Szkoła na wzgórzu - Sebastian Imielski - ebook + książka

Szkoła na wzgórzu ebook

Sebastian Imielski

4,1

Opis

Szkoła uczy i karze niepokornych.

Posada w Zespole Szkół w Sławinie jest dla Sylwestra Cichego szansą na nowy początek po osobistych niepowodzeniach. Młody nauczyciel szybko przekonuje się, że życie na kaszubskiej prowincji dalekie jest od sielanki. Szkoła – zarządzana surową ręką przez małżeństwo Mechów – kryje w sobie wiele tajemnic. Bohater zagłębia się w nie, gdy w nieznanych okolicznościach przepada bez wieści jedna z uczennic.

Wbrew dyrekcji szkoły Cichy angażuje się w poszukiwania. Analizuje historię placówki i odkrywa, że dwadzieścia pięć lat wcześniej zniknęła i nigdy nie została odnaleziona inna dziewczyna. Belfer przekonany, iż przypadki obu uczennic się łączą, prowadzi swoje dochodzenie. Pomaga mu dziennikarz trójmiejskiego brukowca Karol Zawada, przed laty zajmujący się sprawą zaginionej uczennicy.

Co się stało z dziewczynami? Zostały porwane? Czy jeszcze żyją? A może uciekły, jak sugeruje policja? Nerwowe reakcje pewnych osób oraz dramatyczny rozwój wydarzeń dowodzą, że badanie przeszłości Sławina wyraźnie komuś zagraża. Czyżby na teranie spokojnego miasteczka grasował morderca? Cichy i Zawada są pewni swoich teorii – dlatego z narażeniem zdrowia, a nawet życia angażują się w jego zdemaskowanie.

 

Szkoła na wzgórzu” to zgrabne połączenie powieści detektywistycznej i obyczajowej. W małomiasteczkowej scenerii rozgrywają się wielkie dramaty i rozciągnięte w czasie tragedie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (25 ocen)
11
6
7
1
0

Popularność




SEBASTIAN IMIELSKI

SZKOŁA NA WZGÓRZU

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2015

Redakcja: Joanna Ślużyńska

Korekta: Robert Wieczorek

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Sebastian Imielski 2015

Okładka Copyright © Mateusz Ślużyński

Zdjęcie na okładce © aleshin / Fotolia.com

Zdjęcie na okładce © yurephoto / Fotolia.com

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2015

e-wydanie I

ISBN 978-83-7949-149-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Oficyna wydawnicza RW2010

Dział handlowy:marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl

Część pierwsza Kocioł

1.

Szkoła. Cholera. Trwa na Kominowym Wzgórzu niczym zamek upadłego księcia. I obserwuje. Skanuje poddanych rozrzuconych po Sławinie i okolicach. Pilnuje, by nie wyjawili jej tajemnic.

Przeszłość. Tutaj to słowo klucz. Wytrych do rozwikłania najmroczniejszych sekretów. Przez lata nikt nie chciał go dotykać. Ze strachu? Zapewne. Szkoła uczy i karze niepokornych.

Trafiłem w jej łapy w połowie sierpnia. Naiwniak z niewielkim stażem liczył na nowy początek. Idylliczny małomiasteczkowy klimat uleczy wszelkie rany – tak sobie to tłumaczyłem. Mama nie ma racji, siostra też. Wcale się nie cofam. To po prostu przerwa. Chwila oddechu w szaleńczym rytmie kariery. Na Kaszubach odpocznę, nabiorę nowych sił. Boże, ależ byłem naiwny.

Kiedy zacząłem żałować podjętej decyzji? Chyba już w momencie, gdy ujrzałem schody. Stanowiły one kwintesencję wszelkich logik zawartych w tym budynku. Konieczność codziennego wdrapywania się po serpentynie nierównych stopni to pierwszy z demotywatorów, na jaki natrafiali uczniowie. Sam po wejściu na szczyt ściekałem potem. Nie mogłem sobie wyobrazić, jakim trzeba być idiotą, by wybudować szkołę na wzgórzu. Nawet jeśli powstała w szczytowym okresie peerelowskich absurdów, to brak jakiejkolwiek myśli w tym koncepcie był zadziwiający.

Dziś widzę, ile znaków opatrznościowych przestrzegało mnie przed przybyciem do Sławina. Zawał mamy, zepsuty autobus PKS i powódź. Tak, powódź, od niej właściwie wszystko się zaczęło. Oberwanie chmury przeszło nad tą częścią Kaszub w dniu mojej przeprowadzki. Sam moment wylewu Gotwałki mnie ominął, jednak gdy autobus z wielkim trudem zajechał ma przystanek przy kościele, główną drogą płynęła już sporych rozmiarów rzeczka. Przeprawienie się na drugą stronę kosztowało mnie przemoczone buty i spodnie. Na szczęście dom Zofii Sawickiej stał niedaleko. Trzy tygodnie wcześniej wynająłem tam pokój na piętrze. Zofia była szkolną bibliotekarką w wieku przedemerytalnym, mieszkała sama i towarzystwo młodego nauczyciela bardzo jej odpowiadało. W sekretariacie stwierdzili, że lepszego lokum nie znajdę. Skorzystałem z okazji. Chyba przypadliśmy sobie do gustu. Z mojego punktu widzenia nieograniczony dostęp do szkolnych plotek i opowieści mógł okazać się cenny.

– Proszę, proszę, toż to nasz nowy belfer – rzekła, gdy zobaczyła mnie broczącego po kostki w błocie, z dużą torbą na ramieniu. Sama próbowała ogarnąć chaos w ogrodzie. Woda dokonała w nim sporych zniszczeń. Płot od strony ulicy leżał zwalony i przygnieciony grubą warstwą szlamu.

– Teraz to nic. Zobaczyłbyś, co tu się działo rano.

Powódź nie ocaliła też niewielkiej kapliczki. Figurka Matki Boskiej leżała na wpół zakryta jakimś zielskiem. Wrzuciłem torbę na piętro, zakasałem rękawy i ruszyłem na pomoc swojej gospodyni. Deszcz już nie padał. Słońce wychyliło się zza chmur. Wtedy jeszcze myślałem, że wszystko się jakoś ułoży.

2.

Dyrektor Mech posturą przypominał zapaśnika i nie mam tu na myśli klasycznej odmiany tego szlachetnego sportu, a raczej amerykański wrestling. Mierzył na pewno blisko dwóch metrów, a zasięg jego ramion musiał być porównywalny z parametrami gwiazd NBA. Oceniając po wyglądzie, stanowił absolutne przeciwieństwo znanych mi dotąd dyrektorów placówek oświatowych. Jako nauczyciel z ośmioletnim stażem przeżyłem w sumie trzech dyrektorów. Dwójka pochodziła z gimnazjum numer pięćdziesiąt pięć w Gdańsku, gdzie zaczynałem pracę po studiach i kontynuowałem ją do czerwca tego roku; jeden natomiast, a właściwie jedna kierowała prywatnym gimnazjum w Gdyni, w którym zahaczyłem się na dodatkowym etacie w zeszłym roku. Żadna z tych osób nie wywarła na mnie przy pierwszym spotkaniu takiego wrażenia jak Mech.

Jakby tego było mało, wystrój jego gabinetu przypominał bardziej miejsce urzędowania rektora wyższej uczelni niż pokój dyrektora prowincjonalnego zespołu szkół. Już sama przestrzeń była imponująca. Gabinet miał ze czterdzieści metrów kwadratowych. Okazała rzeźbiona biblioteka zajmowała wschodnią ścianę pomieszczenia, obok niej wisiało lustro w zdobionej drewnianej oprawie. Sam Mech zasiadał pod oknem za idealnie dopasowanym do wystroju wnętrza biurkiem w odcieniu orzecha. Wszystko to, w połączeniu z pasującym do kompletu krzesłem i stojącym za jego plecami zegarem, stanowiło zestaw mebli gdańskich. Moja babcia miała przed laty podobną bibliotekę, autentyczny antyk z lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Podejrzewałem, że meble Mecha to współczesne imitacje. Gdyby były prawdziwe, to w tak dobrym stanie musiałyby być warte majątek.

– Jak pan widzi, aura nie rozpieszczała nas w tym roku – powiedział, pochylając się nad parującym kubkiem kawy. Przede mną stała herbata. Siedziałem na krześle po drugiej stronie biurka, które ze względu na rozmiary spokojnie mogło spełniać rolę stołu konferencyjnego. Ciekawiło mnie, czy podobne pogawędki z nowymi pracownikami były w tej szkole normą? Rozmawialiśmy od kwadransa. Mech opowiadał głównie o planach związanych z rozpoczynającym się rokiem szkolnym i o gronie nauczycielskim. Roztaczał wizję wyremontowanej za unijne fundusze sali gimnastycznej, pochwalił się również nowymi szatniami oraz otwartą w zeszłym roku pracownią komputerową, która z powodu nieszczelnego dachu ucierpiała nieco podczas ulewy.

– Co prawda trąba powietrzna ominęła Sławino, ale oberwanie chmury trochę nas podtopiło – kontynuował, a ja próbowałem przybrać minę zafascynowanego słuchacza. – Nic wielkiego w porównaniu z powodziami na południu kraju, ale nawet do tego tutejsi mieszkańcy nie są przyzwyczajeni. Susze, owszem, dawały się nam we znaki, takiego potopu jednak dawno tu nie widziano. Ja przynajmniej sobie nie przypominam.

Początkowe minuty rozmowy wiele mi o nim powiedziały. Mech był gawędziarzem. Typem człowieka, który poszukuje osób lubiących słuchać rozbudowanych historii. To pierwsza z cech niepasujących do niedźwiedziowatego wyglądu. Zastanawiałem się, jak mogła wyglądać jego droga na to stanowisko. Informacje zawarte na szkolnej stronie internetowej były bardzo skąpe. Dowiedziałem się z nich właściwie tylko tyle, że ma pięćdziesiąt siedem lat i od czternastu rządzi tutejszą szkołą.

