Sybirpunk 3 - Michał Gołkowski - ebook + audiobook

Sybirpunk 3 ebook i audiobook

Gołkowski Michał

4,6

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Nigdy nie ma tak dobrze, żeby się wszystko nie rypło.

Zmuszony z własnej woli oddać to, co nigdy mu się nie należało, oszukany przez samego siebie, ze złamanym sercem i żebrami, Saszka zwany Chudym musi wziąć się w garść i spróbować odpowiedzieć na pytanie: co się, do ciężkiej Anielki, w ogóle stało?!

Bez pieniędzy, bez czasu na złapanie oddechu i bez kolejnej działki synty, nasz bohater, o którego nie prosiliśmy, ale na którego zasługujemy, rusza w zasypany śniegiem NeoSybirsk, aby skrzyknąć tych, na których jeszcze może liczyć i wreszcie zobaczyć, ile warte są kordialne zapewnienia o przyjaźni, wierności i braterstwie.

To jest ten moment, kiedy człowiek dotyka nogami dna, odbija się mocno i zaczyna płynąć ku powierzchni w nadziei, że starczy mu powietrza... Albo, że w najgorszym razie zdąży złapać za nogi tego, który może nie do końca jest wszystkiemu winien, ale i tak zasłużył na los, który go czeka.

Wstawiajcie popcorn i szykujcie fajerwerki, bo będzie naprawdę grubo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 623

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 23 min

Lektor: Michał Gołkowski

Popularność




000

Wycie syren niosło się ponad nocnym NeoSybirskiem, odbijało od betonowych ścian wielopiętrowych bloków.

Padający śnieg osiadał na dachach zaparkowanych jeden przy drugim samochodów, pokrywał coraz grubszą warstwą asfaltowe chodniki i schodki do klatek. Gromadził się na pordzewiałych parapetach i przyklejał do szyb, za którymi tylko w nielicznych mieszkaniach jarzyły się jeszcze światła holoekranów.

Starszy kapral Igor Stiepanowicz, znany szerzej jako Kulas, wyjął z uchwytu kubek z mocno gazowanym, a jeszcze mocniej słodzonym koktajlem witaminowym i pociągnął łyk. Skrzywił się: mieszanka stała tam od rana, chyba zaczęła już fermentować.

– Szeloba, śmieci. – Podniósł pojemnik.

Wiszący pod sufitem mechaniczny pająk ożywił się. Jedno z ramion spłynęło w dół, delikatnie wyjęło Kulasowi z ręki lekko już przeciekający styropianowy kubek i przeniosło do stojącego w rogu pojemnika na odpady. Sam gospodarz tej wysokotechnologicznej jaskini przeciągnął się, przetarł twarz dłonią i spojrzał na komunikator: dochodziła czwarta nad ranem.

Przejechał na swoim mechanicznym wózku do zagraconej kuchni. Wyjął z nierówno pracującej lodówki porcję jedzenia w plastikowym opakowaniu i wrzucił do multiprocesora na program turbo. Zabrał podgrzane danie, złapał jeszcze czteropak lemoniady.

Monitory w dużym pokoju nadal pokazywały zmieniające się widoki z kilkunastu głównych stacji nadawczych miasta.

Zakutani w kurtki reporterzy stali na tle płonących sklepów; któryś właśnie zakrywał ucho dłonią, próbując przekrzyczeć skandowane przez tłum gniewne hasła. Za nim widać było, jak ludzie coraz mocniej spychają w tył kordon milicji, próbującej nie dopuścić ich zbyt blisko do witryn apteki.

Sytuacja na innych ekranach wyglądała podobnie.

Syberia-1 nadawała co godzinę zapętlone przemówienie gubernatora, który już poprzedniego dnia wzywał do zachowania spokoju i pozostania w domach.

Pomniejsze stacyjki usiłowały obchodzić zakaz, wysyłając w co bardziej zapalne punkty metropolii drony i komentując ich transmisje zdalnie.

Zamieszki trwały już trzeci dzień. Ludzie najpierw tylko protestowali, potem zaczęli się domagać. Kiedy władza zareagowała nerwowo, rozpoczęła się eskalacja napięcia. W tej chwili pozbawiony dostaw syntadrenaliny NeoSybirsk znajdował się niebezpiecznie blisko granicy zapaści.

Kulas westchnął, zerwał folijkę z opakowania i zaczął dłubać wysłużonym, pogiętym widelcem w niejednolitej papce dania, które nijak nie przypominało zdjęcia z etykiety.

Przeżuwając powoli, z namaszczeniem, zaczął przełączać kanały.

– Tu nie... Tu nie... To też gówno warte – warczał do siebie, kręcąc głową.

W końcu zatrzymał się na chwilę na wykresach spółek giełdowych, zaznaczył kilka i dorzucił do obserwowanych. Potem odchylił się na swoim fotelu, założył ręce za głowę.

W całej tej układance chaosu brakowało mu jednego, naprawdę ważnego elementu.

– Oj, Chudy, Chudy... – mruknął. – Gdzie ty jesteś?

Przerywamy program, aby przenieść się do naszego specjalnego korespondenta. Oleg, słyszysz nas? Halo? Jak państwo widzą, Oleg Dwinskij jest już na miejscu, ale mamy jakieś trudności z łączami. Niemniej za jego plecami wyraźnie da się dostrzec łunę pożaru, który...

