Światło w mroku - I.M. Darkss - ebook + książka

Światło w mroku ebook

I.M. Darkss

4,2

Opis

Jeden wieczór.

Tyle wystarczy, by Eli przekonała się, jak niewiele potrzeba, by wszystko, obróciło się w pył.

Jeden wybór, który może przynieść śmierć milionom istnień.

Ona, która nie zdaje sobie sprawy, że należy do Lamandi – rodu Światła – który wkrótce się o nią upomni.

On jako jedyny mężczyzna, który może zapewnić jej bezpieczeństwo.
Ale czy można ufać komuś, kto nosi w sobie Mrok?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (61 ocen)
32
12
12
5
0

Popularność




Prolog

Eli

Zawsze zadawałam sobie jedno pytanie: Dlaczego przechodzimy przez dane sytuacje? Podobno istnieje jakiś cel, powód, dla którego znosimy niejednokrotnie chwile pełne goryczy. To próba? Sprawdzian wytrzymałości? Środek do stworzenia tego, kim się stajemy? Miliony razy słyszałam, że nie powinno się oceniać innych, bo nic o nich nie wiemy. Bo nie mamy ich doświadczeń, wspomnień, ich uczuć i emocji. Bo każdy może mieć problem, który dla kogoś będzie błahostką, a dla innych testem nie do przebycia. Życie może się rozsypać w ciągu sekundy. Żałuję, że nie ma ostrzeżeń. Dróg powrotnych. Że życie nie zaznacza błędnych wyborów na bieżąco. Poznałam duszę być może najbardziej poranioną, wyniszczoną i nieznającą akceptacji. Duszę, która nigdy na to nie zasłużyła, w którą zbyt długo wlewano destrukcję. To nie jest fair i mogłabym wymienić miliardy sytuacji, które nie są fair, a jednak się dzieją. Dlaczego? Chaos, jaki pochłania moje życie, nie zna kresu, i chyba dopiero teraz rozumiem, co miał na myśli, mówiąc, że żaden człowiek nie jest w stanie pojąć prawdy wieczności. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy żałuję. Nie wiem, co bym zmieniła, gdybym miała szansę przeżyć to od nowa. Nie wiem, bo tak naprawdę mogłabym zrobić wszystko, żeby go zatrzymać, żeby mu uświadomić jego wartość i wyjątkowość, żeby uwierzył w moją miłość, ale on potrzebuje tylko jednego. Czegoś, czego ani ja, ani nikt inny nie może mu dać – wymazania przeszłości. Wiem tylko, że nigdy nie będę żałowała, iż się pojawił. Stworzył mnie. Właśnie tak się czuję, bo jestem dziś tak odległa od osoby, jaką byłam zaledwie kilka miesięcy temu. Nauczył mnie, jak ważne jest docenianie tego nudnego, zwyczajnego życia. Nauczył mnie, że dobro czasem jest pozorem, a Światło bywa zwodnicze. I tego, że nawet w wieczności nic nie dzieje się dwa razy. Nie można odzyskać chwil. Można próbować odtworzyć każdy moment setki razy, można próbować go powtórzyć, ale to już nie jest ta sama chwila. Wszystko dzieje się tylko raz i już nigdy do nas nie wraca. Dlatego tak ważne jest, by to docenić i z wdzięcznością czekać na kolejny pierwszy raz.

Spokojnie gaś światło. To prawdziwe nie zgaśnie. Tak samo jest z miłością.

*

Jack

Umarłem, jeszcze zanim się urodziłem, i tysiące razy od tamtej chwili.

Wieczność uwielbia zabijać, nie odbierając życia. Jej najokrutniejszym żartem jest ofiarowanie chwil, które zmuszą cię do zmartwychwstania. I odbieranie ich, zazwyczaj dokładnie w momencie, kiedy się łudzisz, że możesz je chwycić, zatrzymać. Wtedy cię unicestwia. Ból jest potworny i trwa do następnego razu, do kolejnego złudzenia. Wieczność jest perfekcjonistką w każdej zadanej ranie, ale nie jest oszustką. Nie kłamie. Udowadnia, że największą naiwnością jest przywiązanie. Uczy, że tak czy inaczej, w końcu musi nadejść kres. Niszczy wszystko, co chciałbyś mieć przy sobie. Wiem, dziś już wiem. Tysiące razy musiała mi to powtórzyć, ale już wiem – nieskończoność na kartach wieczności jest wymysłem głupców. Ja to pojąłem i każdy zrozumie, ponieważ wieczność jest cierpliwa i ma dużo czasu, aby odebrać złudzenia. Nie wiem, czy powinienem ją za to kochać, czy nienawidzić, ale na pewno jestem wdzięczny.

 

Najgłębiej zakorzeniają się w nas momenty, o których najbardziej chcielibyśmy zapomnieć. Nie warto opowiadać całej tej sadystycznej historii. To strata czasu, a nie wszyscy mamy go nieskończenie wiele. Nie pamiętam, ile razy umierałem. Nie pamiętam konkretnie, z jakiego okresu jest moje pierwsze bolesne wspomnienie. Wiem, że byłem małym chłopcem.

 

Siedzę na szklanych schodach w moim domu w Beliari. Obserwuję, jak wszystkie dzieci bawią się i śmieją. Wielką białą salę oświetlają promienie, jasne i piękne. Nie mam pojęcia, skąd się biorą, na pewno nie z zewnątrz. Pytałem wiele razy, ale nikt nigdy mi nie wytłumaczył. Dziewczynka o długich jasnych włosach delikatnie porusza dłońmi, później zamyka je z głośnym klaśnięciem, a kiedy je rozdziela, wylewa się spomiędzy nich eksplozja świateł tak jasnych, że patrząc na nie, mam wrażenie, jakbym patrzył w słońce. Niesamowity widok. Uśmiecham się, kiedy po raz kolejny docierają do mnie dźwięki ich śmiechu. Nie jestem jednak w stanie usłyszeć, dlaczego znów są rozbawieni, bo znajduję się zbyt daleko od nich. Nie wolno mi podchodzić. Chciałbym, ale mama mi nie pozwoliła. Często się na mnie złości. Nie wiem z jakiego powodu, ale chciałbym, żeby przestała, dlatego nie podchodzę do innych dzieci. Chciałbym się z nimi pobawić, ale bardziej chcę, żeby mama pochwaliła mnie z uśmiechem za to, że robię, co mi każe. Tak jak inne chwalą swoje dzieci, kiedy robią coś dobrze. Nie wiem, dlaczego ja nie potrafię sprawić, aby moja mamusia się uśmiechnęła. Nie wiem, dlaczego nie potrafię nic zrobić dobrze. Próbuję, naprawdę, ale mama tylko się na mnie złości.

 

Nie wiem, co tu robię, z tymi wszystkimi dorosłymi. Moja mama mówi rzeczy, których nie rozumiem, a inni wpatrują się we mnie, jakby byli zawiedzeni, że tu jestem. Spuszczam wzrok na dłonie i czekam cierpliwie, aż mama pozwoli mi wyjść. Nie lubię przebywać z dorosłymi, ponieważ większość z nich zawsze patrzy na mnie w dziwny, surowy sposób.

– Jego mroczna strona przybiera na sile. Nie wiem, jak bardzo się rozwinie, ale uważam, że jest zagrożeniem dla naszych dzieci. Powinniśmy go całkowicie odseparować – oświadcza głośno moja mama, a później spogląda na mnie. – Słyszysz, Jack? Od dzisiaj będziesz przebywał tam, gdzie ci powiem. Nie wolno ci wychodzić bez mojego pozwolenia. Nie wolno ci podchodzić do innych dzieci i z nimi rozmawiać. Masz się trzymać od nich z daleka. Zrozumiałeś? – pyta mnie ostro. Chyba znów jest na mnie zła, a ja nie wiem dlaczego, bo nie wydaje mi się, żebym zrobił coś złego. Kiwam tylko głową, a mama wskazuje kciukiem na drzwi, dając mi znać, że mam wyjść. Posłusznie wstaję i wychodzę. W chwili gdy mam już zamiar zamknąć drzwi, słyszę jej następne słowa:

– Wydajcie takie same instrukcje swoim dzieciom. Niech nawet nie patrzą w jego stronę.

 

Dorastałem szybciej niż inni. Rozumiałem więcej, niż chciałem. Nie chcę się zagłębiać w większość moich wspomnień. Z upływem lat nawarstwiały się we mnie te chwile, które chciałbym wymazać. Odkrywałem, że potrafię więcej niż inni w Beliari. Miałem dary, których nie posiadł żaden z nich. Byłem potężniejszy i choć próbowali mi dorównać, żadnemu się nie udało. Nie udaje się do dziś. Myślę, że to dla nich kolejny powód do nienawiści. Nie zazdroszczę, bo mają ich niepokojąco dużo jak na istoty, które miały pałać czystym Dobrem i Światłem. Jak na istoty, które podobno nie znają nienawiści. Tak łatwo ulec pozorom, zbyt łatwo. To tym bardziej przerażające, że wszystko, co się stanie – każdy ruch, wybór, każda decyzja – wszystko, czego dokonujemy, jest nieodwracalne. Co się stało, stało się na wieki. Doświadczyłem zbyt wielu rzeczy, które nie powinny się zdarzyć. Łatwiej się z nimi pogodzić, kiedy ten, kto ich dokonał, żałuje. Szczerze żałuje. Ja nie dostałem szansy, by się z nimi pogodzić. Z którąkolwiek z tych rzeczy. Z ani jedną z nich.