Kiedy skończył rozprawiać o zaletach prowadzonej przez siebie placówki, rozmowa zeszła na temat mojego zakwaterowania.

– Będzie się panu u Zosi dobrze mieszkało – zawyrokował. – To legenda naszej szkoły. Złoty człowiek. Zadomowił się już pan?

– Tak – odparłem. – Pokój jest bardzo przytulny. Piękna okolica, no i będę miał blisko do pracy.

Nagle w gabinecie zawibrował ciepły głos:

– Dyrektorze, przyszła pani Juraszek. – Nie wiedzieć kiedy sekretarka uchyliła drzwi, wciskając do gabinetu głowę, zupełnie jakby jakaś magiczna moc uniemożliwiała jej pokazanie całej sylwetki.

Twarz Mecha rozpromieniła się.

– Świetnie, proszę, niech wejdzie.

Gdy próg pomieszczenia przestąpiła odziana w obcisłe dżinsy śliczna blondynka, zrozumiałem, skąd nagłe ogniki podniecenia w oczach statecznego wydawałoby się Mecha. Dziewczyna podeszła do biurka i z szerokim uśmiechem podała mężczyźnie rękę.

– Dzień dobry – przywitała się.

Mech wstał, co uwidoczniło komiczną dysproporcję pomiędzy nimi. Dziewczyna sięgała mu do ramienia. Nie zważając na to, dyrektor szarmancko musnął ustami wyciągniętą ku sobie dłoń, i zwrócił się w moją stronę.

– Pani Andżelika będzie uczyć w naszej szkole języka angielskiego – rzekł z dumą.

Teraz ja stałem się beneficjentem słodkiego uśmiechu. Młoda anglistka odgarnęła zalotnie opadającą na oczy grzywkę, po czym wyciągnęła rękę na powitanie.

– Andżelika Juraszek – powiedziała cienkim, nieco piskliwym głosem.

– Sylwester Cichy – przedstawiłem się, ściskając jej dłoń.

Była odważna, tak się ubierając. Dżinsy i bluzka z dekoltem to raczej swobodny strój jak na wizytę u przyszłego pracodawcy. Sam wbiłem się w swój najlepszy garnitur. Osoba przyglądająca się całej sytuacji z zewnątrz zapewne wzięłaby nas za istoty z totalnie różnych planet.

– Trochę mnie pan dyrektor uspokoił – rozpoczęła, bez wahania zajmując miejsce obok mnie. – Już myślałam, że będę tu jedynym nowym nauczycielem.

– To wyjątkowy rok. – Mech powoli wypowiadał słowa, jakby każde niosło wiekopomną prawdę. – Zwykle stanowimy zwarty i zgrany zespół pedagogiczny, ale ostatnio trapią szkołę pewne kłopoty. Dwoje nauczycieli ze względów zdrowotnych nie mogło kontynuować pracy, stąd bardzo szybka decyzja o zatrudnieniu państwa. Pan Sylwester obejmie klasy naszej polonistki Wiolety Warmińskiej, która przeszła na wcześniejszą emeryturę. Pani natomiast zajmie miejsce Mariana Zacharskiego, którego po wypadku samochodowym czeka długa rekonwalescencja.

Andżelika syknęła i pokiwała z zatroskaniem głową, co natychmiast podchwycił Mech.

– To na szczęście tylko noga – tłumaczył. – Wypadek wyglądał naprawdę groźnie. Gdyby nie refleks Mariana, mogłoby dojść do prawdziwej tragedii. Dacie wiarę? Pijany traktorzysta, który zajechał mu drogę, nawet się nie zatrzymał, a musiał widzieć staczające się ze zbocza auto. Dopiero kilka godzin później dopadła go policja. Co się na tych drogach dzieje, to doprawdy trudno pojąć. Człowiek przeszedł dwie operacje, a i tak może zostać inwalidą.

– Tak jest wszędzie, panie dyrektorze – skomentowała dziewczyna. – To nie narkotyki czy papierosy, lecz alkohol jest w naszym społeczeństwie największym złem. Jeśli nie wbijemy tego młodym do głów, to za parę lat staniemy się otumanionym, niezdolnym do własnego zdania, odtwórczym narodem.

Mech wydawał się zaskoczony, ale i niezwykle usatysfakcjonowany tą konkluzją. Rozparł się w swym fotelu, jakby musiał dogłębniej przeanalizować usłyszane słowa.

– Cieszę się, słysząc to z ust tak młodej osoby – powiedział w końcu, nie spuszczając z dziewczyny wzroku. – To daje pewną nadzieję. Taki powiew świeżości wszystkim nam dobrze zrobi.

To było genialne. Andżelika natychmiast skupiła na sobie pełnię jego uwagi. Nie zdziwiłbym się, gdyby dyrektor zupełnie zapomniał o mojej osobie. Agencje PR-owe powinny się o nią zabijać. Po jaką cholerę pchała się na etat w małomiasteczkowej szkole?

Wymiana zdań trwała jeszcze przez kilka minut. W tym czasie Mech rozprawiał o zaletach sławińskiego krajobrazu. Andżelika natychmiast poprosiła o polecenie jej kilku miejsc, bo jak stwierdziła, jest zapalonym fotografem i wielką miłośniczką przyrody. Po stworzeniu naprędce listy botaniczno-zoologicznych hitów dyrektor pożegnał nas, przypominając o czwartkowej radzie pedagogicznej.

– Poznacie wszystkich i ustalimy szczegóły planu zajęć. Bez obaw, poczujecie się jak w domu. Tu panuje zupełnie inna atmosfera niż w dużych miastach.

Gdy wyszliśmy z gabinetu, zaatakowała nas głucha cisza pustego holu. Za kilka dni miał się zapełnić tabunami pełnej wakacyjnych wrażeń młodzieży. Rozpocznie się kocioł, pomyślałem. Tak nazywałem każdy początek roku szkolnego.

– Jeeezu, co za dziura – rzuciła „słodka” Andżelika, po czym bez wahania włożyła papierosa do ust. – Nie mam pojęcia, jak wytrzymam na tym zadupiu. Ledwo usiedziałam parę minut z tym nudziarzem i mam dość. Palisz?

– Nie – odparłem zaskoczony. Grzebała nerwowo w przewieszonej przez ramię torebce, aż w końcu wyciągnęła zapalniczkę i jednym pstryknięciem wznieciła płomień, którym natychmiast zajęła się końcówka papierosa.

– Skąd jesteś? – zapytała, gdy zmierzaliśmy w kierunku wyjścia ze szkoły. Unoszące się pod sufitem kłęby papierosowego dymu znaczyły przebytą korytarzem drogę.

– Z Gdańska.

– I sprowadziłeś się tutaj? Na głowę upadłeś? Nie mogłeś zahaczyć się w Trójmieście?

– Tak się złożyło, że właśnie tego chciałem uniknąć. A ty?

– Słupsk – odparła. – Wspaniałe miasto rosnącej beznadziei.

Gdy opuściliśmy szkołę, mruknęła coś na pożegnanie i ruszyła w kierunku schodów wiodących ku centralnej części miejscowości. Bezwiednie odprowadziłem ją wzrokiem. Jedno było pewne: atrakcyjna nauczycielka wśród nabuzowanej hormonami młodzieży zwiastowała kłopoty. Obserwując trzpiotkę w dyrektorskim gabinecie, nie dawałem jej szans na dotrwanie do końca roku szkolnego. Zaciągająca się grubym marlboro kobieta wywróciła moje wyobrażenie do góry nogami. Niezła aktorka.

Skierowałem się ku przeciwległemu zejściu. Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostały trzy dni.

3.

Po spotkaniu z Mechem naiwnie przyjąłem, iż jest on niepodzielnym władcą Zespołu Szkół w Sławinie. Błąd nowicjusza. Życie szybko nakierowało mnie na właściwy tor.

Podczas gdy dyrektor przekładał kartki na swym wypolerowanym orzechowym biurku, pionki na edukacyjnej szachownicy rozstawiała jego żona Laura. Wicedyrektor.

Jędza, Cholera, Gestapówa – to zasób określeń usłyszanych po zaledwie jednym dniu pracy. Wszystkie pochodziły z okolic pokoju nauczycielskiego.

– Nie warto podskakiwać, bo cię zniszczy – tłumaczył mi Andrzej Detlaff, historyk, z którym już po pierwszym spotkaniu na radzie pedagogicznej nawiązałem najlepszy kontakt. – Z drugiej strony nie możesz być zbyt miękki. Zdominuje cię i zgnoi. Trzeba wypracować złoty środek.

– A jak ty sobie radzisz? – spytałem.

– Nie wychylam się, jeśli idzie o sprawy organizacyjne, jednak merytorycznie obstaję twardo przy swoim zdaniu – odparł, popijając kawę. Byliśmy w pokoju nauczycielskim. Trwały ostatnie przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego. – Kiedyś chciała mi narzucić podręcznik. W porządku. Przesiedziałem nad nim całą noc, wypunktowałem słabe strony i przedstawiłem Laurodontowi elaborat, z którego pewnie połowy nie zrozumiała. W sumie to dyletantka, uczyła kiedyś techniki, od lat jednak siedzi w papierach. Jak ją zagniesz, to odpuszcza. Wtedy masz spokój. Dziewczyny się za bardzo przejmują i ona to wykorzystuje.

– Mech się nie wcina?

Andrzej aż się żachnął.

– Nie wyściubia nosa z tej swojej twierdzy. Wszystko załatwia Laura. Czasem mam wrażenie, że ma do niego pilota i używa, gdy jej się podoba.