...rzekomo udał się w kierunku miasta. Nie wiemy w tej chwili, jak liczna miała być kolumna samochodów i kogo konkretnie one przewoziły, ale...

...zataczającego coraz szersze kręgi kryzysu dostaw. Jeśli potwierdzą się doniesienia o stratach, to można będzie śmiało założyć, że zakład baryszewski...

...bez znaczenia. W tej chwili organy starają się ustalić, gdzie dokładnie mogą przebywać sprawcy, jednakże...

...niejaki Aleksander Kh., znany szerzej w półświatku jako „Chudy”.

001

No i nie pogadaliśmy.

– Saszka.

Głos wyrwał mnie z bezcielesnej pustki, w której unosiłem się do tej pory, zawieszony gdzieś pomiędzy jawą a snem.

Drgnąłem i chciałem się poruszyć, ale mięśnie odpowiedziały tylko tępym, wszechogarniającym bólem, który rozlał się palącą falą skurczów. Chyba zajęczałem, nade mną przesunęła się konstelacja różnokolorowych, migających światełek.

– Olga... – Wraz z oddechem z gardła uleciało szeptem jedyne imię, które miało w tej chwili znaczenie.

– Jestem tutaj, szary wilku. Spokojnie, nie ruszaj się... Boli, co? Czekaj, zaraz coś ci podam.

Olga.

Tak, pamiętałem Olgę bardzo, ale to bardzo wyraźnie.

Jej odwróconą ku mnie twarz, ten łobuzerski uśmiech i kosmyk włosów, który wyśliznął się z warkocza i spłynął jej na twarz. Brakowało jeszcze, żeby odrzuciła go w tył fuknięciem złożonych w rozgniewany dzióbek ust.

Pamiętałem też Juniora. A raczej to, co z niego zostało: poszarpany, skrwawiony strzęp ludzkiej szmaty, leżący w kilku osobnych kawałkach na asfalcie.

Tylko nie do końca byłem w stanie ogarnąć związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy jednym a drugim.

Junior chciał mnie zabić.

W zasadzie już mnie zabił, a pozostawał mu tylko strzał kontrolny.

Stał tam nade mną, mierzył z pistoletu... I wtedy zjawiła się kobieta, a on przestał stać i mierzyć. W ogóle przestał być, szczerze mówiąc.

Ona coś powiedziała... Tak, powiedziała, że musimy porozmawiać. Tego jeszcze byłem pewien. Tylko że na tym się skończył mój interaktywny udział w scenie.

Reszta była tylko wciśniętą pomiędzy poszczególne rozdziały gry animowaną wstawką.

Ona.

Ona czy może jednak „Olga”?

Nie byłem pewien. W ogóle nie byłem pewien, czy była to poszatkowana jak papier w niszczarce jawa, czy wyjątkowo spójny, ale psychodeliczny sen.

Wsadziła mnie na mój motocykl, który podprowadziła na miejsce. Podepchnęła, mimo że jak silnik nie działał, to ja ledwie byłem w stanie ruszyć machinę z miejsca.

Klasycznym plastikowym wężykiem zassała i uciągnęła benzyny ze swojego, dolała do pustego baku. Posadziła mnie na siodełku, w zasadzie przywiązała do kierownicy, żebym nie spadł po drodze. Spięła systemy nawigacji i jadąc przodem, poprowadziła na wirtualnej lince holowniczej.

Tak, to była zdecydowanie najgorsza jazda mojego życia.

Motocykl jako maszyna jest już wystarczająco przerażający, kiedy można samego siebie oszukiwać, że się nim jako tako steruje... A co dopiero, kiedy człowiek jest tylko pasażerem, a maszyna jedzie sama!

Ulice rozmywały się w poziome smugi rozmazanych świateł, neony zlewały w jeden ciąg oślepiająco jaskrawych linii. Światła uliczne migały bez sensu, holoreklamy wyskakiwały na asfalt i sięgały ku mnie wirtualnymi rękoma. Samochody co chwila omiatały nas snopami jaskrawego blasku, który wwiercał mi się tysiącem wierteł pod czaszkę.

Coś było nie tak z obrazem, bo widziałem zdecydowanie zbyt mało i zbyt płasko. Nie mogłem złapać głębi perspektywy ani ostrości... Ale to był najmniejszy z moich problemów.

Żołądek skręcał mi się w stalowy supeł, żółć podchodziła do gardła. Widziałem, jak na geometrycznej bańce baku na paliwo i przyklejonej do niego połaci siodełka rozbryzgują się i rozmazują w pędzie maszyny czarno-czerwone krople krwi. Mojej własnej krwi, kapiącej po trochu, ale stałym strumykiem z nie wiedzieć ilu ran, postrzałów oraz rozcięć płytszych i głębszych.

Było źle, serio było źle.

Ze dwa razy po prostu urwał mi się film.

Ocknąłem się, kiedy motocykl kładł się w zakręt, a ja prawie szorowałem kolanem po drodze.

– Wolniee... yhyp... bhy...! – chciałem zawołać, ale wiatr wcisnął mi słowa wraz z podnoszącymi się rzygami z powrotem do gardła.

W końcu znów pochłonęła mnie ciemność, a kiedy się obudziłem, byłem – tu.

Tylko gdzie, do cholery, było „tu”?!

Świat wokół mnie nadal wirował, ale wiedziałem, że leżę i to tylko błędnik szaleje, nie mogąc uspokoić się po wszystkim, co się działo.

