Susza - Jane Harper - ebook + książka
BESTSELLER

Susza ebook

Jane Harper

4,4

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Agent federalny Aaron Falk wraca do ogarniętej suszą Kiewarry na pogrzeb swojego najlepszego przyjaciela. Gdy dwadzieścia lat wcześniej Falk został oskarżony o morderstwo, to właśnie Luke zapewnił mu alibi. Po tamtych wydarzeniach, w atmosferze podejrzeń, Falk wraz z ojcem uciekł z miasteczka. Wiele lat później okazuje się, że jest ktoś, kto ma pewność, że kluczowe zeznanie było kłamstwem.

Przy wsparciu miejscowej policji Falk próbuje odkryć, co spotkało Luke’a. Kiedy pełen obaw agent rozpoczyna śledztwo, głęboko skrywane tajemnice i kłamstwa wracają ze zdwojoną siłą. Bardzo szybko przekonuje się, że małe miasteczka zawsze skrywają wielkie tajemnice…

Wielokrotnie nagradzana powieść jednej z najpoczytniejszych australijskich pisarek powraca na wielki ekran.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 390

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (119 ocen)
69
35
14
0
1
Sortuj według:
bozanka

Nie oderwiesz się od lektury

dobrze napisany kryminał. jednak do słuchania trudny, bo teraźniejszość przeplata się tu często z przeszłością. w druku jest to wyodrębnione graficznie, a w wersji do odsłuchania nie i czasem treść jest niezrozumiała. generalnie bardzo ok.
00
aniawas

Nie oderwiesz się od lektury

x
00
piotrm3

Dobrze spędzony czas

trzyma w napięciu do końca.
00
agatkazne

Dobrze spędzony czas

W strasznym miejscu dochodzi do strasznej zbrodni. To miasto przeżyło już swój dramat 20 lat wcześniej, kiedy doszło tam do innej, nie do końca wyjaśnionej tragedii. Czy coś łączy oba wydarzenia? Czy w suszy i nieurodzaju, w biedzie i braku nadziei można jeszcze trzeźwo myśleć? Czy uda się rozwikłać zagadki zbrodni?
00

Popularność




Pro­log

Śmierć na far­mie nie była prze­cież niczym nie­zwy­kłym, a muchy nie wybrzy­dzały. Nie było dla nich róż­nicy mię­dzy cia­łem ludz­kim a padliną.

Tego lata susza roz­piesz­czała je, dając znaczny wybór. Upa­trzyły sobie w szcze­gól­no­ści nie­ru­chome oczy i lep­kie rany na kor­pu­sach wychu­dłego bydła, które far­me­rzy z Kie­warry odstrze­li­wali z koniecz­no­ści. Brak desz­czu ozna­czał brak paszy. Z kolei brak paszy powo­do­wał, że trudne decy­zje stały się codzien­no­ścią tego małego mia­steczka, gdzie każdy nowy dzień upły­wał pod bez­li­to­śnie roz­ża­rzo­nym błę­ki­tem.

„Prze­ła­mie się”, powta­rzali oko­liczni hodowcy, ale mie­siące mijały i zaczy­nał się już drugi rok suszy. Słowa te jed­nak poda­wano z ust do ust gło­śno i nie­prze­rwa­nie – niczym man­trę, jak rów­nież szep­tano po cichu – niczym modli­twę.

Mete­oro­lo­dzy z Mel­bo­urne byli odmien­nego zda­nia. Pod­czas pro­gnozy pogody, nada­wa­nej o osiem­na­stej z kli­ma­ty­zo­wa­nych stu­diów tele­wi­zyj­nych, pre­zen­te­rzy w gar­ni­tu­rach ze współ­czu­ciem czy­nili na ten temat krótką wzmiankę. Ofi­cjal­nie była to naj­gor­sza sytu­acja od co naj­mniej stu lat. Ten typ pogody wywo­ły­wało zja­wi­sko, które miało nawet swoją nazwę, choć jej wymowy ni­gdy osta­tecz­nie nie udało się usta­lić.

El Niño.

Przy­naj­mniej muchy były zado­wo­lone. Cho­ciaż ich łup tego dnia był dość nie­zwy­kły. Mniej­szy i deli­kat­niej­szy. Nie było to jed­nak decy­du­jące. W istot­nych kwe­stiach nie było róż­nicy. Szkli­ste oczy. Lep­kie rany.

Zwłoki na pola­nie były naj­śwież­sze. Tro­chę wię­cej czasu zajęło muchom odkry­cie dwóch ciał wewnątrz domu, mimo że drzwi pozo­sta­wiono otwarte – jakby w geście zapro­sze­nia. Te owady, które zapu­ściły się w głąb domu, prze­la­tu­jąc jedy­nie nad cia­łem znaj­du­ją­cym się w przed­po­koju, zostały nagro­dzone kolej­nym – tym razem w sypialni. To było mniej­sze, ale i mniej oble­gane.

Pierw­sze na miej­scu, z zado­wo­le­niem roiły się w upale, pod­czas gdy krew pły­nęła, two­rząc nie­mal czarne kałuże na dywa­nie i kafel­kach. Przed domem na sznu­rze na­dal wisiało pra­nie – suche jak pieprz i aż sztywne od słońca. Na kamien­nej ścieżce leżała dzie­cięca hulaj­noga. W pro­mie­niu kilo­me­tra biło tylko jedno ludz­kie serce.

Nikt nie zare­ago­wał, kiedy wewnątrz domu roz­legł się płacz nie­mow­lę­cia.

Roz­dział 1

Nawet ci miesz­kańcy Kie­warry, któ­rzy bywali w kościele raz w roku, na Boże Naro­dze­nie, wie­dzieli, że tym razem zabrak­nie w nim miejsc. Kiedy Aaron Falk zaje­chał w tuma­nach kurzu i zwię­dłych liści, przed wej­ściem kłę­bił się szaro-czarny tłum.

Ludzie z deter­mi­na­cją, którą pró­bo­wali ukryć, sta­rali się prze­pchać, mija­jąc sąsia­dów, aby jak naj­szyb­ciej wejść do środka. Po dru­giej stro­nie drogi usta­wili się przed­sta­wi­ciele mediów.

Falk zapar­ko­wał swo­jego sta­rego sedana obok pikapa, który naj­lep­sze lata rów­nież miał już za sobą, i wyłą­czył sil­nik. Ter­kot kli­ma­ty­za­cji ustał i w ciszy wewnątrz samo­chodu natych­miast zro­biło się gorąco. Poświę­cił chwilę, aby zlu­stro­wać tłum, choć tak naprawdę nie miał już na to czasu. Ocią­gał się całą drogę z Mel­bo­urne, tak że zazwy­czaj pię­cio­go­dzinna podróż wydłu­żyła się nie­mal o godzinę. W końcu wysiadł z wozu, zado­wo­lony z tego, że nie dostrzegł nikogo zna­jo­mego.

Upał póź­nego popo­łu­dnia natych­miast otu­lił go szczel­nie niczym koc. Otwo­rzył tylne drzwi, żeby wziąć mary­narkę, i popa­rzył sobie przy tym rękę o roz­grzaną karo­se­rię. Po krót­kim waha­niu się­gnął też po kape­lusz. Brą­zowe płó­cienne nakry­cie głowy z sze­ro­kim ron­dem nie paso­wało do pogrze­bo­wego gar­ni­turu. Jed­nak Falk, któ­rego skóra przez pół roku miała sinawy odcień ski­słego mleka, a przez dru­gie pół była usiana groź­nie wyglą­da­ją­cymi pie­przy­kami, był gotowy na ten modowy nie­takt.

Od uro­dze­nia blady, miał krótko przy­strzy­żone, nie­mal białe włosy, a rzęsy wręcz nie­wi­doczne. W ciągu trzy­dzie­stu sze­ściu lat swo­jego życia czę­sto zasta­na­wiał się, czy austra­lij­skie słońce nie pró­buje mu dać cze­goś do zro­zu­mie­nia. Była to wia­do­mość, którą znacz­nie łatwiej igno­ro­wało się wśród wyso­kich budyn­ków Mel­bo­urne niż w Kie­war­rze, gdzie cień był rzad­kim luk­su­sem.

Falk spoj­rzał prze­lot­nie na drogę wyjaz­dową z mia­steczka, a następ­nie skon­sul­to­wał się ze swoim zegar­kiem. Pogrzeb, stypa, jeden noc­leg i już go tu nie ma. Osiem­na­ście godzin, obli­czył. I ani godziny wię­cej. Mając to na uwa­dze, ruszył w kie­runku tłumu, przy­trzy­mu­jąc ręką kape­lusz z powodu nagłego podmu­chu gorą­cego wia­tru.

Wewnątrz kościół był jesz­cze mniej­szy, niż Falk zapa­mię­tał. Ramię w ramię z obcymi ludźmi pozwo­lił, by tłum poniósł go głę­biej do środka. Zauwa­żyw­szy wolne miej­sce pod ścianą, ruszył ku niemu i sta­nął obok far­mera w baweł­nia­nej koszuli opi­na­ją­cej mu się na brzu­chu. Męż­czy­zna ski­nął mu głową, po czym z powro­tem utkwił spoj­rze­nie w dali. Falk dostrzegł zagię­cia na ręka­wach jego koszuli, które naj­wy­raź­niej jesz­cze chwilę wcze­śniej były pod­wi­nięte.

Falk zdjął z głowy kape­lusz i wachlo­wał się nim ukrad­kiem. Nie mógł się powstrzy­mać, żeby nie rozej­rzeć się wokół. Twa­rze, które z początku wydały mu się obce, teraz sta­wały się coraz bar­dziej zna­jome, jakby zaczął widzieć je wyraź­niej, i poczuł bez­sen­sowne zdzi­wie­nie na widok zmarsz­czek, siwi­zny i dodat­ko­wych kilo­gra­mów.

Star­szy męż­czy­zna dwa rzędy dalej pochwy­cił jego spoj­rze­nie, ski­nął głową i obaj, roz­po­zna­jąc się, wymie­nili smutne uśmie­chy. Jak się nazy­wał? Falk pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć. Nie mógł się sku­pić. To był nauczy­ciel. Falk nie­mal widział go, jak stoi przed klasą, dziel­nie usi­łu­jąc przy­bli­żyć znu­dzo­nym nasto­lat­kom geo­gra­fię albo sto­larkę, ale wspo­mnie­nie co rusz mu umy­kało.

Męż­czy­zna ski­nie­niem głowy dał Fal­kowi do zro­zu­mie­nia, że może mu zro­bić obok sie­bie miej­sce, jed­nak ten uprzej­mie potrzą­snął głową i ponow­nie zwró­cił się ku przo­dowi. Nawet w naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach uni­kał poga­du­szek, a prze­cież powód, dla któ­rego zgro­ma­dzili się w tym miej­scu, był prze­ra­ża­jący.

