Szklane skrzydła motyla - Katrine Engberg - ebook

Szklane skrzydła motyla ebook

Katrine Engberg

4,0

Opis

Pasjonujący thriller o misternej zemście, w którym prawdziwy sprawca, niczym tytułowy motyl szklanoskrzydły, do samego niemal końca pozostaje „niewidoczny”

dla tropiących go detektywów…

Pewnego jesiennego poranka roznosiciel gazet dokonuje makabrycznego odkrycia: w fontannie na Strøget, głównym deptaku Kopenhagi, znajduje ciało nagiej kobiety. Policja ze zdziwieniem odkrywa brak jakichkolwiek śladów krwi, na ciele ofiary są natomiast liczne nacięcia. Wszystko wskazuje na to, że ofierze upuszczono krew. W ciągu następnych dwóch dni pojawiają się dwa kolejne ciała, jedno w fontannie przed Szpitalem Krajowym, drugie w jednym ze stawów w centrum miasta. Wszystkie ofiary zginęły w ten sam sposób: upuszczono im krew, używając do tego rzadkiego rodzaju skalpela - skaryfikatora. Poza tym okazuje się, że wszystkie trzy ofiary coś wiąże: wszystkie pracowały w ośrodku terapeutycznym Dom Motyl dla młodzieży z problemami psychicznymi. Ośrodek został rozwiązany kilka lat wcześniej po samobójstwie jednej z młodych pacjentek. Teraz zaczynają ginąć osoby z nim związane. Kto będzie następną ofiarą? Kto zabija i dlaczego? Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Katrine Engberg jest prawdziwą gwiazdą współczesnego kryminału”.

Camilla Läckberg

„Najnowsza powieść Katrine Engberg to wyrafinowana, znakomita rozrywka. Autorka wprost zaczarowuje czytelnika: kiedy jakaś tajemnica zostaje rozwikłana, okazuje się, że kryje ona kolejną”.

„Information”

„Rewelacyjny thriller… Wartka akcja i świetny język, dodatkowo poczucie humoru i wspaniała stara Kopenhaga”.

„Berlingske Tidende”

Katrine Engberg przejmuje prowadzenie wśród autorów kryminałów”.

„Fyens Stifttidende”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Katrine Engberg Szklane skrzydła motyla Tytuł oryginału Glasvinge ISBN Copyright © Katrine Engberg 2018 Published by agreement with Salomonsson AgencyAll rights reserved Copyright © for the polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Marta Stołowska Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Sysse Engberg, bohaterki i matki

PONIEDZIAŁEK, 9 PAŹDZIERNIKA SZEŚĆ DNI WCZEŚNIEJ

ROZDZIAŁ 1

— Typowe!

Frederik otarł wodę z czoła i przesunął do tyłu kaszkiet. Szybkim ruchem naciągnął na głowę kaptur peleryny, upewnił się, że przytwierdzona do bagażnika torba jest zamknięta, i zaczął pedałować. Zawsze kiedy budzik dzwonił o piątej piętnaście, niechętnie podnosił się z łóżka, dzisiaj jednak było mu trudniej niż zwykle. Ulewa sprawiła, że musiał sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle zgodził się rozwozić gazety. Sześć dni w tygodniu, piętnaście kamienic w centrum Kopenhagi, sześćset dwadzieścia stopni w górę i w dół. Chodził do drugiej klasy liceum i niestety tylko w ten sposób mógł zarobić na wycieczkę szkolną. A bardzo mu na niej zależało.

Ruszył po bruku, zostawiając za sobą w ciemnościach centralę rozdzielającą prasę. Komórka w kieszeni wtłaczała mu do uszu muzykę, która dodawała mu energii. I got myblack shirt on, I got my black gloves on. Miał dla siebie najbardziej ruchliwą ulicę handlową w mieście. Jechał na stojąco przez Strøget, minął Gammeltorv i dotarł do Nytorv. Mijał elegancko otynkowane piętrowe kamienice z oknami ze szprosami i miedzianymi rynnami, które teraz ledwie odbierały jesienny deszcz, rosnące tu mizerne drzewa i kopenhaskie ławki, na których zostawiano śmieci, wciskając je między pomalowane na ciemnozielono deski. Poranny mrok rozjaśniały piaskowe filary budynku kopenhaskiej Rady Miejskiej, który wyglądał jak palec uniesiony w moralizatorskim geście nad licznymi barami, mieszczącymi się w okolicznych piwnicach. Za dnia rynek był miejscem spotkań posłańców na rowerach, turystów i sprzedawców biżuterii z niklu. O tej porze jednak świecił pustkami.

Frederik zeskoczył z roweru i postawił go obok fontanny na środku rynku. Zdjął słuchawki i upewnił się, że drobne przeznaczone na ciepłą cynamonową bułeczkę znajdowały się w kieszeni. Spojrzał szybko na lustro wody w fontannie, które drżało w mroku od kropli deszczu.

W wodzie coś leżało.

Ale w wodzie często coś leżało. Zatrudnieni przez gminę sprzątacze codziennie wyjmowali z fontanny puszki po piwie, foliowe torebki i — co trudno było zrozumieć — buty nie do pary.

Jednak to nie były buty.

Frederik zachwiał się. Trzy metry od niego, w najstarszej kopenhaskiej fontannie unosił się na wodzie człowiek — ręce miał rozłożone na boki, twarz zwróconą w dół. Krople deszczu trafiały w nagie ciało, rozbryzgując wodę tak, że powstawały setki małych fontann.

Przez chwilę Frederik nie mógł się ruszyć. Był sparaliżowany, jak w sennym koszmarze, z którego zwykle budził się, żałując, że jest już za duży, by szukać pocieszenia u mamy.

W końcu schrypniętym głosem zawołał nieskładnie:

— Ratunku! Halo! Ktoś leży w wodzie!

Wiedział, że powinien wskoczyć do fontanny, odwrócić ciało, coś zrobić. Ale ciepła uryna, który spływała mu po nogach, dodatkowo podkreślała, że w tym momencie nie był w stanie udzielić komukolwiek pomocy.

Ponownie spojrzał na leżące w wodzie ciało. Jeszcze nigdy nie wiedział martwego człowieka.

Na drżących nogach pobiegł do otwartego całą dobę kiosku. Automatyczne drzwi otworzyły się i rozszedł się zapach masła cynamonowego. Jasnowłosa ekspedientka nuciła coś pod nosem. Woda z kaptura kapała Frederikowi do oczu. Wytarł ją: woda i sól.

— Niech ktoś mi pomoże, do diabła! Zadzwoń na policję!

Kobieta zrobiła wielkie oczy, puściła tacę z cynamonowymi bułeczkami i sięgnęła po komórkę.

*

Deszcz zalewał Kopenhagę. Zarysy ceglanych ścian zamazywały się, jakby całe miasto płynęło. Niebo zsyłało kaskady nienaturalnie ciepłej wody na parasolki i bruk starego rynku, Gammeltorv.

Asystent policji Jeppe Kørner zmrużył oczy i odważył się spojrzeć do góry. Żadnej nadziei. Może świat rzeczywiście zanikał, a oceany postanowiły odebrać resztkę należnego im lądu. Otarł twarz mokrą dłonią, stłumił ziewnięcie i schylił się, żeby przejść pod policyjną taśmą. Buty piły wodę, idąc, słyszał chlupotanie.

Widział, jak zamazane postaci ubrane w przeciwdeszczowe płaszcze rozstawiają namioty wokół fontanny. Takie same, jakie zwykle wypożycza się na przyjęcia w ogrodzie, mając nadzieję, że okażą się niepotrzebne. Szybko wbiegł do pierwszego z nich i spojrzał na zegarek. Kilka minut po siódmej. Gdzieś ponad chmurami wstawało słońce. Nie żeby to coś zmieniało. Dzień zapowiadał się w odcieniach szarości.

W fontannie leżało nagie ciało, odbijało światło padające z reflektorów techników kryminalnych. Jeppe przyglądał się scenie, wkładając ochronny kombinezon na mokre ubranie. Ciało leżało twarzą w dół. Sądząc po szerokości ramion i wcięciu w pasie, była to kobieta. Naga, w średnim wieku, o ciemnych włosach, lekko przyprószonych siwizną.

— Wiedziałeś, że ta fontanna nazywa się Studnią Caritas?

Jeppe odwrócił się i spojrzał w oczy technikowi kryminalnemu, J.H. Clausenowi. Jego pomarszczoną twarz okalał kaptur niebieskiego kombinezonu, wyglądał jak harcerz przebrany za kosmonautę.

— Nie, nie wiedziałem, co zapewne cię ucieszy.

— Caritas to po łacinie miłość, pragnienie dobra. Dlatego umieszczona na górze postać przedstawia ciężarną kobietę. Symbol miłości bliźniego — wyjaśnił Clausen, otarł krzaczaste brwi z kropli deszczu i potrząsnął dłońmi.

— W tej chwili bardziej interesuje mnie, dlaczego w fontannie znajduje się ciało — powiedział Jeppe. — Co mamy?

Clausen rozejrzał się, znalazł oparty o słupek namiotu parasol, chwycił go, otworzył i wyszedł ostrożnie na zewnątrz.

— Paskudna pogoda. Jak tu pracować w takich warunkach. Chodź! — zawołał.

Jeppe musiał się schylić, żeby jego długie ciało zmieściło się pod parasolem Clausena. Zatrzymali się przy kamiennym brzegu fontanny i zaczęli przyglądać się martwej kobiecie. Krople deszczu padały na jej białą skórę, sprawiając, że przypominała marmurowy posąg. Policyjny fotograf szukał miejsca, które zapewniłoby mu najlepsze ujęcia, chroniąc jednocześnie aparat przed deszczem.

— Zanim będziemy w stanie cokolwiek powiedzieć, technicy muszą wyjąć ciało z wody. Nie wiem, dlaczego do tej pory tego nie zrobili. Z tego, co widać, to kobieta, rasy kaukaskiej, średniego wzrostu, w wieku około pięćdziesięciu lat.

Powiew wiatru poruszył ciało, przepłynęło obok nich i uderzyło głową o krawędź fontanny.

— Znalazł ją roznosiciel gazet o piątej czterdzieści. Dwie minuty później z pobliskiego kiosku poinformowano o zdarzeniu policję. Zgodnie z protokołem próbowano przywrócić akcję serca. Roznosiciel gazet i sprzedawczyni czekają w kiosku na przesłuchanie. Jest z nimi policjant. Ekspedientka stawiła się w pracy o piątej i jest pewna, że wówczas fontanna była pusta, czyli do zbrodni doszło między godziną piątą a piątą czterdzieści rano.

— Myślisz, że tu zginęła? — Jeppe zdjął kaptur, żeby lepiej przyjrzeć się miejscu. — Na środku Strøget?

Clausen odwrócił się w jego stronę, parasol przechylił się i Jeppe poczuł na skórze deszcz. Wystarczyła chwila i miał mokre włosy.

— Przepraszam, Kørner, niech to szlag! Przemokłeś? A wracając do tematu, to wyraziłem się nieprecyzyjnie. Raczej nie została tu zabita. Z kilku powodów.

— Byłoby to zbyt ryzykowne... — wtrącił Jeppe, próbował nie zwracać uwagi na krople, które ciekły mu po karku i plecach.

— Tak, przecież mógł pojawić się jakiś przypadkowy przechodzień. Już to, że morderca zostawił ją w takim miejscu, wydaje mi się nieprawdopodobne. — Clausen pokręcił głową zdziwiony. — Ale to nie jedyny powód. Widzisz te niewielkie nacięcia na skórze rąk? Trudno je zauważyć, kiedy ciało jest zanurzone w wodzie.