Pipikanie jakiejś maszynerii, kilka hologramów, na których nie mogłem skoncentrować wzroku.

No i gdzieś tam, w tym chaosie czerni, była Olga.

Nie tyle widziałem ją, ile czułem. Wyłapywałem nutkę jej zapachu, słyszałem charakterystyczne drobne kroczki, kiedy krzątała się, brzękała jakimiś narzędziami i stukała w klawiaturę. Robiła coś, a ja po prostu leżałem, czekając – no właśnie, na co?

Oko znów zabolało, więc podniosłem rękę, żeby je potrzeć – ale ona chwyciła mnie za nadgarstek, stanowczo odsunęła dłoń na bok.

– Nie dotykaj, Saszka. Nie rusz, bo popsujesz to, co już mi się udało naprawić. Paskudnie oberwałeś i boję się, że trzeba będzie...

– Olga... – zacharczałem.

Spróbowałem się poruszyć, przekręcić głowę tak, żeby ją widzieć. Poczułem i usłyszałem, jak coś trzasnęło; po twarzy pociekł mi jakiś lepki płyn, prawe oko zakłuło.

– No i masz, samo się załatwiło. No dobra, koniec przerwy. Miło było, dobranoc.

– Ej, nie, ja... – chciałem zaprotestować.

Za późno.

Ramię zapiekło, kiedy ciśnieniowy podajnik wstrzyknął mi w żyłę końską dawkę środka usypiającego.

Świat znów zawirował, zaczął się oddalać, znikać. Nade mną zapaliła się jeszcze konstelacja poligonalnych świateł lampy bezcieniowej, a potem... potem nie było już nic.

Obudził mnie ból.

Koszmarny, straszliwy ból zadawany wbitym przez powiekę w oczodół i skrobiącym od środka o kość skroniową zardzewiałym gwoździem z ostrym zadziorem na końcu.

Rozchyliłem powieki, ale wtedy kaskada światła wlała się przez oczy do wnętrza głowy, rozniecając tam autentyczną pożogę. Wściekły, palący, rażący blask wypełnił całą dostępną mi przestrzeń, przez ułamek chwili spopielając mój umysł – a potem nagle stracił intensywność, uspokoił się.

Ból pozostał, ale cofnął się gdzieś na granicę postrzegania.

Zamrugałem, patrząc na ćmiące się pod sufitem ledowe żarówki starego typu. Ostrożnie przekręciłem głowę w lewo, w prawo... Ała, ałaaa... Zesztywniały kark bolał koszmarnie, czułem każde ścięgno, każde pasmo mięśni.

No ale chyba w ogóle żyłem, a to już był pewien sukces.

Leżałem na mocno rozchwierutanym łóżku szpitalnym z metalowymi poręczami, podpięty pod skłębioną plątaninę rurek, przewodów i innych końcówek. Po moich obydwu stronach u wezgłowia piętrzyły się maszyny, monitory i wyświetlacze, teraz w większości uśpione. Kilka kroplówek podawało płyny w co najmniej cztery różne punkty wlewu.

Skonstatowanie tego wszystkiego zajęło mi dłuższy czas. Ile? Pięć minut, kwadrans, godzinę? Nie wiem. Nadal miałem w żyłach kosmiczną ilość środka znieczulającego, więc oczy rozjeżdżały mi się i zamykały same.

W końcu słabość zaczęła mijać, a ja poczułem, że nie tylko myślę o poruszaniu dłońmi, ale w ogóle nimi poruszam.

Ostrożnie, powoli spróbowałem się podnieść. Nie za szybko, tak z rozwagą, żeby nie dopadły mnie zawroty głowy... Wreszcie usiadłem i skrzywiłem się, kiedy gwóźdź w oczodole drgnął i poskrobał o czaszkę.

No dobra, byłem nagi, przykryty tylko jakimś mocno upaćkanym krwią pledem. Część rurek chowała się pod nim. Względem co najmniej jednej miałem uzasadnione podejrzenia odnośnie do jej funkcji i miejsca, gdzie mogła się kończyć.

Podniosłem pled, zajrzałem – aha, a jakżeby inaczej. No dobra, trzeba będzie to jakoś z siebie wyjąć, nie?

Powoli, dwoma palcami, krzywiąc się i sycząc z bólu, wyjąłem z najbardziej prywatnego miejsca każdego mężczyzny ten piekący, bolesny, krępujący i hańbiący kawał plastiku... Wreszcie odwiesiłem cewnik na bok, skuliłem się i załkałem cicho.

Jedną po drugiej odłączyłem i odczepiłem pozostałe kroplówki, wlewy i elektrody.

Już za trzecim razem zdołałem opuścić metalową barierkę łóżka, zwiesiłem nogi i wreszcie stanąłem na betonowej podłodze.

No dobra, początkowe przypuszczenia się potwierdzały: byłem w chamskiej piwnicy, przerobionej na chałupnicze laboratorium i salę operacyjną. Stoliki, szafki, miski z płynem do dezynfekcji... Kuriozalna kombinacja nowiuśkiego, pachnącego sterylną świeżością haj-teku oraz pordzewiałych rupieci, ewidentnie branych hurtem z licytacji komorniczych albo wręcz kradzionych z przyszpitalnych śmietników.

Noga za nogą przekuśtykałem w kierunku kibla. Piekło mnie koszmarnie po tym cewniku, ale zarazem miałem wrażenie, że chce mi się lać.

