przecież dowódca batalionu sam mówił, że nie taki diabeł straszny, za rok, dwa wszystko się poukłada. I lekarz mówił, że do tej pory się psychika uspokoi. Kilka lat spokojnego życia na tyłach i będzie klancyk. Byle przez ten czas w alkoholizm nie wpaść.

Aleks uśmiechnął się sam do siebie, poprawił na łóżku i otworzył kolejną durną książkę na stronie z zagiętym rogiem. Czego jak czego, a wódki nie bał się w ogóle. Po prostu nie działała na niego, bo nie zdążała. Sto gramów jeszcze mógł w siebie wlać, ale potem już nie daj Boże. Jak to mawiał dowódca pułku, lepiej nasrać inspektorowi na buty, niż jeszcze chociażby kieliszek wypić. To właśnie po tej pamiętnej akcji organizm tak znienawidził alkohol i zaczął się na kapitanie mścić sposobami równie wyszukanymi, co brutalnymi.

Nieraz mu powtarzali Sierioża i Lońka: wszystkie te jego problemy z psychiką właśnie się stąd wywodzą, że się napić nie potrafi jak trzeba. No a wyleczyć się musi, stopniowo przyzwyczajając organizm do jedynego słusznego na świecie płynu.

A ten cholerny szczur pułkowy, który przez jakieś dziejowe nieporozumienie został psychologiem, jeszcze się z nimi zgadzał, że z czasem wszystko minie. Na szczęście do wódki nie zmuszał.

Natomiast sam Aleksiej pić nawet już nie próbował. Kwadrans lekkiego szumu w głowie, a potem dwanaście godzin niepamięci i kolejne dwadzieścia cztery skłonów przed porcelanowym bożkiem i światłowstrętu... Nie, po prostu nie. Już prościej było udawać, że jest się na tyle martwym w środku, by dowolny generał na inspekcji mógł na niego krzyczeć i łajać, ile tylko chciał.

Swoją drogą, do rozmów z psychologiem Aleks przyzwyczaił się szybko. Poza tym i tak nie miał z kim o tamtej akcji rozmawiać; wszyscy z jednostki przecież wiedzieli, dokąd konkretnie jeździła ich kompania, ale za mówienie o tym głośno można było szybko dostać bilet w jedną stronę do stolicy. Poza dowódcą prawo do mówienia i pytania wprost o tamte wydarzenia miał tylko psycholog. No i jeszcze Lońka i Sierioża, którzy też tam byli, ale...

Ale oni byli ostatnimi, którzy mogliby chcieć rozmawiać, czy to o Zonie, czy o stalkerach.

Posterunek wbudowany w ogromny system Kordonu wokół Zony mógł być wieloma rzeczami, ale na pewno nie sanatorium. Wbrew pozorom, będąc miejscem koszmarnie nudnym, raczej zniechęcał, niż kusił potencjalnych kandydatów do zasilenia jego załogi. Tutaj nikt nie wnioskował o ponowny przydział, więc nawet proszenie o coś podobnego nie wchodziło w rachubę.

Nagle zadzwonił stacjonarny telefon, przerywając swobodny bieg myśli. O tej porze to mogła być tylko pomyłka... No ale lepiej pogadać już z nieznajomym – albo nieznajomą, może nawet przyjemną? kto wie? – niż leżeć w rozbabranej pościeli i po raz nie wiedzieć który obracać w głowie te same tematy.

Aleksiej spuścił bose nogi na podłogę, człapiąc po chłodnym parkiecie, wyszedł do przedpokoju i zdjął słuchawkę z widełek.

– Halo?

– Baczność, towarzyszu żołnierzu! – rozległ się doskonale znajomy, chociaż dawno niesłyszany, z lekka zachrypnięty głos byłego dowódcy batalionu, z którym nie widzieli się już bite cztery lata.

– Ku chwale ojczyzny, wszelki duch! Oleg Pawłowicz! – ucieszył się Aleks. – Jak tam, co tam?

– Ja dzwonię, a nie ty! – z rozbawieniem prychnął Oleg Pawłowicz. – Więc ja pytam, ty odpowiadasz... Ale zróbmy jeszcze inaczej, przyjedź do mnie na imprezę! Teraz, zaraz!

– Chwila, powoli, nie nadążam. Gdzie jesteście, towarzyszu dowódco? Dokąd jechać, kiedy, jaka impreza?