Jeppe zmrużył oczy i próbował dojrzeć coś przez strugi deszczu. Na dłoniach ofiary zauważył w końcu małe, równoległe cięcia, które tworzyły symetryczny wzór. Otwarte rany, białe ciało. Jeppe miał przed oczami obraz gnijącego na brzegu wieloryba. Przełknął głośno ślinę.

— W wodzie nie ma krwi?

— Właśnie! — Clausen pokiwał głową z uznaniem. — Z pewnością bardzo krwawiła, a ani w wodzie, ani wokół fontanny nie ma śladu krwi. Nawet deszcz nie zmyłby wszystkiego. Musiała zginąć gdzie indziej.

Jeppe rozejrzał się po fasadach starych kamienic.

— Jest tu mnóstwo kamer monitoringu. Jeśli ktoś wrzucił ciało do fontanny, to na pewno zostało to nagrane.

— Jeśli? — Clausen był oburzony. — Zapewniam cię, że na pewno nie pocięła się sama, żeby chwilę później wskoczyć do fontanny.

— Czym zrobiono te cięcia?

— Tego jeszcze nie wiem. Nyboe weźmie ją w obroty. — Clausen miał na myśli profesora Nyboe, patologa z medycyny sądowej, który zwykle w takich przypadkach przeprowadzał sekcję. — Na pewno nie ma tu narzędzi zbrodni. Psy węszą już od pół godziny i niczego nie znalazły. Nie ma też jej ubrania.

W kieszeni Jeppego zabrzęczała komórka, wytarł rękę w nogawkę spodni i wyjął ostrożnie telefon. Na ekranie przeczytał „Mama”, odrzucił połączenie. Co od niego chciała?

— A więc ktoś przewiózł przez miasto ciało nagiej, martwej kobiety i wcześnie rano wrzucił je do fontanny na głównym kopenhaskim deptaku.

— Wiele wskazuje, że tak właśnie było. — Na twarzy Clausena pojawił się przepraszający grymas, jakby częściowo poczuwał się do winy za ten absurdalny scenariusz.

— Komu, do licha, mogło coś takiego przyjść do głowy?

Jeppe otarł wodę z karku i przetarł piekące oczy. Źle spał i zdecydowanie za krótko. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu dzisiaj zmierzyć się z taką sprawą.

It’s raining again. Too bad I’m losing a friend.

Banalna, irytująca piosenka nie dawała mu spokoju. Był zły, zmęczony i zestresowany. Gdyby przynajmniej sam mógł wybrać dręczącą go melodię. It’s raining again. Ohno, my love’s at an end. Włożył kaptur i ruszył do kiosku, gdzie czekał na niego roznosiciel gazet.

*

Krzyk był nie do wytrzymania. Niekończąca się, bezradna żałosna pieśń w tonacji przypominającej krzyk śmiertelnego przerażenia albo wiertło dentystyczne w akcji. Najgorszy dźwięk na świecie.

Asystentka policji Anette Werner przewróciła się na drugi bok i mocno zacisnęła powieki. Svend zajmował się dzieckiem. Miała teraz szansę odespać te godziny, które zarwała w nocy. Nakryła głowę poduszką, żeby odciąć się od wszelkich dźwięków. Oddałaby wiele za jedną przespaną noc.

Płacz mieszał się z uspokajającym głosem Svenda w pokoju obok. Gdyby tylko zamknął drzwi. Może powinna wstać i sama to zrobić? I tak musiała iść do toalety. Przed pierwszym sierpnia tego roku zignorowałaby pełen pęcherz i spała dalej, ale teraz nie miała pewności, czy jej ciężko doświadczone czterdziestoczteroletnie ciało posłucha.

Usiadła i spuściła nogi na podłogę. Zaczęła się zastanawiać, kiedy minie ten dziwny stan, w którym się znajdowała, coś pomiędzy kacem a jetlagiem.

Podniosła się powoli, czując ciężar wszystkich kości, jej osłabione mięśnie nie były w stanie dźwigać równie skutecznie jak kiedyś. Bolały ją piersi. Spojrzała na siebie i odkryła, że po raz kolejny, kładąc się do łóżka, nie zdjęła butów, przeszła przez dywan niczym zombie, minęła pokój dziecka i poszła do łazienki. Nie pojmowała, jak Svend mógł być taki spokojny i trys-kać optymizmem. Zamknęła drzwi i spojrzała na siebie w lustrze. Wyglądam jak żywy trup, pomyślała, siadając na sedesie.

Chciałabym nie żyć.

To samo pomyślała niespełna rok temu, kiedy odkryła, że jest w ciąży. Nie planowali dzieci. Zamiast dzieci mieli psy. Kiedy skończyła czterdziestkę, przestali w ogóle o tym rozmawiać. Pewnie dlatego też nie zawsze pamiętali, żeby się zabezpieczać. Wyparli myśl, że seks mógł prowadzić do rodzicielstwa. Przez dłuższy czas Anette podejrzewała, że jest chora. Była przekonana, że po ojcu odziedziczyła słabe serce i że wkrótce czekają ją by-passy, a może nawet rozrusznik. Kiedy lekarz pokazał jej wyniki badania krwi, najpierw poczuła ulgę, potem przyszedł szok.

Chciałabym nie żyć.

Właściwie wszystko poszło dobrze. Ku jej zaskoczeniu Svend nawet się ucieszył i cały czas ją wspierał. Ciąża przebiegła wzorcowo, liczba fałdek na karku dziecka była imponująca, sam poród odbył się bez problemów. Anette — wbrew obawom — pobiła chyba rekord szybkości, jeśli chodzi o pierwszy poród kobiety po czterdziestce. Ale kiedy podano jej córeczkę, śliczną i czystą, która natychmiast zaczęła ssać pierś, nie czuła niczego. Ani więzi, która podobno powinna powstać sama z siebie, ani miłości.

Ze Svendem było inaczej.

Przez ostatnie dwa i pół miesiąca córeczka całkowicie go zawojowała. Już samo to, jak patrzył na nią, kiedy trzymał ją na rękach! Duma w jego wzroku. Życie rodzinne okazało się naturalnym środowiskiem Svenda. Był ojcem w każdym calu. Anette próbowała, naprawdę się starała. Gdyby tylko nie to ciągłe zmęczenie.

Oparła ręce na udach, pochyliła się i schowała twarz w dłoniach.

— Śpisz, skarbie?

Podniosła głowę i natychmiast poczuła, jak ciągną ją mięśnie karku. Zaraz rozboli ją głowa. Głos Svenda doszedł ją z drugiej strony drzwi łazienki, pewnie stał tuż za nimi.

— Sikam. Nie możesz zaczekać?

I znów w jej głosie pojawił się ten pełen zniecierpliwienia ton, który tak często słyszała u innych kobiet, ale do którego rzadko sama się uciekała. Wstała, umyła ręce i otworzyła drzwi.

— Mała jest głodna. Dlatego marudzi. Spójrz, próbuje ssać. — Svend uniósł delikatnie córeczkę, pocałował w czoło i podał ją żonie.

Anette wyciągnęła ręce i natychmiast poczuła paraliżujący strach: bała się, że upuści małą. Ludzie, którzy porównywali posiadanie psów z posiadaniem dzieci, tak naprawdę nie mieli pojęcia, o czym mówią, chociaż jeszcze dwa miesiące temu była skłonna przyznać im rację. Spojrzała na płaczące dziecko.

— Brakuje mi chłopaków — powiedziała. — Jak myślisz, kiedy będziemy mogli po nich pojechać?

Svend spojrzał na nią zatroskany.

— Psy mają się świetnie u mojej mamy. Mogą tam spokojnie zostać jeszcze kilka tygodni. Trzy razy dziennie chodzą na spacery na bagna. Teraz najważniejsza jest mała Gudrun.

— Nie nazywaj jej tak! Jeszcze nie wybraliśmy imienia. — Anette minęła męża, przygniatając go niemal do ściany w wąskim korytarzu.

— Myślałem, że podoba ci się imię Gudrun.

Anette ruszyła do drzwi wejściowych.

— Usiądę w samochodzie i dam jej pierś. Nic nie mów. Tam jest mi po prostu najwygodniej.

Trzasnęła drzwiami najgłośniej, jak potrafiła, trzymając dziecko na ręku. Pobiegła w deszczu do samochodu stojącego na zadaszonym podjeździe i otworzyła drzwi. Dziewczynka przestała płakać, może z powodu deszczu, który nieoczekiwanie zmoczył małą główkę.

Samochód pachniał znajomo i bezpiecznie: pracą i psami. Usiadła wygodnie, podciągnęła bluzkę i przyłożyła córeczkę do nabrzmiałych piersi. Mała natychmiast zaczęła ssać. Uspokoiła się. Anette odetchnęła z ulgą, próbując opanować stres. Wytarła delikatnie kroplę deszczu z czółka i pogładziła miękkie ciemiączko. Kiedy dziewczynka leżała spokojnie i cicho, była całkiem miła. Anette najtrudniej było poradzić sobie z płaczem i nieprzespanymi nocami. Poza tym brakowało jej pracy.

Zerknęła w stronę domu. Svend zapewne zajął się odkurzaniem i porządkami. Szybkim ruchem otworzyła skrytkę samochodową i wyjęła z niej policyjne radio. Powinna zdać je, gdy odchodziła z komendy, ale dotąd tego nie zrobiła. Wiedziała, że to tylko kwestia czasu, zanim ktoś się zorientuje, że zniknęło, ale dopóki działało, słuchała z przyjemnością. Włączyła odbiornik. Upewniła się, że dźwięk był na tyle cichy, że nie przeszkadzał dziecku. Kiedy usłyszała znajome trzaski, poczuła skurcz żołądka.

...potrzebne wsparcie na Gammeltorv w Kopenhadze, gdzie znaleziono ciało. Zostanie ono wkrótce przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej. Okolice Frederiksberggade, Gammeltorv i Nytorv pozostaną zamknięte do czasu, aż technicy kryminalni z Wydziału Øst skończą zabezpieczać ślady...

Zabójstwo na Gammeltorv? Na pewno zajmują się nim jej koledzy z komendy. Anette nastawiła głośniej i jęknęła z bólu. Dlaczego coś tak naturalnego jak karmienie piersią musiało tak cholernie boleć?

...potrzebne pliki z kamer monitoringu. Sprawą zajmuje się jednostka śledcza komendy po kierownictwem funkcjonariusza Kørnera.

Funkcjonariusz Kørner. Asystent policji Jeppe Kørner, zatrudniony w sekcji pierwszej wydziału zbrodni zagrażających zdrowiu i życiu, czyli dawnym wydziale zabójstw. Jej partner.

Kørner, teraz już bez Werner. Werner, teraz bez pracy.

Anette wyłączyła radio.

*

— Ktoś wie, co z Saidani?

Jeppe rzucił pytanie, porządkując kable do komputera. Właś-ciwie to on powinien wiedzieć najlepiej, gdzie obecnie znajdowała się asystentka policji Sara Saidani, ponieważ większość nocy spędził w jej łóżku. To jednak na razie — tak postanowili — miało pozostać między nimi.

— Chyba ma chore dziecko. Odra? Trąd? Dzieciaki cały czas coś łapią. Pewnie nie przyjdzie. — Funkcjonariusz Thomas Larsen rzucił papierowym kubkiem po drogiej kawie na wynos. Kubek zatoczył elegancki łuk i wylądował w koszu na śmieci. Larsen nie miał dzieci i nie rozumiał potrzeby ich posiadania — czego zresztą nie ukrywał przed kolegami.

