Świadectwo kości - Dolores Redondo - ebook + książka

Świadectwo kości ebook

Dolores Redondo

4,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Trwa proces przeciwko Jasonówi Medinie, oskarżonego o gwałt i zamordowanie swojej pasierbicy. Podczas przerwy w rozprawie oskarżony popełnia samobójstwo w sądowej toalecie. Inspektor Salazar dowiaduje się, że Medina zostawił dla niej list zawierający jedno tajemnicze słowo: Tarttalo. Czy stanie się ono kluczem do rozwiązania mrożącej krew w żyłach zagadki?

Przesączona elektryzującym magnetyzmem, wstrząsająca książka, przy której nie można zasnąć. Fascynująca historia dla miłośników zagadek i tajemnic - "Qué Leer"

Trudno znaleźć innego autora, który rozpocząłby przygodę z thrillerem kryminalnym z podobną siłą i oryginalnością - "La Razón"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 653

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Itxusuria

Odnalazł miejsce pochówku dzięki bruździe, którą wyryła w ziemi kapiąca z dachu deszczówka. Ukląkł, z zanadrza wyciągnął ogrodniczą łopatkę z motyką i rozgrzebał zwartą powierzchnię ciemnej gleby, która rozpadła się na wilgotne, gąbczaste grudy wydzielające bogaty aromat drewna i mchu.

Ostrożnie rozkopywał grób, warstwę po warstwie, aż w głębi dołu dostrzegł ubrudzone ziemią poczerniałe strzępy przegniłej tkaniny.

Dalej grzebał już rękami, odsuwał na bok materiał, w którym nadal można było się domyślić zarysów niemowlęcego becika i który rozpadł się pod jego dotykiem, odsłaniając nawoskowane płótno otulające ciało. Sznurek zachował się niemal jedynie w postaci głębokich, wyraźnych wgłębień tam, gdzie przewiązano nim zawiniątko. Rozszarpał zmurszałe resztki i przeciągnął palcami po płótnie, szukając brzegu. Nie patrząc, wyczuł zgrubienie i włożył pod nie palce, po czym jednym gestem, jak nożem, rozerwał całun.

Dziecko leżało w grobie jak w kołysce, twarzyczką do dołu. Kosteczki były w dobrym stanie, podobnie jak płótno, choć one też zabarwione były ciemną glebą doliny Baztán. Jedną ręką przycisnął do ziemi ciałko – prawie zmieściło mu się w dłoni – a drugą bez trudu oderwał prawą rękę, łamiąc przy tym maleńki obojczyk. Towarzyszył temu słaby odgłos, jak ciche westchnienie dobiegające z grobu, jak skarga, że go pogwałcono. Nagle odsunął się, onieśmielony. Wstał, schował kości do kieszeni i po raz ostatni spojrzał na mogiłkę, a potem narzucił na nią ziemię nogami.

1

Duchota w siedzibie sądu była nie do wytrzymania. Opary unoszące się znad wilgotnych od deszczu ubrań mieszały się z oddechami setek ludzi kłębiących się na korytarzach przed salami rozpraw. Rozpinając żakiet, Amaia spostrzegła porucznika Paduę. Zamienił kilka słów z kobietą, która mu towarzyszyła, odprowadził ją do jednego z pokojów i zręcznie omijając oczekujących, podszedł, żeby się przywitać.

– Pani inspektor, cieszę się, że panią widzę. Jak się pani czuje? Zastanawiałem się, czy się tu pani dzisiaj zjawi – mówiąc to, spojrzał na jej brzuch.

Amaia położyła rękę na wypukłości, która jednoznacznie wskazywała na bardzo zaawansowaną ciążę.

– No cóż, na razie się trzymam. Widział pan matkę Johany?

– Tak, jest bardzo zdenerwowana. Czeka w środku, z rodziną. Przed chwilą uprzedzono mnie z dołu, że podjechał furgon z Jasónem Mediną – powiedział, kierując się do windy.

Amaia weszła do sali rozpraw i zajęła miejsce w jednej z tylnych ławek. Dobrze stamtąd widziała matkę Johany Márquez, w żałobnym stroju i o wiele chudszą niż na pogrzebie dziewczynki. Jak gdyby wyczuwając jej obecność, odwróciła się i skinęła głową w skąpym geście powitania. Amaia bez powodzenia spróbowała się uśmiechnąć i wpatrzyła się w bladą, udręczoną twarz, twarz matki, której nie udało się uchronić córki przed potworem, którego sama sprowadziła do domu. Sekretarz sądowy zaczął czytać na głos nazwiska uczestników rozprawy. Jego uwadze nie umknął skurcz, który przebiegł po twarzy kobiety, gdy padło nazwisko jej męża.

– Jasón Medina – powtórzył sekretarz. – Jasón Medina.

Do sali wpadł policjant w mundurze. Podszedł do sekretarza i wyszeptał mu coś do ucha. Potem nachylił się nad sędzią. Sędzia go wysłuchał, skinął głową, wezwał prokuratora i obrońcę, przekazał im krótką wiadomość i wstał.

– Posiedzenie zostaje odroczone do odwołania – powiedział i wyszedł z sali.

Matka Johany krzyknęła rozpaczliwie i odwróciła się do Amai, jakby to od niej żądała wyjaśnień.

– Nie, nie! Dlaczego?

Towarzyszące jej kobiety obejmowały ją i na próżno usiłowały uspokoić.

Jeden z policjantów podszedł do Amai.

– Inspektor Salazar, porucznik Padua prosi, żeby pani zeszła do podziemi.

Wychodząc z windy, zauważyła, że na korytarzu, przed drzwiami do łazienki, tłoczy się grupka umundurowanych funkcjonariuszy. Policjant, który jej towarzyszył, wpuścił ją do środka. Było tam już kilka osób. Jakiś policjant i konwojent opierali się o ścianę z pobladłymi twarzami. Padua zaglądał do jednej z kabin. Stał na brzegu kałuży krwi. Rozlewała się zza przepierzenia i jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. Gdy zobaczył Amaię, odskoczył na bok.

– Powiedział konwojentowi, że musi iść do łazienki. Miał kajdanki, ale jakoś zdołał poderżnąć sobie gardło. Wszystko stało się błyskawicznie. Policjant stał tuż obok, usłyszał rzężenie, otworzył drzwi, ale nic już nie mógł zrobić.

Amaia zrobiła krok do przodu, żeby popatrzeć. Jasón Medina siedział na sedesie z głową odrzuconą do tyłu. W jego szyi zionęła głęboka ciemna szpara. Przód koszuli był nasączony krwią. Wyglądało to tak, jakby miał na szyi makabryczny czerwony śliniak. Krew barwiła wszystko na swojej drodze i spływała na podłogę. Ciało było jeszcze ciepłe, odór świeżej śmierci zatruwał powietrze.

– Czym to zrobił? – spytała Amaia. Nie widziała żadnego narzędzia.

– Nożykiem do tapet. Wypadł mu ze słabnących rąk i wleciał do sąsiedniej kabiny – odparł Padua, popychając sąsiednie drzwi.

– Jak mu się udało go wnieść? To metal. Wykrywacz musiał go pokazać.

– To nie on go tu dostarczył, pani inspektor. Niech pani popatrzy – wskazał na nożyk – na rękojeści jest kawałek taśmy klejącej. Ktoś musiał się postarać, żeby go tu umieścić. Pewnie przykleił go za rezerwuarem, a Medina musiał tylko wyciągnąć go ze schowka.

Amaia westchnęła.

– A to jeszcze nie wszystko – dodał Padua. Był zdegustowany. – Z kieszeni marynarki wystawało mu to. – Ręką w lateksowej rękawiczce uniósł w górę białą kopertę.

– List samobójczy – zasugerowała Amaia.

– Niezupełnie. – Padua podał jej rękawiczki. – Koperta jest zaadresowana do pani.

– Do mnie? – zdziwiła się Amaia.

Włożyła rękawiczki i wzięła kopertę.

– Mogę?

– Oczywiście.

Klej ledwo trzymał i udało jej się otworzyć kopertę, nie rozdzierając jej. W środku był biały kartonik, a na nim, na samym środku, widniało jedno słowo: TARTTALO.

Poczuła w brzuchu nagły skurcz i wstrzymała oddech, żeby powstrzymać okrzyk bólu. Odwróciła kartkę, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś na odwrocie, i oddała ją Padui.

– Co to ma znaczyć?

– Myślałem, że pani mi to powie.

– Ale ja nie wiem, o co chodzi, poruczniku Padua. To dla mnie niezrozumiałe. – Amaia była zdezorientowana.

– Tarttalo to postać mityczna, prawda?

– No, tak… O ile mi wiadomo, to cyklop z mitologii baskijskiej. Cyklopów znali też starożytni Grecy i Rzymianie. Do czego pan zmierza?

– Pani rozpracowała sprawę basajauna, który też jest postacią mityczną, a teraz zabójca, który przyznał się do zabójstwa Johany Márquez i który podszywał się pod basajauna, żeby ukryć swoją zbrodnię, popełnia samobójstwo i zostawia list zaadresowany do pani, notkę o treści: Tarttalo. Niech pani przyzna, że to co najmniej dziwne.

– Zgadzam się. – Amaia westchnęła. – To dziwne, ale w swoim czasie ustaliliśmy bez najmniejszej wątpliwości, że to Jasón Medina zgwałcił i zamordował swoją pasierbicę, a potem w dość prymitywny sposób usiłował skierować podejrzenia na basajauna. Do tego przyznał się do winy i nie oszczędził nam szczegółowego opisu zbrodni. Sugeruje pan, że to nie on ją popełnił?

– Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to on – stwierdził Padua, patrząc z niechęcią na trupa. – Ale jest jeszcze ta sprawa amputacji i kości dziewczyny, które znaleziono w Arri Zahar, a teraz to… Myślałem, że pani będzie mogła…

– Nie. Nie wiem, co to znaczy ani dlaczego ten list napisał do mnie.

Padua odetchnął, ale nadal przyglądał jej się uważnie.

– Jasne, pani inspektor.

Amaia ruszyła do tylnego wyjścia. Nie chciała się natknąć na matkę Johany. Nie wiedziała, co mogłaby jej powiedzieć. Może tylko że wszystko się już skończyło albo że zbrodniarz jak szczur wymknął się na tamten świat, żeby ujść sprawiedliwości. Pokazała strażnikom służbową odznakę i ucieszyła się, że nareszcie opuszcza przygnębiający budynek sądu. Deszcz przestał padać i spoza chmur wyłoniło się ostre słońce, tak typowe dla Pampeluny. Raziło ją w oczy i wywoływało łzawienie. Grzebała w torebce w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych. Kiedy wybierała się do sądu, ledwo znalazła wolną taksówkę. Zawsze ich brakowało, gdy padał deszcz, ale teraz mieszkańcy miasta woleli się przespacerować i na postoju stała kolejka samochodów. Niezdecydowana zatrzymała się przy pierwszym z brzegu. Nie chciało jej się wracać do domu, z niechęcią myślała o Clarice kręcącej się wokół i bombardującej ją pytaniami. Od dwóch tygodni, od kiedy przylecieli jej teściowie, rytm domowego życia został poważnie zakłócony. Rzuciła okiem na zachęcające okna kawiarni naprzeciwko sądu, a potem popatrzyła w głąb ulicy San Roque, na drzewa w parku Media Luna. Obliczyła, że od domu dzieli ją półtora kilometra, i ruszyła pieszo. Jeśli poczuje się zmęczona, zawsze będzie mogła złapać taksówkę.