Boże, środ­kowa trumna była taka mała… To, że znaj­do­wała się mię­dzy dwiema peł­no­wy­mia­ro­wymi, tylko pogar­szało sprawę. Jeśli to w ogóle było moż­liwe. Małe dzieci ze sta­ran­nie zacze­sa­nymi wło­sami wska­zy­wały ją pal­cem: „Zobacz, tato. Ta skrzy­nia jest w bar­wach pił­kar­skich”. Te w szkol­nych mun­dur­kach, na tyle duże, żeby wie­dzieć, co znaj­do­wało się w środku, wpa­try­wały się w nią ze zgrozą, krę­cąc się nie­spo­koj­nie i instynk­tow­nie szu­ka­jąc bli­sko­ści swo­ich matek.

Nad trzema trum­nami wisiało powięk­szone zdję­cie czte­ro­oso­bo­wej rodziny. Ich nie­ru­chome uśmie­chy były zbyt duże, zbyt nie­ostre. Falk widział to zdję­cie już wcze­śniej w wia­do­mo­ściach. Poka­zy­wano je wie­lo­krot­nie.

Poni­żej umiesz­czono imiona zmar­łych, uło­żone z polnych kwia­tów. Luke. Karen. Billy.

Falk wpa­try­wał się w Luke’a na zdję­ciu. Jego gęste czarne włosy zaczy­nały siwieć, czego Falk wcze­śniej nie dostrzegł, lecz na­dal wyglą­dał lepiej niż więk­szość męż­czyzn zbli­ża­ją­cych się do czter­dziestki. Jego twarz wydała się Fal­kowi star­sza, ale w końcu minęło pięć lat, odkąd widział go po raz ostatni. Za to pewien sie­bie uśmiech i zna­czące spoj­rze­nie na twa­rzy przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa nic się nie zmie­niły. „Wciąż taki sam”, chciało się powie­dzieć. A jed­nak trzy trumny defi­ni­tyw­nie temu prze­czyły.

– Cho­lerna tra­ge­dia – powie­dział ni z tego, ni z owego sto­jący obok Falka far­mer.

Ręce miał zało­żone, a pię­ści mocno wsu­nięte pod pachy.

– To prawda – zgo­dził się Falk.

– Zna­łeś ich dobrze?

– Raczej nie. Tylko Luke’a… – Przez krótką chwilę zaćmiło go i nie mógł zna­leźć słowa na okre­śle­nie czło­wieka spo­czy­wa­ją­cego w naj­więk­szej trum­nie. Wie­dział, co chciał powie­dzieć, ale na usta cisnęły mu się jedy­nie fra­zesy z bru­kow­ców. – Ojca. – Udało mu się w końcu wybrnąć. – Przy­jaź­ni­li­śmy się, kiedy byli­śmy młodsi.

– Tak. Wiem, kim jest Luke Hadler.

– Teraz wszy­scy wie­dzą.

– Na­dal miesz­kasz w oko­licy, prawda? – Far­mer nie­znacz­nie prze­su­nął swoje zwa­li­ste ciało i po raz pierw­szy uważ­nie przyj­rzał się Fal­kowi.

– Nie. Już od dawna nie.

– Jasne. Ale wydaje mi się, że gdzieś cię widzia­łem. – Far­mer zmarsz­czył brew, wytę­ża­jąc pamięć. – Ej, nie jesteś jed­nym z tych cho­ler­nych tele­wi­zyj­nych dzien­ni­ka­rzy, co nie?

– Nie. Jestem z poli­cji. Z Mel­bo­urne.

– Naprawdę? Powi­nie­neś pro­wa­dzić śledz­two prze­ciw temu cho­ler­nemu rzą­dowi, który dopu­ścił, że sprawy mają się aż tak źle. – Męż­czy­zna ski­nął głową w kie­runku, gdzie leżało ciało Luke’a obok ciał jego żony i sze­ścio­let­niego synka. – My tu usi­łu­jemy wyży­wić ten kraj w naj­gor­szych warun­kach od stu lat, a oni pie­przą o obni­że­niu dopłat. W pewien spo­sób nawet trudno winić tego bied­nego dra­nia. To ku… – urwał i rozej­rzał się po kościele. – To cho­lerny skan­dal, tyle ci powiem.

Falk nic nie odpo­wie­dział i obaj pogrą­żyli się w roz­my­śla­niach nad bra­kiem kom­pe­ten­cji rządu w Can­be­rze. Poten­cjalne powody, dla któ­rych rodzina Hadle­rów ponio­sła śmierć, zostały sze­roko omó­wione w pra­sie.

– To zna­czy, że zaj­mu­jesz się tą sprawą? – Far­mer po raz kolejny ski­nął w kie­runku tru­mien.

– Nie. Jestem tu tylko jako przy­ja­ciel – odrzekł Falk. – Nie wiem, czy w ogóle jest tu jesz­cze coś do zro­bie­nia.

Wie­dział tyle, co wszy­scy inni – z wia­do­mo­ści. Ale ze spra­woz­dań wyni­kało, że sprawa nie budziła wąt­pli­wo­ści. Strzelba nale­żała do Luke’a. Zna­le­ziono ją wetkniętą w pozo­sta­łość po jego ustach…

– Nie, nie sądzę – powie­dział far­mer. – Tak tylko pomy­śla­łem, że skoro byłeś jego przy­ja­cie­lem i w ogóle…

– Poza tym nie zaj­muję się takimi spra­wami. Pra­cuję w poli­cji fede­ral­nej. W jed­no­stce wywiadu finan­so­wego.

– Nic mi to nie mówi, przy­ja­cielu.

– To zna­czy tylko tyle, że tro­pię pie­nią­dze. Wszystko, co ma na końcu kilka zer i jest w nie­wła­ści­wym miej­scu. Pra­nie pie­nię­dzy, defrau­da­cje, tego typu rze­czy.

Męż­czy­zna coś na to odparł, ale Falk już tego nie usły­szał. Prze­niósł wzrok z tru­mien na żałob­ni­ków zgro­ma­dzo­nych w pierw­szej nawie. Miej­sce tra­dy­cyj­nie zare­zer­wo­wane dla rodziny – żeby sie­dzieli przed wszyst­kimi swo­imi zna­jo­mymi i sąsia­dami, któ­rzy, wpa­tru­jąc się w ich plecy, dzię­ko­wali Bogu, że nie ich to spo­tkało.

Cho­ciaż minęło ponad dwa­dzie­ścia lat, Falk bez pro­blemu roz­po­znał ojca Luke’a. Twarz Gerry’ego Hadlera była posza­rzała. A oczy jakby zapa­dły się w głąb czaszki. Sie­dział posłusz­nie na swoim miej­scu w pierw­szym rzę­dzie, ale głowę miał odwró­coną. Nie zwra­cał uwagi na szlo­cha­jącą u jego boku żonę ani na trzy drew­niane skrzy­nie przed nim, zawie­ra­jące docze­sne szczątki jego syna, syno­wej i wnuka. Patrzył wprost na Falka.

Z gło­śni­ków na tyłach kościoła dobie­gło kilka począt­ko­wych tak­tów muzyki. Zaczy­nał się pogrzeb. Gerry nie­znacz­nie ski­nął mu głową, a Falk nie­świa­do­mie wsu­nął dłoń do kie­szeni. Dotknął listu, który poja­wił się dwa dni wcze­śniej na jego biurku. Wia­do­mość od Gerry’ego Hadlera, sie­dem słów napi­sa­nych ciężką ręką:

„Luke kła­mał. Ty kła­małeś. Bądź na pogrze­bie”.

Ciężko było oglą­dać zdję­cia. Nie­ubła­ga­nie migały na ekra­nie umiesz­czo­nym z przodu kościoła. Luke odno­szący suk­cesy jako nasto­letni pił­karz, Karen prze­ska­ku­jąca przez prze­szkodę na kucyku. W tej chwili zasty­głe uśmie­chy nabrały gro­te­sko­wego wyrazu i Falk zauwa­żył, że nie tylko on odwraca wzrok.

Kolejne zdję­cie i Falk zdzi­wił się, widząc samego sie­bie. Zna­lazł się twa­rzą w twarz z nie­ostrą, jede­na­sto­let­nią wer­sją sie­bie. On i Luke, ramię w ramię, bez pod­ko­szul­ków i z otwar­tymi ustami, pre­zen­to­wali nie­wielką rybę na lince. Wyglą­dali na szczę­śli­wych. Falk usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć moment, w któ­rym zro­biono to zdję­cie. Nie potra­fił.

Pokaz trwał na­dal. Zdję­cia Luke’a, następ­nie Karen, każde z nich uśmie­chało się bez końca, i kolejne uję­cie Falka. Tym razem poczuł, jakby coś ści­snęło mu płuca. W tłu­mie roz­legł się cichy pomruk i Falk wie­dział, że ta foto­gra­fia wstrzą­snęła nie tylko nim.

Stał obok Luke’a – obaj mieli dłu­gie nogi, a ich twa­rze pozna­czone były trą­dzi­kiem. Uśmie­chali się, jak na poprzed­nim zdję­ciu, ale tym razem byli we czwórkę. Luke obej­mo­wał szczu­płą, nasto­let­nią talię jasno­wło­sej dziew­czyny. Falk, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej nie­śmiało, trzy­mał dłoń na ramie­niu dru­giej z dziew­cząt, która miała ciemne włosy i oczy.

Falk nie mógł uwie­rzyć, że poka­zy­wano to zdję­cie. Rzu­cił spoj­rze­nie na Gerry’ego Hadlera, który patrzył przed sie­bie z mocno zaci­śniętą szczęką. Falk poczuł, że sto­jący koło niego far­mer prze­stą­pił z nogi na nogę i odsu­nął się o pół kroku. Dotarło do niego, pomy­ślał Falk.

Zmu­sił się, aby ponow­nie spoj­rzeć na zdję­cie. Na ich czwórkę. Na dziew­czynę obok niego. Wpa­try­wał się w jej oczy, aż w końcu znik­nęły z ekranu. Dobrze pamię­tał, kiedy to zdję­cie zostało zro­bione. Popo­łu­dnie pod koniec lata. To był dobry dzień. A zdję­cie było jed­nym z ostat­nich, na któ­rym byli wszy­scy czworo. Dwa mie­siące póź­niej ciem­no­oka dziew­czyna nie żyła…

„Luke kła­mał. Ty kła­małeś”.

Falk wbił wzrok w pod­łogę na całą minutę. Kiedy ponow­nie spoj­rzał na ekran, czas przy­spie­szył, a Luke i Karen uśmie­chali się do niego sztywno ze zdję­cia ślub­nego. Falk został zapro­szony i na tę uro­czy­stość. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, jaką wymówkę wymy­ślił, żeby nie przy­je­chać. Pra­wie na pewno była to praca.

