Studnia Johna - Vin Vincent - ebook + książka

Studnia Johna ebook

Vin Vincent

0,0

Opis

Czym jest, skąd się wzięła i co w sobie kryje niezwykła studnia... Studnia Johna?

John Evans kupuje wraz z żoną posiadłość przy Brome Street 114 w stanie Washington. Działka wyróżnia się ciągłym zamgleniem, brakiem słońca i... wielką dziurą w ziemi. Czym jest ta dziura, nazywana studnią? Jak jest głęboka? Co w sobie kryje? Tego John próbuje się za wszelką cenę dowiedzieć. Prowadzone przez niego pomiary spełzają na niczym, a najbliżsi sąsiedzi nie są skorzy do tego, aby cokolwiek na temat studni powiedzieć.

Do czego doprowadzi niezaspokojona ciekawość Johna? Jakie jeszcze niecodzienne zjawiska staną na jego drodze? Jak ta niesamowita studnia wpłynie na jego życie?

O tym opowiada niebanalna, zaskakująca i wciągająca Studnia Johna autorstwa Vincenta Vina. Ciekawa narracja, zagadkowe zdarzenia i nieoczywista historia sprawiają, że książka ta spowija czytelnika mgłą zaintrygowania podobnie jak mgła tajemniczości spowija posiadłość Johna Evansa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Monika Bronowicz-Hossain

Korekta

Słowa na warsztat, Anna Surendra

Opracowanie graficzne i skład

Piotr Dobrzyński

Projekt okładki

Piotr Saniewski, Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Autor 2021© Copyright by Borgis 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2021

ISBN 978-83-66616-87-5

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 Warszawatel. +48 (22) 648 12 44wydawnictwo@borgis.plwww.borgis.plwww.facebook.com/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Kochanym dziadkom,którzy wspierali mnie w każdej decyzji, nawet wtedy, gdy nie stąpałem twardo po ziemi.

Skrzące się kropelkami wody liście pobłyskiwały w oddali jak maciupeńkie bursztyny. Obfity deszcz minął, a mroczne chmury kłębiące się nad miasteczkiem Lynden ustąpiły miejsca jaskrawemu słońcu i lazurowemu niebu.

„To jeszcze nie koniec. Co to, to nie. Z przeklętym błotem przyjdzie mi żyć aż do lata”, pomyślał pan John Evans, niestrudzenie pokonując koleiny w gliniastej drodze.

To prawda. Choć mieszkał w Lynden dopiero od dwóch lat, zdążył już zaobserwować wiele podejrzanych anomalii pogodowych, które spadały na to kameralne miasteczko i jego okolice. W stanie Washington ulewne deszcze podczas jesiennej pory to rzecz całkiem naturalna, lecz to, co działo się przy Brome Street 114, było grubą przesadą. Pan John Evans wspinał się na szczyt wzgórza, wiatr jęczał mu koło ucha, a buty przemokły doszczętnie. Mijał przysadziste drzewa otulone mgiełką, jakby bawełnianym puchem, niekiedy przystawał pod ich rozłożystymi gałęziami, przysłuchując się beztroskiemu świergotaniu ptactwa. Od dwóch lat często miewał stany depresyjne, których nie mógł uleczyć żadnymi ziołami. Jako pewnego rodzaju ekscentryk szukał ukojenia w przyrodzie, lecz ona nie mogła znacząco wpłynąć na jego melancholijne samopoczucie. Pordzewiała bramka zwiastowała, że dotarł na posesję państwa Bakerów, swych najbliższych sąsiadów; od Brome Street 114 dzieliła ich dwupasmowa jezdnia, którą nieczęsto przejeżdżały auta, oraz wzgórze najeżone wiekowymi dębami, którego wschodnia część była wiecznie skąpana w blasku słońca.

„Może dlatego chodzę całymi dniami przygnębiony? Może to brak słońca?”

Lokalizacja gospodarstwa państwa Bakerów wydawała się wygraną na loterii; ulokowane wysoko na wzgórzu domostwo nawiedzały dziewicze podmuchy niosące za sobą upajający zapach lawendowych pól. Zaś dwupiętrowy dom kupiony przez pana Evansa i jego żonę Emmę był jakby niechcianym dzieckiem, porzuconym przez okrutną matkę; skryty u podnóża wzgórza, wiecznie wilgotny i oplątany przez siwą mgłę przywodzącą na myśl opary z dziadkowej fajki wywoływał w jego mieszkańcach depresyjne odczucia.

Po przekroczeniu furtki Johna przywitał radosny piesek merdający ogonem. Był to harmonijnie zbudowany, przysadzisty rottweiler o krótkiej sierści i nadzwyczaj inteligentnym błysku w paciorkowatych oczach wyrastających spod płaskiego czoła.

– Cześć, mój mały – powiedział John spłoszonym głosem i kucnął przy pupilu sąsiadów, by go pogłaskać.

Rozumny Babel szybko wyczuł trawiącą Johna wewnętrzną złość, wskoczył przednimi łapami na jego barki i oblizał mu twarz, jakby chcąc dać do zrozumienia, że jest jego najlepszym przyjacielem.

– Kto wie, czy nie jesteś moim najlepszym przyjacielem – oświadczył sucho pan Evans, nie martwiąc się o wyświechtaną kurtkę myśliwską, którą Babel ubrudził mu błotem. – No, dosyć tego dobrego, piesku. Leć do swoich właścicieli i szczeknij im, że przyszedłem w odwiedziny.

Babel po raz ostatni chlapnął poróżowiałym jęzorem, zeskoczył z ramion pana Evansa, zakręcił wokół niego dwa beztroskie kółka i pobiegł pod ganek, rozpryskując wszechobecne kałuże, na które padały ukośnie promienie słońca. Wydał z siebie donośne szczeknięcie, a wówczas gospodyni wyszła na zewnątrz.

– Co za miła niespodzianka – zaćwierkała filuternie pani Lilian Baker, stojąc nieopodal mahoniowej framugi i marszcząc brwi, gdyż uderzający w jej twarz blask słońca był nie do zniesienia.

Z foremki ciasta, którą trzymała w dłoniach, wydobywała się woń cytryny i biszkoptu; oprócz tego buchała cierpka para, co również przyczyniało się do mrużenia przez panią Baker oczu.

– Zawsze przychodzisz w samą porę – stwierdziła z zadowoleniem, a jej usta rozchyliły się w uśmiechu. – Dopiero co wyjęłam je z piekarnika – dodała, podtykając pod nos sąsiada ciasto, gdy ten przekraczał próg staroświeckiego domostwa, zagraconego najrozmaitszymi rupieciami.

Słomiana wycieraczka z napisem „Gość w dom, Bóg w dom”, orzechowe komody rozsiadłe wzdłuż ścian rozwidlającego się korytarza, pąsowe zasłony powiewające od przeciągu rozwartych okien i dębowa sofa wielkości ciężarówki to jedynie skromna część wyposażenia wnętrza domku na idyllicznym wzgórzu.