W ogóle to byłem nagi, tak totalnie nagi, uświadomiłem sobie. Obandażowany, poopatrywany, pozszywany i wysmarowany środkami dezynfekującymi. Chyba było mi zimno w nogi, więc czucie powoli wracało.

Chciałem stanąć nad kiblem, ale rzeczywistość bujnęła się niepokojąco i zaczęła wirować, więc czym prędzej grzecznie usiadłem.

Posiedziałem chwilę, i jeszcze jedną chwilę. Rozejrzałem za papierem. No cóż. Zawsze miło tak, kiedy...

Zerwałem się nagle jak oparzony – coś połaskotało mnie po jajkach!! Podskoczyłem, przebierając nogami, zamachałem rękoma w powietrzu... Słabość napłynęła falą, przed oczami zrobiło mi się ciemno. Oparłem się o ścianę i powoli osunąłem po niej na ziemię, dysząc ciężko.

Kurwa mać, w tym kiblu coś było! Coś się poruszyło, coś tam przecież...

Podczołgałem się bliżej i zajrzałem ostrożnie, czując, jak w skroniach łomocze mi krew.

W otworek zaraz pod wylotem spłuczki chowała się zwalniająca powoli obrotowa szczotka, natryskiwana wodą z dwóch bocznych dysz. Szczotka wjechała w ściankę muszli, zaślepka wsunęła się na miejsce, klapa powoli zamknęła się sama, zostawiając mnie jak tego debila – klęczącego nago przed sraczem.

Odczekałem jeszcze, ale nic się nie wydarzyło. Z trudem wstałem, mimo że prawa skroń i oko łupały tępym, łomoczącym bólem. Podniosłem klapę, ostrożnie usiadłem jeszcze raz.

Posiedziałem, powierciłem się. Okej, a jakbym spróbował wstać, to wtedy...

Tym razem nie pozwoliłem maszynie naruszyć mojej przestrzeni intymnej, bo zerwałem się wcześniej. Niedoczekanie twoje!

– Jeszcze dupę sobie sam umiem wytrzeć, zasrana kupo złomu... He, he, zasrana kupo – chrapliwie zaśmiałem się z własnego dowcipu.

Ostrożnie podszedłem do umywalki. W odróżnieniu od kibla wyglądała na dość wiekową, raczej tradycyjną, ale ostrożności nigdy dość. Odkręciłem niedużym strumieniem wodę, żeby zwilżyć wyschnięte na wiór usta...

...a potem spojrzałem w wiszące na ścianie lusterko.

Owszem, wyglądałem mocno paskudnie. Opuchnięty, posiniaczony, z ponaklejanymi na pociętą twarz plastrami ściągającymi brzegi ran.

Natomiast tego tu wcześniej nie było.

Ostrożnie, z niedowierzaniem uniosłem rękę i dotknąłem miejsca, gdzie powinno być moje prawe oko.

Teraz zamiast niego było – no cóż, było COŚ.

I nie chodziło o opuchliznę, rozlanego na pół twarzy fioletowo-zielonego siniaka ani liczbę szwów, bynajmniej.

Teraz miałem tam jakąś przedziwną, lekko wyłupiastą konstrukcję z oksydowanego na czarno metalu, w której jarzyło się zielenią potrójne oko kamerki. Lekkie zaczerwienienia wokół wkrętów mocujących, świeży strup w miejscu, gdzie obrzeże z syntoskóry nie do końca dobrze się przyjęło i zespoliło z moją naturalną tkanką.

– Heee... – z gardła wydobył mi się ni to jęk, ni to skrzek. Nachyliłem się mocniej, przyłożyłem dłoń do twarzy i przeciągnąłem opuszkami po metalu. – Ooo... O kurwa, o kurwa...!

Zrobiłem krok do tyłu, moje odbicie w pękniętym lustrze przesunęło się. Zbyt szybko, zbyt gwałtownie – obraz eksplodował setką wykresów i podpisów, kolory miotnęły się dziko, przechodząc w spektrum neonowej zieleni i fioletu, ostrość nagle przekręciła się do rozmytych plam, a potem natychmiast skoczyła w drugą stronę, wyostrzając krawędzie widzianych przedmiotów tak, że można by nimi ciąć szkło.

– Aaa! – wrzasnąłem, zasłaniając wszczep ręką. Chciałem chwycić się umywalki, ale mechaniczna proteza dłoni zacisnęła się zbyt mocno i porcelana strzeliła mi w palcach niczym lukier na cieście. Zatoczyłem się w tył, machnąłem, chciałem czegoś złapać, ale straciłem równowagę.

Poleciałem na plecy, upadając, walnąłem o coś barkiem. Zabrzęczał metal, posypały się z hurgotem blaszane miski.

Leżałem bezradnie, częściowo przyciśnięty metalowym stolikiem rodem z sali operacyjnej. Przebierałem rękoma i nogami, a świat wokół mnie płynął i tańczył. Sufit był to bliżej, to dalej. Widziałem każdy paproch na tynku, żeby zaraz odjechać na kilometr od niego tak, że lampa była nieledwie punkcikiem w ciemności.

Szok powszczepowy. Typowa reakcja, kiedy organizm nagle rozumiał, że ma w sobie coś, co normalnie zidentyfikowałby jako „ciało obce” – ale to już nie było obce.

Oddychaj, Chudy, oddychaj równo. To minie, to przejdzie, tylko...

