Świece w pogańskim gaju - Jiří Kamen - ebook

Świece w pogańskim gaju ebook

Jiří Kamen

4,1

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Ta książka powstała z radości pisania i dla radości powinna być czytana – twierdzi twórca serii książek Stehlík – Mariusz Szczygieł. Wyobraźnia czeskiego autora, znanego z utworów humorystycznych, to studnia bez dna. Studnia nonsensów oczywiście! Tytuły opowiadań –  takie jak Taniec śmierci. Opowieść stałego klienta gospody Na Rozkoszy przy stole gospody Na Rożku albo Mania, puść mnie! Horror minimalistyczny lub Miłość w leju po bombie – oddają szalony charakter tej książki.

Kochanka zawiadamia żonę, że jej niewierny mąż zmarł podczas tajnej schadzki… Pewna kobieta sprawia, że jej rywalkom przyrastają do rąk parasolki… Koty okazują się reinkarnacjami znanych osobistości… Chrapanie grubego redaktora przypomina odgłos kobiecego orgazmu, w związku z czym… Architekt dla oszczędności wprowadza się wraz z kochanką do swojej żony i dzieci… Ubecy odnajdują drogę do świętości… – Jiří Kamen mnoży absurdalne historie, żeby zdemaskować naszą pokrętną naturę.

Zbiór opowiadań Świece w pogańskim gaju w tłumaczeniu Elżbiety Zimnej reprezentuje taką literaturę, jakiej bardzo brakuje w Polsce: rozrywkową i beztroską, ale jednocześnie ironiczną i przenikliwą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydanie pierwsze, Warszawa 2021

TYTUŁ ORYGINAŁU

Elvis ze Záluží

Copyright © by Jiří Kamen, 2018

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Zimna, 2021

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2021

WSTĘP

Copyright © Mariusz Szczygieł

REDAKCJA

Jacek Mozolewski

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Justyna Tomas

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio

www.behance.net/OneOnes

SKŁAD I ŁAMANIE

Anna Szarko

ILUSTRACJA NA OKŁADCE

Kateřina Sidonová

www.katerinasidonova.blogspot.cz

ISBN: 978-83-66778-08-5

Tłumaczenie dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej

REDAKTOR SERII STEHLÍK

Mariusz Szczygieł

Wydanie elektroniczne 2021

Wydawnictwo Dowody na Istnienie

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

wydawnictwo@dowody.com,

promocja@dowody.com

www.dowody.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

...pomyślałam sobie, że ciekawie byłoby opisać zbliżanie się starości i stopniowe nadchodzenie śmierci. Tak jak ludzie opisują miłość. Notować każdy objaw upadku: ale dlaczego upadku? Traktować starość jako doświadczenie różne od innych; i odkrywać każdy kolejny krok w kierunku śmierci, co jest doznaniem wspaniałym i nie tak nieświadomym – przynajmniej w tym jej zbliżaniu się – jak narodziny.

