Szantaż - Monika Magoska-Suchar - ebook + książka

Szantaż ebook

Magoska-Suchar Monika

4,5

Opis

Patrycja Krzemińska jest cenioną w świecie celebrytów projektantką mody. Jej kreacje zdobią wszystkie ważniejsze uroczystości medialne. Pewnego dnia kobieta otrzymuje tajemniczą wiadomość. Stalker zna mroczny sekret z przeszłości Patrycji, który może zrujnować jej reputację. W dodatku nie zamierza przebierać w środkach, by ją zniszczyć, chyba że kobieta okaże mu bezwarunkowe posłuszeństwo. Zaczyna się mroczna gra, w której stawką okazuje się coś więcej niż tylko dobre imię projektantki.

W tym samym czasie dochodzi do zaginięcia męża Patrycji, a w jej życie wkracza przystojny prawnik, gotowy nieść pomoc i wsparcie. Niby niepowiązane ze sobą wydarzenia okazują się intrygą z drugim dnem.

Komu powinna zaufać Patrycja?

I czy namiętność może pokonać nienawiść?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (108 ocen)
69
26
7
5
1
Sortuj według:
natalia_natka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, fabuła intrygująca do samego końca, główna bohaterka to istna petarda. Mam nadzieje, że autorka stworzy jeszcze raz coś równie dobrego!
20
nzielinska1

Nie oderwiesz się od lektury

Mega ! Nie oderwiesz się !
10
Martap110

Nie oderwiesz się od lektury

petarda 🔥
00
Izabela_1977

Nie oderwiesz się od lektury

pierwsze strony ciężko było przejść, a potem porwała. tyle się działo w mega krótkim czasie!
00
letnerkasia

Dobrze spędzony czas

Pełna namiętności historia wykorzystanej dziewczyny, gdzie miłość okazuje się nie być prawdziwa miłością, a zemsta miesza się z pożądaniem.
00

Popularność




Dla Marioli, mojej superbohaterki

Redakcja: Anna Pochłódka-Wątorek

Korekta: Renata Kuk, Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright © Monika Magoska-Suchar 2021

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce: Zdjęcie 179921698 © Neonshot | Dreamstime.com

Zdjęcie autorki: Klaudia Ostapkiewicz

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-027-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

PATRYCJA

Wiem, co zrobiłaś.

Przeczytałam wiadomość wysłaną na mojego Instagrama, po czym ją usunęłam. Kolejne anonimowe konto i kolejny zjeb atakujący mnie ze względu na moją rosnącą popularność. Żałosne. W życiu celebrytów było to normą, dlatego nie przywiązałam wagi do tych słów.

Dopiłam kawę ze śniadania, kontynuując przegląd mediów społecznościowych. Byłam zadowolona. Same peany na temat mojej najnowszej kolekcji. Spodobała się nawet wykonana głównie z piórek wieczorowa mini, choć miałam co do niej wątpliwości ze względu na dekolt do pępka i tiurniurę z tyłu. Bałam się, że ten powrót do przeszłości w zestawieniu ze współczesnym wyuzdaniem zostanie uznany za groteskowy, tymczasem znów okrzyknięto mnie Królową Must Have Szafy Imprezowiczki i Panią Kobiecości.

To będzie dobry, wypełniony pracą dzień – powtórzyłam sobie w myślach, choć nie bardzo mnie to przekonywało.

To musi być dobry dzień. Mimo wszystko…

Wstałam z plecionego fotela i ruszyłam boso w stronę drzwi wiodących do wnętrza dwupiętrowego apartamentu. Kamienne płyty, którymi został wyłożony wielki taras, wciąż były mokre od porannej rosy, ale w powietrzu dało się odczuć narastający upał. Miasteczko Wilanów budziło się ze snu, rozświetlone promieniami słońca.

Lato w pełni – moja ulubiona pora roku. I to nie tylko przez ciepło, którego w naszym nieprzyjaznym klimacie zdecydowanie mi brakowało, lecz przede wszystkim ze względu na żniwa, jakie zamierzałam zebrać. Sezon ślubny ruszał właśnie pełną parą, a mój salon zaczęły tłumnie odwiedzać przyszłe panny młode szykujące się do najważniejszego dnia w swoim życiu. Kasa płynęła rwącą rzeką, jednak ja nie spoczywałam na laurach. Byłam zdania, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie, dlatego zamierzałam przedłużyć swoją prosperity, ile tylko się dało.

Rozsunęłam tarasowe drzwi i weszłam prosto do sypialni. Popatrzyłam na rozkopane łóżko ozdobione pikowanym, aksamitnym zagłówkiem zajmującym całą ścianę i westchnęłam głęboko. Nie chciałam się denerwować, bo zaraz musiałam się zbierać do pracy, lecz Alan nadal nie wrócił. Łudziłam się, że po przebudzeniu zastanę go u swojego boku, tymczasem nic takiego się nie zdarzyło.

Czyżby wrócił do starych przyzwyczajeń? – przeleciała mi przez głowę straszliwa myśl, która wracała za każdym razem, gdy mój mąż znikał na całą noc. Przeszył mnie zimny dreszcz. Oby tak nie było. Nie chciałabym przechodzić przez to wszystko jeszcze raz…

Wzięłam kilka głębokich wdechów, by się uspokoić.

Nie. To niemożliwe. Przecież zamroziłam mu konta i pilnie nadzorowałam przepływ gotówki przez jego ręce.

Odetchnęłam z ulgą na tę myśl, po czym ruszyłam w stronę znajdującego się naprzeciwko tarasowych drzwi ogromnego prysznica, oddzielonego od części sypialnej hartowaną szybą. Uwielbiałam to miejsce. Był to mój ulubiony zakątek naszego mieszkania w warszawskim Wilanowie. Tu odprężałam się po całym dniu wytężonej pracy, tu miewałam najbardziej twórcze pomysły i tu najlepiej kochało mi się z Alanem, choć on za tym nie przepadał, bo twierdził, że woda przeszkadza mu się skupić. Szkoda, że tak dawno tego nie robiliśmy – westchnęłam z rezygnacją. Seks zszedł na dalszy plan przez jego problemy, a przecież ja tak bardzo lubiłam naszą fizyczną bliskość. Tęskniłam za nią, bo dawała mi poczucie wartości, spełnienie i inspirację.

Nacisnęłam jeden z guzików na panelu sterującym umieszczonym przy szybie i z mosiężnej deszczownicy w kształcie odwróconego nenufaru zaczęła płynąć gorąca woda. Uwielbiałam to luksusowe cacko, za które dałam tyle, co za samochód. Alan go nie cierpiał, ale jakimś cudem udało mi się przekonać męża do zainstalowania deszczownicy w naszej łazience. Prawdziwy majstersztyk sztuki rzemieślniczej.

Pomieszczenie szybko spowiła para. Zrzuciłam satynowy szlafrok i weszłam pod strumień wody. Ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Lubiłam je. Miałam ognisty temperament. Sama byłam ogniem i ciągnęło mnie do niego. Moim problemem był jednak fakt, że tkwiłam w związku, który odbierał mi część tej życiodajnej energii. Zamiast podładowywać baterie, traciłam moc na zmartwienia i kłótnie. Choć wiele razy to rozważałam, nie chciałam porzucać Alana. W końcu tyle razem przeszliśmy. Pewnie było to głupie, lecz nadal tliło się we mnie uczucie do tego niesfornego mężczyzny. A jednak w chwilach rozczarowania i stresu w głębi duszy kiełkowała mi myśl, że nie byliśmy zbyt dobrze dobrani. U mojego boku powinien stać ktoś o silnym charakterze. Ktoś, kto by mnie zdominował, a przynajmniej walczyłby ze mną o prym w związku, co napędzałoby naszą relację i sprawiało, że nie wiałoby w niej nudą, a przede wszystkim ktoś, kto doprowadzałby moje ciało do wrzenia samą swoją obecnością i miał w sobie iskrę, która zapalałaby mój lont…

Odkąd Alan zaczął mieć problemy zawodowe, nasze małżeństwo się zmieniło. Namiętność zeszła na dalszy plan, gdyż zajmowała go teraz wyłącznie walka o utrzymanie się na rynku, a nie nasz związek. W dodatku, czego nigdy nie wyartykułował, ale co dawał mi odczuć na każdym kroku, kierowała nim zawiść. I niestety również wobec mnie. Gdy się poznaliśmy, to ja byłam szarą myszką, a on sprawował nade mną opiekę i zapewniał utrzymanie. Teraz wszystko wywróciło się do góry nogami. Stałam się głównym żywicielem rodziny i znalazłam na świeczniku. Alana tymczasem zżerały zazdrość i niezrealizowane ambicje. Choć mnie do tego wiele razy namawiał, nie zamierzałam potulnie siedzieć w domu przy garach i niańczyć dzieci. Wolałam się rozwijać. Dostałam szansę, którą wykorzystałam w stu, a nawet stu pięćdziesięciu procentach, a mój wysiłek nareszcie owocował. Bolało go to strasznie, zwłaszcza teraz, gdy sam pozostawał bez pracy. Zatruwał mi życie i momentami było mi z nim bardzo ciężko. Ale przecież ślub bierze się na dobre i na złe. Przysięgaliśmy sobie, że będziemy z sobą bez względu na wszystko.

Chyba…

Te myśli niczym upierdliwe natrętne muchy atakowały mnie za każdym razem, gdy Alan wywijał jakiś numer. Wiedziałam, że do niczego nie prowadzą, przynoszą jedynie ból. I to mnie. Nie mogłam pozwolić, by mnie przytłoczyły. Musiałam skupić się na pracy, ta dodawała mi skrzydeł i sprawiała, że to, co złe, zostawało za mną. Była moim dzieckiem, moim wszystkim. Dzięki niej funkcjonowałam, a z braku podniet w domu to ona stanowiła moją siłę napędową.