Zacharczałem, zrobiło mi się niedobrze, żółć podeszła gulą do gardła. Świat oddalił się jeszcze bardziej, kolory spłynęły w spektrum zimnego fioletu.

Mój mózg najwyraźniej zdecydował, że wystąpił krytyczny wyjątek o niemożliwym do spamiętania kodzie, a system zostanie awaryjnie zamknięty. Jeśli mam ochotę, zawsze mogę skontaktować się ze sprzedawcą albo zadzwonić na linię obsługi klienta, podając...

Po raz kolejny odpłynąłem.

Obudziłem się, czując, jak koszmarnie boli mnie stłuczona dupa.

Drżąc z zimna, wygrzebałem się spod stolika, zrzuciłem na ziemię metalową miskę pełną jakichś narzędzi chirurgicznych. Na nogach jak z waty wróciłem do swojego łóżka, nakryłem się zdecydowanie zbyt cienkim pledem i naciągnąłem go aż pod sam nos.

Kurde, gdzie ja byłem?

Co się w ogóle stało?

Jeszcze raz sięgnąłem ręką ku twarzy. No tak, nadal tam była – twarda skorupa poliwęglanu natryśniętego na stal, w niej wypukła półsfera niby-oka.

– Kurwaa... – zajęczałem.

Miałem implant, i to centralnie na twarzy. W dodatku jeden z tych, które wcale nie próbowały udawać ani kształtów, ani faktury czy koloru ludzkiego ciała. Po tylu latach unikania tego gówna w końcu i na mnie przyszło...

No, z drugiej strony sytuacja była, oględnie rzecz ujmując, nadzwyczajna. Rękę mi zrobili w warunkach bojowych, i ją też nie dla durnej zachcianki dostałem.

Odleżałem się trochę, zagrzałem, postanowiłem znów wyjść z łóżka.

Zawinąłem się w koc i zacząłem jak jakiś współczesny rozbitek kawałek po kawałku eksplorować tych kilkanaście metrów kwadratowych powierzchni.

To miejsce było jakimś podziemnym bunkrem albo kawałkiem laboratorium. Zero okien, niskie beczkowate sklepienie. Dosłownie ta jedna salka, nieduży przedsionek, kibel i tyle. Wszędzie pełno zaczepów i punktów montażowych, gniazda zasilania i wyprowadzone ze ścian wiązki kabli... Widać, że Olga nie urządziła tego ani w tydzień, ani w miesiąc.

Toaleta była, o dziwo, ultranowoczesna – piękna ciśnieniowa kabina prysznicowa, zupełnie niepasujące do poobtłukiwanych kafelków chromowane baterie z ceramicznymi kurkami. Świeżusieńkie, pachnące cytrusami ręczniki na zardzewiałych uchwytach.

Wygodna, jakkolwiek minimalistycznie jednoosobowa leżanka. Jak pokój hotelowy przygotowany na okoliczność końca świata.

Ach, no i oczywiście stała też pod ścianą pancerna szafa, od której niósł się znajomy, niemalże miły zapach smaru do broni. Otworzyłem z pewną nadzieją – no cóż, w większości pusto. Za to leżał tam na półce mój pistolet, obok niego kilka pudełek amunicji.

A na dole pachnącej zdecydowanie kobiecymi odświeżaczami powietrza szafki znalazłem w czarnej sportowej torbie komplet ubrań.

Rozerwałem folię, wytrząsnąłem parę solidnych, drelichowych spodni. Wyłuskałem gacie i grube skarpetki, czym prędzej zakryłem swój wstyd. Jak się ma spodnie na dupie, to nagle człowiek nie jest aż tak strasznie nagi. Jeszcze porządne, taktyczne buty i w ogóle poczułem się jak król życia. Kliknięcie w aktywator, inteligentna odzież dopasowała się do mnie rozmiarem.

Nie muszę chyba mówić, że wszystko było nówka sztuka, najlepsza jakość. Prosto ze sklepu.

– O, a to co...? – zamruczałem, wyciągając pakunek z samego dna.

W pierwszej chwili zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Potem sam nie wiem jak.

To była moja klimakurtka – ale zarazem też nie była. Piękna, stara, poczciwa, wysłużona klimakurtka z Legii Cudzoziemskiej zamieniła się w nową, niemalże lśniącą klimakurtkę. Co gorsza, zamiast rasowego, stylowego, wypłowiałego khaki była teraz w odcieniach bieli, szarości i czerni, nakładających się na siebie plątaniną geometrycznych plam!

Była moja, bo od środka widać było wypłowiałe stemple i ledwie widoczny, zrobiony tyle lat temu napis markerem: „Ivan Konev” – mój alias na czas służby.

No i teraz patrzyłem i sam nie wiedziałem, czy mam się cieszyć, czy płakać. W sumie, obiektywnie – ciuch wyglądał zajebiście. I na pewno lepiej się zleje z tłem... Gdziekolwiek zrobili renowację, był to kawał doskonałej, rzemieślniczej roboty. Nawet połatali mi dziury przestrzelin. Wymienili byle jak połączone rurki i wiszące pod rękawem, nieco już przetarte przewody.

– Olga... – szepnąłem. – Coś ty najlepszego zrobiła?

No tak, bo to przecież ona musiała za to odpowiadać. W sensie: za to wszystko. Nie tylko za jednoczesną wandalizację i ulepszenie mojej kurtki, ale też za implant, poskładanie mnie, pozszywanie. I w ogóle większość rzeczy, o których nie miałem w tej chwili siły myśleć.

Naciągnąłem na grzbiet termoaktywną koszulę, narzuciłem kurtkę. Jak tylko zapiąłem suwak, od razu zamruczała przyjemnie i złapała temperaturę. Ha, pewnie i dysze przeczyszczone, i akumulatory wreszcie wypoziomowane.

No dobra, zajebiście. Ale co dalej?

Zacząłem myszkować po pomieszczeniu. Aparatura medyczna, sterylizatory, wyparzacze, zapas nici i igieł, kilka skanerów... O, była i lodówka, a w niej prostokątne opakowanie sushi. Z doklejonej na wieczku karteczki spoglądała na mnie narysowana mazakiem uśmiechnięta buźka i podpis: „Smacznego!”.

Zaburczało mi w brzuchu, więc nie zastanawiając się szczególnie, wziąłem pudełko, klapnąłem na mocno wysłużony fotel przy stoliku w rogu i zacząłem pałaszować zawartość. Bez specjalnej nadziei kliknąłem włącznikiem stojącego na blacie holowizora; o dziwo, rozjarzył się, z rzutnika wypłynął obraz, wraz z nim pojawił się dźwięk.

– ...ekipy dochodzeniowej. Jak widać za mną, dogaszanie pożaru nadal trwa. Nie udało się jeszcze ustalić dokładnej liczby ofiar, natomiast źródła milicyjne już w tej chwili mówią, że w zakładzie mogli znajdować się niewinni ludzie, prawdopodobnie zakładnicy. O ile nic się nie zmieni, to...

Kliknąłem kolejny kanał, Strumień zaszumiał, złapał inną stację.

– ...trwających kolejną noc niepokojów. Jak widać na zdjęciach, element kryminalny atakuje apteki i punkty zaopatrzenia medycznego, licząc najwyraźniej...

Klik.

– Już dzisiaj! Profesjonalny system do utrzymania higieny jelita grubego w warunkach domowych, jako jedyny na rynku wyposażony w ciśnieniowy...

O kurwa, czym prędzej klik.

– ...jednym z wyżej postawionych funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Podczas wczorajszej konferencji gubernator zapewnił, że sytuacja...

Klik.

– ...spalonych samochodów i innych środków transportu. Rejon Leniński nadal jest niespokojny, zaś biuro gubernatora zdecydowało o wysłaniu w punkty zapalne jednostek prewencji, które...

Klik. Dźwięk ścichł, został tylko obraz. Sapnąłem ciężko i odchyliłem się w tył na oparciu.

Ja pierniczę.

Nie było mnie w mieście – no, cztery dni, jeśli wierzyć wyświetlanej w rogu dacie – a tam już szalała autentyczna apokurwalipsa i armagejdon.

Cztery dni. Kawał czasu w sumie...

Musiała mnie karmić przez rurkę, stąd obolałe, piekące gardło i takie, a nie inne wypróżnienia. Powoli z tym sushi, bo jak mnie przegoni, to... no, to nawet automatyczny kibel nie pomoże.

Zwlokłem się z krzesła, przyniosłem sobie wody przepuszczonej przez baterię filtrów i znów włączyłem dźwięk. Trzeba będzie nadrobić wiadomości, żeby w ogóle wiedzieć, co się dzieje.

– ...wszystkie służby miejskie. Korki nadal utrzymują się w centrum, gdzie rano doszło do kolizji, w której poszkodowanych zostało...

No dobra, przede wszystkim spadł śnieg, co samo z siebie było dopustem bożym i pierwszym krokiem na drodze do totalnego chaosu i anarchii. Ludzie jeździli jak niespełna rozumu, połowa oczywiście nie miała opon zimowych, druga nie zorientowała się, że może być ślisko. Rok w rok ta sama śpiewka.

– ...zabrano pod eskortą służb mundurowych. W tej chwili wszystkie zakłady produkcyjne zostały wzięte pod osobistą kuratelę gubernatora, co pomoże zapobiec w przyszłości...

Śnieg spadał co roku, tylko że przeważnie nieco później, bo w grudniu. Jak już spadł, to zazwyczaj leżał do lata, rozmarzając w słoneczku, zamarzając nocą i zbierając cały zimowy syf. Wypadki, awarie sieci ciepłowniczej, zerwane linie napięcia, zatkane wywiewy powietrza – to dopiero się zaczynało.

– Jak już informowaliśmy we wcześniejszym wydaniu, NeoSybirsk znajduje się na skraju wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Wzmocnione patrole...

Rzecz jasna, wiadomości w Strumieniu były warte tyle, co wszystkie nasze media w całej Federacji. Ich reporterzy w dupie byli i gówno widzieli, tępo czytając z holoprompterów to, co im pisali w redakcji. Natomiast nawet z ich chaotycznych, szarpanych, opartych w większości na domysłach i plotkach relacji wyłaniał się obraz, na podstawie którego ja – znający nasz półświatek od, że tak powiem, kuchni strony – mogłem wyrobić sobie pewien pogląd na sytuację.

Wszystko wskazywało na to, że jednym przyciśnięciem guzika – no dobra, dwoma, bo na pilocie od ładunków dwa guziki były – udało mi się rozpętać w NeoSybirsku miniaturową wojnę.

Miasto zostało bez syntadrenaliny.

Tak totalnie, zupełnie bez jakiegokolwiek liczącego się źródła dostaw tej zbawiennej substancji.

Cokolwiek było na rynku, co tylko były w stanie wydusić z siebie pozostałe zakładziki i fabryczki, od razu rekwirowały służby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i woziły pancernymi, uzbrojonymi konwojami do klinik i szpitali.

Nie trzeba mówić, że cena mililitra na czarnym rynku pewnie poszybowała totalnie w kosmos. Dilerzy zniknęli z ulic, bo przecież każdy byłby gotów wpakować im kulkę tylko po to, żeby przywłaszczyć sobie towar. Z kolei ćpuny zaczynały atakować apteki, gdzie czasami można było znaleźć tańsze zamienniki.

Na filmikach podsyłanych do redakcji serwisów i portali zdarzało się widzieć stopklatkę z mniej lub bardziej znajomą twarzą. Raz i drugi gotów byłbym przysiąc, że słyszałem czyjś głos w tle.

Słowem – miasto płonęło, a ja siedziałem w piwnicy.

– Kurrrwa mać... – zawarczałem, wyłączając holoprojektor.

Przeszedłem się w tę i we w tę, wypiłem jeszcze wody, odlałem się.

Nie, nie miałem klaustrofobii. Bynajmniej. I wcale nie przeszkadzało mi to, że nie wiem, gdzie jestem. W zasadzie to nawet mogłem dopatrzyć się pewnych zalet w tym, że byłem tu zamknięty...

Byłem?

Przekręciłem tkwiące w pancernych drzwiach dwa elektroniczne klucze, nacisnąłem klamkę. O dziwo, nie były nijak inaczej zamknięte, zaczęły się uchylać – z zewnątrz od razu powiało chłodem. Zajrzałem do niewielkiego przedsionka, pokiwałem głową: drugie takie same prowadziły pewnie na zewnątrz, gdziekolwiek to „zewnątrz” było.

Nie widziałem tu żadnych kamer ani nic podobnego. Gdziekolwiek więc była Olga, nie miała pojęcia i nie mogła sprawdzić zdalnie, w jakim jestem stanie.

Skoro mnie zostawiła tak, jak jestem, to pewnie uznała, że sobie poradzę.

Pora więc była zacząć sobie radzić.

Dokończyłem sushi, zapijając sporą ilością wody i myśląc intensywnie.

Ewidentnie mnie tu schowała, bo w normalnym szpitalu by mnie wykończyli od razu. Albo nawet jeszcze w karetce podali pavulon i witaj, smutku. Kto? Ktokolwiek. Oni, Żydzi, cykliści i masoni. FSB, Zarnicki, Taran, Walera, nieważne. Wrogów miałem pod dostatkiem.

Tylko że co? Miałem tu siedzieć?

No, w sumie mogłem się ukrywać do końca dni swoich. Trzymać głowę nisko, nie wychylać się. Czekać, aż Olga wróci, skądkolwiek wraca, i przywiezie chińszczyznę w plastiku.

Fajnie by było, gdyby wróciła, swoją drogą.

Miałem co najmniej kilka pytań, które cisnęły mi się na myśl, aż proszących się o odpowiedź. Na dobry początek? No cóż, na dobry początek chciałbym się dowiedzieć, co, do kurwy, robiło na moim implancie twarzy wpisane w odwrócony trójkąt H.

A-ha, właśnie H. Ha-ha, kurwa. H czytane cyrylicą, czyli N. N jak w nazwie NovaTek. Korporacji, która była gdzieś tam, w samym centrum odpowiadającej za wszystkie moje kłopoty konstelacji, zaraz obok nazwiska Akułowa.

Na logikę rzecz biorąc: skoro Olga mnie składała, to musiała mieć dostęp do ich sprzętu. Zresztą pracowała u nich, do cholery! No więc dlaczego...

Ścisnąłem głowę i skrzywiłem się, kiedy skroń zapulsowała gwałtownym, ostrym bólem.

Nie myśl tyle, Chudy.

Na myślenie przyjdzie czas potem, na spokojnie.

Kiedy porozwiązujemy nieco bardziej palące kwestie i zajmiemy się losem najbliższych.

Takich jak chociażby Kusto. Cholera, on gdzieś tam był, u Olgi. Czy opiekowała się nim? Na pewno. Czy wystarczała mi ta świadomość? Nie. Zarówno on, jak i ona mogli mieć przeze mnie konkretne nieprzyjemności.

Bo ta dziewczyna przecież dla mnie wystąpiła przeciwko swemu mocodawcy. Przeciwko wszechmocnej grupie NovaTek, przeciwko bezlitosnemu Zarnickiemu, którego braciszka pewnie próbowali teraz poskładać z kawałków ludzie koronera.

Oczywiście on nie wiedział, że należy zapisać to na jej konto – pewnie zupełnie niesłusznie przypisywał tę wątpliwą zasługę mnie. Co nie zmieniało faktu, że cała sytuacja była mocno niefajna.

Wyglądało na to, że musiałem po prostu stąd wyjść. Zostawić łóżko, wysokotechnologiczny sracz i spokojną wegetację rehabilitanta, żeby ogarnąć syf, który częściowo sam rozpętałem w NeoSybirsku.

I to wyjść teraz, jak najwcześniej, dopóki nikt z wierchuszki NovaTek jeszcze nie zadał Oldze wprost zupełnie naturalnego, niewinnego pytania: „Ej, pani laborantko, a nie wiesz przypadkiem, gdzie jest pan kapitan Khudovec, z którym przecież ostatnio sypiasz?”.

Oczywiście mogła skłamać. Miałem graniczącą z pewnością nadzieję, że by skłamała, szczerze mówiąc... Ale coś tak czułem, że każde takie kłamstwo byłoby dla niej równoważne z dalszym ryzykowaniem życia.

Jej życia, oczywiście.

Moje życie było gówno warte, już dawno się z tym pogodziłem. Jak się wstępuje do wojska, to człowiek zaczyna uwzględniać śmierć jako normalną, codzienną zmienną w rachunku zysków i strat.

Natomiast w tej chwili moje życie nie należało tylko do mnie. Gdzieś tam byli ludzie, za których, chcąc nie chcąc, wziąłem odpowiedzialność, których wplątałem w cały ten burdel – a teraz, z ich punktu widzenia, po prostu sobie zniknąłem.

I nie chodziło nawet o tych, którzy mieli szansę dać sobie radę sami, jak chociażby Cesarz. Ten zawsze na cztery łapy spadnie, chociaż przyznam, że nie zazdrościłem mu położenia.

Ale moja ekipa? Gleb, Denia? Świeżo zwerbowany i od razu rzucony na głęboką wodę Leonid? Ciemne jak stymulant w rogu, mierne, bierne, ale wierne ciućmoki spod bloku?

W końcu Mykoła, który odjechał w siną dal na cysternie pełnej ukradzionej synty. Chociaż o niego się nie bałem, bo skoro umówiliśmy się, że będzie czekał, to po prostu będzie czekał. Gorzej z tymi, co na niego w tym czasie wpadną.

No i Kusto, od którego tę przydługą rozkminę zacząłem. Kusto, który pewnie tęsknił za mną tylko trochę mniej niż ja za nim.

Tak czy inaczej, miałem zbyt wiele tematów, które należało ogarnąć, żeby tu dalej kisnąć.

Gdzieś tam, w szeroko rozumianym świecie, było zbyt wielu ludzi – i zwierzaków! – których związał ze mną los. Większość, owszem, żywiła nadzieję, że nie żyję; niektórzy być może liczyli na to, że jest inaczej.

Miałem szczery zamiar poważnie rozczarować tych pierwszych i zrobić konkretną niespodziankę drugim.

Nabrałem głęboko powietrza, wypuściłem powoli, z sykiem. Tak, nadeszła pora, by podjąć naprawdę ważną decyzję.

W związku z czym po raz kolejny poszedłem się odlać.

Obmyłem twarz, patrząc z dezaprobatą i zaciekawieniem na implant. Czułem, że gdzieś tam, pod spodem, jest moje oko, bo nawet chyba mogłem mrugnąć... Znowu mi popłynęły kolory, ale wysiłkiem woli skręciłem spektrum z powrotem do normalnego. Pamiętam, jak się do soczewki bojowej przyzwyczajałem, to też było podobnie.

– No i co, Chudy? – warknąłem do pękniętego lustra. – Co zrobimy?

Moje odbicie wzruszyło ramionami, wydęło pogardliwie policzki.

– No jak to co? – odparło. – Ogarniemy ten burdel, który po nas chwilowo został. Nagrodzimy dobrych, przykładnie ukarzemy złych. Wyrównamy rachunki... I takie tam, co to mężczyzna przynajmniej raz w życiu powinien.

– Odnajdziemy miłość życia?

– I cysternę syntadrenaliny.

– No i jeszcze psa.

– I psa, oczywiście. Bez psa ani rusz.

– No dobra, spoko.

– Ej, ale ty wiesz, że tamci goście to naprawdę grube ryby? Może jakbyśmy odpuścili, przeczekali, to...

– Nie ma chuja, ja nie odpuszczę. – Pokręciłem głową. – Jak ty chcesz, to sobie tu zostań w tym lustrze. Ja nie będę leżał w mule na dnie. Nie ten styl, nie ten charakter. Nie ten rocznik, jeśli chcesz.

– Ty, Chudy, ale weź uważaj...

– Wiem, rozumiem. Dam radę. Poza tym nie takie sztuki już się wyciągało. Wiesz, jak się łapało kiedyś duże ryby? Wtedy, jak jeszcze było co łapać?

– Jak? – Moje odbicie przechyliło głowę z nieudawanym zainteresowaniem.

Wytarłem ręce w pachnący cytrusami ręcznik, odwiesiłem na uchwyt i wyszedłem z kibla.

Wybrałem sobie z torby podgrzewane rękawiczki, które od razu podpiąłem pod przewody zasilania w rękawach kurtki, naciągnąłem na głowę czapkę.

Upchnąłem amunicję po kieszeniach, wsunąłem pistolet do kabury pod pachą.

Zapiąłem suwak klimakurtki.

Odbicie nadal patrzyło na mnie z toalety, gdy otworzyłem drzwi, a potem uchyliłem te na zewnątrz. Zawiało chłodem, kilka wirujących płatków śniegu spłynęło po prowadzących na górę schodach.

– Na żywca – rzuciłem, a potem wyszedłem w ciemność neosybirskiej zimy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT © BY Michał Gołkowski, 2020 COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2020

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-626-5

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski Robert Łakuta

PROJEKT I ILUSTRACJA NA OKŁADCE Dark Crayon

ILUSTRACJE I PROJEKT ZADRUKU NA WEWNĘTRZNEJ STRONIE OKŁADKI Paweł Zaręba

REDAKCJA Ewa Białołęcka

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow