Szczury - Radosław Lemański - ebook + książka

Szczury ebook

Radosław Lemański

5,0

Opis

Szczury, to oparta na prawdziwej historii powieść, która została napisana „jednym tchem”. Opowiada prawdziwą historię młodego człowieka, dorastającego w czasach politycznych przemian zachodzących w naszym kraju, które są jednak tylko tłem dla zmagań bohatera z cierpieniami, które mu funduje życie. Przedstawia jego wzloty i upadki, a przede wszystkim próbę godnego przeżycia w patologicznej rodzinie i trudnych środowiskach, w jakich przyszło mu żyć.

Jesteśmy jak nasiona dmuchawca,

porwane nagle i niesione przez przez wiatr,

nie wiadomo jak i gdzie...

Z pozoru człowiek w przedstawionym świecie jest niczym nasiono dmuchawca, wypuszczony w przestrzeń, życia, niesiony bezwiednie przez wiatr. Ale swoim życiem bohater wskazuje, że życie to coś więcej, niż tylko czysty przypadek. Z najgłębszej nędzy, największego upodlenia wyciąga go niewidzialna choć coraz mocniej odczuwalna ręka Boga. Jednocześnie historia losów bohatera wskazuje na Wartości, które świadczą o naszym człowieczeństwie. Podkreśla rolę nadziei i wytrwałości w dążeniu do godnego życia, mimo ciągłych porażek, jakie to życia nam funduje. Wskazuje, by nie poddawać się i podążać za obranym celem, bo mimo wszystko, krok po kroku i często pod wiatr, ale to wędrówka za swoimi marzeniami sprawia, że możemy być naprawdę szczęśliwi. A w wędrowaniu tym przez życie podtrzymuje nas prawdziwa Wiara.

Szczury” to pierwsza książka z cyklu „Po drugiej stronie Tęczy”,

która właśnie pokazuje siłę Wiary.

Bo czy bez Wiary można się podnieść z dna, które zdaje się być niezgłębione? Czy bez Wiary okaleczone serce i dusza zdolne są do miłości? O tym jest ta opowieść…

......................................................................

Wybrane recenzje:

Szczury” Radosława Lemańskiego to proza chwytająca za gardło, bo najprawdziwsza z prawdziwych. Tytułowe Szczury to ludzie walczący o swój byt - ten materialny i ten duchowy. Najpierw jako dzieciaki rodziców alkoholików, potem jako młodzi dorośli pozbawieni szansy na „normalne" życie.

Bohaterem książki jest chłopiec wychowujący się w patologicznej rodzinie w kraju o patologicznym ustroju polityczno-społecznym. Jego codzienność to ciągła walka o jedzenie, walka z ojcem, który swoje dzieci „trenuje" na równi ze psem, w końcu odwieczna walka na podwórku. Każde odstępstwo od reguł tego szarego świata jest niemile widziane. Nie pijesz ? Musisz być z Tobą coś nie tak. Czy da się wyrwać ze schematu ? Kolejne pokolenie bezrobotnych pijaków uczy swoje dzieci, że życie jest niesprawiedliwe i trzeba je zapić. Bohater książki nieustannie walczy ze swoim losem. Przegrywa. Raz po raz, ale walczy
i wierzy, że wystarczy czyjaś wyciągnięta ręka, by w końcu odwrócić bieg zdarzeń. I jego wiara jest słuszna.

Aleksandra Karwala, http://www.kulturatka.pl/

.......................................................................

Książka jest opowieścią o tym, że bez względu na wszystko nie warto się poddawać, że po każdym upadku należy się podnieść i walczyć po raz kolejny.

Autor zaszczepia w czytelniku nadzieję na to, że nic nie jest z góry przesądzone, że każdy ma prawo walczyć o zmianę swojego życia i że ono naprawdę może się zmienić. Wystarczy chcieć i spotkać na swojej drodze odpowiednich ludzi, z których doświadczenia będziemy czerpać.

Tekst jest także doskonałym studium środowiska ludzi biednych, ludzi żyjących w noclegowniach, a nie raz i na bruku. Język ulicy jakim momentami posługuje się autor, pełen wulgaryzmów i potocznych zwrotów sugestywnie oddaje realia opisywanej rzeczywistości.