Poniedziałek, 7 sierpnia 1939

Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941,

przekł. Magdalena Heydel

Co powiedzą wnuki?Etiuda na jeden głos i jeden oddech

Pani mąż nie żyje. Umarł dzisiaj po południu. Jego zwłoki znajdzie pani w łóżku, pokój numer osiem, hotel Korona, ten na głównej ulicy... Nie, to nie jest kawał, to niestety prawda. Próbowałam go reanimować, ale bez skutku... Tak, jestem pewna. Przecież potrafię odróżnić, czy ktoś żyje, czy nie... Lusterko mu przyłożyłam do ust, nie zaparowało i pulsu też nie było czuć... Nie, nie zadzwoniłam po lekarza, pani mąż mi zabronił. Kategorycznie. Nie chciał robić szumu. Potwornie się bał, że w tej sytuacji coś mu się stanie. To znaczy kiedy będzie ze mną. Często się zdarzało, że nagle zupełnie bez powodu wyskakiwał goły z łóżka i mierzył temperaturę, czy nie ma gorączki. Nosił termometr na randki... Tak, jestem jego kochanką, ale nie powiem pani, jak się nazywam, bo mam męża. Zresztą teraz to już i tak nie ma znaczenia. Nie przedstawiłabym się i tak, nawet jakbym nie była mężatką. Nie jestem głupia. Zakochałam się w nim. Gdyby się rozwiódł, to ja też bym to zrobiła. Co prawda, był ode mnie dużo starszy, ale miał styl... Nie, wcale nie czuję się dobrze! I niech mi pani nie wciska, co powinnam myśleć i jak się czuć... Kiedy mu się dzisiaj zrobiło słabo, to tak rzęził, no, a potem wychrypiał: „Zadzwoń do mojej żony, żeby tu przyszła i wszystko załatwiła”... Strasznie się bał, żeby jego wnuki nie dowiedziały się o nas. Mówił: „Jak sobie wyobrażę, że ktoś powie moim wnukom, że dziadek umarł w hotelu, w którym przebywał z obcą kobietą, to robi mi się niedobrze”. Przez to ciągłe gadanie o wnukach chciałam go zostawić. To taka żenada jest. Ale z drugiej strony to w sumie każdy ma jakiegoś hopla. Uważał, że gdyby wnuki dowiedziały się, że dziadziuś miał kochankę, mogłoby to niekorzystnie wpłynąć na ich rozwój. Głupie, prawda? Ja tam myślę, że raczej by się ucieszyły, gdyby się dowiedziały, jaki był. Że taki żywotny czy jak się to mówi... No tak, jasne, piękny widok to nie będzie, takie publiczne przenoszenie trupa, tego się najbardziej bał. Zresztą dzisiaj, kiedy czuł się już bardzo źle, właściwie umierał, to nie tylko zabronił mi zadzwonić po lekarza, ale jeszcze kazał mi siebie ubrać, żeby go w tym hotelu nie znaleźli gołego. On sobie wyobrażał śmierć w hotelu przy kochance jak jakieś trzęsienie ziemi. Że niby jego martwe ciało wyniosą przed hotel na noszach przykryte prześcieradłem, a wiatr je zerwie... Niech się pani pospieszy. Powinna pani już tam lecieć, bo do tego pokoju może na przykład wejść sprzątaczka... Nie, naprawdę nie powiem pani, jak się nazywam. Za jego śmierć nie ponoszę żadnej winy, ale na pewno będą ustalać, jak umarł, i szukać świadków... Dzwonię z budki... Nie, po prostu nie mam ochoty, żeby ktoś łączył mnie z tą sprawą. A, jeszcze jedno. On nie chciał, żebym pani o tym mówiła. Podobno dla pani to byłby cios. Ale ja tak sobie myślę, że dla pani to żaden cios nie będzie. Są gorsze rzeczy na świecie. No i, jak się to mówi, wobec majestatu śmierci wszystko wygląda inaczej. Znaczy nieważne się robi. Niezły tekst z tym majestatem śmierci, co? Usłyszałam to w jakimś filmie, ale w życiu by mi do głowy nie przyszło, że kiedyś to sama powiem tak na poważnie. Wziął viagrę. I to chyba dużą dawkę. Nie wiedziałam o tym. Mówił, że nie bierze, bo z panią nie uprawiał seksu od bardzo dawna... Uprawiał? No proszę, i wierz tu facetom! Pewnie nie chciał, żebym była o panią zazdrosna. W zasadzie to dobry człowiek był. A może przed seksem z panią też brał? Kasy mu nie brakowało, nie? Stać go było, żeby łykać viagrę nawet trzy razy dziennie. Szczerze mówiąc, za bardzo na niego nie działała. Może miał coś z prostatą... Mówię o viagrze, żeby nie była pani zdziwiona, jakby po sekcji zwłok powiedzieli, że ją brał... Nie, no skąd bym miała wiedzieć, czy będą robić sekcję. Tak tylko głośno myślę. No i nie wiem też, czy takie rzeczy mogą stwierdzić. Ale ktoś mógłby na przykład podejrzewać, że mu ją ukradkiem dosypałam do wina... Nie... Nie mówił. O wysokim ciśnieniu rozmawia się z żoną, a nie z kochanką... Oczywiście, że to zdanie też gdzieś wyczytałam. Niech mnie pani nie łapie za słowa. To nie fair, mógł mi o tym ciśnieniu powiedzieć, przecież go kochałam. Mogłabym go przypilnować... Zabieram niepotrzebnie czas, powinna pani już tam iść, żeby ktoś pani nie uprzedził. Nie zamykałam drzwi pokoju, żeby mogła pani bez problemu wejść. Klucz jest w zamku od środka... Ja panią rozumiem. Mąż nie żyje, rodzinna sielanka poszła się gonić, viagra, inna kobieta, w której był tak zakochany, że ryzykował życie. Ale z drugiej strony to jest pani bogata. Pieniądze to najlepszy lek na smutki. Ja to wiem najlepiej, bo sama groszem nie śmierdzę... Nie, tego nie musiałam nigdzie czytać... Nie. Nie dawał mi pieniędzy. Co najwyżej jakąś biżuterię... Nie wiem, tak z dziesięć? To był człowiek bardzo rodzinny. Nie miał zamiaru was rujnować z powodu kochanki... I tak będzie pani musiała sprowadzić lekarza, żeby stwierdził zgon... A dlaczego miałby zadzwonić na policję?... Mnie tam wszystko jedno. Jeszcze nie zdążyłam pani powiedzieć, że starłam wszystkie swoje odciski palców. Z jego ciała też... Umyłam go gąbką. Namydloną. Nigdy wcześniej nie myłam trupa. Dziwne wrażenie. Cały czas się spodziewałam, że otworzy oczy i powie, że udawał. Bałam się, że nagle zacznie krzyczeć, że zgłupiałam i po jaką cholerę myję go gąbką w łóżku... Kiedyś przyniósł film z jakiejś waszej rodzinnej uroczystości. Chciał, żebym na nasze randki ubierała się i czesała dokładnie tak jak pani. Upierał się przy tym... Nie, wcale nie dlatego, że chciał udawać, że jest z panią! Chociaż niewykluczone. Może chciał cofnąć czas. To można zrozumieć, nie? Ale ja tam raczej myślę, że się panicznie bał w tym hotelu spotkać jakiegoś znajomego. Powtarzałam mu, że to jest jakaś bzdura, żebym udawała panią, skoro jestem czterdzieści lat młodsza. Ale on i tak się upierał. Był w sumie pedantyczny, zresztą sama pani wie. Mówił, że młoda bez problemu może udawać starą, ale w drugą stronę to się nie da. To byłaby stara-młoda. Jak w komedii... Nie, wcale nie miałam zamiaru pani urazić. Przecież godzinę temu straciła pani męża. Ja tylko kochanka... Czasami czułam ulgę, że nasza randka się wreszcie skończyła. To chyba normalne, prawda? Zdarzało mu się nazywać mnie pani imieniem. Potem się tłumaczył, że to dlatego, żeby się w domu nie pomylił. Głupek. To musiało być koszmarne życie – przez cały tydzień nie móc się doczekać paru godzin w hotelowym łóżku. Całymi dniami nie myśleć o niczym innym... Ja? Ja go zabiłam? Heleno, czy pani zwariowała? Tak ma pani na imię, prawda? On miał takie dziwne lęki. Na przykład wyobrażał sobie, że wnuki pochylają się nad jego trupem i kłócą, ile tej viagry musiał dziadek połknąć, żeby mu stał chociaż przez chwilę... Nie chciałam pani urazić... Moje imię nie ma znaczenia, może jest takie samo jak pani... To był żart... Spotykaliśmy się raz w tygodniu, czasami nawet co dwa tygodnie. Ja też nie zawsze mogłam... Ma pani sympatyczny głos. Przez telefon wydaje się pani młodsza. A może kłamał, kiedy mówił, ile ma pani lat? On w ogóle dosyć często nie mówił prawdy. Na przykład jak dzwoniłam do pani jakieś pół roku temu, to na początku myślałam, że odebrała wasza córka... Tak, oglądałam ten film z urodzin i wiedziałam, że macie córkę... Nie, nie dał mi, tylko raz go puścił i zabrał do domu. Do tego bez dźwięku. Czasami miał takie pomysły. Chciałam usłyszeć, jaki ma pani głos. No i raz w tygodniu, zawsze przed naszą randką, musiałam uczesać się tak jak pani. Kategorycznie tego wymagał. Niezła szajba, co? Umawiać się z żoną na randkę w hotelu pięćdziesiąt lat po ślubie... Znowu przeginam, sorki... Parę razy mi się pani śniła. Ten głos ze snu nie pasował mi do pani. Cały czas sobie powtarzałam: „Ale ta kobieta ma dziwny głos”... Przedstawiłam się jako recepcjonistka od niego z pracy. Pamięta pani? Wiedziałam, że wyjechał służbowo, i takim oficjalnym, urzędowym tonem zakomunikowałam pani, że przy recepcji czekają na niego goście. Ten urzędowy głos długo ćwiczyłam, zanim do pani zadzwoniłam. Pani nic nie odpowiedziała, a ja nawijałam dalej, że nie ma go w biurze, a komórki nie odbiera. Dopiero po dłuższej chwili wyjaśniła mi pani z lekkim wkurwem, że mąż jest w podróży służbowej i że jestem niekompetentna, skoro pracuję w recepcji, a nie wiem takich rzeczy... No, powiedziała mi pani, że jestem nierozgarnięta... Nie, nie gniewam się... Po tej rozmowie sny mi się uporządkowały. Wreszcie to był pani głos... Najbardziej nienawidziłam tej czarnej bluzki, którą Ludvík kazał mi wkładać na randki. Upierał się. Musiałam wymyślić jakieś rozwiązanie. I to na pewno, droga Heleno, docenisz. Wszystkie ubrania zaczęłam sobie kupować podwójnie. Bieliznę też. Mamy ten sam rozmiar. Mimo że jest pani ode mnie o tyle lat starsza! Jeden ciuch zostawiałam sobie, drugi dawałam Ludvíkowi, on waszej córce, a ona pani. Ludvík tak to wytłumaczył córce, że nigdy wcześniej nie kupował mamie ubrań, więc mogłaby się zdziwić, że nagle po czterdziestu latach zaczął ją ubierać... Tak, tak, wiem, nie byliście małżeństwem czterdzieści lat. Proszę o wybaczenie, od dziecka mam skłonność do przesady. No, w każdym razie ja mu to doradziłam. Żeby te ciuchy dawała pani ona, a nie on. Nikogo nie dziwi, że córka czasem kupi matce jakiś ciuch, zwłaszcza jak mają ten sam rozmiar. Od czasu do czasu kupowałam też coś dla waszej córki, żeby nie była poszkodowana w tym interesie. Może mnie pani będzie szanować, bo kupowałam te ubrania za własne pieniądze. Nawet to lubiłam. To było jak seks w trójkącie. Albo nawet czworokącie... Ale dlaczego nie jest zabawne? Matka, córka i kochanka mają ten sam rozmiar! Trojaczki normalnie... Nie, nie mam dzieci. Planuję gdzieś tak za trzy lata... Nie, to ja tak chciałam, nie mąż. Zresztą powiem pani szczerze, że jeszcze do dzisiaj robiłam sobie nadzieję, że może Ludvík wybierze jednak mnie... No nic, nie będę już pani zabierać czasu. Musi pani pędzić do hotelu. Szkoda, że nie mogę dać pani numeru telefonu. Mogłybyśmy zostać przyjaciółkami. Na przykład chodzić razem do kawiarni. Dwie kobiety tak samo ubrane. Jak siostry. Jedna starsza, druga młodsza. Prawda, że byłoby cudownie?... Teraz? W czarną koszulkę z napisem „Lévi-strauss” i dżinsy... Różowe adidasy... No oczywiście! Za każdym razem rano Ludvík dokładnie opisywał mi, jak jest pani ubrana... Majtki dziś nie. Nie udało mu się sprawdzić... Jego ostatnie słowo brzmiało: „Helena”. I w końcu nie wiem, czy wołał panią, czy nawet chwilę przed śmiercią bawił się w tę swoją śmieszną konspirację z imionami i wyglądem... Nie ma pani wrażenia, że była dzisiaj z nami w tym hotelu?... Mnie się nie wydaje... Na panią?... Morderstwo?... Ależ nie, to nie dlatego ubierałam się i czesałam jak pani... Jaka pułapka?... Zaraz zwalić winę... Ale dlaczego pani nie pójdzie? To chce tam pani biednego Ludvíczka tak zostawić?... No tak. Powinnam wiedzieć, że uprzejmość się nie opłaca.