Jeppe spojrzał na zegar nad drzwiami. Było pięć po dziesiątej.

— A więc zaczniemy bez niej.

Zauważył, że zdjęcia z monitoringu były zamazane, odwrócił się i poprawił ostrość, obraz na ekranie zaczął migotać. Skinął głową kolegom, którzy skupieni czekali z notesami na kolanach. Nie codziennie znajdowano okaleczono ciało w fontannie na Strøget.

— Podsumujmy, co wiemy. Centrala dostała wiadomość o piątej czterdzieści dwie, sześć minut później na miejscu pojawił się pierwszy patrol. Obecny tam lekarz dyżurny stwierdził zgon kwadrans po szóstej. — Jeppe skrzyżował ręce na piersiach. — Lima 11 natychmiast uznał zgon za podejrzany i wezwał posiłki.

Drzwi do sali konferencyjnej się otworzyły, Sara Saidani wślizgnęła się cicho do środka i usiadła na krześle pod ścianą. Jej mokre loki lśniły od deszczu, a oczy błyszczały.

Jeppe natychmiast poczuł przypływ energii, jak zawsze kiedy Sara była w pobliżu.

Ona.

Sara Saidani, koleżanka z jednostki śledczej, matka dwójki dzieci, rozwiedziona, o tunezyjskich korzeniach i skórze koloru mlecznej czekolady.

— Witamy, Saidani — rzucił i spojrzał na notes przed sobą, chociaż doskonale wiedział, co miał zapisane.

— Zmarła to pracownica socjalna, Bettina Holte, pięćdziesiąt cztery lata, zamieszkała w Husum. Wczoraj zgłoszono jej zaginięcie, dlatego zdjęcie ofiary było w systemie POLSAS. Oficjalnie jej tożsamość nie została jeszcze potwierdzona. — Jeppe nawiązał do wewnętrznego systemu, w którym można było znaleźć wszelkie informacje, także o zakończonych już sprawach. Można było pomyśleć, że to świetne rozwiązanie, niestety system nie działał tak skutecznie, jak powinien. — Rodzina została wezwana, więc wkrótce będziemy mieć pewność. Ciało było nagie, leżało twarzą w wodzie, co widać na tym zdjęciu.

Jeppe wskazał na gruboziarniste zdjęcie, wcisnął klawisz i na ekranie ukazało się zbliżenie białego ciała leżącego w czarnej wodzie.

— Zgodnie z zeznaniami świadków o godzinie piątej rano ciała nie było jeszcze w fontannie, więc zakładamy, że znalazło się tam między godziną piątą a piątą czterdzieści. Nie mamy jeszcze wszystkich plików z monitoringu...

— Kørner?

— Tak...

— Pozwoliłam sobie zabezpieczyć nagrania z kamer miejskich umieszczonych w okolicy i przejrzałam je. Dlatego się spóźniłam. — Sara Saidani podniosła rękę, w której trzymała pamięć USB. — Nagranie z kamery nad kioskiem jest bardzo dobre. Nastaw na godzinę piątą siedemnaście.

Jeppe wziął pamięć USB i skinął głową z aprobatą. Podłączył pamięć do komputera. Na ekranie pokazał się ciemny, pusty plac, żadnego ruchu, w pewnym momencie wiatr przewrócił gdzieś rower. Przy godzinie piątej szesnaście przestawił z szybkich obrotów na normalne, po minucie na górze obrazu pojawił się cień.

— Nadjechał od strony Studiestræde, kieruje się do fontanny — stwierdził podekscytowany Larsen. — Na czym on jedzie?

— On albo ona. Na rowerze towarowym. Patrzcie uważnie! — powiedziała Sara i wskazała na ekran.

Ciemna postać zbliżała się do fontanny i latarni ulicznej wiszącej nad Fredriksberggade. Rzeczywiście jechała rowerem z przyczepką, miała na sobie pelerynę z kapturem. Nie można było stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Rower zatrzymał się obok fontanny.

— Zsiadł z roweru jak facet. Uniósł nogę nad siodełkiem — zauważył Larsen. Wstał i pokazał, co miał na myśli.

— Ja też tak zsiadam roweru. To nic nie znaczy — zareagowała Sara natychmiast. — Zwróćcie uwagę na przyczepkę...

Postać w pelerynie zdjęła kawałek ciemnego materiału czy plastiku z długiej, płaskiej przyczepki. Pojazd przypominał typowy miejski rower towarowy, popularny model, tak zwany Long John. Nagie ciało błyszczało w ciemnościach. Tajemnicza osoba podniosła je szybko i wrzuciła do fontanny. Stała chwilę, przyglądając się ciału w wodzie.

Jeppe liczył sekundy: dwie, pięć.

— Co on robi?

— Gapi się — stwierdził Larsen. — Pewnie się żegna.

Po siedmiu długich sekundach ciemna postać wsiadła na rower i ruszyła w tym samym kierunku, z którego przyjechała.

Jeppe odczekał jeszcze chwilę, chcąc się upewnić, że nic więcej ciekawego się już nie wydarzyło, po czym zatrzymał nagranie. Morderca na rowerze z przyczepką. Only inDenmark! Westchnął zmęczony.

— Saidani, prześlij, proszę, nagrania z monitoringu do krajowego centrum kryminalistyki i poproś, żeby sprawdzono wszystkie kamery w okolicy. Może dowiemy się, skąd się tu wziął, poznamy trasę, którą jechał.

Jeppe poczuł na sobie spojrzenie brązowych oczu Sary. Była zadowolona, wręcz promieniała. Jest zakochana? Jeppe szybko spuścił wzrok. Musiał się pilnować, żeby się nie uśmiechnąć.

— Pracujemy jak zawsze, czyli szukamy odpowiedzi na pytania: jak, dlaczego i kto. Ja pracuję z Falckiem, Saidani z Larsenem.

Larsen uniósł ręce w zwycięskim geście. Jeppe był poirytowany na samą myśl, że ten kretyn będzie pracować z Sarą. Ale tak musiało być, nie mógł ryzykować, że ludzie zaczną plotkować.

— Falck i ja zajmiemy się obdukcją, a następnie przesłuchamy krewnych Bettiny Holte. Zakładając, że to rzeczywiście ona. Saidani — jak zawsze — sprawdzi maile, połączenia telefoniczne i media społecznościowe.

Sara skinęła głową.

— Nie mamy żadnych jej rzeczy osobistych? Portfela, komórki, ubrania, które miała na sobie?

— Na razie nie.

— Poproście rodzinę o jej komputer i numer komórki, żebym mogła pobrać jakieś dane. Może komunikowała się ze sprawcą.

— Oczywiście. Larsen zajmie się świadkami, przesłucha znajomych, sąsiadów i kogo jeszcze trzeba.

Jeppe spojrzał na ludzi zebranych w sali. Jego własny zespół plus posiłki. Wszyscy gotowi do ciężkiej pracy.

— Będziemy chodzić od drzwi do drzwi, musimy dotrzeć do ewentualnych świadków wokół Gammeltorv. Może trafi się jakiś cierpiący na bezsenność sąsiad, który kwadrans po piątej wyjrzał przez okno.

Jeden z policjantów podniósł potężną dłoń i zaczął kiwać głową, jego łysina błyszczała z daleka. Jeppe go znał. Morten albo Martin, jeden z młodych funkcjonariuszy, których niedawno zatrudniono.

— Mogę chodzić od drzwi do drzwi.

— Świetnie. Kontaktuj się bezpośrednio z Larsenem.

Łysiejący Morten czy Martin pokiwał ponownie głową.

— Trzeba znaleźć rower widoczny na nagraniu. Kto sprzedaje takie rowery? Czy w ostatnich miesiącach zgłoszono jakąś kradzież?

Larsen jak zwykle ambitnie ruszył do dzieła.

Jeppe skinął mu głową i przeniósł wzrok na siedzącą w pierwszym rzędzie komisarz policji.

— PK, zakładam, że poinformujesz prasę?

PK, jak ją nazywano, od dawna odgrażała się, że przejdzie na emeryturę, ale na ile Jeppe był w stanie to ocenić, wydawała się zdrowa i pełna energii. Prawdopodobnie zostanie z nimi jeszcze przez kilka lat.

Kobieta skinęła głową. Konferencje prasowe traktowała jak drobną niedogodność, z kolei Jeppe uważał je za istny kataklizm.

Był wdzięczny, że się zgodziła.

— Jakieś pytania?

Powiódł wzrokiem po sali, zatrzymał spojrzenie na Falcku, który siedział ze spuszczoną głową i wpatrywał się w stół. Jakby bał się, że otrzyma zadanie, któremu nie podoła. Był jednym ze starszych śledczych. Gęste siwe wąsy rywalizowały z krzaczastymi brwiami. Okrągły brzuch zwykle podtrzymywały kolorowe szelki, poruszał się w tempie od średniego do ślimaczego. Niedawno wrócił z dłuższego zwolnienia, ale nadal nie był w najlepszej formie.

Jeppe uderzył dłonią w stół.

— Życzę powodzenia i zapału do pracy!

Funkcjonariusze wstali i ruszyli do drzwi, niosąc notesy i puste kubki po kawie, wymieniali uwagi, umawiali się. Sara Saidani i Thomas Larsen wyszli z sali razem, Larsen z ręką na jej ramieniu. Jeppe dotknął językiem ranki po wewnętrznej stronie policzka i zagryzł zęby. Po minucie w sali zostali tylko on i PK.

Pani komisarz spojrzała na niego poważnie.

— Kørner, chcę usłyszeć od ciebie, że jesteś w stanie poprowadzić to śledztwo. Jesteś?

— Nie rozumiem? Sama mi je przydzieliłaś.

PK uniosła brwi, jej ciężkie powieki powędrowały do góry.

— Nie kwestionuję twoich kompetencji.

— To dlaczego pytasz?

— Uspokój się! Po prostu mam złe przeczucia co do tej sprawy. Nie będzie łatwo ją rozwikłać czy przedstawić prasie. No i nie masz swojej partnerki...

A więc tego się obawiała! Że nie poradzi sobie bez Anette Werner. Jeppe uśmiechnął się do niej uspokajająco.

— A może uda się nam rozwiązać sprawę szybciej, kiedy Werner nie będzie mi się plątać pod nogami?

PK poklepała go po ramieniu i wyszła z sali. Nie sprawiała wrażenia przekonanej.

ROZDZIAŁ 2

— Z kim rozmawiasz, Isak?

Młody pacjent uniósł bladą twarz znad książki i spojrzał zdziwiony.

— Z nikim. Mówiłem na głos?

— Owszem.

Pedagog Simon Hartvig uśmiechnął się uspokajająco, nie patrząc na chłopaka. Wiedział, jak ważne jest, żeby w porę rozpoznać objawy psychotyczne, nie pozwalając, by się rozwinęły. Ale Isak wydawał się spokojny.

— Wszystko w porządku. Czytaj dalej.

Ściany świetlicy były pomalowane na pomarańczowo i udekorowane plakatami filmowymi. Grease, Pretty woman, Głupi i głupszy. Przy stole z piłkarzykami stało dwóch pacjentów. Grali. W kącie siedziała grupa i robiła z włóczki kółka do kluczyków, entuzjastycznie dopingowana przez jego koleżankę Ursulę. Krople deszczu bębniły o dach, pachniało świeżo upieczonym chlebem, zbliżała się pora drugiego śniadania. Pomieszczenie było przytulne. U8 — oddział dzienny o zaostrzonym rygorze, gdzie trafiali najciężej chorzy psychicznie młodzi ludzie, cierpiący między innymi na schizofrenię paranoidalną. W tak spokojne przedpołudnie jak dzisiejsze można by pomyśleć, że to zwyczajna świetlica. Klub, gdzie młodzież uczy się grać na gitarze, rozwija swoje zdolności i piecze chleb, tyle że pod stałym nadzorem i za oknami, w których kraty są zamykane na kłódki.