Gospodyni, łypiąca na przybysza okiem zza grubych binokli, odstawiła blaszkę z łoskotem na kuchenny blat.

– Moje ciasto zawsze poprawia ci humor. Nie każ się błagać, jak ostatnim razem. Skosztuj choć kawałek. To nowy przepis, który dostałam od pani Hall. Biedaczka z nudów próbuje nowych technik pieczenia, dodaje przedziwne składniki, ale podobno ten przepis jest na swój sposób wyjątkowy.

– Jeszcze go nie próbowałaś? – wtrącił John, czując narastające przygnębienie.

– Nie, mój drogi – odrzekła rumiana kobieta, za którą ciągnął się niczym ślubny tren fartuch w grochy. – Jeśli to cię trochę rozweseli, będziesz mógł skosztować go jako pierwszy. Zastanawiaj się szybciej, bo chcę już wołać Henry’ego i George’a. Oni czekają z niecierpliwością od rana...

– Dobrze, poczęstuj mnie.

Lilian wyciągnęła z kredensu porcelanowy talerzyk z wizerunkiem młodej damy we frymuśnym kapelusiku i zabrała się do krojenia świeżego ciasta chlebowym nożykiem.

– Tyle wystarczy? – zapytała, podstawiając pod nos pana Evansa słodki poczęstunek.

– Och, tak, z całą pewnością. Dziękuję.

John poczuł się tak, jakby go przytwierdzono budowlanym klejem do krzesła. Choć nie miał ochoty na ciasto, nadział jego kawałek na srebrzysty widelczyk i mimowolnie włożył sobie do ust.

– Smaczne? – spytała gospodyni chrypiącym z podniecenia głosem.

Żyłka na jej skroni nabrzmiała, a wzrok przewiercał sylwetkę gościa przeżuwającego kawałek słodyczy.

– Smaczne? – powtórzyła niecierpliwie, gdy odpowiedź pana Evansa nie nadeszła.

John nadal milcząco mielił w ustach kęs ciasta.

– Nie smakuje ci... – zawyrokowała gospodyni. – Nie smakuje ci... Przepis pani Hall zawiódł. Tak myślałam... Och, ja głupia, dałam się nabrać na te jej podstępne sztuczki kulinarne...

– W żadnym wypadku nie obarczaj siebie winą, droga Lilian – odezwał się w końcu gość, zdoławszy przełknąć ciasto. – Chyba że twoje wyrzuty sumienia miałyby wynikać z poczęstowania mnie specjałem, którego nigdy nie zapomnę i przez który będę miał nową wymówkę, żeby was nachodzić. Jest wyśmienite, pewnie lepsze niż pierwotne ciasto pani Hall. Przyznaj się, że nie do końca trzymałaś się przepisu od starej Hall i musiałaś dodać coś od siebie. Tak było?

Pan Evans znał sąsiadkę lepiej niż ktokolwiek inny – z wyłączeniem jej męża i syna, choć i w tej kwestii można by się długo spierać.

– Tak... tak – przytaknęła mu ze skrępowaniem kobieta, rumieniąc się jeszcze bardziej niż zazwyczaj. – Dodałam według własnego uznania szczyptę brązowego cukru, nieco wanilii i cynamonu. Wyczuwasz ich smak?

– Och tak, moja droga – odpowiedział John, przewracając ostentacyjnie oczami. – Każda wyczuwalna nuta w twoim cieście opiera się właśnie na tych składnikach.

– To niedobrze. To bardzo niedobrze – spanikowała Lilian, zatykając usta dłonią. – Te składniki miały stanowić jedynie dodatek. Ja nie chciałam... nie chciałam.

Gość pani Baker zdał sobie wówczas sprawę z tego, że nie powinien nigdy więcej poruszać w jej obecności kulinarnych zagadnień, gdyż te wywołują u Lilian skrajne emocje i kończą się płaczem albo zgrzytaniem zębami. Co najdziwniejsze, nie tylko wzmianka o ciastach czy mięsnych pieczeniach stanowiła w domu państwa Bakerów pewnego rodzaju temat nie do przełknięcia.

– Przyszedłem do twojego męża – zaczął niepewnie John, bawiąc się widelczykiem i kruchą masą na talerzyku.

Gospodyni pokręciła posępnie głową.

– A do kogoż innego mógłbyś przyjść? Chyba nie do mnie. Wiesz, co sądzę o tej całej sprawie. Nie znajdziesz we mnie sojusznika, John. Nie pomogę ci. Myślę, że mój mąż również tego nie zrobi. My nic nie wiemy.

– Musicie coś wiedzieć! – prychnął pan Evans, a potem ugryzł się w język.

Pani Baker z pewnym niepokojem obserwowała twarz przyjaciela, na której widać było rosnące zdenerwowanie.

– Pójdę po niego. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić. No, dokończ ciasto, John. Jeśli masz ochotę na dokładkę, nie krępuj się i nałóż sobie, ile tylko dusza zapragnie. Chyba potrafisz to zrobić?

Wyszła z kuchni, a echo jej przyspieszonych kroków odbijało się hałaśliwie od ścian salonu i przedpokoju, znacząc drogę, którą przechodziła. Znikła na schodach wyłożonych bordowym dywanikiem o wyraźnym splocie, z gwiazdkami obszytymi złocistą nicią.

W tym czasie gość państwa Bakerów wstał od stołu i podszedł do okna wychodzącego na zachodnią część ich posiadłości. Pomimo rozjarzonego słońca, które wędrowało ku amarantowemu nieboskłonowi, jego skromny domek ulokowany w dole wzgórza spowijał wątły, migotliwy cień padający spod szumiących gałązek sosen o stożkowych koronach. Jednym z powodów, dla których John nagminnie odwiedzał bliskich mu sąsiadów, był widok, jaki rozpościerał się z okien ich domu. Jak sam mawiał, „ze wzgórza przy Brome Street widział więcej szczegółów, niżeli mógłby sobie wymarzyć”.

Wnet do kuchni wdarły się turkot przejeżdżającego autobusu oraz skoczne fanfary towarzyszące zejściu na dolne piętro najmłodszego syna państwa Bakerów, nastoletniego George’a. Młodzieniec o krągłej, pulchnej twarzyczce, mięsistym nosku i włosach niewiadomego koloru przywitał Johna życzliwym uśmiechem.

– Dzień dobry, panie Evans.

– Hej, George.

– Co u pana słychać? Jakieś nowe wieści w sprawie... – Młodzieniec urwał, gdyż usłyszał dobiegające z salonu odgłosy matczynych kroków. Przełknął głośno ślinę i utkwił zaciekawione oczy w panu Evansie, przez którego twarz przebiegała mieszanka zdenerwowania i pobłażliwości.

– Jest dzisiaj mocno cięta na te tematy – powiedział półszeptem George, odsuwając wolne krzesło od stołu. – Radziłbym panu zachować ostrożność.

Zapadła głucha cisza, w której wyczuwało się narastające napięcie. Pojedyncze szczebioty wędrownych drozdów o szaro-czerwonym upierzeniu, żółtym dziobie i bielusieńkiej jak mleko obwódce wokół oczu odciągały uwagę pana Evansa od wsłuchiwania się w dudnienie kobiecych klapek.