Poddałam się doznaniom. Ciepło ciała, ogień na skórze inspirowały mnie. W mojej głowie samoczynnie kiełkowały pomysły na jesienną kolekcję inspirowaną płomieniem. Wraz z latem przeminie sezon ślubny. Zaczną się imprezy medialne, a potem gorączka sylwestrowej nocy i karnawał. A ja zamierzałam wykorzystać ten czas do maksimum. Moje kreacje uświetnią wszystkie najważniejsze gale w kraju, a celebrytki będą się zabijały o moje projekty. Taki był plan i wiedziałam jedno: cokolwiek się stanie, ta kolekcja będzie hitem.

Z tym postanowieniem wyszłam spod prysznica. Jednak nim ruszyłam do zajmującej cały pokój garderoby, po raz setny spojrzałam na telefon.

Nic. Zero wiadomości i zero odpowiedzi na moje próby kontaktu.

Dość tego. Nie to nie. Nie jestem niańką dorosłego faceta. Cokolwiek robił dziś w nocy, biada mu, gdy spotkamy się wieczorem. Cisnęłam komórkę na łóżko i poszłam się ubrać.

Część garderoby przeznaczona na rzeczy Alana była niewielka względem tej należącej do mnie. Nic na to nie mogłam poradzić. Moda była moim konikiem. Pół szafy zajmowały sukienki z mojego studia, resztę – kreacje innych projektantów, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Były tu mniej lub bardziej znane nazwiska. Dla mnie liczyły się pomysł i wykonanie, reszta nie miała znaczenia. Włożyłam białą koszulę z krótkimi bufiastymi rękawami i cygaretki w geometryczne kształty. Do tego dobrałam eleganckie baleriny. Normalnie do pracy nosiłam dres i trampki, ale dziś miałam kilka spotkań z klientami. Musiałam wyglądać jak bizneswoman, a nie pospolita krawcowa.

Przejrzałam się w wielkim kryształowym lustrze, które zajmowało całą ścianę pomieszczenia. Było dobrze. Wyszczotkowałam włosy. Tym razem ich nie wiązałam, tylko zakręciłam na lokówce i zostawiłam luźno opadające na ramiona. Kolor ombre dodawał im wyrazu. Cieszyłam się, że moja fryzjerka namówiła mnie na tę zmianę. To była dobra decyzja. Wyglądałam świeżo i młodo, choć miałam już na karku niebagatelny wiek trzydziestu dwóch lat. Zrobiłam szybki makijaż i ruszyłam do wyjścia.

Było dopiero wpół do dziesiątej, miałam więc trochę czasu. Zjechałam do garażu i wsiadłam do swojego porsche. Uwielbiałam moje krwistoczerwone auto. Zawsze starałam się dobrać do niego jakiś element mojej stylizacji. Dziś padło na paznokcie.

Ruszyłam bez pośpiechu przez rozświetlony słońcem Wilanów. Nowoczesne bloki takiej samej wysokości nigdy nie robiły na mnie specjalnego wrażenia. Wyglądały jak wytłoczone z jednej sztancy. Zero kreatywności i innowacyjności, które tak ceniłam jako projektantka i artystka. Jednak mieszkaliśmy z Alanem w tym miejscu Warszawy, jak przystało na typowych nowobogackich snobów. Prawda była taka, że przyklasnęłam wyborowi tej lokalizacji wyłącznie ze względu na moją pracę. Najchętniej zaszyłabym się w leśnej głuszy, gdzie procesu tworzenia nie zakłócałaby obecność innych ludzi. Jednak moimi klientami byli bogaci ludzie wielkiego miasta, a ja musiałam mieć z nimi łatwy kontakt. Dlatego moje atelier mieściło się niedaleko naszego mieszkania, co bardzo mi odpowiadało, zwłaszcza że spędzałam w nim wiele czasu, a nie cierpiałam stać w korku, gdy zmęczona wracałam do domu po ciężkim dniu.

Minęłam teren Pałacu Jana III Sobieskiego i skręciłam w ulicę biegnącą przez osiedle domków jednorodzinnych, by następnie wjechać w niewielką drogę wiodącą wzdłuż torów kolejowych i Wisły. Przejechałabym tę trasę z zamkniętymi oczami. W pewnym sensie ta okolica czyniła zadość mojej potrzebie ucieczki ze stolicy, gdyż w tym miejscu nie było jeszcze aż tylu willi. Dominowały tu puste parcele, porośnięte chwastami pola i krzaki.

Zatrzymałam się pod żelazną bramą, na której, jak i na całym ogrodzeniu, wykute zostały kwieciste motywy według mojego projektu. Nacisnęłam przycisk umieszczony przy kluczykach do auta. Wjazd stanął przede mną otworem. Zostawiłam otwartą bramę dla klientek, po czym ruszyłam wysypaną żwirem dróżką w stronę drewnianego domu utrzymanego w stylu góralskim. Słońce oświetlało go od tyłu, przez co sprawiał wrażenie, jakby płonął.

Znów ogień. To znak. Niewątpliwie musiałam wykorzystać go w najnowszej, jesiennej kolekcji, bo raczej nie wróżył zmian w moim prywatnym życiu, choć skrycie o tym marzyłam.

Zaparkowałam na podjeździe przy zarośniętym nenufarami oczku wodnym i nim weszłam na drewniany taras okalający dom, spojrzałam na kwiaty. Kazałam je zasadzić dosłownie wszędzie. Otaczały budynek niczym bajkowa łąka. Zainspirowały mnie do stworzenia wielu baśniowych kolekcji, ale teraz pragnęłam odmiany, czegoś nowego, niekoniecznie związanego z motywem roślinnym. Ogień idealnie pasował do moich celów na jesień, jednak do kolekcji zimowej raczej się nie nadawał. Tu trzeba było czegoś innego, czegoś, co by się z nim łączyło, ale i konweniowało z porą roku. Nie miałam jeszcze pomysłu, co to będzie. Potrzebowałam odpowiedniego bodźca, by to wymyślić.

Lubiłam, gdy zalewały mnie pomysły, a wena wypełniała każdą komórkę mojego ciała. Najchętniej odwołałabym wszystkie dzisiejsze spotkania i pod pozorem choroby skupiła się na realizacji tego, co już buzowało w mojej głowie. Jednak nie mogłam tego zrobić. Dziś bowiem miała odwiedzić mnie najważniejsza osoba w mojej karierze. Ta, której zawdzięczałam odbicie się od dna. Ja byłam Kopciuszkiem, a ona moją Wróżką Chrzestną. Nie mogłam jej zawieść. Dzięki niej wypłynęłam na rynku sukien galowych i to jej reklama sprawiła, że stałam się rozpoznawalną marką, a moje kreacje znajdowały się w szafach większości polskich celebrytek. Moje ogniste pomysły musiały poczekać.

Weszłam do środka. Całe drewniane wnętrze zgodnie z moim pomysłem pomalowano na biało, aby współgrało ze ślubną tematyką, a podczas przymiarek innych kreacji nie skupiało na sobie niepotrzebnej uwagi. Najważniejsza była przecież sukienka!

W bieli utrzymane były także wszystkie meble i przedmioty znajdujące się w części przeznaczonej dla klientek. Na środku pomieszczenia wisiała przytwierdzona do drewnianej belki na suficie huśtawka – idealne miejsce do zdjęć robionych klientkom w ukończonej już sukni. W zależności od pory roku zdobiłam ją kwiatami, liśćmi lub zrobionymi z mieniących się koralików śnieżynkami. Podobnie było ze wszystkimi lustrami, jakie wisiały w moim atelier – nie mogło na nich zabraknąć dekoracji stosownej do pory roku.

Po drugiej stronie domu, skryta przed oczami klientów, mieściła się szwalnia, w której realizowałam swoje pomysły. Panował tam artystyczny nieład, wszędzie stały manekiny z rozpoczętymi lub gotowymi pracami, a długie stoły zawalone były maszynami do szycia, brytami materiałów, szpilkami i poduszkami z igłami. Miałam chyba z tysiąc pojemniczków z różnymi rodzajami kamieni, paciorków, piórek i cekinów. Uwielbiałam takie dodatki i hojnie je stosowałam w swoich stylizacjach. Pod oknem stała deska kreślarska, na której rysowałam pierwowzory kreacji, które potem planowałam uszyć, a całą ścianę obok poświęciłam na wystawę swoich prac plastycznych. Lubiłam tu przebywać, bo ten chaos i nadmiar barw działały na mnie niczym dodatkowy motywator do pracy.

Tuż przy głównym wejściu, za białą lakierowaną konsolą w stylu art déco siedziała szczupła brunetka, zajęta pracą na komputerze.

– Hej, Pati – odezwała się do mnie, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Hej, jak to dziś wygląda? – zagadnęłam asystentkę.

Maja jako jedyna była moją stałą pracowniczką. Inne dziewczyny zatrudniałam tylko w czasie wielkiego zalewu zamówień, kiedy nie wiedziałam, w co mam włożyć ręce i od czego zacząć. Na co dzień większy zespół był mi zbędny, bo Maja była rzetelna, pracowita i doskonale rozumiała moje koncepcje. Idealnie odnajdowała się w roli sekretarki i krawcowej. W dodatku była świetnym materiałem na przyjaciółkę. Spędziłyśmy długie godziny na wspólnym szyciu, dlatego wiedziałyśmy o sobie praktycznie wszystko i nieraz spotykałyśmy się w celach towarzyskich także po godzinach pracy atelier.

– Czeka nas długi dzień – oznajmiła dziewczyna. – Doszły ci jeszcze dwa spotkania po południu.

Czyli na dzisiaj musiałam się pożegnać z ognistymi pomysłami. Westchnęłam.

– Coś jeszcze?

– Tak. Pani Ruszczyńska przełożyła przymiarkę na przyszły tydzień, bo jest chora, a Adamska zdecydowała się na motyw z różami zamiast słoneczników.

– I dobrze. Zdecydowanie wolę robić róże. Słoneczniki wymagają za dużo wysiłku. – Ucieszyłam się.

– Ach, i jeszcze Klaudia Radomska chce dłuższy welon.