Simon usiadł wygodniej na krześle i wyjrzał przez okno na park wokół szpitala. Widoczny za szybą czerwony buk miał mokre liście, kapiąca z nich woda sprawiała, że teren wokół Ośrodka Psychiatrycznego dla Dzieci i Młodzieży w Bispebjerg w tej chwili bardziej przypominał cmentarz niż teren rekreacyjny. Żałował, że młodzi ludzie nie mieli bardziej pogodnego widoku za oknami. Od dawna walczył o to, żeby na terenie ośrodka założyć warzywnik. Wszelkie badania dowodziły, że zajęcia ruchowe i zdrowa dieta miały wpływ na psychikę i dobre samopoczucie. Dlaczego więc nie założyć ogródka warzywnego na terenie szpitala?

System jednak stawiał opór. Wcześniej próbował zmienić jadłospis na bardziej ekologiczny, chciał też w nieczynnej części szpitala urządzić centrum sportowe. W kwestii warzywnika szansa na powodzenie wydawała się większa.

Razem ze swoim kolegą Gormem powołali pół roku temu odpowiednią komisję, wystosowali pisma do przedstawiciela samorządu, zebrali podpisy wśród personelu i rodzin pacjentów. Udało im się też zebrać sto pięćdziesiąt tysięcy koron na realizację projektu. Niestety wniosek utknął w Urzędzie do spraw Techniki i Środowiska, który uznał, że teren szpitala jest pod ochroną. Ale komisja nie zamierzała się poddać. Już on tego dopilnuje!

Simon powiódł wzrokiem po świetlicy, upewnił się, że wszys-cy są spokojni i mają zajęcie. Grupa robiąca kółka do kluczy miała teraz przerwę i poszła grać w boba, Isak siedział z nogami podciągniętymi pod siebie i nadal czytał.

Praca w sektorze opieki przypominała czasem renowację artystyczną za pomocą plasteliny. Simon często wracał do domu z poczuciem, że jego wysiłki były niewystarczające, że sobie nie radził. Był młody, świeżo po studiach, a już czuł się bezsilny. To nie było miejsce, gdzie ceniono inicjatywę i chęć działania. Nie potrafił pogodzić się z tym, że pacjenci nie mieli lepszych warunków i że teren szpitala nie był lepiej wykorzystany. Lubił to miejsce, cenił piękno starych budynków. Przeżyły ludzi, którzy je wznosili, przypominały mu o minionych czasach, kiedy tworzono rzeczy po to, by trwały.

Społeczeństwo się zmieniło. Dzisiaj pralki psuły się dwa miesiące po upływie gwarancji, domy wznoszono z wełny mineralnej i gipsu, a cierpienie łagodzono za pomocą środków przeciwbólowych, nie zastanawiając się nad jego przyczynami. Leczono objawy.

Zwycięstwo lenistwa i bankructwo systemu.

Simon wstał. Postanowił się przejść.

— Kto wygrywa? Chyba nie oszukujesz, Isolde? Mam cię na oku! — Uszczypnął dziewczynę lekko w rękę i uśmiechając się, ruszył dalej. Zaletą jego młodego wieku było to, że pacjenci mieli z nim lepszy kontakt niż z jego starszymi kolegami. Zebrał motki włóczki, chociaż właściwie powinni zrobić to pacjenci, i wrócił do Isaka.

— Zjadłeś śniadanie?

Isak skinął głową. Wydawał się nieobecny.

Pytanie wydawało się niewinne, a było szalenie ważne. Isak niekiedy zapominał o posiłkach, a wtedy leki, które brał, wywoływały mdłości. Ostatnio zwrócił seroquel i zniknął na kilka godzin na terenie szpitala. Po jakimś czasie nad stawem znaleziono cztery kaczki z ukręconymi łebkami.

Simon obserwował Isaka od pół roku i zdążył poznać jego historię. Chłopak zachorował na schizofrenię jako nastolatek. Ponieważ wcześniej zdiagnozowano u niego zespół Aspergera, rodzina była przekonana, że chodziło jedynie o kolejne zaburzenie ze spektrum autyzmu. Minęło sporo czasu, nim rozpoczęto właściwe leczenie. Simon widział, jak gasły resztki nadziei w oczach rodziny, bo choroba się rozwijała, a diagnoz przybywało. Już tylko ojciec odwiedzał syna. Czasem przynosił Isakowi jakieś czasopismo albo książkę. I zawsze się do niego uśmiechał. Simonowi pękało serce. Jego ojciec nigdy nie poświęcał mu tyle uwagi. Rodzice Isaka byli kochającymi się ludźmi, którzy bezradnie patrzyli, jak ich syn stawał się coraz bardziej chory, i powoli pozbywali się złudzeń, że kiedykolwiek będzie mógł prowadzić n o r m a l n e życie.

— Chcesz pójść do pokoju ciszy, kiedy reszta będzie spędzać czas przy komputerach?

— Tak, chętnie — odpowiedział Isak, wstając gwałtownie.

Simon wiedział, że chłopak lubił to niewielkie pomieszczenie, w którym szpital — na wniosek komisji — urządził tak zwany pokój ciszy: ściany oklejono tapetą w kwiatki, wokół rozchodził się zapach olejków, słychać było cichą, łagodną muzykę. Można tu było spokojnie czytać, poza tym Isak nie musiał oglądać innych pacjentów przy komputerach, do których sam nie miał dostępu.

— Masz swoją książkę?

Isak uniósł zniszczony egzemplarz Papillona. Chłopak miał niemal dwa metry wzrostu, był chudy jak masajski wojownik i dziwnie się poruszał, jakby przy co drugim kroku jego stopy raził biegnący z podłogi prąd. W pokoju usiadł na workowatym fotelu, podciągnął nogi i wrócił do lektury.

Simon sprawdził, czy ma w kieszeni przycisk alarmu, i wyszedł. Isak osiągnie niedługo pełnoletność i w ramach systemu OPUS zostanie przeniesiony do zakładu dla dorosłych, chociaż nie był na to gotowy. Simonowi trudno było się z tym pogodzić. Gdzie chłopak będzie mieszkać? W internacie dla psychicznie chorych? Tam na dziesięcioro młodych przypadał jeden pedagog. A jeśli nie będzie miejsca, to w jakimś schronisku? Może trafi na ulicę? Wtedy po jakimś czasie wróci do szpitala, zostanie wypisany, i tak w kółko, aż... Ile czasu minie, aż w końcu coś się stanie?

Simon zamknął drzwi, czując, że wszystko się w nim gotuje. Rozumiał, że jeśli rzeczywiście chce coś zmienić, musi sięgnąć po drastyczne środki.

*

Na hakach na pokrytej kafelkami ścianie, obok elektrycznych pił wibracyjnych i pił ręcznych wisiały noże. Ciężkie narzędzia, stworzone po to, by otwierać klatki piersiowe lub czaszki. Świat stali i zdezynfekowanych powierzchni, klinicznej precyzji, koniecznej, gdy ma się do czynienia ze śmiercią, zgnilizną i chaosem. Wszystkie powierzchnie wyposażono w dyskretne otwory, do których trafiały płyny fizjologiczne. Wokół były gumowe węże, posadzki zabezpieczone przed poślizgnięciem, tablice magnetyczne i świecące ostro lampy.

Jeppe Kørner zerkał na zwisający z sufitu przeskalowany uchwyt, przypominający nieco pająka. Zapinał zatrzaski ochronnego kombinezonu i żałował, że na śniadanie zjadł kanapkę z chorizo, gdyż cały czas czuł jej smak. Sala obdukcyjna w gmachu Medycyny Sądowej nie była miejscem, w którym człowiek chciał, żeby cokolwiek przypominało mu o jedzeniu, a szczególnie o mięsie.

Obok niego stał Falck i naciągał biały kaptur na swoje siwe włosy. Wyglądał jak miś z kreskówek dla dzieci. Paddington w świecie pełnym stali i trupów czekających na swoją kolej.

— Chyba już zaczęli — stwierdził Jeppe i wskazując na salę obdukcyjną, ruszył przed siebie. Paddington podążył za nim.

Profesor Nyboe stał obok technika sądowego i policyjnego fotografa przy metalowym blacie na środku pomieszczenia. W ostrym świetle rzucali cienie na pozbawione życia ciało, którego skóra zmieniała kolor od lśniąco białego do szarego.

— Kogo my tu mamy? — Nyboe uniósł głowę i wyciągnął pomarszczoną szyję, która sprawiała, że wyglądał jak arystokratyczny żółw. — Kørner i Falck, podejdźcie bliżej. Kończymy zewnętrzne oględziny.

Jeppe stanął przy stole i przyglądał się ciału. Kobieta leżała twarzą do góry, z lekko uniesioną brodą i otwartymi dłońmi, naga i blada jak wosk, miała szerokie szczęki, wydatną brodę i dość potężne nogi z żylakami. Włosy na jej głowie i łonie były kręcone i przyprószone siwizną. Bezbronna cielesna powłoka, z której uszło życie, pozostawiając wszelkie ułomności wyraźnie widoczne. A jednak martwa kobieta emanowała jakimś dziwnym, kruchym pięknem.

— Została już ostatecznie zidentyfikowana?

— Tak jak przypuszczaliśmy, to Bettina Holte, pięćdziesięcioczteroletnia pracownica społeczna zamieszkała w Husum. Mężatka, matka dwójki dorosłych dzieci. Rodzina potwierdziła tożsamość.

Jeppe zwrócił się do Falcka.

— Dopilnuj, proszę, żeby odwołano poszukiwania zaginionej.

Falck zrobił krok do tyłu i zaczął niezdarnie szukać komórki.

— Jaka jest przyczyna zgonu?

Nyboe w skupieniu potarł wacikiem sutek kobiety, po czym włożył patyczek do sterylnej torebki.

— Zatrzymanie akcji serca, Kørner. Wszyscy kiedyś tak skończymy. Coś jeszcze chcesz wiedzieć, zanim przeprowadzę sekcję?

Jeppe powstrzymał westchnienie.

— Powiedz po prostu, co wiesz. Jeśli mógłbyś być tak miły.

— Ależ oczywiście. „Miły” to moje drugie imię.

Nyboe wziął metalową pałeczkę ze stojącego za nim stolika. Był to rodzaj teleskopowego wskaźnika, którego dawniej używali nauczyciele, kiedy trzeba było wskazać na mapie, gdzie leży Dżibuti. Nyboe wskazał pałeczką na nadgarstek ofiary.

— Widzisz te cięcia? Tu i tu, i tu? — zapytał, przenosząc pałeczkę z jednej ręki do drugiej, a potem dalej na biodro ofiary.

Jeppe pochylił się nad ciałem. W poprzek obu nadgarstków oraz przy lewej pachwinie widać było symetryczne nacięcia mniej więcej centymetrowej długości tworzące łuk. Dwanaście niewielkich bardzo precyzyjnych nacięć na trzech najważniejszych tętnicach.

— Bettina Holte się wykrwawiła. To jedyne zewnętrzne urazy, jakie znalazłem. Dlatego już na tym etapie mogę stwierdzić to z dużym prawdopodobieństwem.

— Wykrwawiła się — powtórzył Jeppe, starając się odciąć od rozmowy telefonicznej, którą w głębi pomieszczenia prowadził Falck. — Jeśli ktoś się wykrwawia, zwykle jest to samobójstwo.