– Nie smakowało ci? – warknęła histerycznie pani Lilian Baker, a resztki rumieńca spełzły z jej twarzy.

Przed sekundą weszła do izby, która zdawała się z minuty na minutę tracić swą barwną jasność.

– Smakowało... – wyznał szczerze gość.

– A gdzież tam! – prychnęła gospodyni, krzyżując rę- ce na znak protestu przeciw oczywistym kłamstwom. – Przecież widzę, że nie smakowało. – Zerknęła kątem oka znad binokli w stronę talerza, z którego nie ubyło ciasta.

– Może zapalimy światło? – wyszedł z propozycją George, chcąc załagodzić zaistniałą sytuację.

Lilian ściągnęła kapryśnie usta.

– Słusznie – odparła. – Słońce zachodzi i choć czyni to powoli, zaraz go zabraknie.

– Nie narzekałbym na twoim miejscu, kochana Lilian – powiedział smętnie pan Evans, wracając do stołu. – Możesz cieszyć się słońcem przez cały dzień. A co ja mam powiedzieć? Chyba nie chciałabyś zamienić się ze mną mieszkaniami...

– Wcale nie narzekam – sprzeciwiła się gospodyni. – I proszę cię, John, nie zwalaj wszystkiego na... na... na tę studnię. Wbrew temu, co przypuszczasz, ona nie jest wszystkiemu winna.

Gość mruknął zjadliwie, a kobieta – sprawiająca wrażenie coraz bardziej wyczerpanej – podeszła do zdobionego kredensu i wyciągnęła z niego trzy porcelanowe talerzyki do ciasta. Rozdzielała swoje kulinarne dzieło na wiele kawałków, okruchy spod jej noża spadały na ceramiczne płytki kuchennej podłogi, tlenione włosy zdawały się prześwitywać od żyrandola, jak złote kłosy pszenicy na polu skąpanym w pobrzasku słonecznej kuli, aż do momentu, gdy nie wrzasnęła okrutnie: – A niech to diabli wezmą!

– Co się stało? – odezwał się stłumionym głosem pan Evans.

– Zacięłam się nożem! Niech to licho! – krzyknęła, upuszczając ostre narzędzie z ręki i przyciskając rozciętą skórę palca do ust. – Gdzie są chusteczki? Gdzie są chusteczki?

Rozejrzała się cała w panice po blatach kuchni. Nim dobiegła do pudełka z jednorazowymi chusteczkami, poplamiła krwią fartuch. George rozdziawił usta w niemym zdumieniu, a pan Evans zaszurał nogami krzesła.

– Pomóc ci, moja droga? – zapytał troskliwie gość, podnosząc się z miejsca.

– W żadnym razie, John. Siedź, gdzie siedzisz.

W głosie kobiety dało się wyczuć pogardę wobec sąsiada.

– Jak wolisz – szepnął pod nosem pan Evans, opadając bezwiednie pośladkami na miękką poduszkę krzesła.

Pani Baker zasyczała z bólu; otwarta rana nie wyglądała, jakby miała szybko zastygnąć, wręcz przeciwnie, z sekundy na sekundę wypuszczała z siebie coraz większe ilości gęstej krwi.

– Wiesz, co wolę? – spytała drżącym głosem, przykładając do zranionego palca kolejne listki rozerwanego papieru. – Żebyś nigdy więcej nie wytrącał mnie z równowagi, John. Tak, mój drogi. Nie mam ochoty wysłuchiwać tych wszystkich historii. Poprzedni właściciele Brome Street 114 również gościli w naszym domu, jednak zachowywali umiar w absurdalnym paplaniu. Ty zaś, John, ględzisz bez ustanku o tym samym, a negatywna energia, jaką wokół siebie wytwarzasz, wraz z tobą przekracza próg naszego domu. Nie domyślasz się, że mamy już tego dosyć i że chcielibyśmy od tego odetchnąć? Czy kiedykolwiek nam na to pozwolisz?

Gość słuchał uważnie słów, jakie roztrzęsiona gospodyni wydobywała z chrypiącego gardła. Gdy skończyła, odrzekł podejrzliwym tonem:

– Zachowywali umiar? A więc jednak musieli wam coś powiedzieć...

– Dosyć! – warknęła kobieta, a jej syn podskoczył na kilka cali jak ukłuty szpilką.

W tej samej chwili do kuchni wkroczył gospodarz domostwa na wzgórzu przy Brome Street, pan Henry Baker. Był to dojrzały mężczyzna z połyskującą łysiną, wiecznie wytrzeszczonymi oczami i haczykowatym nosem, na którym mógłby zawieszać cudze płaszcze.

– Lilian? Skaleczyłaś się?

Przyglądał się z uwagą posturze żony, która oddychała w nierównym rytmie i rzucała ukradkowe spojrzenia na nieproszonego gościa. W izbie ponownie zaległa cisza; tym razem drozdy nie ośmieliły się zakłócać bezwzględnego porządku.

– O co chodzi? – zapytał skonsternowany pan Baker, przerzucając spojrzenie z Lilian na pana Evansa.

Na Johna zwaliły się wszystkie wspomnienia poprzednich wizyt u dobrodusznych sąsiadów. Tysiące wyssanych z palca teorii, jakie im przedstawiał, musiały wydać plon w postaci niechęci wobec jego osoby. Zmartwiona Lilian mówiła samą prawdę. Parszywa atmosfera podczas przyjacielskich rozmów to wyłącznie jego wina.

– Przepraszam was. Muszę wyjść – oświadczył półgłosem, a twarz i kark oblała mu fala gorąca.

– Co to, to nie! – parsknęła Lilian ze wściekłymi ognikami w źrenicach. – Musisz wpierw dokończyć moje ciasto.

– Jak sobie życzysz...

Odeszła z krwawiącą raną, zapomniawszy o nałożeniu synowi oraz mężowi po kawałku smakołyku. Nie było więc innej rady – pan Baker musiał obsłużyć się sam, co należało do niebłahego wyjątku, gdyż to zwykle perfekcyjna Lilian dbała o żołądki swoich „chłopców”.

Dwóch mężczyzn i jeden nastolatek siedziało przy wspólnym stole, lilipucie widelczyki wprost z baśniowej krainy karłowatych księżniczek poszły w ruch, mlaskanie i ciamkanie nie miało końca. Za oknami nastał złowróżbny półmrok. Pośród leśnej ciemności żwawe szopy pracze przemierzały podmokłe tereny miasteczka Lynden, szeleszcząc pośród opadłych rudawych liści.

– Jak się miewa Emma? – zapytał sennym głosem gospodarz; duża dawka cukru wprawiła jego głowę w nielekkie zawirowania, jakby odfruwał na niewidzialnych skrzydłach od pustego talerzyka.

– Emma? Całkiem dobrze to znosi – mruknął pan Evans, odkładając srebrzysty widelczyk na brzeg porcelanowego talerza.