Autor dokonuje analizy ludzkiej kondycji, przedstawia człowieka, który za wszelką cenę chce walczyć o swoje człowieczeństwo i wybić się ze środowiska, które go zniewala. Jest to opowieść o poszukiwaniu miłości, szacunki i zrozumienia.

Scathah, http://shczooreczek.blogspot.com

.......................................................................

Książka jest opowieścią o dojrzewaniu, nadziei, wzlotach i upadkach, ale przede wszystkim o poszukiwaniu sensu życia i utraconego człowieczeństwa. Powyższy akapit może sugerować filozoficzny banał, lecz surowa forma, dosadność i realizm świata przedstawionego pokazuje, że polska proza jest w dobrej kondycji. Radosław Lemański wniósł do niej zdrowy powiew świeżości.

Myślę, że powodów, aby sięgnąć po lekturę „Szczurów”, jest wiele. W powieści Lemańskiego nie znajdziemy prostych frazesów i drogowskazów. Znajdziemy tam tylko - i zarazem aż - rzeczywistość. Czasami są to najciemniejsze zakątki naszego miasta, czasami jest to sąsiad w bloku, którego istnienia wolimy sobie nie uświadamiać. Ale ten „półświatek” jest tuż za rogiem, i to nas denerwuje na tyle, że wolimy oglądać go przez pryzmat różowych okularów.

Sagitarius, http://www.portal-pisarski.pl/

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 138

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Ra­do­sław Le­mań­ski

po dru­giej stro­nie tę­czy

Szczu­ry

hi­sto­ria praw­dzi­wa

Co­py­ri­ght @ Ra­do­sław Le­mań­ski

Okład­ka: www.mpress-fre­elan­cer.pl

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

All ri­ghts re­se­rved.

E-book

Wy­da­nie III uzu­peł­nio­ne

Zie­lo­na Góra, 2012

ISBN: 978-83-935993-8-7

www.nad­chmu­ra­mi.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Je­ste­śmy jak na­sio­na dmu­chaw­ca,

po­rwa­ne na­gle i nie­sio­ne przez wiatr,

nie wia­do­mo jak i gdzie...

Wszyst­kim tym,

któ­rych spo­tkał po­dob­ny los,

by nig­dy nie tra­ci­li na­dziei i wia­ry.

Od Au­to­ra

Pew­ne­go dnia spo­tka­łem zna­jo­me­go z po­dwór­ka. Kie­dyś, jako dzie­cia­ki, do­ra­sta­li­śmy na jed­nym blo­ko­wi­sku. Ra­zem się ba­wi­li­śmy, wal­czy­li­śmy o nowe te­re­ny, pró­bo­wa­li­śmy ja­koś prze­trwać w ko­mu­ni­stycz­nym blo­ko­wi­sku. Na­sze do­ra­sta­nie zbie­gło się w cza­sie trans­for­ma­cji ustro­jo­wej, któ­ra dla nie­go była cza­sem wiel­kiej pró­by. Czy wy­szedł z niej zwy­cię­sko? Do­wie­cie się z tej opo­wie­ści, któ­rą spi­sa­łem i sta­ram się wier­nie prze­ka­zać. Do­po­wiem tyl­ko, że spo­tka­łem go kil­ka lat póź­niej, już po pierw­szym wy­da­niu tej po­wie­ści i nie za­wró­cił z ob­ra­nej dro­gi.

Sta­ra­łem się nad­mier­nie nie roz­bu­do­wy­wać opo­wie­dzia­nej mi hi­sto­rii, za­cho­wać tok my­śle­nia i ory­gi­nal­ny ję­zyk i jak naj­wier­niej od­dać po­szcze­gól­ne opo­wie­dzia­ne mi fak­ty z ży­cia. Ta­kie wła­śnie są „Szczu­ry”, praw­dzi­wa opo­wieść o praw­dzi­wym ży­ciu, ja­kie prze­szedł pew­nie nie­je­den mło­dy czło­wiek w tych nie­ła­twych cza­sach. Mimo bru­tal­no­ści uka­za­ne­go świa­ta, któ­ry „nie roz­piesz­cza”, dla mnie jest to jed­no­cze­śnie świa­dec­two wia­ry czło­wie­ka, któ­ry mimo bru­tal­no­ści ży­cio­wych do­świad­czeń, nie stra­cił na­dziei i za­ufał Bogu.