 

Nie jesteś jak my. Nigdy nie będziesz taki jak my. Jesteś przeklęty. Słyszałem te słowa niemal codziennie, chyba od każdego w Beliari. Wyklęty. To słowo przywarło do mnie niczym drugie imię i w końcu każdy mnie tak nazywał. Unntari– Wyklęty.

Wiesz, o czym marzę? Chciałabym znaleźć sposób, aby się ciebie pozbyć. Nie mogę na ciebie patrzeć. Przez ciebie nie potrafię zapomnieć o tym potworze, który zniszczył moje życie. Nie wiem, czym zasłużyłam na taką karę. Oddałabym wszystko, żebyś się nigdy nie narodził. Jesteś moim największym przekleństwem. Jesteś przekleństwem Oktarionu, hańbą dla rodu Lamandi.

Dzień, w którym ktoś cię zabije, będzie moim wybawieniem. Wiem, że Święty Oktarion kiedyś się nade mną zlituje. Czekam na ten dzień. Czekam na twoją śmierć.

Jesteś taki sam jak ten potwór. Jesteś złem wcielonym.

Twoje Światło szpeci Mrok. Dla mnie i dla Oktarionu zawsze będziesz Mrokiem. Nigdy się nie uwolnisz. Twoja Ciemność zniszczy wszystko na twojej drodze. Nie powinieneś istnieć.

Zawsze będziesz sam. Tak jak każdy Temen. Muszę cię tolerować ze względu na prawo Oktarionu. Ze względu na to, że masz w sobie moje Światło. Tylko ono cię ratuje. Wiedz jednak, że nienawidzę cię tak, jak każdego z rodu Ciemności.

Nie masz w sobie ani jednej rzeczy, którą można kochać. Tak długo, jak będziesz żyć, będziesz znosił nienawiść i pogardę. Tylko to cię czeka. Tylko na to zasługujesz.

Spójrz na siebie. Nie masz przyjaciół, rodziny. Każdy omija cię z daleka. Nikomu nie będziesz potrzebny.

Jeśli zdecydujesz się na wieczność, Unntari, bądź pewien, że ja poświęcę swoją, aby twoja była wypełniona cierpieniem. Zapewnię ci wieczność złożoną z bólu i goryczy. Przysięgam. Przysięgam, że tak długo, jak będę żyć, ty będziesz konać i błagać o litość, ale nie licz na nią. Zrobię wszystko, by cię zniszczyć. Przysięgam.

 

Przysięgała i lojalnie wypełnia przyrzeczenie. Wykorzystuje każdą okazję, by mnie zranić. Stała się w tym niedościgniona. Przeszedłem inicjację tylko z jej powodu. Wiedziałem, że jeśli odpuszczę, ona wygra, a na to nie pozwolę. Skoro uważa mnie za swoje największe przekleństwo, będę nim tak długo, jak zdołam. Nie pozwolę jej o sobie zapomnieć. To moja przysięga. Moja zemsta.

Sto osiemdziesiąt trzy lata po inicjacji do naszego Azylu przybył Enoktem o imieniu Grand. To on stał się moim przyjacielem. Jedynym, jakiego miałem, i jedynym, jakiego mam. Nie zważał na moją mroczną naturę. Zachowywał się, jakby nie istniała, i nie pamiętam chwili, w której nie mógłbym na niego liczyć. Do dziś nie doświadczyłem momentu, w którym odwróciłby się ode mnie. A dawałem mu tysiące powodów i okazji. Tylko on był i jest trwale u mego boku, choć szanuje ród Lamandi całym sobą i wspiera go, kiedy tylko zaistnieje taka potrzeba. Przez wiele lat był jedyną osobą, której zaufałem. Nie potrzebowałem innej. Tylko on zwrócił mi wiarę i nadzieję. Zawszę będę mu za to wdzięczny i nigdy mu się nie odpłacę. Kilka lat później w naszym Beliari pojawiła się kolejna Lamandi – Oria. Podobno chciała się odciąć od swojego, ponieważ została zdradzona przez kogoś, kogo kochała. Nie znam szczegółów. Nigdy o tym nie opowiadała, zresztą ja trzymałem się z dala od wszystkich Lamandi. Już nie z powodu Istery, ale z własnej woli. Nie byłem z nią blisko, ale zawsze była dla mnie miła. Tak naprawdę była miła dla niemal każdego. Wprost emanowała od niej świetlana aura. Kilka razy po walce, kiedy było ze mną naprawdę źle, leczyła mnie. Tylko ona się tego podjęła mimo niezadowolenia innych, a zwłaszcza Istery. Każdy Lamandi posiadał dar, nie tylko samoregeneracji, ale i leczenia innych. Temeni, jako istoty Mroku, mogą się jedynie regenerować, podobnie jak ja. Możemy się regenerować z większości ran, dlatego trudno nas zabić. Oria nigdy nie odmówiła nam pomocy. Mnie i Grandowi. Ceniłem ją za to. Cenię nadal. Grand twierdził, że mnie kochała. Nigdy w to nie wierzyłem. Nie potrafiłem uwierzyć. Nie mogłem. Gdybym uwierzył, mógłbym nie być w stanie przestać, a w końcu i tak musiałbym.

 

Dwieście dziesięć lat po mojej inicjacji przez zupełny przypadek poznałem Astrię. Była z naszego Beliari i wróciła do domu zaraz po inicjacji. Do jej czasu przebywała w innym Azylu ze swoim ojcem. Astria. Kolejna Lamandi. Powinienem był wiedzieć. Wiedziałem, ale z jakichś powodów, których dziś szczerze nienawidzę, łudziłem się. Astria, to ona była moją najbardziej bolesną śmiercią. Stała się nią, ponieważ uwierzyłem, a nie powinienem był. Nigdy nie powinienem był. Wiedziałem, ale uwierzyłem. Jak bardzo jest to żałosne? Nieważne. Dzięki temu zyskałem pewność. Dzięki niej nie uwierzyłem już nigdy więcej i nigdy nie uwierzę. Na wiele bolesnych chwil nie mamy wpływu, ale najbardziej cierpimy z powodu tych, które sami wybraliśmy. Decyzja jest podstępną suką. Jeśli wszystko w tobie mówi tak, powinieneś wiedzieć, że należy powiedzieć nie.

Ona odejdzie. Wiem to. Jestem pewna. Nie istnieje powód, dla którego miałaby zostać. Twierdzi, że cię kocha, ale to minie. Nie mogłaby cię pokochać. W końcu to zrozumie i cię zostawi. Wiem to. Każdy może dać jej więcej niż ty, a nawet nie musi się starać. Ona odejdzie.

Odeszła. Tak jak mówiła Istera. Do kogoś lepszego ode mnie. Do kogoś, kto nie musi się starać, kto nie musi walczyć z Mrokiem. Odeszła do kogoś z rodu Lamandi. To była moja najbardziej bolesna śmierć.

Widzisz, Unntari? Patrz na nią. Patrz na nich. Ty nigdy tego nie doświadczysz. Jest z nim, ze swoim lepszym wyborem. Z Lamandi. Dotarło do niej, że cię nie kocha. Kocha jego. Zawsze, kiedy będziesz na nią patrzył, kiedy będziesz obserwował, jak bardzo jest dzięki niemu szczęśliwa, będziesz uświadamiał sobie, z każdym dniem mocniej, że nigdy nie było szansy na to, by wybrała ciebie. Ani przez sekundę. Tak będzie za każdym razem. Każda uświadomi sobie prędzej czy później, że to nie ty. To nigdy nie będziesz ty. Nie możesz być.

 

Kochałem i tęskniłem za nią przez lata. To było nie do zniesienia. Umierałem. Wtedy przestałem walczyć. Oddałem się we władanie Mroku. Wtedy odpuściłem i pozwoliłem wygrać Isterze. Nie chciałem walczyć, nie miałem powodów. Mrok był wybawieniem. Ciemność była błogosławieństwem. Dzięki temu nic nie czułem. Po raz pierwszy nic nie czułem i to było wspaniałe. Byłem wolny.

Tak wyglądało moje życie. Moja wieczność. Tak wygląda do tej chwili. Okiełznałem Mrok tylko dla siebie. Dotarło do mnie, że nie chcę taki być. To Istera tego chciała. I wiem, że najbardziej nienawidziła mnie właśnie za to, że mimo Mroku mam w sobie też Światło. Nienawidziła tego, że mogę przestać nim być, kiedy tylko zechcę. Potrzebowałem sporo czasu, aby się zobojętnić, ale w końcu mi się udało. Kontrolowałem Mrok, ale dzięki niemu mogłem pozostać nieczuły na wszelkie dary Lamandi. Nie reagowałem już na nie. Ród Światła przestał dla mnie istnieć. Przestałem kochać i się łudzić. Zabiłem każdy gram swojej naiwności. Została tylko zemsta. Zemsta na najbardziej okrutnych i żałosnych istotach tego świata. Zemsta na całym rodzie Światła.

To moja historia. Jej określona część, która jest już za mną. Jej nieskończona część, która na mnie czeka, na pewno będzie niespodzianką pełną podstępów, pułapek i przeszkód. Pełna śmierci, moich śmierci. Wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie dwóch rzeczy.