Uwagę Henry’ego przyciągnął teraz George, nieustannie kręcący się na krześle.

– Chciałbyś coś powiedzieć?

Twarzyczka młodzieńca poszarzała z napięcia. Dobrze wiedział, że wizyta sąsiada nie jest przypadkowa. Czekał na nowe wieści, które zwykle mroziły mu krew w żyłach. Mimo to nie ośmielił się wyjawić przed ojcem prawdy; pokręcił przecząco głową, a wtedy jego włosy wydały się panu Evansowi antracytowe.

– A więc mówisz, że Emma czuje się dobrze – gospodarz ponownie zabrał głos.

– Tak, naturalnie. Choć również doskwiera jej przygnębienie. Może w mniejszym stopniu niż mnie, ale...

Mina pana Bakera przybrała wyraz skonsternowania wynikającego z dwuznacznych – według opinii Johna – przyczyn, zaś George tryskał ciekawością – chciał usłyszeć więcej informacji od sąsiada.

– Wydaje mi się, że powinniśmy nieco wyhamować, John.

– A któż to wie, co należy zrobić? Jedno jest pewne. To mój problem, więc zrozumiem, jeśli nigdy więcej nie będziesz chciał o tym rozmawiać, Henry. Już dawno powinieneś był powiedzieć mi wprost, co o tym wszystkim sądzisz. Przełknąłbym to. Tak... jakoś bym sobie z tym poradził. Nie jestem w końcu takim desperatem, za jakiego mnie pewnie uważasz.

– Nie myśl, że za takiego cię uważam, John – powiedział pan Baker, który nie zdołał stłumić ziewnięcia.

Pan Evans był blady i wydawało się, że każde słowo sprawia mu ból.

– Coraz mniej rzeczy ma dla mnie znaczenie. Nie zrozumiesz tego, Henry. Czuję, jak ogarnia mnie depresja, jakiej nie przeżył nikt. Gdybyś tylko mógł mi powiedzieć...

– Powiedziałem ci wszystko, co wiem – odparł butnie gospodarz bez mgły w oczach, jaka jeszcze chwilę temu spowijała jego przygaszone źrenice.

– A jednak odnoszę wrażenie, że coś ukrywacie...

George rozmyślał w takim napięciu, że jeżyły mu się włosy na głowie. Pan Baker odchrząknął znacząco, a potem wypuścił powietrze ze świstem.

– Jesteśmy przyjaciółmi. Mam rację, John? Przyjaciele darzą się zaufaniem. To w tym wszystkim najważniejsze. Możesz na mnie liczyć w każdej innej kwestii, jednak nie oczekuj cudu... To zagmatwana sprawa, dziwna... tak... dziwna jak diabli. Ale co ja mogę?

– Opowiedz mi ze wszystkimi szczegółami o tym, co działo się tu przez poprzednie czterdzieści lat. Nie proszę o nic więcej – zaczął błagalnym tonem pan Evans, łącząc dłonie jak do modlitwy.

– Powiedziałem wszystko, co wiem – odparł sucho Henry, próbując zachować absolutny spokój.

Serce gościa zadygotało dokuczliwie, a potem zapadło się gdzieś głęboko.

– A więc dobrze, odpuszczam...

– Powinieneś zrobić to dwa lata temu, John – odpowiedział z widoczną ulgą na twarzy pan Baker. – Nie gniewaj się na mnie. Bardzo cię lubię, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Jesteś wyjątkowym człowiekiem. Nie powinieneś tracić czasu na takie bzdety. Oczywiście, że możemy porozmawiać o tej studni po kilku głębszych kielichach, co nie znaczy, że musimy obracać się wyłącznie w tym temacie. To przecież istne szaleństwo! Świat jest długi i szeroki i z całą pewnością nie kończy się na tej przeklętej dziurze.

John miał niejasne poczucie, że jego rozmówca coś przed nim ukrywa i chce za wszelką cenę zakończyć rozmowę na irytujący go temat.

– Okej, okej, okej – zacmokał, tuszując złość. – Wszystko się zgadza. Masz rację. Ale nie mogę zakończyć tego w ten sposób. Po pierwsze, moja kochana żona, Emma, stara się o naukowe stypendium, które pozwoliłoby nam odkryć, co właściwie znajduje się w tej studni. A po drugie, spodziewaj się mnie jutro wieczorem w radiowej audycji Paranormalne przypadki...

– Paranormalne przypadki? – powtórzył za nim pan Baker cienkim, wibrującym głosem, który wcale nie należał do niego.

John przytaknął ruchem głowy i oznajmił lakonicznie:

– Właśnie tak. Trzy godziny na antenie, podczas których będę mógł przedstawić publiczności temat studni.

Aby zrozumieć desperacki ruch pana Evansa – udział w programie z gatunku tych, które wietrzą różne teorie spiskowe, a ten z całą pewnością do takowych należał – powinniśmy cofnąć się w czasie o dwa długie lata. Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty. Gospodarstwo przy Brome Street 114 kusiło oddalonym od miejskiego zgiełku położeniem oraz okazjonalnie niską ceną. Małżeństwo w sile wieku, to znaczy pięćdziesięcioletni John Evans oraz jego nieco młodsza, czterdziestosiedmioletnia żona Emma Evans, przybyło na początku wiosny do miasteczka Lynden na wcześniej umówione spotkanie z agentem nieruchomości.

– Będziecie zachwyceni tą niecodzienną okolicą – zachwalał urocze tereny północnej części stanu Washington Conrad Lam, wysoki i barczysty mężczyzna węgierskiego pochodzenia z rudą, rozwichrzoną czupryną.

Przemierzali stanową autostradę burym chevroletem agenta. Mijane przez nich drzewa zdawały się drobnymi, mało istotnymi przebłyskami natury, niczym zapałeczki, które w czasie pospiesznej drogi wyrzucano za okno. Przybyli do Brome Street 114 w samo południe. Ku zdziwieniu Johna połyskujące na niebie słońce docierało jedynie na skraje posiadłości – zarówno dom, jak i znaczna część wypłowiałego, suchego podwórza ciągnącego się przez osiemset jardów na zachód okrywał ponury cień, przy którym bledły uśmiechy zamieszkującej tę ziemię rozkosznej pary staruszków, państwa Mortonów.

– To nie tak, że chcemy się stąd wyprowadzić – tłumaczyła Isabella Morton, mająca na sobie beżową parkę i staromodny kapelusik z grubej wełny. – Przywiązaliśmy się do tego miejsca. Och, tak. Mieszkaliśmy tu przez czterdzieści lat. Ten dom to prezent ślubny, jaki otrzymaliśmy od rodziców mojego męża. Wychowaliśmy w nim trójkę dzieci, które wyrosły na dobrych ludzi. Zostawiliśmy tu całe nasze serca i kawał miłości...

– Żeby to były tylko serce i miłość – dodał Mark Morton, pomarszczony, niski mężczyzna w kratkowanym berecie z daszkiem i oliwkowej kurtce ze ściągaczami w pasie.