Tego za­ufa­nia w boże pro­wa­dze­nie, na­dziei i wia­ry ży­czę temu ko­le­dze wraz z nową ro­dzi­ną i wszyst­kim czy­tel­ni­kom tej książ­ki. Niech Wam Bóg bło­go­sła­wi.

Ra­do­sław Le­mań­ski

Roz­dział ICe­gieł­ki

Moje ży­cie to wzlo­ty i upad­ki,

któ­re są jak ce­gieł­ki.

Ży­cie ni­ko­go nie roz­piesz­cza. Wie­dzia­łem o tym jesz­cze przed po­czę­ciem, gdy z praw­dzi­we­go świa­tła su­ną­łem do jego elek­trycz­nej na­miast­ki. Wte­dy jesz­cze mie­li­śmy prąd i gaz. Mie­li­śmy też opie­kę z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, któ­ra nie po­zwa­la­ła ni­ko­mu być bez­dom­nym, a czo­ło­wi to­wa­rzy­sze mu­sie­li na­wet co nie­któ­rych zmu­szać do pra­cy. Mo­je­go ojca też, szcze­gól­nie na po­cząt­ku ich mał­żeń­stwa z mat­ką i po prze­pro­wadz­ce do mia­sta. Wte­dy nie zdą­żył jesz­cze wy­pić z nimi bra­ter­stwa i lo­jal­no­ści szmu­glo­wa­ną od bam­brów księ­ży­ców­ką. Nie po­znał jesz­cze zło­żo­nej struk­tu­ry ukła­dów i ukła­dzi­ków ja­kie łą­czy­ły klu­by wza­jem­nej ad­o­ra­cji na szcze­blach ko­mu­ni­stycz­nych władz i me­li­niar­skie­go pół­świat­ka. Mimo znacz­ne­go oby­cia z sys­te­mem rol­ni­czych kó­łek i ko­lek­ty­wów, nie po­tra­fił od­na­leźć się w miej­skiej dżun­gli, więc wy­ży­wał się na żo­nie, psie, bu­tel­kach z wód­ką a póź­niej i na nas, czy­li mnie i bra­ta, wi­niąc za wszyst­kie grze­chy świa­ta tego i prze­pi­ja­jąc reszt­ki do­byt­ku.

Tak, wie­dzia­łem, że nie roz­pie­ści mnie to ży­cie, więc od sa­me­go po­czę­cia uczy­łem się czer­pać ze wszel­kich jego uro­ków. Ssa­łem z pę­po­wi­ny ni­ko­ty­nę i wraz z mamą le­czy­łem kaca pró­bu­jąc ko­lej­nych wy­na­laz­ków. Nie wie­dzia­łem, co praw­da, czy to ja by­łem tym ro­ba­kiem, któ­re­go ona wciąż za­le­wa­ła, czy też jej uko­cha­nym „piz­dusz­kiem”, księ­ciem z baj­ki, któ­ry miał od­mie­nić jej ży­cie, chro­niąc od sta­re­go. Bo star­szy brat oka­zał się być bar­dzo krnąbr­nym i nie­do­brym chłop­cem, nie­ukiem, ga­mo­niem i „kur­wim uchem”, z któ­re­go i tak nic do­bre­go mia­ło nie wy­ro­snąć. W chwi­lach sła­bo­ści jed­nak ten mały, „uko­cha­ny skur­wie­lik” i „skur­czy­by­czek” tę­sk­nił za mną i za to go lu­bi­łem. By­łem na­iw­ny, bo jego tę­sk­no­ta w sło­wach: „Kie­dy wresz­cie będę miał bra­cisz­ka”, wy­da­wa­ła mi się prze­peł­nio­na czu­ło­ścią, a była to szczu­rza prze­bie­głość pie­lę­gno­wa­na na­dzie­ją, że oto bę­dzie wresz­cie ktoś, z kim bę­dzie mógł się po­dzie­lić wy­nie­sie­niem śmie­ci i gło­dem, a przede wszyst­kim rze­mie­niem i klam­rą oraz wszyst­kim tym, czym ży­cie nie roz­piesz­cza­ło. Na­ro­dzin w ogó­le nie wspo­mi­nam, bo ich nie pa­mię­tam. Wiem tyl­ko, że z ja­kichś po­wo­dów moi anio­ło­wie scho­wa­li się gdzieś za mgli­stym wspo­mnie­niem bło­go­sta­nu czu­łej opie­ki, na dłu­go od­da­jąc mnie w ręce mat­ki zie­mi i gło­sów wciąż do­ma­ga­ją­cych się wy­nie­sie­nia daw­no wy­nie­sio­nych śmie­ci, z któ­ry­mi czę­sto bie­ga­łem na boso, o każ­dej moż­li­wej po­rze doby, by uchro­nić się przed gnie­wem ojca. Szyb­ko też się prze­ko­na­łem, że śmie­ci to tyl­ko je­den z moż­li­wych pre­tek­stów do „wła­ści­we­go wy­cho­wa­nia” i „po­ka­za­nia tego i owe­go” smar­ka­czo­wi taki ja. Oprócz nich waż­ne było wy­sku­ba­nie dy­wa­nu z kłacz­ków, prze­gar­nia­nie wszyst­kich bez wy­jąt­ku okrusz­ków z kuch­ni, bie­żą­ce my­cie pod zim­ną wodą bie­li­zny i wie­le in­nych jesz­cze czyn­no­ści, przy­na­leż­nych wła­ści­we­mu wy­cho­wa­niu.