Pierwsza – czasem coś się kończy, choć nigdy nie dobiega końca. Kres może być początkiem, a wieczność nie pozostawia wyboru. Jest jedynym zwierciadłem słowa, którego tak nienawidzę, słowa zawsze. Nic poza wiecznością nie jest naprawdę wieczne. Zawsze nigdy się nie sprawdza – to jedyna prawda. Zazdroszczę ludziom, bo nie mogą tego wiedzieć. Naiwność nie jest złą cechą. Naiwność pozwala wierzyć. Pozwala być szczęśliwym. Wieczność jest królową w swej nieskończoności. Drwi z chwil. Jest mordercą. Zabija złudzenia. Kocha wspomnienia, one są świetnym towarzyszem, kiedy złudzenia umierają. I myślę, że jest też smutna, bo jest samotna. Wieczność jest samotnością.

I druga, najistotniejsza. Ta, o której zapomniała większość rodu Światła.

Dobro nigdy nie stanie się Złem. Nigdy. Mrok może zmienić się w Światło, ale prawdziwe Światło nie przeistoczy się w Mrok. Jeśli do tego dojdzie, oznacza to, że nigdy nie było prawdziwym Światłem. Zbyt często i zbyt wielu ulega iluzjom. Jeśli coś jest piękne, nie staje się przez to dobre. Jeśli coś jest dobre dla ciebie, nie oznacza to, że jest dobre dla innych. Jeśli coś jest dobre dla innych, nie musi być dobre dla ciebie. Jeśli szukasz prawdziwego Mroku, szukaj tam, gdzie jest najwięcej Światła. Dlaczego? To proste, bo gdzie diabeł nie może, tam świętych nie potrzeba.

Oby jak najmniej takich jak ja mieścił w sobie ten świat. Oby.

Rozdział pierwszy

Eli

Nie ma takiej rzeczy, której nie zrobiłabym dla swojej przyjaciółki, i jak zwykle przyszło mi za to zapłacić. Wylądowałam w zatłoczonym, przesiąkniętym odorem potu i papierosowego dymu klubie, którego ozdobne kolorowe światełka, zamontowane podobno dla urozmaicenia atmosfery, budzą we mnie jedynie chęć zwymiotowania. Klnąc głośno, od dwudziestu minut szukam mojej wspaniałej przyjaciółki, która najwyraźniej, wpadając w imprezowy szał, zapomniała o moim istnieniu. Cudownie. Otaczana z każdej strony przez tabun ludzi, będących teraz raczej w odległym świecie, nie mogę dostrzec zbyt wiele. I to mnie naprawdę drażni. Przez panujący ścisk i ograniczoną możliwość ruchów zaczynam dostrzegać u siebie skłonności do klaustrofobii. Nie mam nic przeciwko imprezom, w każdym razie nie tym, w których nie ma udziału mojej przyjaciółki. Demi i imprezy – nigdy nie łączyć. Wiem o tym nie od dziś, a jednak tutaj jestem i na dodatek zgubiłam imprezowiczkę. Może to oznaczać, że albo jest jeszcze w klubie i prezentuje swoje walory cielesne w którejś z odrażających – oficjalnie – toalet. Lub – co równie prawdopodobne – obściskuje się już z nowo poznanym w jego samochodzie bądź mieszkaniu. I przez cholerny przypadek, na widok nowego eksponatu dostała amnezji i zapomniała mi o tym wspomnieć. Jestem taka wściekła, że mam ochotę kogoś solidnie walnąć. Po co w ogóle tu przyszłam? Kiedy udaje mi się wreszcie przecisnąć przez tłum do bordowej, skórzanej kanapy, na której zostawiłam kurtkę, oddycham głęboko i natychmiast żałuję, bo zapach alkoholu jeszcze pogarsza moje samopoczucie. Szybko chwytam swoją dżinsową kurtkę i jeszcze raz rozglądam się po lokalu w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Bez skutku. Wściekła na przyjaciółkę, a jeszcze bardziej na siebie i własną głupotę, poprawiam torebkę i ruszam w stronę wyjścia. Cholera by ją wzięła!

 

Na zewnątrz panuje chłód i jednolity mrok. Rześkie powietrze działa pozytywnie na mój organizm. Przystaję kilka metrów od klubu i nie dostrzegając nigdzie zguby, decyduję, że teraz mogę spróbować do niej zadzwonić.

Cześć, tu Demi, nie mogę odebrać. Wiesz, jak to działa, zaczynaj po sygnale!

– Niech to szlag! Dlaczego nie odbierasz telefonu i gdzie się znowu podziewasz? Mam dość, nie zamierzam czekać, aż się łaskawie pojawisz. Wracam do domu! I byłoby miło, gdybyś oddzwoniła, jeśli oczywiście nie będziesz zbyt zajęta. Dziękuję i miłego, pieprzonego wieczoru – krzyczę, zirytowana jeszcze bardziej przez dźwięk automatycznej sekretarki. Ściskam telefon w dłoni i ruszam szybkim krokiem w stronę postoju taksówek. Postój jest kilkadziesiąt metrów od klubu, więc wzywanie jej z takiej odległości byłoby głupie. Poza tym potrzebuję chwili na powietrzu.

„Nigdy więcej, nigdy nie wyjdę do klubu z tą nienasyconą seksualnie erotomanką! Nigdy, nigdy, nigdy!” – powtarzam w myślach, ale wewnętrzna mantra zamiast ugasić frustrację bardziej ją rozbudza. Nie mam już ochoty na nic poza znalezieniem się wreszcie w swoim łóżku. Panująca cisza nie pomaga odegnać negatywnych odczuć co do wieczoru. Słyszę tylko echo własnych szpilek. Zaciskam prawą dłoń na pasku torebki i przyspieszam tempo marszu. Jednak już po kilku krokach napotkam opór.

 

Pierwszym, co czuję, jest intensywny, ale raczej nieprzyjemny zapach męskich perfum. Podnoszę szybko wzrok i wpatruję się w postać, która znikąd pojawiła się na mojej drodze. Kilka sekund temu nikogo tam nie było, mogłabym przysiąc. Mężczyzna około trzydziestu lat, na pierwszy rzut oka sprawia pozytywne wrażenie. Przystojny, nawet bardzo, ale coś w jego oczach rozpala we mnie niepokój. Cofam się o krok i wiem, że to trochę irracjonalne, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że powinnam się trzymać od tego mężczyzny jak najdalej. Pod przenikliwością jego wzroku niepewnie biorę głęboki oddech, na co nieznajomy się uśmiecha, ale to nie jest szczery uśmiech. Czuję, jak moje serce przyspiesza napędzane strachem, i robi mi się nieprzyjemnie gorąco. Robię jeszcze jeden krok w tył, a mężczyzna nadal nie spuszcza ze mnie wzroku.

W myślach już z tysiąc razy zdążyłam przekląć swoją głupotę. Wyszłam sama na ulicę o drugiej w nocy, cóż za inteligentne posunięcie. Kpię, ale w momencie gdy nieznajomy zaczyna się zbliżać, moją zdolność myślenia zastępuje narastająca panika. Teraz widzę, że odległość do postoju nie ma tu najmniejszego znaczenia. Co ja sobie myślałam? To było zwyczajnie idiotyczne z mojej strony. Głupia!

– Przepraszam, nie zauważyłem cię – odzywa się opanowanym tonem, i wydaje się zadowolony. Chyba nie chcę wiedzieć z jakiego powodu.

Ma dziwnie szorstki głos i zimne spojrzenie. Ten wyraz jego twarzy tylko pogłębia moje przerażenie. Popadam w paranoję.

Zaciskam dłonie w pięści, mimo strachu i chęci ucieczki zmuszam się do stania w miejscu i jakiejkolwiek reakcji. Zresztą w tych butach raczej kiepsko wychodzi bieganie.

– Wzajemnie. – Słowo pada z moich ust tak cicho, że mam wątpliwości, czy mnie usłyszał.

– Przestraszyłem cię? – pyta, a jego głos barwi łagodność, która brzmi jak wymuszona.

Chwieję się delikatnie, bo nieświadomie przestałam oddychać. Nie wiem nawet kiedy. Nie umiem wytłumaczyć uczucia, które zawładnęło mną, kiedy tylko go zobaczyłam. Przeraża mnie cholernie! Niby nic złego się nie dzieje, ale moje serce za chwilę wyskoczy z piersi. Każda cząstka mnie zdaje się błagać o ucieczkę. W mojej głowie pojawia się nieproszona myśl. W filmach grozy psychopaci zwykle sprawiali wrażenie nadzwyczaj delikatnych i pogodnych, a ten tutaj bije ich wszystkich na głowę. Nie, dość! Nie wolno mi się nakręcać. Proszę, idź sobie! Błagam niech to nie będzie prawda! Zamykam na chwilę oczy. Co teraz?

– Nie musisz się mnie bać, naprawdę. Potrzebuję tylko twojej pomocy.

Pomocy? Tym razem brzmi to zwyczajnie i szczerze, ale wciąż dziwnie.

Może potrzebować tej pomocy na wielu frontach i nie wiadomo, co ma na myśli. Świry zawsze wyrażają się niejasno. Wizje, jakie przywołała ta myśl, w najmniejszym stopniu nie są pozytywne. Nie zdążam mrugnąć, a nieznajomy jest już przy mnie. Niebezpiecznie blisko i porusza się nienaturalnie szybko. Jest niepodważalnie dziwnie i strasznie. Nie mam pojęcia, co się właśnie dzieje, ale mój lęk zdecydowanie sięga zenitu. Jak on to zrobił? A może zamknęłam oczy na dłużej, niż mi się wydawało? Przemieszczanie się z taką prędkością jest niemożliwe, absurdalne i tak bardzo przerażające, że moje ciało przestaje być zdolne do jakichkolwiek ruchów. Czuję rozchodzący się w moim ciele paraliż, co nie może poprawić obecnej sytuacji. W następnej chwili dłoń mężczyzny znajduje się już na moim nadgarstku. Piekący ból, jaki czuję po zetknięciu z jego dłonią, zdaje się palić mi skórę. Zupełnie jakbym włożyła rękę w ogień. To niewytłumaczalne. Krzyczę głośno w odpowiedzi na przeszywający ból. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Obraz przed oczami traci ostrość, rozmazuje się, a ja, choć próbuję, nie mogę ani wyszarpać ręki, ani złapać oddechu.