— Zapewniam cię, że nie w tym przypadku. — Nyboe znów wskazał pałeczką na ręce ofiary. — Widzisz te czerwone ślady na przedramieniu? Kobieta została unieruchomiona szerokimi pasami. W nadgarstkach i przy kostkach. Być może unieruchomiono jej też ręce, na skórze są czerwone ślady — powiedział Nyboe.

— Dlaczego akurat ręce?

— Żeby nie mogła zrobić o tak — powiedział Nyboe i uniósł rękę w gumowej rękawiczce, zacisnął palce i zgiął rękę. — To zahamowałoby krwawienie. Przynajmniej na jakiś czas.

Nyboe odłożył wskaźnik i zamyślony przytknął palec do brody.

— Rigor mortis pozwala przypuszczać, że zgon nastąpił między północą a trzecią nad ranem. Niestety ciało po co najmniej dwóch godzinach w wodzie było wychłodzone, co utrudnia obliczenia. Można jedynie stwierdzić, że w chwili śmierci kobieta leżała płasko na plecach. Sprawca prawdopodobnie związał ją, przeciął tętnice i czekał, aż się wykrwawi.

Jeppe zauważył, że Falck wrócił do stołu i pilnie wszystko notował. Pisząc, nucił coś pod nosem, najwyraźniej tego nieświadomy. Coś zdecydowanie innego niż melodie, które prześladowały Jeppego.

— Sprawca musiał ją zakneblować. A może podał jej środek znieczulający? Inaczej wzywałaby pomocy.

— I krzyczała z bólu — dodał Nyboe. Zaczął obcinać polakierowane na czerwono paznokcie ofiary, umieszczając je w niewielkiej torebeczce. — Takie wykrwawienie jest bolesne. Może nie przez pierwsze dziesięć czy piętnaście minut, ale kiedy serce i najważniejsze organy przestają pracować, ból staje się trudny do wytrzymania. Przy tych cięciach wszystko trwało około pół godziny. Gdyby przeciął tętnicę szyjną, skróciłby jej cierpienia.

— Z jakiegoś powodu było dla niego ważne, żeby wszystko trwało jak najdłużej.

Nyboe pokiwał głową zamyślony i zamknął torebkę z paznokciami.

— Tak, na to wygląda.

— A niech to — powiedział Jeppe, drżąc. — Więc zapewne jej też nie znieczulił.

— To ustalą toksykolodzy, ale podejrzewam, że tego nie zrobił — stwierdził Nyboe. Przesunął lampkę na czole i otworzył usta ofiary. — Nie widać uszkodzeń na zębach, co nie znaczy, że nie została zakneblowana, na przykład zmiętą torebką foliową czy miękką piłką. Są różne sposoby, żeby uciszyć człowieka.

Jeppe zamknął oczy i przez dłuższą chwilę próbował sobie wyobrazić tę scenę. Naga, skrępowana kobieta, krwawiąca, która nie jest w stanie wykrzyczeć swojego bólu, podczas gdy życie powoli i boleśnie z niej uchodzi.

— Są ślady przemocy seksualnej?

Nyboe włożył długi patyczek do gardła kobiety, podał go technikowi i dopiero wtedy odpowiedział:

— Nie. Chociaż skoro jest naga, można by tak podejrzewać, ale nie. Nie ma śladów penetracji, nasienia. Ofiara nie stawiała też oporu.

— Rozumiem. — Jeppe pochylił się nad ciałem i przyglądał się nadgarstkom kobiety. — Dlaczego tyle nacięć? Dlaczego po prostu nie przeciął tętnicy?

Nyboe odwrócił się i spojrzał na stół, najwyraźniej czegoś szukając.

— Nareszcie jakieś sensowne pytanie, Kørner — powiedział, biorąc skalpel. — Nie wiem. Przede wszystkim chciałbym się jednak dowiedzieć, czym je zrobiono.

Technik ponownie uniósł głowę ofiary. Nyboe wykonał cięcie przez kark, odłożył skalpel i zgiął kark kobiety tak, żeby jej twarz dotknęła klatki piersiowej. Jeppe wiedział, że następny krok to otwarcie czaszki: trzeba wyjąć mózg, zważyć go, pokroić na plasterki i zbadać. Po wszystkim Nyboe umieści mózg razem z innymi organami w brzuchu ofiary i dopiero wtedy zaszyje ciało. Czaszka zostanie wypełniona papierem. Gdyby mózg wrócił z powrotem na swoje miejsce, istniało ryzyko, że podczas pogrzebu z czaszki zacznie wyciekać płyn.

— Podaj rękę.

Jeppe wyciągnął rękę nad pozbawionym twarzy ciałem.

— Co zamierzasz?

Nyboe podwinął Jeppemu rękaw, odwrócił dłoń i przyłożył niewielkie ostrze skalpela do cienkiej skóry jego nadgarstka.

— Nawet najmniejszym skalpelem nie byłbym w stanie wykonać tak symetrycznych nacięć jak te na ciele kobiety. Nieważne, jak bardzo bym się starał.

Jeppe cofnął rękę, opuścił rękaw.

— Innymi słowy, szukamy bardzo szczególnego narzędzia zbrodni?

— Tak. — Nyboe pomachał skalpelem, ostrze lśniło w mocnym świetle. — Szukamy bardzo szczególnego narzędzia zbrodni.

*

— Myśli samobójcze?

Esther de Laurenti musiała przetrawić pytanie.

Psychiatra obserwował ją, marszcząc czoło nad okularami, a ona po raz kolejny zastanawiała się, czy będąc sześćdziesięciodziewięcioletnią kobietą, jest w stanie traktować serio tak młodego lekarza. Ile mógł mieć lat? Chyba niedawno skończył trzydziestkę.

Esther rozejrzała się po gabinecie, świadomie unikając kontaktu wzrokowego. Ściana za lekarzem była zastawiona witrynkami z drewna orzechowego, które wypełniały książki z dziedziny psychiatrii i medycyny, pozostałe ściany zawieszono nowoczesną sztuką i szklanymi gablotkami z motylami.

— Miewa pani myśli samobójcze?

Najwyraźniej za długo się zastanawiała. Zauważyła, że powtarzając pytanie, mówił głośniej, jakby obawiał się, że go nie dosłyszała. Esther się to nie podobało, nie wzbudził jej sympatii. Umówienie tej wizyty zabrało jej sporo czasu. Jedni znajomi z uczelni gorąco go polecali, inni wyraźnie się dystansowali od jego metod pracy. Byli zgodni jedynie co do tego, że młody Peter Demant był psychiatrą, który wzbudzał różne emocje.

Wzięła się w garść.

— Nie, dawno już nie miałam myśli samobójczych — odpowiedziała.

— To znaczy, że k i e d y ś je pani miewała — stwierdził, wskazując na nią grubym długopisem Mont Blanc, jak robili to adwokaci na filmach.

— Rok temu straciłam dwie bliskie mi osoby. Po tym traumatycznym doświadczeniu... po jakimś czasie... — Esther sięg-nęła po szklankę z wodą, wypiła łyk i odstawiła szklankę. — To było bardzo ponure i trudne doświadczenie, ale ten okres mam już za sobą. Tak więc odpowiadając na pytanie w czasie teraźniejszym, to nie, nie miewam myśli samobójczych.

Psychiatra zapisał coś w zeszycie, przyglądając się jej znad okularów.

— A jednak przyszła pani do mnie. Dlaczego?

No, właśnie: dlaczego?

Esther nie była przygnębiona. Jakiś czas temu przeszła na emeryturę, porzucając stanowisko wykładowczyni na wydziale historii literatury kopenhaskiego uniwersytetu. Miała ładne własnościowe mieszkanie w centrum Kopenhagi w okolicach Peblinge Dosseringen, które dzieliła ze swoim przyjacielem i lokatorem Gregersem oraz dwoma mopsami, Dóxą i Epistéme. Nie narzekała na brak pieniędzy, była w przyzwoitej formie fizycznej i miała mnóstwo czasu, by realizować swoje pisarskie ambicje. Tyle że dotąd jej się to nie udało. Rok temu zaczęła pisać kryminał, ale odłożyła go. Pomysły znikały za każdym razem, kiedy siadała do komputera. Czuła narastające zmęczenie i niechęć. Dzień mijał za dniem, a ona sprzątała, robiła zakupy, spacerowała, czytała prasę, umawiała się na kolacje ze znajomymi. I to wszystko.

— Mam wrażenie, że zastygłam wewnątrz. Jakby coś się we mnie zacięło. Nie żebym źle się czuła, tylko nic mnie nie cieszy.

Psychiatra przechylił swoją gładko ogoloną twarz, na której pojawił się uśmiech, ale szybko zniknął.

— Oczywiście, poza tym nie pani jedna tak się czuje. Depresja to coraz bardziej powszechna choroba.

Esther pokręciła głową, jej kolczyki zabrzęczały.

— Nie mam depresji, po prostu coś się we mnie zacięło.

— To znaczy?

Zastanawiała się przez chwilę, zanim odpowiedziała, dokładnie ważąc słowa.

— Latem rzeczywiście rozpadłam się na kawałki i nie było mi łatwo się pozbierać. Ale nie mogę powiedzieć, żebym cały czas była przygnębiona...

— Cierpi pani na bezsenność? Przesypia pani całą noc?

— Zwykle budzę się około trzeciej, czwartej nad ranem.

— Ma pani apetyt?

Esther wzruszyła ramionami. W ciągu ostatnich miesięcy schudła cztery kilogramy. Nie miała ochoty na jedzenie.

Psychiatra zdjął okulary wystudiowanym ruchem, który miał podkreślić jego autorytet. Spojrzał na nią z powagą. Esther przejrzała jego plan, ale niestety musiała stwierdzić, że okazał się skuteczny.

— Przejście na emeryturę to duża zmiana, potem przeżyła pani śmierć dwóch bliskich osób. Problemy ze snem, brak apetytu, przygnębienie. Dobrze panią zrozumiałem?

— Chyba tak.

— Myślę, że nadal przeżywa pani traumę. Nawet jeśli nie jest to szczególnie dokuczliwe. Przypuszczam, że przywykła pani zagryzać zęby i walczyć o przetrwanie. Pani nie chce być ofiarą. Za każdym razem odbija się pani od dna jak korek.

Esther poczuła, że się rumieni od szyi po twarz. Nie było to przyjemne uczucie. Odwróciła głowę od przenikliwych oczu psychiatry i przyglądała się ścianom. Kto, do licha, kolekcjonuje nadziane na szpilki motyle?

— Ale trauma panią dopadła. Tak to jest z nieprzepracowanymi emocjami — stwierdził Peter Demant, wkładając okulary. — Zaplanujmy nasze działania na jesień. Proponuję spotkania co dwa tygodnie, postaramy się dojść do tego, co panią dręczy.

Esther uniosła rękę.

— Nie wystarczą jakieś tabletki? Pigułka szczęścia?

— Ma pani na myśli antydepresanty? — Psychiatra odłożył zeszyt na błyszczący stolik pod oknem, z którego rozciągał się widok na Sankt Annæ Plads, i uśmiechnął się krzywo. — Tabletki nie czynią nas szczęśliwszymi, jedynie poprawiają nieco nastrój ludziom cierpiącym na depresję. Nie przepisuję ich, zanim nie poznam lepiej stanu pacjenta.

— Nie żebym miała coś przeciwko terapii, ale...

— Nikt pani do niczego nie zmusza. Ale jeśli chce pani mojej rady, zalecałbym terapię. Przynajmniej na początek. — Psychiatra wstał. — Jeżeli chce pani kontynuować nasze spotkania, proszę zapisać się na wizytę za kilka tygodni. I radzę się pospieszyć, bo o wolne terminy u mnie trudno.