– U, la la, widzęm że tam u was to wrony pewnie mają pętlę, jeśli nic nie wiecie – zaśmiał się były dowódca. – To nie słyszeliście, że wasze dowództwo ma nowego zwierzchnika? Tak, tak, gratulacje przyjmuję, dziękuję bardzo, kwiatów nie trzeba. I to nie na ochronie granic ojczyzny, a w samym sztabie okręgowym... Blisko więc jestem, pod nosem.

– Gratulacje! – zdołał wtrącić kapitan.

– No, dziękuję. Przedwczoraj graty na nową kwaterę przewiozłem, od ciebie raptem sto pięćdziesiąt kilometrów będzie, więc dziś mam, jak to wy młodzi mawiacie, parapetówkę. Przyjeżdżaj, fajnie będzie cię zobaczyć, kilka spraw omówić.

– Ale ja...

– Ty, ty! Mówili mi tutaj, że cały czas na kapitańskim stołku siedzisz i już tyłek ci zdrętwiał. Niesprawiedliwość dziejowa, trzeba będzie skorygować. No już, myj zęby, wkładaj buty i dawaj do mnie w podskokach!

– Ja z przyjemnością, Olegu Pawłowiczu – odpowiedział Aleks z nieudawanym entuzjazmem. – Tylko adres dajcie chociaż, a ja zaraz zobaczę, czy mam jak...

– Coś mało lotny jesteś – warknął tamten. – Ty myślisz, że ja co, generał jestem prawdziwy czy taki z gówna ulepiony? Samochód już u ciebie pod klatką powinien stać, kierowca dopiero co dzwonił, że podjeżdża. Czarny mercedes, blachy wojskowe. No już, ruchy, ruchy! Koszulę zakładaj, wsiadaj na tył i w try miga do mnie! Jutro na którą masz służbę? Mogę do twojego pułku zadzwonić i załatwić, tylko muszę wiedzieć, co mówić.

– Na urlopie jestem, towarzyszu generale, więc do waszej dyspozycji!

– Zuch, to lubię. No to już, nie żegnamy się. Tylko się pospiesz, bo zaraz wszystko zeżrą i wypiją!

Oleg Pawłowicz zachichotał z własnego żartu i rozłączył się.

Aleks przeszedł do pokoju, uchylił firankę. Faktycznie, pod samą klatką stała na włączonym silniku limuzyna.

Wybór garderoby był i tak mocno ograniczony, więc Aleksiej szybko wbił się w najlepszy i zarazem jedyny garnitur, kupiony lata temu na wesele, zapiął pod samą szyję białą koszulę i już za trzecim razem zdołał zawiązać krawat.

Kapitan Siennikow nie miał w zwyczaju robić kariery w czyimś orszaku, ale i tak w piersi poczuł przyjemny ucisk, zwiastujący rychłe zmiany na lepsze. Na dobre, na złe, nieważne – niech wreszcie jego życie ruszy z tego cholernego martwego punktu!

Na miejsce dojechali szybko i komfortowo. Kierowca był mrukiem, więc przez większą część drogi Aleksiej patrzył przez okno. Na obrzeżach niewielkiego miasteczka, wyrosłego swego czasu przy jednostce wojskowej, samochód zwolnił i skręcił w wąską drogę wewnętrzną, prowadzącą w głąb osiedla domków.

Nowy, piętrowy dom ze spadzistym dachem i przestronnym podwórzem od razu przyciągał uwagę mocnym, wyrazistym oświetleniem, w którym lśniły luksusowe wozy poparkowane rzędem wzdłuż solidnego, murowanego ogrodzenia.

Kierowca zadzwonił do kogoś na komórkę, zaś za bramą Aleksa przywitał sam gospodarz przybytku.

– No dobry wieczór, Losza – odezwał się Oleg Pawłowicz, energicznie potrząsając dłonią byłego podkomendnego. – Diabelnie się cieszę, że tu jesteś!

– Dobry wieczór, towarzyszu generale – odpowiedział Aleks z uśmiechem.

– Spoważniałeś, widzę... No już, wchodź dalej, przedstawię ci resztę gości.

W ogródku przed domem stały bogato nakryte stoły, za nimi siedziało dobrych parę tuzinów ludzi. Praktycznie wszyscy co do jednego nosili mundury, zaś patrząc na kalejdoskop gwiazd na naramiennikach i spodnie z lampasami, reprezentowali sobą ogniwo dowództwa szczebla co najmniej rejonowego.

Aleksiej poczuł się nie na miejscu w swoim cywilnym garniturze, gdy spoczęło na nim kilkanaście par oczu naraz, ale spokojnie skinął głową, witając się ze wszystkimi, i przeszedł śladem Olega Pawłowicza ku domostwu.

– Ja już swój patriotyczny obowiązek gospodarza przyjęcia wykonałem – powiedział były dowódca, gestem zapraszając gościa na piętro. – Poza tym słabo ich jeszcze znam. Niech się kiszą we własnym sosie, a my sobie w tym czasie na balkonie przysiądziemy.

Wdrapawszy się po szerokich schodach na piętro, Oleg Pawłowicz i Aleksiej weszli do dużego, ciemnego holu. Wyjście na balkon było wyraźnie widoczne dzięki dwóm jasnym punktom świetlnym.

– I jak tam, nie rozpiłeś się jeszcze w tej czarnej dziurze? – uśmiechając się łobuzersko, zapytał generał i odkręcił butelkę wódki. – A może odwrotnie właśnie, pełna abstynencja?

– Staram się nie nadużywać. Ale z wami, towarzyszu generał-lejtnancie, po jednym za spotkanie wypić możemy – odpowiedział gładko Aleksiej, starając się nie pokazać, że w środku aż cały się wzdrygnął.

– I słusznie – pochwalił Oleg Pawłowicz. – Jak to tam pisał klasyk? Kto w towarzystwie nie pije, jest kapusiem i złodziejem?

Aleks pokiwał głową, posłusznie wziął kieliszek.

– No to co, towarzyszu generale...

– Czekaj, czekaj. A o Klebanowie słyszałeś?

– Nie, najwyraźniej nie...

Już z miny byłego dowódcy mógł Aleks wyczytać, że musiało zdarzyć się coś niedobrego.

– Nie ma już naszego Wadika – westchnął Oleg Pawłowicz. – Już miesiąc będzie. Wjechali w zasadzkę, dostali kumulacyjnym w burtę i tyle... Ech, a dobry chłop był. Nie zdążyłem go z gór wyciągnąć.

Pomilczeli chwilę, każdy po swojemu wspominając towarzysza broni. Potem Oleg Pawłowicz potrząsnął głową, jakby zrzucając z siebie złe myśli, i powiedział:

– No dobrze, za Wadika wypijemy jeszcze, a na razie za nasze spotkanie! Dawno cię nie widziałem, ale tak patrzę, że też niejedno widziałeś...

– A dla nas się znajdzie? – rozległo się od drzwi.

Aleksiej spojrzał w tamtą stronę, Oleg Pawłowicz od razu podniósł się, żeby przywitać dwóch nowych gości.

Nowo przybyli też byli wojskowymi – jakkolwiek obydwaj zdjęli już bluzy z dystynkcjami, to z samego zachowania znać było jakieś grube ryby. Twarz jednego wydała się Aleksiejowi znajoma... O rany, tak! To przecież był ten sam generał, któremu parę miesięcy temu powiedział na placu apelowym, co o nim myśli, za co dostał konkretną publiczną reprymendę i naganę z wpisem do akt.

Generał był średniego wzrostu, o niedużej, okrąglutkiej głowie obramowanej wianuszkiem mocno już przerzedzonych siwych włosów. Oszczędny w ruchach i mimice, od razu robił wrażenie człowieka kontrolującego dosłownie każdy swój gest. Malutkie, czarne ślepka sprawiały, że wyglądał jak tresowany szczur... I to właśnie przez to podobieństwo do gryzonia kapitan od razu rozpoznał swego adwersarza.

Oczywiście, sam generał Aleksa nie poznał, bo nawet mu powieka nie drgnęła. A może poznał, ale uważał tamten incydent za coś tak błahego, że nie warto było zawracać sobie głowy?

Reszetnikow, pamięć usłużnie podsunęła Aleksowi nazwisko generała. Generał-major Reszetnikow.

Towarzysz tego ostatniego był nabity, krępy, o kwadratowej twarzy od razu mimowolnie kojarzącej się z psią mordą. Białe bokobrody, mocno już siwiejące włosy obcięte na jeża i pół na pół zmęczone oraz złe spojrzenie spod opadających powiek... Tak, wypisz wymaluj wkurzony buldog. Aleks aż poczuł dreszcz, wyobraziwszy sobie, jak generał nagle warczy, a potem skacze ku niemu i łapie zębami za nogawkę.

– Ależ wchodźcie, towarzysze, siadajcie. – Oleg Pawłowicz wylewnie poklepał obydwu po plecach, podprowadził do stołu. – Tutaj proszę, o, fotelik wygodny z plecionki...

– Towarzyszu generale, wybaczcie, że przeszkadzam! – Z ciemnego holu wyjrzał żołnierz z emblematami łącznościowca. – Wiadomość do was, Skała-Cztery przesyła.

– Dawaj – warknął generał. Wziął świstek papieru, rozprostował, przebiegł wzrokiem. Skrzywił się, jakby ktoś nagle wycisnął mu do ust cytrynę. – Dowództwo wzywa, i to pilnie. Cholera, jak zawsze nie w porę...! No nic, siadajcie panowie, poznajcie się: Aleksiej Siennikow, mój towarzyszy broni z dawnych lat, który mi kiedyś nie tylko życie, ale i karierę uratował. Perspektywiczny oficer, miejcie go panowie na uwadze. A to moi nowi towarzysze broni, jakkolwiek znam ich już nie pierwszy rok: Reszetnikow Michaił Nikołajewicz i Sokolienko Kondrat Jefimowicz. Tak więc, panowie, prezentacja dokonana. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy obracać się w jednym kręgu. A ty, Alosza, nie krępuj się: Michaił Nikołajewicz i Kondrat Jefimowicz mogą być generałami, ale to swojacy, dobrzy ludzie, bez węża w kieszeni. Pogadajcie sobie tutaj, poznajcie się bliżej, a ja postaram się wrócić jak najszybciej. 

Aleks przywitał się, popatrzył w ślad za wychodzącym Olegiem Pawłowiczem. Skromny kapitan nie miał tutaj nic więcej do roboty, ale były dowódca obiecał wrócić. Poza tym świeżo przybyli generałowie już rozgościli się za stołem jak u siebie i nawet zdążyli nalać sobie wódki. 

– No już, Aleks, wypijmy za znajomość – łaskawie powiedział ten podobny do buldoga. Jego badawcze spojrzenie zdawało się obmacywać kapitana od stóp do głów. 

– Ja to w ogóle nie piję... – Aleks spróbował uniknąć narzuconej znajomości, ale bezskutecznie. 

– Coś niegrzeczni jesteście – rzekł ten psopodobny z naciskiem. – Kim tam jesteście ze stopnia? Podpułkownikiem?

– Kapitanem – spokojnie odpowiedział Aleksiej. 

– Ot, patrzcie go! Taki sobie kapitan starej szkoły, honorowy. Kapitan generałowi nie powinien odmawiać. No już, bierz kieliszek! 

Aleks skrzywił się, czując, jak w środku wszystko zamienia mu się w kamień. Już gotów był powiedzieć generałowi coś niemiłego, kiedy nagle Reszetnikow uspokajająco poklepał go po ramieniu. 

– Nie denerwujcie się, kapitanie, my jesteśmy ludzie starej szkoły. To teraz te nowoczesne wymysły do armii doszły: demokracja, równość, „pan pozwoli”, „obywatelu żołnierzu”...! Jaka demokracja w armii?! Brednie. Tylko że dla nas już za późno, żebyśmy się przestawiali. Kondrat Jefimowicz po prostu chciał z wami się przywitać. Szacunek, że tak powiem, wyrazić wobec dobrego towarzysza Olega Pawłowicza. Wypić za jego zdrowie. 

Aleksiej bez słowa podniósł szklankę, skinął na znak, że przyjmuje wytłumaczenie, i aby pokazać, że w pełni zgadza się z poglądami generała. 

– Za zdrowie Olega Pawłowicza – powiedział Kondrat Jefimowicz. 

Aleksiej jednym ruchem wlał zawartość szklanki w gardło, poczuł, jak palący płyn zleciał ku żołądkowi, i przygotował się na typowe w takich przypadkach nieprzyjemne odczucia. Te nie dały długo na siebie czekać. 

Nie minęła nawet minuta, a po całym jego ciele przebiegła pierwsza fala, zwiastująca zbliżające się zatrucie alkoholowe. Dosłownie jak gdyby setki maleńkich igiełek wbiły się od środka w jego skórę. Oczy i uszy aż zaswędziały. Poczuł, że bardzo chciałby wskoczyć do lodowatej wody i wytrzeć się grubym ręcznikiem, aby pozbyć się niemiłych odczuć. 

Zaś generałowie już nalewali po drugiej szklance.

– Proszę mi wybaczyć – spokojnie powiedział Aleksiej, wstając ze swojego fotela. – Muszę na chwilę odejść na stronę. 

– No to idź – pogodnie, nawet jakoś tak beztrosko powiedział Kondrat Jefimowicz. – Tylko wróć. Musimy jeszcze trochę z tobą porozmawiać, więc nie zawiedź nas niespodziewaną ucieczką. 

W tych ostatnich słowach Aleksiej wyczuł jakąś dwuznaczność. Przenikliwe spojrzenie Kondrata Jefimowicza dosłownie taksowało upartego kapitana od stóp do głów, z kolei niewzruszona twarz Michaiła Nikołajewicza zdawała się w porównaniu nawet wręcz przyjazna. 

– Faktycznie, Aleksiej, tylko nie zostawiaj dwóch starszych ludzi samym sobie – powiedział Reszetnikow. – My przecież tutaj rozmawiamy po przyjacielsku, bez tytulatury, więc wracaj koniecznie. 

Aleksiej wyszedł z balkonu i znalazłszy się w przestronnym ciemnym holu piętra, zwolnił kroku. Zwrócił głowę w lewo, gdzie zobaczył wyjście na sąsiedni balkon, wychodzący na szczytową stronę domu. Niewiele myśląc, ruszył tam i przysiadł na jednym z foteli. Przed nim znajdował się stolik, na nim popielniczka i zapałki. Machinalnie wziął do ręki papierosa. Rzucił palenie już dość dawno, ale nie mógł odpuścić sobie przyjemności pokręcenia w palcach tak smakowitego kąska. 

Na dole, na jasno oświetlonym podwórku, hałasowali goście. Ponad nim, zaraz za skrajem dachu, widać było ciemne, nocne niebo i Aleksiej nagle poczuł się bardzo komfortowo na tym nieoświetlonym balkonie. Tutaj nikt go nie widział i nikt nie będzie szukać. Przynajmniej zanim przyjedzie Oleg Pawłowicz. 

– Nie ruszaj tego kapitana – rozległ się nagle głos Reszetnikowa. – Ja się na niego już parę miesięcy temu nadziałem w którejś jednostce. Mówi, co myśli, i to przy wszystkich, nie patrzy na regalia. Ostry i twardy jak sztych noża. W walce, rzecz jasna, tylko tacy są potrzebni, ale na placu apelowym lepiej takich trzymać krótko i z właściwej strony, żeby sobie palców nie pociąć. A jak się nie uda, to niech siedzą do emerytury na swoim stołku. I ten tak samo za swój długi język powinien siedzieć, a tutaj widzisz, jak się złożyło...

– Ja po prostu chciałem zrozumieć, dlaczego taki szaraczek nagle ważnego udaje – warknął Kondrat Jefimowicz. 

Dopiero teraz Aleksiej zrozumiał, że obydwaj generałowie siedzą dosłownie parę metrów od niego, za rogiem budynku. 

Kapitan Siennikow wbrew swojej woli znalazł się w roli podsłuchującego. Uczucie nagłego skrępowania sprawiło, że aż wstał, zdecydowany zejść z balkonu. Oczywiście, chciałby posłuchać dalej – siłą rzeczy był ciekaw, o czym rozmawiają generałowie we własnym towarzystwie – ale uważał to po prostu za niestosowne z punktu widzenia honoru oficera. 

Jednak już kolejne zdanie dosłownie podcięło mu nogi. Usiadł z powrotem, zapominając o normach moralności. 

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © by Роман Куликов и Ежи Тумановский Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2020

Tytuł oryginału: Штык

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-638-8

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Grafika na okładce Ivan Khivrenko Aleksandrovich

Tłumaczenie Michał Gołkowski

Redakcja Ewa Białołęcka

KorektaAgnieszka Pawlikowska

Projekt graficzny serii oraz opracowanie okładki„Grafficon” Konrad Kućmiński

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/