– Z mojego skromnego doświadczenia wiem, że znalezienie domu wypełnionego miłością to nie lada sztuka – wtrącił Conrad Lam głosem miękkim jak światło brzasku. – A te dwa piętra wydają się wypełnione nie tylko miłością, ale i świętym spokojem. Idealne dla dzieci. Natura, świeże powietrze. Cichy szum wiatru. Drodzy państwo Evans, gdyby byli państwo niezdecydowani, kupię tę posiadłość dla siebie. Cena...

– A co ze światłem? – spytał pan Evans, spozierając na połacie strutych, zmatowiałych traw, pośród których wyrastały karłowate kępy podejrzanych roślinek mieniących się w barwach przegniłej żółci.

Państwo Mortonowie wymienili między sobą spojrzenia, zagniewana pani Evans nadepnęła mężowi na but, zaś agent nieruchomości milczał przez chwilę, a potem odrzekł stanowczym tonem, prostując się i nabierając godności:

– Elektryka działa bez zarzutu.

John spurpurowiał, a przekrzywiony na bakier kaszkiet Marka Mortona zaczął zsuwać mu się z głowy.

– Miałem na myśli naturalne światło dnia, słońce – wytłumaczył pan Evans, obserwując z uwagą, jak Morton drżącą ręką dosięga do kaszkietu i próbuje z powrotem naciągnąć go na czoło.

– A co z nim nie tak? – zdumiał się Lam.

– Tego nie wiem – odrzekł John. – Mamy środek dnia, samo południe, słońce zwisa nad naszymi głowami – pokazał palcem na jaskrawą kulę, której promienie rozchodziły się symetrycznie wokół okręgu – tak więc powinno oświetlać nie tylko tamto wzgórze – przerzucił spojrzenie na domostwo nieznanych na tamtą chwilę sąsiadów, czyli państwa Bakerów – ale również posesję, na której się obecnie znajdujemy.

Conrad Lam wyglądał tak, jakby ktoś go uderzył prosto w twarz, zaś państwo Mortonowie objęli się wzajemnym uściskiem, przywodząc na myśl papużki nierozłączki.

– Słońca u nas zawsze było pod dostatkiem – zapewniła słodkim, starczym głosikiem pani Isabella, całując męża troskliwie w czółko.

Brome Street 114 wywarła na pani Evans tak ogromne wrażenie, że nie chciała dłużej słuchać sceptycznych opinii męża; jego zastrzeżenia wobec braku dostatecznej jasności wydały się jej wprost niedorzeczne. Zachęcająca cena posiadłości przeważyła szalę. Jako że to Emma zarządzała rodzinnymi finansami – twarda ręka kobiety współgrała idealnie z jej ciętym językiem – już następnego dnia podpisała z Lamem umowę kupna.

Kilka tygodni po przeprowadzce napięta atmosfera w domu państwa Evansów stała się błahą przeszłością, którą wspominali jedynie w żartach. Emma znalazła pracę na lokalnym uniwersytecie, a John powrócił do swoich twórczych prac w ogrodzie.

– Tutejsi ludzie są mili, John. Nawet bardzo mili – stwierdziła z radosną miną podczas przyrządzania śniadania Emma.

Minął miesiąc, odkąd wprowadzili się na wiecznie ocieniony teren przy niezwykle cichej ulicy Brome. Przez ten czas John wieczorami wsłuchiwał się w szelest wiatru, żywiąc nadzieję na wyłowienie uchem warczących odgłosów aut, które przejeżdżały koło ich domostwa nie częściej niż kilka razy na dobę.

– Przyjęli mnie jak swoją – powiedziała kobieta, rozlawszy żółtko jajka po ściętym białku. – Ciągle się do mnie uśmiechają, jakbym zrobiła im coś dobrego. A ja jeszcze nie zdążyłam niczego zrobić. To mój trzeci dzień w pracy, John. Nawet nie zmyłam kubka po kawie, zostawiłam go w sekretariacie, potem po niego wróciłam i wiesz co? Stał umyty na biurku wraz ze słodką czekoladką z karmelowym nadzieniem. Studenci uczą się pilnie, nie mają żadnych zaległości, słuchają uważnie i nie odrywają ode mnie wzroku, gdy tłumaczę im matematyczne wykresy. To ci dopiero heca, kochany. To ci dopiero nieprawdopodobieństwo.

Skąd mogła wiedzieć, że niebawem wydarzy się w jej monotonnym życiu coś znacznie bardziej nieprawdopodobnego niż uczynne koleżanki w sekretariacie i sumienni uczniowie?

Tymczasem John smarował kromkę chleba grubą warstwą masła i dżemu jagodowego, potem co jakiś czas przerzucał od niechcenia wczorajszą gazetę, kupioną na parterze kamienicy w kolorze piaskowym stojącej w samym centrum Lynden.

– Dobrze to słyszeć, Emmo. Czuję, że zadomowimy się tutaj na wieki wieków – rzekł mało entuzjastycznie, szykując się do ugryzienia smakowitej kanapki.

– Czuję to samo. Jestem pełna optymizmu. To nasze miejsce, John. Nasze.

Skonsumowawszy smaczny posiłek, odniosła pusty talerz do zlewu, zabrała z oparcia krzesła skórzaną torebkę z bordową klamrą i pomknęła na korytarz, po drodze zatrzymując się w przedpokoju, gdzie spojrzała w lustrzane odbicie swojej urodziwej osoby; jej usta lśniły jak wymyte czereśnie, a skóra pachniała kolagenowymi kremami z dodatkiem świeżo wyciśniętego soku z aloesu.

– Wychodzę, John! – poinformowała męża, który przeżuwał ostatnie kęsy śniadania.

Po chwili wróciła do kuchni, nie zdjąwszy ze stóp czarnych penny loafersów – wypastowanych na gładki połysk.

– Co będziesz dziś robił? – spytała pospiesznie, a jej długie rzęsy zatrzepotały jak skrzydełka jaskółki przeczuwającej srogi deszcz.

Pan Evans przełknął głośno resztki posiłku i już otwierał usta, by odpowiedzieć żonie, gdy poczuł nieodparte pragnienie popicia zatrzymanej w gardle kanapki. Czym prędzej wlał do pustej szklanki sok pomarańczowy – według zapewnień producenta pochodzący w stu procentach ze słonecznej Florydy – a potem pił duszkiem, wypowiadając z przerwami chrypliwe słowa.

– Powinienem wrócić do... – przechylił szklankę i wlał w siebie jej zawartość – do... sadzenia... Moje rośliny nie wytrzymają długo...

– Chcesz je sadzić na zewnątrz? – zapytała niedowierzającym tonem Emma, marszcząc brwi, które złączyły się w jedną długą kreskę. Jej łagodne oczy, pełne usta i mocno zarysowany podbródek wyrażały znaczne zdziwienie.

– Spróbuję to zrobić – odparł bez entuzjazmu John.

– Może postawisz za domem szklarnię – zaproponowała czułym głosem. – Rozmawialiśmy o tym wcześniej. Masz moje pełne pozwolenie. Terenu pod uprawę nam nie brakuje...