Peter Demant okrążył biurko i otworzył drzwi do poczekalni. Stojąc w progu, podał jej rękę.

— Dziękuję za dzisiejsze spotkanie.

Esther została sama z uśmiechniętą recepcjonistką, która obsługiwała terminal. Szybko wyjęła portfel i wstukała kod, nie patrząc na sumę. Dostała pokwitowanie i wyszła na klatkę. Misternie złocone zdobienia robiły wrażenie.

Spędziła w gabinecie trzy kwadranse, powinna być wściekła, widząc czterocyfrową sumę na pokwitowaniu. W innej sytuacji na pewno uznałaby to za naciąganie. Chwyciła się mocniej poręczy i zaczęła schodzić po schodach, by jak najszybciej znaleźć się na świeżym powietrzu. Być może psychiatra miał rację i powinna się zdecydować na terapię, nawet jeśli będzie jej trudno, nie mówiąc już o kosztach. Czuła się obnażona i upokorzona, ale czy nie była to dziecinna próżność? Psychiatra wydawał się pewny swojej diagnozy, postawienie jej zajęło mu chwilę. Może jednak ciemność, która w niej tkwiła, była zbyt wyraźna?

Wyszła na plac, który powitał ją ciemnymi chmurami i kałużami na szerokich chodnikach. Pozwoliła, by drzwi zamknęły się za nią z hukiem, i stawiła czoło wiatrowi. Zamknęła oczy i zaczerpnęła głęboko powietrza, dopiero po chwili ruszyła przed siebie. Po drugiej stronie placu był bar Joe & The Juice. Przeszła przez ulicę i wkroczyła do dudniącego basami ciepłego lokalu utrzymanego w odcieniach różu i czerni. Ludzie siedzieli na barowych stołkach, usiłując przekrzyczeć głośną muzykę. Można było pomyśleć, że wszystko jest w najlepszym porządku. Esther stanęła w kolejce i patrzyła, jak młodzi mężczyźni za barem żonglują jabłkami, mrugając porozumiewawczo do stojących w lokalu kobiet. Scena wydała jej się nieco sztuczna, a jednak całe przedstawienie miało w sobie coś uspokajającego.

Zamówiła cortado i dostała w zamian uwodzicielski uśmiech od młodego mężczyzny, od którego była trzy razy starsza. Jego niebieskie oczy promieniały zaufaniem do świata, a jego zapał był zaraźliwy. Kiedy sięgnęła do torebki po portfel, uświadomiła sobie, że nadal ściska w dłoni pokwitowanie z terminala. Nie zastanawiając się dłużej, zmięła je i wrzuciła do miseczki na napiwki i numery telefonów ładnych dziewcząt. I uśmiechnęła się.

ROZDZIAŁ 3

Otynkowana na biało willa rodziny Holte była położona w spokojnej dzielnicy na południowy wschód od rynku w Husum. Na końcu długiego podjazdu był daszek ze szlachetnego drewna, gości witały donice z lawendą, a płot wyglądał na świeżo pomalowany. Mieszkała tu rodzina, która najwyraźniej lubiła swój dom i wkładała wiele wysiłku, by prezentował się jak najlepiej. Jeppe i Falck szli po precyzyjnie ułożonych kamiennych płytach, bez śladów mchu w szczelinach, z zadbanymi grządkami po bokach. Kamienna ścieżka prowadziła do pomalowanych na biało drzwi wejściowych.

Na wypolerowanej mosiężnej tabliczce, umieszczonej tuż nad dzwonkiem, odczytali wygrawerowany napis: „Bettina i Michael Holte”. Jeppe wcisnął guzik i cofnął się. Stał teraz ramię w ramię z Falckiem. Drzwi się otworzyły i zobaczyli kobietę, która patrzyła na nich spod długiej grzywki, niemal zakrywającej jej czerwone od płaczu oczy. Na ich widok pokręciła głową i znów zaczęła płakać. Jakby ich obecność czyniła tę nierzeczywistą sytuację bardziej rzeczywistą, a przez to i bardziej bolesną.

— Dzień dobry, jesteśmy z wydziału zabójstw. Chcemy rozmawiać z Michaelem...

Kobieta odwróciła się i zaczęła oddalać się od otwartych drzwi, ale po chwili uprzytomniła sobie, że jej zachowanie może zostać odczytane jako niegrzeczne. Odwróciła się w ich stronę.

— Przepraszam, wejdźcie, proszę. Jestem Rikke, siostra Michaela. Zwykle prosimy gości o zdjęcie butów, ale... Po prostu dobrze je wytrzyjcie, żeby nie zostawiać śladów. Bettina... — zaczęła i urwała. Patrzyła bezradnie na wyszorowane do białości drewniane podłogi, po czym ruszyła do dużego pomieszczenia będącego połączeniem salonu z kuchnią. Ściany były białe i niemal puste, na parapetach nie stały żadne ozdóbki, wszędzie było bardzo czysto. Dom sprawiał wrażenie funkcjonalnego, ale wystrój na pierwszy rzut oka był chłodny.

Mężczyzna, który siedział pochylony nad wyspą kuchenną, idealnie pasował do wnętrza domu. Miał brązowe włosy z siwymi pasmami, zaczesane do tyłu, dobrze ostrzyżone, był gładko ogolony, na kieszeni jego białej koszuli widniało dyskretne logo jednej z marek samochodowych.

— Michael, przyszli panowie z policji.

Michael Holte uniósł wzrok i natychmiast stracił część swojego uroku. Miał głęboko osadzone oczy, ciężkie powieki i ciemne sińce pod oczami. Trudno powiedzieć, czy z powodu nieprzespanej nocy i rozpaczy, czy może zawsze tak wyglądał. Kiedy wstał, okazało się, że miał atletyczną budowę ciała. Był przystojnym mężczyzną po pięćdziesiątce. Prezentował się lepiej niż jego nieżyjąca żona, pomyślał Jeppe.

— Śledczy Jeppe Kørner i asystent policji Falck. Przykro mi z powodu pana żony. Doskonale rozumiem, że nie ma pan ochoty na takie rozmowy, ale musimy zadać kilka pytań.

Michael Holte pokiwał głową i wskazał ręką na białą kanapę i fotele.

— Usiądźmy w pokoju. Rikke, przyniesiesz nam coś do picia? — powiedział mężczyzna i spojrzał pytająco na Jeppego.

— Poproszę szklankę wody.

Michael Holte podciągnął zaprasowane w kant nogawki spodni i usiadł na kanapie, wyprostowany, sztywny, jakby bał się usiąść wygodniej. Przyszła Rikke, niosąc dzbanek z wodą i szklanki, postawiła je na stoliku i usiadła obok brata. Mężczyzna mimowolnie odsunął się od niej, nie na tyle, żeby ona to dostrzegła, ale Jeppe zauważył ten ruch.

— Pana żona zniknęła wczoraj. Proszę nam powiedzieć, kto ostatni ją widział i gdzie.

Michael Holte zaczerpnął głęboko powietrza i zaczął mówić.

— Bettina chodzi na zajęcia taneczne w każdą niedzielę o szesnastej. Do Pejsegården, przy rynku w Husum. Na balet jazzowy, uwielbia te zajęcia. Wczoraj wyszła o wpół do czwartej, jak zwykle szła na piechotę, miała ze sobą dres i parasolkę. Po zajęciach idzie zwykle z koleżankami na kawę. Rozmawiałem już z instruktorem, podobno była w dobrym nastroju, kiedy pomachała wszystkim na do widzenia i w deszczu ruszyła w kierunku domu. Potem już nikt jej nie widział...

Michael Holte spuścił wzrok, Jeppe odczekał chwilę, zanim zadał następne pytanie.

— Wie pan, o której pożegnała się z koleżankami?

— Tuż przed szóstą. Kiedy nie wróciła na kolację, zacząłem się niepokoić. Nie odbierała komórki, nikt z jej grupy nic nie wiedział. O dziewiątej zadzwoniłem na policję. Człowiek zawsze wyobraża sobie najgorsze.

Jeppe zrozumiał, że do mężczyzny właśnie zaczęło docierać, co się stało.

— Pana żona pracuje w szpitalu w Herlev, tak?

— Tak. Na położnictwie. Opiekowała się też stażystami. Bettina zawsze zajmowała się dziećmi w ten czy inny sposób.

— Lubiła swoją pracę?

Michael Holte przekrzywił głowę, wykonał gest, który miał chyba znaczyć, że ani tak, ani nie.

— Pracowała już w bardziej interesujących miejscach, ale potrzebowała zajęcia, które by jej zbytnio nie obciążało. Jej poprzednia praca była bardzo stresująca.

— Dobrze się dogadywała z innymi pracownikami? Z szefem?

— Zdecydowanie tak. Nie miała żadnych problemów. — Mężczyzna wypił łyk wody. — Moja żona jest osobą bardzo zdecydowaną, nie boi się mówić tego, co myśli, ale jest profesjonalistką i zna się na swojej pracy. Wie, czego chce.

Nie są to cechy, dzięki którym zyskuje się popularność — pomyślał Jeppe.

— A więc nie miała wrogów? Może się z kimś pokłóciła? Z dawną przyjaciółką? Z byłym chłopakiem?

Michael Holte posłał mu surowe spojrzenie.

— Bettina i ja poznaliśmy się w liceum. Nie ma mowy o byłych chłopakach.

Jeppe skinął głową.

— Pytam, bo sposób popełnienia zbrodni wskazuje na to, że sprawca mógł być emocjonalnie zaburzony.

Siostra Michaela zakryła twarz dłońmi i zaczęła szlochać. Brat spojrzał na nią wyraźnie poirytowany.

— Idź do gabinetu i spróbuj skontaktować się z firmą pogrzebową. Tak jak to uzgodniliśmy, dobrze?

Siostra spojrzała na niego zmieszana, wstała i szybko wyszła z pokoju.

— W takiej sytuacji niedobrze jest być samemu — powiedział Jeppe, uśmiechając się ze zrozumieniem. — Chociaż towarzystwo też może być męczące — dodał pospiesznie.

Michael Holte posłał mu zmęczone spojrzenie.

Jeppe odkaszlnął.

— Jakie inne zainteresowania miała pana żona? Poza tańcem, oczywiście.

— Zainteresowania? — Mężczyzna sprawiał wrażenie zdezorientowanego. — Lubiła pracować w ogródku... — powiedział i urwał.

— Długo byliście małżeństwem?

Na szklanym stoliku zaczęła wibrować komórka Michaela, spojrzał na ekran i odrzucił rozmowę.

— Bettina i ja byliśmy małżeństwem dwadzieścia siedem lat. Wychowaliśmy razem dwójkę dzieci, które już dawno wyfrunęły z gniazda. — Ściszył głos i pochylił się w stronę Jeppego: — Mieliśmy też i trudne chwile, jak wszyscy, ale postanowiliśmy być razem. Stanowimy zgrany zespół.

— A więc nie potrafi pan powiedzieć, kto mógłby chcieć skrzywdzić pana żonę?

— Moją żonę... — Mężczyzna przełknął ślinę. — W najśmielszych fantazjach nie wyobrażam sobie, że mógłby to być ktoś inny niż jakiś psychopata, który powinien siedzieć w zamknięciu.

Jeppe nie skomentował jego słów. Rodzina zwykle twierdziła, że sprawca był kimś obcym, psychopatą, chociaż zwykle okazywało się, że to ktoś z najbliższego otoczenia.

— Gdzie był pan wczoraj od godziny szesnastej?

Mężczyzna odpowiedział po krótkiej przerwie, bardzo krótkiej, ale jednak.

— Tutaj. Trochę pracowałem, przygotowałem kolację i czekałem na Bettinę.

— Czy ktoś może to potwierdzić? Rozumie pan, że muszę o to spytać.

Mężczyzna pokręcił głową.

— Niestety nie.

— W porządku. W tak poważnej sprawie jak ta trzeba przeprowadzić badania techniczne, zbadać rzeczy należące do pana żony. Wkrótce zjawi się tu zespół techników.

Michael Holte skinął głową z lekkim wahaniem. Jeppe nie chciał mówić, że technicy będą przede wszystkim szukać śladów krwi. Zerknął na starą omegę odziedziczoną po ojcu, którą nosił na prawej ręce. Służyła mu wiernie, pokazując czas, minuta po minucie. Była czternasta trzydzieści.

— Chcielibyśmy wziąć komputer pana żony, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Poprosimy też o podanie numeru jej komórki, adresu mailowego i wszystkich kodów pin, jakie pan zna. Trzeba też zrobić listę znajomych żony, kolegów z pracy i podać nazwiska jej szefa oraz członków rodziny, łącznie z danymi do kontaktu. Funkcjonariusz Falck poda panu adres mai-lowy, na który będzie mógł pan przesłać wspomniane informacje. Najlepiej jak najszybciej.

Falck zaczął szukać w kieszeniach długopisu. Jeppe uświadomił sobie, że brakuje mu tego, co go tak zawsze irytowało u Anette. W tej chwili nie miałby nic przeciwko temu, żeby jego partner wykazał nieco inicjatywy, nawet jeśli czasem prowadziło to do nieporozumień.

Michael Holte wstał.

— Przyniosę laptop Bettiny. Jest na górze.

Zniknął, Jeppe słyszał, jak rozmawia z siostrą. Był rozdrażniony. Po chwili zszedł na dół z laptopem w kolorze srebrnym.

— Dziękuję. Teraz zostawimy pana w spokoju. Rozumiem, że ma pan sporo spraw do załatwienia. Skontaktujemy się, jeśli wyjdą na jaw jakieś nowe okoliczności. I proszę koniecznie dać nam znać, jeśli przypomni pan sobie coś, co może być istotne dla sprawy.

Kiedy wyszli na korytarz, Jeppe zauważył, że Falck został w pokoju. Cofnął się i zobaczył, że kolega siedzi spokojnie na kanapie i bawi się skuwką od długopisu.

— Idziesz, Falck?

— Tak, tak, za chwilę.

Falck z trudem podniósł się z kanapy, jakby jego duży, okrągły brzuch ściągał go w dół. Śledczy nie musi mieć atletycznej sylwetki, ale powinien bez problemu wstać po zakończonym przesłuchaniu, pomyślał Jeppe.

Kiedy mijali w drzwiach Michaela Holte, poczuł bijący od niego zapach potu: ostrą woń panicznego strachu, niepasującą do tego zadbanego mężczyzny. Pomyślał, że może zapach potu nie był jedyną rzeczą, którą Michael Holte próbował przed nimi ukryć.

*

Niewielki pokój służbowy tuż za gabinetem pielęgniarek rozbrzmiewał stukiem filiżanek i schrypniętym śmiechem. Jette obchodziła urodziny i zaprosiła na ciasto cały personel kardiologii z sekcji 3144. Zwykle przy takich okazjach podawano roladę cynamonową lub ciasto drożdżowe z brązowym cukrem — dwa pewniaki.

Trine Bremen zbliżała się do gabinetu, miała złe przeczucia. Gdy tylko weszła, śmiech natychmiast umilkł. Poczuła, że jej twarz oblewa rumieniec wstydu.

Dawno już przestała mówić komukolwiek „dzień dobry”, teraz też się nie przywitała, tylko od razu podeszła do pokrytych winylową powłoką wiszących szafek, żeby wziąć szklankę. Za jej plecami znów zaczęły się rozmowy, nieco sztuczne: o pogodzie, korkach na drodze. Doskonale wiedziała, co o niej mówią. Wiedziała też, jak te plotki powstały: to Jette zaczęła je rozpowszechniać. Może zazdrościła jej młodości, wiedzy?

Trine zakręciła kran i z wysoko uniesioną głową opuściła pomieszczenie. Nie pozwoli, by ją upokorzyli. Już nigdy. Ruszyła szybko korytarzem ze szklanką w ręku.

Na co liczyła? Że zaproszą ją na kawę, że będą słuchać, co ma do powiedzenia, i się do niej uśmiechać?

Tutaj było tak samo jak w szkole, w świetlicy czy na uczelni. Mechanizm wszędzie był jednakowy. Zaczynało się od miłych, przyjaznych twarzy, a po jakimś czasie pojawiały się wątpliwości, ludzie nabierali do niej dystansu i w końcu przychodziła pogarda. Im bardziej próbowała zdobyć sojuszników, tym bardziej zrażała do siebie ludzi. Jakby jej zaangażowanie tylko wszystko pogarszało.

Trine opadła na krzesło w pustym pokoju dla pacjentów. Woda w szklance przelała się, zmoczyła jej białe skórzane buty. Spojrzała na kałużę między stopami i wolną ręką otarła oczy. Nie było sensu płakać. Za każdym razem trafiała na ten sam opór. Doskonale znała jego przyczynę.

Diagnoza brzmiała: zaburzenia osobowościowe na tle niestabilności emocjonalnej. Co z tego, że była zdolna, miała wiedzę, skoro ludzie widzieli w niej tylko tę inną dziwną Trine.

Dziękowała Bogu za Klausa. Poznała go pewnego wieczoru, kiedy razem ze swoją grupą z uczelni poszła do irlandzkiego pubu. Stała sama przy barze i głupio się czuła. Klaus pojawił się obok niej. Był kilka lat starszy od Trine, łysy, dość tęgi, ale potrafił dojrzeć w niej wrażliwą i czułą dziewczynę. Nie zwracał uwagi na jej brak wyczucia czy nadmierną wylewność. Czasem myślała, że był nawet zadowolony, bo sam nie musiał wiele mówić. Szybko zostali parą, a ona równie szybko dała mu do zrozumienia, że chce wyjść za mąż i mieć dzieci.

Miesiąc później pobrali się. Nie był to wielki ślub, o którym Trine marzyła, ale za to wyszła za mąż jako pierwsza z całej grupy.

— Zajrzysz ze mną do szesnastki?

Trine podniosła głowę i zobaczyła ciepłe, brązowe oczy doktora Dyringa. Był on starszym panem, energicznym i czarującym zarówno wobec pacjentów, jak i kolegów. Zarażał dobrym nastrojem, radził sobie, nawet kiedy brakowało personelu, a przypadek był pilny. Lekarze z reguły nie zniżali się do plotek z pokoju pielęgniarskiego, a w każdym razie nie dawali tego po sobie poznać. Dla nich najważniejsza była fachowość, a nie to, czy ktoś miał różowe pasemka, czy też opowiadał kretyńskie anegdoty z wakacji.

— Oczywiście, już idę. — Trine odstawiła szklankę i wstała. — Nie mam przerwy, po prostu musiałam usiąść na chwilę, żeby dać odpocząć nogom. Ostatni dyżur był ciężki. Nie wiem dlaczego, ale pacjenci są dzisiaj bardzo niespokojni...

Doktor Dyring skinął głową i ruszył przodem. Wszedł do sali, na której leżała kobieta przyjęta dzień wcześniej na obserwację z powodu zwężenia tętnicy. Była dobrze zbudowana, miała krótkie włosy. Nie była stara, miała może sześćdziesiąt pięć lat. Wydawała się jednak bardzo niezadowolona, że musi tu leżeć i czekać.

— Pacjentka ma skierowanie na tomografię komputerową, o ile zwolni się dzisiaj jakieś miejsce. Musimy sprawdzić, czy zwężenie jest stabilne, czy może postępuje. Trzeba zrobić ekg, by upewnić się, że serce pompuje krew tak, jak powinno. — Lekarz położył rękę na ramieniu pacjentki i poklepał ją przyjaźnie. — Prawda?

Kobieta niemal niezauważalnie skinęła głową.

Lekarz jednak nie przejął się jej chłodem.

— Słyszałem, że narzeka pani na czucie w rękach i nogach. I na ból w klatce piersiowej. Zgadza się?

— Nie przywykłam leżeć długo w takiej pozycji, pewnie dlatego nie czuję się dobrze.

Doktor Dyring uśmiechnął się łagodnie.

— Gdyby czuła się pani dobrze, to by się tu pani nie znalazła. Proszę leżeć spokojnie, aż ustalimy, jak duże jest zwężenie. Nie chcemy, żeby stało się coś złego, prawda?

— Gdybym mogła dostać pojedynczy pokój — powiedziała kobieta, patrząc z wyrzutem na leżącą na drugim łóżku pacjentkę. — Widziałam, że jest jeden wolny. Skoro człowiek przez całe życie płaci podatki, ma chyba prawo oczekiwać, że będzie odpowiednio traktowany, kiedy zachoruje.

Trine przewróciła oczami. Wiedziała, że to nieprawda. Brakowało nie tylko wolnych sal i łóżek, ale również i personelu.

Lekarz mówił dalej, jakby nigdy nic.

— Postaramy się, żeby pani szybko stanęła na nogi i wróciła do domu. Siostra Trine dopilnuje, żeby nie brała pani leków rozrzedzających krew, zanim nie ustalimy, czy operacja jest konieczna — powiedział i zwrócił się do Trine: — Powrócimy do dawki 75 miligramów kwasu acetylowego, jak tylko wszystko się wyjaśni. Podamy 20 miligramów morfiny, by uśmierzyć ból, proszę dokładnie wszystko zapisać, żebyśmy potem jak najszybciej mogli przejść do stałej dawki.

Lekarz poklepał Trine po ramieniu i opuścił salę. Trine sprawdziła karty pacjentów i kroplówki, żeby nie doszło do przedawkowania. Kusiło ją, by podkręcić kroplówkę. Niech marudząca pacjentka się przekona, jak to jest, kiedy człowiek naprawdę źle się czuje.

Odnotowała dawki podanych leków w karcie pacjenta, wprawnym ruchem przygotowała kroplówkę, powiesiła na statywie torbę z płynem, sprawdziła pracę serca na monitorze, zmierzyła tętno i ciśnienie. Działała szybko i profesjonalnie.

— Mogę poprosić o coś do picia, czy muszę sama sobie przynieść?

Trine zatrzymała się i spojrzała na pacjentkę. Czując na sobie jej pełen wyrzutu wzrok, poczuła się jak nic nieznacząca mrówka, którą można zdeptać podeszwą buta.

*

Dwie lipy stały wzdłuż długich schodów prowadzących do bramy kościoła Eliasza. Można było usiąść pod nimi i z góry przyglądać się temu, co działo się na rynku Vesterbro Torv.

Marie Birch często tu przychodziła. Lubiła patrzeć na łamiących przepisy rowerzystów przejeżdżających na czerwonym świetle i na uczniów ubranych w żółte kamizelki, gdy szli na spacer. Siedziała na schodach przez nikogo nie niepokojona i sama decydowała, czy i w jakim stopniu będzie uczestniczyć w tym, co działo się wokół niej.

Dzisiaj nie miała ochoty na kontakty z ludźmi.

Wyjęła z kieszeni herbatnika i owinęła się szczelniej kurtką. Była na nią za duża, miała wytarte łokcie i wydawała się za cienka na tę porę roku. Ale Marie nie była wrażliwa na zimno. Kiedy była jeszcze uczennicą, do samej zimy biegała w klapkach. Starsze dzieci wołały za nią „klap-klap”. Mama próbowała przekonać ją, że powinna włożyć botki, ale Marie odmawiała. W końcu przyniosła do domu kartkę ze szkoły z uwagą na temat butów.

Właściwie nigdy nie marzła. Ani kiedy latem nocowała pod gołym niebem w Kongens Have czy przy kontenerach na śmieci za marketem Føteksu na Vesterbrogade, ani teraz, siedząc na schodach pod lipami.

Herbatnik był suchy i smakował jakimś bliżej nieokreślonym warzywem, ale to nie miało znaczenia, dopóki to, co jadła, było zdrowe. Kiedyś uwielbiała tłuste jedzenie i słodycze. Mama chowała przed nią kruche ciasteczka w szafie z przyborami do sprzątania, żeby Marie nie zjadła wszystkiego od razu. Głaskała ją po okrągłych policzkach i śmiała się z jej apetytu za każdym razem, kiedy smarowała nutellą kolejną bułkę dla córki.

Normalna rodzina. Pomijając brak ojca, ale o tym matka nie mówiła. Zawsze starała się przedstawiać ich sytuację jako normalną.

Dawca.

Marie opowiadała dzieciom w przedszkolu, że jej tata był rodzajem robota, miał ważną pracę w odległej galaktyce i dlatego nigdy nie było go w domu. Prawdę mówiąc, wcale nie brakowało jej ojca. Dopiero znacznie później uświadomiła sobie, że to nie do końca prawda. Jeździły z mamą same na wakacje, obchodziły Wielkanoc z babcią i dziadkiem. Poza tym Marie należała do harcerstwa. Wspominając te czasy, czuła przyjemne ciepło w piersi.

Kiedy wszystko się zmieniło?

Może w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy to mama zapomniała zrobić zakupy i w Wigilię jadły wątróbki z kurczaka w sosie śmietanowym. Mama próbowała ratować sytuację, śmiejąc się, błaznując, i denerwowała się, że Marie siedziała smutna. Ale ona nic nie mogła na to poradzić. Gula w gardle nie pozwalała jej przełknąć nawet kęsa z tej „wigilijnej” kolacji. Nawet teraz, po tylu latach, to uczucie czasem powracało.

Wypluła suchego herbatnika przez poręcz i wytarła usta w rękaw kurtki. Pewnego dnia wróciły do domu z zakupów, a może po odebraniu jej ze świetlicy, i mama zaraz po wejściu do mieszkania położyła się w ubraniu na podłodze. Marie pamiętała, że miała na sobie bluzę z kapturem, materiał dotykał jej szyi, spociła się. Czy mama została wyrzucona z kolejnej pracy, czy może pokłóciła się z chłopakiem — tego Marie nie wiedziała.

Po tym Bożym Narodzeniu zaczęła odrywać kawałki papieru toaletowego dokładnie wzdłuż dziurkowanej linii, pilnując, żeby papier się nie podarł. Byłby to bowiem znak, że z mamą stało się coś złego. „Histeryzujesz, przestań!”, krzyczała na nią mama. Ale ona nie mogła nic na to poradzić: myśli kotłujące się w jej głowie nie dawały jej spokoju. Bo mama leżała nieruchomo pod kołdrą w dużym pokoju i emanowała nieszczęściem. Bo nie potrafiła jej pocieszyć.

Marie miała dziewięć lat, gdy po raz pierwszy została skierowana na badania. W tym samym roku jej mama po raz pierwszy trafiła do szpitala psychiatrycznego, a ona coraz częściej zaczęła nocować u babci. Potem jej świat powoli zaczął rozpadać się na kawałki. Koleżanki przestały ją odwiedzać, uznały, że jej mama jest dziwna. Z czasem i ona sama zaczęła unikać domu. Znalazła sobie towarzystwo i spędzała czas na ulicy. Kiedy późnym wieczorem wracała do domu, przykrywała kocem śpiącą na kanapie matkę i sama też szła spać. Do momentu, kiedy okazało się, że matki nie ma już na kanapie.

Mając jedenaście lat, spakowałam pod okiem pani z opieki społecznej swoje rzeczy do kartonu i jednej walizki. Nie pozwolono mi zabrać mojej świnki morskiej. W zakładzie, do którego miałam trafić, nie było dla niej miejsca.

Ulicą przejechała karetka na sygnale. Dźwięk syreny przestraszył Marie. Drżała jeszcze długo po tym, jak ambulans odjechał.

Wiele razy opowiadała swoją historię różnym ludziom: urzędnikom prowadzącym jej sprawę i innym dorosłym, którzy słuchali jej z szeroko otwartymi oczami, tak wiele, że sama już nie wiedziała, co w niej jest prawdą, a co nie. Nie, nie kłamała, wielu rzeczy po prostu nie pamiętała. Szczegóły znikały w ogólnym wyparciu. Tak było najlepiej. Została nomadą. Spotkała wielu dorosłych, którzy próbowali jej pomóc — od dziewiątej do piątej. Nigdy nie dopuściła ich do siebie.

Nad rynkiem zapadał już zmrok. Kiedy mieszka się na ulicy, szybko zaczyna się doceniać łagodne światło lata i nienawidzić długich jesiennych nocy. Dzisiaj jednak Marie miała łóżko i dach nad głową. Nie to ją dręczyło.

Martwiła ją kobieta w fontannie.

*

O siedemnastej Jeppe poczuł, że dotarł do ściany. W ciągu dnia jakoś sobie radził, ale po południu oczy same zaczęły mu się zamykać. Odczuwał brak czegoś mocniejszego niż kawa. Ale z tym już skończył. Poszedł do toalety i włożył głowę pod zimną wodę, pozwolił, by zmoczyła mu włosy i spływała po uszach, aż stracił w nich czucie. Wytarł się sztywnym papierem do rąk, nie patrząc w lustro, i ruszył do sali konferencyjnej. Falck siedział z filiżanką kawy w ręce, obok leżał jego notes. Nie wydawał się zajęty pracą.

Jeppe wydrukował zdjęcie Bettiny Holte i przytwierdził je magnesem do białej tablicy. Nagle rozległ się huk i tablica wylądowała na stopie Jeppego. Próbował ją podnieść, ale szybko się zorientował, że brakowało jednej śrubki. Po tym jak większość dawnego wydziału zabójstw przeniosła się do nowych budynków na Tegelholmen, można było odnieść wrażenie, że stary budynek komendy zaczął, dosłownie, spadać na głowy tym śledczym, którzy w nim jeszcze zostali. Tynk odpadał płatami, linoleum, którym pokryte były podłogi, zaczęło się niebezpiecznie wybrzuszać. Praca tutaj przypominała próby utrzymania „Titanica” na wodzie za pomocą balonów i gumy do żucia. Poza tym takimi drobiazgami zawsze zajmowała się Anette.

Falck rozparł się wygodnie na krześle i rozkoszując się kawą, patrzył, jak Jeppe walczy z tablicą. Najwyraźniej nie zamierzał nawet wstać. Partnerzy, tak jak ludzie, bywali różni.

Kiedy Jeppemu udało się w końcu ponownie ustawić tablicę, zapisał — obok zdjęcia — najważniejsze dane dotyczące ofiary i samego zabójstwa.

— Technicy nie znaleźli w domu żadnych śladów. Ani śladów krwi, ani narzędzia zbrodni. Jeśli zabił ją mąż, zrobił to w innym miejscu. — Jeppe wskazał na Falcka, który zamruczał coś pod nosem. Po chwili mówił dalej: — Mógł ją związać i wrzucić do bagażnika swojego samochodu. Mógł zawieźć ją w jakieś inne miejsce. Może wynajmuje gdzieś garaż albo jakieś pomieszczenie w klubie żeglarskim?

— Istnieje taka możliwość — przyznał Falck, dopił kawę i dyskretnie wytarł wąsy w rękaw.

Jeppe napisał na tablicy: GARAŻ.

— Mąż nie ma alibi. Larsen twierdzi, że sąsiedzi mówili mu, iż para często się kłóciła. Z upływem lat coraz częściej.

— Kto się nie kłóci po dwudziestu siedmiu latach małżeństwa? To nie musi nic znaczyć — stwierdził Falck, zapisując coś w notesie.

Jeppe przyglądał się zdjęciu Bettiny Holte. Była osobą stanowczą, tak określił ją mąż.

— Pracowała na oddziale położniczym w szpitalu w Herlev. Czy miała tam wrogów?

Falck odchrząknął zamyślony.

— Wiedziałeś, że kiedy samica żarłacza tygrysiego jest w ciąży, to płody zjadają się nawzajem, aż zostaną tylko dwa — powiedział. Dalej zapisywał coś swoim starannym pismem, jakby pisał pamiętnik i miał całe życie przed sobą.

Jeppe opuścił salę, powstrzymując się przed trzaśnięciem drzwiami.

Biurko w jego wyjątkowo uporządkowanym gabinecie było niemal puste. Żadnych chipsów, żadnych brudnych kubków po kawie. Wszystko leżało na swoim miejscu. Panował tu błogosławiony spokój. Jeppe opadł na krzesło i zadzwonił do Clausena z Krajowego Centrum Kryminalistki, czyli NKC.

— Kørner! Właśnie miałem do ciebie dzwonić.

— Zidentyfikowaliście rower?

— Jeszcze nie. Ale mam pomysł dotyczący narzędzia zbrodni.

— Mów — powiedział Jeppe, prostując się.

— Tylko nie myśl, że zawsze opowiadam rodzinie o sprawach, które prowadzimy... — zaczął Clausen. Jeppe odniósł wrażenie, że Clausen, mówiąc to, patrzy do tyłu przez ramię.

Oczywiście że nie.

— Jadłem dzisiaj lunch z moją córką. Jak może pamiętasz, jest ortopedą, chirurgiem. Wspomniałem jej o tych dziwnych nacięciach na nadgarstku ofiary. Czysto hipotetycznie, oczywiście.

— Oczywiście — przytaknął Jeppe, poprawiając się na krześle.

— Wzór na ciele ofiary wydał jej się znajomy. Nie potrafiła jednak powiedzieć dlaczego. Zaproponowała, żebyśmy skontaktowali się z jej przyjaciółką, która pracuje w Muzeum Medycyny. To Monica Kirkskov, ekspertka od historycznych narzędzi medycznych.

— Tak...

— Prześlę ci numer jej komórki. Na razie.

Clausen rozłączył się, Jeppe stał i wpatrywał się w ciemny ekran telefonu. Kiedy jeszcze był mężem Therese, przy stole jadalnym w Valby omawiali czasem prowadzone przez niego śledztwa, chociaż było to zabronione. Teraz ona miała nowego męża, a w willi mieszkała młoda para, która przemalowała dom na żółto. Rzeczy Jeppego zostały spakowane w kartony, za dwa tygodnie miał wprowadzić się do nowego mieszkania w Nyhavn. Życie toczyło się dalej. Do momentu, kiedy znów się zatrzyma, pomyślał.

Jego zadumę przerwała przychodząca wiadomość. Na ekranie komórki pojawiła się wizytówka od Clausena.

Monica Kirkskov.

Nie ma sensu wracać myślami do przeszłości. Jeppe wybrał numer i zadzwonił.

*

Mikrofalówka donośnym dźwiękiem oznajmiła, że kolacja jest gotowa. Psychiatra Peter Demant wyłożył porcję kurczaka tikka masala, dostarczoną z sieciowego marketu, na unikalną ceramiczną bornholmską zastawę. Posiłek był nieco za tłusty, ale dzisiaj potrzebował czegoś, co mógłby zjeść z miseczki, siedząc na kanapie.