Szczęście na czterech łapkach - Klaudia Bianek, Anna Kasiuk, Robert Kornacki, Agnieszka Lis - ebook
31,90 zł

lub
Opis

Poznaj niezwykłe opowiadania o zwierzętach, które dostały kolejną szansę na szczęście.

Mała Karmelka, urocza Ella i żywiołowy Skiper z nadzieją spoglądają przez kratki kojców na wolontariuszy odwiedzających schronisko. Ciepłe posłanie, pełna miska i miłość człowieka to ich największe marzenia. Tak niewiele trzeba, aby je spełnić!

Autorzy najlepszych powieści obyczajowych podarowali podopiecznym schroniska w Przyborówku historie pełne ciepła i nadziei. Dziewięć opowiadań, w których czworonożni bohaterowie znajdują upragniony dom, tęsknią, zakochują się, a niekiedy nawet ratują życie! W rzeczywistości wielu z nich wciąż jeszcze czeka na swoją szansę. Może to właśnie Ty pomożesz im odzyskać wiarę w lepsze jutro?

Część dochodu ze sprzedaży antologii zostanie przekazana na rzecz Fundacji „Przytuliska u Wandy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 292

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0


Podobne


 

 

 

 

Pojawił się nie wiadomo skąd. Jedni twierdzili, że wyrzucono go z dużego rodzinnego samochodu, który ostro zahamował na pobliskich światłach. Inni opowiadali, że znaleziono go przywiązanego do stojaka na rowery przed budynkiem poczty i że siedział tam całe popołudnie, obojętny na palące słońce i kąsające owady, ze wzrokiem wbitym w jeden punkt na horyzoncie. Byli też tacy, co widzieli, jak przybiegł od strony centrum, z nosem przy ziemi i z kawałkiem żółtego sznurka dyndającym przy podniszczonej obroży. Spekulowano, skąd się wziął, jednak żadna z odpowiedzi nie dawała pewności, wszystko było zaledwie domysłem. Z wyjątkiem jednego. Pies ten zaznać musiał od człowieka niejednej krzywdy. Świadczyły o tym smutne, a zarazem czujne i nieufne spojrzenie, zapadnięte boki i dziwnie napięte ciało, zawsze gotowe do biegu, do ucieczki.

Za swój rewir uznawał teren pomiędzy starym dworcem a piekarnią przy rogatkach miasteczka. Często można go było spotkać, gdy wędrował poboczem, oznaczając teren, albo wymieniał jazgotliwe pozdrowienia z pieskami biegającymi za ogrodzeniami eleganckich posesji. Ulubionym jego miejscem było jednak miejskie targowisko. Znał tam każdy kąt i każdego handlarza. Wiedział, kto rzuci plasterkiem kiełbasy, a kto kamieniem lub wyzwiskiem. Często buszował obok śmietnika, przepędzając inne bezpańskie psy albo płosząc ptaki. Nie był wielki, ale wzbudzał respekt. Ot, zwyczajny kundel, czarny podpalany, z jasnymi łapami wiecznie umorusanymi błotem.

Nazwano go Kredo, bo gdy pewnego dnia mała dziewczynka zostawiła na chodniku kawałek kredy, łapczywie złapał go w pysk. Żartowano, że taki z niego artysta, zachłanny na uliczną sztukę, aż kredę połknął. Rzadko reagował na swoje imię, podobnie zresztą jak na gwizdnięcia czy zaczepki.

Pracownicy i klienci targowiska przywykli do widoku Kredo. Krążył wokół straganów niczym stróż, jego czujnym oczom i dobremu węchowi nic nie było w stanie umknąć. I choć czasem napomykano, że może warto byłoby zadzwonić po straż miejską albo pracowników schroniska, to jednak wciąż odkładano to na dzień kolejny. Ludzie, którzy pracowali na targowisku, byli przyzwyczajeni do ciężkiej pracy od świtu do nocy, w palącym słońcu, chłostającym deszczu i ostrym jak odłamki szkła śniegu. Byli twardzi, rzeczowi i dalecy od sentymentów. A jednak podświadomie przejmowali się losem tego dziwnego, samotnego psa, który przylgnął do miejsca ich pracy i wtopił się w nie, jakby było najprzytulniejszą budą.

Czasami żartowali, że Kredo jest jednym z nich.

 

Jadwiga Treflińska przystanęła przed przejściem dla pieszych i zerkając w zasnute ołowianymi chmurami niebo, postawiła kołnierz ciepłego płaszcza. Październikowy poranek był wyjątkowo chłodny i wilgotny. Podmuchy wiatru wciskały się pod okrycie.

Jadwiga westchnęła cichutko na myśl o książce, która czekała na nią na stoliku przy łóżku. Jak przyjemnie byłoby pozostać w ciepłym mieszkaniu i zanurkować z nią pod koc! Niestety, tę przyjemność musiała odłożyć do wieczora. Od wielu lat była na rencie, jednak wysokość świadczenia zmusiła ją do podjęcia dodatkowego zajęcia. Pracowała na miejskim targowisku, w budce należącej do syna jej przyjaciółki. Sprzedawała trochę tego, trochę tamtego: firanki ma metry, kolorowe nici, włóczki i kordonki, serwetki z nadrukami i plamoodporne obrusy. Nie zarabiała kokosów, ale cieszyła się, że jako tako sobie radzi i nie musi wyciągać ręki do córki, od lat mieszkającej za granicą.

Światło zmieniło się na zielone i Jadwiga drobnymi kroczkami ruszyła w kierunku zadaszonych straganów. Z daleka dostrzegła Kredo. Pies obwąchiwał wielki metalowy kubeł na śmieci, który jakaś sfrustrowana dusza przewróciła na ziemię.

Widok psa węszącego wśród odpadków mocno ścisnął serce Jadwigi. Kobieta przystanęła, sięgając do dużej materiałowej torby. W przegródkach podniszczonego portfelika znajdowało się zaledwie kilka banknotów: jedna dwudziestka i trzy dziesiątki. A do wypłaty zostało jeszcze kilka dni.

Kredo niemal zanurkował w przewróconym kuble. Jego łeb obijał się o metalowe ścianki z głuchym dudnieniem.

– Ech, biedaku… – Westchnęła Jadwiga.

Pospiesznie zawróciła do pobliskiej masarni. Stojąca za ladą pani Krysia uśmiechnęła się przyjaźnie.

– Dzień dobry, pani Jadziu. Łopateczkę mam ładną, na promocji…

– Nie dzisiaj. – Wargi Jadwigi nieznacznie zadrżały. – Tej taniej kaszanki, pani Krysiu… Wie pani której.

– A jakże, wiem. A pani wie, co o tym myślę.

– Ci… cicho, dziecko! – Jadwiga umknęła spojrzeniem w bok. – Żadne stworzenie nie powinno zaznać głodu.

– Ale przecież są instytucje od tego. Wystarczy zadzwonić…

– A pani by chciała, żeby ją kto do klatki wtłoczył? Przecież Kredo nikomu nie wadzi…

Pani Krysia westchnęła.