Nagasaki i kropka na czole

Nikt już nie pamiętał, dlaczego i od jak dawna drewniana chałupa na lewym brzegu Łaby w dzielnicy Horní Žleb nazywała się Nagasaki. Każdy, kto usłyszał historię o tym, że na jej strychu trzeci mąż babci Adeli pod koniec lat pięćdziesiątych znalazł w trumnie zmumifikowane zwłoki byłego właściciela tej nieruchomości Konrada Schütza, uśmiechał się z niedowierzaniem. Czesi chcieli wysiedlić go do Niemiec (albo wypędzić z domu rodzinnego – dodajmy i tę interpretację, żebyśmy nie faworyzowali wersji żadnej ze stron konfliktu). Jednak Konrad Schütz odmówił zmiany adresu w jesieni życia, mimo że do Niemiec było z jego chałupy parę minut marszu. Niemrawego marszu.

W połowie sierpnia, zaraz po śniadaniu, Konrad Schütz ubrał się w czarny odświętny garnitur, w którym szedł do ślubu, i po drewnianych schodkach wdrapał się na strych. Położył się na starej drewnianej podłodze i zamknął oczy. Z ogrodu dobiegał śpiew ptaków, od czasu do czasu przerywany łoskotem przejeżdżających w dolinie pociągów. Przeważały te jadące do Niemiec zniszczonych po wojnie. Tego dnia statki po rzece nie pływały. Był niski stan wody. Konrad Schütz nie zabrał na strych nic do picia, jedzenia ani tabletek na serce, ponieważ miał zamiar zakończyć tam życie, a nie rozpraszać się błahostkami. Nie miał też w planie tracić czasu. Poprzedniego dnia pozałatwiał wszystkie sprawy. Spłacił dług w sklepie, psa i kota oddał sąsiadom, którzy wyprowadzali się do Niemiec, bukiet róż z ogródka przy chałupie położył na grobie żony na tutejszym cmentarzu. „Zobaczymy się najpóźniej jutro” – zapewnił ją. Miał przy tym minę, jakby w nagrobku znajdowała się brama do innego świata albo przynajmniej ukryta kamera. Konrad Schütz przespał na strychu prawie cały dzień. Kiedy się obudził, poczuł, że sierpniowe słońce rozpala dach. Umarł jeszcze za dnia. Jego ciało wysuszyły letnie upały i przeciągi powodowane przez liczne dziury w poszyciu dachu. Legenda głosi, że trzeci mąż babci Adeli wyprawił Konradowi Schützowi pogrzeb. Konrad został pochowany w rodzinnym grobie obok żony Gertrudy.

Alfons Bůžek, ostatni partner babci Adeli, miał własną teorię dotyczącą pochodzenia nazwy „Nagasaki”. Twierdził, że sam Konrad Schütz ułożył napis z brzozowych gałązek i przybił na szczyt chałupy i że najprawdopodobniej chciał w ten sposób dać do zrozumienia, że nie są mu obojętne ofiary bomby atomowej. A że w roku 1945 zbombardowali Japonię Amerykanie – nasi ówcześni wychwalani pod niebiosa sojusznicy i członkowie koalicji, która walczyła po tej właściwej stronie, to nawet pomysł na napis „Nagasaki” nie uratował Konrada Schütza przed nakazem wysiedlenia. Po przewrocie komunistycznym w roku 1948 Konrad Schütz mógłby mieć nadzieję na sukces swojego brzozowego przedsięwzięcia, ponieważ w socjalistycznej Czechosłowacji bombardowanie japońskich miast było uznawane za zbrodnię wojenną. Napis „Nagasaki” przetrwał na szczycie chałupy do nowego tysiąclecia, a wtedy główni bohaterowie tej historii, Alfons i Adela, już od dawna nie żyli. W pierwszym roku nowego milenium po długotrwałych opadach od opuszczonej chałupy oderwała się weranda i rozbiła o skały. Chwilę później w jej ślady poszła pozostała część budowli. Napis „Nagasaki” zniknął pod gruzami.

W połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku wnętrze chałupy przypominało pracownię alchemika: w całym domu, strychu nie wyłączając, na wszystkich stołach, stołkach i krzesłach stały wypełnione wodą pięciolitrowe słoiki, w których macerowały się kwiaty czarnego bzu. Z zakręconych naczyń wychodziły rurki fermentacyjne, a ich końce były zanurzone w garnku z wodą, żeby lemoniada z kwiatów czarnego bzu mogła wypuszczać bąbelki. Rurki babcia Adela uszczelniała woskiem. Natomiast w piwnicy robiła wino musujące z czarnej porzeczki. Co roku butelek z lemoniadą i winem przybywało. Stały bywalec Nagasaki w pewnym momencie musiał nieuchronnie dojść do wniosku, że już zaledwie parę sezonów dzieli mieszkańców budowli od wyparcia z domu do ogródka przez nawał butelek. Po spektakularnym runięciu chałupy z powodu obfitego deszczu okoliczni mieszkańcy myśleli, że gdzieś rozpadła się wielka szklarnia. Zastanawiał ich tylko fakt, że na zboczu nad rzeką nigdy żadnej szklarni nie było. Z gruzów trysnęła kaskada wina rozrzedzona lemoniadą, która szybko zniknęła w strumieniach deszczówki rwącej po stoku.

Co roku drugiego września przyjeżdżały do Nagasaki córki babci Adeli wraz z dziećmi i mężami, aby świętować jej urodziny. Miała ich trzy, każdą z innym mężem. Wszyscy już nie żyli. Na starość babcia Adela wyszła za bezdzietnego wdowca Alfonsa Bůžka. Wesele odbyło się na werandzie, duży stół jadalny był gęsto zastawiony butelkami z lemoniadą z kwiatów czarnego bzu. U szczytu stołu siedziała babcia Adela. Alfons, co prawda, miał zarezerwowane miejsce obok małżonki, ale przez całą uroczystość krzesło stało puste, ponieważ stale dolewał dzieciom lemoniady z bzu, a dorosłym domowego wina. Roznosił ciastka, które przywieźli goście, i talerze z sałatką ziemniaczaną babci Adeli. Nabierał ten tradycyjny przysmak wielką łyżką z ogromnej porcelanowej misy. Trzeci mąż babci Adeli znalazł tę misę w kredensie, który został po Niemcach. Nazwał ją Misą Konrada.

Jak każdego roku na urodzinach najpierw pojawiły się córki z rodzinami, a dopiero później na motorze przyjechali babcia Adela i Alfons. Ich spóźnienia tradycyjnie były spowodowane trudnościami z dokończeniem sałatki ziemniaczanej. Babcia Adela zawsze przyrządzała ją według tego samego przepisu, ale i tak ani razu nie udało jej się zdążyć na czas. Przepis miała od matki pierwszego męża z okolic Třebonia. Był prosty: ziemniaki, jajka, cebulka, jabłko, słonina, sól i pieprz. Nikt nie był w stanie pojąć, co za każdym razem opóźniało przygotowanie sałatki.

Babcia Adela wyszła za Alfonsa przede wszystkim z powodu jego jawy 250. Na ich pierwszą wspólną Gwiazdkę zażyczyła sobie taki sam czarny kombinezon motocyklowy i czerwony kask, jakie miał on. Uwielbiała szybką jazdę, przyssana do pleców małżonka jak kleszcz, razem z nim ochoczo balansowała ciałem podczas wchodzenia w zakręty. Przed każdą przejażdżką przekonywała Alfonsa, że mógłby jeździć szybciej. Co roku jeździli do Brna na motocyklowe Grand Prix Czech. Z trybuny z ogromnym zaangażowaniem dopingowała zawodników. Kibicowała wszystkim. Nikogo nie faworyzowała. Od czasu do czasu pochylała się w stronę męża i krzyczała mu do ucha:

– Nie wiem, jak do tej pory mogłam żyć bez motoru i bez Grand Prix!

Oboje mieli tak po sto sześćdziesiąt centymetrów w kapeluszu, więc kiedy wkładali te swoje kombinezony, wyglądali jak hobbici z książek Tolkiena. A gdyby babcia Adela nie miała tak wielkiego tyłka, to nie moglibyście jej odróżnić od Alfonsa.

Babcia Adela bezkompromisowo upierała się przy sałatce ziemniaczanej jako świątecznym daniu głównym. Robiła ją na Wigilię, a że jej córki spędzały święta ze swoimi dziećmi, bez matki, to cała rodzina musiała nadrabiać jedzenie sałatki przynajmniej w urodziny babci Adeli. Wrześniowe uroczystości w chałupie Nagasaki co roku wyglądały mniej więcej tak samo. Pierwszy toast wznosiła Martina, najstarsza córka. Potem toczyła się nieco chaotyczna konwersacja, podczas której goście próbowali się nawzajem licytować przeżyciami, przygodami i kłopotami z ostatniego roku. Niektóre słowa ginęły w kiepskiej akustyce werandy, a do tego od czasu do czasu odzywał się dziwny stuk dochodzący spod podłogi. Mąż Martiny z wyrzutem spoglądał na Alfonsa i zauważał:

– Mógłbyś tę werandę wreszcie wyremontować. Któregoś razu zsunie się w przepaść razem z tobą.

Alfons odpowiadał machnięciem ręki: skoro to wszystko wytrzymało już sto lat...

– Tak, tak – irytował się mąż Martiny. – Znam tę gadkę: „Wczoraj z nim piłem, a dziś chłop w piachu”. Nie mogę tego słuchać!

Goście pod stołem jak zawsze dolewali sobie wina, które przywieźli. Od tego sikacza z porzeczek na następny dzień bolała ich głowa, a żołądek wywracał się na drugą stronę.

Babcia Adela po dwóch kieliszkach domowego wina przerywała poważnym gestem ten konwersacyjny rozgardiasz. Po czym zaczynała snuć – po raz który już? – opowieść o śmierci swoich trzech mężów.

– Moje pierwsze małżeństwo to była od początku do końca głupota. Oboje byliśmy za młodzi. Nic się z tym nie dało zrobić. Kłóciliśmy się o wszystko. Nawet o to, jak długo należy gotować parówki. A do tego wszystkiego parę miesięcy po ślubie urodziło się nam dziecko. Niemowlę to koszmarny problem dla młodych małżeństw. Nie gniewaj się, Martino. Poszliśmy na wycieczkę w góry, tu, niedaleko, weszliśmy na Bramę Pravčicką. Nie kłóciliśmy się tego dnia. Mąż był dla mnie nawet miły. Prawie nie do poznania. Pokazywał mi panoramę i wyjaśniał, na co patrzymy. Tak się w tym zapamiętał, że stanął na skraju przepaści. Najpierw popchnęłam go leciutko. Uśmiechnął się i pomyślał, że żartuję. No to popchnęłam go mocniej. Ot, taki spontaniczny pomysł. Nie planowałam tego wcześniej. Kiedy leciał w dół, krzycząc: „Aaadeeelaaa”, sądziłam, że się czegoś chwyci i zaraz wygramoli na górę. Lubię latanie i szybką jazdę. W sumie to mi go było żal. Później czasami się nad tym zastanawiałam. Może gdyby tego dnia krzyczał na mnie jak zawsze, tobym tego nie zrobiła. Ale na tej wycieczce był nawet miły i wydawał się taki bezbronny. Pomyślałam sobie, że on tylko udaje. Dlatego spróbowałam. Przecież był o wiele silniejszy ode mnie. Spróbowałam. Powinien się bronić. Nie gniewaj się, Martino, mimo wszystko to był twój ojciec.

– Policja prowadziła śledztwo – zaoponowała Martina. – Stwierdzili, że zachwiał się, stracił równowagę i spadł. W protokole napisali, że chciałaś go ratować, ale ci się nie udało i o mało nie spadłaś razem z nim. Był o dwie głowy wyższy od ciebie. Poprzedniego wieczora pił do rana, więc nic dziwnego, że spadł ze skały. To wszystko jest w protokole. No i miałaś małe dziecko, którym musiałaś się opiekować.

– Mogliśmy się rozwieść – kontynuowała spowiedź babcia Adela. – Ale tak było o wiele prościej. Czułam się jak nowo narodzona. Zaczęłam żyć. Po rozwodzie zdarza się spotkać tego drugiego, a on robi jakieś wyrzuty, na przykład, że odebrało się córce ojca... Ale on i tak nigdy by się ze mną nie rozwiódł... A wiecie, co mnie zaskoczyło? Że ludzie mnie bardziej szanowali od chwili, kiedy zostałam wdową. To oczywiste, że żałowali mnie, bo miałam małą córeczkę. Dla siebie i dla niej uszyłam czarne sukienki. Na pogrzebie wszyscy płakali. Nawet obcy ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałam. Kiedy pojawiałam się w jakimś miejscu publicznym, wszyscy zaczynali szeptać. Żeby nie przeszkadzać wdowie. I tak zerkali z zakłopotaniem jeden na drugiego. Czasami dobiegały mnie ich szepty: „To ta wdowa, której mąż spadł ze skały. Była przy tym. Widziała, jak spada, słyszała, jak wykrzykuje jej imię i rozbija się o ziemię. Musiała słyszeć trzask łamiących się kości! Biedaczka”. Pracowałam na poczcie w okienku, po tej śmierci przenieśli mnie do biura i dali podwyżkę.

Alfons zauważył, że Martina pod stołem dolewa sobie wina, i konspiracyjnie puścił do niej oko.

– Trzy lata po tym wypadku na Bramie Pravčickiej wyszłam za Francuza Jeana – opowiadała dalej babcia Adela. – Miał brązowe oczy i długie czarne włosy. Zawsze mi się tacy mężczyźni podobali.

Łysy Alfons bezradnie rozłożył ręce.

– Ale łysi i tak w ostatecznym rozrachunku wygrają. Są najwytrzymalsi.

Babcia Adela nie zareagowała na żart męża i kontynuowała opowieść:

– Jego rodzice jeszcze za Franciszka Józefa przyjechali do Pragi po jakiś spadek. Ale nie dostali nic. Kuzyn, po którym mieli coś odziedziczyć, wszystko roztrwonił. Za to w Czechach urodził im się syn. Chyba to nie była najlepsza rodzina. Przez jakiś czas mieszkali w Pradze, później wrócili do Francji. Jeana zapomnieli zabrać ze sobą. Trafił do sierocińca. Dziwna historia człowieka z francuskim rodowodem. Z Czech nie ruszył się ani na krok, po francusku nie umiał ani słowa, ponieważ w czeskich poprawczakach, gdzie spędził mnóstwo czasu, po francusku się nie mówi. No, o Francji nie miał zielonego pojęcia, za to francuską chorobę miał jak najbardziej. Ale tej tajemnicy to mi nie zdradził. Poznałam go w czasach, kiedy był wdowcem i miał syna. Ten syn był jeszcze gorszy niż ojciec. Jakimś sposobem dowiedział się, że tata ma francę, i szantażował mnie. W szkole, jak dostał pałę, od razu leciał do mnie i krzyczał: „Wszyscy się ze mnie śmieją, że jestem głupi, że dostaję same dwóje, bo ojciec ma francuską chorobę i ona zeżarła mi mózg! Dlaczego za niego wyszłaś?”. Dzieciak miał po nim brązowe oczy i czarne włosy. Musiałam pozbyć się ich obu. Najlepiej jednocześnie... Chłopak był zdrowy. Tak samo jak ja. I jak Adelka. Nasza córeczka. Nie gniewaj się, Adelko.

Adelka wbiła wzrok w ziemię.

– Już się przyzwyczaiłam do tego, że jestem twoją córką – powiedziała.

Babcia uśmiechnęła się do córki i wróciła do opowieści o swoich mężach.

– Na pewno znowu będziecie mnie przekonywać, że to nie moja wina, że to był przypadek. Z pewnością nie. Przypadkiem poznałam moich trzech mężów i w ten sposób wyczerpałam pulę przypadków, które były dla mnie przeznaczone. Jeździliśmy na wakacje do Žlebu. Zatrzymywaliśmy się w hotelu Hubert koło dworca. Dwaj Francuzi, Martina, Adelka i ja. Co prawda, Sudety należały już wtedy do Rzeszy, ale mój Francuz nagle odkrył, że jego babka ze strony matki była Niemką. Nie żeby od razu uznali go za Niemca, ale wpisali na jakąś listę oczekujących na bycie Niemcem. Niedługo po tym wysłali mu powiadomienie, że germańskie pochodzenie po babce ma jak w banku, bo po bitwie o Stalingrad zaczęło gwałtownie ubywać Niemców. Na przykład w pociągach jeździły prawie same kobiety, przynajmniej u nas, w Rzeszy. W ostatnim roku wojny, jesienią, wybraliśmy się na wycieczkę do Hřenska. Adelka została w domu. Bolało ją gardło. Opiekowała się nią Martina. Pojechaliśmy pociągiem z Děčína do Dolnego Žlebu, a stamtąd musieliśmy się przeprawić promem na drugą stronę rzeki. To było proste: umówiłam się z przewoźnikiem, który się we mnie podkochiwał. Był z niego niezły przystojniak i miał chałupę na brzegu Łaby. Nawet nie pamiętam, czy to był Czech, czy sudecki Niemiec. Po czesku mówił pięknie. Łaba po ulewnych deszczach była wezbrana i dzika, więc wystarczyło tatusia z synkiem lekko puknąć wiosłem, a trzeba przyznać, że mój przewoźnik miał niezłą krzepę, i już po chwili porwał ich prąd rzeki. Najpierw ojca, a zaraz po nim jego cwanego synusia. Nikt ich nie szukał, ale na wszelki wypadek zgłosiliśmy z przewoźnikiem, że przy tej okropnej pogodzie w bok lichego promu uderzyła fala i mały Francuz wypadł do wody, a duży skoczył go ratować, ponieważ każdy ojciec rzuciłby się na pomoc swojemu synowi. Nawet taki, który ma francuską chorobę i nie umie pływać. Wyłowili nieszczęśników dopiero w Dreźnie. Za dużo fatygi sobie z nimi nie robili, bo akurat mieli na głowie bombardowanie i na topielców, a zwłaszcza takich z czarnymi włosami, nie mieli czasu. Powiadomienia, że ma się stawić w urzędzie w celu awansu na rasowo czystego Germanina po babce, akurat nie miał w kieszeni. Zresztą woda i tak by je zniszczyła. Pewnie myśleli sobie w tym Dreźnie, że to jacyś Żydzi, którzy uciekli z obozu. Obaj byli chudzi. Ty też, Adelko, byłaś wtedy strasznie szczupła. Nie patrz na mnie z takim wyrzutem.

Muszę podkreślić, że Adelka akurat od dłuższego czasu uporczywie wpatrywała się w podłogę.

– Tak, tak. Podczas wojny tragiczna śmierć nie uchodzi za coś wyjątkowego. Jeżeli zdarzy się w takim okresie, to ludzie was tak bardzo nie żałują, raczej unikają, bo nie mają pewności, z jakiej przyczyny do tej śmierci doszło. A może gestapo było na ich tropie? Po raz drugi włożyłam czarną wdowią sukienkę i... nic. Awansu nie było. Pogrzeb mieli piękny. Dwie trumny, mniejsza, dla chłopca, prawie dziecinna... Dwie dziewczynki w czarnych sukieneczkach. Mama wciąż młoda i ładna. Gdzieś mam zdjęcia z tego pogrzebu...

Babcia Adela pociągnęła ze szklanki łyk lemoniady z bzu i mrugnęła do Adelki.

– A jak to było z przewoźnikiem, z drogim tatusiem Moniki, mojej najmłodszej córki, to już dobrze wiecie. Tak, pomógł mi pozbyć się tych dwóch namolnych Francuzów, po wojnie kupił chałupę Nagasaki i był właścicielem domu na prawym brzegu. Co niedzielę jeździliśmy pobyć w chałupie. Z werandy obserwowaliśmy, jak na skałach z piaskowca brązowieją blizny po odłupanych kamieniach w kolorze jasnożółtych, dopiero co urodzonych gąsiątek. Przyglądaliśmy się, jak toń Łaby smagają łopatki rzecznych statków Karl Marx, Rosa Luxemburg i Karl Liebknecht. A najbardziej podobał nam się nasz dom na drugim brzegu. Przewoźnik był trochę poetą, przynajmniej na początku naszej znajomości. Zamiłowanie do poezji stopniowo zostało wyparte przez zamiłowanie do alkoholu. Zresztą to wszystko już same, moje dziewczynki, pamiętacie. Pijanego oglądałyście go co wieczór. Trzeba przyznać, że prognoza tego małżeństwa była nie najgorsza: usługi przewoźnicze przynosiły przyzwoity zysk, a nasz związek został przypieczętowany wspólną tajemnicą śmierci obu Francuzów. Gdybyśmy nagle znaleźli się w tarapatach finansowych, mogliśmy sprzedać chałupę Nagasaki. Albo dom na drugim brzegu... Po śmierci dwóch pierwszych mężów obiecałam sobie, że już nikogo nie zabiję, ale kiedy tak patrzyłam na moje dziewczynki, jak siedem razy w tygodniu wystraszone oglądają pijanego przewoźnika, zrozumiałam, że będę musiała zrobić to jeszcze raz. Naprawdę ostatni. Teraz już nie przypominam sobie, kiedy dokładnie to się stało. Pamiętam tylko, że miał potwornego kaca. Jak zresztą codziennie. Nie był w stanie nawet podnieść się z łóżka. Odgrażał się, że jeżeli tego dnia nie pójdę za niego pracować, to doniesie na mnie, że zabiłam tych dwóch Francuzów, jakby to nie on pozgarniał ich wiosłem do wody. I że sprzedamy Nagasaki. W końcu zasnął. Posłałam dziewczynki do babci. Nie musiałam się specjalnie wysilać. Na ciężkim kacu był w stanie wypić nawet rozpuszczalnik. Do butelki po rumie nalałam alkohol metylowy i dodałam esencję rumową do ciast. Ale się ucieszył! Od razu był pijany i szczęśliwy, że wybija klina klinem i że zaraz poczuje się lepiej. Dopiero kiedy przestał widzieć, zrozumiał, jakiż to rum tak łapczywie osuszył. Przez chwilę wyglądał, jakby z wrażenia wytrzeźwiał – machał rękami i krzyczał, żebym biegła do gospody i przyniosła mu butelkę normalnego rumu, bo czasami udaje się ten metylowy zneutralizować normalnym alkoholem. Odpowiedziałam, że po nocy nigdzie latać nie będę. Jeszcze ktoś samotną kobietę napadnie. Dopiero wtedy do niego dotarło, że tego specjalnego rumu nie dostał przypadkiem. Na ślepo próbował wymacać w szufladzie kuchennego stołu papier i ołówek. Pewnie chciał napisać, że go otrułam. Żenujące. Nie wiem, dlaczego sądził, że zostawiłabym ten jego list na stole. Znalazł tylko ołówek kopiowy i zaczął się nagle jakoś tak dziko miotać, że kawałek grafitu wbił mi się w czoło. Do dziś mam na czole kropkę. Mój Alfons, mój jedyny prawdziwy mąż, czasami opowiada, że któregoś razu zasnęłam nad krzyżówką i wbiłam sobie ołówek w czoło. Rzeczywiście, krzyżówki rozwiązuję ołówkiem kopiowym. On mnie kocha, ten mój Alfons, dlatego mnie chroni. Przewoźnika zaciągnęłam do piwnicy. Rano był już martwy. Sprzedałam dom i kupiłam piękne mieszkanie w Uściu nad Łabą.

– Babciu Adelo, przez cały rok nie mogę się doczekać tych opowieści o mordowaniu mężów – skomentował wystąpienie mąż Moniki, jej najmłodszej córki. – Pomyślałem, że powinienem wziąć magnetofon, nagrywać najlepiej co roku i porównywać wersje. Wino z czarnej porzeczki pije babcia tylko w swoje urodziny. Gdyby robiła to codziennie, to byłaby sławniejsza niż ten seryjny morderca nazywany postrachem spartakiady.

– Zdradzę wam tajemnicę. Adela zabroniła mi o tym mówić, ale jak tak sobie miło gawędzimy, to muszę wam to powiedzieć – zaśmiał się Alfons. – Ona czasami napije się kieliszeczka wina ze mną. „Drogi Alfonsie, dziś już znudziło mi się rozwiązywanie krzyżówek”, mówi, kładąc na stół ołówek kopiowy. A ja od razu idę po kieliszki. Pijemy sobie, a liczba zamordowanych za każdym razem wzrasta przynajmniej o jednego. Adela ma też na sumieniu dwóch kolegów z poczty. Zatruła im poduszki na stemple. Po każdym uderzeniu pieczątki w poduszkę wdychali po kilka trujących kropli.

Goście się roześmiali, najmłodsze wnuki, które jeszcze nie rozumiały, o czym mówią dorośli, entuzjastycznie zaczęły bić brawo i cieszyć się, że u babci Adeli jest tak wesoło.

– Nie wierzcie Alfonsowi. On wymyśla niestworzone historie. Cztery morderstwa mi wystarczą. Nie lubię przesadzać.

Rok później córki wraz z rodzinami siedziały już na werandzie, kiedy zadzwonił telefon.

– Poczekajcie chwilę – dyszał do słuchawki Alfons – nigdy w życiu nie przytrafiło mi się coś takiego. Gdzieś na zakręcie zgubiłem Adelę. Zauważyłem to dopiero przed domem przewoźnika. Cały czas mnie poszturchiwała, żebym jechał szybciej... Wracam jej szukać. Zacznijcie bez nas, zaraz do was dołączymy. I tak nikt nie lubi tej sałatki.

Babcię znalazł w rowie, z minutę drogi od domu przewoźnika. Mówił do niej. Nie odpowiedziała. Miała zamknięte oczy, jeszcze oddychała. Alfons najpierw wrzucił do Łaby motocykl, następnie wrócił po Adelę. Wziął ją na ręce i zaniósł nad rzekę. Trzymając Adelę w objęciach, wszedł do wody. Wziął głęboki wdech.

– Wszystko jest raz po raz pierwszy, a raz po raz ostatni, ale bez ciebie nie chcę żyć – powiedział.

Zanurzył się z nią. Trzymał w objęciach i czekał, aż prąd rzeki uniesie ich w stronę Niemiec.

Adela wynurzyła się z wody...

– Zgłupiałeś, staruchu? Powinnam domyślić się już dawno, że ty też pewnie jesteś sudeckim Niemcem! Przynajmniej po matce, nie? Czy ty przypadkiem nie masz naprawdę na imię Konrad? Ja jestem patriotką, a jeżeli kiedyś umrę, to na motorze. Myślałam, że razem tak skończymy. Ale ty jeździsz jak ślamazara. I nawet nie potrafisz porządnie nabrać sałatki ziemniaczanej.

Krzepko machając ramionami, z tyłkiem wystającym nad wodę, płynęła jak wielka boja do brzegu. Chudy tyłek jej męża szybko zniknął w odmętach.

– Nigdy nie uświadomiłam sobie, że żaden z moich mężów z wyjątkiem przewoźnika nie umiał pływać. No, może tylko ten, który spadł z Bramy Pravčickiej, umiał. Ale trudno powiedzieć, bo na basen nie chciał ze mną pójść. Czyli pewnie też nie umiał – stwierdziła stanowczo babcia Adela, wychodząc na brzeg.

Zimne dłonie

Otomar mieszkał z rodzicami w starej kamienicy obok kościoła. Jego kumplem był Jan z osiedla. Już w czasach odrodzenia narodowego Czesi nadali czterem czeskim szkołom w mieście nazwy wszystkich stron świata. Chłopcy chodzili do dziewiątej klasy w Szkole Zachodniej. Siedzieli razem w ławce. Otomar ściągał od Jana. A ten był zadowolony, że może się kumplowi na coś przydać. Otek nie wstydził się, że ściąga. Jednego dnia Jan odprowadzał po lekcjach Otomara pod kościół, drugiego szli razem do mieszkania Jana w bloku. Trzydziestego kwietnia do miasta przyjechał lunapark. Jan i Otomar odwiedzali wesołe miasteczko każdego wieczora. Niekiedy nawet godzinę stali pod strzelnicą i nic nie mówili, tylko przyglądali się dziewczynom. Niektóre uśmiechały się do nich. Te uśmiechy chłopcy uważali za swój łup. Był to akurat ten krótki czas w życiu, w którym kumple nie odczuwają potrzeby rywalizowania o dziewczyny, ale traktują je jak wspólny skarb. Podobały im się dziewczyny wirujące na karuzeli łańcuchowej – zwłaszcza ich powiewające sukienki i błyskające niekiedy pod nimi białe majtki. Kiedy karuzela zwalniała, sukienki wypadały z wiru powietrza. Dziewczyny na chwiejnych nogach schodziły na ziemię, a stojący pod strzelnicą Jan i Otomar z obojętnymi minami ziewali.

Vlasta, mama Otomara, pracowała w recepcji w hotelu Start, który stał tuż obok mostu łączącego obie części miasta rozdzielone Łabą. Łuk, jaki w tym miejscu zataczała rzeka, powtarzała biegnąca nieopodal brzegu linia kolejowa. Przed laty, kiedy mąż Vlasty był maszynistą, znała na pamięć rozkład jazdy i wiedziała, który pociąg prowadzi jej luby. Jego lokomotywa zawsze gwizdała, przejeżdżając obok hotelu. W takich chwilach Vlasta była ze swojego ślubnego bardzo dumna. Hotel, którego nazwa w żadnym reżimie nie kłuła nikogo w oczy, pamiętał dwudziestolecie międzywojenne wraz z jego eleganckimi gośćmi i ze swingującą orkiestrą grającą w hotelowej kawiarni. W tamtych czasach jego klientelę stanowili dobrze zarabiający urzędnicy z pobliskich fabryk, a biegnącą wzdłuż rzeki drogą nadciągali od stacji kolejowej gogusie z Pragi, którzy akurat odczuli potrzebę pozastołecznych łowów. Większość miejsc w kawiarni zajmowały jednak miejscowe obiboki. Na tle urzędników i praskich gogusiów wyróżniały się przede wszystkim demonstracyjną pewnością siebie, z jaką flirtowały z pięknymi damami albo z jaką zamawiały amerykańską lemoniadę – wodę sodową z sokiem malinowym, kompotem z wiśni i kruszonym lodem podawaną w wysokiej szklance ze słomką. Ten napój utrzymał się w hotelu Start nawet w latach pięćdziesiątych, nic sobie nie robiąc z karykatur Wuja Sama w czasopiśmie satyrycznym „Dikobraz” ani ze zrzutów amerykańskiej stonki na socjalistyczne pola ziemniaczane. Drogi, którymi chadza siła bezwładu, bywają niekiedy równie niezgłębione, jak drogi opatrzności.

Budynek hotelu został zaprojektowany w duchu ostrożnego funkcjonalizmu rodem z czeskiej wsi. Minimalizm formy nie wyznaczał się przesadną prostotą, a jego architekt niekiedy podszedł do geometrycznego nakazu stosowania kątów prostych z taką nonszalancją, jakby miał zamiar reanimować ukatrupiony przez Adolfa Loosa ornament. Goście, którzy akurat nie byli zajęci uwodzeniem dam, mogli podziwiać z okien kawiarni piękny widok na Łabę. A kiedy mieli szczęście – obserwować statek wycieczkowy płynący do przystani. Stoły i skórzane fotele w lokalu lekko drżały, gdy w pobliżu przejeżdżały pociągi, które mknęły po wiszącej nad rzeką wąskiej skalnej półce, nad którą w średniowieczu zbudowano historyczną część miasta. W dwudziestoleciu międzywojennym goście kawiarni uważali drżenie pośladków wywołane przez pędzące pociągi za świadectwo postępu, który wraz z coraz większą liczbą fabryk pchał się drzwiami i oknami do ich miasta. Po wojnie tsunami przedsiębiorczości zostało zastąpione budowaniem socjalizmu. Planowano, że wszyscy będą szczęśliwi, ponieważ wszystko będzie należało do wszystkich. Jednakże kiedy ludzie budują coś, co będzie należało do wszystkich, a nie tylko do nich, zapał i entuzjazm szybko więdną. W dodatku niektórzy dostawali jednak większy kawałek tortu niż pozostali, bo mieli władzę. Dlatego po wojnie pośladki gości w kawiarni stale drgały od przejeżdżających pociągów, ale nikt już nie doszukiwał się w tym głębszego sensu.