Zaczęły poja­wiać się pierw­sze zdję­cia Billy’ego. Nowo­ro­dek o czer­wo­nej twa­rzyczce, nie­mowlę z impo­nu­jącą czu­pryną. Już wtedy przy­po­mi­nał swo­jego tatę. W krót­kich spoden­kach przy cho­ince. Cała rodzina prze­brana za potwory, farba na ich twa­rzach popę­kana od uśmie­chów. Kilka lat do przodu i nieco star­sza Karen tuli kolejne nie­mowlę.

Char­lotte. Szczę­ściara. Jej imię nie zostało uło­żone z kwia­tów. Jakby na zamó­wie­nie, trzy­na­sto­mie­sięczna Char­lotte zaczęła zawo­dzić na kola­nach swo­jej babci w pierw­szym rzę­dzie. Barb Hadler jedną ręką przy­ci­snęła dziew­czynkę moc­niej do sie­bie, sama koły­sząc się ner­wowo. Drugą ręką przy­ci­skała chu­s­teczkę do twa­rzy.

Falk, który nie znał się na dzie­ciach, nie wie­dział, czy Char­lotte roz­po­znała swoją mamę na ekra­nie. A może po pro­stu była wście­kła, że została włą­czona do wspo­min­ków, choć była jak naj­bar­dziej żywa. Dotarło do niego, że będzie musiała się do tego przy­zwy­czaić. Nie miała wyboru. Dziecko dora­sta­jące z ety­kietką „Jedyna oca­lała” raczej nie miało gdzie się ukryć.

Ostat­nie zdję­cia mignęły w nie­zręcz­nej ciszy. Kiedy ktoś w końcu włą­czył świa­tło, dało się odczuć zbio­rową ulgę. Otyły ksiądz zaczął wdra­py­wać się na mów­nicę, a Falk ponow­nie przy­glą­dał się budzą­cym grozę trum­nom.

Myślał o ciem­no­okiej dziew­czy­nie i o kłam­stwie, które zostało wymy­ślone i na które przy­stał, kiedy jego życie napę­dzał strach i mło­dzień­cze hor­mony.

„Luke kła­mał. Ty kła­małeś”.

Jak krótka była droga, która dzie­liła tamtą decy­zję od tego momentu? To pyta­nie doku­czało mu niczym siniak.

Jakaś star­sza kobieta odwró­ciła wzrok od mów­nicy i przy­pad­kiem spoj­rzała na Falka. Nie znał jej, ale ona ski­nęła uprzej­mie głową w geście roz­po­zna­nia. Falk odwró­cił wzrok. Kiedy wró­cił spoj­rze­niem, kobieta na­dal na niego patrzyła. Jej brwi zmarsz­czyły się nagle i zwró­ciła się do kobiety sto­ją­cej obok. Falk nie potrze­bo­wał umie­jęt­no­ści czy­ta­nia z ruchu warg, żeby wie­dzieć, co powie­działa.

„Chło­pak Falka wró­cił”.

Druga kobieta spoj­rzała na niego, ale szybko odwró­ciła spoj­rze­nie. Ledwo dostrze­gal­nym ski­nie­niem głowy potwier­dziła domy­sły przy­ja­ciółki. Nachy­liła się i szep­nęła coś do osoby sto­ją­cej po jej dru­giej stro­nie. Falk poczuł nie­przy­jemny cię­żar w piersi. Spoj­rzał na zega­rek. S i e d e m n a ś c i e   g o d z i n . I wyje­dzie stąd. Znów. Dzięki Bogu.

Roz­dział 2

– Aaro­nie Falk, nie waż się odje­chać, do cho­lery!

Falk stał przy swoim samo­cho­dzie, wal­cząc z pokusą, aby wsiąść do niego i odje­chać w siną dal. Więk­szość żałob­ni­ków ruszyła już w krótką, acz męczącą w tym upale drogę na miej­sce stypy. Falk obró­cił się, sły­sząc głos, i wbrew sobie uśmiech­nął się.

– Gret­chen – powie­dział, kiedy kobieta przy­cią­gnęła go do sie­bie, aby go objąć, jed­no­cze­śnie kła­dąc czoło na jego ramie­niu. Oparł pod­bró­dek o jej jasne włosy i trwali tak, koły­sząc się, przez dłuż­szą chwilę.

– O Boże, tak się cie­szę, że cię tu widzę. – Głos kobiety tłu­miła jego koszula.

– Jak się masz? – zapy­tał, kiedy się od niego odsu­nęła.

Gret­chen Scho­ner wzru­szyła ramio­nami, ścią­ga­jąc tanie oku­lary prze­ciw­sło­neczne i uka­zu­jąc zaczer­wie­nione oczy.

– Nie naj­le­piej. Wła­ści­wie to źle. A ty?

– Tak samo.

– Tak samo to ty wyglą­dasz. – Zdo­była się na nie­pewny uśmiech. – Widzę, że na­dal roz­ta­czasz urok albi­nosa.

– Ty rów­nież pra­wie się nie zmie­ni­łaś.

Prych­nęła, ale uśmie­chała się już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

– Przez dwa­dzie­ścia lat? Nie wygłu­piaj się.

Nie był to jed­nak czczy kom­ple­ment ze strony Falka. Na­dal bez trudu można było roz­po­znać Gret­chen ze zdję­cia czwórki nasto­lat­ków, które poka­zano pod­czas cere­mo­nii.

Talia, którą na foto­gra­fii obej­mo­wał Luke, była teraz tylko nie­znacz­nie szer­sza, swój jasny kolor włosy praw­do­po­dob­nie zawdzię­czały far­bie, ale nie­bie­skie oczy i wydatne kości policz­kowe pozo­stały dokład­nie takie jak nie­gdyś. Ele­ganc­kie spodnie i bluzka były odro­binę zbyt obci­słe jak na taką oka­zję i widać było, że Gret­chen nie czuje się w tym stroju swo­bod­nie. Falk zasta­na­wiał się, czy poży­czyła go od kogoś, czy po pro­stu rzadko go wkła­dała.

Gret­chen rów­nie uważ­nie mie­rzyła go wzro­kiem i kiedy ich spoj­rze­nia spo­tkały się, par­sk­nęła śmie­chem. Natych­miast jej twarz nabrała pogod­niej­szego wyrazu, co jesz­cze odjęło jej lat.

– Chodź – powie­działa i ści­snęła go za ramię. Jej dłoń na jego skó­rze była chłodna. – Stypa jest w domu kul­tury. Przej­dziemy przez to razem.

Ruszyli w dół drogi, a Gret­chen zawo­łała małego chłopca, który dźgał coś paty­kiem. Spoj­rzał na nią i nie­chęt­nie porzu­cił swoje zaję­cie. Gret­chen wycią­gnęła do niego rękę, ale on potrzą­snął głową i truch­tał przed nimi, wywi­ja­jąc kij­kiem jak szpadą.

– Mój syn, Lachie – przed­sta­wiła go Gret­chen, spo­glą­da­jąc na Falka kątem oka.

– Tak. Oczy­wi­ście. – Chwilę zajęło Fal­kowi uświa­do­mie­nie sobie, że dziew­czyna, którą kie­dyś znał, była teraz matką. – Sły­sza­łem, że masz dziecko.

– Od kogo? Od Luke’a?

– Pew­nie tak – przy­tak­nął Falk. – Już jakiś czas temu. Naj­wy­raź­niej. Ile ma lat?

– Dopiero pięć, ale straszny z niego łobuz.

Patrzyli przez chwilę, jak Lachie zada­wał pchnię­cia nie­wi­dzial­nym prze­ciw­ni­kom. Miał sze­roko roz­sta­wione oczy i krę­cone włosy w kolo­rze ziemi, lecz w jego ostrych rysach Falk nie mógł się dopa­trzeć podo­bień­stwa do Gret­chen. Wysi­lił pamięć, żeby przy­po­mnieć sobie, czy Luke wspo­mi­nał coś o jakimś związku Gret­chen lub o ojcu chłopca. Nie wyda­wało mu się. Chciał wie­rzyć, że zapa­mię­tałby, gdyby tak było. Rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie na jej lewą dłoń. Nie było na niej obrączki, ale w dzi­siej­szych cza­sach to jesz­cze nic nie zna­czy.

– Jak się ma twoja rodzina? – Udało mu się w końcu wybrnąć z nie­zręcz­nej sytu­acji.

– W porządku. Lachie potrafi być krnąbrny – oznaj­miła, ści­sza­jąc głos. – Jeste­śmy tylko we dwoje. To dobre dziecko. Radzimy sobie. Przy­naj­mniej na razie.

– Twoi rodzice na­dal mają swoje gospo­dar­stwo?

Potrzą­snęła głową.

– O Boże, nie. Prze­szli na eme­ry­turę i sprze­dali farmę jakieś osiem lat temu. Prze­pro­wa­dzili się do Syd­ney i kupili małe miesz­kanko trzy ulice od miej­sca, gdzie mieszka moja sio­stra z dziećmi. – Wzru­szyła ramio­nami. – Mówią, że im się tam podoba. Miej­skie życie. Podobno tata cho­dzi na pila­tes.

Falk uśmiech­nął się, wyobra­ża­jąc sobie pro­stego czło­wieka, jakim był pan Scho­ner, kon­cen­tru­ją­cego się na pracy mię­śni głę­bo­kich pod­czas wyko­ny­wa­nia ćwi­czeń odde­cho­wych.

– Nie kusiło cię, żeby do nich dołą­czyć? – zapy­tał.

Gret­chen zaśmiała się nie­we­soło i wska­zała uschnięte drzewa wzdłuż drogi.

– I zosta­wić to? Nie. Zbyt długo tu miesz­kam, weszło mi to w krew. Sam wiesz, jak to jest. – Ucięła zda­nie i spoj­rzała na Falka kątem oka. – A może wcale nie. Prze­pra­szam.

Falk tylko mach­nął na to ręką.

– Co pora­biasz?

– Pro­wa­dzę farmę, oczy­wi­ście. A przy­naj­mniej pró­buję. Kilka lat temu kupi­łam gospo­dar­stwo Kel­ler­mana. Hoduję owce.

– Naprawdę? – Falk był pod wra­że­niem. To była pożą­dana zie­mia. Przy­naj­mniej za jego mło­dych lat.

– A ty? – zapy­tała. – Sły­sza­łam, że wstą­pi­łeś do poli­cji?

– Tak, to prawda. Tyle że do fede­ral­nej. Na­dal tam pra­cuję.

Przez chwilę szli w ciszy. Roz­go­rącz­ko­wana pta­sia pieśń dobie­ga­jąca z drzew brzmiała tak, jak Falk zapa­mię­tał. Żałob­nicy idący przed nimi wyglą­dali jak smugi na zaku­rzo­nej dro­dze.