Kiedy zagłębiła się w park i zostawiła za sobą uliczny hałas, natychmiast poczuła ulgę. Świeży zapach mokrej trawy zastąpił smród samochodowych spalin. Odruchowo zwolniła i ruszyła wyłożoną kamieniami ścieżką, przecinającą doskonale przystrzyżony trawnik. Odetchnęła głęboko i bardzo powoli wypuściła z płuc powietrze. Co za koszmarny ranek, pomyślała. Jasón Medina, gwałciciel i zabójca pasierbicy, dokładnie pasował do profilu: tacy jak on popełniają samobójstwa w więzieniu. Na rozprawę czekał w pojedynczej celi i niewątpliwie przerażało go, że po wyroku mógłby trafić do wieloosobowej. Pamiętała go sprzed dziewięciu miesięcy, z przesłuchań w związku ze sprawą basajauna, kiedy, skulony jak szczur pod miotłą, zalewając się łzami, przyznawał się do popełnienia kolejnych okropności.

Choć były to dwie odrębne sprawy, porucznik Padua z Gwardii Cywilnej poprosił ją, żeby wzięła udział w przesłuchaniach, gdyż Medina w prymitywny sposób i opierając się na tym, co przeczytał w prasie, usiłował naśladować sposób działania seryjnego zabójcy, którego wtedy śledziła. Dziewięć miesięcy temu. Właśnie wtedy zaszła w ciążę. Wiele się od tego czasu zmieniło.

– Prawda, malutka? – szepnęła, głaszcząc się po brzuchu.

Silny skurcz sprawił, że musiała się zatrzymać. Oparła się na parasolce i pochyliła do przodu, starając się wytrzymać gwałtowny ból w podbrzuszu, rozlewający się na wewnętrzne strony ud i powodujący silne napięcie mięśni. Z jej gardła wyrwał się jęk, nie tyle z powodu bólu, ile z zaskoczenia, że jest tak silny. Fala bólu ustąpiła tak samo gwałtownie, jak się pojawiła.

Więc to będzie tak. Tysiące razy zastanawiała się, jaki będzie miała poród i czy będzie w stanie rozpoznać pierwsze oznaki, czy okaże się jedną z tych kobiet, które trafiają do szpitala w ostatniej chwili albo rodzą w taksówce.

– Maleńka moja – czule zwróciła się do dziecka w brzuchu – jeszcze tydzień do terminu. Jesteś pewna, że już chcesz wyjść?

Ból zniknął, jakby go nigdy nie było. Poczuła ogromną radość i wielkie napięcie, bo zdała sobie sprawę, że ta oczekiwana chwila nadejdzie już wkrótce. Uśmiechnęła się i rozejrzała, jakby chciała się z kimś podzielić swoim szczęściem, ale wilgotny i świeży park był opustoszały. Błyski słońca przedzierające się spoza warstwy chmur pokrywających niebo nad Pampeluną rozświetlały szmaragdową zieleń, która wydawała się promienna i radosna. Ogarnęło ją takie uczucie, jakby dokonała jakiegoś odkrycia, uczucie, którego zawsze doznawała w dolinie Baztán, ale którego przypływ w mieście był niespodziewanym darem losu. Ruszyła dalej, duchem przenosząc się do magicznego lasu nad rzeką i bursztynowych oczu pana tamtych włości. Zaledwie dziewięć miesięcy temu tam właśnie prowadziła śledztwo. W miejscu swoich narodzin, w miejscu, które kiedyś pragnęła opuścić na zawsze, lecz do którego wróciła, aby schwytać zabójcę i począć córeczkę.

Pewność, że nosi w sobie dziecko, nadała jej życiu tak pożądany spokój i uśmierzyła lęk. Tylko to mogło jej pomóc znieść potworności, które wydarzyły się w tamtym czasie i które z pewnością by ją wykończyły, gdyby nie wytęskniona ciąża. Powrót do Elizondo, rozgrzebywanie przeszłości, a zwłaszcza śmierć Víctora poruszyły w posadach cały świat, jej i jej rodziny. Jedynie ciotka Engrasi pozostawała niewzruszona, ale stawiając karty lub wieczorami grając w pokera z przyjaciółkami, uśmiechała się w sposób właściwy ludziom, którzy myślami są gdzie indziej. Flora przeprowadziła się pospiesznie do Zarautz, posłużywszy się pretekstem, że będzie musiała codziennie nagrywać programy kulinarne dla telewizji krajowej, i oddała – któż mógłby coś takiego przewidzieć – zarządzanie Mantecadas Salazar w ręce siostry, Ros. Ku zdumieniu Flory, lecz zgodnie z przypuszczeniami Amai, Ros okazała się wspaniałą, choć początkowo trochę zbyt zatroskaną kierowniczką wytwórni ciast. Amaia zaoferowała jej pomoc w prowadzeniu rodzinnego interesu i niemal wszystkie weekendy w ciągu ubiegłych miesięcy spędziła wraz z mężem w Elizondo, choć od dawna zdawała sobie sprawę, że Ros już nie potrzebuje jej wsparcia. Ale jeździła tam nadal, jadła i spała w domu ciotki Engrasi, domu swojego dzieciństwa. Od kiedy się dowiedziała, że będzie matką, od kiedy ośmieliła się nazwać swoje lęki i podzielić nimi z Jamesem, a już z pewnością od tej chwili, gdy wraz z bronią schowała do sejfu w sypialni to nagranie, zaczęła odzyskiwać pewność siebie. Równocześnie nawiedziło ją poczucie przynależności do doliny Baztán, do ziemi, w której tkwiły jej korzenie, i do rodzinnego domu. Poczucie, które przez lata wydawało jej się stracone już na zawsze.

Gdy dotarła do ulicy Mayor, znów zaczęło padać. Otworzyła parasolkę i szła dalej, mijając ludzi robiących zakupy i kilku przechodniów pozbawionych ochrony przed deszczem, którzy biegli zgarbieni i szukali schronienia pod okapami domów i sklepowymi markizami. Zatrzymała się przed wielobarwną wystawą sklepu z dziecięcą odzieżą i przyjrzała się różowym sukieneczkom haftowanym w maleńkie kwiatuszki. Może Clarice miała rację, pomyślała, może rzeczywiście powinnam coś takiego kupić swojej córeczce. Westchnęła w nagłym przypływie złego humoru, bo przypomniała sobie o pokoju dla dziewczynki, który Clarice urządziła. Jej teściowie przylecieli ze Stanów Zjednoczonych, żeby być na miejscu, kiedy się urodzi ich wnuczka, i choć byli w Pampelunie dopiero od dziesięciu dni, Clarice już dała się poznać jako wcielenie najgorszego gatunku wścibskiej teściowej. Od pierwszego dnia nie szczędziła wyrazów zdumienia na wieść, że jeszcze nie urządzili dla noworodka sypialni, mimo iż kilka pokoi w domu stało pustych.

Amaia przywiozła do domu starą kołyskę ze szlachetnego drewna, która przez lata stała w salonie ciotki Engrasi, służąc za skrzynię na opał. James oszlifował ją starannie, wydobywając spod warstwy starego lakieru rysunek słojów, i polakierował na nowo, a przyjaciółki ciotki uszyły piękną, ozdobioną falbanami pościel i biały baldachim, które prezentowały się elegancko i podkreślały szlachetne piękno drewna. W ich wielkiej małżeńskiej sypialni było mnóstwo miejsca, a do tego pomysł, żeby zostawić córeczkę samą w innym pokoju, nie przekonywał Amai do końca, nawet jeśli eksperci widzieli w nim mnóstwo zalet. Nie, nie podobało jej się takie rozwiązanie. Nie teraz. Przez pierwsze miesiące, dopóki będzie karmić piersią, wygodniej będzie mieć dziecko przy sobie, zwłaszcza w nocy, a do tego będzie spokojniejsza, wiedząc, że z pewnością usłyszy, jak córeczka płacze albo że coś się z nią dzieje…

Clarice podniosła krzyk pod niebiosa.

– Musi mieć swój własny pokoik! Musisz mieć wszystko pod ręką. Uwierz, obie lepiej wypoczniecie. Jeśli będzie tuż obok, przez całe noce będziesz nadsłuchiwać każdego jej oddechu, każdego poruszenia. Zarówno ona, jak i wy musicie mieć przestrzeń dla siebie. Sądzę też, że to niezbyt zdrowe dla noworodka dzielić pokój z dwojgiem dorosłych. A zresztą dzieci szybko się przyzwyczajają i potem będą problemy z przeniesieniem jej do własnej sypialni.

Amaia znała te argumenty, bo przeczytała kilka książek utytułowanych pediatrów, zdecydowanych wyprodukować generację dzieci od urodzenia kształtowanych przez cierpienie. Nie należało ich nosić na rękach, musiały spać samotnie od chwili narodzin i nie można ich było pocieszać, gdy czuły się nieszczęśliwe, ponieważ „powinny się nauczyć samodzielnie zarządzać swoimi niepowodzeniami lub lękami”. Żołądek jej się przewracał od tych głupot. Przypuszczała, że gdyby któryś z tych szanownych doktorów był – tak jak ona – zmuszony zarządzać swoim lękiem od najmłodszych lat, jego wizja świata byłaby teraz całkiem odmienna. Jeśli ich mała córeczka będzie chciała spać z nimi choćby do trzecich urodzin, to świetnie. Chciała ją pocieszać, wysłuchiwać, nadawać i odbierać znaczenie jej maleńkim smutkom, które – jak dobrze wiedziała z własnego doświadczenia – dla małego dziecka mogły być ogromne. Ale nie ulegało wątpliwości: Clarice uważała, że wie wszystko najlepiej, i nie omieszkała dzielić się swoją wszechwiedzą z resztą świata.

Przed trzema dniami, wróciwszy do domu, Amaia natknęła się na prezent niespodziankę od teściowej: wspaniałe wyposażenie dziecięcego pokoju z szafkami, stolikiem do przewijania, dywanami, lampami i komodą. Nadmiar różowych chmurek i baranków, wszędzie kokardki i ozdóbki. James czekał na nią na progu z niewyraźną miną i całując ją na powitanie, wyszeptał przepraszająco:

– Ona to robi z dobrego serca.

To wystarczyło, żeby Amaię zaalarmować, ale uśmiech zamarł jej na wargach dopiero na widok różowego przesytu i na myśl o tym, że właśnie została ubezwłasnowolniona we własnym domu. Natomiast Clarice wydawała się zachwycona i miotała się wśród nowego umeblowania jak prezenterka w telewizyjnym kanale zakupowym, podczas gdy teść, jak zwykle obojętny na wybuchy energii żony, nadal spokojnie czytał w salonie gazety. Amai trudno było sobie wyobrazić, że Thomas kieruje finansowym imperium w Stanach Zjednoczonych. Wobec żony zachowywał się ulegle i biernie, co Amaię zawsze zaskakiwało. Zdała sobie sprawę, jak niezręcznie musi się czuć James, i tylko dlatego zachowała spokój, a tymczasem teściowa zachwalała zalety wspaniałej sypialni, którą kupiła dla wnuczki.

– Spójrz tylko, jaka cudna szafka. Zmieszczą się w niej wszystkie ubranka, a pod przewijakiem jest miejsce na garderobę. Nie zaprzeczysz, że dywany są przepiękne, a tutaj – uśmiechnęła się z zadowoleniem – jest to, co najważniejsze: łóżeczko godne księżniczki.

Amaia przyznała, że istotnie, ogromne różowe łóżko wyglądało książęco i było tak wielkie, że jej córeczka mogłaby w nim spać do czwartych urodzin.

– Bardzo ładne – zmusiła się do pochwały.

– Przecudne! A tę skrzynię na drewno będziesz mogła zwrócić ciotce.

Amaia nie odpowiedziała. Wyszła z pokoju, schroniła się w sypialni i czekała na Jamesa.

– Tak mi przykro, kochanie. Ona nie robi tego w złej wierze, po prostu taka jest. Wytrzymaj jeszcze kilka dni. Wiem, że masz do niej wielką cierpliwość, i przyrzekam, że jak tylko wyjedzie, pozbędziemy się wszystkiego, co ci się nie podoba.

Zgodziła się ze względu na niego i dlatego, że nie miała siły dyskutować z Clarice. James miał rację, wykazywała wielką cierpliwość, taką, jaka nie leżała w jej charakterze. Chyba po raz pierwszy w życiu pozwalała sobą manipulować, a do tego zdawała sobie sprawę, że w ostatniej fazie ciąży coś się zmieniło. Od pewnego czasu nie czuła się dobrze. Cała energia, która ją przepełniała w pierwszych miesiącach, zniknęła. Zastąpiła ją niezwykła obojętność. Przytłaczająca obecność teściowej jeszcze bardziej podkreślała bezwład, jaki ją ogarnął. Znów przyjrzała się ubrankom leżącym na wystawie i uznała, że aż nadto wystarczy to, co kupiła Clarice. Wybryki początkującej babci doprowadzały Amaię do mdłości, ale nie chodziło tylko o to. W głębi duszy dałaby wszystko, żeby także jej udzielił się ten nastrój różowego upojenia, który nawiedził teściową.

Przez całą ciążę kupiła dla córeczki jedynie parę bucików, koszulki, śpioszki i kilka piżamek w neutralnych barwach. Doszła do wniosku, że różowy nie jest jej ulubionym kolorem. Kiedy widziała na wystawie sukieneczki, ubranka, beciki i wszelkiego rodzaju rzeczy oblepione kokardkami i kwiatuszkami, przyznawała, że są piękne i nadają się dla małej księżniczki, ale wystarczyło, że wzięła je do ręki, a przepełniała ją odraza dla tego tandetnego przepychu. W końcu wychodziła ze sklepu bez niczego, zmieszana i niezadowolona. Przydałoby jej się trochę tego entuzjazmu, takiego, jaki objawiała Clarice, wyśpiewująca pochwalne hymny na cześć komplecików złożonych z dobranych do siebie sukienek i paputków. A przecież Amai wydawało się, że nigdy w życiu nie była szczęśliwsza, że kocha swoje dziecko od zawsze, już od dnia, kiedy sama była zrozpaczoną, zaniedbaną dziewczynką, która w samotności marzyła o tym, że kiedyś zostanie matką. Prawdziwą, dobrą matką. To pragnienie nabrało kształtów, gdy poznała Jamesa, i długo sąsiadowało ze zwątpieniem i strachem, kiedy macierzyństwo nie nadchodziło, do tego stopnia, że rozważała poddanie się terapii dla bezpłodnych par. I nagle, przed dziewięcioma miesiącami, podczas najważniejszego śledztwa w jej życiu, zaszła w ciążę.

A teraz była szczęśliwa, a raczej sądziła, że powinna być szczęśliwa, i to sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej zagubiona. Jeszcze do niedawna wydawała się sobie spełniona, zadowolona i pewna siebie, jak nigdy w życiu, ale w ciągu ostatnich tygodni wrócił lęk, jej stary jak świat lęk, po kryjomu wkradający się do snów i szepczący do ucha słowa, które znała, ale których nie chciała słyszeć.

Kolejny skurcz, mniej bolesny, ale dłuższy, napiął jej brzuch. Spojrzała na zegarek. Dwadzieścia minut od tamtego skurczu w parku.

Ruszyła w stronę restauracji, w której umówili się na obiad, bo Clarice nie podobało się, że James codziennie gotuje, i dawała temu wyraz. Ciągle narzekała i napomykała, że powinni mieć służbę. Do tego ryzykowali, że pewnego pięknego dnia okaże się, że mają angielskiego lokaja. Wszystko to sprawiło, że postanowili jadać poza domem.

James wybrał nowoczesną restaurację na ulicy równoległej do ulicy Mercaderes, przy której mieszkali. Kiedy weszła, Clarice i milczący Thomas właśnie popijali martini. James na jej widok poderwał się z krzesła.

– Amaio, jak się czujesz, kochanie? – zapytał, całując ją w usta i odsuwając jej krzesło.

– Dobrze – odpowiedziała, zastanawiając się, czy powiedzieć, że zaczęły się skurcze. Popatrzyła na Clarice i zdecydowała, że lepiej nie.

– A nasza malutka? – uśmiechnął się James, kładąc dłoń na jej brzuchu.

– „Nasza malutka” – powtórzyła z drwiną Clarice. – Czy wydaje wam się normalne, żeby na tydzień przed narodzinami wasza córka nie miała imienia?

Amaia rzuciła Jamesowi znaczące spojrzenie, a potem otworzyła kartę i zaczęła udawać, że czyta.

– Ależ mamo, znowu zaczynasz. Podoba nam się kilka imion, ale jeszcze się nie zdecydowaliśmy. Czekamy, aż mała się urodzi. Kiedy ją zobaczymy, będziemy wiedzieli, jak ją nazwać.

– Więc to tak – zainteresowała się Clarice. – A jakie imiona bierzecie pod uwagę? Może Clarice?

Amaia sapnęła.

– No już, mówcie. Powiedzcie, o jakim imieniu myślicie – nalegała Clarice.

Amaia podniosła wzrok znad karty, czując, że nowy, kilkusekundowy skurcz napina jej brzuch. Spojrzała na zegarek i uśmiechnęła się.

– Tak naprawdę to już się zdecydowałam – skłamała. – Ale chcę, żeby to była niespodzianka. Mogę ci tylko zdradzić, że nie Clarice, bo nie lubię, kiedy imiona w rodzinie się powtarzają. Sądzę, że każdy członek rodziny powinien mieć własną tożsamość.

Clarice posłała jej krzywy uśmiech.

Imię dziecka było kolejną szpilą, którą Clarice jej wbijała, ilekroć miała okazję. Jak będzie miała na imię ich córeczka? No jak? Nalegała tak bardzo, aż James zasugerował, że powinni wreszcie wybrać jakieś imię, jedynie po to, żeby jego matka mogła porzucić ten temat. Amaia okropnie się na niego obraziła. Tylko tego brakowało: będzie wybierać tylko po to, żeby usatysfakcjonować teściową?

– Nie. Nie po to, żeby ją zadowolić, Amaio. Musimy wybrać jakieś imię, bo jakieś imię będziemy musieli nadać, ale wydaje się, że ty nawet nie chcesz o tym myśleć.

I podobnie jak w temacie ubranek znów zdała sobie sprawę, że ma rację. Czytała coś o tym i martwiło ją to tak bardzo, że zdecydowała się zapytać ciotkę Engrasi.

– No cóż, ja nie mam dzieci, więc nie mogę ci służyć doświadczeniem, ale wiem, że z punktu widzenia medycyny to dość powszechne u pierworódek. Także tatusiowie często mają z tym problem. Kiedy się ma kolejne dzieci, człowiek już wie, o co chodzi, już nie jest tak zaskoczony, ale przy pierwszej ciąży zdarza się, że choć brzuch się powiększa, trudno jest powiązać zmiany w wyglądzie z tym, że będzie się miało dziecko. Teraz jest ultrasonografia, można posłuchać serca dziecka i od razu się dowiedzieć, jakiej jest płci, ale kiedyś, kiedy dziecko można było zobaczyć dopiero po porodzie, wiele kobiet zdawało sobie sprawę, że zostały matkami, dopiero kiedy brały noworodka na ręce. To całkiem normalne, że trapią cię takie wątpliwości – dodała, kładąc jej rękę na brzuchu. – Uwierz mi, nikt nie jest przygotowany na to, żeby być matką czy ojcem, choć niektórzy bardzo dobrze udają.

Zamówiła rybę. Ledwie jej spróbowała i stwierdziła, że kiedy się nie rusza, skurcze stają się rzadsze i słabsze.

Pili kawę. Clarice znów ruszyła do ataku:

– Obejrzeliście już kilka żłobków, mam nadzieję?

– Nie, mamo. – James odstawił filiżankę i popatrzył na matkę zmęczonym wzrokiem. – Niczego nie obejrzeliśmy, bo nasza córka nie pójdzie do żłobka.

– No to będziecie musieli poszukać niani, żeby się nią zajęła, kiedy Amaia będzie w pracy.

– Kiedy Amaia wróci do pracy, ja zajmę się naszą córką.

Clarice wybałuszyła oczy i popatrzyła znacząco na męża. Usiłowała wykrzesać z niego poparcie, ale się nie doczekała. Uśmiechnięty Thomas kręcił głową i popijał czerwoną herbatę.

– Clarice… Clarice… proszę… – wyszeptane tonem wyrzutu, kilkakrotnie powtórzone imię żony to był najostrzejszy protest, na jaki się odważał.

Clarice nie dawała za wygraną.

– Chyba nie mówisz poważnie. Jakże to tak? Przecież nie masz pojęcia o dzieciach!

– Nauczę się – odparł rozbawiony James.

– Nauczysz się? Na miłość boską! Będziesz potrzebował pomocy.

– Mamy już pomoc domową, przychodzi na kilka godzin.

– Nie mówię o pomocy domowej na cztery godziny w tygodniu, mam na myśli nianię. Kogoś, kto zajmie się moją wnusią.

– Ja się nią zajmę, oboje będziemy się nią zajmować. Tak postanowiliśmy.

James wydawał się rozbawiony, a wyraz twarzy Thomasa mówił, że podziela to uczucie. Clarice sapała przez chwilę, a potem uśmiechnęła się z przymusem i zaczęła mówić powoli i wyraźnie, co miało dowodzić, że dokonuje najwyższego wysiłku, żeby być rozsądną i cierpliwą.

– No tak, rozumiem te nowoczesne metody, karmienie dzieci piersią, nawet gdy już mają zęby, spanie we wspólnym łóżku i chęć robienia wszystkiego po swojemu, bez pomocy. Ale ty, synu, także musisz pracować, twoja kariera jest w bardzo ważnym punkcie, a przez pierwszy rok dziecko nie pozwoli ci nawet spokojnie odetchnąć.

– Właśnie skończyłem cykl czterdziestu ośmiu prac na przyszłoroczną wystawę w Muzeum Guggenheima i mam gotowych wystarczająco dużo rzeźb, żeby móc poświęcić trochę czasu córce. A Amaia nie zawsze jest zajęta. Oczywiście zdarza się, że ma więcej pracy, ale zazwyczaj wraca do domu dość wcześnie.

Amaia zauważyła, że brzuch napina jej się pod bluzką. Tym razem skurcz był bardziej bolesny. Zaczęła powoli oddychać, żeby nic nie dać po sobie poznać, i spojrzała na zegarek. Piętnaście minut.

– Zbladłaś, Amaio. Dobrze się czujesz?

– Jestem zmęczona. Myślę, że lepiej będzie, jak wrócę do domu i się położę.

– No dobrze. Ja i ojciec pójdziemy na zakupy – powiedziała Clarice. – Bo inaczej będziecie musieli owijać tę dziewczyneczkę w liście winogron. Spotkamy się tu na kolacji?

– Nie – stwierdziła Amaia. – Zjem tylko coś lekkiego w domu i będę próbowała odpocząć. Myślałam o tym, że mogłybyśmy się wybrać jutro do sklepów. Widziałam tu niedaleko przepiękne ubranka.

Przynęta chwyciła. Perspektywa wspólnej wyprawy na zakupy z synową sprawiła, że Clarice uspokoiła się i uśmiechnęła z zadowoleniem.

– Och tak, kochanie, zobaczysz, jak dobrze się będziemy bawiły. Można tu kupić prawdziwe cudeńka! Odpoczywaj, słoneczko – dodała, ruszając do wyjścia.

Thomas nachylił się nad Amaią, żeby ją pocałować na pożegnanie.

– Dobry strzał – szepnął i mrugnął do niej porozumiewawczo.

Dom przy ulicy Mercaderes, w którym mieszkali, z zewnątrz nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale wnętrza wyglądały imponująco: przestronne wysokie pokoje, ogromne okna, drewniane ościeżnice i drzwi, wspaniałe stiuki ozdabiające większość pomieszczeń. Na parterze, gdzie kiedyś mieściła się fabryka parasoli, James miał pracownię.

Amaia wzięła prysznic i położyła się na kanapie z książką w jednej i zegarkiem w drugiej ręce.

– Wyglądasz na bardziej zmęczoną niż zazwyczaj. Już podczas obiadu zauważyłem, że jesteś czymś przejęta, bo nie zwracałaś większej uwagi na głupstwa, które wygadywała moja mama.

Amaia uśmiechnęła się blado.

– Coś się stało w sądzie? Wiem, że rozprawa została przerwana, ale nie powiedziałaś mi dlaczego.

– Jasón Medina popełnił samobójstwo w sądowej toalecie. Jutro opiszą wszystko w gazetach.

– Coś takiego. – James wzruszył ramionami. – Nie mogę powiedzieć, żeby mi go było żal.

– Nie jest to wielka strata, to prawda, ale myślę, że rodzina zamordowanej dziewczynki może być zawiedziona, że zabójca nie zostanie osądzony. Choć z drugiej strony zaoszczędzi im to piekła, jakim byłoby ponowne wysłuchiwanie wszystkich tych potwornych szczegółów.

James w zamyśleniu skinął głową.

Amaia miała zamiar powiedzieć mu o liście, który zostawił dla niej Medina, ale doszła do wniosku, że tylko go zaniepokoi, a przede wszystkim nie chciała psuć tak ważnej w ich życiu chwili.

– Tak czy owak rzeczywiście jestem zmęczona i myślę o czymś zupełnie innym.

– Powiedz mi, o czym – poprosił.

– O wpół do pierwszej zaczęły się skurcze. Na początku trwały tylko kilka sekund i powtarzały się co dwadzieścia pięć minut. Teraz są silniejsze i powtarzają się co dwanaście.

– Amaio, kochanie, dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Wytrzymałaś tak przez cały obiad. Bardzo cierpisz?

– Nie – odparła z uśmiechem. – To nie boli prawie wcale, to raczej coś w rodzaju ucisku. Nie chciałam, żeby twoja mama dostała histerii. Potrzebuję spokoju. Odpocznę i będę sprawdzać częstotliwość. Kiedy będę gotowa, pojedziemy do szpitala.

Zimowe niebo nad Pampeluną nadal było pokryte chmurami. Ledwie gdzieniegdzie przezierało spoza nich odległe, migoczące światło gwiazd.

James spał na brzuchu. Zajmował więcej niż połowę miejsca we wspólnym łóżku. Jak zwykle we śnie wyglądał na swobodnego i zrelaksowanego. Amaia od zawsze mu tego zazdrościła. Początkowo nie chciał się położyć, ale przekonała go, że będzie lepiej, jeśli wypocznie, zanim naprawdę będzie go potrzebowała.

– Jesteś pewna, że sobie poradzisz?

– Oczywiście, że tak, James. Muszę po prostu liczyć skurcze. Obudzę cię, kiedy nadejdzie czas.

Zasnął, ledwie przyłożył głowę do poduszki. Jego rytmiczny oddech i szelest przewracanych stron były jedynymi odgłosami w całym domu. Nadszedł następny skurcz i przestała czytać. Zaczęła oddychać głębiej i mocno złapała się poręczy bujanego fotela, na którym spędziła ostatnią godzinę. Poczekała, aż fala minie.

Chcąc nie chcąc, odłożyła na bok książkę. Nie zaznaczyła strony, bo sama przed sobą musiała przyznać, że nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, co przeczytała. Skurcze nasiliły się znacznie przez ostatnie pół godziny i ledwo się powstrzymywała od jęczenia. Ale postanowiła jeszcze trochę poczekać. Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Mimo zimna, przelotnych opadów i późnej pory tej piątkowej nocy panował tam spory ruch. Było już po dwunastej.

Usłyszała hałas na korytarzu, podeszła do drzwi sypialni i zaczęła nasłuchiwać.

Wracali teściowie. Pewnie po kolacji poszli się jeszcze przejść. Odwróciła się i spojrzała na przytłumione światło nocnej lampki, zastanawiając się, czy jej nie zgasić, ale postanowiła tego nie robić. Teściowa była wścibska, to prawda, ale nigdy w życiu nie przyszłoby jej do głowy zajrzeć do ich sypialni.

Nadal liczyła coraz częstsze skurcze i słuchała odgłosów domu. Teściowie wchodzą do swojego pokoju, wszystko cichnie. Ciszę w tym ogromnym domu zawsze wypełniały skrzypnięcia i szmery. Znała je tak dobrze jak własny oddech. Nie miała się już czym przejmować. Thomas zawsze spał jak zabity, a Clarice zażyje środki nasenne i do rana będzie nieprzytomna.

Następny skurcz był okropny. Mimo że skoncentrowała się na wdechach i wydechach, tak jak ją uczono na kursie w szkole rodzenia, miała wrażenie, że jej ciało opasuje żelazny gorset. Miażdżył jej nerki i ściskał płuca tak bezlitośnie, że ogarnął ją lęk. Bała się, ale nie porodu, bo choć miała pewne związane z nim obawy, były całkiem naturalne. To, czego się bała, było czymś gorszym, czymś głębszym. Zdawała sobie z tego sprawę, bo nie po raz pierwszy zetknęła się z lękiem. Towarzyszył jej całymi latami, jak niepożądany i niewidoczny towarzysz podróży, który ujawnia swoje istnienie tylko w chwilach słabości.

Lęk był odwiecznym wampirem pochylającym się nad jej łóżkiem, gdy spała, kryjącym się w ciemnościach i zapełniającym jej sny koszmarami. Nagle przypomniała sobie, że babcia Juanita nazywała go gaueko – ten, co przychodzi nocą. Wycofał się w mrok, gdy udało jej się zrobić wyrwę w jego murze, wypłoszyć go światłem podsycanym samoświadomością i zrozumieniem, światłem z całą bezwzględnością rzuconym na koszmarne wydarzenia, które na zawsze ją naznaczyły, mimo że wspomnienie o nich dzięki żelaznej samokontroli pogrzebała. Tym pierwszym krokiem w wojnie z lękiem było przypomnienie sobie, jaka jest prawda i zrozumienie jej, stawienie jej czoła. Ale nawet w tamej chwili euforii, kiedy wydawało jej się, że najgorsze już minęło, wiedziała, że wojna nie jest jeszcze wygrana. Owszem, chwilowo przezwyciężyła lęk, wygrała pierwszą bitwę, ale tylko bitwę.

Od tamtego dnia usilnie pracowała nad tym, żeby wyrwa w murze lęku pozostała otwarta. Wpadające przez nią potoki światła wzmocniły jej związek z Jamesem i poczucie własnej wartości, które przez lata próbowała odzyskać. Uwieńczeniem tego wszystkiego stała się ciąża. Maleńka istotka rozwijająca się w jej łonie przyniosła jej taki spokój, jakiego nigdy nawet sobie nie wyobrażała. Przez całą ciążę czuła się bardzo dobrze, nie miała mdłości ani innych dolegliwości. Przesypiała spokojnie wszystkie noce, bez napięcia, bez koszmarów, i budziła się wypoczęta i zadowolona. W ciągu dnia czuła się tak przepełniona energią, że sama się sobie dziwiła. Pełna idylla, aż do tej chwili przed tygodniem, aż do tej nocy, kiedy paniczny strach wrócił i znowu objął nad nią władzę.

Jak co dzień pracowała w komisariacie. Prowadziła śledztwo w sprawie zaginięcia kobiety. Przez kilka miesięcy uważano, że uciekła z domu, ale nalegania jej córek, przekonanych, że matka nie opuściłaby go z własnej woli, zainteresowały Amaię bliżej tą sprawą. Wznowiono postępowanie, a głównym podejrzanym został partner życiowy zaginionej. Była w średnim wieku, miała dwie córki, troje wnucząt, była katechetką w swojej parafii i codziennie odwiedzała swoją starą matkę w domu opieki. Zbyt wiele więzów, żeby zniknąć tak ni z tego, ni z owego. To prawda, że w domu brakowało walizek, ubrań, dokumentów i pieniędzy – sprawdzono to na pierwszym etapie śledztwa – ale Amaia, gdy tylko je przejęła, postanowiła osobiście pójść do mieszkania zaginionej, Lucíi Aguirre. Było tak nienagannie czyste jak sama Lucía. Jej uśmiechnięta podobizna wisiała w przedpokoju. W niewielkim saloniku, na stoliku kawowym zastawionym zdjęciami wnuków, leżała zaczęta szydełkowa robótka.

Amaia rozejrzała się po łazience i kuchni. Nigdzie nawet jednego pyłku. Łóżko w głównej sypialni było zasłane, szafa prawie pusta, podobnie jak szuflady komody. W pokoju gościnnym stały dwa tapczaniki.

– Jonanie, co pan tu widzi dziwnego?

– Na każdym łóżku jest inna pościel – stwierdził podinspektor Etxaide.

– Zauważyliśmy to już podczas pierwszej wizji lokalnej. Pościel do pary jest w szafie – wyjaśnił towarzyszący im policjant, zajrzawszy do notatek.

Amaia otworzyła szafę i stwierdziła, że rzeczywiście jest tam błękitna kołdra, identyczna z tą na jednym z łóżek, starannie złożona i opakowana w przezroczysty plastikowy pokrowiec.

– Nie dało wam do myślenia, że tak lubiąca czystość, tak starannie dbająca o swój dom kobieta nie zadała sobie trudu, żeby położyć na łóżkach taką samą pościel?

– Po co miałaby ścielić łóżka, jeśli miała zamiar uciec z domu? – wzruszył ramionami policjant.

– Bo jesteśmy niewolnikami swoich charakterów. Słyszałam, że niektóre kobiety ze wschodniego Berlina, zanim uciekły na Zachód, myły w domach podłogi. Opuszczały na zawsze swój kraj, ale nie chciały, żeby ktokolwiek mógł im zarzucić, że były złymi gospodyniami.

Wyciągnęła z szafy pokrowiec z kołdrą, położyła go na jednym z tapczaników i rozpięła zamek. Po pokoju rozszedł się ostry zapach wybielacza. Ręką w lateksowej rękawiczce pociągnęła za róg kołdry i rozłożyła ją. Zobaczyli ogromną żółtawą plamę w samym środku, tam gdzie wybielacz wyżarł kolor.

– Widzicie, panie aspirancie, coś tu nie gra – zwróciła się do zdziwionego policjanta.

Policjant pokiwał głową.

– Nasz zabójca wystarczająco się napatrzył na filmy kryminalne, żeby wiedzieć, że krew można usunąć wybielaczem, ale gospodynią domową okazał się beznadziejną, bo nie przewidział, że usunie także barwnik z materiału. Niech tu przyjdzie ekipa techniczna i poszuka śladów krwi. Ta plama jest ogromna.

Podczas badań technicznych znaleziono ślady. Próbowano je zatrzeć, ale nadal wskazywały na to, że ktoś stracił tyle krwi, że musiał umrzeć. W ciele człowieka znajduje się pięć litrów krwi. Utrata pół litra może wywołać omdlenie, a badania dowiodły, że w tym przypadku utoczono dwa litry. Tego samego dnia zatrzymano podejrzanego. Był to zmanierowany, obleśny typ, ze zbyt długimi, siwiejącymi włosami i w koszuli rozpiętej prawie po pas. Amaię niemal rozbawił jego widok, gdy go wprowadzono do sąsiedniego pokoju.

– Znowu go tu mamy – mruknął podinspektor Etxaide. – Kto go przesłucha?

– Inspektor Fernández. To on prowadził sprawę od początku…

– Myślałem, że my to zrobimy. Teraz to sprawa o zabójstwo, a gdyby nie pani, to rodzina ofiary nadal czekałaby na kartkę z pozdrowieniami z Cancún.

– Tak będzie uprzejmiej, Jonanie. Zresztą ja się teraz nie nadaję do prowadzenia przesłuchań – powiedziała, wskazując na swój brzuch.

Inspektor Fernández wszedł do pokoju przesłuchań i Jonan włączył nagrywanie.

– Dzień dobry, panie Quiralte, jestem inspektor Fer…

– Chwila moment – przerwał mu Quiralte, podnosząc skute kajdankami ręce i odrzucając włosy do tyłu gestem godnym celebryty na czerwonym dywanie. – Nie będzie mnie przesłuchiwać ta wasza policyjna gwiazda?

– O kim pan mówi?

– No jak to, ta inspektorka z FBI.

– Skąd pan wie? – zapytał zmieszany policjant.

Amaia cmoknęła. Była zniesmaczona jego zachowaniem. Quiralte uśmiechnął się, zadowolony z siebie.

– Wiem, bo jestem sprytniejszy od ciebie.

Fernández, niemający większego doświadczenia w przesłuchiwaniu zabójców, dał się ponieść nerwom. Wiedział, że koledzy go obserwują, podobnie jak podejrzany, któremu chwilowo udało się wyprowadzić go z równowagi.

– Musisz odzyskać kontrolę – szepnęła Amaia.

Fernández, choć nie mógł jej usłyszeć, przejął inicjatywę.

– Dlaczego chcesz, żeby to ona cię przesłuchała?

– Bo mi mówili, że to fajna laska. Zresztą co ci będę klarował. Jak mam wybór między ładniutką inspektorką a tobą, to wolę ją. – Rozparł się na krześle.

– Będziesz musiał się zadowolić mną. Pani inspektor nie ma.

Quiralte odwrócił się w stronę weneckiego lustra. Spojrzał, jakby mógł je przewiercić wzrokiem, i uśmiechnął się.

– Nie szkodzi, poczekam.

– Nie będziesz zeznawał?

– Ależ tak, człowieku. – Widać było, że się dobrze bawi. – Nie zamartwiaj się, zaprowadź mnie do sędziego. Przyznam się, że to ja zabiłem tę kretynkę.

Rzeczywiście natychmiast przyznał się do winy, jedynie po to, żeby potem bezczelnie oświadczyć sędziemu śledczemu, że jeśli nie ma zwłok, to nie ma zbrodni, a on póki co nie ma zamiaru wyjawić, gdzie zwłoki są.

Markina był jednym z najmłodszych sędziów śledczych, o jakich Amaia słyszała. Miał figurę modela, chodził w podartych dżinsach i był znany z uroczego uśmiechu, którym łamał serca pracownicom sądu. Pozory mogą mylić, więc uśmiechając się promiennie, Markina zarządził, żeby rozzuchwalonego podejrzanego tymczasowo aresztowano.

– Że nie ma zwłok, panie Quiralte? No to poczekamy, aż się znajdą. Obawiam się, że ogląda pan za dużo amerykańskich filmów. Już samo to, że stwierdził pan, że wie, gdzie są zwłoki, i że nie ma pan zamiaru tego wyjawić, wystarcza, żebym mógł pana bezterminowo osadzić w areszcie. A pan przecież przyznał, że zabił tę kobietę. Z pewnością pobyt pod kluczem odświeży panu pamięć. Spotkamy się, gdy będzie pan miał mi coś do powiedzenia. Do zobaczenia…

Tamtego dnia Amaia wróciła do domu pieszo. Usiłowała odzyskać kontrolę nad swoim umysłem, wyrzucić z głowy detale śledztwa i zmienić nastrój na tyle, żeby móc zjeść kolację z Jamesem i uczcić ostatni dzień pracy w komisariacie. Do terminu porodu zostały dwa tygodnie. Wolałaby pracować do ostatniej chwili, ale następnego dnia mieli przylecieć rodzice Jamesa. James przekonał ją, że będzie lepiej, jeśli weźmie urlop wcześniej, żeby móc być z rodziną. Po kolacji poczuła się tak zmęczona, że padła na łóżko jak nieprzytomna. Nie wiadomo kiedy zasnęła. Pamiętała, że rozmawiała o czymś z Jamesem, a potem – pustka.

Usłyszała ją, zanim ją zobaczyła. Drżała z zimna i szczękała zębami tak mocno, że odgłos uderzeń jednych o drugie skłonił Amaię do otwarcia oczu. To była Lucía Aguirre, w tym samym biało-czerwonym sweterku, w którym widniała na zdjęciu w swoim domu, ze złotym krzyżykiem na szyi i krótkimi blond włosami, z pewnością ufarbowanymi, żeby pokryć siwiznę. Ale wyraz jej twarzy nic nie miał wspólnego z radosną i pewną siebie kobietą, która uśmiechała się do aparatu. Nie płakała, nie jęczała ani nie wołała, ale w jej niebieskich oczach był straszny ból i zdumienie, które wykrzywiały jej rysy grymasem dezorientacji, jakby nie rozumiała, co się stało, jakby nie mogła się z tym pogodzić. Stała spokojnie w nogach łóżka Amai, apatyczna, obojętna, targana bezlitosnym wichrem, którego porywy wydawały się docierać ze wszystkich stron i poruszać nią jak kukiełką. Wydawała się przez to jeszcze bardziej bezradna. Lewą ręką obejmowała się w pasie, jakby usiłowała choć trochę się ochronić, ale to było o wiele za mało i nie pocieszało jej w najmniejszym stopniu. Od czasu do czasu rozglądała się błędnym wzrokiem, jakby kogoś szukała… aż napotkała oczy Amai. Otworzyła usta jak zdumione dziecko i przemówiła. Amaia widziała, jak poruszają się jej zsiniałe z zimna wargi, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Żeby lepiej słyszeć, usiadła na łóżku i skupiła się na tym, co Lucía próbowała jej powiedzieć. Ale ona była za daleko. Ogłuszające uderzenia wiatru porywały słabe dźwięki wydobywające się z jej ust. Raz po raz powtarzała te same słowa, ale Amaia nie mogła ich usłyszeć. Obudziła się zmieszana i niezadowolona, bo we śnie zaczęła się bać, jakby ten strach przekazała jej nocna zjawa. Od tej chwili Amaia była coraz bardziej rozczarowana. To ten koszmarny sen, ta nocna mara wytrąciła ją ze stanu łaski, w którym żyła od poczęcia córeczki, i wyrwała z zawieszenia, które wszystkie strachy, wszystkie gaueko, wszystkie złe duchy trzymało z dala od jej świata.

Pewnej nocy, dawno temu, w Nowym Orleanie, w barze przy ulicy Saint Louis, uśmiechając się znad kufla zimnego piwa, pewien agent FBI zapytał:

– Proszę mi powiedzieć, inspektor Salazar, czy w nocy widzi pani ofiary zabójstw?

Amaia, zaskoczona, szeroko otworzyła oczy.

– Niech pani nie udaje, Salazar. Umiem odróżnić policjanta, który widuje duchy, od takiego, któremu się to nie zdarza…

Amaia patrzyła na niego w milczeniu, starając się domyślić, czy to nie jest żart, ale on mówił dalej, z bladym, trochę skrępowanym uśmiechem.

– …a to dlatego, że mnie samego zamordowani nawiedzają już od lat.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi, ale agent Aloisius Dupree patrzył jej w oczy i zrozumiała, że mówi poważnie.

– Ma pan na myśli…

– Mam na myśli, pani inspektor, że budzimy się w środku nocy i w nogach łóżka widzimy ofiarę sprawy, którą usiłujemy rozwikłać. – Już się nie uśmiechał.

Amaia patrzyła na niego trochę zaniepokojona.

– Proszę mi nie robić zawodu, Salazar. Nie ma pani chyba zamiaru twierdzić, że się mylę, że nie widuje pani duchów. Byłbym rozczarowany.

Amaia była zbita z tropu, ale nie do tego stopnia, żeby ryzykować, że się ośmieszy.

– Agencie Dupree, duchy nie istnieją – powiedziała, podnosząc w niemym toaście kufel.

– Oczywiście, pani inspektor, ale jeśli się nie mylę, a z pewnością się nie mylę, niejeden raz obudziła się pani, czując obecność jednej z tych zagubionych istot. Stały przy pani łóżku i przemawiały do pani. I jak, mylę się?

Amaia wypiła łyk piwa, zdecydowana nie odpowiadać, ale dała mu znak, żeby mówił dalej.

– Nie powinna się pani tego wstydzić, pani inspektor… A może woli pani przyznać, że ofiary się pani śnią?

Westchnęła.

– Obawiam się, że brzmi to tak samo niepokojąco, niewłaściwie i niezdrowo.

– Otóż to, pani inspektor. Na tym polega problem: na tym, że się uznaje, że to niezdrowe.

– Proszę to wyjaśnić psychiatrze z FBI albo jego odpowiednikowi z Policji Statutowej Nawarry – odparła.

– Niech mnie pani nie rozśmiesza, Salazar. Ani pani, ani ja nie jesteśmy tak naiwni, żeby zwierzać się medykom z czegoś, za co można trafić do wariatkowa. To przekracza ich zrozumienie. Zresztą większość ludzi uznałaby, że policjant, który podczas śledztwa cierpi na koszmary senne, jest co najmniej zestresowany i – przyznajmy to – zbyt pobudzony emocjonalnie.

Przerwał, dopił piwo i podniósł rękę, żeby zamówić następne dwa. Amaia chciała zaprotestować, ale wilgotny upał Nowego Orleanu, cicha muzyka dobiegająca z głębi lokalu, gdzie ktoś pieścił klawisze pianina, i rzut oka na stary zegar stojący na bufecie, który stanął na godzinie dziesiątej, kazały jej dać spokój. Dupree poczekał, aż kelner postawi przed nimi kufle.

– Kiedy to się zdarzy po raz pierwszy, naprawdę przeraża. Człowiek myśli, że zaczął wariować. Ale tak nie jest, Salazar. Jest wprost przeciwnie. Dobry policjant z wydziału zabójstw nie jest człowiekiem prostolinijnym, a jego umysł nie może działać w sposób nieskomplikowany. Spędzasz całe godziny, usiłując zrozumieć zabójcę, zrozumieć jego sposób myślenia, jego pragnienia, jego uczucia. Potem idziesz do kostnicy i patrzysz na jego dzieło. Oczekujesz, że trup odpowie ci na pytanie dlaczego, bo wiesz, że w chwili gdy zrozumiesz, jaki motyw kierował zabójcą, będziesz miał szansę go schwytać. Ale w większości przypadków to nie wystarcza, bo zwłoki są jedynie powłoką. Pustą, zepsutą powłoką. Niewykluczone, że zbyt długo prowadzący dochodzenia koncentrowali się raczej na próbach odcyfrowania umysłu zbrodniarza niż na ofierze zbrodni. Przez całe lata w praktyce kryminalistycznej ofiarę uważano jedynie za końcowy produkt makabrycznego procesu, jakim jest zbrodnia. Dopiero ostatnio doszła do głosu wiktymologia i wykazała, że wybór ofiary nigdy nie jest losowy. Nawet kiedy wydaje się dziełem przypadku, to też coś znaczy. Sny o ofiarach dają dostęp do projekcji naszej podświadomości. Nie są pozbawione znaczenia, są jedynie odmienną formą procesów myślowych. Przez jakiś czas torturowało mnie to objawianie się ofiar obok mojego łóżka. Budziłem się zlany potem, przerażony i przejęty. Strach dręczył mnie godzinami. Zastanawiałem się, w jakim stopniu moje zdrowie psychiczne zostało nadszarpnięte. Byłem wtedy młodym agentem i byłem pod opieką starszego funkcjonariusza. Pewnego razu, kiedy przez długie godziny prowadziliśmy obserwację, zasnąłem ze zmęczenia i nagle obudziłem się z jednego z tych koszmarów. Jakbyś ducha zobaczył, powiedział mój towarzysz. Zamarłem. Może i tak, odpowiedziałem. Więc widujesz duchy? To następnym razem lepiej zrobisz, jeśli nie będziesz krzyczał ani stawiał oporu i jeśli wysłuchasz uważnie, co mają do powiedzenia. To była dobra rada. Z biegiem lat nauczyłem się, że kiedy śni mi się ofiara, jakaś część mojego umysłu wyświetla informacje, które gdzieś tam są zapisane, ale których nie udało mi się uchwycić.

Amaia z namysłem skinęła głową.

– Czyli… czyli to duchy? Czy projekcje umysłu inspektora śledczego?

– Oczywiście, że to drugie. Chociaż…

– Tak?

Agent Dupree nie odpowiedział, podniósł kufel i pociągnął łyk piwa.

Obudziła Jamesa. Starała się go nie przestraszyć. W jednej chwili usiadł na łóżku i przetarł oczy.

– Jedziemy do szpitala?

Amaia skinęła głową i choć bez powodzenia usiłowała się uśmiechnąć, jej twarz wyrażała poruszenie.

James włożył dżinsy i sweter. Przygotował je sobie, położył obok łóżka.

– Zadzwoń do ciotki, przyrzekłam jej to.

– Moi rodzice już wrócili?

– Tak, ale zostaw ich w spokoju, już druga w nocy. Poród z pewnością się przeciągnie, a poza tym nie będą mogli wejść na oddział i będą musieli spędzić długie godziny w poczekalni.

– Twoja ciotka tak, a moi rodzice nie?

– James, przecież wiesz, że ciotka nie przyjedzie. Od lat nie opuszcza doliny. Po prostu obiecałam jej, że ją uprzedzę, gdy nadejdzie ta chwila.

Doktor Villa miała około pięćdziesiątki i przedwcześnie posiwiałe włosy, krótko obcięte. Zasłaniały jej twarz, gdy się pochylała. Zbadała Amaię i podeszła do wezgłowia leżanki.

– A więc, Amaio, mamy wieści dobre i nie aż tak dobre.

Amaia czekała. Podała rękę Jamesowi. Wziął ją w swoje dłonie i uścisnął.

– Dobre jest to, że zaczęłaś rodzić. Dziecko czuje się dobrze, jego serce bije miarowo nawet podczas skurczów, a pępowina jest z tyłu. Gorzej natomiast, że chociaż bóle trwają już od kilku godzin, rozwarcie nie postępuje, a dziecko nie jest dobrze ułożone w kanale rodnym. Ale to, co naprawdę mnie martwi, to twoje zmęczenie. Dobrze sypiasz?

– Nie, w ostatnich dniach nie najlepiej.

Nie najlepiej to mało powiedziane. Od kiedy wróciły koszmary, przespała zaledwie kilka chwil. Padała na łóżko jak nieprzytomna i budziła się po kilku minutach w złym humorze i potwornie zmęczona.

– Zostaniesz w szpitalu, Amaio, ale nie chcę, żebyś leżała, musisz chodzić. To pomoże główce dziecka zejść do kanału rodnego. Kiedy nadejdzie skurcz, spróbuj kucnąć. Łatwiej go zniesiesz i powiększysz rozwarcie.

Amaia westchnęła z rezygnacją.

– Wiem, że jesteś zmęczona, ale to już niedługo. Musisz teraz pomóc swojej córce się urodzić.

Amaia skinęła głową.

Przez następne dwie godziny zmuszała się do krążenia w tę i z powrotem po szpitalnym korytarzu, pustym o poranku. Towarzyszący jej James wydawał się całkowicie zagubiony, przygnębiony bezradnością, która go ogarnęła, kiedy patrzył, jak cierpi, i czuł, że nic nie może na to poradzić.

Z początku wypytywał, jak się czuje, czy mógłby coś zrobić, coś jej przynieść, jakoś pomóc. Niemal nic nie odpowiadała, skoncentrowana na próbach uzyskania kontroli nad ciałem, które nagle zaczęło jej się wydawać czymś obcym. To silne i zdrowe ciało, z którego sprawności zawsze była skrycie zadowolona, a które stało się obecnie jedynie kłębkiem zbolałego mięsa. Niemal uśmiechnęła się, bo zawsze była przekonana, że dobrze znosi ból.

James wybrał milczenie. Tak było lepiej. Nie musiała już się wysilać, żeby się opanować i nie posyłać go do diabła za każdym razem, gdy wypytywał, czy bardzo ją boli. Ból sprawiał, że ogarniała ją zwierzęca wściekłość, a zmęczenie i brak snu wywoływały zamęt w jej umyśle. Zawiesił się na jednej, najważniejszej myśli: chcę tylko, żeby to się skończyło.

Doktor Villa zdjęła rękawiczki. Była zadowolona.

– Dobra robota, Amaio. Czekamy na jeszcze trochę większe rozwarcie, ale dziecko jest ułożone prawidłowo. Teraz to tylko kwestia czasu.

– Jak długo jeszcze?

– To twój pierwszy poród, więc mogą to być minuty albo godziny, ale teraz możesz się już położyć. Będzie ci wygodniej. Podłączymy monitoring i przygotujemy cię do parcia.

Zasnęła, jak tylko się położyła. Sen zwalił się na nią jak ciężka kamienna płyta. Nie pozwoliła jej nie zamknąć oczu.

– Amaio, Amaio, obudź się!

Otworzyła oczy i zobaczyła swoją siostrę Rosaurę. Miała dziesięć lat, potargane włosy i różową koszulę nocną.

– Już rano, Amaio, musisz wrócić do swojego łóżka. Jeśli ama cię tu zastanie, nakrzyczy na nas obie.

Niezgrabnie odchyliła kołdrę i postawiła stopy, stópki pięcioletniego dziecka, na zimnej posadzce. W mroku dostrzegała zarysy swojego łóżeczka. Nie chciała w nim sypiać, bo gdy tam leżała, w nocy przychodziła ona, ama, i przyglądała jej się swymi czarnymi, zimnymi oczyma, z grymasem głębokiej pogardy na twarzy. Nawet z zamkniętymi powiekami wyraźnie ją widziała, czuła w rytmie jej oddechu nienawiść. Gdy ama ją obserwowała, udawała, że śpi, i jednocześnie zdawała sobie sprawę, że ona wie, że udaje. I kiedy już nie mogła wytrzymać, kiedy całe jej ciało drętwiało z napięcia, kiedy pęcherz groził rozlaniem zawartości między jej nogi, kiedy czuła, jak matka powoli pochyla się nad jej wykrzywioną twarzą, nad zaciśniętymi kurczowo powiekami, w myślach, jak litanię, powtarzała raz po raz to zdanie, ten rozkaz, żeby nawet w najgorszym, panicznym napadzie strachu nie ulec pokusie sprzeciwienia się mu.

Nieotwierajoczunieotwierajoczunieotwierajoczunieotwierajoczunieotwierajoczunieotwierajoczu.

Nie otwierała ich, ale wiedziała, że twarz matki powoli zbliża się do jej twarzy. Niemal czuła jej dotyk, nacisk i lodowaty uśmiech, któremu towarzyszył szept:

– Śpij, mała dziwko. Ama cię dzisiaj nie zje.

Nie podchodziła do niej, gdy spała w łóżku którejś z sióstr. To było pewne. Dlatego co noc, kiedy jej rodzice już się położyli, błagała siostry, żeby jej pozwoliły spać ze sobą. Poniżała się i składała najpokorniejsze obietnice. Flora zgadzała się z rzadka, a gdy już się zgodziła, w zamian następnego dnia traktowała ją jak niewolnicę. Ale Rosaura ulegała, kiedy widziała, jak Amaia płacze. A komuś, kto jest tak przerażony, płacz przychodzi z łatwością.

Szła w ciemnościach przez pokój. Kątem oka dostrzegała zarys łóżka. Wydawało się oddalać, w miarę jak podłoga robiła się pod jej stopami coraz bardziej miękka, a zapach pasty do podłóg zmieniał się w bogaty, mineralny aromat wilgotnej leśnej ziemi. Błądziła między drzewami, chroniona ich pniami przypominającymi wiekowe kolumny, a do jej uszu dobiegała melodyjna pieśń płynącej w pobliżu dzikiej rzeki Baztán. Podeszła do kamienistego brzegu i szepnęła: rzeka. Jej głos rozbrzmiał echem. Odbijało się od tysiącletnich nawisów skalnych wytyczających bieg wody. Rzeka, powtórzyła.

I wtedy zobaczyła zwłoki. Kilkunastoletnia dziewczyna leżała martwa na otoczakach na brzegu. Otwarte oczy wpatrzone w nieskończoność, włosy rozdzielone pośrodku głowy i starannie rozczesane na boki, ręce zesztywniałe w parodii ofiarnego gestu, odwrócone dłońmi do góry, wycelowane w pustkę.

– Nie! – krzyknęła.

Rozejrzała się i stwierdziła, że leży tam nie tylko to jedno ciało. Dziesiątki dziewczęcych ciał leżały na obydwu brzegach rzeki, jak makabryczne kwiaty na piekielnej łące.

– Nie – powtórzyła, tym razem proszącym tonem.

Ręce trupów podniosły się wszystkie naraz i wskazały na jej brzuch. Poczuła skurcz i prawie odzyskała przytomność… a potem wróciła nad rzekę. Trupy leżały teraz spokojnie, ale silny wiatr, który wydawał się powstawać w samej rzece, rozwiewał im włosy. Jak ogony latawców unosiły się ku niebu, a przezroczysta woda mętniała i pokrywała się białą pianą. Poprzez wycie wiatru słyszała płacz, płacz dziecka, którym była, zmieszany z zawodzeniem trupów. Gdy na nie spojrzała z bliska, zobaczyła, że martwe dziewczynki płaczą wielkimi łzami. Tworzyły na ich twarzach srebrzyste ścieżki, błyszczące w świetle księżyca.

Cierpienie tych nieszczęśnic rozrywało jej dziecięce serce.

– Nic nie mogę zrobić – jęknęła bezradnie.

Wiatr nagle ucichł i nad korytem rzeki zapadła niewiarygodna cisza. Cisza, która zamieniła się w rytmiczny plusk.

Klap, klap, klap…

Jakby rzeka biła jej brawo, powoli, miarowo.

Jakby słyszała samą siebie, biegnącą po kałużach powstałych po deszczu. Do pierwszego plusku dołączył drugi.

Pac, pac, pac, pac…

I jeszcze jeden. Kap, kap, kap… I jeszcze, aż zaczęło to przypominać rzęsiście padający grad. A może to woda w rzece zaczęła wrzeć.

– Nic nie mogę zrobić – powtórzyła, oszalała ze strachu.

– Oczyść rzekę! – krzyknął jakiś głos.

– Rzekę!

– Rzekę!

– Rzekę! – wzywał cały chór głosów.

W desperacji próbowała odnaleźć źródło głosów. Teraz wołały z głębi wód. Ciemne niebo nad Baztán rozdarło się na dwoje, a platynowe światło księżyca oświetliło siedzące na skałach wystających z nurtu lamie. Czesały swoje długie włosy, uderzając raz po raz w powierzchnię wody płetwiastymi stopami. Z ich ust o grubych czerwonych wargach, spomiędzy zębów ostrych jak szpilki, dobiegała chóralna litania.

– Oczyść rzekę!

– Oczyść rzekę!

– Rzeka! Rzeka! Rzeka!

– Amaio! Amaio! Obudź się! – stanowczy głos położnej przywrócił jej przytomność. – No już, Amaio, kończymy. Teraz twoja kolej.

Ale nie mogła posłuchać, bo ponad głosem położnej wznosiły się w górę okrzyki wodnych boginek.

– Nie mogę! – krzyknęła.

To wszystko do niczego nie prowadziło, bo lamie nie słuchały, stawiały tylko żądania.

– Oczyść rzekę, oczyść dolinę, zmyj hańbę…

Ich głosy zamieniły się w okropny krzyk, który zlał się z tym, który wydobył się z jej gardła, gdy poczuła straszliwy party ból.

– Amaio, potrzebuję cię tu i teraz – powiedziała położna. – Przy następnym skurczu musisz przeć, i od tego, czy to dobrze zrobisz, będzie zależało, czy będzie ich dwa, czy dziesięć. Ty decydujesz: dwa czy dziesięć.

Skinęła głową, złapała się uchwytów i uniosła. Czuła, że James podtrzymuje ją od tyłu, w milczeniu, ale pewnie.

– Bardzo dobrze, Amaio – pochwaliła ją położna. – Gotowa?

Znów skinęła głową.

– Idzie skurcz – powiedziała położna, patrząc na monitor. – Przyj, kochanie!

Włożyła całą duszę w wysiłek, wstrzymała oddech i zaczęła przeć. Poczuła, że coś rozrywa się w jej wnętrzu.

– Już wychodzi. Dobrze, Amaio, dobrze to zrobiłaś, ale musisz oddychać, dla siebie i dla dziecka. Następnym razem musisz oddychać. Uwierz mi, tak będzie lepiej.

Posłusznie skinęła głową, a James otarł pot rzęsiście spływający jej po twarzy.

– Dobrze, idzie następny skurcz. Do roboty, Amaio, kończymy z tym. Pomóż swojemu dziecku wyjść!

Dwa czy dziesięć, dwa czy dziesięć, powtarzał głos w jej głowie.

– Żadne dziesięć – szepnęła.

Koncentrowała się na oddechu i parła, parła, parła, aż w końcu poczuła, że jej dusza wypływa z ciała, a przejmujące uczucie uległości przenika całą jej istotę.

Chyba zaczęłam się wykrwawiać, pomyślała. A potem pomyślała, że to nie szkodzi, bo upływ krwi jest słodki i przyjemny. Jej nigdy się nie zdarzyło tak krwawić, ale agent Dupree, którego postrzelono w pierś i o mało nie umarł, powiedział jej, że to straszliwie bolało, lecz krwawienie było przyjemne i słodkie, jakby się człowiek cały rozpływał. I im dłużej to trwa, tym bardziej wszystko wydaje się obojętne.

I wtedy usłyszała krzyk. Głośny, mocny, niósł obietnicę.

– Boże drogi, jaki śliczny chłopczyk! – krzyknęła pielęgniarka.

– Blondynek, jak mamusia! – dodała położna.

Odwróciła głowę, szukając wzroku Jamesa, i ujrzała w nich takie samo zaskoczenie, jakie sama czuła.

– Chłopiec? – spytała.

Gdzieś z boku dobiegł głos pielęgniarki:

– Tak, chłopiec, trzy kilo dwadzieścia. Bardzo przystojny.

– Ale… przecież miała być dziewczynka! Tak nam powiedziano – wyjaśniła Amaia.

– No to ten, co to powiedział, się pomylił. Czasem to się zdarza, chociaż zazwyczaj na odwrót: dziewczynki wydają się chłopcami. Pępowina tak się układa.

– Jest pani pewna? – nalegał James. Nadal podtrzymywał Amaię od tyłu.

Amaia poczuła słodki ciężar ciałka dziecka. Poruszało się energicznie, owinięte w pieluchę. Pielęgniarka położyła je jej na brzuchu.

– Nie ma żadnych wątpliwości. To chłopiec – powiedziała pielęgniarka, odsuwając pieluchę i ukazując całe ciało noworodka.

Amaia nie posiadała się ze zdumienia.

Maleńka twarzyczka jej synka marszczyła się. Kręcił się, jakby czegoś chciał. Uniósł swoją maleńką piąstkę do ust, otworzył oczy i popatrzył na nią.

– Boże drogi, James, mamy syna – udało jej się wykrztusić.

Jej mąż delikatnie dotknął palcem policzka dziecka.

– Jest wspaniały, Amaio…

Głos mu się załamał, kiedy się pochylał, żeby ją pocałować. Łzy, które spływały jej po policzkach, nadały jej ustom słony smak.

– Wszystkiego najlepszego, moja ukochana. Wszystkiego najlepszego także dla ciebie, aita – dodał, patrząc na synka, który szeroko otwartymi oczami wydawał się wpatrywać w lampę.

– Naprawdę nie wiedzieliście, że to będzie chłopiec? – położna nadal wydawała się nie dowierzać. – Wydawało mi się, że wiesz, przecież cały czas powtarzałaś jego imię. Ibai… Ibai… Tak będzie miał na imię?

– Ibai… rzeka – szepnęła Amaia.

Popatrzyła na uśmiechniętego Jamesa, a potem na syna.

– Tak, tak – potwierdziła. – Ibai, ma na imię Ibai.

I wybuchnęła śmiechem.

James patrzył na nią rozbawiony. Widział, jaka jest szczęśliwa, i uśmiechał się.

– Z czego się śmiejesz?

Śmiała się tak bardzo, że nie mogła przestać.

– Z tego, jak… Z miny, jaką zrobi twoja mama, kiedy zda sobie sprawę, że musi zwrócić całą wyprawkę!

2

Trzy miesiące później

Amaia rozpoznała ledwie słyszalną melodię dochodzącą z salonu. Skończyła zbierać ze stołu i wycierając ręce w kuchenną ścierkę, podeszła do drzwi, żeby wysłuchać kołysanki, którą ciotka nuciła jej synkowi łagodnym, uspokajającym głosem. To była ta sama. Choć nie słyszała jej już od lat, wiedziała, że to ta sama, którą jej amatxi Juanita zwykle ją usypiała, kiedy była dzieckiem. To wspomnienie przyniosło jej obraz ukochanej, z utęsknieniem wyczekiwanej babci Juanity, zawsze schludnie ubranej na czarno, z włosami zebranymi w kok i upiętymi srebrnymi grzebieniami, które z trudem poskramiały jej siwe loki. Kiedy była malutkim dzieckiem, jej babka była jedyną kobietą, która ją przytulała.

Txikitxo politori

zu nere laztana,

katiatu ninduzun,

libria nintzana.

Libriak libre dira,

zu ta ni katigu,

librerik oba dana,

biok dakigu1.

Siedząc w fotelu przy rozpalonym kominku, Engrasi kołysała w ramionach maleńkiego Ibaia i wpatrując się uważnie w jego twarzyczkę, śpiewała smutne zwrotki tej starej kołysanki. Ale uśmiechała się, a Amaia dobrze pamiętała, że babcia zawsze płakała, kiedy śpiewała. Zaczęła się zastanawiać dlaczego i doszła do wniosku, że może babcia już wiedziała o bólu, który miała w duszy jej wnuczka, i bała się o nią, bo cierpiała razem z nią.

Nire laztana laztango

kalian negarrez dago,

aren negarra gozoago da

askoren barrea baino2.

Gdy piosenka dobiegała końca, babcia ocierała łzy swoją śnieżnobiałą chusteczką z wyhaftowanymi inicjałami, jej i jej męża, tego dziadka, którego Amaia nigdy nie poznała i który patrzył na nią srogo ze spłowiałego portretu wiszącego na poczesnym miejscu w jadalni.

– Dlaczego płaczesz, amatxi? Przez tę smutną piosenkę?

– Nie zwracaj na mnie uwagi, kochanie, amatxi jest niemądra.

Ale wzdychała i ściskała ją mocniej, zatrzymując jeszcze na chwilę w objęciach, bo ona też jeszcze nie chciała się rozstawać z wnuczką.

Amaia wysłuchała ostatniej zwrotki, rozkoszując się tym, że udawało jej się przypomnieć sobie słowa na chwilę przed tym, nim ciotka je zaśpiewała. Engrasi ucichła i Amaia odetchnęła głęboko. W domu było tak spokojnie. W powietrzu nadal unosił się zapach pysznej potrawki, zmieszany z aromatem drewna palącego się w kominku i wosku, którym Engrasi nacierała meble. James zasnął na sofie i choć w pokoju nie było zimno, podeszła i lekko go przykryła czerwonym kocem. Otworzył na chwilę oczy, przesłał jej pocałunek i spał dalej. Amaia przysunęła swój fotel do fotela ciotki. Engrasi już nie śpiewała, ale nadal patrzyła w zachwycie na buzię śpiącego dziecka. Spojrzała na bratanicę i uśmiechając się, podała jej dziecko. Amaia delikatnie pocałowała synka w główkę i ułożyła w wózku.

– James śpi? – zapytała ciotka.

– Tak, w nocy ledwie mogliśmy trochę odpocząć. Ibai po niektórych karmieniach ma kolkę, zwłaszcza w nocy. James cały czas spacerował po domu z nim w objęciach.

Engrasi odwróciła się, żeby rzucić okiem na Jamesa, i powiedziała:

– Jest dobrym ojcem…

– Najlepszym.

– A ty? Nie czujesz się zmęczona?

– Nie. Wiesz, że nie muszę dużo sypiać, wystarczy mi kilka godzin.

Engrasi zastanowiła się nad tym i jej twarz na chwilę posmutniała, ale po chwili znów się uśmiechnęła i powiedziała, wskazując na wózek:

– To piękne dziecko, Amaia, najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam. I mówię tak nie dlatego, że jest nasz. Ibai ma w sobie coś niezwykłego.

– Tak niezwykłego – zawołała Amaia – że miał być dziewczynką i w ostatniej chwili zmienił zamiar.

Engrasi popatrzyła na nią bardzo poważnie.

– Sądzę, że to właśnie się stało.

Amaia z niedowierzaniem otworzyła oczy.

– Kiedy zaszłaś w ciążę, położyłam karty tarota, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, i wtedy była to dziewczynka. To nie ulega wątpliwości. W następnych miesiącach kładłam karty jeszcze kilka razy, ale nie pytałam o płeć dziecka, bo to już wiedziałam. A kiedy pod koniec zaczęłaś się tak dziwnie zachowywać i powiedziałaś, że nie jesteś w stanie wybrać imienia ani kupić ubranek, udzieliłam ci odpowiedzi właściwej z psychologicznego punktu widzenia – powiedziała z uśmiechem – ale także poradziłam się kart. Muszę ci się przyznać, że przez chwilę obawiałam się najgorszego, że ta rezerwa, ta twoja niezdolność do wybrania imienia wynika z tego, że dziecko ma się nie urodzić. Czasem matki miewają takie przeczucia i zawsze mają one odbicie w rzeczywistości. A co najdziwniejsze, karty nie chciały mi pokazać płci dziecka, a ty wiesz, co zawsze mówię o tym, czego karty nie chcą pokazać: jeśli czegoś nie mówią, to znaczy, że nie powinniśmy o tym wiedzieć. Czasem są to sprawy, które nigdy nie zostaną przed nami odkryte, bo w ich istocie jest zawarta ich niejawność, innym razem prawda objawia się, gdy nadchodzi czas. Kiedy James zadzwonił do mnie tamtego ranka, karty były tak przejrzyste jak szklanka wody. Chłopiec.

– Chcesz powiedzieć, że twoim zdaniem miałam urodzić dziewczynkę, ale w ostatnim miesiącu ciąży ta dziewczynka zamieniła się w chłopca? Przyznasz, że to niezbyt naukowe podejście.

– Sądzę, że miałaś mieć dziewczynkę, i najprawdopodobniej jeszcze kiedyś ją urodzisz, ale wierzę też w to, że ktoś postanowił, że to nie jest dobry moment dla twojej córki, i odłożył tę decyzję na ostatnią chwilę, a potem zdecydował, że ma się urodzić Ibai.

– I myślisz, że kto podjął tę decyzję?

– Ten sam, kto cię obdarzył Ibaiem.

Amaia podniosła się z fotela, podkreślając, że się nie zgadza.

– Idę zrobić kawę. Masz ochotę?

Ciotka nie odpowiedziała.

– Źle robisz, zaprzeczając, że okoliczności były wyjątkowe.

– Nie zaprzeczam, ciociu – próbowała się bronić. – Ale…

– Nie należy wierzyć, że istnieją, nie należy mówić, że nie istnieją – wyrecytowała Engrasi, cytując dawne powiedzonko broniące przed czarownicami, niezwykle popularne jeszcze sto lat wcześniej.

– A ja mam do tego jeszcze mniej prawa – szepnęła Amaia. W jej pamięci pojawiło się wspomnienie bursztynowych oczu i krótkiego przenikliwego gwizdu, który prowadził ją przez nocny las, gdy zmagała się z poczuciem nierealności właściwym snom, jednocześnie mając pewność, że to, co ją spotyka, dzieje się naprawdę.

Milczała do chwili, gdy ciotka zapytała:

– Kiedy wracasz do pracy?

– W następny poniedziałek.

– I jak się z tym czujesz?

– Wiesz, ciociu, że lubię swoją pracę, ale muszę przyznać, że powrót do niej jeszcze nigdy tyle mnie nie kosztował. Ani powrót z wakacji, ani z miodowego miesiąca. Nigdy. Ale teraz wszystko jest inaczej, teraz jest Ibai – powiedziała, patrząc na wózek. – Czuję, że jest za wcześnie, żeby się z nim rozstawać.

Engrasi przytaknęła z uśmiechem.

– Wiedziałaś o tym, że kiedyś w dolinie Baztán po porodzie kobiety nie mogły wychodzić z domu przez miesiąc? Kościół to narzucał, żeby było pewne, że dziecko jest zdrowe i nie umrze. Dopiero po miesiącu można je było ochrzcić i wtedy matka opuszczała dom, żeby zanieść dziecko do kościoła. Ale gdy jest prawo, są też sposoby, żeby je ominąć. Kobiety z Baztán zawsze słynęły z tego, że wiedziały, co robić. Większość miała inne dzieci, musiały pracować w polu, obrządzać inwentarz, doić krowy, a miesiąc to dużo czasu. Tak więc kiedy musiały wyjść z domu, wysyłały męża na dach po dachówkę, kładły ją sobie na głowie i mocno przywiązywały chustką, żeby nie spadła. Były poza domem, a jednocześnie były pod dachem, a wiesz, że w Baztán dom kończy się tam, gdzie kończy się dach. Dzięki temu mogły się zająć codziennymi sprawami, nie sprzeniewierzając się tradycji.

Amaia zaśmiała się.

– Nie wyobrażam sobie siebie z dachówką na głowie, ale chętnie bym ją sobie założyła, gdybym mogła w ten sposób zabrać dom ze sobą.

– Opowiedz mi, jaką minę zrobiła twoja teściowa, kiedy się dowiedziała, że urodził się Ibai.

– Wyobraź ją sobie. Najpierw zaczęła wyrzekać na lekarzy i na kiepskie metody badań prenatalnych, i zapewniała, że w Stanach Zjednoczonych nic takiego nie mogłoby mieć miejsca. Zobaczyła go i wszystko było dobrze, choć było oczywiste, że jest trochę rozczarowana. Pewnie dlatego że nie może biedaka ustroić w hafty i koronki. Zakupowy szał minął jej w okamgnieniu. Wymieniła sypialnię na inną, białą, a ubranka na bony na zakupy. Korzystam z nich, kiedy mam taką potrzebę, chociaż zapewniam cię, że mam wszystkiego wystarczająco dużo, żeby Ibai miał w czym chodzić do czwartego roku życia.

– Co za kobieta! – zaśmiała się ciotka.

– Teść natomiast był zachwycony wnukiem. Cały dzień nosił go na rękach, obcałowywał i bezustannie robił mu zdjęcia! Utworzył nawet fundusz przeznaczony na jego studia! Teściowa zaczęła się nudzić, kiedy skończyły się wyprawy na zakupy, i zaczęła mówić o powrocie do domu. Czekało na nią mnóstwo zobowiązań. Jest przewodniczącą kilku klubów dla pań z wyższych sfer. Tęskniła też za grą w golfa, więc zaczęła nalegać, żebyśmy jak najszybciej ochrzcili dziecko. James się opierał, bo od zawsze marzył o tym, żeby ochrzcić syna w kaplicy świętego Firmina, a sama wiesz, że tam jest ogromna kolejka. Dają termin na za rok. Ale Clarice poszła do kaplicy, spotkała się z kapelanem, złożyła hojny dar i dostała termin na następny tydzień – opowiadała Amaia ze śmiechem.

– Możnym panem jest Pan Pieniądz – Engrasi zacytowała wiersz Queveda.

– Szkoda, ciociu, że nie przyjechałaś.

Engrasi cmoknęła.

– Przecież wiesz, Amaio…

– Wiem, że nigdy nie opuszczasz doliny…

– Tutaj czuję się dobrze – powiedziała Engrasi, jakby się powoływała na jakiś dogmat.