Wy­dzie­lo­ny czas kar i na­uki dzie­li­łem z ra­do­ścią czu­łej opie­ki po­dwór­ka i ko­rzy­sta­nia z oka­zji chwil po­mrocz­no­ści, w któ­rą co­raz czę­ściej za­nu­rza­li się ro­dzi­ce. Szyb­ko na­uczy­łem się ko­rzy­stać z tych chwil, gdy w na­szym domu zja­wia­ła się god­na czy­li ma­ją­ca kasę kom­pa­nia, któ­ra prze­cież mu­sia­ła coś jeść lub gdy sta­rzy szli póź­niej z re­wi­zy­tą. Szaf­ki za­peł­nia­ły się na­gle je­dze­niem, z po­cząt­ku im­pre­zy wy­dzie­la­nym, po­tem jed­nak nikt już tego nie kon­tro­lo­wał, więc przy do­brej im­pre­zie, gdy świat wo­kół bie­siad­ni­ków tra­cił na ostro­ści, mo­gli­śmy jeść do syta a gdy wszy­scy prze­no­si­li się na inną metę, to i czę­sto­wać się tym, co zo­sta­ło z im­prez­ki. Do tego wi­zja nie­złe­go ochla­ju na­pa­wa­ła wszyst­kich pod­nie­ce­niem i szyb­ko od­kry­li­śmy, że nie­kie­dy za­po­mi­na­li spraw­dzić przy­nie­sio­nej resz­ty. Za­praw­dę słod­ki był to czas, gdy sta­rzy le­że­li pi­ja­ni po uda­nej im­pre­zie, a w ku­chen­nych za­ka­mar­kach i na sto­le było jesz­cze tyle do zje­dze­nia. Na­wet jak zo­sta­li w domu, obo­wiąz­ko­wa, na­stęp­ne­go dnia, wy­pra­wa po lecz­ni­czą so­dów­kę, skut­ko­wa­ła cza­sem ła­ska­wym da­niem na loda, więc w su­mie czę­sto w kie­sze­ni było na­wet na kil­ka dni prze­trwa­nia.

„Ży­cie zno­wu nas nie roz­piesz­cza”. Tak my­śla­łem za każ­dym ra­zem, gdy oj­ciec mi i bra­tu ka­zał klę­czeć w ką­cie. Nig­dy nie było wy­raź­ne­go po­wo­du jego gnie­wu. Bił nas i ka­zał klę­czeć gdy wy­pił i na przy­kład stwier­dził, że po­trzeb­ny jest nam tre­ning dla za­har­to­wa­nia, ale rów­nież kie­dy był trzeź­wy. Bar­dzo czę­sto przy go­ściach po­pi­sy­wał się „tre­su­rą”, któ­ra oprócz klę­cze­nia obej­mo­wa­ła sze­reg róż­nych czyn­no­ści, koń­czą­cych się prze­waż­nie „skom­le­niem”, czy­li ła­sze­niem się u jego nóg, gdy ze łza­mi w oczach prze­pra­sza­li­śmy za wszyst­ko, co było i ewen­tu­al­nie bę­dzie. Czę­sto wy­czu­wa­li­śmy te chwi­le, a cza­sem mat­ka nas ostrze­ga­ła: „sprawdź­cie śmie­ci, wy­pierz­cie majt­ki, umyj­cie nogi, ugo­to­wa­li­ście obiad, a lek­cje od­ro­bio­ne?”. Ko­le­dzy opo­wia­da­li po­dob­ne hi­sto­rie, róż­nią­ce się od na­szych wszak­że tym, że póź­niej „na zgo­dę” do­sta­wa­li przy­najm­niej na loda, a czę­sto mo­gli wy­dę­bić wię­cej. Nas nie chro­ni­ło na­wet wy­nie­sie­nie śmie­ci, bo i tak czę­sto zna­la­zło się coś do zro­bie­nia, co trze­ba było wy­ko­nać mi­gu­siem i w try­mi­ga, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ta­kie szcze­gó­ły, jak za­ło­że­nie bu­tów czy kurt­ki. Może jed­nak była jed­na rzecz, któ­ra nas cza­sem ra­to­wa­ła. No nie rzecz, tyl­ko na­sza sucz­ka Ada, pu­pil sta­re­go. Szyb­ko na­uczy­ła się usta­wiać z nami w rzę­dzie przed sro­gim na­uczy­cie­lem i pod­czas, gdy my klę­cze­li­śmy przed nim po­słusz­nie z wy­cią­gnię­ty­mi rę­ko­ma, ona cza­sem sia­da­ła obok nas i wy­cią­ga­ła łap­ki. Gdy zo­sta­ło to do­brze ode­gra­ne przez go­ść­mi, a po­tem i na bis – mo­gli­śmy cza­sem li­czyć na uła­ska­wia­nie, jako do­brze uło­żo­ne i na­le­ży­cie wy­cho­wa­ne szcze­nia­ki.

Ale wszę­dzie było coś nie tak. Tre­su­ra obej­mo­wa­ła nie­je­den dom. Każ­de pię­tro mia­ło jed­ne­go swo­ja­ka, każ­da klat­ka kom­pa­na lub przy­najm­niej kro­wę, któ­rą moż­na było cza­sem wy­do­ić na pią­chę lub li­tość. Ta­kie było osie­dle, wy­bu­do­wa­ne z fun­du­szu jed­nej z gór­ni­czych kor­po­ra­cji. Miesz­ka­li tu byli i obec­ni gór­ni­cy, pre­ze­si i ich po­ma­gie­rzy w gór­ni­czym fa­chu, jak rów­nież lud­ność na­pły­wo­wa, któ­rą ku­si­ły za­rob­ki i miesz­ka­nie. Były po­do­bień­stwa, ale też róż­ni­ce i wśród swo­ja­ków byli chu­je, z któ­ry­mi nie szło wy­pić, i pa­ni­ska, któ­re wy­da­wa­ły się nie pić wca­le lub ro­bi­ły to bar­dzo dys­kret­nie. Ja­kie było osie­dle, ta­kie było na­sze po­dwór­ko, świat praw­dzi­wych war­to­ści i swoj­skie­go stra­chu. Rów­nież tu byli swo­ja­cy, chu­je i pa­ni­ska. Tyle że tu­taj pa­ni­ska wca­le nie były na mar­gi­ne­sie gru­py, bo mo­gli dać cu­kier­ka, loda, a póź­niej na­wet szlu­ga czy po­czę­sto­wać fla­chą z Pe­we­xu. Praw­dzi­wa gra­da­cja za­czy­na­ła się dla więk­szo­ści z nas, prze­cięt­nia­ków już po pierw­szej pró­bie wkrę­ce­nia w gru­pę. Szyb­ko oka­zy­wa­ło się, że wspól­na pia­skow­ni­ca wca­le nie jest wspól­na, po­dob­nie jak dwie huś­taw­ki, nie mó­wiąc już o ław­kach. Je­śli zaś ktoś z no­wych się za­po­mniał, za­raz przy­najm­niej ze dwie cie­ka­we twa­rze zja­wia­ły się koło nie­go i po szyb­kiej ana­li­zie, z kim mają do czy­nie­nia, na­stę­po­wa­ło de­li­kat­ne (but) przy­po­mi­na­nie o nie­od­łącz­nym wku­pie­niu się do gru­py. Nie trze­ba było na­wet za wie­le o so­bie mó­wić.

– Ty, fra­jer, kop­snij szlu­ga – mó­wił je­den, na­wet jak jesz­cze nie ja­rał.

– Masz zeta? – do­da­wał dru­gi. – A tak w ogó­le to skąd ko­leś je­steś?

– To ten spod je­de­nast­ki, od pi­ju­sów – któ­ryś stwier­dzał.

– No tak, to ci bie­da­cy – do­da­wał dru­gi, mie­sza­ni­na pa­ni­ska ze swo­ja­kiem.

– A w fut­bol umiesz lesz­czu ko­pać?

Dość szyb­ko na­stę­po­wa­ło wszech­stron­ne te­sto­wa­nie, czy­li gra w pił­kę, noża, rzut ka­mie­niem i ilość prze­wro­tek na huś­taw­ce. Waż­niej­sze było jed­nak spraw­dze­nie siły i lo­jal­no­ści wo­bec resz­ty. Za­zwy­czaj przy dru­gim czy trze­cim po­wi­ta­niu zdy­ba­ło się kan­dy­da­ta gdzieś w miej­scu ustron­nym i chęt­ni z gru­py, któ­rych zresz­tą nig­dy nie bra­ko­wa­ło, mo­gli się z nim zmie­rzyć. Źle, je­śli oka­zy­wał się ma­min­syn­kiem, za­pła­kał i chciał uciec. Wów­czas wia­do­mo było, że za­wsze moż­na mu bez prze­szkód sprze­dać mukę, zro­bić wred­ne­go pa­jącz­ka czy wy­słać na zwia­dy do in­nej osie­dlo­wej ban­dy jako żywą tar­czę dla ka­mie­ni. Tak czy in­a­czej, płacz nie po­ma­gał i trze­ba było wal­czyć. Na­wet je­śli kan­dy­dat zwy­cię­żył, nie tak szyb­ko zdo­by­wał re­spekt gru­py, no chy­ba że zro­bił to w im­po­nu­ją­cym sty­lu a`la King Bru­ce Lee Ka­ra­te Mistrz. Po pierw­szej na­stę­po­wa­ła dru­ga wal­ka, a po nich ko­lej­na. By­wa­ło tak, że nie chcąc stra­cić swo­je­go miej­sca w hie­rar­chii, każ­dy chciał się z nim zmie­rzyć. Za­wsze w któ­rymś mo­men­cie wcho­dził do ak­cji, ob­ser­wu­ją­cy zwy­kle z boku, szef ban­dy - Gi­bon. Było to chłop­czy­sko wiel­kie, prze­ro­śnię­te, któ­re swe­go cza­su za punkt ho­no­ru wzię­ło so­bie ki­blo­wa­nie, bo nie chcia­ło opusz­czać szko­ły i roz­sta­wać się z kom­pa­nią. Spo­tka­nie z nim koń­czy­ło się nie­odmien­nym po­sma­ko­wa­niem lacz­ka na twa­rzy, co świad­czy­ło, że kan­dy­dat jest już przy­na­leż­ny i je­śli oka­zał na­leż­ny re­spekt, na ja­kiś czas spo­koj­ny. By­wa­ło i tak, że mimo pierw­sze­go laka nadal się bu­rzył, ale kie­dyś wyjść na dwór prze­cież mu­siał, a przy­najm­niej iść do szko­ły, więc ini­cja­cja w gru­pę na­stę­po­wa­ła prę­dzej czy póź­niej.

Samo wej­ście w skład po­dwór­ko­wej eki­py nie koń­czy­ło jed­nak okre­su burz i na­po­rów. Do­pie­ro tu­taj trze­ba było bez­u­stan­nie wal­czyć o swo­je miej­sce, tak fi­zycz­nie, jak i w utarcz­kach słow­nych.

– Bie­dak je­steś, mały lesz­czyk, twoi sta­rzy za dużo chle­ją – utarcz­ki słow­ne zwy­kle za­czy­na­ło ja­kieś pa­ni­sko i trze­ba było od­po­wie­dzieć, naj­le­piej z ba­je­rem, czy­li na przy­kład ry­mu­jąc, co z bie­giem cza­su prze­kształ­ci­ło się pew­nie hip-hop i rap.

– Twoi sta­rzy pić nie umie­ją, to lesz­cze i nic jesz­cze.

– Ale mamy ko­lo­ro­wy te­le­wi­zor i to, i śmo, i tam­to też – chwa­lił się je­den z dru­gim troll.

– Ja też

– Ja też, te­raz to nor­mal­ka.

– No my też.

– Ko­lo­ro­wy?

– Zwy­kły (co nie było do koń­ca praw­dą, bo owszem, czar­no – bia­ły był, tyle że prze­waż­nie nie dzia­łał).

– Pral­kę nową mamy.

– My też.

– Ale nie au­to­mat.

– No nie, ale zwy­kła też do­bra (nie mie­li­śmy wca­le, ale prze­cież nie moż­na było tego po­wie­dzieć).

Naj­chęt­niej dał­bym mu w ryja, by się za­mknął, ale ba­łem się, że wy­le­ci jego star­szy brat lub, nie daj boże, po­skar­ży się Gi­bo­no­wi, z któ­rym miał do­bry układ. Szyb­ko też stwier­dzi­łem, że w ta­kich roz­mo­wach nie mam szans, po­dob­nie zresz­tą, jak w ogól­nych dys­pu­tach na­tu­ry bar­dziej fi­lo­zo­ficz­nej w ro­dza­ju: „dla­cze­go, kur­wa, na­le­ży jeść jabł­ka? Bo mają kur­wa wi­ta­mi­ny, któ­re dają siłę”. Fi­lo­zof, bo tak go na­zy­wa­li­śmy, wie­dział wszyst­ko, a na­wet je­śli cze­goś aku­rat nie wie­dział, to po­tra­fił się do­wie­dzieć i z dumą nam to przed­sta­wić. Z bie­giem cza­su na­uczy­łem się go zno­sić, szcze­gól­nie od chwi­li, gdy do­stał ka­mie­niem i nie po­skar­żył się na nas.

Za­raz na po­cząt­ku, trak­tu­jąc to jako spraw­dzian i lek­cję, Gi­bon wy­słał nas na zwia­dy na po­dwór­ko wro­gich ban­dy­tów, za­miesz­ku­ją­cych blok obok na­sze­go. Nie wie­dzia­łem jesz­cze, dla­cze­go tak brzyd­ko okre­śla­ją to spo­koj­ne miej­sce z wy­mie­nio­ną pia­skow­ni­cą i po­ma­lo­wa­ny­mi ław­ka­mi, na któ­rych z rzad­ka tyl­ko ktoś prze­sia­dy­wał. Do­wie­dzia­łem się za­raz po­tem, jak tuż obok mnie wy­lą­do­wał sło­ik z ja­ki­miś prze­two­ra­mi, a wnet za nim z klat­ki wy­bie­gło dwóch wy­rost­ków i chwy­ci­ło za ka­mie­nie.

– Ban­dy­ci ata­ku­ją!!! – krzyk­nął Fi­lo­zof i rzu­cił się do uciecz­ki, ale z ra­cji sa­deł­ka za­raz go wy­prze­dzi­łem. Zdą­ży­łem tyl­ko usły­szeć co wy­raź­niej ak­cen­to­wa­ne frag­men­ty skie­ro­wa­ne­go do nas tek­stu: „Spier­da­laj­cie za­je­ba­ne Mon­go­ły” i usły­szeć świst prze­la­tu­ją­ce­go obok ka­mie­nia. Fi­lo­zof jed­nak obe­rwał, przez co na kil­ka dni był na­szym bo­ha­te­rem i mógł bez prze­szkód snuć wła­sną wer­sję strasz­li­wych wy­da­rzeń, w któ­rych na koń­cu oka­zy­wa­ło się, że go­ni­ła nas nie tyl­ko oku­pu­ją­ca je­den z ban­dyc­kich bal­ko­nów Wa­riat­ka, któ­ra rzu­ca­ła byle czym i w ko­go­kol­wiek, ale i do­sko­na­le wy­szko­lo­na, i naj­wy­raź­niej szy­ku­ją­ca się do woj­ny, wa­ta­ha ban­dy­tów.

Tak, wi