– Jak się mają tutaj sprawy? – spy­tał.

– Źle – odpo­wie­działa dobit­nie. Dotknęła swo­ich ust opusz­kiem palca w ner­wo­wym geście kogoś, kto rzu­cił pale­nie. – Bóg jeden wie, że wcze­śniej też wcale nie było dobrze. Wszy­scy mar­twią się pie­niędzmi i suszą. A teraz ta sprawa z Lukiem i jego rodziną… Jest bar­dzo źle, Aaron. Bar­dzo źle. To się czuje w powie­trzu. Wszy­scy cho­dzimy jak żywe trupy. Nie wia­domo, co mówić, co robić. Przy­glą­damy się sobie nawza­jem. Pró­bu­jemy się domy­ślić, kto następny pęk­nie.

– Jezu.

– No. Nie jesteś w sta­nie sobie tego wyobra­zić.

– Czy ty i Luke na­dal byli­ście ze sobą bli­sko? – Falk dał upust cie­ka­wo­ści.

Gret­chen zawa­hała się. Jej usta zaci­snęły się w linię.

– Nie, już od lat nie byli­śmy sobie bli­scy. Nie tak jak wtedy, kiedy byli­śmy we czworo.

Falk pomy­ślał o zdję­ciu. Luke, Gret­chen, on sam. I Ellie Deacon z dłu­gimi, czar­nymi wło­sami. Byli ze sobą tacy zżyci. Jak tylko nasto­latki potra­fią, ponie­waż uwa­żają przy­ja­ciół za brat­nie dusze i wie­rzą, że ich więź będzie trwać na zawsze.

„Luke kła­mał. Ty kła­małeś”.

– Rozu­miem, że wy utrzy­my­wa­li­ście ze sobą kon­takt? – dopy­ty­wała się Gret­chen.

– Od czasu do czasu. – Przy­naj­mniej to była prawda. – Kiedy Luke przy­jeż­dżał do Mel­bo­urne, wyska­ki­wa­li­śmy na piwo, tak to wyglą­dało… – Falk urwał. – Ale nie widzia­łem go już od dobrych kilku lat. Czło­wiek robi się taki zajęty, wiesz, jak to jest. On miał rodzinę, a ja mnó­stwo pracy.

– W porządku, nie musisz się tłu­ma­czyć. Wszy­scy czu­jemy się winni.

W domu kul­tury aż wrzało. Falk cof­nął się na scho­dach i Gret­chen ponow­nie zła­pała go za ramię.

– Chodź, zoba­czysz, że będzie w porządku. Więk­szość pew­nie nawet cię nie pamięta.

– Wystar­cza­jąco wielu sobie przy­po­mni. Zwłasz­cza po tym, jak poka­zano to zdję­cie.

Gret­chen skrzy­wiła się.

– No wiem. Ja też byłam w szoku. Ale zro­zum, ludzie mają wiele innych zmar­twień na gło­wie. Nie wychy­laj się. Wyj­dziemy tyl­nymi drzwiami na podwórko.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, jedną ręką chwy­ciła Falka za rękaw, drugą zła­pała swo­jego syna i obu popro­wa­dziła do środka, prze­ci­ska­jąc się przez tłum. Wewnątrz pano­wał zaduch. Kli­ma­ty­za­cja szła pełną parą, ale sytu­acja była bez­na­dziejna ze względu na liczbę żałob­ni­ków pra­gną­cych schro­nić się wewnątrz przed słoń­cem. Ludzie sku­piali się w powa­dze w mniej­sze grupki, trzy­ma­jąc w rękach pla­sti­kowe kubeczki i tale­rzyki z ciast­kami cze­ko­la­do­wymi prze­ło­żo­nymi bitą śmie­taną.

Gret­chen ruszyła w kie­runku prze­szklo­nych drzwi, za któ­rymi na małym placu zabaw usta­wili się spóź­nial­scy, wypchnięci ze środka przez poczu­cie zbio­ro­wej klau­stro­fo­bii. Zna­leźli zacie­nione miej­sce w pobliżu ogro­dze­nia, a Lachie pobiegł spró­bo­wać szczę­ścia na nie­mi­ło­sier­nie roz­grza­nej meta­lo­wej zjeż­dżalni.

– Nie musisz stać ze mną, jeśli mia­łoby to nad­szarp­nąć twoją repu­ta­cję – powie­dział Falk, nacią­ga­jąc kape­lusz moc­niej na czoło, żeby lepiej osła­niał twarz.

– Och, zamknij się. Poza tym naj­bar­dziej zaszko­dzi­łam sobie sama.

Falk rozej­rzał się po placu zabaw i dostrzegł star­szą parę, która kie­dyś chyba przy­jaź­niła się z jego ojcem. Roz­ma­wiali z mło­dym funk­cjo­na­riu­szem poli­cji, który w peł­nym mun­du­rze galo­wym spły­wał potem w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca. Jego czoło świe­ciło się, kiedy uprzej­mie ski­nął głową.

– Hej, czy to następca Bar­be­risa? – zapy­tał Falk.

Gret­chen podą­żyła wzro­kiem za jego spoj­rze­niem.

– No. Sły­sza­łeś o Bar­be­ri­sie?

– Oczy­wi­ście. Wielka strata. Pamię­tasz, jak napę­dzał nam wszyst­kim stra­cha tymi okrop­nymi opo­wie­ściami o dzie­ciach, które nie­ostroż­nie obcho­dziły się z maszy­nami na far­mie?

– Jasne. Zawał miał jak w banku przy­naj­mniej od dwu­dzie­stu lat.

– A jed­nak to wielka strata – rzekł Falk szcze­rze. – Kim jest ten nowy?

– To sier­żant Raco. Jeśli odno­sisz wra­że­nie, że rzu­cono go na głę­boką wodę, to dla­tego, że tak wła­śnie jest.

– Nie jest dobry? Wszystko wska­zuje na to, że dobrze sobie radzi z tłu­mem.

– Naprawdę nie wiem. To wyda­rzyło się pięć minut po jego przy­by­ciu.

– Kosz­mar jak na pierw­sze pięć minut.

Gret­chen nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, ponie­waż przy szkla­nych drzwiach zro­biło się zamie­sza­nie. Tłum roz­stą­pił się z sza­cun­kiem, robiąc miej­sce dla Gerry’ego i Barb, któ­rzy wyszli na zewnątrz i mru­gali ośle­pieni słoń­cem. Mocno trzy­ma­jąc się za ręce, pod­cho­dzili po kolei do żałob­ni­ków sku­pio­nych w gru­pach. Kilka słów, uścisk, mężne ski­nię­cie i dalej.

– Kiedy ostat­nio z nimi roz­ma­wia­łeś? – wyszep­tała Gret­chen.

– Aż do zeszłego tygo­dnia dwa­dzie­ścia lat temu – odpo­wie­dział Falk.

Cze­kał. Gerry na­dal był po prze­ciw­nej stron­nie placu zabaw, kiedy go dostrzegł. Odsu­nął się od pulch­nej kobiety w pół uści­sku, tak że objęła powie­trze.

„Bądź na pogrze­bie”.

Falk przy­je­chał, zgod­nie z pole­ce­niem. I teraz patrzył, jak ojciec Luke’a zbliża się do niego.

Gret­chen była jed­nak szyb­sza i prze­jęła Gerry’ego w swoje ramiona. Spoj­rzał Fal­kowi pro­sto w oczy znad jej ramie­nia, a jego źre­nice były błysz­czące i posze­rzone. Fal­kowi przy­szło do głowy, że być może wspo­maga się jaki­miś lekar­stwami, aby prze­trwać ten dzień. Kiedy Gret­chen puściła Gerry’ego, ten wycią­gnął rękę, aby ująć dłoń Falka w gorą­cym, moc­nym uści­sku.

– Udało ci się przy­je­chać – powie­dział neu­tral­nym tonem, naj­wy­raź­niej ze względu na Gret­chen.

– Tak – odparł Falk. – Dosta­łem twój list.

Gerry patrzył mu w oczy.

– Pew­nie. Cóż, uwa­ża­łem, że to ważne, abyś tu był. Ze względu na Luke’a. Nie byłem pewien, czy ci się uda doje­chać, chłop­cze. – Ostat­nie zda­nie zawi­sło ciężko w powie­trzu.

– Oczy­wi­ście, Gerry – przy­tak­nął Falk. – Być tutaj to dla mnie ważna sprawa.

Wąt­pli­wo­ści Gerry’ego nie były bez­za­sadne. Tydzień wcze­śniej Falk sie­dział przy swoim biurku w Mel­bo­urne, wpa­tru­jąc się pustym wzro­kiem w umiesz­czone w gaze­cie zdję­cie Luke’a, kiedy zadzwo­nił tele­fon. Łamią­cym się gło­sem, któ­rego Falk nie sły­szał od dwu­dzie­stu lat, Gerry podał mu szcze­góły doty­czące pogrzebu. „Zoba­czymy się na miej­scu”, powie­dział. I nie było to pyta­nie. Falk uni­kał nie­ostrego spoj­rze­nia Luke’a, kiedy zaczął prze­bą­ki­wać coś o zobo­wią­za­niach w pracy. Prawdę powie­dziaw­szy, wów­czas jesz­cze nie pod­jął decy­zji. Dwa dni póź­niej nad­szedł list, Gerry musiał nadać go natych­miast po tym, jak się roz­łą­czył.

„Ty kła­ma­łeś. Bądź na pogrze­bie”.

Tam­tej nocy Falk nie spał dobrze.

Teraz obaj posy­łali nie­zręczne spoj­rze­nia w stronę Gret­chen, która marsz­cząc brwi, patrzyła, jak jej syn nie­pew­nie wspina się na dra­binki.

– Nocu­jesz w mia­steczku – powie­dział Gerry.

Jak zauwa­żył Falk, to rów­nież nie było pyta­nie.

– W pokoju nad pubem.

Z placu zabaw dobiegł płacz.

– Cho­lera, to było do prze­wi­dze­nia. Prze­pra­szam na moment – rzu­ciła Gret­chen i pobie­gła do synka.

Gerry zła­pał Falka za łokieć i odcią­gnął kawa­łek od żałob­ni­ków. Jego ręka się trzę­sła.

– Musimy poroz­ma­wiać. Zanim ona wróci.

Falk uwol­nił swoje ramię nie­znacz­nym, dobrze kon­tro­lo­wa­nym ruchem, zda­jąc sobie sprawę z tłumu za ich ple­cami. Nie był pewien, kto tam był ani kto mógł się im przy­glą­dać.

– Na litość boską, Gerry! Czego ty chcesz? – Zmu­sił się do sta­nia w pozy­cji, która, jak miał nadzieję, spra­wiała wra­że­nie swo­bod­nej. – Jeśli to ma być jakiś szan­taż, mogę od razu ci powie­dzieć, że nic z tego.

– Co? Jezu, Aaron. Nie. Nic z tych rze­czy. – Gerry wyglą­dał na auten­tycz­nie wstrzą­śnię­tego. – Gdy­bym chciał robić kło­poty, zro­bił­bym to lata temu, nie­praw­daż? Z przy­jem­no­ścią pozwo­li­łem temu przy­schnąć. I naj­chęt­niej na­dal tak bym to zosta­wił. Chry­ste, jakże bym chciał to tak zosta­wić. Ale teraz już nie mogę, prawda? W tej sytu­acji? Karen i Billy nie żyją… On nie miał nawet sied­miu lat… – Głos Gerry’ego się zała­mał. – Zro­zum, prze­pra­szam cię za ten list, ale potrze­bo­wa­łem, żebyś tu był. Muszę wie­dzieć.

– Co musisz wie­dzieć?

W jaskra­wym świe­tle popo­łu­dnia oczy Gerry’ego wyda­wały się nie­mal czarne.

– Czy Luke zabił już wcze­śniej.

Falk mil­czał. Nie zapy­tał, co Gerry miał na myśli.

– Wiesz… – Gerry ugryzł się jed­nak w język, ponie­waż jakaś nad­gor­liwa kobieta pode­szła do niego nie­pew­nym kro­kiem i oznaj­miła, że ksiądz chce z nim poroz­ma­wiać. Natych­miast, jeśli to moż­liwe.

– Jezu, co za cho­lerne zamie­sza­nie – wark­nął Gerry, a kobieta odkaszl­nęła i przy­wo­łała na twarz wyraz umę­czo­nej cier­pli­wo­ści. Obró­cił się do Falka: – Lepiej pójdę. Ode­zwę się do cie­bie. – Uści­snął dłoń Falka, prze­trzy­mu­jąc ją tro­chę dłu­żej, niż nale­żało.

Falk ski­nął głową. Zro­zu­miał. Gerry wyglą­dał na zgar­bio­nego i mniej­szego, kiedy tak szedł za kobietą. Gret­chen, któ­rej udało się ukoić synka, wró­ciła do Falka. Stali ramię przy ramie­niu, patrząc za Ger­rym.

– Jest w strasz­nym sta­nie – stwier­dziła ści­szo­nym gło­sem. – Sły­sza­łam, że wczo­raj nakrzy­czał w skle­pie na Cra­iga Hornby’ego, że baga­te­li­zuje całą tę sprawę, czy coś w tym stylu. To nie­wia­ry­godne, Craig jest jego przy­ja­cie­lem od pięć­dzie­się­ciu lat.

Falk nie potra­fił sobie wyobra­zić, żeby kto­kol­wiek mógł lek­ce­wa­żąco odnieść się do tych trzech budzą­cych grozę tru­mien, a już na pewno nie ktoś tak dobrze uło­żony jak Craig Hornby.

– Czy naprawdę nic nie wska­zy­wało na to, że Luke może zro­bić coś takiego? – Falk nie mógł się powstrzy­mać.

– Co na przy­kład? – Mucha usia­dła na ustach Gret­chen. Odpę­dziła ją znie­cier­pli­wio­nym ruchem. – Wyma­chi­wa­nie strzelbą na głów­nej ulicy i gro­że­nie śmier­cią swo­jej rodzi­nie?

– Boże, Gret­chen, po pro­stu pytam. Cho­dziło mi raczej o depre­sję czy coś w tym rodzaju.

– Prze­pra­szam, to ten upał, jesz­cze wszystko pogar­sza. – Zamil­kła na chwilę. – Zro­zum, w Kie­wa­rze nie ma pra­wie nikogo, kto nie byłby na skraju wytrzy­ma­ło­ści. Ale szcze­rze powie­dziaw­szy, nic nie wska­zy­wało na to, żeby Luke radził sobie gorzej niż inni. – Gret­chen ponuro patrzyła w dal. – Ciężko powie­dzieć – ode­zwała się po chwili mil­cze­nia. – Wszy­scy są tacy źli. Ale nie tylko z powodu Luke’a. Nawet ci, któ­rzy naj­bar­dziej na niego wyrze­kają, nie nie­na­wi­dzą go za to, co zro­bił. To dziwne. Zupeł­nie jakby mu zazdro­ścili.

– Czego?

– Chyba tego, że zro­bił to, na co oni nie potra­fią się odwa­żyć. Bo teraz jego tutaj już nie ma, prawda? Pod­czas gdy my tkwimy tu po same uszy, on nie musi mar­twić się już plo­nami, nie­spła­co­nymi zobo­wią­za­niami czy suszą.

– Roz­pacz­liwe roz­wią­za­nie – pod­su­mo­wał Falk. – I do tego zabrać jesz­cze ze sobą rodzinę… Jak sobie z tym radzi rodzina Karen?

– Z tego, co sły­sza­łam, ona chyba nie miała nikogo. Pozna­łeś ją?

Falk potrzą­snął głową.

– Była jedy­naczką, jej rodzice zmarli, kiedy była nasto­latką. Prze­pro­wa­dziła się wtedy tutaj, do ciotki, która zmarła kilka lat temu. Jedyną rodziną Karen byli Hadle­ro­wie.

– Przy­jaź­ni­łaś się z nią?

– Raczej nie. Ja…

Z wnę­trza budynku roz­brzmiało ude­rze­nie widelca o kie­li­szek. Zebrani powoli mil­kli i obra­cali się w stronę, gdzie Barb i Gerry stali ramię w ramię. Wśród wszyst­kich tych ludzi wyglą­dali na bar­dzo samot­nych.

Falk uświa­do­mił sobie, że teraz zostali już tylko we dwójkę. Kie­dyś, bar­dzo krótko, mieli jesz­cze córkę. Uro­dziła się nie­żywa, kiedy Luke miał trzy lata. Jeśli nawet chcieli mieć póź­niej wię­cej dzieci, to im się nie powio­dło. Zamiast tego prze­lali cały swój wysi­łek na jedy­nego krzep­kiego syna.

Barb odkaszl­nęła, wodząc wzro­kiem po ota­cza­ją­cych ją ludziach.

– Chcę podzię­ko­wać wam wszyst­kim za przy­by­cie. Luke był dobrym czło­wie­kiem…

Słowa padły zbyt szybko, za gło­śno, i Barb zamknęła usta, aby nie wymknęło się jej wię­cej. Cisza prze­cią­gała się, aż stała się nie­zręczna. Trwała jesz­cze chwilę dłu­żej. Gerry wpa­try­wał się bez słowa w skra­wek ziemi przed sobą. Barb otwo­rzyła usta i zaczerp­nęła powie­trza.

– A Karen i Billy byli piękni. To, co się stało, było… – zamil­kła i prze­łknęła ślinę – straszne. Ale mam nadzieję, że koniec koń­ców uda się wam zapa­mię­tać Luke’a takim, jakim był naprawdę. Jako dobrego sąsiada, pra­co­wi­tego czło­wieka. Czło­wieka, który kochał swoją rodzinę.

– Jasne, dopóki ich nie uka­tru­pił.

Słowa, które dobie­gły z tyłu, były ciche, ale nie tylko Falk obró­cił głowę. Gniewne spoj­rze­nia sku­piły się na postaw­nym męż­czyź­nie, który jak na swoje czter­dzie­ści lat wyglą­dał źle. Mię­si­ste ramiona, które zawdzię­czał raczej tłusz­czowi niż musku­la­tu­rze, napi­nały mate­riał jego koszulki, kiedy zało­żył ręce. Jego twarz była czer­wona, broda zanie­dbana, a wyzy­wa­jące spoj­rze­nie zdra­dzało zabi­jakę. Każ­dej oso­bie, która obró­ciła się, aby go skar­cić, posy­łał buń­czuczne spoj­rze­nie, aż po kolei każda z nich odwra­cała wzrok. Barb i Gerry naj­wy­raź­niej tego nie usły­szeli. Drobne bło­go­sła­wień­stwa, pomy­ślał Falk.

– Kim jest ten pyskacz? – szep­nął do Gret­chen, która spoj­rzała na niego zasko­czona.

– Nie pozna­jesz? To Grant Dow.

– Żar­tu­jesz. – Falk poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba, i odwró­cił twarz. W pamięci miał obraz szczu­płego dwu­dzie­sto­pię­cio­latka o mię­śniach jak ze stali. Wygląda na to, że następne dwie dekady nie były dla niego łaskawe. – Zmie­nił się.

– Na­dal jest kom­plet­nym dup­kiem. Nie martw się. Nie sądzę, żeby cię zoba­czył. Gdyby tak było, z pew­no­ścią byś się zorien­to­wał.

Falk poki­wał głową, ale twarz na­dal miał odwró­coną. Barb roz­pła­kała się, co zebrani potrak­to­wali jako koniec prze­mowy – część z nich instynk­tow­nie ruszyła ku niej, a część sta­rała się od niej odsu­nąć, zależ­nie od tego, co dyk­to­wały im uczu­cia. Falk i Gret­chen stali w miej­scu. Jej syn pod­biegł do nich i wtu­lił twarz w spodnie matki. Z tru­dem pod­nio­sła go i posa­dziła sobie na bio­drze, a on, zie­wa­jąc, poło­żył głowę na jej ramie­niu.

– Myślę, że czas zabrać go do domu – stwier­dziła. – Kiedy wyjeż­dżasz z powro­tem do Mel­bo­urne?

Falk spoj­rzał na zega­rek. Pięt­na­ście godzin.

– Jutro – odpo­wie­dział na głos.

Gret­chen ski­nęła głową, patrząc na niego. Pochy­liła się i wolną ręką objęła go i przy­cią­gnęła do sie­bie. Falk czuł żar słońca na ple­cach, a z przodu cie­pło jej ciała.

– Dobrze było znów cię zoba­czyć, Aaron. – Spoj­rze­nie jej nie­bie­skich oczu wędro­wało po jego twa­rzy, jakby usi­ło­wała go zapa­mię­tać, a jej uśmiech był odro­binę smutny. – Może zoba­czymy się za następne dwa­dzie­ścia lat.

Patrzył za nią, aż znik­nęła z jego pola widze­nia.

Roz­dział 3

Falk sie­dział na skraju łóżka i apa­tycz­nie przy­glą­dał się przy­cup­nię­temu na ścia­nie spa­cha­czowi, śred­niej wiel­ko­ści pają­kowi. Wcze­snym wie­czo­rem, kiedy zaszło już słońce, tem­pe­ra­tura spa­dła jedy­nie nie­znacz­nie. Wziąw­szy prysz­nic, Falk prze­brał się w szorty i teraz tania baweł­niana pościel nie­przy­jem­nie kłuła wil­gotną skórę jego nóg. Surowy napis na tabliczce zwi­sa­ją­cej z prysz­nica i umiesz­czony obok niego minut­nik do goto­wa­nia jajek naka­zy­wały ogra­ni­cze­nie ablu­cji do trzech minut. Już po dwóch Falk zaczął mieć wyrzuty sumie­nia.

Przez pod­łogę docie­rały do niego przy­tłu­mione dźwięki z pubu, od czasu do czasu jakiś głos wyda­wał mu się zna­jomy. Gdzieś w środku był tro­chę cie­kaw, kto tam był na dole, ale nie miał ochoty tego spraw­dzać. Hałas prze­rwał dźwięk tłu­czo­nego szkła. Nastą­piła chwila ciszy i w końcu chó­ralny wybuch drwią­cego śmie­chu. Spa­chacz poru­szył jed­nym odnó­żem.

Falk aż pod­sko­czył, kiedy zadzwo­nił tele­fon umiesz­czony na noc­nym sto­liku – jego dźwięk był prze­ni­kliwy i pla­sti­kowy. Prze­stra­szył się, ale nie był zasko­czony. Wyda­wało mu się, że na to wła­śnie cze­kał od wielu godzin.

– Halo?

– Aaron Falk? Tele­fon do pana. – Głos bar­mana był głę­boki i pobrzmie­wał w nim szkocki akcent. Fal­kowi sta­nęła przed oczami oka­zała postać, która dwie godziny wcze­śniej bez słowa spi­sała dane jego karty kre­dy­to­wej w zamian za klucz do tego pokoju.

Falk był pewien, że nie widział go ni­gdy wcze­śniej, ponie­waż takiej postaci się nie zapo­mina. Sporo po czter­dzie­stce, sze­roki w barach, bujna ruda broda. Falk domy­ślał się, że bar­man był jed­nym z tych podróż­ni­ków, któ­rzy włó­czą się z ple­ca­kiem po kraju, aby w końcu osiąść w jakiejś mie­ści­nie. W żaden spo­sób nie zare­ago­wał na dźwięk jego nazwi­ska, można było jedy­nie odczuć nutę nie­do­wie­rza­nia, że ktoś zja­wiał się w pubie w celach nie­po­wią­za­nych z alko­ho­lem.

– Kto dzwoni? – zapy­tał Falk, choć domy­ślił się bez trudu.

– Sam zapy­taj – odparł bar­man. – Jeśli chcesz, żeby ktoś odbie­rał za cie­bie wia­do­mo­ści, musisz zatrzy­mać się w bar­dziej eks­klu­zyw­nym przy­bytku, przy­ja­cielu. Łączę.

Na linii zale­gła cisza, a po chwili Falk usły­szał czyjś oddech.

– Aaron? Jesteś tam? Tu Gerry. – Głos ojca Luke’a zdra­dzał jego krań­cowe zmę­cze­nie.

– Gerry. Musimy poroz­ma­wiać.

– Tak. Przy­jedź do nas. Barb i tak chce się z tobą zoba­czyć. – Gerry podał mu adres. Nastą­piła długa pauza, a potem cięż­kie wes­tchnię­cie. – I słu­chaj, Aaron. Ona nie wie o liście. Ani o żad­nej z tych spraw… Niech tak zosta­nie, dobrze?

Falk jechał zgod­nie ze wska­zów­kami Gerry’ego wzdłuż ponu­rych wiej­skich dróg i po dwu­dzie­stu minu­tach zatrzy­mał się na krót­kim wybru­ko­wa­nym pod­jeź­dzie. Świa­tła werandy rzu­cały poma­rań­czowy blask na schludny drew­niany domek. Kiedy zapar­ko­wał, siat­kowe drzwi otwo­rzyły się ze zgrzy­tem i jego oczom uka­zała się przy­gar­biona syl­wetka Barb Hadler. Chwilę póź­niej wyrósł za nią jej mąż, któ­rego postać rzu­cała wydłu­żony cień na pod­jazd. Wcho­dząc po scho­dach na werandę, Falk zauwa­żył, że oboje byli na­dal w tych samych stro­jach co na pogrze­bie, z tą tylko róż­nicą, że teraz były już pomięte.

– Aaron. Mój Boże, tyle to już czasu. Dzię­kuję, że przy­je­cha­łeś. Wejdź – wyszep­tała Barb, wycią­ga­jąc do niego wolną rękę. Drugą przy­ci­skała do sie­bie małą Char­lotte, koły­sząc ją ener­gicz­nie. – Prze­pra­szam za dziecko. Jest taka nie­spo­kojna. Nie da się jej uśpić.

Z tego, co Falk mógł doj­rzeć, Char­lotte była pogrą­żona w głę­bo­kim śnie.

– Barb – Falk nachy­lił się nad dziec­kiem i objął star­szą kobietę. – Dobrze cię widzieć. – Trzy­mała go przy sobie przez długą chwilę, przy­ci­ska­jąc pulchne ramię do jego ple­ców, i poczuł, że coś w nim odro­binę się roz­luź­niło. Czuł słodką kwia­tową nutę jej lakieru do wło­sów. Na­dal uży­wała tej samej marki co wtedy, kiedy zwra­cał się do niej jesz­cze „pani Hadler”. Odsu­nęli się w końcu od sie­bie i po raz pierw­szy mógł uważ­nie przyj­rzeć się Char­lotte. Wyglą­dało na to, że było jej za gorąco i nie­wy­god­nie, ponie­waż Barb trzy­mała ją przy­ci­śniętą do swo­jej bluzki. Nie­znacz­nie zmarsz­czyła czoło, na co Falk aż się wzdry­gnął, tak bar­dzo przy­po­mi­nała w tym Luke’a.

Wszedł do oświe­tlo­nego przed­po­koju, gdzie Barb zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów. Kiedy tak się mu przy­glą­dała, białka jej oczu zaró­żo­wiły się. Wycią­gnęła do niego dłoń i cie­płymi opusz­kami pal­ców dotknęła jego policzka.

– Tylko spójrz na sie­bie, pra­wie w ogóle się nie zmie­ni­łeś – rze­kła.

Falk poczuł, jak wzbiera w nim absur­dalne poczu­cie winy. Wie­dział, że wyobra­żała sobie obok niego nasto­let­nią wer­sję swo­jego syna. Barb pocią­gnęła nosem i wytarła twarz chu­s­teczką, z któ­rej posy­pały się na nią białe okruszki. Nie zwró­ciła na to uwagi i ze smut­nym uśmie­chem zapro­siła go do środka. Popro­wa­dziła go przez przed­po­kój, któ­rego ściany zapeł­nione były zdję­ciami rodzin­nymi – oboje sta­ran­nie uni­kali ich widoku. Gerry szedł za nimi.

– Bar­dzo tu ład­nie, Barb – powie­dział uprzej­mie Falk.

Zawsze bar­dzo dbała o wygląd swo­jego domu, ale teraz można się było dopa­trzyć oznak bała­ganu. Brudne kubki na sto­liku, prze­peł­niony kosz do segre­ga­cji odpad­ków, sterty nie­otwar­tych listów. Wszystko to mówiło o jej bólu i braku uwagi.

– Dzię­kuję. Chcie­li­śmy mieć mały domek, łatwy do ogar­nię­cia, po tym, jak… – zawa­hała się przez chwilę. Prze­łknęła ślinę. – …po tym, jak prze­ka­za­li­śmy farmę Luke’owi. – Wyszli na taras nad zadba­nym ogród­kiem. Drew­niane deski skrzy­piały pod ich nogami, a nad­cho­dząca noc przy­no­siła pewną ulgę od skwaru dnia. Wszę­dzie pora­stały krzewy różane, które, choć sta­ran­nie przy­cięte, były zupeł­nie mar­twe.

– Pró­bo­wa­łam utrzy­mać je przy życiu, pod­le­wa­jąc wodą z odzy­sku – opo­wia­dała Barb, podą­ża­jąc za spoj­rze­niem Falka. – Ale upał i tak je wykoń­czył. – Wska­zała Fal­kowi wikli­nowy fotel. – Widzie­li­śmy cię w wia­do­mo­ściach, mówił ci Gerry? Kilka mie­sięcy temu. Cho­dziło o te firmy, które okra­dały swo­ich inwe­sto­rów.

– Sprawa Pem­ber­ley – powie­dział Falk. – To był szok.

– Mówili, że dobrze się spi­sa­łeś, Aaron. W tele­wi­zji i w gaze­tach. Odzy­ska­łeś pie­nią­dze tych ludzi.

– Część pie­nię­dzy. Część prze­pa­dła już dawno temu.

– Cóż, mówili, że pora­dzi­łeś sobie dosko­nale. – Barb pokle­pała go po nodze. – Twój tata byłby z cie­bie dumny.

– Dzięki – odparł Falk po chwili mil­cze­nia.

– Było nam przy­kro, kiedy dowie­dzie­li­śmy się o jego śmierci. Rak to praw­dziwy skur­czy­byk.

– To prawda.

Nowo­twór jelit, sześć lat wcze­śniej. Nie była to lekka śmierć.

Gerry, który stał oparty o fra­mugę drzwi, ode­zwał się po raz pierw­szy od przy­jazdu Falka.

– Wiesz, pró­bo­wa­łem utrzy­my­wać kon­takt po waszym wyjeź­dzie. – Mimo pozor­nie zwy­czaj­nego tonu głosu nie spo­sób było ukryć, że się tłu­ma­czył. – Napi­sa­łem do two­jego taty, kilka razy dzwo­ni­łem. Ni­gdy nie było żad­nego odzewu. W końcu odpu­ści­łem.

– W porządku – powie­dział Falk. – On nie chciał pod­trzy­my­wać zna­jo­mo­ści z Kie­warry.

Było to lek­kie nie­do­po­wie­dze­nie. Wszy­scy zgod­nie udali, że tego nie zauwa­żyli.

– Napi­je­cie się? – zapy­tał Gerry i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, znik­nął w głębi domu, skąd po chwili powró­cił z trzema szklan­kami whi­sky.

Falk przy­jął to ze zdu­mie­niem. Ni­gdy nie widział, żeby Gerry pił coś moc­niej­szego niż nisko­pro­cen­towe piwo. Lód w szklan­kach już zaczął top­nieć.

– Zdro­wie – Gerry wzniósł toast, prze­chy­lił szklankę i pocią­gnął spory łyk.

Falk cze­kał, aż się skrzywi. Na próżno. On tym­cza­sem z uprzej­mo­ści zanu­rzył usta i odsta­wił szklankę. Barb patrzyła na swoją z nie­sma­kiem.

– Gerry, nie powinno się tego pić przy dziecku.