Wszelkie moje obawy właśnie się urzeczywistniają. Jestem bezradna i otumaniona.

– Taka słaba, nieświadoma, ale nie przeszłaś inicjacji i nikt cię nie poinstruował. Jaka szkoda… Naprawdę ogromna, Eliaro. – Drwiący, szorstki głos rozchodzi się echem w przestrzeni. Sekundę później nieznajomy znajduje się kilkanaście metrów od mnie, odepchnięty czymś, co wygląda jak błękitny ogień. O wiele jaśniejszy niż ten zwyczajny. Niezdolna do ucieczki przyglądam się napastnikowi, który podnosi się bez trudu i znów patrzy na mnie, ale jego oczy nie są już ludzkie. Mają barwę głębokiego szkarłatu. I napawają mnie jeszcze większym strachem. Boże, co się właśnie stało? Z trudem rejestruję odgrywającą się przede mną scenę. On zna moje imię, więc nie jestem przypadkową ofiarą. Ta myśl wypełnia moje żyły lodem. Naprawdę nie wiem, co się dzieje, ale wiem, że to zdecydowanie nie powinno się dziać, ani teraz, ani nigdy. Wzrok mężczyzny tkwi gdzieś poza mną, ale ja z całą pewnością nie chcę się odwracać. Boję się tego, co mogę zobaczyć. Powinnam się ruszyć. Teraz. Powinnam uciekać, ale nie potrafię. Nienawidzę siebie za tę bezsilność. Zdziwienie – tylko to mogę wyczytać z jego twarzy. Zanim zdążę zareagować, znów czuję czyjąś dłoń na swojej, ale tym razem dotyk mnie nie pali, jest ciepły, kojący i przyjemny. Delikatne szarpnięcie w tył zmusza mnie, bym się cofnęła, ale wciąż nie potrafię się odwrócić. Chcę zabrać dłoń, ale wtedy uścisk tylko się wzmacnia. A zaraz potem zmów zostaję pociągnięta do tylu, ale tym razem to nie jest ani trochę delikatne. Gwałtowny ruch automatycznie zderza mnie z twardą sylwetką. Drżę mimowolnie, czując za plecami silny nacisk, i wypuszczam drżący oddech.

Teraz już nie mogę uciec. Jestem w pułapce. Niedobrze mi. Chcę tylko, żeby to wszystko nie działo się naprawdę. Tak bardzo potrzebuję, żeby to wszystko nie było prawdą. Męska dłoń znajduje się w zasięgu mojego wzroku, wyciągnięta przede mną. Zupełnie jakby postać za mną chciała coś odepchnąć albo zatrzymać, ale niczego takiego nie ma, przynajmniej ja niczego nie widzę. Podmuch silnego, gorącego wiatru napiera nagle na moje plecy i rozwiewa włosy. Skąd ten wiatr? Przed chwilą było całkiem cicho i spokojnie.

Mam przed oczami ciemną, gęstą mgłę, która jakby samoistnie zmierza w stronę tego, kto mnie napadł. Dłoń przede mną powoli się zaciska, a mój napastnik znów upada, otoczony tą dziwną, niemal czarną smugą. Później zaczyna kaszleć i poruszać się niespokojnie, chyba z braku powietrza. Na jego skórze zaczynają się pojawiać plamy, zupełnie jak przy oparzeniach. Dłoń osoby znajdującej się za mną jest już tak bardzo zaciśnięta, że zaczyna drżeć. Krew spływa z ran drugiego mężczyzny, a po chwili jego ciało wygina się mocno ku górze. Wtedy dłoń się rozluźnia, a nieznajomy, który pojawił się jako pierwszy, pozostaje już w martwym bezruchu. Jego oczy przez chwilę mają barwę otaczającej mnie nocy, ale po chwili wracają do tego strasznego szkarłatnego odcienia. Dziwny, ciemny dym znika w ciągu sekundy. To samo dzieje się z wiatrem. Cisza, jaka nastaje, jest punktem kulminacyjnym mojego przerażenia. Jak? Co? Oszołomiona, wpatruję się w ciało nieznajomego. Martwego nieznajomego. To wszystko, co właśnie miało miejsce, wprawia mnie w dziwne odrętwienie. Mam pustkę w głowię, umysłową i emocjonalną.

Czy ja widziałam to wszystko naprawdę? Nie, na pewno nie. Na sto procent nie. Oczywiście, że nie. Zdecydowanie nie. Przeżywam teraz najsilniejszą fazę wyparcia zdarzeń, których nie mogę zaakceptować. Nadal cała się trzęsę ze strachu. Nie potrafię tego opanować. Nie potrafię też unormować oddechu.

W całym swoim życiu tak się nie bałam. Tak naprawdę to jestem bardziej niż przerażona. Silny uścisk wokół mojej talii momentalne mnie rozbudza. Ciepły oddech na moim policzku świadczy o tym, że ten drugi się pochyla i teraz on jest niebezpiecznie blisko. Znów owiewa mnie zapach męskich perfum, równie intensywny, jednak zupełnie inny. Przyjemny, świeży, rozpraszający i hipnotyzujący. Nie o tym powinnam teraz myśleć! Mam przed sobą trupa, a za sobą X-Mena. Musiałam mieć coś w drinku i teraz doznaję halucynacji. Nie, to nie może dziać się naprawdę. Musi istnieć logiczne wyjaśnienie: przywidziało mi się, śnię, mam objawy schizofrenii… Cokolwiek, proszę! On mnie zabije, tak jak jego! Umrę… Mój rozdzierający krzyk rozbrzmiewa dookoła, zanim zdołam pomyśleć. I już w kolejnej sekundzie stoję przypierana do zimnego muru jakiegoś budynku. Ręka mężczyzny delikatnie napiera na moje usta. Nie na tyle, by zrobić mi krzywdę, ale na tyle, by stłumić dźwięk. Stoi przede mną, blisko, blokując mi drogę. Wzrok mam utkwiony na wysokości jego klatki piersiowej, nie mam odwagi spojrzeć mu w oczy. W głowie nadal mam obraz tamtych szkarłatnych oczu. Wpatruję się w jego nie do końca zapiętą, czarną, skórzaną kurtkę. Nie jest trudno zgadnąć, że chowa idealne mięśnie. Ma szerokie ramiona, naprawdę szerokie. Co w innych okolicznościach byłoby cholernie seksowne, ale obecnie jest cholernie niepokojące.

– Zwariowałaś? Nie krzycz!

Słyszę zdecydowanie w jego głosie, ale choć ma chłodną barwę, nie wydaje się przerażający.

– To całkiem możliwe, czuję się jak wariatka – szepczę, nie podnosząc wzroku. Niepokój szarpie mną od środka. Nie wiem, jak mam się zachować. Chciałabym się zapaść pod ziemię.

Ciepła dłoń na moim podbródku zmusza mnie do uniesienia głowy i moje spojrzenie napotyka jego. Jasnobrązowe oczy obserwują mnie intensywnie, ale pozostają zdystansowane, zimne, odległe. Jednocześnie zniewalające i głębokie. Magiczne, inne. Zupełnie inne niż… Niż wszystkie.

– Intensywność, z jaką na mnie patrzysz, zdecydowanie wpływa pozytywnie na moje ego, i bardzo chciałbym pozwolić ci cieszyć moim widokiem twoje piękne oczka, ale nie mamy na to czasu. Za chwilę ktoś znów spróbuje cię zabić.

Wzdrygam się, nie panując nad napadem lęku, jaki wywołują jego słowa, i szybko odwracam wzrok.

– Przepraszam, nie jestem do tego przyzwyczajony. – Uśmiecha się, a jego twarz wygląda jeszcze bardziej niesamowicie. Teraz nie wydaje się już tak daleki. Jest idealny i nie jest normalny.

– Do czego? – pytam zduszonym głosem. Niepewnie śledzę wzrokiem jego rysy. Będziesz mi się śnił po nocach.

– Do bycia niańką, księżniczko. Zazwyczaj robię coś zupełnie innego i naprawdę musimy stąd iść.

Łapie moją dłoń i ciągnie w stronę ulicy, ale się opieram.

Dokąd niby mam z nim iść? Nie potrafię się zmusić nawet do jednego kroku. Wraca do mnie wzrokiem i potrząsa głową.

– Nie mamy na to czasu. Wiem, że jesteś zdezorientowana i przerażona, ale uratowałem ci życie, więc chyba możesz mi zaufać?

Zaufać? Szczerze mówiąc, zaufanie jest ostatnią rzeczą, jakiej powinien ode mnie oczekiwać. Nie mam jednak zamiaru mu tego mówić. Po tym, co dzisiaj widziałam, wiem, że zdecydowanie nie chcę go denerwować. Za to bardzo chcę uciec, jak najdalej od niego i więcej go nie spotkać, ale tego też decyduję się mu nie zdradzać. Na pewno nie ma mowy o zaufaniu. On kogoś zabił. Ktokolwiek to był, został zamordowany na moich oczach. Nie potrafię wyprzeć tych wizji ze świadomości. Napieram jeszcze mocniej na zimną ścianę i obejmuję się ramionami. Drżę z zimna i strachu. To zbyt wiele jak na jedną noc. To za dużo jak na całe życie. On podchodzi znów znacznie za blisko i chwyta moją twarz w dłonie. Automatycznie wstrzymuję oddech, a moje ciało napina się gwałtownie. Nie pozwala mi na zerwanie kontaktu wzrokowego.