– Chryste. Zakryje nim niedługo cały kościół. Już ma ponad trzy metry!

– Duże pieniądze, duże ego, to i welon duży – mruknęła Maja.

Parsknęłam śmiechem i ruszyłam w stronę niewielkiego gabinetu, który wydzieliłam sobie ze szwalni. Chciałam przeglądnąć firmowe mejle, nim zjadą się klientki i zajmą mi cały dzień. Gdy już byłam na progu, usłyszałam zza pleców głos Mai:

– Ach, zapomniałabym. Był kurier i przywiózł ci kwiaty.

– Kwiaty? – zdumiałam się.

– No. Megawypasiony bukiet. Chyba masz cichego wielbiciela – zachichotała dziewczyna.

– Jasne – prychnęłam. – Zwłaszcza że tkwiąc w pracowni, mam mnóstwo okazji, by kogoś poznać…

Chyba że…

To nie było w stylu mojego męża, ale…

– To pewnie Alan – dodałam po chwili.

– Znów coś zmajstrował? – Maja przerwała pracę i popatrzyła na mnie poważnie.

– Nie…

– Tylko mi tu nie ściemniaj, przecież masz odpowiedź wymalowaną na twarzy – warknęła.

Nie potrafiłam jej zwieść. Za dobrze mnie znała.

– Nie wrócił na noc… – bąknęłam.

– Myślisz, że znów…?

– Oby nie – odpowiedziałam i by się uspokoić, szybko dodałam: – Rachunki są poblokowane. Ma niewiele kasy. Ja mu ją wydzielam. Miał tylko iść na piwo z jakimś starym kumplem. Kręci się teraz z różnymi ludźmi, bo nadal szuka pracy. Odnowił znajomości i liczy, że go wezmą do jakiegoś serialu. Pewnie się spili i został u niego…

– I nie dał ci znać, gdzie jest? – Maja uniosła swoje idealne, zabarwione henną brwi.

– Nie…

– W takim razie życzę ci, aby te kwiaty nie były od niego. Wielbiciel wskazany – fuknęła i wróciła do przerwanego zajęcia. Wiedziałam, że jest poirytowana, o czym świadczyło przyspieszone tempo jej pracy na klawiaturze.

Być adorowaną? W sumie to miłe marzenie. Znów czuć motyle w brzuchu i żar pocałunków. Znów czekać na każde spotkanie jak na łyk wody na pustyni i lecieć przez rutynę dnia codziennego na skrzydłach miłości.

Zaraz jednak w głowie rozbłysła mi czerwona lampka. Bo czy potrzebny był mi kolejny chłop i kolejne kłopoty, jakie niósłby ze sobą?

Zdecydowanie nie! – odpowiedziałam sobie. Już lepszy był stary, dobrze znany mężczyzna, a nie nowy, nieprzewidywalny i z całą furą wad, które musiałabym poznać i zaakceptować w trakcie nowej znajomości. Zresztą nie miałam czasu na podobne bzdury.

Weszłam do gabinetu. Na biureczku – pomalowanym na biało antyku, stał wielki kryształowy wazon, w którym zazwyczaj trzymałyśmy kwiaty potrzebne do zdjęć najnowszej kolekcji. Tym razem znajdował się w nich potężny bukiet róż. Było ich kilkadziesiąt. Aż pokusiłam się o ich policzenie. Gdy doszłam do czterdziestu pięciu, a nie był to koniec, dostrzegłam ukrytą między liśćmi malutką kopertę.

Ha! A więc Alan napisał liścik z przeprosinami. Jednak nie będę się na niego aż tak bardzo boczyć dziś wieczorem, skoro stać go było na podobny gest. W tej chwili byłam skłonna wybaczyć mu wszystko.

Otworzyłam kopertę. W jej wnętrzu znalazłam niewielką karteczkę. Przeczytałam jej treść i oniemiałam, gdyż zamiast wylewnych przeprosin od skruszonego męża zobaczyłam słowa, które już dziś widziałam w wiadomości wysłanej z anonimowego konta na mojego Instagrama:

Wiem, co zrobiłaś.

Dłuższą chwilę stałam i gapiłam się na liścik, nie bardzo wiedząc, co myśleć.

To jakiś żart?

Ktoś się dobrze bawił moim kosztem?

A może to Alan pogrywał ze mną w niezrozumiałą grę?

Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Ktokolwiek to był, nie mogłam dopuścić do tego, by wyprowadził mnie z równowagi. Przede mną był trudny dzień, nie mogłam się teraz denerwować.

Gdy otrząsnęłam się z szoku, sięgnęłam po telefon i jeszcze raz przejrzałam wiadomości, jakie dziś otrzymałam na Instagramie. Nic. Nie było tam nic niepokojącego – same zachwyty fanek i kilka nieżyczliwych komentarzy od wszechobecnych trolli. Dziwne. Aż zaczęłam żałować, że wyrzuciłam rano tę osobliwą wiadomość. A może tylko mi się przywidziała? Z drugiej strony, wciąż trzymałam w dłoni przedziwny liścik, więc chyba raczej nie były to omamy…

– Wiesz może, kto przyniósł ten bukiet? – zapytałam Maję, wychodząc z gabinetu.

– Jak to kto? Zwyczajny kurier. Opryszczony chłopak z poczty kwiatowej. – Wzruszyła ramionami.

– Muszę wiedzieć kto mi to przysłał! – powiedziałam o wiele głośniej i bardziej dramatycznie, niż zamierzałam.

Nie należałam do histeryczek, ale miałam przykre wrażenie, że ktoś próbuje mnie osaczyć.

– Ha! A więc jednak to nie mężuś! – Brunetka wyglądała na zadowoloną.

– To nie jest zabawne – fuknęłam. – Chcę wiedzieć, od kogo dostałam te kwiaty.

– W takim razie będziesz musiała poczekać, aż twój tajemniczy wielbiciel znów nawiąże z tobą kontakt – odpowiedziała irytująco spokojnym tonem asystentka. – Nikt nie poda ci jego danych. Istnieje przecież nieszczęsne RODO. Zapomniałaś?

Miała rację, co wzburzyło mnie jeszcze bardziej.

– To nie jest tajemniczy wielbiciel! – krzyknęłam poirytowana.

– O, czyżbyś dorobiła się stalkera? – Naszą wymianę zdań przerwał dźwięczny kobiecy głos dobiegający od głównego wejścia.

Zajęta rozmową i cała w emocjach, nawet nie zauważyłam, kiedy do pracowni weszła moja najważniejsza klientka – Natalia Łubińska. Choć w sumie słowo „weszła” nijak się miało do jej osoby. Prędzej wkroczyła lub – lepiej – wpłynęła w swoim białym komplecie od Coco Chanel.

Natalia była niekwestionowaną królową. Damą. Łączyła w sobie piękno i elegancję. Mistrzyni szyku i stylu, stanowiła idealny materiał na muzę artysty. Moją niewątpliwie była. Często tworzyłam z myślą o niej i o tym, jak dana materia będzie układać się na jej smukłym ciele.

– Och, najmocniej cię przepraszam, kochana. – Szybko się zmitygowałam, robiąc dobrą minę do złej gry. – To nieistotne i tylko sprawiło, że nie zorientowałam się, kiedy przyjechałaś.

– Gdyby było aż tak nieistotne, nie zaprzątałabyś sobie tym głowy – odpowiedziała z szerokim uśmiechem na pomalowanych na kolor nude wargach i ruszyła w moim kierunku, roznosząc po pomieszczeniu intensywny zapach owocowych perfum. – Mów, Pati. Co to za adorator?

Żenujące. Nie miałam ochoty spowiadać się przed moją idolką z takiej głupoty. Do tego nawet nie bardzo wiedziałam, co takiego miałabym jej powiedzieć. Dostałam tylko jedną wiadomość i list. Jednak intuicja podpowiadała mi, by lepiej zachować ich treść dla siebie.

– To nie żaden adorator, a zwyczajny stalker, jak powiedziałaś – oznajmiłam, starając się przekonać do tego samą siebie. – Wypisuje jakieś głupoty i wysyła mi kwiaty. Takie jest życie na świeczniku. Ty przecież wiesz o tym najlepiej. – Uśmiechnęłam się znacząco, po czym przeniosłam spojrzenie na moją asystentkę. – Maju, zaparz kawę dla pani Natalii.

– Podwójne espresso bez cukru? – zapytała asystentka, a gdy kobieta potwierdziła skinieniem głowy, Maja szybko ruszyła do aneksu kuchennego.

Zostałyśmy same. Przy Natalii zawsze się czułam, jakbym obcowała z boginią, która zstąpiła z niebios i zaszczycała mnie, swoją wyznawczynię, chwilową możliwością skąpania się w jej blasku. Prawda była taka, że gdyby nie ona, nie byłabym w miejscu, do którego doszłam. Utalentowanych osób na rynku mody było wiele. Mnie jednak się udało, i to właśnie dzięki niej. Przypadkowe spotkanie osiem lat temu na Międzynarodowych Targach Tekstylnych zaowocowało wieloletnią współpracą. Natalia zajmowała stanowisko dyrektorki artystycznej w jednej z największych stacji telewizyjnych, w dodatku miała na swoim koncie kilka produkcji filmowych i teatralnych. Była kimś w swojej branży, a branża ta łaknęła pięknych ubrań. Łubińska postawiła na mnie i to był dla nas obu strzał w dziesiątkę. Zainwestowała we mnie, a ja stałam się główną projektantką jej wieczorowych strojów. Reklama, jaką mi zrobiła, nosząc uszyte przeze mnie sukienki na wszystkich galach, szybko rozeszła się po światku celebrytów i aktorów. Moja pracownia błyskawicznie zapełniła się znanymi osobami, a wieść o uzdolnionej projektantce baśniowych kreacji – Patrycji Krzemińskiej – niosła się dalej szerokim echem, podsycana zainteresowaniem mediów. Byłam dozgonnie wdzięczna Natalii za to, że pomogła mi się wybić. Pojawiła się w moim życiu w idealnym momencie. Kiedy znów byłam bliska stoczenia się na dno, podała mi pomocną dłoń i motywowała do działania. Była moją muzą, inspiracją, mentorką, przyjaciółką…

– Stałaś się rozpoznawalną marką – stwierdziła z uznaniem. – Takie sytuacje mogą ci się zdarzać coraz częściej. To normalne w branży. Niestety, oszołomów nie brakuje. Praktycznie każdy celebryta w naszym kraju ma psychofana. Dlatego się nie przejmuj. To powód do radości. Jesteś znana. Poza tym w kwiatach nie ma nic złego.

W kwiatach nie. Ale dołączono do nich dziwny bilecik.

Znów poczułam zimny dygot przeszywający moje ciało.

Wiem, co zrobiłaś.

Powinnam się obawiać?

Niestety, tak…

Natalia musiała zobaczyć moją minę, bo szybko dodała:

– Gdyby jednak coś cię niepokoiło, zgłoś się do kancelarii, która mnie obsługuje. Oni ci pomogą. Chwileczkę… – Pogrzebała w torebce od Hermèsa i po chwili podała mi wizytówkę. – Proszę. Polecam ci tych prawników. Wydobyli mnie z niejednego bagna.

Popatrzyłam na gustowną tekturkę z wytłoczonymi złotymi literami.

Malczewski i Partnerzy. Spółka komandytowa.

Malczewski?

Pierwsze skojarzenie – genialny malarz symbolista z przełomu wieków. Choć zawód prawnika miał w moich oczach niewiele wspólnego z artyzmem. Wiał nudą. Bo jakim niby cudem znajomość przepisów mogła się wiązać z kreatywnością? Moją z pewnością zabiłaby nauka kodeksów i ustaw. Nie ufałam ludziom bez wyobraźni.

– Dziękuję… – Bez przekonania odłożyłam wizytówkę na konsolę i wskazałam Natalii biały fotel stojący przy podeście, na którym mieściła się przebieralnia. – Usiądź, proszę, zaraz przyniosę suknie.

– Nie mogę się doczekać, co takiego wymyśliłaś tym razem.

– Oj, zaszalałam. – Uśmiechnęłam się, a smutki zeszły na drugi plan. Perspektywa przymiarki z idealną klientką zawsze poprawiała mi nastrój. – Jestem pewna, że przyćmisz pozostałe uczestniczki Letniej Gali Telewizji, a media skupią się wyłącznie na tobie. Obecne na niej kobiety cię znienawidzą, a mężczyźni zapragną.

– W to nie wątpię. Przecież jesteś czarodziejką – skomplementowała mnie Natalia, a ja miałam ochotę rozpłynąć się z dumy.

– Jest tylko jedno „ale” – stwierdziłam, siląc się na powagę. – I mam nadzieję, że nie będziesz miała mi tego za złe.

– Nawet jeśli nie zdążyłaś z nimi na dziś, to przecież żaden problem – odpowiedziała kobieta, nim zdążyłam wyjaśnić, o co mi chodzi. – Uroczystość ma się odbyć dopiero za dwa tygodnie, mamy więc jeszcze trochę czasu…

– Ależ zdążyłam – pospiesznie weszłam jej w słowo. – Tylko nieco mnie poniosło i zamiast dwóch kreacji, będą trzy. Oczywiście, jeśli ci się spodobają. Po prostu nie mogłam się powstrzymać! Same się uszyły! – Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.

– Och, szalona! – wykrzyknęła z entuzjazmem moja rozmówczyni. – Dawaj mi je tu, ale już. Nie mogę się doczekać!

Nie musiała mnie namawiać. Podczas gdy Maja wróciła z kuchni i rozstawiała zestaw kawowy na stoliczku przy fotelu naszej klientki, ja popędziłam do szwalni, skąd wróciłam z jeżdżącym wieszakiem, na którym wisiały trzy pokrowce skrywające uszyte przeze mnie stroje.

– Nadeszło lato, moja ukochana pora roku, dlatego postawiłam na motywy z nim związane – oznajmiłam, zdejmując z wieszaka pierwszy pokrowiec. Wspólnie z Mają wyjęłam z niego wielobarwną suknię, ozdobioną mnóstwem ręcznie robionych kwiatów. Miała długość przed kolano, za to z tyłu doszyłam jej długi tren, cały pokryty motywami roślinnymi.

– Pani Łąka! – zaprezentowałam kreację Natalii.

– Ależ to piękne! – zachwyciła się.

– Wiem, że lubisz eksponować nogi, dlatego będzie nie tylko stylowo, ale i seksownie.

– Idealnie! Takie było założenie.

– Owszem – przytaknęłam. – I podobne założenia przyświecały mi przy tworzeniu stroju numer dwa, w który przebierzesz się na gali tuż po zdjęciach na ściance.

Otworzyłam kolejny pokrowiec, by pokazać jej drugą kreację: turkusową, obcisłą suknię do ziemi. Jej głęboki dekolt, talię i brzegi spódnicy zdobiły miniaturowe motylki z kryształków, które zajęły nam trzy dni pracy od rana do nocy.

– Uskrzydlona Dama. Niby grzeczna, ale podkreśla zmysłowe krągłości, a w tańcu sprawi, że pokażesz nogi, gdyż spódnica ma dwa rozcięcia prawie do pasa. Lepiej zaopatrz się w zmysłową bieliznę lub idź bez niej, wtedy uwaga wszystkich murowana – zachichotałam.

– Mój Boże. Cudowna. Idealnie w moim stylu! Czy mogę już ją zmierzyć?

Natalia wstała, by zrealizować swój zamiar.

– Nie, kochana. Siadaj i podziwiaj – zaśmiałam się. – Bo oto nadszedł czas na kreację numer trzy. Królowa Słońce. Co prawda, nie wiem, czy ci się przyda, ale przynajmniej ją przymierz i pozwól mi się obfotografować. Szyłam ją z myślą o tobie, lecz jeśli jej nie zechcesz, sprzedam ją komuś innemu.

– Mnie miałoby się nie spodobać coś twojego? Chyba żartujesz. Pokazuj!

Wspólnie z Mają rozpakowałyśmy trzeci pokrowiec i wyjęłyśmy z niego świecące cudo. Byłam przejęta, bo bardzo zależało mi na aprobacie mojej najważniejszej klientki. Sukienka w całości została obszyta maleńkimi złotymi płytkami, które migotały w promieniach letniego słońca wpadającego do pracowni przez wielkie okna. Była bardzo krótka, w zasadzie ledwo zakrywała część uda, miała za to gorset – ulubiony motyw większości moich projektów.

– Od tej zaczniemy! Bez dwóch zdań! – wykrzyknęła z podnieceniem Natalia, a ja odetchnęłam.

– Chcesz ją?

– No, jasne. I nawet wiem, z jakiej okazji i kiedy ją włożę! – oznajmiła z entuzjazmem.

– Jest tak wyzywająca, że pasuje chyba wyłącznie na jedną z tych orgii, o których ostatnio tyle się mówi na salonach – zażartowałam.

– A więc i ty słyszałaś już o Lwie i jego osławionych przyjęciach? – zainteresowała się Natalia.

– Cóż. Moje klientki dużo mówią. – Wzruszyłam ramionami. – Zdaje się, że to jakaś nowa moda w świecie celebrytów. Mocno zakrapiane, narkotyczne imprezy, na których nie wiadomo, kto jest kim, bo każdy nosi maskę. Ponoć tam wszystko jest możliwe. Zdrady partnerów to norma, gdyż panuje totalna anonimowość. Swoją drogą, fajnie się bawi ta nasza popularna warszawka.

– Staram się trzymać od tego z daleka – mruknęła kobieta. – Wolę dmuchać na zimne. No i lepiej uważać. Paparazzi mogą kryć się wszędzie, a ja nie chcę narażać swojej reputacji, co i tobie radzę. Poza tym w miłości uznaję wyłącznie monogamię. Swojemu partnerowi jestem stuprocentowo wierna.

A ja? W tym momencie zadałam sobie to pytanie i zaskoczyła mnie odpowiedź. Owszem, od wielu lat tkwiłam w związku z jednym mężczyzną i nigdy nie spotykałam się z innymi w celach niezawodowych. Jednak wizja orgii w maskach działała na moją żądną bodźców wyobraźnię. I nie byłam wcale aż tak pewna, czy gdybym znalazła się na podobnej imprezie, nie skorzystałabym z nadarzającej się okazji. W końcu my z Alanem i tak już od dawna nie uprawialiśmy seksu.

– Godna podziwu postawa. – Uśmiechnęłam się blado, starając się odgonić natrętne myśli o zamaskowanych golasach. – Zdradź mi: gdzie założysz moją Królową Słońce?

– W ten piątek organizuję imprezę urodzinową w restauracji Belvedere w Łazienkach – oznajmiła Natalia. – Miałam włożyć małą czarną, ale zdecydowanie wolę małą złotą.

– Urodziny?! No to miałam nosa – ucieszyłam się.

– Miałaś nosa, bo zamierzałam cię zaprosić. Dlatego umówiłam to spotkanie na dziś. – Uśmiechnęła się promiennie.

Byłam zachwycona. Jeszcze nigdy Natalia nie proponowała mi udziału w prywatnych przyjęciach. Owszem, zabierała mnie parokrotnie na wielkie gale, ale jej życie poza pracą owiane było dla mnie tajemnicą. Tym bardziej czułam się w tym momencie zaszczycona i wyróżniona.

– Naprawdę? – Nie dowierzałam własnemu szczęściu.

– Tak. Przyślę ci zaproszenie na mejla. Oczywiście zapraszam też Alana. Przyjdźcie we dwoje.

Ach, ten Alan.

Jeszcze kilka miesięcy temu moja znajomość z Natalią działała na niego niczym płachta na byka. Twierdził, że nie rozumie, dlaczego nie wykorzystam jej do znalezienia mu pracy. Przecież był świetnym aktorem po odpowiednich szkołach, a ostatnio grywał jedynie drugoplanowe rólki w mało znaczących serialach. Miał wielkie ambicje, marzyła mu się sława rodem z Hollywood, jednak ja nie chciałam za bardzo wykorzystywać swojej przyjaźni z producentką. Wystarczyło, że nie oczekując niczego w zamian, pomogła mi rozkręcić moją karierę. Głupio mi było żebrać u niej o protekcję dla męża. W końcu jednak miałam dość jego żalów i uległam. Jakiś czas temu umówiłam ich na spotkanie w cztery oczy. Co ustalili? Nie miałam pojęcia. Alan zbył mnie półsłówkami, że będzie z tego coś „grubego”, a ja nie chciałam dalej dopytywać w obawie przed kolejną awanturą i wybuchem zawiści. Ważne, że brzmiało to obiecująco, a mój mąż nieco się uspokoił.

Może więc wspólne wyjście na urodziny Natalii dałoby mi więcej informacji na temat ich potencjalnej współpracy? Teraz z pewnością nie zamierzałam zgłębiać tego tematu, bo kobieta skupiała się na sukienkach, ale na imprezie, po alkoholu i w luźniejszej atmosferze być może dane mi będzie poznać szczegóły ich relacji.

– Oczywiście. Postaramy się być oboje – odpowiedziałam, starając się nie pokazać po sobie, że nie miałam pojęcia, gdzie jest Alan ani jak bardzo byłam na niego zła. – W takim razie przyjmij słoneczną kreację jako urodzinowy prezent ode mnie i zrób show.

– I reklamę – zachichotała Natalia.

– A jakże! – Uśmiechnęłam się szeroko. – Jeśli nie będzie pasować, zdążę do piątku z poprawkami, a teraz zapraszam cię do przymierzalni. Maja pomoże ci wszystko włożyć, ja idę po aparat.

Po wizycie Natalii pojawiły się kolejne klientki, a ich przymiarki mocno się przeciągnęły. Wróciłam do domu po dwudziestej pierwszej. Dosłownie padałam na twarz. To był intensywny dzień. Prócz obsługi panien młodych wykonałam mnóstwo zdjęć. Robiłam je zawsze po skończonym projekcie, by wstawić je na Instagrama i stronę internetową atelier jako promocję swoich produktów. I choć normalnie byłabym w pełni zadowolona z nadmiaru pracy – nienawidziłam się nudzić – mój wewnętrzny spokój zakłócało milczenie Alana.

W przerwach pomiędzy kolejnymi spotkaniami próbowałam się do niego dodzwonić. Bezskutecznie… Telefon był głuchy, a SMS-y zdawały się lądować w próżni. Nikt z jego znajomych czy rodziny nie wiedział, gdzie się podział mój mąż. Z każdą godziną narastały moje zdenerwowanie i złość. Nie umiałabym wybrać, które uczucie przeważało. Z jednej strony zamartwiałam się o niego, z drugiej miałam ochotę dać mu kopa w sam środek tyłka za to, że tak mnie potraktował. Mentalnie rozwiodłam się z nim dziś już ze sto razy. Przypomniały mi się długie samotne noce, które spędziłam bez niego, gdy jeszcze jako świetnie zarabiający aktor dał się wciągnąć w złe towarzystwo i wir hazardu. Wpędził nas w takie długi, że gdyby nie Natalia i jej inwestycja we mnie, czekałyby nas eksmisja na bruk i komornicy. Aż ciarki mi przeszły po ciele na samą myśl o tym. Przez ten hazard i nocne imprezowanie Alan stracił szacunek w branży. Sam był winien swojego upadku. Przestano go zapraszać do produkcji, przestał bywać, grać. Nie obsadzano go w głównych rolach. Ignorowano. Wypłakałam przez niego wiele łez, bo prócz tego, że przepuszczał nasz majątek, istniało prawdopodobieństwo, że mnie zdradza. Nie miałam jednak dowodów, że miewał panienki na boku, co definitywnie przekreśliłoby nasz związek, trwałam więc przy nim wierna i oddana. On kiedyś mi pomógł, a potem ja spłacałam ten dług z nawiązką. Wspierałam go, ile tylko mogłam. Nie odeszłam, bo trzymały mnie przy nim poczucie obowiązku i wdzięczność. Ostatecznie pomogła nam terapia. Gdy zaczęłam dobrze zarabiać, stopniowo spłaciłam jego wierzytelności, ale zablokowałam mu dostęp do pieniędzy. To ja nadzorowałam konta i wydzielałam mu kwoty na określone cele. Było to dla niego uwłaczające, lecz nie mogłam mu zaufać. Bałam się, że znów popadnie w nałóg. Nie po to ciężko harowałam, by on w jedną noc roztrwonił wszystkie pieniądze. Ale przysięgłam sobie: jeśli ta sytuacja sprzed dwóch lat się powtórzy, wniosę o rozwód. Byłam młoda, atrakcyjna, nie miałam dzieci. Stanowiłam dobrą partię i skoro Alan o mnie nie dbał, nic nie stało na przeszkodzie, bym poszukała na jego miejsce kogoś innego.

Z tym postanowieniem wkroczyłam do mieszkania. Tonęło w mroku. Włączyłam świtało za pomocą pilota i obeszłam oba piętra. Wszystko wyglądało tak, jak zostawiłam rano. Ani śladu mojego męża…

A jeśli coś mu się stało?!

Gniew momentalnie zastąpiła troska.

Znów sięgnęłam po komórkę i wybrałam jego numer. Jakież było moje zdumienie, gdy z sypialni rozległ się dźwięk telefonu.

– Co jest? – mruknęłam do siebie i, wisząc na słuchawce, ruszyłam pospiesznie w stronę pokoju.

Sygnał narastał, a ja czułam, jak krew uderza mi do skroni i pot zrasza czoło. Gdy weszłam do sypialni, dźwięk doprowadził mnie do łóżka. Na poduszce Alana leżał jego smartfon.

Jak to możliwe? Wcześniej na pewno go tu nie było! Przecież dzwoniłam do męża wielokrotnie, także z domu! Słyszałabym odgłos dzwonka już wcześniej. No i na pewno znalazłabym telefon w pościeli. Czyżby jednak Alan zahaczył o mieszkanie w czasie mojej pracy i wyszedł gdzieś ponownie? Tylko dlaczego nie wziął telefonu, z którym nigdy się nie rozstawał?!

Drżącą ręką sięgnęłam po komórkę męża i zamarłam. Wciąż nie przerywałam połączenia, a na ekranie jego telefonu, zamiast skrótu mojego imienia: Pati, jak nazywał mnie Alan i wszyscy znajomi, znajdował się napis: Wiem, co zrobiłaś.

W tym momencie oba telefony wyślizgnęły mi się z rąk i upadły na dywan. Przez dłuższą chwilę stałam zmrożona przerażeniem.

Boże!

On tu był…

A może nawet… jest?

Stalker. Ktoś, to przysłał mi kwiaty i wypisywał bzdury na Instagramie, był w moim mieszkaniu. Podrzucił tu telefon Alana. Chciał, bym go znalazła, i wiedział o mnie coś, czego nie powinien wiedzieć…

Mam zadzwonić na policję? Ale co im powiem? Zgłoszę zaginięcie męża? A może zgłoszę, że mam intruza w domu? Wezmą mnie za idiotkę. Mąż-hulaka nie wrócił na noc. Do tego nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, odkąd wyszedł z domu, więc nie uznano by go za zaginionego. Zresztą dopiero co obeszłam całe mieszkanie i nikogo nie zauważyłam. Nikt mnie nie napadł, nie próbował zrobić krzywdy. Poza tym w naszym ultranowoczesnym apartamencie nie było kryjówek dla skrytobójcy, więc raczej niemożliwe, by ktoś się tu na mnie czaił. Znalazłam tylko należący do Alana telefon, który został tu podrzucony przez kogoś, kto postanowił zabawić się moim kosztem. Tylko niby jak intruz miałby się tu dostać? Przecież mieliśmy alarm, zabezpieczenia, kod wejściowy.

Rozejrzałam się powoli, odzyskując zdolność ruchu. Nigdzie nie było śladów włamania.

A może to on?!

Może to Alan?

Robi sobie ze mnie głupie żarty. Może sądzi, że to doda pikanterii naszej relacji i podsyci ogień, który zaczął wygasać? W sumie myśl, że miałabym z nim pograć w tajemniczą grę, której zasad jeszcze nie rozumiałam, była podniecająca. Lubiłam adrenalinę, wyzwania i czekałam na nie w naszym związku, choć ostatnimi czasy Alan całkowicie przestał zwracać uwagę na moje potrzeby.

Może jednak wszystko przemyślał? Zrozumiał, ile może stracić, i postanowił zawalczyć o mnie, dając mi to, co tak lubiłam – ekscytację i skrajne emocje?

Z tymi myślami poczułam się lepiej.

Odetchnęłam głęboko i schyliłam się po upuszczone komórki. Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam przeglądać telefon męża. Ani w wiadomościach, ani w nawiązywanych połączeniach nie znalazłam niczego niepokojącego. Jedynie w kontaktach zamieniono moje dane. Na Instagramie mojego męża czekała nowa wiadomość. Otworzyłam aplikację. Wysłał ją ktoś, kto nie obserwował Alana. Zobaczyłam nick i od razu wiedziałam, że wiadomość była skierowana do mnie.

@wiem_co_zrobilas napisał:

Podobały się kwiaty?

Alan chciał się bawić? W takim razie nie zamierzałam być mu dłużna.

Ujdą w tłoku, wolę piwonie – odpisałam, nie mogąc się nie uśmiechnąć.

Róże są piękne, ale mają kolce. Jak ty. Piękna na zewnątrz, brzydkaw środku. – Prawie natychmiast otrzymałam odpowiedź i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.

Gra w niegrzeczną dziewczynkę i mającego ją zdyscyplinować pana zawsze mnie kręciła!

I co zamierzasz z tym zrobić? – Postanowiłam go sprowokować.

Nadszedł czas zapłaty za zło, które wyrządziłaś.

Mhm… Tego pragnęłam w najskrytszych fantazjach. Alan w roli dominatora rozpalał moje myśli i ciało. Mój oddech przyspieszył. Zrobiło mi się gorąco.

Ukarzesz mnie? – napisałam z nieskrywaną nadzieją.

Zniszczę. To zdecydowanie ciekawsze.

Niezły był.

Gdziei kiedy? – napisałam, czując motyle w brzuchu.

Tak długo na to czekałam. Nareszcie! Tyle długich miesięcy, aż tu nagle nie iskra, ale prawdziwy pożar! Byłam spragniona, stęskniona i gotowa na wszystko. Jakbym się znów zadurzyła. Jakby znów ogarnęła mnie szczenięca miłość. Tak bardzo mi tego brakowało w moim małżeństwie! Tego szaleństwa, które podsycałoby wzajemną fascynację.

Samochód czeka – przeczytałam, a serce prawie wyskoczyło mi z piersi.

Przygoda wyciągała ku mnie ręce. Do tego przeczuwałam, że będzie przepełniona erotyzmem, a to tylko wzmagało moje pragnienia i budziło uśpione żądze.

Chwyciłam torebkę i z telefonem Alana w ręku pospiesznie opuściłam apartament. Policzki mi płonęły, a ręce miałam zimne od buzujących we mnie emocji.

Boże. Czekała mnie noc życia. Czułam to każdą komórką złaknionego miłości ciała.

Wyszłam przed budynek i aż musiałam pomrugać, by sprawdzić, czy to mi się nie śni. Przed główną bramą stała biała limuzyna. Wokół nie było innych aut, stopniowo zapadał zmrok. Okna luksusowego samochodu były przyciemnione, nie widziałam nawet kierowcy. Przez moment wahałam się, co zrobić, lecz telefon mojego męża zawibrował. Popatrzyłam na wyświetlacz.

Wsiadaj! – brzmiał rozkaz@wiem_co_zrobilas.

Może czekał na mnie w środku? Może spotkam tam Alana?

Niewiele myśląc, ruszyłam w stronę tylnych drzwi limuzyny, jednak nie zdążyłam nacisnąć klamki, bo te same się przede mną otworzyły i już po chwili znalazłam się w wyłożonym białą skórą, eleganckim wnętrzu. Niestety – sama. Nie było tu nikogo, a od szofera oddzielała mnie szyba, przez którą nie było nic widać.

Byłam nieco zawiedziona. W sumie dziki seks w aucie też mógłby być miły. Jednak najwyraźniej mąż miał inne plany. To było intrygujące. Co prawda przeszło mi przez myśl pytanie, skąd Alan miał kasę na takie luksusy, skoro to ja trzymałam rękę na naszych pieniądzach, ale zaraz zagłuszyła ją ciekawość. Co planował? Po co to wszystko? Jaki miał w tym cel? Czyżby naprawdę postanowił odbudować naszą relację i wrócić do czasów, gdy się poznaliśmy? Stanowiłoby to spełnienie moich marzeń. Umarłabym ze szczęścia, gdyby znów okazał mi zainteresowanie i zapewnił poczucie, że byłam dla niego najważniejszą osobą na świecie.

Samochód ruszył.

Gdzie jesteś? – napisałam na Instagramie do mojego „tajemniczego” rozmówcy.

Czekam na ciebie. Od dziś zaczniesz spłacać swój dług – odpowiedział @wiem_co_zrobilas, a ja poczułam, że robię się mokra.

Ta władczość i groźby działały na moją wygłodniałą wyobraźnię.

W jaki sposób? – zapytałam.

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

Oddasz mi siebie i wszystko, co kochasz.

Och, nie miałam nic przeciwko tej perspektywie i nie musiał mnie wcale namawiać. Mimo to postanowiłam się podroczyć.

A co, jeśli ci się postawię?

Wiadomość od Alana przyprawiła mnie o dreszcz.

Lepiej bądź posłuszna.Za każdą niesubordynację czeka cię kara, więc lepiej rób to, co ci każę.

Jezu, jak to podniecająco brzmiało. Byłam gotowa na starcie.

Wyjrzałam przez okno. Nie znałam tych okolic.

Zastukałam w szybę oddzielającą mnie od szofera.

– Hej?!

Odpowiedziała mi cisza, ale nie dałam za wygraną.

– Możesz mi tylko powiedzieć, dokąd jedziemy?

Nadal nic.

– Halo, wiem, że tam jesteś! Dlaczego mi nie odpowiadasz? – Postukałam ponownie. Bezskutecznie. – Dobra. Nie, to nie – mruknęłam poirytowana, wracając na miejsce.

Najwyraźniej mąż chciał mi zrobić niespodziankę i zapłacił kierowcy za milczenie. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie i rozkoszowałam się luksusem.

Dokąd mnie zabierasz? – wystukałam na klawiaturze wiadomość.

Napij się – odpisał mój rozmówca. – Tam, dokąd jedziesz, lepiej nie trafić na trzeźwo.

Mam się napić? Uniosłam brwi w zdumieniu.

Po co? – zapytałam.

Przecież wiedział, że nie piłam od ośmiu lat, i znał przyczynę.

To test posłuszeństwa. Pij!

To mi się nie spodobało.

Nie – odpisałam krótko.

W tym momencie samochód zatrzymał się gwałtownie, a drzwi znów same otworzyły się przede mną. Byłam zdezorientowana. Wyjrzałam na zewnątrz. Zrobiło się ciemno, staliśmy na poboczu, a wokół rosły krzaki. Nie bardzo widziałam, gdzie się znajdowaliśmy. Poczułam strach.

Pijesz albo wysiadka! – Telefon zawibrował na moich kolanach.

Nie uśmiechał mi się powrót do Wilanowa po ciemku, w dodatku bez auta i to z jakiejś podejrzanej lokalizacji.

Na twoją odpowiedzialność. I odwozisz mnie do domu – napisałam, a drzwi momentalnie się zamknęły i limuzyna ruszyła dalej.

Rozglądnęłam się po wnętrzu. Tuż pod szybą oddzielającą tę część auta od części szofera znajdował się wyłożony błyszczącym drewnem stolik, a w nim specjalne wgłębienie na pojemnik z lodem. Chłodził się w nim markowy szampan. Gdy wyciągnęłam butelkę, automatycznie otworzyła się skrytka w bocznej ścianie stolika, a ja znalazłam w niej kryształowy kieliszek.

No, no. Na bogato. Chociaż nie uśmiechało mi się picie alkoholu, nawet pod tak niegroźną formą jak szampan, tłumaczyłam sobie, że raz na jakiś czas mogłam się przecież wyluzować i zaszaleć. Zwłaszcza gdy nadarzała się okazja do flirtów z mężem zgrywającym despotę.

Otworzyłam butelkę. Korek wystrzelił z hukiem. Udało mi się spić ściekający po szyjce płyn, nim zabrudził skórzaną tapicerkę.

Za co piję? – napisałam, drocząc się znów z moim stalkerem.

Za moją zemstę – otrzymałam odpowiedź.

Na mnie?

Owszem.

Faktycznie musiałam się napić. Trzeźwość nie była wskazana, gdy szykowała się szalona noc. Zanurzyłam usta w słodkim trunku, po czym kontynuowałam dociekania:

Co takiego ci zrobiłam, że chcesz się na mnie zemścić? Chodzi ci o to, że ograniczyłam ci dostęp do pieniędzy? Wiesz przecież, że w naszej sytuacji było to koniecznością.

Znów odczuwałam niemalże bolesne podniecenie w najintymniejszych zakamarkach swojego ciała. Jak zamierzał mnie ukarać? Przychodziły mi na myśl same wyuzdane pomysły, które doprowadzały mnie do wrzenia.

Tym razem jednak odpowiedziała mi cisza. @wiem_co_zrobilas milczał, co intrygowało mnie jeszcze bardziej. Oby tylko Alan nie zrezygnował ze swoich planów zabawy ze mną, bo byłam już tak rozgrzana, że nie wyobrażałam sobie innego finału tego wieczoru niż ognisty seks.

Po chwili zorientowałam się, że czytając ponownie naszą korespondencję na Instagramie, wypiłam cały kieliszek.

Nie powinnam.

Nie mogę pić więcej – powtarzałam sobie w głowie, starając się zwizualizować przyczynę, dla której odstawiłam używki.

Znałam ją doskonale, tkwiła we mnie niczym zadra, lecz nie chciałam, by zepsuła mi wieczór życia. A alkohol był najlepszą formą znieczulenia i rozluźnienia. W końcu sam Alan mnie na niego namawiał, więc nic złego nie mogło się wydarzyć po wypiciu kieliszka.

No, może dwóch…

Nie wiem, kiedy opróżniłam całą butelkę. Palący płyn drażnił mój przełyk, jednocześnie przynosząc ukojenie dla ciała, a przede wszystkim umysłu. Pewnie to kwestia tak długiej abstynencji, ale dość szybko poczułam się dziwnie, zupełnie jakby ktoś przywalił mi w głowę. Byłam w tym aucie, tkwiłam w nim, a jednocześnie miałam wrażenie, jakbym na wszystko patrzyła z zewnątrz, spoza siebie. Czułam się otumaniona, a członki miałam bezwładne. Jednocześnie zrobiło mi się przyjemnie i błogo. Wsparłam głowę na oparciu fotela i gapiłam się na usiany maleńkimi lampkami sufit samochodu. Światełka szybko zaczęły mi wirować przed oczami, dlatego musiałam opuścić powieki, by nie zrobiło mi się niedobrze.

Gdy ponownie otworzyłam oczy, przez dłuższy czas nie bardzo wiedziałam, gdzie się znajduję. Musiałam się zdrzemnąć, bo usiany ledowymi gwiazdkami sufit limuzyny zniknął. Biel zastąpił szary pikowany aksamit i przygaszone światło kryształowych żyrandoli. Moich uszu dobiegł przytłumiony odgłos rozmów, śmiechów i wesołych okrzyków. Rozglądnęłam się dookoła. Leżałam na pluszowym szezlongu w luksusowym apartamencie utrzymanym w stylu glamour. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem.

Naprzeciwko leżanki wisiało wielkie lustro w złotej ramie. Dostrzegłam w nim swoje odbicie i natychmiast usiadłam ze zdumienia. Od razu doznałam bardzo silnych zawrotów głowy. Musiałam przytrzymać się oparcia szezlonga, bo miałam wrażenie, że pluszowy mebel wiruje wraz ze mną. Gdy poczułam się nieco pewniej, jeszcze raz przejrzałam się w lustrze.

Nie do wiary. Nie tylko limuzyna zniknęła, ale także ciuchy, które miałam na sobie, gdy do niej wsiadałam!

Moją twarz przykrywała czarna maseczka, na nogach miałam niebotycznie wysokie szpilki, a zamiast koszuli i spodni – długą koronkową sukienkę w tym samym kolorze. Przez jej opinający materiał widać było moje ciało. Nie miałam stanika, a jedynie stringi, których nienawidziłam. Choć wciąż kręciło mi się w głowie, byłam pewna, że nie wybrałam na dzisiaj tak niewygodnej bielizny. Bez biustonosza także nie pokazywałam się publicznie, gdyż był to widok zastrzeżony wyłącznie dla mojego męża. Szkoda tylko, że ostatnio miał go w dupie.

Powinnam panikować, przecież ktoś najprawdopodobniej mnie porwał, skoro znalazłam się półnaga w obcym miejscu. W dodatku, jak zapowiedział mój anonimowy rozmówca, czekała mnie kara za jakieś stare przewinienie, co dodatkowo powinno wzbudzać we mnie poczucie zagrożenia i chęć ucieczki. No i wstyd. Powinnam płonąć ze wstydu przez ten nieskromny strój. Przecież miałam cycki na wierzchu! Tymczasem – może byłam głupia, a już na pewno schlana na umór – zamiast strachu, przerażenia czy zażenowania czułam wyłącznie narastającą euforię.

Nareszcie odmiana. Coś nowego. Przygoda rodem z romansu. Ba. Ognistego erotyku, sądząc po moim stroju! A przecież ja tak bardzo pragnęłam zabawy, przyjemności, wyuzdania i wzniesienia na wyżyny namiętności, która dałaby mi wenę do tworzenia na długie miesiące. No i w końcu coś w moim życiu ruszyło w tym kierunku. Alan nareszcie pojął, czego oczekiwałam. Zrozumiał, że w naszym związku nastała rutyna i brakowało w nim nuty pikanterii. Z pewnością dlatego postanowił mi ją zaserwować. Na samą myśl o tym moja kobiecość płonęła. Zżerały mnie ciekawość i pożądanie.

Co dalej? Co planuje? Co ze mną zrobi? I oby było to coś brudnego i brzydkiego, bo czyż istniała kobieta, która nie chciałaby zaznać potęgi swego partnera? Chciałabym być jego. Poczuć to całą sobą. By znów pokazał, że rządzi w tym związku, że jest moim samcem alfa.

Podniecona wstałam z szezlonga. Wciąż czułam się ociężała, ale pragnienie było silniejsze ode mnie. W tym momencie otworzyły się wielkie rzeźbione drzwi i do pokoju wszedł ubrany w czarny garnitur mężczyzna dzierżący w rękach srebrną tacę. Nie miałam pojęcia, kim był, bo nosił na głowie maskę wilka.

Może to Alan?

Zlustrowałam go zaciekawionym spojrzeniem.

Jednak nie – stwierdziłam z rozczarowaniem. Był zdecydowanie za niski.

Nieznajomy podszedł do mnie bez słowa i pokazał mi zastawioną tacę. Znajdowały się na niej cztery przedmioty: szminka, skórzana obroża zdobiona wielkimi kamieniami imitującymi brylanty, żel intymny oraz kulki gejszy.

Ten widok zaparł mi dech w piersiach.

Nim zdążyłam cokolwiek wyartykułować, zamaskowany mężczyzna zabrał głos:

– Przygotuj się. Twój pan już czeka.

Mój pan?!

Zadrżałam, a wagina ścisnęła mi się boleśnie z podniecenia.

To chyba był sen. Spełnienie mokrych fantazji. Chciałam tego, pragnęłam. Boże, co za niewiarygodny wieczór. Moje podniecenie wzmagał dodatkowo nadmiar wypitego alkoholu, bo przecież na co dzień nie byłam aż tak śmiała, by paradować przed mężem w obroży i używać erotycznych gadżetów.

Jedyne, na co było mnie stać w tej chwili, to skinienie głową.

Nieznajomy położył tacę na szezlongu i ruszył ku drzwiom. Czekałam, aż wyjdzie, jakież więc było moje zdumienie, kiedy nie opuścił pomieszczenia, a jedynie stanął na progu tyłem do mnie.

Co, do diabła? Pilnował mnie?

Ach, tak. To był zapewne element gry – strażnik doglądający, czy wykonałam polecenie swojego pana.

– A jeśli tego nie zrobię? – zapytałam, przekomarzając się, choć nie miałam w planach niesubordynacji.

– Wówczas ja zrobię to za ciebie – odpowiedział stanowczym tonem mężczyzna, nie odwracając się w moją stronę.

To brzmiało jak groźba. Jeszcze gdyby to był Alan, byłoby idealnie – westchnęłam.

Postanowiłam nie sprzeciwiać się nieznajomemu i posłusznie zastosować się do jego rozkazów. Przecież nie znalazłam się tu, by wszczynać awantury, ale by zaznawać przyjemności, której tak bardzo mi brakowało – jednak na pewno nie z rąk tajemniczego strażnika, lecz własnego męża. Od awantur był realny świat i rutyna codzienności. Cieszyłam się, że Alan namówił mnie na picie. Miał rację z tym alkoholem. Byłam rozluźniona i gotowa na wszystko, więc nie ruszała mnie cała ta irracjonalna sytuacja.

Niewiele myśląc, sięgnęłam po obrożę, do której przyczepiona została maleńka srebrna płytka z wygrawerowanym na niej moim imieniem: „Patrycja”.

Cóż za dbałość o detale.

Zapięłam ją na szyi, po czym usiadłam ponownie na szezlongu. Ciepło krążyło po moim ciele, promieniując na wszystkie strony od wzgórka łonowego, który zdawał się płonąć żywym ogniem. Cała pulsowałam naelektryzowana pożądaniem. Nawet obecność obcego mężczyzny działała w tej chwili pobudzająco na moje zmysły.

Stałam się luksusową niewolnicą i bardzo mi to odpowiadało.

Sięgnęłam po żel, ale zaraz odstawiłam go z powrotem na tacę. Nagromadzone we mnie podniecenie było tak wielkie, że nie musiałam go używać. Moja cipka wręcz ociekała miłosnymi sokami, dlatego nie potrzebowałam wspomagać się nawilżaczem. Rozsunęłam uda i odchyliłam cieniutki paseczek koronkowego materiału zakrywającego waginę. Potem wzięłam z tacy kulki gejszy i zaczęłam wsuwać je w siebie. Połączone ze sobą kuleczki bez oporu znalazły się w mojej pochwie. Poczułam jednocześnie ulgę i pragnienie. Chciałam więcej, to było zdecydowanie za mało!

Poprawiłam bieliznę i wstałam ostrożnie z leżanki, co nie było łatwe przez szpilki, które miałam na stopach, oraz skryte w moim ciele kulki. Znów lekko zakręciło mi się w głowie, jednak intensywne doznania z cipki szybko przywróciły mi jasność umysłu.

Cholera. Co za uczucie…

Nie wiedziałam, jak długo to zniosę.

Wzięłam z tacy szminkę i starając się zapanować nad chwiejnym chodem, podeszłam do lustra. Malując usta na ponętny, krwistoczerwony kolor, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mimo moich niezliczonych kompleksów w tym momencie wyglądam jak milion dolarów. Zmysłowa jak nigdy. Wyzywająca jak nie ja. Tak niewiele trzeba było, by kobieta błyszczała.

– Skończyłam – oznajmiłam.

Nieznajomy w masce wilka nawet nie odwrócił się w moją stronę, lecz otworzył przede mną drzwi i gestem zachęcił do przekroczenia progu.

Przeszłam przez drzwi, ostrożnie stawiając kroki i starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo niewygodnie mi było przez uwierające mnie we wnętrzu kulki. Poruszały się wraz ze mną, przesuwały w tył i przód, gniotły i uciskały nabrzmiałą od erotycznego napięcia pochwę. Miałam ochotę jęczeć z rozkoszy i błagać, by jakikolwiek przedstawiciel płci męskiej przyszedł mi na ratunek i swoim kutasem przyniósł ulgę mojemu wygłodniałemu ciału.

Wielki salon, do którego wkroczyłam, wypełniony był ludźmi. Choć utrzymane w szarościach i srebrze pomieszczenie spowijało jedynie dyskretne światło kryształowych kinkietów, łatwo dostrzegłam, że wszyscy w nim obecni nosili maski. Niektórzy goście byli całkiem nadzy. Pary skupiały się na flirtowaniu, raczyły się doskonałym alkoholem i przystawkami lub po prostu oddawały się nieskrępowanej namiętności. Dostrzegłam, że kilka osób wciąga kreski.

No, proszę! Nigdy nie podejrzewałam, że trafię na nielegalną orgię!

Ostatnimi czasy dużo mówiło się o podobnych niegrzecznych zabawach w świecie bogaczy. Klientki pracowni z wypiekami na twarzy przekazywały mi plotki o erotycznych imprezach zrzeszających warszawską elitę celebrycką. Nawet sama Natalia wspomniała mi dzisiaj o nich. Ponoć organizował je tajemniczy mężczyzna, zwany Lwem. Nie miałam pojęcia, że te informacje są prawdziwe i że kiedykolwiek wezmę udział w takim wydarzeniu. I, co gorsza, że będzie mi się to podobało.

Skąd Alan wiedział o takim miejscu i jak tu trafił? Zdradzał mnie? Szukał odmiany ode mnie? W sumie nasze życie erotyczne umarło…

Moje serce przez moment przeszyło ukłucie zazdrości. Znałam ten stan doskonale. Doświadczałam go od czasu, gdy mój mąż zaczął znikać na całe noce, oddając się hazardowi i kto wie czy także i nie innym kobietom.

Zaraz jednak mroczne myśli ustąpiły ciekawości. Nie mogłam się skupić na smutkach. W końcu byłam podglądaczką. Obserwatorką. Gościem nierealnego świata, do którego wkroczyłam nieprzygotowana na to, co w nim spotkam. Gdzieś za mną została znana mi Warszawa i spokojne życie skupiające się wokół ciężkiej pracy. W tym miejscu wszystko kręciło się wokół przyjemności. Obecni tu ludzie, kryjący swoją tożsamość pod maskami, zdawali się nierzeczywiści w tej swojej beztroskiej potrzebie dążenia do realizacji najskrytszych pragnień. Nikt się nie krępował. Nagość nikogo nie gorszyła. Podobnie obecność innych i zmiany partnerów nie stanowiły tu dla nikogo problemu. Ważna była nieskrępowana miłość fizyczna. Coś niesamowitego!

Przewodnik przeprowadził mnie pomiędzy zajętymi sobą kochankami. Byli wszędzie – siedzieli na pluszowych sofach, kryli się za kolumnami podpierającymi szklany sufit, przez który widać było rozgwieżdżone letnie niebo, wspierali się o ściany w przeróżnych pozach rodem z Kamasutry. Przyznam, że patrzyłam na to wszystko z szeroko otwartymi oczami, chłonąc doznania niczym dziecko, które trafiło do sklepu z upragnionymi zabawkami. Nie czułam zażenowania ani zgorszenia. To alkohol. Cholerny alkohol – powtarzałam sobie. To on sprawił, że tak się podnieciłam. Po tylu latach abstynencji, gdy wreszcie sobie pofolgowałam, niewinny szampan sprawił, że otworzyłam się na nowości i wsłuchałam we własne potrzeby. Byłam wolna, wyzwolona.

A może wreszcie byłam w pełni sobą?

Mężczyzna w masce wilka otworzył przede mną wielkie dwuskrzydłowe drzwi i wprowadził mnie do sąsiadującej z salonem wąskiej jadalni. W jej centralnym punkcie stał długi stół na co najmniej dwadzieścia osób. Wszystkie miejsca były zajęte przez zamaskowanych mężczyzn w garniturach, prowadzących rozmowy przy winie, a na blacie, do zmysłowej muzyki sączącej się z ukrytych głośników, tańczyły trzy kobiety ubrane jedynie w szpilki i wykonaną z pereł biżuterię.

Gdy weszłam do środka, wszyscy zamilkli. Mój przewodnik gestem nakazał tancerkom opuścić pomieszczenie. Zostałam sama w męskim gronie. Wszystkie oczy skierowały się na mnie.

O kurwa…

Nie wiedziałam, czego ode mnie oczekują i co powinnam powiedzieć czy zrobić. Stałam przed nimi w koronkowej, prześwitującej kiecce, przez którą każdy z tych mężczyzn widział moje sutki, a kulki umieszczone wewnątrz mojej cipki uciskały ją dotkliwiej niż wcześniej, gdyż z emocji i narastającego podniecenia zacisnęłam kurczowo mięśnie pochwy.

Rozbieganym nerwowo wzorkiem przesunęłam po zebranych i wtedy dostrzegłam jego. Od razu wiedziałam, że to dla niego tu trafiłam. On był moim panem i czekał na mnie.

Siedział naprzeciwko mnie, u szczytu stołu. Jako jedyny był bez marynarki. Nosił elegancką białą koszulę, lekko rozpiętą pod szyją. Przez jej obcisły materiał rysowała się idealnie wypracowana rzeźba ciała. Twarz mężczyzny skrywała złota metalowa maska imitująca paszczę lwa. A więc to on… Tajemniczy Lew. Organizator osławionych orgii dla bogaczy był tutaj i pożerał mnie wzrokiem, a ja miałam wrażenie, że pod wpływem jego spojrzenia moja sukienka rozpada się w nicość i stoję przed nim naga i bezbronna, czekając, aż rzuci się na mnie niczym wygłodniały król zwierząt na swoją ofiarę.

W głowie miałam jeden wielki mętlik.

Z całą pewnością to przez tego szampana.

Zdecydowanie.

A może jednak nie?

Czułam się dziwnie, jak nie ja. Jakbym nie była w pełni sobą. Kim w takim razie byłam? Dlaczego się nie bałam? Dlaczego podobał mi się ktoś, kto nie był moim mężem? I gdzie, do cholery, był Alan?

A może… A może to właśnie on?!

Czyżby mój mąż był tajemniczym Lwem? Ale skąd miałby kasę i warunki, by zorganizować coś takiego? No i chyba ten mężczyzna był za wysoki? Zbyt wysportowany? Chyba…? Może mój przydymiony umysł dodawał mu mięśni i rozbudowywał ciało, bo o takim facecie skrycie marzyłam, zresztą jak każda z kobiet. W moim stanie wystarczyło, by zastosował lekką charakteryzację, a ja od razu dałabym się nabrać.

Że też musiałam tyle wypić. Alkohol szumiał mi w głowie, sprawiając, że traciłam poczucie rzeczywistości. Przez maski i przytłumione światło wszyscy zebrani w jadalni zdawali się do siebie podobni. Każdy z nich mógłby być moim mężem. Każdy… Ale ja chciałam, by to był on. Lew mnie pociągał. Od razu wiedziałam, że tu rządził. Był z nich wszystkich najsilniejszy, był panem, a ja miałam serdecznie dość nieudolnych, użalających się nad sobą słabeuszy! Pragnęłam siły i mocy, a ten mężczyzna dysponował nimi bez wątpienia, skoro był w stanie rzucić sobie do stóp całą warszawską elitę. Zapewne miał dzięki temu haki na większość znanych osób, a to imponowało mi jeszcze bardziej. Był godnym rywalem, przeciwnikiem, ale i partnerem z marzeń. O kimś takim śniłam.

Boże, oby okazał się Alanem…

Oby…

A jeśli to nie on? Może mąż zwabił mnie tu celowo? To jakiś test? Bo to, że brałam udział w jakiejś nieczystej rozgrywce, której zasad jeszcze nie pojmowałam, nie ulegało wątpliwości. Jeśli tak, zamierzałam brnąć w to dalej. Byłam zbyt zafascynowana tym, co tu ujrzałam, i zbyt złakniona podniet, by teraz z nich rezygnować. Zresztą co innego miałabym zrobić? Uciec? Dokąd, jak? Wyszłabym i nigdy już nie poznałabym prawdy, w jakim celu mnie tu wezwano i czego ode mnie chciał sam warszawski Lew. Nigdy w życiu. Nie zamierzałam zaprzepaścić takiej szansy! Chciałam inspiracji, a tu było jej pełno. Pragnęłam namiętności i oto stanęła przede mną w postaci mrocznego mężczyzny wprost z moich marzeń. Jako artystka wiedziałam, że to, co nowe i nieznane, zawsze wiązało się z weną, a tej nie zamierzałam sobie odmawiać. Dobrowolnie nałożyłam sobie obrożę swojego pana i dobrowolnie chciałam go poznać!

Lew skinął na mnie ręką, nakazując mi zbliżyć się do siebie.

Zadrżałam.

Boże, czekałam na to. Chciałam tego!

Rozglądnęłam się po pomieszczeniu. Było wąskie i długie. Siedzący przy stole mężczyźni zajmowali całą przestrzeń. Nie miałam jak podejść do Lwa. Musiałabym przelecieć nad zebranymi.

– Ruszaj! – syknął mi do ucha mężczyzna noszący maskę wilka, a ja poczułam panikę.

Jak miałam wypełnić rozkaz, skoro nikt nie zamierzał wstać od stołu i ustąpić miejsca, bym przecisnęła się do przyzywającego mnie mężczyzny?

Chyba że…

Dziewczyny, które tu wcześniej były, tańczyły na blacie. Tędy zatem wiodła droga do mojego przeznaczenia.

– W takim razie będziesz musiał mi pomóc – zwróciłam się do przewodnika i chwyciłam go za rękę. Zdezorientowany Wilk ruszył za mną.

Podeszłam do jedynego wolnego krzesła – znajdowało się dokładnie naprzeciwko Lwa – i wspierając się na ręce mojego towarzysza, weszłam najpierw na nie, a potem na błyszczący blat. Nie było to łatwe. Szpilki były strasznie wysokie, a ja na rauszu, więc ciężko mi było zachować grację. Do tego te kulki… Ech, w tej chwili tylko mi przeszkadzały, utrudniając skupienie i uciskając moje wnętrze do tego stopnia, że miałam ochotę wyciągnąć je z siebie choćby tutaj. Powstrzymywał mnie jedynie fakt, że cierpiałam w imię namiętności. Lew tego żądał, wiedział, co przeżywam. Nie mogłam ustąpić mu pola i okazać słabości. Ja nie byłam słaba, byłam mocarna, jak on, i chciałam, by to pojął.

Siląc się na dumny chód, ruszyłam powoli w jego stronę. Obcasy stukały głośno w blat, a ja szłam do Lwa, mijając jego kolejnych towarzyszy i czując ich palące spojrzenia na swoim ciele.

Podobało mi się to. Znajdowałam się w centrum uwagi. Byłam wielbiona. Wreszcie ktoś mnie pragnął i doceniał. Wreszcie byłam ważna! I wreszcie czułam się piękna, choć daleko było mi do ideału. Idąc, patrzyłam prosto w oczy mojego pana. Nie odrywał ode mnie wzroku, co tylko wzmagało moje podniecenie.

Co dalej? Czego sobie zażyczysz ode mnie, o wszechwładny królu?

Gdy