– Na litość boską, kocha­nie, dziecka to nie obcho­dzi. Śpi jak zabita.

Po tych sło­wach zapa­dła ciężka cisza. Gdzieś w pogrą­żo­nym w ciem­no­ściach ogro­dzie brzę­czały nocne owady, wytwa­rza­jąc coś na kształt bia­łego szumu. Falk odkaszl­nął.

– Jak sobie dajesz radę, Barb?

Spoj­rzała w dół i pogła­dziła Char­lotte po policzku. Potrzą­snęła głową i jej łza spły­nęła na twarz dziew­czynki.

– Oczy­wi­ście… – zaczęła, ale zaraz urwała. Zaczęła mru­gać, usi­łu­jąc powstrzy­mać łzy. – Chcia­łam powie­dzieć, że Luke tego nie zro­bił. Nie mógłby. Ni­gdy. Wiesz o tym. Nie sobie. A już z pew­no­ścią nie swo­jej pięk­nej rodzi­nie.

Falk zer­k­nął na Gerry’ego. Na­dal stał w drzwiach i spo­glą­dał ponuro na swój na wpół wypity drink.

Barb mówiła dalej:

– Roz­ma­wia­łam z Lukiem kilka dni wcze­śniej. I wszystko było dobrze. Naprawdę, zacho­wy­wał się nor­mal­nie.

Falk nie wie­dział, co powie­dzieć, więc tylko ski­nął głową. Barb potrak­to­wała ten gest jako zachętę.

– Widzisz, rozu­miesz, ponie­waż zna­łeś go naprawdę. Nie tak jak inni ludzie. Oni nie są tacy. Wie­rzą we wszystko, co się im powie.

Falk powstrzy­mał się przed powie­dze­niem, że nie widział się z Lukiem od pię­ciu lat. Oboje popa­trzyli na Gerry’ego, ale on na­dal wpa­try­wał się w szklankę. Żad­nej pomocy.

– Dla­tego mie­li­śmy nadzieję… – Barb zawa­hała się. – Ja mia­łam nadzieję, że mógł­byś nam pomóc.

Falk spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

– Co dokład­nie masz na myśli, Barb?

– Cóż, po pro­stu dowiedz się, co naprawdę się wyda­rzyło. Aby oczy­ścić imię Luke’a. I dla Billy’ego, dla Karen. No i dla Char­lotte.

Powie­dziaw­szy to, zaczęła koły­sać dziecko, gła­skać je po ple­cach i wyda­wać kojące dźwięki. Dziew­czynka ani drgnęła.

– Barb. – Falk pochy­lił się do przodu i poło­żył swoje dło­nie na jej wol­nej ręce. Była wil­gotna i roz­pa­lona. – Bar­dzo mi przy­kro z powodu tego, co się stało. Żal mi was wszyst­kich. Dobrze wiesz, że kie­dyś Luke był dla mnie jak brat. Ale nie jestem odpo­wied­nią osobą. Jeśli masz jakieś wąt­pli­wo­ści, powin­naś zgło­sić się na poli­cję.

– Zgło­si­li­śmy się do cie­bie – odparła, cofa­jąc rękę. – Ty jesteś z poli­cji.

– Cho­dziło mi o poli­cję, która ma moż­li­wo­ści radze­nia sobie z takimi spra­wami. Ja już się tym nie zaj­muję. Wiesz o tym. Teraz pro­wa­dzę sprawy finan­sowe. Konta, pie­nią­dze.

– Dokład­nie – ski­nęła Barb.

Z gar­dła Gerry’ego wydo­był się cichy dźwięk.

– Barb uważa, że kło­poty finan­sowe ode­grały w tym wszyst­kim swoją rolę. – Jego próby zacho­wa­nia spo­koju nie powio­dły się.

– Tak. Oczy­wi­ście, że tak uwa­żam – wark­nęła Barb. – Dla­czego tak ciężko ci w to uwie­rzyć, Gerry? Pie­nią­dze nie trzy­mały się Luke’a. Jeśli miał dolara, wyda­wał dwa.

Czy to prawda?, zdzi­wił się Falk. Ni­gdy nie wyda­wało mu się, żeby Luke chęt­nie się­gał do kie­szeni.

Barb obró­ciła się, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w twarz.

– Zro­zum, przez minione dzie­sięć lat uwa­ża­łam, że słusz­nie zro­bi­li­śmy, sprze­da­jąc Luke’owi farmę. Ale przez ostat­nie dwa tygo­dnie nie robię nic innego, tylko zamar­twiam się, że było to dla niego zbyt duże brze­mię. Przy tej suszy, kto wie? Wszy­scy są zroz­pa­czeni. Mógł rów­nie dobrze poży­czyć od kogoś pie­nią­dze. Lub mieć długi, któ­rych nie był w sta­nie spła­cić. Może jakiś wie­rzy­ciel przy­szedł po niego.

Zale­gła cisza. Falk się­gnął po swoją whi­sky i wziął spory łyk. Była cie­pła.

– Barb – ode­zwał się w końcu. – Wiem, że może się wyda­wać ina­czej, ale pro­wa­dzący śledz­two z pew­no­ścią uwzględ­nili wszyst­kie moż­li­wo­ści.

– Nie­ko­niecz­nie – odparła Barb. – Oni wcale nie chcieli wie­dzieć. Przy­je­chali z Clyde, rzu­cili jedno spoj­rze­nie i stwier­dzili: „Tak, kolejny far­mer nie wytrzy­mał” i tyle. Sprawa zamknięta. Jasne było, co myślą. Nic tylko pola i owce. Żeby w ogóle tu zamiesz­kać, trzeba być stuk­nię­tym. Mieli to wypi­sane na twa­rzach.

– Przy­słali grupę docho­dze­niową z Clyde? – zapy­tał Falk, lekko zdzi­wiony. Clyde było naj­bliż­szym mia­stecz­kiem z wie­lo­eta­tową komendą. – To nie był ten tutej­szy poli­cjant? Jak on się nazywa?

– Sier­żant Raco. Nie. Był tutaj zale­d­wie od tygo­dnia czy jakoś tak. Przy­słali pomoc.

– Powie­dzie­li­ście temu sier­żan­towi, że macie wąt­pli­wo­ści?

Za odpo­wiedź star­czyło wyzy­wa­jące spoj­rze­nie Barb.

– Mówimy to tobie – powtó­rzyła.

Gerry odło­żył szklankę tak gło­śno, że oboje aż pod­sko­czyli.

– Dobra, sądzę, że powie­dzie­li­śmy już, o co nam cho­dzi – rzekł. – To był długi dzień. Dajmy Aaro­nowi szansę, żeby wszystko sobie prze­my­ślał. Wyro­bił sobie opi­nię. Chodź, chłop­cze, odpro­wa­dzę cię.

Barb chciała zapro­te­sto­wać, już otwo­rzyła usta, ale zamknęła je, zga­szona spoj­rze­niem Gerry’ego. Poło­żyła Char­lotte na wol­nym fotelu i wzięła Falka w swoje mokre obję­cia.

– Pomyśl o tym. Pro­szę. – Jej oddech na jego uchu był gorący. Czuł od niej alko­hol.

Barb usia­dła z powro­tem i wzięła Char­lotte na ręce. Zaczęła ener­gicz­nie ją koły­sać, aż w końcu dziew­czynka otwo­rzyła oczy, pła­cząc z nie­za­do­wo­le­nia. Kiedy przy­gła­dzała jej włosy i pokle­py­wała po plec­kach, Barb po raz pierw­szy się uśmiech­nęła. Idąc z Ger­rym, Falk sły­szał jej nie­me­lo­dyjny śpiew.

Gerry odpro­wa­dził Falka aż do samo­chodu.

– Barb chwyta się, czego może – stwier­dził Gerry. – Wbiła sobie do głowy, że to wszystko robota jakie­goś wymy­ślo­nego win­dy­ka­tora. To bred­nie. Luke był ostrożny z pie­niędzmi. Prze­cho­dził przez ciężki okres, jak wszy­scy, zga­dza się. I podej­mo­wał ryzyko, ale był wystar­cza­jąco roz­sądny. Ni­gdy by się w nic takiego nie uwi­kłał. Poza tym Karen pro­wa­dziła księ­go­wość farmy. Coś by powie­działa. Dałaby nam znać, gdyby sprawy miały się aż tak źle.

– A co ty o tym myślisz?

– Myślę… myślę, że Luke był pod pre­sją. I choć boli mnie to, choć ta świa­do­mość mnie zabija, to sądzę, że stało się dokład­nie to, na co wygląda. Jedyne, co chcę wie­dzieć, to czy ja rów­nież pono­szę za to winę.

Falk oparł się o samo­chód. W gło­wie mu dud­niło.

– Od jak dawna wiesz? – zapy­tał.

– Że Luke kła­mał, dając ci alibi? Od samego początku. Ile to już lat? Dwa­dzie­ścia kilka? Tam­tego dnia widzia­łem Luke’a, jak sam jechał na rowe­rze. I nie było to w pobliżu miej­sca, gdzie, jak zgod­nie twier­dzi­li­ście, obaj wtedy byli­ście. Wiem, że nie spę­dza­li­ście tego czasu razem. – Urwał. – Ni­gdy nikomu tego nie powie­dzia­łem.

– Nie zabi­łem Ellie Deacon.

Gdzieś w mroku dźwię­czały cykady.

Gerry kiw­nął głową, wpa­tru­jąc się w swoje buty.

– Aaron, gdy­bym choć przez sekundę uwa­żał, że było ina­czej, nie sie­dział­bym cicho. Jak myślisz, czemu nic nie powie­dzia­łem? To by ci zruj­no­wało życie. Podej­rze­nia cią­gnę­łyby się za tobą l a t a m i. Czy pozwo­li­liby ci wstą­pić do poli­cji? Luke zostałby oskar­żony z powodu kłam­stwa. I na co to wszystko? Nie wró­ci­łoby to życia dziew­czy­nie, która, prawdę powie­dziaw­szy, naj­pew­niej sama ze sobą skoń­czyła. Nie ja jeden tak myśla­łem. Wy nie mie­li­ście z tym nic wspól­nego. – Gerry oparł czu­bek buta o zie­mię. – Przy­naj­mniej wtedy tak sądzi­łem.

– A teraz?

– Teraz? Jezu, nie wiem, w co wie­rzyć. Zawsze myśla­łem, że Luke kła­mał, żeby cię chro­nić. Ale teraz moja synowa i wnuk zostali zamor­do­wani, a odci­ski pal­ców mojego nie­ży­ją­cego syna są na broni. – Gerry prze­cią­gnął dło­nią po twa­rzy. – Kocha­łem Luke’a. Bro­nił­bym go do końca. Ale kocha­łem rów­nież Karen i Billy’ego. I Char­lotte. I chęt­nie poszedł­bym do grobu w prze­ko­na­niu, że mój syn był nie­zdolny do popeł­nie­nia takiej zbrodni. Ale jakiś głos pod­szep­tuje mi: „Czy to prawda? Jesteś pewien?”. Dla­tego pytam cie­bie. Teraz. Tutaj. Czy Luke dał ci alibi, aby cię bro­nić, Aaron? Czy kła­mał, żeby chro­nić sie­bie?