– Posłuchaj, nie zrobię ci krzywdy. Obiecuję, że wszystko ci wytłumaczę, odpowiem na każde, nawet kompletnie idiotyczne pytanie, jakie powstanie w twojej główce, ale nie tutaj i nie teraz. Naprawdę staram się być cierpliwy i miły. Rozumiem, że jesteś w szoku, ale jeżeli nie ruszysz się dobrowolnie, to cię uśpię i zabiorę nieprzytomną. To naprawdę nie stanowi dla mnie problemu, i nie mówię tego, żeby cię przestraszyć. Daję ci wybór, bo wiem, że nic, co się wydarzy w twoim życiu, nie jest twoją winą. Chcę ci pomóc, co bardzo rzadko mi się zdarza, więc doceń to – mówi, akcentując każde słowo. Bierze głęboki wdech, jakby zmęczony swoim wywodem. – Proszę – szepcze i wyciąga w moim kierunku dłoń.

Obserwuje mnie, jakby badał, czy jego słowa osiągnęły zamierzony efekt. Przenoszę wzrok z jego twarzy na dłoń i z powrotem. Nie mogę z nim iść, boję się. Nie znam go i mu nie ufam. Na dodatek nie rozumiem nic z tego, co do mnie powiedział. Jestem wyczerpana i naprawdę nie wiem już, co zrobić. Jak postąpić, żeby się nie narazić. Nie potrafię o tym myśleć. Nie chcę myśleć.

– Nie, nie mogę, to się nie dzieje. Musiałam… – Milknę, czując wokół skroni ciepło pochodzące z jego rąk. Robi to tak szybko, niemal niezauważalnie. Dostrzegam jasnopomarańczowe światło emitowane przez jego dłonie. To ciepło jest takie przyjemne. Kuszące i uspokajające. Nagle robię się senna i nie potrafię z tym walczyć, powieki same opadają, mimo że tego nie chcę. Zanim odpływam, słyszę jeszcze jedno zdanie:

– Wiedziałem, że będą z tobą kłopoty.

*

Jack

Wiedziałem, że od Diamentowej Pełni będzie dla mnie łatwo wyczuwalna. Dla mnie i dla każdego Lamandi oraz Temena. Pierwszy Temen kilka godzin temu próbował ją zabić. I było oczywiste, że nie poprzestaną na tym ataku. Wiem, że gdybym zaprowadził ją do Beliari, byłaby tam bezpieczna i nie mogłaby zostać do niczego zmuszona. Nie bezpośrednio, ale każdy ród wmówiłby jej wszystko, byle zagrała na ich zasadach. Ani Temeni, ani Lamandi nie zamierzali odpuścić, ale Beliari zapewniało ochronę. A ona potrzebowała ochrony do czasu inicjacji, i coś mi mówiło, że po też będzie jej potrzebna. Oddanie jej do azylu mija się jednak z moim celem. Mam własny plan i nijak ma się on do zamiarów czystych plemion.

 

Przenoszę wzrok na śpiącą dziewczynę. Miała pecha, że Diamentowa Pełnia wypadła w takim momencie. Mogła mieć może szesnaście lat, była nieświadoma tego, co ją czeka, i choćby chciała, nie mogła się z tego wycofać, a jeśli spróbuje, zginie. Muszę jej pomóc, tyle tylko, że zwykle kiepsko mi to wychodzi. Nigdy nie nadawałem się na opiekuna, nie potrafię dawać rad i być wyrozumiały. Teraz powinienem znaleźć sposób, żeby sobie te cechy zaszczepić, bo wprowadzanie jej w całkiem nowy świat nie będzie łatwym zadaniem. Zawsze stroniłem od obu plemion, trzymałem dystans. Teraz muszę opuścić bariery przed nastolatką, a przynajmniej sprawić, by w to uwierzyła. Wodzę wzrokiem po jej twarzy. Jest stuprocentową Lamandi – śliczna, delikatna, rozprzestrzenia swoją świetlaną aurę. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ja znam to lepiej niż ktokolwiek. Światło Lamandi bywa zwodnicze, nie przesądza o czystości duszy ani o zdolności czucia. Doskonałym tego dowodem jest pewna kobieta, która od zawsze przewija się w moim życiu. Ona jest Lamandi, a mimo wszystko potrafi mnie tylko nienawidzić. Jak nikt inny. Żaden Lamandi nie powinien odczuwać nienawiści. Ona chyba o tym zapomniała. I choć wiem, że to już nie ma znaczenia, blizna została. Zabawne, że ja jestem tym złym, Wyklętym, a Lamandi, świadoma podłości swoich czynów i pozbawiona jakichkolwiek wyrzutów sumienia, jest nadal wzorem cnót i dobra. Nie wiem, jakim cudem zdobyła miano najczystszej istoty Słońca. Chyba dzięki wrodzonej zdolności spiskowania.

Delikatny szelest ciemnoniebieskiej satynowej pościeli rozprasza moje myśli. Podnoszę wzrok i napotykam spojrzenie żywych błękitnych oczu. Niezwykłych, pięknych. Nie wiem, dlaczego nie mogę się powstrzymać od wpatrywania się w nie. Ma najpiękniejsze oczy, jakie widziałem. Najdziwniejsze jest to, że nie patrzy na mnie z lękiem. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Może nadal jest w szoku. Obserwuję, jak jej mała, blada dłoń przesuwa się wzdłuż łóżka do zaspanej, nieobecnej twarzy. Odgarnia kosmyki ciemnych, długich loków i przeciera oczy, jakby próbowała się dobudzić. Wygląda jak mały, bezbronny aniołek. Zaspana, z włosami w nieładzie, porozrzucanymi na ciemnej, błyszczącej poduszce. Przekręca się w moją stronę, szczelniej okrywając kołdrą i znów zamyka swoje cudowne oczy. Nie wiem, czy mijają sekundy, czy minuty, kiedy śledzę wzrokiem jej spokojną twarz, czekając, aż znowu je otworzy. Chcę je znów widzieć, co jest absurdalne, ale przecież jest Lamandi, a one budzą właśnie takie uczucia i potrzeby. Wwiercają się w tę najgłębszą i najczulszą część ciebie w ułamek sekundy i stają się powodem twoich pragnień, lęków, a na końcu agonii. Trwałej, niewyobrażalnie potężnej, wiecznej. Kiedy znów na mnie patrzy, uśmiecham się delikatnie. Muszę i chcę dać jej poczucie bezpieczeństwa.

– Dzień dobry, śpiąca królewno – mówię pogodnie. Podchodzę do ciemnych zasłon, żeby wpuścić światło do pokoju. Chociaż nie widzę jej twarzy, wiem, że nie spuszcza ze mnie wzroku. Powoli odwracam się w jej stronę, ale kiedy znów napotykam jej spojrzenie, jest ono przepełnione nieomal namacalnym niepokojem. Chciałbym, żeby znowu patrzyła na mnie tak, jak po przebudzeniu, ale rozumiem, że czuje się zagubiona. Lepiej niż ktokolwiek wiem, że jej strach wobec mnie jest uzasadniony, i to bardzo. Nie należę do tych dobrych i nigdy nie będę. Ona nie mogła o tym wiedzieć, ale może nieświadomie to wyczuwała. W końcu jest istotą Światła, ma ich dary, a instynkt samozachowawczy nie wymaga inicjacji. Mądra dziewczynka. Bardzo powoli stawiam krok w jej kierunku i obserwuję jej reakcję. Unoszę dłonie do góry, ale tego już nie może zauważyć, bo chwilę potem wyskakuje z łóżka i biegnie w stronę drzwi. Szarpie je przez chwilę, jakby miała nadzieję, że jednak się otworzą. Nic z tego. Odwraca się w moją stronę i przyciska plecy do ściany, jakby chciała się w niej ukryć. Stoję w miejscu, żeby jej nie wystraszyć. Nie bardzo wiem, co jeszcze mógłbym zrobić. Nie ona jedna jest po raz pierwszy w takiej sytuacji.

– Musimy porozmawiać, nie skrzywdzę cię – odzywam się najdelikatniej, jak potrafię.

– Nie, chcę stąd wyjść, wypuść mnie. – Ma głos przepełniony lękiem, a ja nie mam pojęcia, jak go ułagodzić. Jej źrenice są rozszerzone, a ciało się trzęsie. Naciska na ścianę z taką siłą, że jestem pewien, że odczuwa ból. Brawo, stary. Co teraz?

– Przykro mi, nie mogę. Musisz mnie wysłuchać.

Siadam na brzegu łóżka, dając jej do zrozumienia, że nie zamierzam naruszać jej bezpiecznej przestrzeni.

– Jeśli mnie nie wypuścisz, będę krzyczeć – grozi łamiącym się głosem.

Widzę bezradność w jej pięknych oczach i jestem dziwnie poruszony. Z niewytłumaczalnych powodów – może dlatego, że jest mi jej żal. Może dlatego, że jest w sytuacji bez wyjścia, a ja wiem, jakie to beznadziejne. Może dlatego, że jest Lamandi – jestem gotowy zrobić niemal wszystko, żeby ta bezsilność zniknęła.

– Jeśli zaczniesz krzyczeć, będę musiał cię znowu uśpić, a w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Muszę ci wyjaśnić pewne rzeczy. Obiecuję, że jeśli porozmawiamy, pozwolę ci wrócić do domu i nie stanie ci się krzywda – tłumaczę łagodnie.

Przygląda mi się uważnie, ale nie mogę wyczytać z jej twarzy niczego poza niezdecydowaniem i strachem. Wiem, że walczą w niej setki uczuć, co jest normalne po nocnych przeżyciach i dzisiejszym poranku. Jej spięta sylwetka osuwa się po ścianie na podłogę. Kieruje swoje spojrzenie na zaciśnięte, drżące dłonie. Ten widok jest dla mnie niemal bolesny.

– To, co się wydarzyło w nocy… To była prawda?

Niepewnie podnosi swój spanikowany, smutny wzrok. Kiwam lekko głową, wiem, że to wystarczy. Muszę dać jej chwilę, żeby to sobie poukładała. To dopiero początek nieźle pokręconej historii, w którą została uwikłana.

– Dlaczego on chciał mnie zabić? – szepcze, przyciągając kolana do piersi i bardzo mocno obejmując je rękami. Patrzę na nią przez moment w ciszy. Nie sądziłem, że tak trudno będzie mi o tym mówić.

– Bo tylko ty możesz zdobyć coś, co mogłoby im bardzo zaszkodzić.

Rozsiadam się swobodniej, zadowolony, że zaczęła ze mną rozmawiać. To jakiś początek.

– Oni? To znaczy, że jest ich więcej i znowu będą próbowali mnie zabić?

Słysząc emocje w jej głosie i tak wyraźną prośbę, żebym zaprzeczył, malującą się na jej twarzy, nie wiem, jak mam jej to powiedzieć. Może faktycznie powinienem poprosić o pomoc któregoś z Enoktem. Oni się do tego nadają, ja niekoniecznie. Zrezygnowany, łapię ciężko oddech i przeczesuję dłonią i tak potargane włosy. Udawało mi się wybrnąć z gorszych sytuacji. Dam radę.

– Tak, jest ich więcej, ale nie musisz się martwić, nie pozwolę, by cię skrzywdzili. – Wkładam w te słowa tyle ciepła i przekonania, ile potrafię. Mam nadzieję, że mi uwierzy, bo takie właśnie są moje zamiary – chronić ją. Potrząsa głową na znak, że zrozumiała, ale widzę, że nie jest przekonana. Chyba po prostu boi się powiedzieć coś niewłaściwego. Zabawne, ale ja też się tego boję. Nigdy nie miałem zdolności empatii. Może mała Lamandi jakoś mi ją włączyła.

– Jak to możliwe, że on i ty… robiliście te dziwne rzeczy? Dlaczego paliła mnie skóra, kiedy mnie dotknął? – Jąka się. Wygląda na całkowicie zagubioną. Wędruje po mnie wzrokiem i jestem pewien, że sama szuka logicznego wyjaśnienia, ale logika nie ma tu zastosowania.

– To jeden z wrodzonych darów Temenów. Jest ich wiele i nigdy nie wiadomo, jakie umiejętności posiądą. Nie wiem, od czego to zależy.

Delikatnie wzruszam ramionami.

– Temenów? – szepcze, lekko unosząc brwi. Nie ma pojęcia o moim świecie. To będzie naprawdę trudne zadanie.

– Po twojemu są oni czymś w rodzaju demonów – mówię trochę niepewnie. Obawiam się, że moje słowa znów ją spłoszą.

– Demonów? To niemożliwe, one nie istnieją.

Jest tego tak pewna, że słyszę w jej głosie nutkę kpiny. Wcale mnie tym nie zaskoczyła. Przynajmniej się nie wystraszyła. Wiem, że pewnie ma mnie za wariata i gdybyśmy zamienili się miejscami, ja postrzegałbym ją tak samo. Niech cały Oktarion szlag trafi! Chciałbym mieć to wszystko już za sobą, a z drugiej strony tak długo czekałem na ten moment. Tyle tylko, że wszystkie scenariusze tej sytuacji, jakie sobie ułożyłem, przebiegały znacznie łatwiej niż to, co ma miejsce w rzeczywistości. Cóż za niespodzianka. Zawsze tak jest.

– Istnieją i chcą cię skrzywdzić, dlatego musisz mi zaufać i pozwolić być blisko – wyjaśniam.

Po moich słowach wstaje tak szybko, że w pierwszej chwili nie wiem, co zamierza zrobić, ale ona znów napiera na te cholerne drzwi, chcąc je otworzyć. To będzie trudniejsze, niż myślałem. Zrezygnowany podchodzę do niej i odwracam ją w swoją stronę. Czuję, jak jej ciało znów zaczyna drżeć. Chcę pochwycić jej wzrok, ale robi wszystko, by na mnie nie patrzeć. Na siłę nic nie osiągnę.

– Dobrze, mogę powiedzieć, że nie istnieją, jeśli tego potrzebujesz, i czekać, aż kolejny atak Temena przekona cię, że jednak są prawdziwi i prawdziwie krzywdzą – kontynuuję ostrzej, niż zamierzałem. Świetnie ci idzie, kretynie. Cofam się o krok, nie chcąc jej bardziej przerazić. Wiem, że przesadziłem. Nie powinienem był tego mówić. Naprawdę jestem w tym do dupy.

– Chcę iść do domu… Proszę… Pozwól mi iść do domu.

Rozpacz i błaganie wyryte w jej głosie niemal palą mnie od środka. Delikatnie unoszę jej twarz i dostrzegam w jej oczach łzy. Smutek, jaki mnie ogarnia, kiedy pierwsza spływa po jej bladym policzku, coś we mnie łamie. Nigdy nie było mi tak przykro z powodu żadnego Lamandi, ale ona nie jest jak oni, nie ma o nich pojęcia. I wpatrując się w jej twarz, wiem, że nie jest to tylko zaszczepiona reakcja na ból tych istot, bo z tym już dawno sobie poradziłem. Bardziej współczuję niektórym Temenom niż większości Lamandi, ale ona nie jest jeszcze zniszczona, zmanipulowana i zepsuta. I nie chcę, żeby kiedykolwiek była. Delikatna, krucha, wrażliwa, bezbronna, nieświadoma, prawdziwa. Te wszystkie określenia pasują do niej idealnie. I oby zawsze tak było. Mogę jej pomóc tego dokonać. Mogę nie pozwolić wpłynąć Lamandi na tę małą istotkę, a co najważniejsze – chcę tego. Nie pozwolę im jej zniszczyć. Uśmiecham się do niej delikatnie.

– Dobrze, odwiozę cię do domu – zgadzam się. Widząc, że otwiera usta, żeby najprawdopodobniej zaprzeczyć, szybko chwytam swoją kurtkę. – Nie, nie pozwolę ci wrócić samej, to nie podlega dyskusji.

Zbliżam się do niej.

– Pojedziesz ze mną i obiecasz, że zadzwonisz, jeśli wydarzy się cokolwiek, co cię zaniepokoi – dodaję.

Patrzę na nią przez chwilę, czekając na potwierdzenie, ale milczy w całkowitym bezruchu. To zupełnie nie dla mnie.

– Tak? – upewniam się cierpliwie, nie spuszczając z niej wzroku. Kiedy kiwa ledwie zauważalnie głową, znów się uśmiecham i zapisuję jej swój numer na kartce. Widzę, jak sięgając po nią, uważa, żeby mnie nie dotknąć, a potem wsuwa kartkę do kieszonki w torebce. Otwieram jej drzwi, ale ona już na mnie nie patrzy.

Rozdział drugi

Eli

Wcale nie było łatwo. Nie było łatwo wytłumaczyć rodzicom, dlaczego nie odbierałam telefonu. Nie było łatwo nie rzucić się biegiem, kiedy w końcu mogłam wysiąść z samochodu tego dziwaka. Nie było łatwo zachować pozory normalności po wydarzeniach zeszłej nocy. Nie było łatwo uciec od prześladujących nieskładnych wspomnień. Nie było łatwo udawać, że nie stało się to, co się stało. To chyba najgorszy dzień mojego życia. A ten świr zna teraz mój adres. To zdecydowanie najgorszy dzień w życiu. Po gorącej kąpieli, która miała być rozluźniająca, ale nie była, robię wszystko, żeby się odciąć od świata. Nie myśleć. Po kilku minutach wpatrywania się w swoje odbicie w lustrze chwytam telefon i szybko wysyłam wiadomość do Demi z prośbą, żeby przyszła. Sama nie wiem, kiedy cała moja złość na przyjaciółkę za wczorajszy wieczór przestała mieć znaczenie. Teraz bardzo jej potrzebuję. Wsuwam się pod koc na łóżku i próbuję skupić na jakimś serialu telewizyjnym, ale nie potrafię. Mam wrażenie, że zwariuję, jeśli to wszystko się nie wyjaśni. Walczę sama ze sobą. Nie mam pojęcia, co się dzieje. Mimowolnie przypominam sobie wszystkie zdarzenia dzisiejszej nocy. Nie potrafię wyjaśnić ogromnego bólu nadgarstka, wywołanego dotykiem napastnika. Koloru jego oczu, ran jak po oparzeniach na jego skórze, kiedy ten drugi mężczyzna zaledwie uniósł dłoń, ani jego śmierci. Nie żyje. Umarł. Ta myśl co chwilę powraca do mojej głowy. Zrzucając z siebie koc, w przypływie strachu, podchodzę do okna i rozglądam się dokładnie. Nie widzę nic niepokojącego. Zdążyłam powtórzyć ten bezsensowny odruch już ze sto razy. Jeszcze chwila i popadnę w obłęd. Znów ukrywam się pod kocem. Był szalony, na pewno. Może przestał brać leki. Może ja też już zwariowałam, jeśli widzę coś, czego nie ma. Nie ma. Oddycham uspokajająco.

– Nie ma – powtarzam na głos. Tak, jest ich więcej… Za chwilę ktoś znów spróbuje cię zabić… Po twojemu są oni czymś w rodzaju demonów…

– Nie, demony nie istnieją! – krzyczę. Nie mogą chcieć mnie zabić, bo nie istnieją. Nienawidzę własnych myśli. Zdejmuję dżinsową kurtkę z oparcia fotela i wyjmuję z kieszonki małą karteczkę. Niepewnie rozwijam papier, wpatruję się w niego przez jakiś czas. Wyjmuję z szuflady biurka czarną zapalniczkę i wzniecam płomień, gasząc go w następnej chwili. Niezdecydowana przygryzam dolną wargę i znów patrzę na liścik. „Nie bądź żałosną idiotką. Spal tę pieprzoną kartkę. Nie odpowiadasz za to, że facet ma urojenia”. W kolejnej chwili zwitek pochłania ogień. Nie tak pięknie błękitny jak ten, który widziałam wczoraj. „Nie. Przestań”. Sfrustrowana własnymi myślami, zaciskam pięści.

– Nie widziałam, bo błękitny ogień nie istnieje – powtarzam znów. Wystraszona nagłym pukaniem, aż podskakuję na łóżku. – Paranoiczka – szepczę pod nosem. – Właź i nie udawaj dobrze wychowanej. – Zerkam na drzwi, ale nawet nie drgną. Zamiast tego rozlega się ponowne pukanie, tylko tym razem znacznie głośniejsze, jakby ktoś kopał w drzwi. Marszczę brwi zdezorientowana. Przysięgam, że ją trzasnę. Gwałtownie otwieram drzwi.

– Popieprzyło cię? – pytam głośno. Nie oglądając się, ponownie wskakuję pod koc.

– Nie pukałam, żeby dostać zaproszenie, ale dlatego, że jeśli jeszcze nie zauważyłaś, mam zajęte ręce – tłumaczy przesłodzonym głosem. Natychmiast odwracam głowę i widzę na twarzy mojej przyjaciółki przebiegły uśmiech.

– Łapówka za wczoraj – dodaje z entuzjazmem, potrząsając energicznie dwiema porcjami gorącej czekolady. Przez jej niewinną minę, ale głównie przez wielki kubek gorącej pyszności wyciągnięty w moją stronę, zaczynam śmiać się głośno i kręcąc głową z niedowierzania, chwytam brązowy kubek. Mogłam być zła za wczoraj, ale tak naprawdę już się przyzwyczaiłam do takich sytuacji. Myślę, że ona wie, że wściekam się tylko w pierwszej chwili, i dlatego tak często mnie wystawia.

– Łapówka zaliczona – mruczę zadowolona i zanurzam usta w swoim ulubionym smakołyku. Powinnam się domyślić, że tak będzie.

– Wiem, że jesteś na mnie zła, że tak wczoraj zniknęłam, ale poznałam kogoś i jakoś tak wyszło – wyjaśnia, ale w jej głosie nie ma skruchy.

Prycham tylko. Wcale nie jestem zaskoczona jej słowami. Takie zajście przerabiałyśmy już kilka razy i nie wiem, po co znów mi to mówi. Uśmiecham się do siebie, przesuwam się na łóżku i odkrywam część koca. Chwilę później obie leżymy, delektując się deserem.

– Więc powiesz coś? Wiem, że jesteś na mnie wściekła – ponagla mnie.

Patrzę w zielone oczy Demi i szczerzę się sugestywnie.

– Powiem, że dokładnie wiem, co wam tam wyszło – droczę się, rozbawiona. Poruszam specyficznie brwiami, a sekundę później czuję uderzenie w ramię. Twarz mojej przyjaciółki mówi wszystko. – Wiedziałam, puściłaś się z jakimś nieznajomym na imprezie – kontynuuję, śmiejąc się. Demi próbuje udawać oburzoną, ale kiedy słyszy mój śmiech, chyba się domyśla, że kiepsko jej to wychodzi. Powinnam zacząć się z nią zakładać o to, że kiedy pójdziemy na zabawę, znów spotka kogoś, komu nie będzie w stanie się oprzeć.

– Wcale się nie puściłam, to była jedna noc bez zobowiązań – podkreśla, siląc się na gniewny ton.

– Inaczej można to tak nazwać – rzucam od niechcenia. Mój uśmiech pała niewinnością i znów czuję ból w ramieniu. Naprawdę bardzo ją kocham. A dziś kocham ją szczególnie mocno za to, że potrafi choć w pewnym stopniu odegnać złe myśli. Właśnie taka jest moja często irytująca, ale i cudowna przyjaciółka.

– Nie jestem łatwa – stwierdza, udając urażoną, czym jeszcze bardziej mnie rozbawia. Mam ochotę ją wkurzyć w zemście za wczoraj i powiedzieć, że święta też nie, ale się powstrzymuję. Właśnie tego potrzebowałam. Kumulujące się we mnie napięcie trochę odpuszcza. Nie całkiem, ale to i tak bardzo mi pomaga.

– Dobrze już, opowiadaj, jaki był – dopytuję się entuzjastycznie. Mrugam do niej. Doskonale wiem, że jeśli Demi pozna kogoś, to musi się nim trochę pozachwycać. A ja muszę się zachwycać razem z nią.

– Ma na imię Mark, jest przystojny, seksowny i trochę władczy, ale to mnie kręci.

Niemal od razu nasuwa mi się pytanie: czy w łóżku też był władczy? Moja sukowata strona ma dzisiaj dobry nastrój. Chyba muszę się jakoś wyżyć i wyładować nagromadzone od wczoraj emocje, ale nie na Demi.

– Niesamowicie mi się z nim rozmawiało, naprawdę. Spędziłam miły wieczór i jeszcze milszą noc. Cóż, jeśli mam być szczera, to w łóżku spisał się na sto jeden procent – chwali się, zadowolona. Fascynujące! Kiwam tylko głową, by nie gasić jej zapału. – Może się jeszcze z nim spotkam. A ty? Poznałaś kogoś? – pyta, skupiając na mnie całą uwagę. Mimowolnie się krzywię. Co mam powiedzieć? Owszem, psychopatę, który chciał mnie zabić oraz psychopatę, który mnie uratował i próbował przekonać, że znów ktoś spróbuje mnie zabić. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że będą to demony. Sumując bilans wieczoru, wychodzi dodatni jak cholera! Frustracja znów się we mnie nawarstwia i mam ochotę w coś uderzyć. Wypuszczam uspokajająco powietrze.

– Nie, nikogo szczególnego, ale cieszę się, że twój wieczór się udał.

Wymuszam uśmiech, a minę mojej przyjaciółki mogę przełożyć na słowa: I to jak!

*

Jack

Wchodząc do baru, rozważam wszystkie opcje, jakie mogłyby mi pozwolić na zbliżenie się do tej małej, ale jest wystraszona i cholernie uparta, więc jedyne, co mogę teraz robić, to pilnować jej bez jej wiedzy. Muszę czekać, aż sama mnie zaakceptuje, i chociaż to nie jest mi na rękę, postanawiam spróbować. W końcu jest moją jedyną szansą i nie zamierzam jej stracić.

 

Rozglądam się po wnętrzu w poszukiwaniu znajomej twarzy. Gdy dostrzegam Granda, ruszam w jego stronę. Na drewnianym stoliku czeka już na mnie butelka piwa. Zajmuję miejsce naprzeciwko przyjaciela i jak się spodziewałem, od razu zostaję zbombardowany pytaniami.

– Czyli znalazłeś ją. I co, jaka jest? – wyrzuca charyzmatycznie. Ciekawość i ekscytacja w jego głosie trochę mnie rozluźniają. Cały dzień chodzę spięty i pilnuję domu dziewczyny, wiedząc, że nie poradzi sobie, kiedy nastąpi kolejny atak, a nastąpi na pewno, i to szybko. Rozumiem entuzjazm Granda, sam też byłem dziwnie poruszony, kiedy ją spotkałem. W końcu jest wyjątkowa. Wszyscy z Beliari czekali na nią od wieków. I jest Lamandi, a oni mają w sobie to coś, co sprawia, że chcesz być blisko i chcesz, by oni byli blisko ciebie. Ja też to czuję. Tyle tylko, że bardzo dawno zobojętniałem na uczucia względem istot Światła. Zwalczyłem to i wiem, że nic się nie zmieniło, bo kiedy ostatnio poszedłem do Beliari, czułem to samo co zwykle – nic. Chociaż otaczały mnie setki Lamandi, wcale nie odczułem potrzeby ich bliskości czy chęci zapewnienia im bezpieczeństwa ani niewytłumaczalnego przywiązania, mimo że widziałem Lamandi pierwszy raz na oczy. Niestety przy niej to się nie sprawdzało. Czuję wszystko to, co poczułby każdy z Beliari w jej obecności. Nie pomaga nawet to, że jestem w połowie Temenem. Jest niewinna, delikatna, słodka… i bardzo młoda. Nie mogę powstrzymać ukłucia rozczarowania, jakie wywołuje we mnie ta myśl. Gdyby nie była tak młoda, mógłbym… Nie, nie mógłbym! Opanuj się, stary, jeszcze chwila, a przy następnym spotkaniu będziesz się do niej łasił jak szczeniak proszący o odrobinę uwagi. To tylko cholerne Dziecko Słońca! Biorę dwa duże łyki piwa i skupiam swoją uwagę na przyjacielu.

– Jest przerażona, skołowana i ma mnie za wariata, po tym jak próbowałem jej wszystko wyjaśnić. – Moje słowa toną w rezygnacji i zmęczeniu. Zaciskam palce na butelce. Przed oczami co chwilę przemyka mi wspomnienie jej zlęknionej twarzy. Wiedziałem, że będzie się bała, nie wiedziałem, że będę czuł chęć wyeliminowania tego strachu za każdą cenę. Im dłużej pozostaje nieświadoma, tym bardziej jest narażona.

– To normalne, żyła wśród ludzi i tylko ten świat akceptuje jako istniejący – odpowiada spokojnie Grand.

Wiem o tym doskonale i współczuję jej na myśl, co będzie musiała przejść. Sam poznałem ten świat chyba od najgorszych stron.

– Wiem, ale dokładnie zdajesz sobie sprawę, jaka jest stawka, nie mogę sobie pozwolić na błędy i stratę czasu – przypominam sfrustrowany. Teraz, jak w kalejdoskopie, przez głowę przebiegają mi same negatywne myśli. Zawsze kiedy mi na czymś zależy, naprawdę się staram zrobić wszystko dobrze. Zawsze też dzieje się coś, co sprawia, że w końcu wychodzi dokładnie odwrotnie, niż miało. Może powinienem być bardziej stanowczy. Zmusić ją, żeby mnie wysłuchała, a nie odwozić do domu nieświadomą. Szlag! Pogratuluj sobie. Tym razem nie będzie jak zawsze. Nie będę mógł niczego powtórzyć. Ona jest jedyną szansą. Czekałem na nią ponad trzy i pół wieku. Nie spieprzę tego. Tym razem wszystko musi pójść dokładnie według planu!

– Po prosu jej pilnuj. To wystarczy, chce czy nie, będzie musiała w końcu uwierzyć, że to, co widziała, jest prawdziwe i jest jedynie namiastką tego, co ją czeka – oświadcza Grand niewzruszenie. A gdzie się podział mój pieprzony spokój? Grand chwyta swoją butelkę i patrzy na nią przez chwilę w zamyśleniu. Gdy podnosi wzrok, widzę na jego twarzy coś na kształt niezrozumienia. – Dlaczego jeszcze nie powiedziałeś o dziewczynie w Beliari?

Czuję, jak moje mięśnie napinają się samoistnie. Chłód przenika moje ciało. Mało jest takich momentów, kiedy nie wiem, co powiedzieć. Wiem tylko, że prawda nie wchodzi w grę. Zrobiłem wiele podłych rzeczy, ale nie sądziłem, że odsunę od siebie jedyną osobę, która mimo że zna moje najgorsze oblicze, jest dla mnie oparciem.

– Nie będę niczego ułatwiać nikomu z Beliari. I zanim powiesz, że Beliari byłoby dla niej azylem, zastanów się jeszcze. Wszyscy jej potrzebują, ale każdy na własnych warunkach. Ta dziewczyna utknęła w apogeum tej popieprzonej sytuacji. I nikt nie będzie tam dbał o jej dobro, tylko o własne. Właśnie dlatego jej potrzebują, dla własnego dobra, więc nie oddam jej do Beliari. – Mówię to znacznie ostrzej, niż powinienem, co nie umyka uwadze mojego przyjaciela. Rysy jego twarzy naznacza zaskoczenie, może nawet niedowierzanie. Świetnie, kurwa. Czuję na sobie jego przeszywający wzrok. Grand zna mnie dobrze, pewnie nawet lepiej niż ja sam. Co może oznaczać, że ton mojego głosu też zdradził mu więcej niż mnie, bo naprawdę nie umiem sobie wyjaśnić, dlaczego tak bardzo denerwuję się na myśl o tym, że ktoś może skrzywdzić małą Lamandi. Nie mam powodu, by się unosić. Ponownie podnoszę wzrok na mojego towarzysza. Co, do diabła, jest ze mną nie tak?

– Cieszę się, że jesteś taki zaangażowany, i chyba masz rację. Zresztą wiem, że z tobą będzie bezpieczna. Jeśli będziesz potrzebował wsparcia, wiesz, gdzie się zgłosić – odpowiada, wskazując dwoma kciukami na swoją pierś. – Najważniejsze jest, żeby dziewczyna zdobyła Kamień i oddała go Lamandi. Obiecaj, że tego dopilnujesz.

Nigdy chyba nie czułem się bardziej podle. Zaufanie, jakim darzy mnie Grand, jest w tej chwili niemal namacalne i dziwnie ciężkie. Wierzy we mnie po wszystkim, co zrobiłem. Więcej: wierzy, że jestem dobry. Gdyby tylko mógł poprzeć moje plany, wszystko byłoby znacznie łatwiejsze. Niestety, mój powiernik popiera w tej kwestii ród Lamandi, więc nie mam wyboru.

– Obiecuję – zgadzam się, i ani moja twarz, ani ton nie zdradzają tym razem żadnych emocji. Nie na zewnątrz. Nienawidzę się za to. Fala odrazy do samego siebie zalewa mnie od środka. Czuję się jak skończony sukinsyn. Jestem nim. Patrzę na towarzysza, który zadowolony podnosi i kieruje swoją butelkę w moim kierunku. Powoli robię to samo, aż obie zderzają się ze sobą delikatnie, wydając charakterystyczny dźwięk. Więc stało się. Okłamałem przyjaciela.

Rozdział trzeci

Eli

Jak długo można rozstawiać zastawę na stole? Według opinii mojej mamy – do osiągnięcia idealnego efektu. Cokolwiek to ma znaczyć w jej mniemaniu. Tkwi w salonie więcej niż trzydzieści minut, a miała tylko nałożyć obrus i rozłożyć naczynia i sztućce. Jak widać, niektórzy potrzebują na to naprawdę sporo czasu. Jeśli będzie to robić jeszcze dłużej, wszystkie dania ostygną i stracimy następne pół godziny na odgrzewanie. Wiem, że mama chce, żeby ta kolacja była wyjątkowa. Gdyby tak wyglądało przygotowywanie do posiłku każdego wieczoru, chyba dostałabym świra. Co prawda, pomaganie przy przygotowaniach odpędziło nieprzyjemne wizje, ale i tak nie potrafię o tym tak po prostu zapomnieć. Myśl o tym, że mój ojciec ma wyjechać na tydzień na jakiś kongres lekarzy, a mama akurat teraz musi odwiedzić swoją siostrę Chloe, żeby pomóc w przygotowaniach do ślubu, niespecjalnie napawa mnie optymizmem. Zostawałam już sama w domu, zresztą mieszkam w mieście i mam sąsiadów dookoła, ale wczorajsze wydarzenia sprawiły, że nie chcę być sama. Właściwie jedyną pocieszającą wiadomością było to, że tym razem mama przynajmniej zabiera ze sobą Cami – moją sześcioletnią siostrę. Gdybym musiała martwić się o jej bezpieczeństwo, chyba nie dałabym rady.

 

Podchodzę do okna w kuchni, rozglądając się w mroku. Jestem teraz emocjonalną pustką. Czuję się odrętwiała i wszystkie czynności wykonuję jak robot. Nie zasnę dzisiaj. Jeśli w ogóle jeszcze kiedyś zasnę, to będzie wielki sukces. Oddycham głęboko i od razu przechodzi mnie dreszcz, kiedy czuję dotyk małej, ciepłej dłoni na swojej. Chwilę mi zajmuje uświadomienie sobie, że to moja siostra. Odwracam się i kucam, żeby widzieć duże, niebieskie i – jak mi się wydaje – przepełnione rozbawieniem oczy Cami.

– Mama wreszcie skończyła nakrywać stół – mówi ze słodkim uśmiechem, a ja gratuluję jej w duchu. Widzę, jak moja mała siostra nachyla się do mnie i wykrzywia wargi. – Skończyłaby dawno, gdyby nie obracała tyle czasu tych talerzyków w miejscu – szepcze, a potem chichocze uroczo, co sprawia, że też się szczerze uśmiecham. Uwielbiam swoją siostrę. To znaczy, czasami jej nie znoszę, ale zawsze ją kocham. Chwytam jej małą dłoń i ruszamy do salonu.

– Brawo, mamo, ale jesteś pewna, że wszystko jest tak, jak powinno, może jeszcze się zastanów? – radzę miękko, uśmiechając się ironicznie. Wiem, że moja uwaga ją rozbawi. W zamian Jessica Whitemore patrzy na mnie karcąco, na co tylko potrząsam głową. Moja matka jest wspaniałą kobietą, jedyną jej irytującą cechą jest zamiłowanie do perfekcji. Naprawdę mnie wkurza, kiedy wszystko po mnie poprawia. Nie potrafiłabym przez dziesięć minut ustawiać jednego talerza. Nie lubię tracić czasu. Moja mama wręcz odwrotnie. W głowie już słyszę to zdanie, które powtarza mi codziennie: „Dziecko, trochę cierpliwości”. Układając usta w uśmiechu, zajmuję miejsce przy stole z celową gracją. Układam dłonie na stole. Prostuję plecy i odrzucam włosy na plecy z dumnym wyrazem twarzy. Krzesło obok mnie wybiera Cami, nadal się szczerząc. Jej chyba podobają się tego typu kolacje. Ja wolę jadać tak jak zwykle – w swoim pokoju, oglądając jakiś film.