Dyrektorka despotka nie mieściła się w moich planach. Niemniej pozostali nauczyciele sprawiali wrażenie zgranego, przyjaznego grona. Gdy pojawiłem się na radzie pedagogicznej, Andrzej od razu wziął na siebie rolę kompana przewodnika i przedstawił mnie pozostałym. Chemiczka Basia Karpińska była przysadzistą, wesołą kobietą po pięćdziesiątce. Tego dnia prowadziła ognistą dyskusję z fizykiem Pawłem Kalickim na temat dostosowania ich planów lekcyjnych do wymogów podstawy programowej.

– I tak godzinami – skomentował Andrzej. – Jakby nie było ciekawszych tematów. À propos. Jak tam puchary? Oglądałeś wczoraj Legię?

Nie oglądałem, nie miałem telewizora. Chwilę później w pokoju nauczycielskim pojawił się Robert Zych. Uczył WOS-u i zajęć technicznych. Podszedł do nas. Natychmiast rozpoczęły się żale nad miernotą krajowego futbolu. Obaj panowie wyraźnie się kolegowali. Z wyglądu stanowili swoje przeciwieństwa. Andrzej, z postępującą łysiną, niewielkim brzuszkiem i w szarym sweterku, sprawiał wrażenie kawalera po czterdziestce, z dawno utraconą nadzieją na ożenek. Robert był szczupły i wysoki, a średni wiek zdradzały jedynie mocno posiwiałe włosy.

– Ojej, a to kto? – W jednej chwili temat szans naszych drużyn w europejskich pucharach rozpłynął się niczym marzenia reprezentacji o awansie do Mistrzostw Świata. Do pokoju weszła Andżelika. Ubrała się bardziej formalnie niż na wizytę w gabinecie dyrektora. Paradoksalnie podkreśliło to tylko jej atrakcyjność.

– Mój Boże, zakochałem się – wycedził Andrzej i natychmiast przygładził odstający nad uszami kosmyk włosów. – Co za łania. Idę się przedstawić.

Robert natychmiast ruszył jego śladem. Naiwniacy, pomyślałem. Ta łania pożre was ze smakiem, a kości porozrzuca kojotom. Zresztą niech się sami przekonają.

Chwilę później naszym oczom ukazała się Laura Mech. Rozmowy natychmiast ucichły, wszyscy wyraźnie się jej bali. Postura dyrektorki budziła respekt. Mechowa była ogromną kobietą, wysoką i szeroką. Przypominała wkurzoną hipopotamicę. Ukryte pod rudą grzywką oczy strzelały miażdżącym spojrzeniem. Ile miała lat? Może pięćdziesiąt.

– Nie traćmy czasu – powiedziała surowo, bez słowa przywitania.

Cisza aż biła po uszach.

Rada trwała blisko pięć godzin. Większą jej cześć zajęło przyklepywanie rozwiązań narzuconych przez Laurę. Nieliczni zgłaszali uwagi do planu. Po zakończeniu tej smutnej pokazówki wróciłem do swojego nowego domu. Gdy rozdzwoniła się komórka, przekładałem właśnie rzeczy z torby do szafy. Spojrzałem na wyświetlacz i bezwiednie syknąłem. Szykowała się nieprzyjemna rozmowa.

– No nareszcie, miło, że w ogóle odbierasz. – Wyrzut w głosie siostry był nieodłącznym towarzyszem naszych rozmów. – Masz zamiar całkowicie się wyalienować?

Nie spełniłem obietnicy i nie zdałem raportu z mojego nowego życia. Stąd te pretensje. Mama się denerwowała, wiedziałem o tym, ale konieczność bezustannego tłumaczenia się doprowadzała mnie do obłędu. Matka zadzwoniła ze skargą do Ani. Tak to zazwyczaj działało.

– Rada przeciągnęła się do wieczora – odparłem, starając się przybrać stanowczy ton. – Zaraz do niej zadzwonię.

– Szkoda, że muszę ci o tym przypominać. Chyba przyjedziesz na weekend?

– Mam sporo roboty – skłamałem. – Muszę się przygotować do zajęć. Wpadnę w przyszłym tygodniu.

– Fantastycznie. Teraz mam na głowie dwa domy. Braciszek zwinął manatki i zwalił wszystko na mnie. Pamiętasz, że mam dzieci i pracę?

– Nie przesadzaj. Traktujesz matkę jak osobę niepełnosprawną. Przecież nie jest tak źle, by nie mogła o siebie zadbać.

– Wiesz co, czasem zastanawiam się, gdzie ty masz serce? Przy jej zdrowiu kosztujesz ją dodatkowo tyle nerwów. I jeszcze robisz łaskę, że zadzwonisz? Najpierw twój nieszczęsny ślub, potem wyjazd. Ona ma sześćdziesiąt osiem lat i przeszła zawał. Liczysz na szybki pogrzeb i pozbycie się problemu?

Boże, jak ona mnie wkurzała! Miałem ochotę trzasnąć telefonem i zakończyć rozmowę. Zrobiłbym to, gdyby nie świadomość, iż miała trochę racji. Uciekałem od kłopotów, pozostawiając zmartwienia innym. Odburknąłem parę standardowych formułek i rozłączyłem się. Chwilę później zadzwoniłem do mamy. Początkowo wydawała się obrażona, co stanowiło obowiązkowy punkt rytuału, później się rozkręciła i w konsekwencji uniknąłem cierpkich słów. Uspokoiła ją zapewne moja opowieść o sielskiej atmosferze i dokonanym wspaniałym wyborze. Obiecałem, że wkrótce ją odwiedzę. Na szczęście zasięg sieci komórkowej w domu Zofii, a jak się później okazało w całym Sławinie, był mizerny – aby rozmawiać, musiałem stać przy oknie – miałem więc pretekst, by nie rozgadywać się zbytnio.

Po południu wybrałem się na zakupy. Chciałem zapełnić przypadające mi dwie półki w lodówce. Jeden z nabytych w małym sklepiku słoików z gołąbkami miał stanowić mój obiad.

– Mogę to nazwać na sto różnych sposobów, ale na pewno nie są to gołąbki – skomentowała Zofia, widząc, jak łyżką wypycham zawartość słoika do niewielkiego garnka. – Tak zawsze wyglądają twoje obiady?

– Przeważnie – odpowiedziałem, mieszając zawartość, by się nie przypaliła. – Uroki kawalerskiego życia.

Gospodyni wzruszyła tylko ramionami. Nagle poczułem, jak coś włochatego ociera się o moją nogę.

– Jezu! – Odskoczyłem przestraszony. – Co to?

Zofia wzięła na ręce duże rude kocisko.

– Poznaj Leopolda – powiedziała, tuląc się do zwierzaka. – Mojego najlepszego przyjaciela.

– Cześć, Leo – rzekłem. – O mało co nie dostałem przez ciebie zawału.

Kot szybko znudził się czułościami. Skoczył na taboret, z niego na podłogę, a następnie prysnął przez uchylone drzwi na dwór. Przerzuciłem bulgoczące gołąbki z rondelka na talerz. Zofia przyglądała się temu zniesmaczona.

– Jak ogród? Dochodzi do siebie? – spytałem z nadzieją odwrócenia uwagi od mojego obiadu. Gospodyni westchnęła z rezygnacją.

– Przedwczoraj znajomy przywiózł sporo ziemi. Dziś będzie stawiał płot, a ja zabiorę się za wyrównywanie terenu.

– Sama? – zdziwiłem się. – Nie mają jakiejś maszyny? Pomogę ci.

– Nie trzeba – odparła. – Trochę ruchu dobrze mi zrobi.

Trochę to mało powiedziane, pomyślałem. Woda wymyła znaczną część działki i ubytków było sporo. No ale skoro nie chciała pomocy, nie zamierzałem się narzucać.

– A kapliczka ? – zapytałem.

– Niestety nie da się jej uratować. Postument skruszał i połamał się na dobre. Na wiosnę zamówię nowy, ale starego będzie mi żal. Po wojnie kapliczkę ustawił przy domu mój teść. Taka podzięka za uratowanie życia z hitlerowskiej nawały. Przetrwała tyle lat...

Zofia błądziła w rodzinnych wspomnieniach, by za chwilę powrócić na ziemię.

– Co do kwiatów, większość się z tego nie podniesie. Wszystkie róże szlag trafił. Mam nadzieję, że przetrwają drzewka owocowe i tuje.

Przez pół godziny słuchałem opowieści o trudach ogrodnictwa. Jasne było, że to jej hobby i pasja. Zastanawiałem się, dlaczego mieszka sama. Nie ma rodziny? Byłem bliski zadania tego pytania, ale w końcu się powstrzymałem. Może kryła się za tym jakaś przykra historia. Nie znaliśmy się jeszcze na tyle dobrze, by poruszać niewygodne tematy. Ona również nie wypytywała o osobiste sprawy. Taki cichy kompromis mi odpowiadał.

4.

O ósmej Kocioł buchał pełną mocą. Mój debiut w Gimnazjum Zespołu Szkół w Sławinie przypadł na klasę pierwszą A. Trema na twarzach uczniów była zauważalna. Znam nauczycieli, którzy w takich sytuacjach lubują się w epatowaniu atmosferą szkolnej grozy. Uważają, że jeśli zrobią na pierwszoroczniakach wrażenie surowych i bezkompromisowych, to później w zastraszonych dzieciakach będą mieli uległą publikę. Ja działałem inaczej. Chciałem rozluźnić atmosferę, dowiedzieć się o nich czegoś. Przedstawiłem się i poprosiłem o to samo. Po kolei wypowiadali swoje imiona i nazwiska, podawali nazwy miejscowości, z których pochodzą. Porozmawialiśmy trochę o podstawówce, chciałem wysondować, jaki materiał przerobili i generalnie jak są przygotowani. Uczniowie głównie dojeżdżali z kilku wiosek wokół Sławina. W związku z tym obawiałem się zróżnicowanego poziomu. Potwierdziły to pierwsze wypowiedzi. Namierzyłem co najmniej dziesięciu delikwentów, którym skonstruowanie paru logicznie brzmiących zdań sprawiało widoczne problemy. Zwiastowało to spore kłopoty. Zapowiedziałem przeprowadzenie testu wstępnego w połowie września i w tym momencie rozległ się dzwonek. Kolejne godziny minęły według tego samego szablonu. Druga z pierwszych klas potwierdziła moje obawy. Zatrudniając się w Sławinie, nie wziąłem pod uwagę problemów wynikających z naleciałości językowych. Brały się one z totalnego pomieszania w języku, jakim operowali niektórzy uczniowie, słów polskich i kaszubskich. Czekało mnie spore wyzwanie.

Ostatnią poniedziałkową lekcją były zajęcia z trzecią B. Fakt, iż pozostałe godziny minęły spokojnie i bez zakłóceń, uśpił nieco moją czujność. Gdy weszliśmy do klasy, na tablicy widniała już namalowana kredą szubienica.

Zignorowałem rysunek.

– Dzień dobry – przywitałem się.

W odpowiedzi usłyszałem niemrawe:

– Dzień-do-bry.

– Nazywam się Sylwester Cichy i jak zapewne wiecie, będę prowadził z wami lekcje języka polskiego.

Z ostatniej ławki dobiegł przeciągły rechot.

– Łał, to co dzień będzie balanga, a myślałem, że sylwestra mamy tylko raz w roku – usłyszałem.

Dwóch długowłosych chłopaków bez żadnego skrępowania zanosiło się śmiechem. Część z pozostałych uczniów przyłączyła się do nich.

– Następnym razem przyniosę petardy – dodał ten siedzący bliżej ściany, rozpierając się w ławce. Tym razem cała klasa wybuchnęła śmiechem.

Brak reakcji byłby zabójczy. Miałem mało czasu, by opracować dobrą strategię. W karierze zdarzali mi się trudni uczniowie. Z niektórymi spięcia były naprawdę ostre. Nigdy jednak nie przydarzyło mi się to na pierwszej lekcji. Co do jednego nie miałem wątpliwości: jeśli odpuszczę, zobaczą we mnie jelenia. Wtedy będę skończony.

– Widzę, że atmosfera w waszej klasie jest dość swobodna – rzekłem, siląc się na luz. – To dobrze, stres nie wpływa pozytywnie na przyswajanie wiedzy. Nie pozwolę jednak na przesadę. – Zmieniłem intonację głosu na ostrzejszą. Zeszłoroczny kurs nie poszedł na marne. – Panowie z tyłu są jej bliscy, a to w moich klasach zawsze się źle kończy – kontynuowałem. – Wobec nikogo nie stosuję taryfy ulgowej, zapewniam was. Dla mnie najważniejsze jest przygotowanie do egzaminu. Jeśli uznam, że ktoś sobie nie radzi, nie otrzyma na koniec pozytywnej oceny. Odnosi się to również do zachowania i bezczelnych odzywek.

Cisza, jaka w tym momencie zapadła, dobrze zwiastowała. Zaskoczyłem ich. Najwidoczniej spodziewali się dobrej zabawy. Nowy, młody nauczyciel bywa łatwym celem. Podszedłem do ostatniego rzędu.

– Czy to jasne? – Stanąłem nad nieostrzyżonymi komediantami. – Bo jeśli nie, to panowie klauni mają szansę błaznować w tej klasie jeszcze wiele lat. Może opublikujecie swój program? Z takimi fryzurami zrobicie furorę.

To wywołało śmiech klasy. Brunet siedzący bliżej ściany poczerwieniał, z trudem powstrzymywał wściekłość.

– Przepraszamy – powiedział jego kompan, spuszczając nisko głowę. Odetchnąłem z ulgą.

– Źle zaczęliśmy – rzekłem już nieco łagodniejszym tonem. – Chcę, abyśmy się dogadali. Ponieważ to nasze pierwsze spotkanie, mam dla was propozycję. Zapomnę o ostatnich minutach, zaczniemy od nowa. Co wy na to?

Szmer, jaki rozszedł się po sali, uznałem za aprobatę. Długowłosy pod ścianą nie odpowiedział. Wysyczał tylko coś do kolegi.

– Nazywam się Sylwester Cichy, jestem nowym nauczycielem języka polskiego. Przedstawcie się proszę po kolei.

Powtórzyliśmy rytuał z poprzednich godzin. Kolejka ominęła ostatnią ławkę, której okupanci nie mieli najwyraźniej ochoty zdradzać swoich imion. Pozostawiłem to bez reakcji; jak na pierwszy dzień miałem dosyć starć.

Lekcja potoczyła się dalej. Przedstawiłem listę lektur, zapowiedziałem test sprawdzający i omówiłem swoje wymagania. Uczniowie musieli liczyć się z co najmniej dwoma pracami pisemnymi i klasowymi w semestrze. Zakładałem również dwie, trzy oceny za odpowiedź ustną w czasie lekcji i dwie oceny za zadanie domowe. To zwykle dawało klarowny obraz umiejętności. Zapowiedziałem również okresową kontrolę zeszytów, zwłaszcza zawartych w nim wypracowań. Przyznaję, mam na tym punkcie hopla. W Gdańsku dzieciaki mnie za to przeklinały do czasu, aż przekonały się, z jaką łatwością przychodzi im później spłodzenie kilkudziesięciozdaniowego dziełka, za które na teście otrzymuje się najwięcej punktów. Każdy w miarę rozgarnięty piętnastolatek, kończąc gimnazjum, musi umieć sklecić poprawną językowo i logiczną w treści pracę pisemną. Tak brzmi moje motto i założenia podstawy programowej. Moje słowa nie wzbudziły zachwytu. Warmińska prawdopodobnie była wobec nich mniej wymagająca.

– Uważajcie, jest szansa na pierwszy dobry stopień – zapowiedziałem. – Opiszcie, proszę, na czwartek swoje zainteresowania i to, jak chcielibyście je wykorzystać w przyszłości. Wystarczy półtorej, dwie strony zeszytowe. W tym przypadku, na zachętę, wpiszę do dziennika tylko pozytywne oceny.

Propozycja wzbudziła westchnienia rozpaczy. Po dzwonku trzecia B w mgnieniu oka opuściła klasę.

– Się kurwa doczekasz – doszło do mnie zza przymkniętych drzwi. Chwilę później usłyszałem stukot butów uciekającego dzieciaka. Otworzyłem dziennik. Gdy uczniowie się przedstawiali, odruchowo szukałem ich nazwisk na liście. Dwoje ominąłem.

– Adam Wilczyński i Bartłomiej Zwara – odczytałem. Nazwisko pierwszego wydało mi się znajome, nie potrafiłem jednak z niczym konkretnym go skojarzyć. Drugi był całkowicie anonimowy. Pakując tego popołudnia rzeczy do torby, zaczynałem powoli odkrywać, w co wdepnąłem, rzucając się na etat w Sławinie.

***

To nie była typowa biblioteka. Choć zawierała elementy klasyczne, takie jak regały z książkami oraz katalog zbiorów, reszta pomieszczenia przypominała bardziej pracownię komputerową, a właściwie kafejkę internetową. W centralnej części znajdował się szeroki stół; miał dobrych pięć metrów. Po jego obu stronach ustawiono płaskie monitory, poniżej zaś wieżyczki z komputerami. W sumie było osiem stanowisk; przy każdym znajdował się wygodny fotel. Zofia siedziała na swoim miejscu, wpatrzona w monitor. Minęła czternasta, uczniowie poszli do domów albo mieli jeszcze lekcje; w bibliotece oprócz nas przebywały zaledwie dwie osoby.

– Witam w moim królestwie – powiedziała, gdy tylko mnie dostrzegła.

– No, no, aż ocieka tu nowinkami technicznymi. Nie spodziewałem się.

– Bez przesady – skomentowała. – To zaledwie kilka średniej klasy komputerów. Dyrektor dwa lata temu załatwił w gminie pieniądze, dzięki czemu mogliśmy zrobić kącik internetowy. To chyba jedyne miejsce w Sławinie, gdzie można swobodnie posurfować. Mamy łącze szerokopasmowe, śmiga jak szalone.

Rzeczywiście. Zasięg sieci komórkowej był tak słaby, że mój laptop z mobilnym internetem godzinami ładował każdą stronę. Robert i Andrzej mówili, że ostatnia firma, która oferowała łącze radiowe, zwinęła manatki rok temu. Podobno zakłócenia sygnału były zbyt duże. Sieci telefoniczne też nie zarzucały gminy ofertami. Nikt nie zdecyduje się pociągnąć setek metrów kabla dla kilku niepewnych klientów.

– Jeśli chcesz skorzystać z sieci, zapraszam na zaplecze. Mamy tam dwa komputery dla nauczycieli. W tych jest blokada niektórych treści. Ale, ale, jak tam pierwszy dzień? Dali ci w kość?

– Troszeczkę – odparłem. – Da się przeżyć. A co u ciebie? Też klikasz?

– Przerzucam katalog na dysk. – Wskazała na obudowę komputera. – Jeszcze trochę mi zostało. Jak wprowadzę wszystkie zbiory, umieścimy je z Karolem, naszym informatykiem, na serwerze, tak by każdy miał do nich dostęp przez internet. Wtedy wystarczy, że wejdziesz na stronę, i zobaczysz, czy książka, na którą polujesz, jest dostępna, czy wypożyczona, a jeśli tak, to do kiedy. Karol opracowuje system rezerwacji.

Paliła się do tego projektu, to było widać. Nie co dzień spotyka się sześćdziesięciolatkę, z którą człowiek w moim wieku swobodnie rozmawia o nowych technologiach. Przypuszczałem nawet, że w tym temacie jej wiedza znacząco przerastała moją.

– Prawdziwy z ciebie demon sieci, chapeau bas!

– Jestem zaledwie początkującym karzełkiem – sprostowała, ale komplement wyraźnie jej się spodobał. – Demon to siedzi na tamtym fotelu.

Krótko przystrzyżona dziewczyna o czarnych jak smoła włosach wbijała wzrok w ekran monitora, pozostawiając zewnętrzny świat gdzieś daleko na peryferiach percepcji. Prawą ręką sprawnymi ruchami operowała myszą. Rozpoznałem ją. Chodziła do trzeciej B.

– Ewa przygotowuje nową stronę internetową szkoły – wytłumaczyła Zofia. – Już za poprzednią otrzymaliśmy nagrodę pomorskiego kuratora. Teraz podobno mamy startować w konkursie ogólnopolskim.

Obok siedziała inna dziewczyna. Wyższa, długowłosa i zdecydowanie mniej zainteresowana komputerem. Ją też rozpoznałem, choć nazwiska nie potrafiłem sobie przypomnieć. Skrobała coś w zeszycie i wydawała się równie nieobecna jak jej koleżanka. Pomyślałem nawet, że może pisze zadaną przeze mnie pracę. Od czasu do czasu lubiłem dowartościować się myślą, iż ktoś, choćby w niewielkim stopniu, bierze sobie do serca mój trud.

– Nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać. – Głos dotarł zza moich pleców. Odwróciłem się. Przede mną stał ksiądz i uśmiechał się życzliwie. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Adam – rzekł.

– Sylwester – odparłem nieco speszony. – Witam księdza.

– Adam – powtórzył. – Tyle wystarczy.

Biła od niego pogoda ducha. Miał posturę rubasznego mnicha z historii o Robin Hoodzie. Był ode mnie o głowę niższy, łysy i na oko o jakieś dziesięć lat starszy. Ciepły głos pasował do pyzatej twarzy. Zwykle czułem się nieswojo w towarzystwie osób duchownych. W jego przypadku niepewność prysła.

– Świeża krew bardzo się nam przyda – kontynuował Adam. – To fajne miejsce, szybko się zadomowisz. No i mieszkasz u Zosi, będzie ci matkować.

– Adaś, nie przesadzaj. – Zofia wyglądała na speszoną. – Tylko mi lokatora wystraszysz.

Przez długą chwilę rozmawialiśmy o błahostkach, zwykłych rzeczach. Jak to w pracy. Takiej, o której marzyłem.

5.

Powoli wpasowywałem się w rytm szkoły. Emocje pierwszego tygodnia opadły. Zaczynałem to ogarniać.

W weekend, zamiast pojechać do Gdańska, umówiłem się z Andrzejem i Robertem. Piliśmy miejscowe piwo w lokalu o wdzięcznej nazwie Muchomor. Ku mojemu zdziwieniu około dziesiątej dołączył do nas Adam po cywilnemu i opróżnił dwa kufle. Dobrze mi się z nimi rozmawiało. Byli tacy swojscy, niewymagający i na luzie. Brakowało mi podobnego wieczoru. Odpuszczenie wyjazdu do mamy okazało się dobrą decyzją, nawet jeśli konsekwencją będzie kolejna bura od siostry.

Zdarzył się tylko jeden zgrzyt. Dość mocno wstawiony Andrzej oparł się na moim ramieniu i zaczął nieco niezrozumiale bełkotać:

– Sylwek, powiedz, ale tak szczerze, co do cholery sprawiło, że przeprowadziłeś się na tę wiochę? Na twoim miejscu raczej bym stąd spieprzał.

Nie odpowiedziałem. Nie miałem ochoty. Odburknąłem coś na odczepnego.

– Baba – skwitował Andrzej, po czym kiwając się, pociągnął kolejny łyk. – Znam tę minę. Tylko baba może tak załatwić faceta. Gadasz z fachowcem, chłopcze. Dwa rozwody w ciągu piętnastu lat. Baba cię zniszczy i...

– Dość tego biadolenia – wtrącił Adam i puścił do mnie oko. – Za nasze kariery w superszkole. – Podniósł swój kufel.

– Na pohybel tej piz... – Robert urwał i zakaszlał nerwowo. – Sorry, Adaś. No to co by się nas Laurodont nie czepiał.

Za to mogliśmy wypić. Wszyscy.

6.

Dzień rozpoczął się od przywitania w pokoju nauczycielskim, kanapki z kiełbasą, mocnej kawy i kilku średnich dowcipów Andrzeja. Cztery godziny później stałem na środku sali lekcyjnej, z ludzką czaszką w ręku i zerowym pojęciem, co począć dalej. To było jak cios w mózg czymś cienkim, zimnym i przenikliwym.

Właściwie dziś pamiętam z tej chwili głównie ryk śmiechu Wilczyńskiego i idący w ślad za nim głośny rechot całej klasy trzeciej B. Pokładali się ze śmiechu. A ja byłem przerażony. Najwyraźniej wyglądałem komicznie.

Co tam się, do diabła, stało? Nic nie wskazywało na taki rozwój sytuacji. Lekcja przebiegała tradycyjnie. Uczniowie wydawali się znudzeni, senni i zniesmaczeni. Część wykonywała moje polecenia, inny markowali aktywność. Dwójka w ostatniej ławce ostentacyjnie mnie ignorowała. Nie przejmowałem się, dopóki siedzieli cicho. Mój plan przewidywał dotrwanie w takim stanie do końca tygodnia, a następnie atak w postaci sprawdzania prac domowych. Liczyłem na to, że jeśli odczują zagrożenie pozostania na kolejny rok w gimnazjum, coś w nich pęknie. Zawsze mogłem wezwać rodziców.

Jednak byłem naiwny. Zaczęło się od krzyku dziewczyny. Uczennica siedząca przed Wilczyńskim i Zwarą odskoczyła wyraźnie przestraszona. Chłopaki zanosili się od śmiechu.

– Co się dzieje ? – spytałem wybity z lekcyjnego rytmu.

Dziewczyna nie wróciła na krzesło. Stała pod oknem i wskazywała na Wilczyńskiego.

– Co jej zrobiłeś? – zapytałem ostro. – Wstań.

Nie ruszył się. Rozparty w ławce odwrócił ode mnie wzrok.

– Wstań powiedziałem!

Chłopak sięgnął do plecaka, wyjął coś z niego i rzucił w moim kierunku. Bezwiednie wyciągnąłem ręce. Myślałem, że to jakiś wazon albo piłka, ale to była czaszka. Ludzka czaszka. Trzymałem ją w dłoniach

– Łuuuu – usłyszałem i rozległ się ogólny śmiech.

Puste oczodoły wpatrywały się we mnie zimno. Zupełnie jakby czaszka była równie przerażona jak ja. Przez beznadzieję całej sytuacji próbował przedzierać się głos rozsądku. Nakazywał działanie. Jakiekolwiek.

– Skąd to masz ? – Starałem się, by ton głosu nie zdradzał zdenerwowania.

– Przybiegła do mnie w nocy z kosą i powiedziała, że teraz chce ciebie. I co? Zesrany?

Znów śmiech. Zachowaj spokój, nakazywałem sobie w myślach.

– Jest prawdziwa? – zapytałem.

– Jasne. – Szczerzył zęby. – Zaraz cię pożre.

Klasa wciąż rechotała. Rozległ się dzwonek, uczniowie zaczęli zbierać rzeczy.

– Zostać na miejscach! – ryknąłem. Zastygli. – Nikt stąd nie wyjdzie bez mojego pozwolenia.

Wilczyński też zaczynał tracić pewność siebie.

– Oddaj. – Wyciągnął ku mnie rękę. – Jest moja. Oddawaj.

Nie zwracałem już uwagi na jego bezczelność. Starałem się znaleźć wyjście z sytuacji. Zignorowałem Wilczyńskiego, podszedłem do biurka, wyjąłem z szuflady foliową torebkę i włożyłem w nią czaszkę. Była prawdziwa. Nie miałem co do tego wątpliwości.

– Zostańcie – nakazałem i opuściłem salę.

– Kurwa, oddawaj! – usłyszałem już w holu.

Obawiałem się, że wybiegnie i się na mnie rzuci. Dzieciaki z innych klas zdążyły już wypełnić korytarz. Nie zwalniałem. Szedłem szybkim, jednostajnym tempem. Od czasu do czasu kogoś potrąciłem, ktoś się nawet przewrócił. Walące serce rozdzierało mi klatkę piersiową.

Gdy dotarłem do sekretariatu, były w nim trzy osoby: sekretarka oraz dwie nauczycielki – jedna coś kserowała, druga rozmawiała przez telefon.

– Muszę się widzieć z dyrektorem – wypaliłem. – Natychmiast.

Sekretarka wlepiła we mnie zdziwione spojrzenie.

– Dyrektor pojechał na spotkanie do Urzędu Gminy – odparła.

– A pani dyrektor?

– Też.

Do głowy przyszła mi tylko jedna myśl. Nie miałem innego wyjścia.

– Proszę wezwać policję – rzekłem.

Kobieta zastygła.

– Policję? – nie dowierzała. – Ale dlaczego? Coś się stało?

– To – odparłem i położyłem na blacie czaszkę. – Uczniowie biegają po szkole z ludzkimi szczątkami. Trzeba natychmiast wezwać policję.

– Ale ja nie mogę. – Sekretarka zaczęła się jąkać. – Nie mogę bez zgody pani dyrektor. To niedopuszczalne. Muszę się z nią skontaktować.

Kobieta chwyciła za telefon i trzęsącą się ręką wybrała numer. Stała bez słowa przez długą chwilę.

– Poczta głosowa – odparła. – Ma wyłączoną komórkę.

– Proszę wezwać policję. – Traciłem cierpliwość. – To pani obowiązek.

– Ale tylko pani dyrektor...

Nie słuchałem jej. Wyjąłem z kieszeni swój telefon i wystukałem numer alarmowy. Gdy opowiadałem dyspozytorowi o całej sytuacji, widziałem, jak z twarzy sekretarki odpływają wszelkie kolory.

7.

Młody funkcjonariusz spisał moje zeznanie. Drugi poszedł przepytać Wilczyńskiego. Bezowocnie. Chłopak ulotnił się ze szkoły.

Informacja o awanturze rozeszła się lotem błyskawicy. Uczniowie szeptali i plotkowali.

Po godzinie policjanci zabrali czaszkę, która nadal znajdowała się w foliowym worku i, jak przypuszczałem, pojechali namierzać Wilczyńskiego w jego domu. Wróciłem do zajęć. Tego dnia miałem jeszcze ostatnią lekcję.

– Pani dyrektor prosi. – Sekretarka uchyliła drzwi i wkroczyła do sali. – Prosi natychmiast.

Zadałem uczniom ćwiczenie i poszedłem do gabinetu. Gdy tylko przestąpiłem jego próg, zaatakował mnie miażdżący wzrok Laury.

– Czy pan zwariował, do cholery? – wystrzeliła w moim kierunku. Siedziała za biurkiem, ja stałem jak uczniak. – Pracuje pan tu dwa tygodnie i już próbuje przejąć moje kompetencje? Nie miał pan prawa wzywać policji bez mojej wiedzy!

– Nie było z panią kontaktu – odparłem.

– Trzeba było poczekać! – krzyknęła, zrywając się na równe nogi. – Tylko ja, rozumie pan, ja mogę załatwiać podobne sprawy. Rozumie pan!!!

Przytaknąłem. Nie chciałem eskalować konfliktu.

– Przez lata pracuję na reputację tej placówki, jej nauczycieli i swoją. Nie pozwolę, żeby byle kto ją niszczył.

Wróciła za biurko i zaczęła przerzucać jakieś papiery. Uznałem to za koniec rozmowy. Byłem cały mokry, pot ściekał mi po skroni i karku. Cofnąłem się do drzwi.

– Jeśli media się tym zainteresują, pożałuje pan – usłyszałem na odchodne.

***

Pokój nauczycielski huczał. Przestąpiłem próg i natychmiast zwróciłem uwagę wszystkich.

– Ale afera. – Andrzej natychmiast rzucił się w moim kierunku. – Naprawdę miał czachę?

Przytaknąłem.

– Laura wpadła w furię – rzekłem.

– No jasne, to wariatka – podsumował Robert.

– Co z tym Wilczyńskim? – Głos mi drżał ze zdenerwowania. – U was to też taka zakała?

Robert wzruszył tylko ramionami.

– Widzę, że nasza nowalijka poznała pulsujący wrzód na dupie całej szkoły – powiedział. – Oj, przepraszam, Adaś, ale tego inaczej nazwać się nie da. Musisz go przetrwać i tyle. Tak jak wszyscy.

– Przetrwać? – Nie mogłem uwierzyć. – Mam to chamstwo tolerować? Dlaczego?

– Bo nasz ulubieniec Artur Wilczyński to syn starosty powiatu Krzysztofa Wilczyńskiego – oświecił mnie Andrzej. – Myślałem, że wiesz. To stary kumpel Mecha i Laury. Nasz dyrektor swoimi wpływami załatwia mu poparcie przed wyborami, a w zamian szkoła otrzymuje większą kasę. W dodatku Mech zapragnął sprawdzić się w polityce i, jak wieść gminna niesie, w przyszłym roku z ramienia Stowarzyszenie dla Kaszub ma zamiar startować do Sejmiku Wojewódzkiego. Stary Wilczyński natomiast szykuje się na posła. Teraz każdy popisuje się swoją zaradnością i kółko się kręci. A fakt, iż trafia do nas synalek wykolejeniec, trzeba jakoś przetrwać. Wilczyński szkołę skończyć musi. Kropka.

– A co na to jego wychowawca?

– Basia? A co ona może zrobić, skoro Laura trzyma wszystko za twarz? Stary Wilczyński regularnie wpada do dyrektorskiego gabinetu na herbatki. W dodatku mąż Basi pracuje w wydziale komunikacji w Starostwie Powiatowym i jest podwładnym Wilczyńskiego. Jak widzisz, dziewczyna ma związane ręce.

– To chore.

– Panowie, nie demonizujmy – odezwał się ksiądz. – Artur to trudne dziecko, ale takie też się zdarzają, to wyzwanie dla pedagogów. Wiecie doskonale, że młodzież jest różna. Do nas należy wyprowadzenie takich uczniów na ludzi.

– Łatwo ci mówić, bo Wilczyński nie chodzi na religię – skwitował Robert. – Masz z nim święty spokój.

– A wy jak reagujecie? – spytałem. – Tak po prostu dostaje promocję do następnej klasy?

– Pomimo wszystko nie jest idiotą – ciągnął Andrzej. – Stary wie, że synalek musi mieć podkładkę, dlatego raz po raz obryje się z jakiegoś tematu i dostaje dobrą ocenę. Czasem ktoś odrobi za niego zadanie domowe i gotowe.

– Nie mogę uwierzyć, że mówicie to z taką beztroską. Przecież to ewidentny przekręt, w którym bierze udział cała szkoła. A co z pozostałymi uczniami, tymi, którzy muszą się naprawdę naharować na dobre stopnie?

– Zrozum, chodzi o to, aby się go jak najszybciej pozbyć. Resztę i tak zweryfikuje egzamin. Stary już pewnie załatwił mu prywatną szkołę średnią. Prawdę powiedziawszy, mam to gdzieś. Zajmij się swoją robotą i zostaw gnojka w spokoju. Nie warto komplikować sobie życia.

8.

„Zostaw gnojka w spokoju” – słowa Andrzeja kołatały mi w głowie. Wtórował im stukot kół autosana. Byłem wkurzony. Głównie swoją bezsilnością. Całą noc o tym myślałem. Różne rzeczy w szkole widziałem – rozwydrzeni rodzice, uczniowie, babcie i dziadkowie to codzienność – ale o czymś takim jak w Sławinie jeszcze nie słyszałem. Nawet nie wiedziałem, jak to nazwać. Korupcja? Układ? Może. W każdym razie Laura Mech grała tu przewodnią rolę i nie miałem wątpliwości, że zechce zniszczyć każdego, kto stanie jej na drodze. Ja już byłem na cenzurowanym.

W piątek zebrałem od chętnych prace domowe. Miałem nadzieję przejrzeć je w weekend. Ostatnią lekcję skończyłem o trzynastej i od razu ze szkoły udałem się na przystanek PKS. Autobus przyjechał kwadrans później i tłukł się po wioskach przeszło trzy godziny. Do Gdańska dobrnąłem po szesnastej, a do mieszkania mamy na Morenie o szóstej.

– No jak ci tam jest? – zapytała, nim zdążyłem zdjąć buty. – Warto było tak zmieniać swoje życie?

– Warto, warto – zapewniłem. – Wszystko jest w porządku. Fajni ludzie, miła atmosfera. Tam naprawdę można odetchnąć.

– No nie wiem... wyjeżdżając, odciąłeś się od wielu możliwości. – Słyszałem to po raz setny i za każdym razem krew we mnie wrzała. Pohamowałem się jednak i nie skomentowałem. Skoro miałem wpadać do matki sporadycznie, postanowiłem, iż będą to wizyty pozbawione konfliktów.

– Dlaczego tylko ty masz cierpieć? – mama kontynuowała swoją tyradę, wielokrotnie pewnie przemyślaną podczas samotnie spędzanych wieczorów. – Ona robi karierę w tych bankach, a ty się cofasz. Nie rozumiem tego. Co z twoim awansem? Chcesz całkowicie osiąść na laurach? Są przecież inne dziewczyny. Proszę cię, zrób coś ze sobą.

– Dobrze, mamo. Wszystko będzie w porządku. Daj mi tylko trochę czasu. Poukładam to, zobaczysz.

– Oby, oby.

Im dłużej z nią rozmawiałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu o trafności decyzji związanej z wyjazdem. Nasilenia takich tyrad po prostu bym nie wytrzymał. Mogłoby dojść do nieprzyjemnych spięć, co dodatkowo popsułoby rodzinną atmosferę. Chciała dobrze, martwiła się, ale musiała w końcu przyjąć do wiadomości, że potrafię podejmować racjonalne decyzje.

Zjadłem kilka obowiązkowych dań, pogadałem z mamą do dziewiątej i wymawiając się zmęczeniem, położyłem się spać.

Mieszkanie na Morenie to typowe M4 w bloku z wielkiej płyty. Trzy niewielkie pokoje, kuchnia i łazienka. Dwa najmniejsze pomieszczenia zajmowaliśmy niegdyś z Anią, w dużym pokoju mieszkała mama z tatą, a później sama mama. Minęło osiem lat, odkąd się stamtąd wyprowadziłem, a jednak mój pokój nadal trwał w nienaruszonym stanie i czekał na lokatora. Oficjalnie był to pokój gościnny. Czasem na noc zostawała Ania z dzieciakami. Przyjemnie było po tylu latach przyłożyć znowu głowę do poduszki, w której towarzystwie spędziło się połowę dzieciństwa.

Choć czułem się zmęczony, sen nie nadchodził. W głowie kotłowały się myśli o niedoszłym ślubie, Laurze Mech, mamie i pretensjach Ani. Próba skatalogowania problemów pod względem ważności spełzła na niczym. Każdy z nich stanowił osobną igiełkę wbijającą się powoli w moje ciało. W końcu każdemu będę musiał stawić czoło. Zapaliłem lampkę i wyjąłem z teczki zeszyty trzecioklasistów. Te prace były dla mnie ważne, dawały bowiem pojęcie, na jakim poziomie umiejętności pisania są uczniowie w Sławinie. Z doświadczenia wiem, że dzieciaki mają ogromne trudności z przelewaniem myśli na papier, a lektura pierwszych tekstów utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Początkowy mnie rozbawił. Niejaki Leszek Luft bez zbędnej skromności określił siebie jako świetnego piłkarza na pozycji napastnika i najbliższe lata kariery wiązał z krótkim epizodem w Lechii Gdańsk, a następnie sławą w Barcelonie, Realu Madryt i Interze Mediolan. Miałem nadzieję, że osiągnie zapowiadany poziom Ligi Mistrzów, bowiem w posługiwaniu się mową polską tkwił na etapie krajowej okręgówki. Praca zajmowała jedną stronę zeszytu i zawierała osiemnaście błędów ortograficznych. O gramatycznych i interpunkcyjnych nawet nie wspominam. Potem było trochę lepiej. W wypracowaniu o pracy programisty komputerowego odnalazłem pasję dziewczyny z biblioteki. Kolejny chłopak chciał otworzyć firmę specjalizującą się w projektowaniu i zakładaniu instalacji elektrycznych. Miałem też lekkoatletę z aspiracjami olimpijskimi. Dalej poziom spadał. Zdania wydawały się coraz bardziej pokraczne i nielogiczne. Nagminne powtórzenia sprawiały wrażenie bezsensownej pisaniny na kolanie, byle tylko zapełnić puste kartki. Gdy nastała północ, byłem już potężnie zmęczony. Kwadrans później trafiłem na diament i poczułem natychmiastowy przypływ sił.

Sam wygląd zeszytu Alicji Maj, z niemal wykaligrafowanymi tematami zajęć, świadczył o nadzwyczajnej skrupulatności. Gdy zagłębiłem się w tekst, nie mogłem uwierzyć, że wyszedł spod pióra szesnastolatki. Dojrzałe, pełne pasji zdania przyciągały uwagę. Chciała zostać dziennikarką albo pisarką. Co więcej, czytając to, co stworzyła, byłem przekonany, iż osiągnie swój cel. Popełniła co prawda kilka nieznacznych błędów, styl wymagał szlifu, ale na Boga, ona miała szesnaście lat. Ja w jej wieku stawiałem w zeszycie niezgrabne kulfony.

Od najmłodszych lat kochałam przyrodę i chciałam o niej pisać. Opowieści taty i jego albumy o zwierzętach natchnęły mnie do stworzenia pierwszych historii. Tak powstał zając Felek i wiewiórka Wesołka. Tworząc ich przygody, czuję się, jakbym była w innym świecie. Jest radosny i przyjazny. Dla mnie to bardzo ważne, aby taki pozostał...

Przeczytałem trzystronicowy tekst dwa razy, a chwilę później jeszcze raz. Jeśli Alicja rzeczywiście samodzielnie to napisała, miała w sobie ogromny potencjał. Musiałem ją bliżej poznać. Gdyby posiadała jakieś teksty, to warto nad nimi popracować i być może przesłać do jednego z pism literackich. W końcu miałem jakiś cel, misję, której musiałem się podjąć. Nie mogłem dopuścić, by taki talent zmarnował się pod moimi skrzydłami.

***

W sobotę przyjechała Ania z Kamilą. Dla niemal pełnoletniej Kasi, drugiej z moich siostrzenic, pobyt u babci nie stanowił wystarczającej atrakcji. Młodsza o osiem lat Kamila znajdowała jeszcze w tego typu wizytach radość. Mama widocznie ożywała przy dziewczynkach. Żałowałem, że od dłuższego czasu regularnie pojawia się tylko jedna.

– Cześć, brat – rzuciła Ania od drzwi. – W końcu wpadłeś. Lepiej później niż wcale. Opowiadaj, jak tam w nowym życiu?

Powtórzyłem jej właściwie to samo co mamie. Pominąłem oczywiście fragmenty o czaszce, wrednej dyrektorce i spięciu z uczniami już pierwszego dnia. Skupiłem się na kreśleniu obrazu sielskiej prowincji i wspaniałego lokum u Zofii. Zjedliśmy obiad, po czym mama zasiadła przed telewizorem. Dwa następujące po sobie seriale stanowiły niezmienny element każdego dnia. Kamila zajęła się klikaniem w rozłożonego na stole laptopa. Pod pretekstem zmywania Ania wyciągnęła mnie do kuchni.

– Myślimy o sprzedaży tego mieszkania – rzuciła bez ogródek, gdy tylko zamknęła drzwi. – Chcę sprzedać swoje i kupilibyśmy wspólnie coś większego, tak żeby mama mogła mieszkać z nami.

Zatkało mnie. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewałem.

– Nasze mieszkanie? – Stałem oniemiały, próbując wyczytać z jej oczu jakiś sens tego pomysłu.

– Mieszkanie naszej mamy – odparła szybko. – Nie daję rady dbać o nią na odległość. Mam dom, pracę, obowiązki, a do tego jeszcze ty wyjechałeś. Tak będzie najlepiej.

– I powiedz jeszcze, że twój Stasiu przy tym nie majstrował.

Zapłonęła wściekłością.

– Wiesz co? Odwal się! Pieprzony braciszek. Właściwie nie muszę ci się tłumaczyć. To decyzja mamy.

– Decyzja mamy – fuknąłem ironicznie. – Obydwoje wiemy, że zrobi wszystko, co jej zasugerujesz. Jest od ciebie totalnie uzależniona.

– Tak? To może ty się nią zajmiesz? Będziesz robił zakupy, woził do lekarza, pilnował, by przyjmowała leki, sprzątał. Wyjechałeś, nie pytając nikogo o zdanie. Nie masz prawa podważać naszych decyzji.

– Połowę z tych rzeczy mogłaby robić sama – odparowałem. – Nie jest przecież obłożnie chora, to ty robisz z niej inwalidkę. Owszem, przeszła zawał, ale wyleczyła się i jest zdrowa. – Nie mogłem uwierzyć, że chciały sprzedać nasz rodzinny dom. Wychowałem się tu, kochałem to mieszkanie. – Spędziła w nim trzydzieści lat życia – powiedziałem, nieco ochłonąwszy. – Mieszkaliśmy tu z tatą. Niemożliwe, żeby chciała się wyprowadzić. Nie zgadzam się.

Ania zaniosła się śmiechem.

– Doprawdy? Tak się składa, że masz w tym temacie najmniej do gadania.

– Zobaczymy – rzuciłem i opuściłem kuchnię.

Do końca dnia nie odezwaliśmy się do siebie. Przed siódmą siostra wyszła. Cały wieczór siedziałem zasępiony, wpatrując się tępo w telewizor. To był mój azyl. Mały pokoik, w którym spędziłem ostatnią noc, stanowił przystań, w której mogłem się schronić w razie życiowych niepowodzeń. Nie miałem własnego kąta. Od czasu gdy się wyprowadziłem, przez trzy lata wynajmowałem mieszkanie, później zacumowałem u Eweliny. Tam miał być mój dom. Gdy po zerwaniu pakowałem manatki, choć przybity i załamany, wiedziałem, gdzie zawsze znajdę dach nad głową. Teraz chcieli mnie go pozbawić. Jakkolwiek wyglądałoby nowe mieszkanie Ani, nie będzie tam dla mnie miejsca. Nie wyobrażałem sobie, by jej Stasiu przyjął szwagra. Skurwysyn mieszał w naszej rodzinie, od kiedy się pojawił. Zdecydowanie wolałem Piotra, pierwszego męża Ani. Był ojcem moich siostrzenic i porządnym facetem. Nawet się zaprzyjaźniliśmy, ale w stosunku do siostry był zbyt uległy, a ona potrafiła to wykorzystać. Zdominowała go. Piotr w pewnym momencie nie wytrzymał presji i trzasnął drzwiami. Rozwiedli się dziesięć lat temu. Z tego, co wiem, znalazł ukojenie w ramionach koleżanki z pracy, podobno mają dziecko. Przed trzema laty Ania, pracując w biurze rachunkowym, poznała Stasia. Miał sklep z armaturą sanitarną i dokonywał u niej rozliczeń. Po roku znajomości pobrali się. Od początku mi się nie spodobał. Ania jako księgowa nieźle zarabiała, od dłuższego czasu jednak wciąż narzekali na brak pieniędzy. Wiecznie słyszałem o kredytach, pożyczkach i ratach. Ze strzępków rozmów z Anią i mamą wynikało, że interes szedł źle, a w dodatku super biznesmen Stasiu przeinwestował, otwierając nowy sklep dokładnie w momencie, gdy kryzys przystopował całą branżę. Musieli ratować się kredytami, by pospłacać wierzycieli i pracowników. Raz poprosił mnie o podżyrowanie kolejnego, a kiedy odmówiłem, urządził awanturę. Prawie się wtedy pobiliśmy. Byłem pewien, że z tym mieszkaniem to jego pomysł. Nie o mamę tu chodziło, a o kasę. Przez tego bałwana wszyscy mogliśmy zostać z niczym. Nigdy do tego nie dopuszczę.

Mama usiadła obok, stawiając przede mną herbatę.

– Rozmawialiście – bardziej stwierdziła, niż spytała. – Słyszałam. Uważasz, że to zły pomysł.

– To twoje mieszkanie – odparłem naburmuszony. – Zrobisz, co chcesz, ale jeśli pytasz mnie o zdanie, to tak, pomysł jest fatalny.

– Nie byłabym sama. Tam są dziewczynki i Ania.

– I Stasiu – dodałem. – Wyobrażasz sobie mieszkanie z nim pod jednym dachem?

– Ania mówi, że się zmienił. To jej mąż. Miałabym zresztą swój pokój, to ważne, mam dosyć samotności.

– Jak się wyprowadzisz, to... – Nie potrafiłem skończyć. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów łzy napłynęły mi do oczu. – To będzie koniec. A jeśli...?

– Synku. – Mama objęła mnie ramieniem. – On już nie wróci. Pogodziłam się z tą myślą. Minęło prawie trzydzieści lat, nie chcę dłużej czekać.

Część drugaAlicja

9.

Widok radiowozu pod szkołą wzbudza niepokój; gdy pojawiają się dwa, można oczekiwać prawdziwych kłopotów. Przekraczając w poniedziałkowy poranek próg Kotła, byłem w wisielczym humorze. Sprawa mieszkania mamy wytrąciła mnie z równowagi, a musiałem się skupić na zajęciach, by nie podpaść dyrektorce. W każdej chwili obawiałem się niezapowiedzianej hospitacji.

W pokoju nauczycielskim panowało spore poruszenie. Wypatrzyłem pod oknem popijającego kawę Andrzeja i ruszyłem w jego kierunku.

– Cześć – przywitałem się. – Co się dzieje? Widziałem policję.

– Nie wiesz? – Odstawił filiżankę. Mówił z wyraźnym przejęciem. – W piątek zaginęła uczennica. Przepadła jak kamień w wodę. Cały weekend jej szukali, bez rezultatu. Policja chce dokładnie odtworzyć, co robiła w ten dzień. Pewnie będą przepytywać dzieciaki

Serce podeszło mi do gardła. Zaginęła? Tak po prostu? Niepokój nieprzyjemnie drażnił żołądek.

– Nie wiedziałem. – Próbowałem zebrać myśli. – W piątek zaraz po lekcjach pojechałem do Gdańska. Wróciłem wczoraj wieczorem.

Do Sławina dotarłem po dziewiętnastej. Byłem przekonany, że Zofia już się położyła, dlatego udałem się bezpośrednio na górę. Gdy zszedłem rano na dół, już jej nie było.

– O kogo chodzi? – zadałem oczywiste pytanie.

– Alicja Maj – odparł. – Z trzeciej B.

Słowa Andrzeja uderzyły we mnie z mocą kowalskiego młota. Miałem nadzieję, że trwam w obłąkańczym śnie. Chciałem się z niego wyrwać, ale silna łapa rzeczywistości trzymała mnie w klaustrofobicznej przestrzeni pokoju. Alicja Maj? Dziewczyna której przyszłej karierze chciałem patronować? Nie mogłem uwierzyć. Kilkadziesiąt godzin temu czytałem jej pełną pasji pracę.

Przynosisz pecha. Cholernego, zabójczego pecha.

Do pokoju wszedł Mech, za nim Laura i dwóch znajomych policjantów. Zapewne stanowili pełną obsadę tutejszego posterunku.

– Jak zapewne państwo wiecie, mamy do czynienia z niepokojącym zdarzeniem. – Zwykle łagodny głos dyrektora zdradzał zdenerwowanie. – Jedna z naszych uczennic, Alicja Maj, zaginęła w piątek i do dziś nie dała znaku życia. Panowie z policji chcieliby przeprowadzić w szkole rekonesans, dlatego będę potrzebował państwa pomocy. Proszę o pozostanie w pokoju wszystkich, którzy tego dnia mieli lekcje z trzecią B. Chciałbym, abyście odpowiedzieli na kilka pytań. Każda informacja może okazać się pomocna.

– Tak, rozpatrujemy różne scenariusze – wtrącił policjant, który niedawno sporządzał protokół z mojego zeznania. – Może opowiadała państwu o jakichś swoich planach? Może kogoś poznała? Wiem, że uczennice w tym wieku rzadko zwierzają się nauczycielom, ale może usłyszeli państwo coś przypadkiem, w klasie albo podczas dyżuru na przerwie. Liczy się każdy szczegół. Dotyczy to zresztą wszystkich nauczycieli.

– A poszukiwania ? – spytała Basia Karpińska. – Nic nie dały?

Policjant otarł ręką spocone czoło. Po raz pierwszy, od kiedy pracowałem w tej szkole, w pokoju zapanowała absolutna cisza.

– Przez dwa dni szukało jej blisko dwieście osób. – Rezygnacja w jego głosie nie nastrajała optymistycznie. – Policja z psami, straż gminna, straż pożarna, ochotnicy. Do tej pory bez rezultatu, ale nie tracimy nadziei. Dziś jeszcze wokół jeziora i nad lasami przeleci śmigłowiec z kamerą termowizyjną.

– Boże, to straszne. – Matematyczka była autentycznie załamana. – Znam jej matkę. Jeśli coś się stało Alicji, ona tego nie przeżyje. Tym razem nie da już rady.

– Proszę państwa, musimy być dobrej myśli – zadudnił stanowczy głos Laury Mech. – Tych z was, którzy w piątek mieli lekcje z Alicją, proszę o pozostanie, reszta niech się uda na zajęcia.

Było kwadrans po ósmej. Jako że w piątek nie widziałem się z trzecią B, ruszyłem do wyjścia. Andrzej został.

– O której kończysz? – spytałem, nim opuściłem pokój.

– O wpół do drugiej, ale posiedzę do drugiej, muszę uzupełnić dziennik.

– Poczekaj kwadrans, chciałbym pogadać.

– Jasne. Będę tutaj.

Za cholerę nie mogłem skupić się na prowadzeniu lekcji. Gubiłem wątek, kilkukrotnie pomyliłem się przy dyktowaniu tematu i notatek. Cały czas myślałem o Alicji. Jak to możliwe, by szesnastolatka nagle zniknęła bez śladu? Ktoś ją porwał? Miała wypadek? Setki możliwości kłębiły się w mojej głowie. Najgorsze, że nie potrafiłem skojarzyć jej nazwiska z konkretną twarzą. Tych kilka dni pracy to zbyt krótki okres, by ogarnąć taką masę uczniów.

Trzecią B miałem tego dnia na czwartej godzinie. Atmosfera w klasie była duszna, nie chciałem ich męczyć. Oddałem zeszyty ze sprawdzonymi pracami i wpisałem te oceny, które uznali za pozytywne. Trójka uczniów na widok dostatecznego ucieszyła się, jakby dostała dyplom wyższej uczelni. W paru przypadkach naciągnąłem stopień do dobrego, by zachęcić ich do dalszej pracy. W końcu na biurku pozostał tylko jeden zeszyt. Zawierał pracę na piątkę i należał do Alicji Maj. Nikt nawet nie zbliżył się do jej poziomu. W myślach prosiłem Boga, by pozwolił tej zdolnej dziewczynie odebrać swój zeszyt.

Wilczyński i Zwara siedzieli cicho z tyłu, szepcząc coś do siebie. Do tej pory ich ignorowałem, wkrótce jednak musiało się to zmienić. Brak rozróby i ochrona dyrekcji nie oznaczały łatwego ślizgania się przez cały rok. Wbrew temu, co o swoim zachowaniu myślałem, po akcji z czaszką nabrali chyba do mnie trochę respektu.

Tak jak przypuszczałem, cała afera skończyła się dla nich bez żadnych konsekwencji. Wilczyński tłumaczył, że znalazł czaszkę w szlamie nad jeziorem, a policja przyjęła wstępnie, iż ludzkie szczątki mogły pochodzić z zalanego podczas powodzi cmentarza, skąd spłynęły wraz z falą powodziową do znajdującego się w dolinie zbiornika wodnego. Kilkanaście grobów mocno ucierpiało, gdy osunęła się ziemia. Takie przynajmniej krążyły plotki. W sumie brzmiały całkiem wiarygodnie. Gówniarze byli rozwydrzeni, nie podejrzewałem ich jednak o celowe rozkopywanie grobów.

Tak jak się umówiliśmy, Andrzej czekał na mnie po lekcjach. Gdy wszedłem do pokoju, siedział na swoim miejscu, pochłonięty wpisywaniem tematów do dziennika. Byliśmy sami.

– I co? – spytałem, siadając obok. – Doszli do czegoś?

Andrzej westchnął tylko i rozparł się na krześle.

– Te dwie niemoty nie odnalazłyby zagubionego psa, a co dopiero mówić o dziewczynie. Nie mają pojęcia, co mogło się stać. Ich dzień powszedni to sprzeczki sąsiadów i stłuczki samochodowe. W sezonie jakaś bijatyka. Przy grubszych sprawach wzywają wsparcie z powiatu. W piątek jacyś tu się pojawili i zarządzili poszukiwania. Ale nikt nie ma pojęcia, w jakim kierunku pójść. Wszędzie wokół tysiące hektarów lasu i jeziora. Nie sposób przetrząsnąć całego terenu.

– Ktoś musiał coś widzieć – nie dawałem za wygraną. – Przecież nie rozpłynęła się w powietrzu.

– Podobno wyszła ze szkoły i ślad po niej zaginął. Matka zaczęła się ostro martwić, gdy do piątej nie wróciła do domu. Później zadzwoniła na policję. Zanim odnaleźli i przepytali znajomych, nastała noc. W sobotę rano zaczęły się poszukiwania.

– Nie miała koleżanek, przyjaciółek? Z nikim nie rozmawiała?

– Trzymała się z Ewą Narloch, właściwie zawsze widywałem je razem. Ta podobno nic nie wie. Alicja wyszła ze szkoły, zanim skończyły się lekcje.

– Uciekła z zajęć?

– Chyba ma zwolnienie z WF-u. Szpak z ostatnich lekcji puszcza je do domu. Cholera, nie wiem, co się mogło stać. To spokojne miejsce. Czasem ktoś da sobie po twarzy, głównie w sezonie, ale to wszystko. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek jakiś dzieciak przepadł bez wieści.

Do teraz, pomyślałem. Do mojego przyjazdu.

– Mogła mieć wrogów? – kontynuowałem wywiad. – Zadarła z kimś?

Andrzej obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.

– A ty co? Trzeci brat naszej policyjnej załogi? Przecież ledwo ją znałeś.