Recepcjonistka Vlasta z hotelu nad rzeką miała dwoje dzieci – wspomnianego już syna Otka i córkę Ewę, która niedawno urodziła Milana. Brązowe oczy i długie rzęsy syna przypominały Ewie jej byłego męża Martina. Były mąż Ewy często w ciągu jednego wieczora przepijał całą wypłatę w barze hotelu Start. Bar znajdował się w podziemiach budynku, pod dnem Łaby. A kiedy po skalnej półce nad rzeką przejeżdżał pociąg, meble i szklanki w barze trzęsły się jeszcze bardziej niż w kawiarni. W takich chwilach goście kurczowo ściskali wibrujące kieliszki z winem albo szklanki z amerykańską lemoniadą. W barze hotelu Start można by kręcić filmowe sceny rozgrywające się w wagonie restauracyjnym. Mąż Ewy przepijał wypłatę z rezydującymi w lokalu ślicznotkami, które na ten wieczór zakochiwały się w jego brązowych oczach i długich rzęsach. Na alimenty już mu nie wystarczało. Ewa z tego powodu założyła byłemu mężowi sprawę, ale nie rozwiązywało to problemu, bo postępowanie sądowe się ciągnęło. Ewa z synem mieszkała u rodziców, którzy ich utrzymywali, a poza tym przecież mieli jeszcze Otka, który miał dopiero czternaście lat.

Pewnego wieczoru gwar z hotelowego baru, w którym były mąż Ewy właśnie przepijał wypłatę, dobiegał aż do recepcji, w której pracowała Vlasta.

Następnego dnia powiedziała córce:

– Dalej tak być nie może. Niedługo zabraknie nam pieniędzy na obiady w szkole dla Otka. Musisz się zacząć troszczyć o siebie i o swoje dziecko. Wyobraź sobie, że coś stałoby się mnie albo ojcu. Tydzień temu zamieszkali w naszym hotelu monterzy ze Szwecji, którzy za miastem budują nową rzeźnię. Pójdziesz do nich. Pokazałam im twoje zdjęcia. Jesteś śliczną dziewczyną. Bardzo chcą cię poznać. To są przyzwoici panowie – perswadowała Ewie. – Wcale po tobie nie widać, że rodziłaś. Sumę już z nimi uzgodniłam. Oczywiście, że nie rozumiesz po szwedzku. Oni nie znają czeskiego, więc na jedno wychodzi. Zresztą nie będziesz musiała nic mówić, tylko się rozbierzesz i zostaniesz z nimi do rana. Ale pamiętaj, że musisz wyjść bardzo wcześnie, żeby cię nikt nie zobaczył, ludzie mogliby ci zazdrościć... Pieniądze od nich wezmę sama. Gdyby cię zatrzymali milicjanci, to mogliby się zrobić podejrzliwi, że tak o świcie, kiedy jeszcze żadne sklepy nie są otwarte, masz przy sobie tak dużą sumę. A starej baby nikt rewidować nie będzie.

Na samą myśl, że milicjanci mogliby ją rewidować w poszukiwaniu pieniędzy, Vlasta się roześmiała.

– A czy ja się tam nie będę czuć nieswojo, mamo? Goła między obcymi facetami? – zawahała się córka.

– Nie, nie będziesz. Przecież ja też to robiłam w hotelu Start. Nie ma w tym nic dziwnego. To był taki starszy solidny pan z Pragi. Opowiadał mi o książkach, które pisał. Nie wierzyłam mu za grosz. Było to strasznie nudne, ale wytrzymałam. To był dobry człowiek. Za to ty nie będziesz się nudziła, nawet gdyby ci opowiedzieli całą historię Szwecji, ponieważ i tak nie rozumiesz ani słowa w tym języku. Poza tym ich będzie dwóch, a z dwoma jest zawsze lepsza zabawa. Nie musisz się bać. To są przyzwoici ojcowie rodzin.

Vlasta zamknęła oczy.

– Leżałam na łóżku w hotelu Start i czułam pod pupą (na początku podkładałam sobie pod pośladki przyniesioną z domu poduszeczkę) pociąg ojca, który właśnie przejeżdżał po brzegu Łaby – zaczęła snuć wspomnienia. – Miałam wrażenie, że znajduję się w domu. Bo ja z charakteru jestem domatorką. Wtedy tata był jeszcze maszynistą, a nie cieciem w cukrowni jak teraz.

– Tata na stanowisku maszynisty musiał jak na tamte czasy zarabiać niezłe pieniądze, nie? Nie musiałaś spotykać się z panem z Pragi, żeby mi wykupić obiady w szkolnej stołówce – zaprotestowała córka.

– No, owszem, tylko że tata miał psa, który wabił się Bobek! Jak szliśmy razem i zawołał: „Bobek”, to się wszyscy odwracali i z nas śmiali! A do tego wszystkiego to był kundel. Takie to żenujące. Próbowałam namówić ojca, żeby nazwał psa inaczej. Ale on twierdził, że psu nie wolno zmieniać imienia, bo wtedy nie wie, kto jest jego panem.

– To znaczy, że przez Bobka spotykałaś się z panem z Pragi za pieniądze? Przecież „Bobek” to normalne imię dla psa.

– Ludzie zaczęli na twojego ojca wołać: „Pan Bobek”, a na mnie: „Pani Bobkowa”. Nie chciał inaczej nazwać psa, to ludzie przezwali nas... Ech, gdyby chociaż ten kundel kogoś pogryzł.

– Nie było ci wstyd przed tatą? Spać z obcym facetem!

– Wstyd? Ojciec za te pieniądze kupił sobie legitymację wędkarską z uprawnieniem na pstrągi. Jeździł na ryby i o nic nie pytał. To flegmatyk.

Młodszy brat Ewy, Otomar, tak samo jak jego ojciec przyjmował wszystkie zrządzenia losu ze stoickim spokojem. Niczym się nie martwił. Albo przynajmniej robił taką minę, jakby go to wcale nie dotyczyło. Wiedział, że jego siostra chodzi na noce do hotelu Start, i w żaden sposób tego nie komentował. Pilnował małego Milana z brązowymi oczami i długimi rzęsami, kiedy mama i siostra były w hotelu. Całymi wieczorami siedział w swoim pokoju i po cichu puszczał płyty Beatlesów, które zdobył gdzieś na czarnym rynku. Po dzienniku telewizyjnym wracał z pracy jego tata. Otomar słyszał, jak ojciec wita się z Bobkiem. Chwilę później wyprowadzał go na rynek. W drodze do domu mijali hotel Start. Na korytarzu przed wejściem do mieszkania tata zdejmował buty. Bobek trzeci (pierwszy Bobek zdechł ze starości, jego następca, który wabił się tak samo, zgubił się gdzieś ojcu, kiedy ten był na rybach) wbiegał do mieszkania z radosnym szczekaniem. Razem z panem szli do kuchni, tata brał sobie piwo z lodówki, a psu nalewał świeżej wody do miski. Następnie przechodzili do dużego pokoju, gdzie pan włączał telewizor. Kiedy tata kończył piwo, wracał do kuchni.

– Otek, będę sobie odgrzewał kolację, zjesz ze mną? – krzyknął tego dnia ojciec z kuchni.

Obudzone dziecko wybuchło płaczem.

– Przepraszam, synu, jestem zmęczony po pracy i zapomniałem, że muszę mówić po cichu – wyszeptał ojciec.

Otomarowi udało się uspokoić siostrzeńca. Kiedy Milan znowu smacznie spał, Otek zajrzał do dużego pokoju i poprosił tatę, żeby przez dwie godziny popilnował małego, bo on idzie do wesołego miasteczka, gdzie czeka na niego Jan z osiedla.

– A nie wziąłbyś Bobka przy okazji? – zapytał tata.

– Nie – odpowiedział syn, stojąc już w drzwiach.

Chłopcy spotkali się pod strzelnicą i ze znudzonymi minami patrzyli na dziewczęta, które kręciły się na karuzeli łańcuchowej.

Jan wybierał się do technikum. Jego tata był szefem warsztatu samochodowego. Vlasta cieszyła się, że jej Otomar znalazł sobie takiego kolegę, nie zważając na to, że nikt w jej rodzinie nie miał samochodu, więc nie mogli wykorzystać tej znajomości podczas jego naprawy. Rodzina szefa warsztatu samochodowego nie miała problemów finansowych. Rodzice Jana rzadko się kłócili i zwykle dlatego, że ojciec wrócił później do domu. Matka była zazdrosna.

Chłopcy zaplanowali, że sylwestra spędzą razem u Otomara i będą puszczać płyty Beatlesów. Mieszkanie powinno być wolne. Mama Otomara miała mieć dyżur w recepcji, Ewa świętować w barze hotelu, a tata pilnować cukrowni razem z Bobkiem, którego mógł w sylwestra zabierać do pracy.

– Jeden pokój w hotelu będzie wolny, jeżeli więc chcecie, to możecie tam świętować sylwestra – oznajmiła chłopcom mama Otomara dzień przed końcem roku. – Tata jednak zostanie w domu i będzie pilnował Milana. Bobek i tak by w cukrowni szalał. Boi się fajerwerków. Tylko proszę bez żadnych wygłupów w hotelu. Niech wam do głowy nie przyjdzie wybrać się do kawiarni albo do baru. O północy możecie wypić kieliszek szampana. Przyniosę wam do pokoju. To będzie apartament, w którym Ewa spędziła noc poślubną.

– Z tym dupkiem, który nie płaci alimentów – dodał Otomar z niechęcią.

– Tylko kieliszek szampana o północy. Poza tym będziecie pili amerykańską lemoniadę. Macie dopiero czternaście lat.

Chłopcy kupili dwie butelki wina. Jedną wypili jeszcze przed dziesiątą. Następnie wyruszyli do baru. Szacowne towarzystwo nawet nie zwróciło na nich uwagi. Tylko Ewa, która była umówiona z jednym gościem, że po toaście noworocznym pójdą razem do niego, zauważyła plączących się pod nogami chłopców i próbowała posłać ich szybko z powrotem do pokoju. Otomar nie sprawiał problemu, ale Jan nie mógł od Ewy oderwać oczu. Pierwszy raz w życiu się upił. Znał ją, owszem, podobała mu się, ale do tej pory nie zauważył, jak jest ładna. Nagle wydała mu się chodzącym cudem. Podszedł do niej chwiejnym krokiem, ponieważ koniecznie musiał jej powiedzieć, że nigdy nie widział tak pięknej kobiety. Ewa głupio się uśmiechała. Wiedziała, że to tylko podpity smarkacz, ale wyznanie sprawiło jej przyjemność. W końcu udało jej się zaprowadzić chłopców do pokoju.

Do rana właściwie nic szczególnego się nie wydarzyło. W pokoju wypili drugie wino, noworoczny toast wznieśli amerykańską lemoniadą, a nad ranem obaj zgodnie wymiotowali do umywalki, po czym położyli się w małżeńskim łożu i zasnęli. Przed ósmą Vlasta ich obudziła i zabrała do swojego mieszkania w starej kamienicy obok kościoła. Chłopcy spali aż do noworocznego obiadu.

Jan z tej sylwestrowej nocy nie pamiętał niczego. Tylko Ewę. Drugiego stycznia zwierzył się Otomarowi, że zakochał się w jego siostrze. Napisał do niej list. I poprosił kumpla, żeby jej go wręczył.

– Ewa to nie jest dziewczyna dla ciebie. Spotyka się w hotelu ze Szwedami. Mąż nie płaci jej alimentów. Rodzice twierdzą, że dlatego nie mają pieniędzy nawet na szkolne obiady dla mnie. Ewa to kurwa. Ale to nie jest jej wina. Mama sama by to robiła, tylko że jest już za stara.

Wieczorem Ewa zadzwoniła do Jana.

– Jesteś miłym chłopcem. Twój list sprawił mi radość. Znajdę ci dziewczynę.

– Ale ja nie chcę innej dziewczyny. Tata od pierwszej klasy wpłaca mi pieniądze na książeczkę oszczędnościową. Dam ci je wszystkie.

Rozpłakała się, bo była dobrą dziewczyną.

– To niemożliwe. Jesteś jeszcze chłopcem – powiedziała i odłożyła słuchawkę.

Pierwszego dnia po feriach świątecznych Jan zamiast do szkoły poszedł za miasto, gdzie budowano nową rzeźnię, i rzucał kamieniami przez płot, mając nadzieję, że trafi któregoś ze szwedzkich monterów.

– To nie jest ich wina – wyjaśniał mu Otomar. – Któregoś razu słyszałem, jak mama mówiła Ewie, że to wszystko wina Bobka.

– Bobka? – zdziwił się Jan.

Otomar opowiedział mu o panu Bobku, pani Bobkowej i wpływie tej historii na związek rodziców.

– Ja bym się z nią ożenił.

– Chcesz wychowywać cudze dziecko?

– Ma piękne brązowe oczy i długie rzęsy...

– Zgłupiałeś?! – krzyknął Otomar. – Z moją siostrą śpi też twój stary.

– Kłamiesz! Chcesz mi ją obrzydzić!

Jan poszedł do hotelu Start. Ewa siedziała przy stoliku ze szwedzkimi monterami. Zamówił amerykańską lemoniadę. Ewa podeszła do niego. Krzyczała, żeby się wynosił, że i tak ma wystarczająco przesrane w życiu i że nie ma zamiaru z powodu jakiegoś upartego gnojka wpaść w kolejne kłopoty. I że na ulicy będzie przechodzić na drugą stronę, jak go zobaczy, a jego listów nie przeczyta, tylko od razu wyrzuci.

Tego wieczora Jan zaczął myśleć o samobójstwie. Wyobrażał sobie, jak Ewa płacze nad jego martwym ciałem. Wymyślił, że skoczy pod pociąg pod hotelem Start, ale doszedł do wniosku, że mogłoby jej się zrobić niedobrze, gdy będzie stała nad jego poćwiartowanymi zwłokami. W końcu połknął tabletki nasenne, które znalazł przy łóżku mamy. Odwieźli go do szpitala. Na internie zrobili mu płukanie żołądka i posłali na obserwację psychiatryczną. Był sam w pokoju. Załatwił mu to ojciec, szef warsztatu samochodowego. Jan zaplanował, że jak tylko wyjdzie ze szpitala, ucieknie z domu.

Odwiedziła go Ewa. Najpierw płakała, a później włożyła rękę pod kołdrę, podciągnęła mu koszulę i pogłaskała go po przyrodzeniu. Było to tak nieoczekiwane i szybkie, że nawet nie zdążył się podniecić.

Następnie odwiedził Jana ojciec. Przyniósł mu kompot czereśniowy.

– Mama nie przyjdzie. Przez ten twój pomysł jest zupełnie załamana. Ma wyrzuty sumienia, że wziąłeś jej tabletki. Taka głupota.

– Tato, dlaczego kurwy mają takie zimne ręce? – zapytał Jan. – Ty to powinieneś wiedzieć.

– Jeżeli będziesz zadawał takie pytania, to będą cię tu trzymać bardzo długo – odpowiedział ojciec i wyszedł.

Wrócił za pół godziny.

– Przepraszam cię, synu, nie chciałem cię zdenerwować. Potrzebujesz spokoju. Jesteś rozdrażniony, a ja podminowany. Mam dużo pracy. Mama całymi nocami nie śpi, tylko chodzi po mieszkaniu. Przyniosłem ci kompot czereśniowy. Mamie powiem, że jej przesyłasz pozdrowienia i obiecujesz, że już nigdy więcej tego nie zrobisz. A może weźmiemy psa? Jak byłeś mały, to bardzo chciałeś go mieć. Widziałem ostatnio uroczego szczeniaczka, jamniczka. W bloku nie możemy mieć większego psa. A wiesz, jak się wabi? Atom.

Wieczorem odwiedził Jana w szpitalu Otomar.

– Ogarnij się, stary, na pojutrze mam bilety na Siedmiu wspaniałych.

Dwa dni później Jan nacisnął dzwonek przy drzwiach wejściowych do starej kamienicy obok kościoła. Otomar rzucił mu przez okno klucze, żeby wyprowadził Bobka, który biegł już na dół. Otomar nie mógł teraz wyjść – kąpał się przed chwilą i miał mokre włosy. Umówili się, że przed kinem wpadną jeszcze popatrzeć na karuzelę.

Pies radośnie przywitał Jana. Przeszli się koło kościoła. Bobek nie musiał mieć smyczy, słuchał się i przybiegał na każde zawołanie. W drodze powrotnej Jan go kopnął.

– Dobrze wiesz za co. I przestań mi tu skomleć.

Mamma Mia

Vladimír Mareček, redaktor czasopisma muzycznego „Horyzonty Muzyki”, w lipcu spotkał się w sanatorium Bardejów na Słowacji z piosenkarzem Kolomazníkiem. Jego ostatnia płyta z piosenką Twoje blond włosy na mojej poduszce była właśnie hitem