– Ile tej kaszanki, pani Jadziu?

– Niech będzie za pięć złotych.

Pani Krystyna sięgnęła do lady po wybraną wędlinę, położyła na desce i odcięła solidny kawałek. Sprawnie zawinęła kaszankę w płachtę szarego papieru, musnęła pakunkiem wagę i szybko wbiła na kasę należność. Obie wiedziały, że kaszanki jest więcej niż za pięć złotych. Nie pierwszy raz odgrywały ten scenariusz.

– A łopatki pani odłożę, tak czy siak… Zapłaci pani po wypłacie – powiedziała na koniec pani Krysia, sięgając po kubek ze smolistą kawą. – Taka ładna, że grzech nie kupić w tej cenie.

Jadwiga podziękowała ekspedientce bladym uśmiechem, po czym opuściła sklep z wędlinami. Po wyjściu na ulicę zaczęła rozglądać się za Kredo. Jakiś litościwy przechodzień postawił kubeł, ale odpadki nadal walały się po chodniku. Pies zniknął. Najwyraźniej uznał, że pora spenetrować inne śmietniki.

Jadwiga się tym nie przejmowała. Kredo przychodził i odchodził. Czasami znikał na długie godziny, czasami przepadał na cały dzień albo i noc, a następnego ranka zjawiał się na targowisku, ze śladami stoczonej walki. Starsza pani nieraz próbowała opatrywać naderwane ucho czy podrapany pysk, ale Kredo był na to zbyt mądry i gdy tylko zobaczył w jej rękach charakterystyczną butelkę ze środkiem odkażającym, pospiesznie znikał między straganami z podkulonym ogonem.

Nie miała zresztą czasu zajmować się bezdomnym kundelkiem. Musiała rozstawić stoisko, wyeksponować towar, przeliczyć pieniądze pozostałe z poprzedniego dnia. Jej szef zjawiał się na targowisku raz dziennie, a czasem i rzadziej. Jeśli nie odbierał utargu, Jadwiga zabierała pieniądze ze sobą, a następnego dnia znów je przynosiła. Nie lubiła tego. Czuła się niepewnie, mając przy sobie cudzą gotówkę, pocieszała się jednak, że żaden złodziej nie zwróci uwagi na taką staruszkę jak ona.

Po chwili krzątaniny stoisko było gotowe. Jadwiga odetchnęła głęboko i chuchając w skostniałe dłonie, przysiadła na niedużym krzesełku. Utkwiła wzrok w przejściu między stoiskami, wypatrując znajomych klientów i Kredo.

Jesienią i zimą ruch na targowisku był znikomy, więc Jadwiga zwijała stoisko tuż przed piętnastą. Właśnie pakowała koszyki wypełnione motkami kolorowego kordonka, gdy w zabłoconym przejściu między straganami zabrzęczało coś donośnie i jej oczom ukazał się Kredo. Na widok kobiety pies zawahał się i spuścił łeb. Jadwiga zdążyła zauważyć między zębami psiska coś, co do złudzenia przypominało laskę kiełbasy zwyczajnej. Zmarszczyła brwi.

– Mam nadzieję, że nie urządziłeś napadu na dostawę do masarni, Kredo? – zapytała.

Pies niemrawo poruszył ogonem i z opuszczonym łbem powoli zbliżył się do kobiety. Jadwiga wstrzymała dech. Nigdy wcześniej nie zdarzało się, by Kredo sam z siebie podchodził do niej tak blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki! Kiedy go opatrywała, musiała wcześniej zwabić go jedzeniem. A teraz, gdyby chciała, mogłaby położyć dłoń na jego łbie i zatopić palce w futrze. Nie zrobiła tego jednak. Czuła respekt, nie wiedziała, czy Kredo sobie tego życzy. Poza tym skupiła uwagę na tym, co pies wypuścił z pyska tuż obok jej stopy.

Poczuła lodowate igiełki w dolnej części kręgosłupa.

Pies pochylił łeb, gotów chwycić między zęby swój łup i ujść z nim do bezpiecznej kryjówki. Jadwiga odruchowo złapała go za złuszczoną obrożę, pozostałość po dawnym życiu. Kredo popatrzył na nią zdumiony.

– Nie ruszaj tego, Kredo! – szepnęła Jadwiga, kręcąc głową i szukając wzrokiem jakiegoś znajomego handlarza. – Nie rusz! Fe!

Pies wydał z siebie pomruk zniecierpliwienia. Jadwiga poczuła, że jej dłonie, przed momentem skostniałe z zimna, pokrywa teraz warstewka potu. Na szczęście kątem oka wyłowiła znajomą sylwetkę pana Józka, który po sąsiedzku handlował damską konfekcją.

– Panie Józku! – przywołała go. – Panie…

– No, co tam, pani Jadziu? – Pod sumiastym wąsem mężczyzny błysnęły białe zęby. – Zbieramy się do domku?

– Nie czas na pogaduszki – zganiła go kobieta. – Niech pan tu szybko przyjdzie!

– Co tam pani wyprawia? A co to? Czy to nasz targowy stróż? – Na widok Jadwigi trzymającej obrożę Kredo krzaczaste brwi pana Józefa powędrowały w górę.

Kobieta sapnęła.

– Niech pan podniesie to, co leży obok mojego buta! Ostrożnie!

Pan Józef posłusznie pochylił się nad zabłoconą alejką.

– Co, do diabła… – powiedział niepewnie, prostując się.

Jadwiga i Józef z przerażeniem wpatrywali się w kawałek zwyczajnej kiełbasy w ręku mężczyzny. Kawałek mięsa najeżony małymi, ostrymi gwoździkami. Na myśl o tym, co ten niewielki metal uczyniłby z przewodem pokarmowym Kredo lub innego zwierzęcia, które połakomiłoby się na taki „przysmak”, Jadwigę oblał zimny pot. Popatrzyła panu Józefowi w oczy.

– Niech mnie kule biją – mruknął mężczyzna, przeczesując palcami czuprynę. – Przeszkadzasz komuś, piesku!

– Mój Boże! – Jadwiga puściła obrożę Kredo, a pies natychmiast to wykorzystał i czmychnął między stoiska. – Jak można być tak okrutnym! Przecież to by go zabiło!

– Szczęście, że nie pożarł tej kiełbachy od razu, tylko na targowisko przyniósł – przytaknął pan Józef, obracając w palcach felerny kawałek wędliny. – I szczęście, że pani to wypatrzyła, pani Jadziu! Kredo zawdzięcza pani życie!

– Ale co dalej? – Z gardła Jadwigi wydarł się zduszony szloch. Wskazała kiełbasę w ręku Józefa. – Przecież tego może być więcej. Dużo, dużo więcej. I prędzej czy później jakieś zwierzę się połasi i umrze w strasznych męczarniach. Co robić, panie Józku, co robić?

– Pewnikiem na straż miejską zadzwonić trzeba. Niech przyjadą i trochę powęszą. – Józef podrapał się po szorstkim od zarostu podbródku. – I uczulić ludzi trzeba, żeby pod nogi patrzyli i zgłaszali, jeśli znajdą coś podejrzanego.

– I mieszkańców. – Jadwiga powoli skinęła głową. – Trzeba ostrzec mieszkańców, że muszą pilnować swoich zwierząt. Poinformować, że na osiedlu grasuje… zwyrodnialec! – Głos jej się załamał, a ciałem wstrząsnął dreszcz.

Józef popatrzył na znajomą z wyraźną troską.

– Przemarzła pani na kość, pani Jadziu! Niech pani zwija ten majdan i leci do domu, gorącej herbaty się napić! Ja już prawie skończyłem. Rozejrzę się trochę po okolicy, przy kontenerach powęszę. Jak nasz Kredo! – zażartował.

Jadwiga pokręciła głową. Nie chciała wracać do domu. Nie mogła. Nie teraz, gdy wiedziała, że psu grozi niebezpieczeństwo. Obrzuciła niechętnym spojrzeniem kawałek kiełbasy w ręku Józefa i odwróciła się w kierunku koszyka z kordonkiem. Jej dłonie drżały.

„Co robić?” – myślała. „Co robić? Jak sprawić, żeby Kredo był bezpieczny? Komuś przeszkadza nasz targowy stróż, oj, przeszkadza! Zamordować chce, bezdusznie, skazać na okrutne męczarnie! I nawet nie wiadomo kto! Przecież i na targowisku nie brakuje takich, którym Kredo zawadza! Mało to narzekają, że łazi, klientów odstrasza, zarazki przenosi, bo brudny, taki i owaki? Nie jesteś tu bezpieczny, piesku!” Załkała.

Pół godziny później Jadwiga opuściła plac targowy i powoli podreptała w kierunku przystanku tramwajowego. Szła ze spuszczoną głową, wpatrując się w pokryty liśćmi chodnik. Jej wzrok błądził wzdłuż trotuaru, szukając niebezpiecznych pułapek zastawionych na swobodnie biegające zwierzęta. Przy jednej z ławek stojących na skwerze zauważyła Kredo. Pies niemrawo zamerdał ogonem.

Jadwiga przypomniała sobie o kaszance kupionej z rana. Przykucnęła obok psa i podsunęła mu dobyty z torby przysmak.

– Zajadaj, piesku – szeptała. – Zajadaj. Może jeśli nie będziesz głodny, nie połakomisz się na kiełbasę z gwoździami? – zapytała łamiącym się głosem. – Jedz. A ja pomyślę, co zrobić, abyś był bezpieczny!

Starsza pani przysiadła ciężko na ławce. Siedzisko było wilgotne, pokryte mokrymi liśćmi, ale nie zwróciła na to uwagi. Pogrążyła się w rozmyślaniach. W końcu popatrzyła na mlaskającego z zadowoleniem kundla. Już wiedziała, co musi zrobić.

– Pilnuj się, piesku! – przykazała, wstając z ławki. – Do jutra.

Po powrocie do domu Jadwiga przebrała się w wygodny, domowy strój, po czym wymknęła się z mieszkania i zapukała do drzwi naprzeciwko. Młoda dziewczyna, która otworzyła, popatrzyła na nią ze zdumieniem. Sąsiadka nigdy wcześniej jej nie odwiedzała.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam, dziecko – zaczęła niepewnie Jadwiga, nerwowo pocierając dłonie – ale z pewnością masz internet? Mogłabyś coś dla mnie znaleźć?

Dziewczyna potwierdziła skinieniem głowy i zaprosiła Jadwigę do środka. Ta nie zabawiła długo. Po kilku minutach wróciła do mieszkania, ściskając w dłoni maleńki karteluszek. Zapisany na nim ciąg cyfr mógł być ratunkiem dla Kredo. Czy będzie?

Trzęsącymi się rękoma Jadwiga sięgnęła po telefon. Choć było już parę minut po siedemnastej i według młodej sąsiadki ośrodek był już zamknięty, starsza pani nie chciała czekać. Wybrała numer i głośno oddychając, wsłuchiwała się w sygnał dobiegający z aparatu. Czuła, jak galopuje jej serce, i w uspokajającym geście przyłożyła dłoń do piersi.

„To nie ma sensu, nie ma sensu” – tłukło się jej po głowie. „Zadzwonię jutro. Jutro”.

Nagle stuknęło coś cicho i rozległ się głos.

– Przytulisko w Przyborówku i Ruścu, słucham?

– Och! – wyrwało się oszołomionej Jadwidze. Przez krótką chwilę starsza pani niemo poruszała ustami, nie mogąc wykrztusić słowa. W końcu głośno przełknęła ślinę i zaczęła: – Dzień dobry. A właściwie dobry wieczór. Nazywam się Jadwiga Treflińska. Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale potrzebuję pomocy. A właściwie nie ja. Potrzebuje jej mój przyjaciel Kredo. Czy możecie po niego przyjechać?

 

 

Kredo położył pysk na łapach i odprowadził spojrzeniem grupkę zmierzającą w stronę bramy. Choć udawał, że nie interesuje go radosny harmider psów zmierzających na spacer, nie spuszczał oczu z wesołej kompanii i czuł, jak gdzieś w środku wzbiera w nim coś dziwnego. Nie potrafił określić co. Dziwna mieszanina tkliwości i żalu, tęsknota za wolnością, chęć dopadnięcia w trzech susach do bramy, wydania z siebie głośnego szczeknięcia i zakomunikowania, że on również chce pójść na spacer. Wszystko to buzowało pod skórą, pod ciemnym, błyszczącym futrem. Mimo to Kredo nadal tkwił nieruchomo, z nosem przy prętach kojca.

Od chwili, gdy trafił do przytuliska, minęło kilka miesięcy. Mgliście pamiętał dzień, gdy na targowisku zjawili się obcy ludzie i zwabili go do dużej metalowej klatki. Wszedł, a jakże, znęcony zapachem kiełbasy. „Mówili – myślał – mówili, że zamiłowanie do wszelakich kiełbas doprowadzi mnie do zguby. I proszę, jak skończyłem!” Uwięziony, wywieziony w nieznane, odprowadzany smutnym spojrzeniem ocierającej oczy pani Jadwigi! Skulony, przestraszony, z szamocącym się sercem w piersi…

Ale dłoń gładząca futro na karku była ciepła i przyjazna, a ciche słowa szeptane do ucha – kojące. W przytulisku zaś spotkał podobnych sobie. Psy, których zawiedli opiekunowie. Psy porzucone na ulicy. Przywiązane do drzewa z dala od domostw ludzkich, skazane na okrutną śmierć. Psy z interwencji, odebrane z łańcuchów, znad zardzewiałych misek, w których próżno szukać czystej wody i pożywnej karmy. Te wszystkie stworzenia, duże i małe, kundle i rasowe, gładkie i kudłate, zostały skrzywdzone przez człowieka, a mimo to ich małe serca wciąż biły dla ludzi, ogony wirowały w szaleńczym tańcu – dla ludzi, a oczy, pełne miłości i oddania, wypatrywały tego jednego człowieka, który dostrzeże w nich coś wyjątkowego, przygarnie do serca i domu.

Kredo także czekał.

Czekał, choć sam nie wiedział na co.

Mimo że starał się sprawiać wrażenie niezainteresowanego, bacznie śledził wzrokiem odwiedzających przytulisko. Wypatrywał wśród nich znajomych sylwetek. Może przyjdzie po niego pani Jadwiga? Zatrzyma się przy prętach kojca, sięgnie do torby po coś smacznego? Albo inny pracownik targowiska? Pan Józek? Gutek, który wydawał z siebie odgłosy ptaków? Pani Aniela z kebaba za rogiem? Tak długo doglądał ich dobytku, odwiedzał ich codziennie, oznaczał w ich imieniu teren, wiedząc, że tego nie potrafią. Dlaczego do niego nie przychodzą?

Do tego stopnia pogrążył się we wspomnieniach, że nawet nie zauważył, gdy nagle padł na niego cień. Teraz poderwał się na łapy i szczeknął ostrzegawczo, obrzucając stojącego przy kojcu mężczyznę nieufnym spojrzeniem.

– A ten kolega? – zapytał mężczyzna. – Dlaczego tak tu siedzi?

– Kredo nie chce chodzić na spacery – wyjaśniła kierowniczka przytuliska, materializując się u boku mężczyzny.

Przyglądała się psu z troską, skubiąc palcami płatek ucha.

– Jest agresywny?

– Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Bardziej… zrezygnowany. I zdeterminowany, by uciec. W pierwszych dniach po tym, jak go tu przywieziono, próbował sforsować ogrodzenie. Tęsknił za swobodą. Biorąc go na spacer, trzeba mieć oczy dookoła głowy. I silną rękę, bo lubi ciągnąć na smyczy. Może na to nie wygląda, ale… naprawdę tęskni za swoim dawnym życiem.

– Nie chcesz iść ze mną na spacer, druhu? – Mężczyzna zwrócił się do Kredo.

Pies wahał się krótką chwilę. Tak przyjemnie byłoby poczuć pod łapami źdźbła trawy albo igły zaściełające leśne poszycie. Zanurzyć nos w wilgotnym mchu i wciągnąć w nozdrza woń umykającego zająca. Ogon Kredo poruszył się delikatnie, a potem pies odwrócił wzrok, okręcił się i powoli ruszył w kierunku budy.

– Cóż… – zawołał za nim mężczyzna. – Może następnym razem? Co ty na to, Kredo? Ja tak łatwo nie rezygnuję!

Kredo ułożył się w budzie, kładąc pysk na łapach. Przez otwór widział plecy oddalającego się mężczyzny. „Ciekawe” – pomyślał, „tak łatwo się nie poddaje, a odszedł?”

 

 

– Cześć, Kredo. Masz ochotę na spacer?

Mateusz przykucnął przy kojcu i popatrzył w mądre psie oczy. Kredo przysiadł na zadzie. Jego ogon poruszył się niemrawo, wzbudzając obłoczek żółtawego kurzu. Tylko ten ledwo dostrzegalny ruch świadczył o tym, że słowa Mateusza dotarły do czworonoga. Mężczyzna wiedział, czuł, że Kredo go słucha i rozumie. I że walczy ze sobą oraz pragnieniem, by pójść na spacer.

Mężczyzna spojrzał w kierunku bramy, za którą znikała właśnie ostatnia grupka wolontariuszy. Został tylko on. On i Kredo. Złączeni cotygodniowym sobotnim rytuałem powtarzającym się od miesięcy i zawsze kończącym się tak samo. Mimo to Mateusz nie tracił nadziei, że pewnego dnia Kredo mu zaufa. I pozwoli zabrać się na spacer.

Tym razem jednak coś przebiegało inaczej niż zwykle…

Mateusz spostrzegł, że nieopodal w alejce pozostała młoda kobieta w sportowej wiatrówce. Na smyczy trzymała rudego psa, i choć ten nie był ani wielki, ani specjalnie silny, miała wyraźny problem z jego okiełznaniem. Wszystko przez długą smycz, która kilkakrotnie oplotła łydki dziewczyny. Na twarzy nieznajomej determinacja mieszała się z paniką, gdy ze wszystkich sił starała się utrzymać równowagę, jednak rudy psiak niecierpliwie ciągnął w ślad za swymi towarzyszami z kojca i bynajmniej jej tego nie ułatwiał.

Mateusz stłumił śmiech wyrywający się z gardła. Kredo cicho szczeknął. Mężczyzna posłał psu zagadkowe spojrzenie.

– Uważasz, że powinienem tam pójść?

Kolejne szczeknięcie. Kredo poderwał zadek z ziemi i zamerdał ogonem.

– Ale jeśli tam pójdę… i pomogę im rozplątać smycz… w ramach wdzięczności z pewnością zaproszą mnie na spacer. Będę zmuszony im towarzyszyć. I będzie to głupio wyglądało. Para wolontariuszy i jeden mały pies. Nie chcę głupio wyglądać, Kredo. Chyba że… – spojrzał w psie oczy – … pójdziesz ze mną? Pójdziesz?

Kredo zaskomlał cicho. Mateusz wyprostował się z cichym westchnięciem. Bez entuzjazmu ruszył w kierunku kobiety oplecionej smyczą.

– Przepraszam, może pomóc? – zagadnął.

– Dam… sobie… radę… – wykrztusiła w odpowiedzi, nie patrząc na rozmówcę.

– Wygląda na to, że macie mały problem. – Nie rezygnował.

Nieznajoma prychnęła gniewnie, zdmuchując z zarumienionej twarzy pasemko jasnych włosów. W zielonych oczach błysnęła złość.

– Poradzę sobie.

– Pomogę pani.

– Nie ma pan nic do roboty? – warknęła, próbując sięgnąć do opasującej łydki smyczy.

– Nie bardzo. – Mateusz potrząsnął głową. – Widzi pani, mój towarzysz nie ma dziś ochoty na spacer. Tak naprawdę to nigdy jej nie ma. – Wzruszył ramionami, kucając obok nóg kobiety i sięgając do paska.

Nieznajoma znieruchomiała. Cierpliwie czekała, aż mężczyźnie uda się rozplątać smycz. Tego samego nie dało się jednak powiedzieć o rudej psinie. Nie w smak jej było, że ten obcy człowiek próbuje przytrzymać ją za obrożę i odplątać opiekunkę! Wyrwała się energicznie i wykonała dwa szybkie obroty, tym razem oplątując smyczą nie tylko kobietę, ale również Mateusza. Oboje z ciężkim jękiem zwalili się na piaszczystą alejkę.

– To mi pan pomógł – żachnęła się kobieta.

– Cóż, liczą się dobre chęci… – Mateusz wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

Zwierzak – dopiero teraz Mateusz zauważył, że to suczka – pochylił się nad nimi i z zadowoleniem zamajtał ogonem.

– Nie wie pan, co o dobrych chęciach mówią? Piekło jest nimi wybrukowane… – mruknęła kobieta, szybkimi ruchami odplątując smycz z łydek. Nagle zamarła w bezruchu i rzuciła mężczyźnie krótkie spojrzenie. Jej wzrok złagodniał. – Ale dziękuję. To Diana. – Ruchem brody wskazała rudą suczkę. – Ona również nie była skora do spacerów. W zeszłym tygodniu pozwoliła się wyprowadzić po raz pierwszy i tak jej się spodobało, że z radości mnie dzisiaj powaliła.

– Powaliła nas oboje. – Westchnął Mateusz. – Cóż, zazdroszczę. Z radością dałbym się powalić Kredo, byle tylko dał się zaprosić na przechadzkę. Jest w nim coś… – urwał, wpatrując się w kraty kojca, w którym siedział psiak, i przygryzł wargi. Kobieta nie spuszczała z niego wzroku. Czekała. – Chciałbym, żeby mi zaufał…

– Może spróbujesz jeszcze raz? – zaproponowała.

– Nie raz i nie dwa, będę próbował tyle razy, ile będzie trzeba – zadeklarował.

Kobieta uśmiechnęła się i spojrzała na rudą sunię. Trzymała teraz smycz krótko, a psinka stała spokojnie, delikatnie wachlując cienkim ogonem.

– Pomożemy, Diana? – zagadnęła do czworonoga. – Spróbujemy namówić twojego kolegę na wspólny spacer?

Ogon Diany zakolebał się mocniej. Kobieta poprowadziła sunię w kierunku boksu Kredo. Mateusz ruszył powoli za nimi. Nie spuszczał wzroku z psa za kratami.

Kredo pisnął niecierpliwie i przypadł do prętów, uginając przednie łapy, jakby składał swojej rudej koleżance hołd. Potem potruchtał w kierunku budy i znikł w jej otworze. Mateuszowi już na usta cisnęło się, że to byłoby na tyle, nagle jednak pies wychynął z kryjówki, podbiegł do furtki i zanurzył nos w piachu obok krat, śmiesznie przy tym prychając. Wolontariuszka uniosła wysoko brwi.

– Chyba chce wyjść – zauważyła.

– Chyba masz rację. – Mateusz poczuł, że jego serce przyspiesza. Nigdy wcześniej się nie zdarzyło, żeby Kredo z taką werwą reagował na propozycję opuszczenia kojca. Nigdy też nie zareagował tak entuzjastycznie na któregokolwiek mieszkańca przytuliska. – Gdybym wiedział, że to takie proste, już dawno pożyczyłbym Dianę…

– Cóż chcesz? – Kobieta zaśmiała się, wzruszając ramionami. – W końcu to bogini. A Kredo wygląda na zauroczonego…

– Zakochany kundel – mruknął Mateusz.

Nie czekając, aż pies się rozmyśli, wszedł do kojca i przypiął mu przygotowaną smycz. Razem dołączyli do Diany i jej opiekunki. Suczka zamerdała rudym ogonem. Kredo kroczył obok dystyngowanym krokiem, jakby nic innego w życiu nie robił, tylko spacerował na smyczy ze swoim człowiekiem. Dziewczyna uśmiechnęła się, przyglądając się parze przytuliskowych czworonogów. A Mateusz przyglądał się jej. I coraz bardziej podobało mu się to, co widzi.

– Może to początek obiecującej znajomości – zagadnęła, gdy przekroczyli bramę i skierowali się w kierunku rozległej łąki pod lasem.

– Mam nadzieję – odpowiedział cicho, przyłapując się na tym, że myśli nie tylko o Kredo i Dianie.

 

 

Tak narodził się nowy rytuał.

Mateusz już nie wystawał pod kojcem Kredo, już nie wpatrywał się prosząco w psie ślepia. Teraz przychodził, odbierał niecierpliwie przebierającego łapami Kredo, a następnie przy bramie czekał na Dianę i jej opiekunkę. Miała na imię Monika, jej oczy skrzyły się zielenią traw, usta ciągle śmiały, a zadarty nos zdobiło kilka piegów. Była śliczna.

Potem, wraz z grupą wolontariuszy i psów, wyruszali na spacer polną drogą wijącą się wśród lasków, łąk i pól. Dla psów z przytuliska ta cotygodniowa wyprawa poza bramy azylu była wielkim przeżyciem i przyjemnością. Szczekały radośnie, ciągnęły smycze, niuchając nosami wśród chwastów porastających pobocze, dokazywały na łąkach, biegając za zabawkami jak małe szczenięta.

Tradycją wśród radosnego szczeku i pisku stało się również to, że Kredo i Diana witali się dotknięciem wilgotnych nosów oraz przyjaznym merdaniem ogonów, a później maszerowali obok siebie jak konie w zaprzęgu lub para nowożeńców zmierzająca do ołtarza; łapa przy łapie, głowa przy głowie, ogonek przy ogonku. A Mateusz i Monika stopniowo zwalniali kroku, aż grupa wolontariuszy znikała za zakrętem, gęstym szpalerem głogów albo łanem kołysanych wiatrem traw, i pozostawali sami, pogrążeni w rozmowie, parskający śmiechem i szukający się roziskrzonym wzrokiem. I gdy pewnego dnia rozbawiona Monika wskazała tarzającego się w kępie koniczyny Kredo i powiedziała: „Miałeś rację! Zakochany kundel!”, Mateusz spojrzał na szczęśliwego psiaka i pomyślał: „Mój Boże, nie tylko kundel!”.

I myśl ta wprawiła go w dziwne zmieszanie. Kilka dni tkwił w osobliwej zadumie, przerażony, a zarazem podekscytowany swoim odkryciem, refleksją, że czeka na sobotnie spotkania już nie tylko ze względu na Kredo, ale również na siebie i Monikę. A kiedy już jest w przytulisku i zmierza w kierunku bramy, szarpany przez niecierpliwego kundla, jemu także udziela się zniecierpliwienie, a wzrok błądzi po alejce między psimi boksami w poszukiwaniu dziewczyny o zielonych oczach. A gdy już ją dostrzega, muska spojrzeniem jej twarz, rejestruje słodki uśmiech rozciągający kształtne usta, rozkoszny dołeczek w jednym policzku, rumieniec barwiący policzki kolorem bladych róż…

I potem, gdy już sobie to uświadomił, patrząc na radośnie pląsającego Kredo, na obwąchującą czworonożnego towarzysza Dianę, nie potrafił opanować uczucia osobliwej zazdrości. Psia miłość wydawała się taka prosta, taka nieskomplikowana! Gdy Kredo chciał okazać Dianie czułość, podchodził i lekko trącał ją nosem. Mateusz spoglądał na delikatną, kobiecą dłoń Moniki zaciskającą się na uchwycie smyczy suni i zastanawiał się w duchu, czy kiedykolwiek znajdzie w sobie odwagę, aby jej dotknąć.

 

 

– Mam do ciebie prośbę – powiedziała pewnego dnia.

Była słoneczna, ciepła sobota. Przysiedli z psami na skraju łąki. Za ich plecami falowały kwitnące trawy. Z oddali, niesione wiatrem, docierały do nich poszczekiwania psów i śmiech ich opiekunów. Mateusz spojrzał na Monikę z zainteresowaniem.

– Słucham?

– Nie będzie mnie w przyszłym tygodniu.

– Och. – Spuścił wzrok na źdźbło trawy w swoich dłoniach. Miał nadzieję, że rozczarowanie, które poczuł, nie odmalowało się na jego twarzy.

– Jadę na ślub przyjaciółki – ciągnęła tonem wyjaśnienia. – Nudna impreza, na którą nie mam większej ochoty, ale nie wypadało się wykręcić.

– To twoja przyjaciółka.

– Która popełnia życiowy błąd. – W tonie Moniki zabrzmiała ostrzejsza nuta.

Mateusz zerknął na nią zdumiony. Dziewczyna powoli potrząsnęła głową. Ona również utkwiła wzrok w dłoniach. W palcach trzymała listek i rwała go na mikroskopijne strzępki.

– Nie chcę na to patrzeć, ale bardzo jej zależy, żebym tam była. Obiecałyśmy sobie jeszcze w podstawówce, że będziemy na swoich ślubach. – Uśmiechnęła się na tę myśl, a jej twarz pojaśniała. – My, dziewczyny, lubimy planować takie rzeczy. Ty poniesiesz mi tren, ja tobie upnę welon…

Mateusz uniósł brwi.

– Nie wyglądasz na chętną do upinania welonu. Dlaczego uważasz, że popełnia błąd? Nie lubisz jej narzeczonego?

Poczerwieniała.

– Znam takich jak on.

– Przemawia przez ciebie gorycz – stwierdził niepewnie.

– O tak – przytaknęła, rozglądając się po otaczających ich polach. – Mam w sobie wiele goryczy. Dlatego cieszę się, że tu przychodzę. Gdy patrzę na te psy, takie wierne, wdzięczne, kochające nas za samo istnienie, odzyskuję wiarę w świat. Uspokajam się, czuję się lepiej.

– Tak, chyba wiem, o czym mówisz. – Mateusz skinął głową.

Dla niego cotygodniowe przyjazdy do przytuliska były ucieczką przed samotnością. Po śmierci rodziców czuł się przytłoczony pustką, która zapanowała w domu. Wyprowadzka do wielkiego miasta i maleńkiego mieszkania miała być na nią sposobem. Myślał, że w tłumie poczuje się lepiej, ale to tak nie działało. Koleżanka z pracy zabrała go do przytuliska. Wpadł po uszy.

– No, ale wracając do tematu… – Odetchnęła Monika, pochylając się, żeby podrapać Dianę za uchem. – Nie będzie mnie, ale nie chciałabym, aby Diana została przez to pozbawiona spaceru. A Kredo towarzystwa.

– Nie wiem, czy poradzę sobie z tą dwójką, ale postaram się dopilnować, żeby ktoś zabrał Dianę.

– Dzięki! – Kobieta uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Miałam wyrzuty sumienia, że sprawiam jej zawód. Naprawdę polubiłam tę małą.

– A ja Kredo.

– Och! – Parsknęła śmiechem. – Z was to jest dopiero kompania! Nawet jesteście do siebie podobni!

Mateusz poczuł, że jego twarz staje w ogniu.

– Naprawdę? – wydukał.

– Jasne! Macie coś takiego w wyrazie… pyszczków…

– Pyszczków! – obruszył się żartobliwie. – To – wycelował palcem w pokryty zarostem podbródek – nie jest pyszczek, ale prawdziwa, męska i nad wyraz przystojna twarz! Mam nadzieję, że to widzisz!

– Widzę, widzę! – zaśmiała się, po czym przykucnęła przy Kredo i ujęła w dłonie psi pysk. – Twój opiekun za to nie zna się na komplementach i nie dostrzega, jaki z ciebie piękniś!

Pies wesoło szczeknął i oparł łeb o jej kolano. U jego boku natychmiast zmaterializowała się Diana i trącając kundla rudym łebkiem, próbowała wcisnąć się między niego a swoją opiekunkę. Kiedy nie przyniosło to efektu, opadła na plecy, wystawiając do drapania wypłowiały brzuch. Monika podrapała sunię ze śmiechem.

Mateusz przyglądał się psiakom domagającym się pieszczot.

– To tylko jedna sobota, ale będą za tobą tęsknić…

Dziewczyna podniosła wzrok i omiotła go szybkim spojrzeniem. Gdy ponownie spuszczała wzrok na głaskane psy, po jej wargach błądził lekki uśmiech.

– No, mam nadzieję, że nie tylko oni… – powiedziała cicho, a Mateusz poczuł, że jego serce fika radosnego koziołka.

– Na szczęście to tylko jedna sobota… – mruknął.

 

 

Minęła jedna sobota, potem nadeszła kolejna i kolejna, a Monika nie pojawiała się w przytulisku. Mateusz poczuł ukłucie niepokoju. Idąc z Kredo w kierunku bramy, wypatrywał znajomej sylwetki nadciągającej od strony boksu Diany, szukał wzrokiem charakterystycznej sportowej wiatrówki i rozwianej jasnej czupryny. Przy jego nodze pies popiskiwał nerwowo, kręcąc łbem na wszystkie strony.

Z ociąganiem przekroczyli bramę przytuliska i ruszyli stałą trasą. Szli wolno, noga za nogą i łapa za łapą, łudząc się, że zielonooka dziewczyna dogoni ich za najbliższym zakrętem, przywita uśmiechem i dźwięcznym głosem. Mijali jednak kolejne zakręty, kolejne kępy leszczyn i głogów, a Monika się nie pojawiała. Mateusz popadł w dziwne rozdrażnienie, a i Kredo nie wyglądał na zadowolonego ze spaceru. Zaległ w końcu w gęstej trawie na poboczu, kładąc łeb na przednich łapach, i westchnął głęboko.

Gdy wracali do przytuliska, w grupie wolontariuszy i psów mignęła im Diana. Kredo szczeknął i szarpnął smyczą, a Mateusz poczuł w piersi delikatne łaskotanie, zaraz jednak westchnął rozczarowany.

Owszem, to była Diana, ale na spacer wyprowadzała ją młodziutka nastolatka. Zaraz zresztą zabrała sunię do boksu, Kredo nie zdążył nawet trącić nosem swojej ukochanej. Popadł przez to w dziwną nerwowość i odprowadzający go do boksu Mateusz musiał się solidnie nagimnastykować, żeby okiełznać kręcącego się psa.

Po pożegnaniu z Kredo udał się do biura kierowniczki przytuliska. Zastukał do drzwi i niepewnie przestąpił próg.

– Dzień dobry – przywitał się. – Chciałem zapytać… bo… – plątał się zawstydzony. – Może ma pani jakieś wiadomości od Moniki?

– Moniki? – Kobieta zmarszczyła brwi, próbując przypisać twarz do imienia.

– Blondynka? Piękne zielone spojrzenie? – Nieporadnie próbował ją naprowadzić. Kiedy kierowniczka wybałuszyła na niego oczy, oblał się rumieńcem. – Wyprowadza w każdą sobotę Dianę, taką rudą suczkę… – wymamrotał cicho na koniec.

Kobieta przytuliska lepiej kojarzyła swoich podopiecznych niż odwiedzających ich wolontariuszy. Na te słowa uśmiechnęła się ciepło.

– Pani Monika, tak, kojarzę. Ale niestety, nie mam od niej żadnej wiadomości.

– To dziwne, że tak nagle zniknęła.

– Pani Monika nie jest naszym stałym pomocnikiem. Wolontariusze czasami rezygnują. Rozumiemy to, mają przecież swoje życie.

– Ale to… nie pasuje do Moniki. Nie zniknęłaby bez słowa. Może… – Znacząco popatrzył na telefon na biurku.

Kobieta podążyła za jego wzrokiem. Przygryzła dolną wargę.

– Nie mogę przekazać panu tego numeru. Ale spróbuję się czegoś dowiedzieć.

– Dziękuję. – Odetchnął z ulgą.

W napięciu obserwował, jak kierowniczka otwiera leżący na biurku notes, wybiera numer, a następnie przytyka telefon do ucha. W końcu z rezygnacją pokręciła głową.

– Przykro mi, nie odbiera. Spróbuję potem jeszcze raz.

Mateusz opuścił biuro rozczarowany. Przystanął przed budynkiem, przeczesał palcami włosy i potoczył wzrokiem po otaczających go kojcach. Widział psy biegające za metalową siatką. Niektóre odpoczywały po spacerze i tylko łebki wystawały im z bud. Diany nie spostrzegł. Wiedział od Moniki, że pracowników schroniska kosztowało wiele wysiłku, by w tym niewielkim rudym stworzeniu wzniecić iskrę zaufania do człowieka. Diana kochała Monikę. A Monika Dianę. Nie zawiodłaby suczki. Nie. Coś musiało się stać.

Ale Monika nadal nie pojawiała się w przytulisku. Mateusz szalał z niepokoju, każdej soboty zjawiał się w biurze kierowniczki. Z czasem przestał zadawać pytania, przystawał tylko w drzwiach, a ona kręciła przecząco głową. Żadnych wiadomości.

Diana wychodziła na spacery, ale nastolatka, która ją wyprowadzała, miała swoją grupkę rozszczebiotanych psiapsiółek. Mateusz i Kredo do nich nie pasowali. I choć psiak próbował wyrywać się do suczki i mocno szarpał się na smyczy, mężczyzna trzymał się od dziewcząt z daleka. Raz próbował się do nich przyłączyć, żeby sprawić Kredo przyjemność, ale popatrzyły na niego jak na wariata i uciekły z głośnym chichotem.

– Sorry, stary druhu, ale nie będę robił z siebie idioty. Nawet dla ciebie – zapowiedział wtedy kundlowi.

Którejś soboty zaproponował, że zabierze na spacer dwa psy.

– Kredo i Dianę. One zawsze wychodziły razem i tęsknią…

Kierowniczka zmarszczyła brwi.

– Ale…

– Dam sobie radę – zapewniał.

Uśmiechnęła się blado.

– Diana została adoptowana – powiedziała. – Na początku tygodnia pojechała do nowego domu.

Zmierzając do kojca Kredo, Mateusz czuł w ustach dziwną gorycz. Nie miał pojęcia, skąd się brała. Przecież powinien się cieszyć, czuć radość na myśl, że suczka znalazła nowy dom i kochających opiekunów. Przecież taka była misja przytuliska. Otoczyć opieką, wspomóc proces socjalizacji, znaleźć dobry dom oraz troskliwego człowieka. Dlaczego więc czuł dziwną pustkę, a na myśl o tym, że będzie musiał spojrzeć w oczy Kredo, coś ściskało mu żołądek?

Zacisnął mocno palce na prętach boksu i popatrzył na skulonego w kącie psa. Nie po raz pierwszy rzuciło mu się w oczy, że Kredo stał się dziwnie osowiały i obojętny. Ożywiał się tylko, gdy wychodzili na sobotni spacer. Gnał wtedy ku bramie, szarpiąc smycz. Mężczyzna wiedział, że psiak liczy na to, że przy bramie spotkają Monikę i Dianę…

– Cóż, druhu, zobaczymy się za tydzień – wymruczał w kierunku kundla. – Pójdziemy na spacer. Ty i ja. Sami.

 

 

Przyjęcie weselne odbywało się we dworku pod miastem. Zabytkowy budynek otaczał park porośnięty starymi drzewami. Wijące się między nimi alejki prowadziły w kierunku dużej sadzawki z malowniczym mostkiem i drewnianą altaną na brzegu. Właśnie tam Monika poszukała wytchnienia, gdy poczuła, że ma dość dusznej atmosfery sali weselnej, gromkich toastów i rozochoconych pijackich okrzyków.

Nie lubiła takich imprez. Źle się czuła w towarzystwie osób spożywających alkohol, sama nie piła i uważała, że inni po napojach wysokoprocentowych tracą hamulce i zdrowy rozsądek. A ta impreza napawała ją szczególnym wstrętem. Przywiodły ją tu wyłącznie łzawe prośby przyjaciółki, a gdy patrzyła na twarz panny młodej promieniejącą szczęściem, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że za moment wszystko pryśnie jak bańka mydlana. Nie mogło być inaczej. Nie z tym mężczyzną!

Na myśl o świeżo upieczonym mężu przyjaciółki Moniką wstrząsnął dreszcz. Nie raz i nie dwa ten śliski bawidamek składał jej niedwuznaczne propozycje. Mamrotał coś o tym, że dwoje atrakcyjnych i nowoczesnych młodych ludzi może od czasu do czasu pozwolić sobie na małą chwilę przyjemności. Zniesmaczona Monika próbowała poruszyć ten temat w rozmowie z przyjaciółką, ale ta zareagowała śmiechem. „On taki już jest” – powiedziała Monice, „zgrywa się i popisuje. Ale kocha mnie do szaleństwa i palcem nie tknie innej kobiety!”

Pogrążona w niewesołych rozmyślaniach Monika nie zauważyła, że zapadł zmierzch. W parku zrobiło się chłodno, w koronach starych drzew zagwizdał silny wiatr, a konary trzeszczały niczym kości. Kobieta poprawiła szal okrywający nagie ramiona i podniosła się z ławeczki. Już zmierzała w kierunku wyjścia z altanki, gdy drogę zastąpił jej pan młody.

– O… jest… nasza… piękna… druhna… – wybełkotał z trudem.

Monika zauważyła, że mężczyzna chwieje się na nogach. Śnieżnobiałą koszulę miał niechlujnie rozchełstaną pod szyją, na twarz wstąpiły mu niezdrowe rumieńce. Oblizywał wilgotne usta, nie spuszczając z niej pożądliwego wzroku. Dziewczyna poczuła dreszcz strachu.

– Wracam na salę – zapowiedziała. – Przepuść mnie.

– Nie, chodź… Zostań… ze mną… chwileczkę… Dotrzymaj… towarzystwa…

– Magda mnie potrzebuje. – Monika miała nadzieję, że imię żony otrzeźwi mężczyznę, i sprawi, że jej odpuści. Ten jednak zarechotał nieprzyjemnie i zrobił krok w jej kierunku. – Odsuń się – wyszeptała drżącym głosem. – Muszę iść.

– Nie… bój się… Coś ty… taka nerwowa? – Skrzywił się z niesmakiem. – Dotrzymaj… mi… towarzystwa? Słyszysz? To zadanie… druhny, nie? Zadbać o… młodą parę… i gości. No chodź… zadbaj o pana… młodego! – Czknął, wyciągając w jej kierunku ramiona.

Monika poczuła ogarniające ją mdłości. Bez zastanowienia pchnęła mężczyznę, aż ten zatoczył się na ścianę altanki, po czym zebrała w dłonie fałdy sukienki i kulejąc na obcasach, niezgrabnym truchtem ruszyła w kierunku dworku. Biegnąc, nerwowo oglądała się za siebie, pewna, że rozwścieczony mąż jej przyjaciółki rzuci się za nią w pogoń. Odetchnęła dopiero, kiedy dotarła do sali weselnej wypełnionej gwarem i śmiechem. Na poddaszu znajdowały się pokoje przeznaczone dla nowożeńców, ich rodziców, druhen oraz gości przybyłych z daleka. Monika przemknęła do swojego pokoiku, zamknęła drzwi na zasuwkę i rzuciła się na łóżko, podciągając kolana pod brodę. Trzęsła się na całym ciele. Raz za razem atakowały ją wspomnienia wydarzeń z altanki i w końcu wybuchnęła płaczem.

Następnego dnia wyjechała bardzo wcześnie. Przyjaciółce i jej rodzicom powiedziała, że kiepsko się czuje. Z panem młodym odsypiającym weselne pijaństwo na szczęście się nie spotkała. Nikt nie oponował. Wyglądała tak, jak się czuła. Fatalnie.

Miała nadzieję, że szybko zapomni o tej feralnej nocy. Z utęsknieniem wyczekiwała soboty i wyjazdu do przytuliska. Na myśl, że zobaczy Dianę, że wtuli twarz w kark suni i poczuje miękkość jej futra, a potem weźmie ją na smycz i razem ruszą na spotkanie z Kredo i Mateuszem, poczuła ogarniające od środka przyjemne ciepło. Lubiła Mateusza. Bardzo go lubiła. Podobnie jak przytulisko i mieszkające tam zwierzęta. One nie kłamały, nie zdradzały, nie atakowały znienacka… W otoczeniu zwierząt czuła się bezpiecznie.

W piątkowe popołudnie wracała z pracy w wyśmienitym humorze. Wspomnienie incydentu na weselu blakło, wypierane perspektywą miłego spotkania z przyjaciółmi z przytuliska. W drodze do domu wstąpiła do pobliskiego dyskontu. Wpadła na pomysł urządzenia minipikniku i chciała kupić kilka smakołyków dla psów oraz przekąsek dla siebie i Mateusza. Uśmiechnięta, pogrążona w myślach, przecięła zadrzewiony skwerek przed blokiem.

Napastnik wyłonił się z mroku.

Monika poczuła dłoń zasłaniającą jej usta i silne ramię opasające ją wpół. Zaskoczona wydała z siebie głuchy okrzyk, stłumiony przez słoną od potu dłoń. Dłoń mężczyzny, to nie pozostawiało wątpliwości, podobnie jak kłujący zarost, który poczuła na twarzy, gdy napastnik się do niej przysunął, i wyraźna wypukłość poniżej talii niezwiastująca niczego dobrego. Monika szarpnęła się desperacko, ale uścisk nieznajomego miażdżył jej ramiona jak kleszcze. Poczuła łzy płynące po policzkach. Mężczyzna popchnął ją w kierunku pobliskiego drzewa, mocnym kopniakiem rozsunął jej nogi, wolną ręką szarpnął za bluzkę i pasek od spodni. Miała wrażenie, że wszystko wokół niej wiruje, usta wypełnił paskudny smak żółci i zakrztusiła się. Mężczyzna na krótką chwilę zabrał dłoń i z syknięciem irytacji otarł ją o brzeg kurtki. Monika zrozumiała, że to jej jedyna szansa. Zebrała w sobie wszystkie siły i krzyknęła. Był to słaby, piskliwy okrzyk, jednak w ciszy osiedla zabrzmiał zaskakująco mocno. Napastnik znieruchomiał, a potem gwałtownie pchnął ją do tyłu, złorzecząc pod nosem. Padając, Monika uderzyła głową o pień drzewa. Jej czaszkę przeszył przenikliwy ból, przed oczyma zatańczyły kolorowe plamy. Powoli osunęła się na trawę i zamarła skulona wśród podeptanych zakupów. Przez łzy widziała sylwetkę oddalającego się napastnika.

 

 

Tamtej soboty nie pojechała do przytuliska. Ani następnej.

Opuszczenie bezpiecznych czterech ścian mieszkania zaczęło ją przerastać. Przestała chodzić po zakupy, odwołała wszystkie wieczorne wyjścia z koleżankami i wizytę u fryzjera. Zmuszała się jedynie, aby rano wyjść do biura, ale po skończonej pracy wracała prosto do domu, przemykała ulicami, z plecami przyciśniętymi do murów kamienic, z kurczowo zaciśniętymi pięściami, dzikim wzrokiem błądzącym po twarzach mijanych ludzi, lodowatą strużką potu spływającą wzdłuż kręgosłupa. Za każdym razem, gdy docierała do domu, z ulgą zatrzaskiwała drzwi, a potem kładła się na podłodze w przedpokoju, drżąc na całym ciele. Wyjścia do pracy kosztowały ją zbyt wiele. Wzięła zwolnienie lekarskie. Widząc jej pobladłą twarz i sińce pod oczami, lekarz nie oponował. Wręczył jej L4 i plik skierowań na badania, które natychmiast podarła po wyjściu z gabinetu.

Całymi dniami leżała w łóżku, przy zaciągniętych zasłonach, bez dźwięku muzyki czy telewizora. Zamawiała dania na wynos, a potem je porcjowała i zjadała po odrobinie, przez kilka dni. Zakupy również zamawiała przez internet, choć jedzenie przychodziło jej z ogromnym trudem. Unikała spotkań z rodzicami, siostrą, koleżankami. Zbywała szefa i współpracowników. Na widok ikonki połączenia przychodzącego od przyjaciółki zwymiotowała.

Pierwsza zaniepokoiła się matka.

Wpadła któregoś wieczoru i tak długo bębniła pięścią w drzwi, aż Monika wpuściła ją do środka.