– Ale może nam zabraknąć pieniędzy. Wolałbym rozpocząć uprawę tradycyjnym sposobem. Jeśli ten nie wypali, będę rozważać kolejne opcje.

– Jak uważasz, John – skwitowała krótko pani Evans, puściła mu swawolne oczko i pognała do pracy z towarzyszącym jej wyśmienitym humorem.

Jednym z powodów, dla których John stronił od przeprowadzki na Brome Street 114, były tutejsze niekorzystne warunki pod uprawę kwiatów i ziół – nie bez przyczyny zwracał szczególną uwagę na nasłonecznienie posesji. Jako emerytowany urzędnik wojskowy (taką funkcję pełnił swego czasu w San Francisco) zajął się hobbystyczną hodowlą drobnych kwiatów doniczkowych, takich jak błękitne paryskie fiołki czy storczyki o pochwiastym liściu i wyrastających wokoło drobnych listkach skupionych u nasady w różyczkę. Wraz z rozwojem umiejętności i specyficznej wiedzy wzrósł u pana Evansa również apetyt na posiadanie coraz wymyślniejszych okazów roślinności – początkowo szczególnie tych tropikalnych i w dużej mierze niebezpiecznych. Naturalną koleją rzeczy było więc poszerzanie ogrodniczych horyzontów, które wbrew pozorom w dalszej perspektywie nie zaprowadziły go do stref międzyzwrotnikowych, a skierowały jego tęskniący za dziwactwami wzrok ku północnej Nevadzie, miejscu niebywale suchym i gorącym, istnym piekle na ziemi. To właśnie z tamtejszych kamiennych i piaszczystych terenów przywiózł pewnego razu podejrzane nasiona oraz kilka okazów peyotli, mięsistego, kulistego, szarozielonego kaktusa, którego pędy nie przekraczają sześciu cali wysokości, są pozbawione cierni, za to wyposażone we włoski.

Siódmy dzień pobytu na Brome Street 114 zapowiadał się szczególnie interesująco. John założył wysokie, taktyczne buty, beżowe spodnie z dużymi kieszeniami, mogącymi pomieścić składany na pół szpadel, oraz bawełnianą koszulę w poprzeczne prążki z zapinanym na guziki kołnierzem. Wyszedł na zewnątrz przez taras, wiatr przywitał go okrutnym jękiem, a krajobraz rozlanych, pożółkłych traw, zwieńczony u podnóża nieboskłonu najeżonymi wieżyczkami drzew, utwierdził go w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji.

„To kawał pięknego miejsca. Jak Boga kocham, byłbym głupi, gdybym przepuścił taką okazję”, pomyślał, choć w istocie rzeczy nie rozdawał kart w zawikłanej grze pod tytułem „słodkie małżeństwo”, więc to nie od jego bezpośredniego postanowienia zależały owe biegi zdarzeń.

Wypatrzył po prawej stronie żyzną glebę, podszedł ku niej i włożył w nią wskazujący palec.

– Tutaj. Posadzę je tutaj – stwierdził pogodnie i ruszył na ganek, pogwizdując pod nosem wesoło.

Wrócił we wcześniej upatrzone miejsce z tekturowym pudełkiem wypełnionym po brzegi maleńkimi donicami i w ciągu trzech godzin zasadził je w ziemi. Przez dłuższą chwilę patrzył skonsternowany na dzieło własnych rąk, żywiąc obawę wobec mglistej magmy, jaka zbierała się wraz z nadejściem popołudnia wokół Brome Street 114. Poczuł chłód w sercu na samą myśl o śmierci ukochanych peyotli, które mogłyby nie przetrwać długotrwałej rozłąki z życiodajnym słońcem. Wnet usłyszał niepokojący stukot, przywodzący na myśl rozklekotane amortyzatory auta. Skąd dochodził? Trudno stwierdzić, bowiem prócz gęstej mgły pan John Evans mógł dostrzec jedynie zapalone na ganku światło żarówki opatulonej w krągły, szklany klosz. Ruszył wzdłuż polany rozciągającej się na terenie jego posiadłości – po dłuższym wsłuchiwaniu się w podejrzane odgłosy doszedł do wniosku, że wybrzmiewają na północ od domu. Każdy krok zaprawiony był bezpodstawną obawą, a przejście każdego jardu John celebrował zduszonym okrzykiem.

„Co to ma być, do jasnej cholery?”, przeklął w myślach, które zaczynały mu się mącić jak kogel-mogel.

Wtedy też zielonkawa łuna okryła znaczną część polany, ziemia, po której stąpał, zrobiła się wyjątkowo miękka, a w ciężkim powietrzu dało się wyczuć odór zgnilizny.

– Jest tam kto?! – zachrypiał, zbliżając się do źródła dźwięku, który nie ustawał; odstęp pomiędzy postukiwaniami zdawał się aż nadto regularny.

Przedarł się przez zielone światło, zachowując każdą możliwą formę ostrożności. Niebawem natrafił na kamienne podłoże.

– Jest tam kto?! Pyta właściciel ziemi, John Evans! – krzyknął donośnie, słysząc ludzkie kroki w pobliżu.

– Tak, szanowny panie właścicielu, ja tu jestem – odpowiedział zmieszany męski głos.

Serce Johna zadygotało, a strach rozchodził mu się mrowiem po rękach.

– Kto dokładnie?

– Diego... Meksykanin z warsztatu...

– Z jakiego warsztatu?

– Z jedynego warsztatu w miasteczku Lynden... Warsztat samochodowy przy Benson Road.

W następnej chwili obaj mężczyźni zetknęli się mimowolnie plecami. Diego podskoczył w górę, odwrócił się zwinnie w powietrzu i zaświecił latarką panu Evansowi prosto w twarz.

– Przepraszam najmocniej – powiedział piskliwym głosem Meksykanin, zdejmując światło latarki z nabiegłych krwią oczu Johna. – Nie chciałem pana wystraszyć, co to, to nie. W żadnym wypadku. Ja... ja nie spodziewałem się zastać kogokolwiek w tym... w tym opustoszałym miejscu.

Właściciel posesji gapił się na niego w osłupieniu.

– Wszystko z panem dobrze? – zapytał Diego, przybliżając się do bladego Johna wyglądającego jak ponura zjawa.

Wówczas pan Evans kichnął okrutnie, jakby zapach stęchlizny podrażnił mu nos.

– Na zdrowie! – zawołał Meksykanin, szczerząc zęby.

– Dziękuję – zagdakał gospodarz, pociągając zatkanym nosem i przecierając obślinioną brodę rąbkiem koszuli.

Był nieco przytomniejszy niż kilka sekund temu, lecz nadal zachowywał dużą dawkę przezorności.

– A więc co cię tu sprowadza? Co to za światło? Zielone…? – zapytał podejrzliwie, zaglądając ponad plecami Diego, gdzie w odległości kilku stóp wyłaniała się spośród gęstych oparów pordzewiała przyczepka.

– To co zwykle, szanowny panie – odpowiedział bez szukania wykrętów młody mężczyzna. – Wyrzucam opony do tej dziury.

– O czym ty mówisz? Do dziury? – powtórzył za nim John.

Jego twarz wykrzywił grymas niebywałego zaskoczenia; uniósł brwi tak wysoko, że prawie zniknęły mu pod gęstą czupryną.

– Tak, do dziury, do studni. Jak zwał, tak zwał, drogi panie.

Diego obnażył za pomocą latarki przed nowo zamieszkałym właścicielem Brome Street 114 szeroką na dziewięć stóp dziurę w ziemi otoczoną wokół prowizorycznym ogrodzeniem składającym się z wbitych w ziemię desek i tęgiego, gładkiego drutu. Tuż przed ogrodzeniem rozpościerał się częściowo wyłożony kocimi łbami chodnik.

– Robię to od wielu lat... Odkąd tylko zacząłem pracę w warsztacie, co kilka tygodni przywożę w to miejsce zużyte opony i wrzucamy je do tej... no, studni.

John wpatrywał się w niego jak w niebezpiecznego uciekiniera z wariatkowa.

– Ależ to zakrawa na szaleństwo! – prychnął z oburzeniem w głosie, a jego usta wykrzywił pogardliwy uśmiech. – Przyznaj się, co tak naprawdę cię tu sprowadza, póki mam dobry humor. W przeciwnym razie poczęstuję cię kulą z rewolweru albo wykonam szybki telefon do szeryfa. Pewnie się ucieszy, gdy wspomnę mu o meksykańskim uciekinierze...

Dopiero kilka chwil po wypowiedzeniu tych zdań John połapał się, że dzisiejszego poranka nie wyciągnął ze skrytki w sypialni broni i nie ma jej za pasem; pomińmy zatrważający fakt, że wykręcenie telefonicznego numeru do służb policyjnych mogłoby nastąpić dopiero po dotarciu do salonu, do którego – jakby nie patrzeć – prowadziła zdradliwa droga przez mgielne opary.

– Wypraszam sobie takie bezczelne insynuacje – zajęczał Diego, a gniew wezbrał w nim jak huraganowy wiatr. – Jestem znanym wszystkim mechanikiem samochodowym. Mechanik Diego – tak na mnie mówią w Lynden. Proszę zapytać kogokolwiek w miasteczku, czy znają takiego człowieka...

Meksykanin zrobił na panu Evansie wrażenie uczciwego i honorowego mężczyzny. Nie było więc potrzeby dalszego roztrząsania jego podejrzanych zamiarów, tym bardziej że pracownik warsztatu samochodowego niczego przed Johnem nie ukrywał – wręcz przeciwnie, pokazał mu swoje prawo jazdy, a także oprowadził wokół przyczepki.

– Każdego dnia przybywa u nas opon – stwierdził lekko Diego, klepiąc po blaszanym zderzaku przyczepkę bez dachu mogącą pomieścić średnio do trzydziestu podartych, pękniętych bądź łysych opon. – Gdyby nie ta dziura, mielibyśmy spory problem z ich utylizacją. Koszty i jeszcze raz koszty, szanowny panie.

Mówiąc to, przeszedł z jedną oponą na plecach (upaćkaną smarem i błotem) krótki odcinek dzielący firmową przyczepkę od owej studni. Mleczna mgła nieco zmizerniała, choć powietrze nadal było wilgotne. Zielona smuga światła znikła, a porozrzucane i niechciane kłębki chwastów wędrowały po otwartym polu i gasły przy granicach lasów połyskujących w słońcu, które balansowało ze stoickim spokojem na widnokręgu od strony zachodu.

– W ten właśnie sposób ratujemy nasze finanse – powiedział Diego, wrzucając zdezelowaną gumę do wnętrza studni emanującej dziwną energią, jakiej John nigdy wcześniej nie doświadczył.

– Rozumiem, już teraz wszystko rozumiem – protekcjonalnie odpowiedział właściciel terenu, nasłuchując momentu uderzenia opony o dno studni.

Jakikolwiek odgłos pacnięcia czy choćby znikomego szurnięcia nie nadszedł w ciągu najbliższych sześćdziesięciu sekund, podczas których obaj mężczyźni stali nieruchomo na kocich łbach.

– Czy mógłbyś przynieść kolejną oponę? – zapytał zdezorientowany John z nietęgą miną.

– Jasne, drogi panie – odrzekł pogodnie Diego. – Mam ich jeszcze z dziesięć.

Pan Evans postanowił osobiście wrzucić kolejną gumę; chciał mieć pewność co do swoich uzasadnionych obaw.

– Czy to normalne? – wyszeptał w pełnym zdumieniu bardziej do samego siebie niż do nowo poznanego mężczyzny. – Czy to jest normalne?

Diego rozprawił się z pozostałym ogumieniem, otrzepał ręce z piachu i wyciągnął z tylnej kieszeni jasnoniebieskich wranglerów paczkę indiańskich papierosów bez akcyzy.

– Co panu chodzi po głowie? – spytał, otwierając paczkę z wizerunkiem wybitnego wojownika indiańskiego z beżowo-czarnym pióropuszem na głowie.

Wyłowił losowo jednego papierosa o jaskrawopomarańczowym filtrze, włożył go do ust i podpalił benzynową zapalniczką Zippo. Delikatny płomień rozjaśnił tandetne zabezpieczenie studni – drut okalający szeroką na dziewięć stóp dziurę w ziemi zabłyszczał jak bożonarodzeniowe lampki.

W tym czasie John poskładał do kupy zmącone myśli.

– Czy tam jest dno? – skierował pytanie do Meksykanina zaciągającego głęboko do płuc siwy dym papierosa.

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – odrzekł luźno Diego, wypuszczając z ust szarawą chmurkę rozbudzającą w panu Evansie skojarzenie ze smoczym pyskiem.

– Ile opon wrzuciłeś do tej dziury?

– A kto by je zliczył, panie...

John skarcił go jadowitym spojrzeniem.

– No niech pomyślę – spłoszył się Diego, zastygnąwszy z na wpół spaloną fajką w dłoni. – W miesiącu to będzie przynajmniej z dziewięćdziesiąt... Rachunek jest prosty. To daje nam ponad tysiąc opon rocznie. Pracuję przy Benson Road, odkąd skończyłem szesnaście lat. Teraz mam trzydzieści jeden. Więc jak nic wrzuciłem tam przynajmniej piętnaście tysięcy gum.

W oczach pana Evansa zamigotało zdumienie. Początkowo wstrzymał oddech, jakby chciał zatamować nagły atak czkawki, jednak po kilku sekundach odezwał się głosem chropowatym jak glaspapier.

– Przecież to niemożliwe!

– A jednak możliwe – powiedział Meksykanin dumnym tonem, jakby jego osiągnięcie należało wpisać do Księgi rekordów Guinnessa. – Mówię samą prawdę... tak było...

– Gdyby to była prawda, już dawno zapełniłbyś tę dziurę i musiałbyś oddawać opony do utylizacji! Tak jak należy to robić!

– Och, całe szczęście, że ta dziura wydaje się nie mieć końca. Pewno jeszcze skorzystam z jej usług nie raz i nie dwa razy...

Choć zdarzało się to panu Evansowi niezwykle rzadko, został wyprowadzony z równowagi. Wybuch gniewu zabarwił jego policzki na różowo, w oczach zabłysnął mu diabelski płomień, a usta wydęły się kapryśnie w dół.

– Nie! Nie! Zapomnij o tym! Może poprzedni właściciele pozwalali ci na bezprawne wkraczanie na teren ich posesji, jednak ja się temu stanowczo sprzeciwiam! Zrozumiano?!

Złowrogie pokrzykiwania gospodarza nie sprawiły na Diego najmniejszego wrażenia. Zamiast uciekać w popłochu przed groźbami Johna, Meksykanin jedynie otaksował go spojrzeniem, jakby nie był do końca pewien stabilności psychicznej rozmówcy, z którym przyszło mu się z niewiadomych przyczyn zmierzyć. A może ten mężczyzna – według spostrzegawczego oka Diego liczący sobie mniej więcej pięćdziesiąt lat – z szorstkimi, białymi włosami sięgającymi mu za ucho, z wąskimi ustami i prawą źrenicą zasnutą lekką kataraktą, jest jedynie wytworem jego wyobraźni? Może ostatnimi czasy przepracowywał się w warsztacie i nadużywał alkoholowych specyfików takich jak burbon i jadał śmieciowe żarcie, głównie suchary z plastrem sera, mało kiedy coś więcej poza tym skromnym posiłkiem?

– Wie pan co? – odezwał się przytłumionym głosem Diego. – Ja... ja to jeszcze sprawdzę... Niech pan to jeszcze sobie przemyśli.

John oddychał głośno przez nos niczym rozwścieczony byk czekający na torreadora i jego czerwoną płachtę.

– Pan jest dziwny – ciągnął dalej Diego, nie mogąc wiedzieć, czy jego monolog to nie strata czasu wynikająca z przemęczonej psychiki. – I to jeszcze jak. Bardzo dziwny... tak... I wie pan co? To pan jest zwykłym kłamcą. Śmiem wątpić, że zamieszkuje pan domostwo przy Brome Street 114. Gdyby tak było, wiedziałby pan, że nikt tam nie mieszkał od blisko czterdziestu lat, więc nie wspominałby pan o poprzednich właścicielach. I co? Teraz panu głupio? A może to ja mam wykonać telefon do szeryfa?

Jeśli myślicie, że spotkanie młodego Meksykanina pozbywającego się zużytych opon to jedyna dziwna rzecz, jaka przytrafiła się panu Johnowi Evansowi w ciągu dwóch lat pobytu na zamglonej posesji, to jesteście w wielkim błędzie. Otóż podobnych okoliczności było znacznie więcej. Ba! Moglibyśmy zliczać je w nieskończoność. Skupmy się jednak na najistotniejszych wydarzeniach z udziałem rodziny państwa Evansów.

Kolejne tygodnie płynęły wolno, podobnie do leniwych, smętnych chmur, których pacyficzne wiatry – mimo usilnych prób – za nic w świecie nie mogły rozgonić. Do tej pory Diego nie odważył się ponownie wtargnąć na teren prywatnej posesji. John często wychodził na ganek z lornetką w ręku, by móc przedrzeć się przez pokłady gęstej mgły, która na dobre zadomowiła się w okolicy podejrzanej dziury.

– Nadal przejmujesz się tym chłopakiem? – zapytała go Emma, wychylając się znad progu rozsuwanych drzwiczek prowadzących na drewniany podest ganku.

Pół godziny temu wbiegła do domu przemoczona na amen, z rozmazanym makijażem na twarzy i splątanymi, kłębiącymi się włosami, które z samego rana starannie kręciła na wałeczkach. Strumienie wody spływały po jej przeciwdeszczowym płaszczu; z jej późniejszych relacji wynikało, że straciła parasolkę w wyniku niespodziewanego ataku wietrzyska.

– Przestań się dłużej zadręczać. Proszę cię – wyszeptała zaniepokojona przygnębieniem męża. John od kilku tygodni kierował posępny wzrok ku stojącej niczym murowana ściana mgle i często porównywał krajobraz rozpościerający się na polanie do gęstniejących w oczach obłoków, które to z niewiadomych nikomu przyczyn zamiast unosić się wysoko na niebie, zeszły pomiędzy ziemskie zaniedbane zabudowania Lynden i w szczególności upatrzyły sobie jego ziemię. – Znam cię, John – wyrzuciła z siebie wraz z oddechem.

Po zdjęciu mokrego płaszcza i zawieszeniu go na oparciu kuchennego krzesła pobiegła na górę, aby zmyć z siebie słony deszcz. Zaczerpnąwszy chwili relaksu pod prysznicem, zeszła na dół okryta wyłącznie jedwabnym szlafrokiem z haftami czerwonych róż wijących się jak nieposkromione węże. Całe szczęście, że zabrała ze sobą bawełniane, ciepłe kapcie. W innym przypadku nie ośmieliłaby się wyjść na zewnątrz.

– Jesteś typem człowieka, który za mocno wszystkim się przejmuje. Powinieneś w końcu zrozumieć, że na niektóre sprawy nie masz wpływu. Nie bierz wszystkiego do siebie. John... mój słodki John. Ten Meksykanin był pewnie dobrym żartownisiem albo krętaczem z krwi i kości. Dobrze, żeś się go pozbył, kochany. To już koniec. Wystraszył się i nigdy więcej go nie ujrzysz.

Ulewny deszcz na moment ucichł – nieposkromione krople wielkości pingpongowej piłeczki przeistoczyły się w rozproszoną drobnicę, jakby wypuszczaną z górnych rejonów nieba przy pomocy boskiego sita. Wówczas pan Evans przyłożył do oczu wojskową lornetkę, pokręcił przez chwilę szkłami powiększającymi, przyjął odpowiednią ostrość i począł wyławiać spośród siwych oparów pierwsze fragmenty owej studni.

– Odkąd tu jesteśmy, nie zwracasz na mnie uwagi. To mnie niepokoi. Nie czuję się z tym dobrze, John. Gdybyś poświęcał mi choć trochę zainteresowania, byłabym naprawdę szczęśliwa. Ja naprawdę nie wierzę w przeterminowanie miłości. Po prostu w to nie wierzę.

– Uwierzysz, gdy ci wreszcie pokażę – odpowiedział od rzeczy John, co wprawiło panią Evans w istną rozpacz. – To naprawdę miało miejsce. Widziałem strugę zielonego światła nad studnią. Poza tym ten Meksykanin z Benson Road...

– Przyszykować kolację? – przerwała mu w połowie zdania Emma. – Jesteś głodny?

Łzy ściekały z jej policzka nasmarowanego przeciwzmarszczkowym kremem ujędrniającym, pozostawiając na nim ślady przebytej drogi.

– Poczekaj jeszcze chwilę, Emmo – wydyszał pan Evans głosem pełnym nadziei na ujrzenie tajemniczej łuny.