– Ni­gdy nie było naj­mniej­szego podej­rze­nia, że Luke był odpo­wie­dzialny za to, co stało się Ellie – odpo­wie­dział Falk ostroż­nie.

– Nie – zgo­dził się Gerry. – Ale w dużej mie­rze dla­tego, że nawza­jem dostar­czy­li­ście sobie alibi, czyż nie? Ja i ty wie­dzie­li­śmy, że kła­mał, i nic z tym nie zro­bi­li­śmy. Pytam, czy to spra­wia, że krew mojej syno­wej i wnuka jest też na moich rękach? – Gerry prze­krzy­wił głowę i jego twarz skryła się w cie­niu. – I ty też powi­nie­neś zadać sobie to pyta­nie, zanim wró­cisz do Mel­bo­urne. Obaj ukry­li­śmy prawdę. Jeśli jestem winny, to ty rów­nież.

Powrotna droga wyda­wała się Aaro­nowi jesz­cze dłuż­sza. Włą­czył dłu­gie świa­tła, żeby drą­żyły przed nim mrok. Czuł się, jakby był jedyną osobą w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów. Nic przed nim, nic za nim.

Poczuł głu­che ude­rze­nie pod kołami, zda­wało mu się, że jesz­cze zanim dostrzegł nie­wielką plamkę prze­bie­ga­jącą drogę. Kró­lik. Chwilę temu jesz­cze żył, a teraz było już po nim. Serce Falka waliło. Odru­chowo wci­snął hamu­lec, ale było już tysiąc kilo­gra­mów i osiem­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę za późno. Nie było szans. Ude­rze­nie było dla Falka niczym cios w pierś, który uwol­nił coś w jego umy­śle. Wspo­mnie­nie, o któ­rym nie myślał od lat, poja­wiło się na powierzchni jego pamięci.

Maleńki kró­li­czek leżał na dłoni Luke’a. Jego paznok­cie były brudne od ziemi. Nie było w tym nic nie­zwy­kłego. W Kie­wa­rze nie było wielu week­en­do­wych roz­ry­wek dla ośmio­lat­ków. Bie­gali w wyso­kiej tra­wie w wyścigu doni­kąd, gdy nagle Luke sta­nął jak wryty. Schy­lił się, a kiedy chwilę póź­niej wstał, trzy­mał na dłoni malut­kie stwo­rzonko. Aaron pod­biegł, żeby zoba­czyć, co to. Gła­skali go, napo­mi­na­jąc się nawza­jem, aby nie robić tego zbyt mocno.

– Lubi mnie. Jest mój – zako­mu­ni­ko­wał Luke.

Przez całą drogę powrotną do domu Luke’a sprze­czali się o imię dla kró­liczka.

Wło­żyli go do kar­to­no­wego pudełka i przy­glą­dali mu się uważ­nie. Kró­li­czek tro­chę się trząsł, ale naj­czę­ściej leżał w bez­ru­chu. Pozorna akcep­ta­cja masku­jąca strach.

Aaron pobiegł do środka po ręcz­nik do wyło­że­nia pudełka. Zajęło mu to wię­cej czasu, niż powinno, a kiedy ponow­nie wybiegł na słońce, Luke sie­dział nie­ru­chomo. Jedną rękę trzy­mał w pudełku. Usły­szaw­szy Aarona, gwał­tow­nie pod­niósł głowę do góry i cof­nął dłoń. Aaron nie był pewien, czego jest świad­kiem, ale czuł potrzebę opóź­nie­nia momentu, w któ­rym zaj­rzy do pudełka.

– Zdechł – powie­dział Luke, a jego usta zaci­snęły się w wąską linię. Nie patrzył Aaro­nowi w oczy.

– Jak?

– Nie wiem. Po pro­stu.

Aaron pytał o to jesz­cze kilka razy, ale zawsze otrzy­my­wał tę samą odpo­wiedź. Kró­li­czek leżał na boku, dosko­nały, choć bez życia, a spoj­rze­nie jego czar­nych oczu było puste.

„Zasta­nów się nad tym”, powie­działa mu Barb na poże­gna­nie. Jed­nak kiedy Falk wra­cał dłu­gimi wiej­skimi dro­gami, tuż po prze­je­cha­niu zwie­rzę­cia, jego myśli kon­cen­tro­wały się raczej wokół Ellie Deacon i ich nasto­let­niej paczki. W jego gło­wie koła­tało się pyta­nie, czy kiedy woda wypeł­niła już płuca Ellie Deacon, spoj­rze­nie jej ciem­nych oczu stało się rów­nie puste?

Roz­dział 4

Żółta taśma poli­cyjna na­dal zwi­sała w strzę­pach z drzwi domu Luke’a Hadlera. Poranne słońce odbi­jało się od niej, kiedy Falk par­ko­wał samo­chód obok radio­wozu na skrawku zeschnię­tej trawy. Choć słońce nie było jesz­cze nawet w zeni­cie, wysia­da­jąc z samo­chodu, poczuł, że skóra już mrowi go z gorąca. Nało­żył kape­lusz i zaczął przy­glą­dać się domowi. Nie potrze­bo­wał wska­zó­wek. Jako nasto­la­tek spę­dzał tu nie­mal tyle samo czasu, co w swoim wła­snym domu.

Zadzwo­nił do drzwi, kon­sta­tu­jąc, że Luke nie zmie­nił zbyt wiele, odkąd prze­jął farmę od swo­ich rodzi­ców. Wewnątrz domu roz­legł się głę­boki dźwięk dzwona i Falk miał wra­że­nie, jakby cof­nął się w cza­sie. Ogar­nęła go nie­po­ko­jąca pew­ność, że za moment drzwi otwo­rzy mu pewny sie­bie szes­na­sto­la­tek, i nie­mal się cof­nął.

Żad­nego ruchu. Okna, w któ­rych zacią­gnięto zasłony, wyglą­dały niczym oczy ślepca.

Falk nie spał w nocy, leżąc i roz­my­śla­jąc o tym, co powie­dział mu Gerry. Rano zadzwo­nił do niego, by poin­for­mo­wać, że zosta­nie na dzień lub dwa. Naj­da­lej do week­endu. Był czwar­tek. W ponie­dzia­łek miał być z powro­tem w pracy. Ale w mię­dzy­cza­sie poje­dzie na farmę Luke’a. Przej­rzy księgi na prośbę Barb. Przy­naj­mniej tyle może zro­bić. Z tonu Gerry’ego wyni­kało, że myślał tak samo.

Falk odcze­kał chwilę, a póź­niej zaczął obcho­dzić budy­nek. Ogrom nie­zmą­co­nego błę­kitu przy­tła­czał pożół­kłe pola. W dali ogro­dze­nie z drutu kol­cza­stego dawało odpór czy­ha­ją­cej plą­ta­ni­nie buszu. Po raz pierw­szy w życiu do Falka dotarło, że pose­sja Hadle­rów była cał­ko­wi­cie odizo­lo­wana od świata. Kiedy był nasto­lat­kiem, gospo­dar­stwo tęt­niło życiem. Dom jego dzie­ciń­stwa znaj­do­wał się w zasięgu krót­kiej prze­jażdżki rowe­rem, ale skryty za hory­zon­tem, był nie­wi­doczny. W zasięgu wzroku znaj­do­wał się jesz­cze tylko jeden dom: walący się szary budy­nek przy­cup­nięty na zbo­czu odle­głego wzgó­rza.

Dom Ellie.

Fal­kowi prze­szło przez myśl, że być może jej ojciec i kuzyn na­dal tam miesz­kają, i instynk­tow­nie odwró­cił głowę. Prze­szu­ki­wał podwó­rze, aż w naj­więk­szej z trzech sto­dół natknął się na sier­żanta Grega Raca.

Poli­cjant na czwo­ra­kach prze­szu­ki­wał zawar­tość sta­rych pudeł znaj­du­ją­cych się w samym kącie. Nie­mały pająk, chyba katipo, sie­dział w bez­ru­chu na swo­jej sieci, igno­ru­jąc czyn­no­ści, które miały miej­sce zale­d­wie dwa metry od niego. Falk zastu­kał w meta­lowe drzwi i Raco obró­cił się, uka­zu­jąc zaku­rzoną i spły­wa­jącą potem twarz.

– Jezu, ale mnie prze­stra­szy­łeś. Nie sły­sza­łem, że ktoś idzie.

– Prze­pra­szam. Aaron Falk. Przy­ja­ciel Hadle­rów. Recep­cjo­nistka powie­działa mi, że tutaj cię znajdę. A tak przy oka­zji, widzia­łeś tego tam? – I wska­zał na katipo.

– Tak. Dzięki. Jest ich tutaj kilka.

Raco wstał i zdjął robo­cze ręka­wice. Pró­bo­wał strze­pać brud ze swo­ich nie­bie­skich mun­du­ro­wych spodni, ale szybko z tego zre­zy­gno­wał, bo to tylko pogar­szało sprawę. Pod pachami jego sta­ran­nie wypra­so­wa­nej koszuli ryso­wały się plamy potu. Był niż­szy od Falka, za to miał budowę bok­sera oraz bar­dzo krótko przy­strzy­żone krę­cone włosy. Sma­gły, jakby miesz­kał nad Morzem Śród­ziem­nym, mówił z nie­kwe­stio­no­wa­nym akcen­tem austra­lij­skiej wsi. Jego oczy wyglą­dały, jakby cały czas się śmiał, nawet gdy był od tego daleki. Falk prze­ko­nał się o tym, ponie­waż wła­śnie teraz Raco się nie uśmie­chał.

– Gerry Hadler zadzwo­nił i powie­dział, że wpad­niesz – oznaj­mił Raco. – Bez urazy, kolego, ale masz jakiś dowód toż­sa­mo­ści? W oko­licy kręci się kilku świ­rów. Zwie­dzają albo coś w tym stylu, sam nie wiem.

Z bli­ska wyglą­dał na wię­cej lat, niż Falk mu począt­kowo dawał. Moż­liwe, że dobił już do trzy­dziestki. Falk zauwa­żył, że sier­żant dys­kret­nie się mu przy­glą­dał. Zacho­wy­wał się wobec niego przy­jaź­nie, ale i ostroż­nie. Wszystko jasne. Falk podał mu prawo jazdy. Raco wziął doku­ment, jakby spo­dzie­wał się cze­goś innego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki