Opis

Błyskotliwe połączenie literatury faktu z wstrząsającym thrillerem medycznym.

W sierpniu 2014 roku świat stanął na krawędzi zagłady. Epidemia eboli szybko opanowała najpierw Gwineę, a potem całą Afrykę Zachodnią. W krótkim czasie pojawiły się pierwsze ogniska choroby poza Czarnym Lądem. Migawki telewizyjne z miejsc objętych epidemią budzą grozę, ale prawda jest jeszcze bardziej przerażająca – ebola za każdym razem zbiera krwawe żniwo. W niewyobrażalnych męczarniach ginie około 90% zarażonych. Później wirus znika i skrycie czeka, żeby móc ponownie zaatakować. Zabijać.

Strefa skażenia prezentuje burzliwą historię badań nad ebolą. Pierwsi zakażeni, drobiazgowe opisy przebiegu choroby, specjalistyczne laboratoria, ścieżki rozwoju wirusa i dramatyczne pomyłki, które mogły przypieczętować nasz los już dawno temu. Wcześniej udawało się zażegnać kryzys. Ale czy i tym razem, w obliczu kolejnego zagrożenia niepowstrzymanej pandemii, ludzkości się poszczęści?

Fascynująca historia najgroźniejszego seryjnego mordercy!

***

Jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie miałem okazję przeczytać.
Stephen King

Najbardziej zaraźliwa książka popularnonaukowa.
People

Porywający thriller non-fiction.
The New York Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 379

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Dedykuję

Fredericowi Delano Grantowi Jr. –

podziwianemu przez wszystkich,

którzy go znają

Autor wyraża wdzięczność Fundacji Alfreda P. Sloana za przyznany mu grant.

A drugi [anioł] wylał swą czaszę na morze.

I stało się ono krwią jakby zmarłego.

Apokalipsa św. Jana[1]

Do czytelnika

W chwili, kiedy piszę te słowa, wirus ebola sieje zniszczenie pośród ludzkiej populacji Afryki Zachodniej. Jego nagłe pojawienie się w 2014 roku stało się najbardziej dotkliwym i niszczącym doświadczeniem choroby zakaźnej, jaką widział świat od czasu wystąpienia powodującego AIDS wirusa HIV na początku lat osiemdziesiątych. Wirus ebola został po raz pierwszy zidentyfikowany w 1976 roku – w małym wiejskim szpitalu w Yambuku w Zairze (obecnie Demokratyczna Republika Konga), w pobliżu rzeki Ebola. Od tego czasu pojawiał się około dwadzieścia cztery razy w różnych wiejskich miejscach w Afryce Równikowej, zabijając przeważnie od kilku ludzi do góra kilkuset. W każdym z tych przypadków wirus ostatecznie ustąpił i znikł. Został stłumiony przez lekarzy oraz pracowników medycznych, którzy znaleźli sposoby na powstrzymanie jego rozprzestrzeniania. Ponadto wirus ten był dla świata na tyle druzgocący, że jego ofiary nie żyły wystarczająco długo, by móc zarazić nim wielu innych ludzi. W rezultacie w środowisku naukowym zapanowało powszechne przekonanie, że ebola nie stanowi poważnego zagrożenia dla ludzkości.

Niestety nie była to trafna diagnoza.

Nikt w pełni nie rozumiał, że jeżeli ebola dostałby się do głównych afrykańskich miast, rozprzestrzeniłby się tam w mgnieniu oka. W konsekwencji wirus zacząłby krwawe żniwa na polu całej ludzkiej populacji. W chwili obecnej nikt nadal nie wie, w jaki sposób można go powstrzymać i czy w ogóle jest to możliwe. Dlatego właśnie ebola, już od dawna, jest uważany za najokropniejszego i najbardziej przerażającego wirusa powodującego choroby u ludzi. Istnieje pięć rodzajów tego wirusa, wliczając w to jego bliskiego kuzyna – wirusa marburg. Żyją cicho i spokojnie w pewnych nieznanych gatunkach zwierząt, w lasach oraz na sawannach Afryki Równikowej. Naturalnym nosicielem eboli może być jeden z gatunków nietoperza. Może być nim także jakiś mały insekt albo roztocz, który żyje na ciele nietoperza, lub coś innego, o czym nikt jeszcze do tej pory nie pomyślał. Nikt z nas nie ma na to jasnej odpowiedzi. Raz na jakiś czas, z niewiadomych przyczyn, wirus ebola wydostaje się ze swojego naturalnego nosiciela i zaraża człowieka, po czym jedna osoba przekazuje go kolejnej i tak zaczyna się epidemia.

Ebola jest przenoszony między ludźmi przez pot, fekalia, wymioty, ślinę, mocz lub krew. Osoba zakażona wirusem wytwarza wiele z tych płynów w sposób niekontrolowany, czasami w dużych ilościach. Około połowy przypadków dotyczy krwotoków. Od czasu do czasu są one bardzo obfite, kiedy indziej delikatne: mogą to być nawet małe kropelki krwi ukazujące się na brzegu powiek. Występują również krwotoki wewnętrzne, widoczne jedynie jako zabarwione krwią wymioty lub smołowate stolce (czarna biegunka). Każdy, kto ma kontakt z tymi płynami gołymi rękami lub skórą, podlega wysokiemu ryzyku zakażenia – wirus ebola jest wyjątkowo zaraźliwy. Jeżeli tylko pojedyncza jego cząsteczka dostanie się do krwiobiegu, konsekwencje mogą być śmiertelne (dla porównania: HIV jest o wiele mniej zaraźliwy. Aby doszło do zarażenia, do ludzkiego krwiobiegu musi się dostać około dziesięciu tysięcy cząsteczek HIV). Do tej pory nie wynaleziono jeszcze żadnego sprawdzonego leku na ebolę, ponadto żadna szczepionka nie jest skuteczna.

Naukowcy, którzy pracują nad ebolą w laboratoriach, zawsze mają na sobie skafander z ciśnieniowym zapasem powietrza, a laboratorium jest szczelnie zabezpieczone drzwiami ze specjalną śluzą powietrza. Dodatkowo w środku znajdują się drzwi z prysznicami bezpieczeństwa. Takie laboratorium jest nazywane strefą skażenia.

W chwili obecnej w Afryce Zachodniej strefa skażenia występuje wszędzie. Jest niewidoczna gołym okiem, szerząca się, śmiertelna. Strefa skażenia istnieje w ramionach matek opiekujących się dziećmi chorymi na ebolę. Wewnątrz skromnych domów, gdzie zdesperowani ludzie po prostu usiłują pomóc swoim umierającym najbliższym, a także wokół ciała młodego mężczyzny, leżącego twarzą do ziemi na brudnej ulicy w Monrovii, w Liberii, który przez innych jest omijany szerokim łukiem. Ebola jest ludzką katastrofą, potworem, groźnym pasożytem, nieświadomym, nieczułym twórcą ogromnego cierpienia, nieubłagalnie rozwijającym się w ludzkim ciele. Obecnie ebola jest w stanie doprowadzić społeczność, czy nawet miasto, do stanu porównywalnego z doświadczeniem średniowiecznej zarazy. Powstrzymanie go musi być dziełem ogromnego wysiłku społeczności ogólnoświatowej, na czele której znajdą się kraje rozwinięte, mające pieniądze i środki do walki z tym wrogiem ludzkiego gatunku. Nie ulega bowiem wątpliwości fakt, że ebola jest wrogiem nas wszystkich. Gdyby wirus uległ jakiejkolwiek mutacji, przenosząc się z człowieka na człowieka, mógłby znaleźć się na całym świecie – od Bangladeszu po Beverly Hills.

***

Książka ta jest narracyjną literaturą faktu. Innymi słowy – jest to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Bohaterowie są autentyczni; wydarzenia historyczne precyzyjnie udokumentowane i sprawdzone. Jako autor literatury faktu spędzam mnóstwo czasu z ludźmi, o których piszę: poznaję ich mentalność, zwyczaje, styl pracy, wygląd fizyczny, dźwięk ich głosu, wiem, kogo kochają, kogo nienawidzą, co jedzą, nawet o czym śnią w nocy. Czasem zadaję im szczegółowe pytania odnośnie do tego, o czym myśleli w kluczowych momentach swojego życia. Technika ta pozwoliła mi rozwinąć faktograficzną wersję powieściopisarskiego monologu wewnętrznego: tego, o czym dana osoba myśli. Pewne fragmenty, takie jak ten, kiedy podpułkownik Nancy Jaax stoi pod prysznicem bezpieczeństwa, w skafandrze, i zastanawia się, czy wewnątrz jej kombinezonu znajduje się zakażona ebolą krew małpy, zostały oddane wiernie. Nancy Jaax sprawdziła ze mną starannie ten fragment i zaproponowała kilka mniejszych zmian, aby upewnić się, że mój opis jej myśli jest jak najbardziej zgodny z tym, co faktycznie działo się w jej głowie, kiedy myślała, że może umrzeć z powodu eboli.

Ostatecznie my, ludzie, istniejemy tylko jako detale na tym cudownym, pozornie nieskończonym obrazie wszechświata. W zetknięciu z naturą jesteśmy tylko małymi istotami, niemalże niedostrzegalnymi nitkami w płótnie. Nasze wysiłki i starania, aby kontrolować przyrodę bywają czasami żałosne i egoistyczne, czasami heroiczne, jeszcze kiedy indziej nierozważne oraz zgubne. Niemniej jednak tematem mojej twórczości jest ludzkość i jej związek z naturą: nasze walki, cierpienia, radość i wspólnota życia – poczucie, że jesteśmy gatunkiem, o którym warto pisać, i że historia życia każdego z nas jest warta opowiedzenia i zanotowania.

Richard Preston

18 września 2014 roku

STREFAZAKAŹNA

NIEUPOWAŻNIONYMWSTĘP

WZBRONIONY

Wceluotwarciatychdrzwiprzyłóżidentyfikator

doczujnika.

Przygotowanie…

Możeszwejść…

BlokAA-5

Badacz:

NancyJaax

Badaneczynnikizakaźne:

Poziombezpieczeństwa biologicznego

0

SZATNIA

Płeć:

Żeńska

Usuńwszystko,costykasię zeskórą:ubranie,pierścionki,soczewkikontaktoweitp. Włóż sterylny

ubiórchirurgiczny.

Poziombezpieczeństwa biologicznego

2

OSTRZEŻENIE:

PROMIENIOWANIEUltrafioletowe

Poziombezpieczeństwa biologicznego

3

POMIESZCZENIEPRZYGOTOWAWCZE

Sygnałyalarmowe:

Możliwe

Skafanderochronny:

Włożony

OSTRZEŻENIE

ZAGROŻENIE BIOLOGICZNE

Poziombezpieczeństwa biologicznego

4

DRZWIŚLUZYPOWIETRZNEJ / NATRYSK

ODKAŻAJĄCY

Niewchodzićbezskafandra ochronnego

Podaj

Część pierwsza

CIEŃ GÓRY ELGON

Wypadek w lesie

Nowy Rok 1980

Charles Monet był Francuzem, mieszkającym samotnie w małym drewnianym bungalowie na prywatnym terenie cukrowni, na plantacji w zachodniej Kenii, rozciągającej się wzdłuż rzeki Nzoia, skąd widać było Elgon, duży, samotny, wygasły wulkan, wznoszący się na wysokość 4270 metrów w pobliżu krawędzi Wielkiego Rowu. Przeszłość Moneta jest niezbyt jasna. Podobnie jak w wypadku wielu innych emigrantów osiedlających się w Afryce, trudno powiedzieć, co go tam sprowadziło. Może miał jakieś kłopoty we Francji, a może urzekły go piękne krajobrazy Kenii. Ten przyrodnik amator kochał ptaki i zwierzęta, lecz stronił od ludzi. Był przystojnym pięćdziesięciosześcioletnim mężczyzną średniego wzrostu o niezbyt masywnej budowie i prostych, kasztanowatych włosach. Wydaje się, że bliżej przyjaźnił się tylko z kobietami z miejscowości otaczających górę, jednak nawet one niewiele potrafiły powiedzieć lekarzom interesującym się przyczynami śmierci Moneta. Jego praca w cukrowni polegała na obsłudze urządzeń przepompowujących wodę z rzeki Nzoia na odległe o wiele kilometrów pola trzciny cukrowej. Według znajomych Moneta spędzał on całe dnie w pompowni, jakby sprawiało mu przyjemność oglądanie i słuchanie pracujących maszyn.

W wypadkach takich jak ten często trudno jest ustalić szczegóły. Lekarze pamiętają objawy kliniczne, gdyż nikt, kto obserwował działanie na człowieka czynnika zakaźnego z poziomu 4 bezpieczeństwa biologicznego, nie mógłby ich nigdy zapomnieć; symptomy te potęgują się, dopóki choroba nie zniszczy organizmu. Przypadek Charlesa Moneta budzi tak wielką grozę, że cofamy się i mrużymy oczy, jakbyśmy spojrzeli w pokryte plamami obce słońce. Monet przybył do Kenii latem 1979 roku, w okresie gdy wirus nabytego upośledzenia odporności, czyli HIV, powodujący chorobę AIDS, wydostał się ostatecznie z tropikalnych lasów Afryki Środkowej i rozpoczął swą długą wędrówkę przez wszystkie kontynenty. Groźny cień AIDS padł już na ludzi, chociaż nikt jeszcze nie wiedział o istnieniu tej choroby. Rozprzestrzeniała się ona powoli wzdłuż Kinshasa Highway, magistrali transkontynentalnej, która przecina Afrykę ze wschodu na zachód, wzdłuż brzegów Jeziora Wiktorii w pobliżu wulkanu Elgon. HIV to zabójczy, lecz stosunkowo słabo zakaźny czynnik z poziomu 2. Nie przechodzi łatwo z jednej osoby na drugą, nie jest również przenoszony przez powietrze. Ludzie badający krew zakażoną wirusem HIV nie muszą nosić biologicznych skafandrów ochronnych.

W ciągu tygodnia Monet pracował intensywnie w pompowni, natomiast podczas weekendów i urlopów wędrował po zalesionych terenach w pobliżu cukrowni. Zabierał ze sobą karmę, którą rozsypywał, po czym z zacisznego ukrycia obserwował pożywiające się ptaki i zwierzęta. Znajomi Moneta pamiętają, że lubił dzikie małpy i potrafił z nimi postępować. Zwierzęta te podchodziły blisko, a nawet jadły mu z ręki.

Wieczory spędzał Monet w swym bungalowie. Zatrudniał kobietę o imieniu Johnnie, która sprzątała mieszkanie i przyrządzała posiłki. Starał się opanować umiejętność rozpoznawania ptaków afrykańskich. Na drzewie w pobliżu domu mieszkała kolonia tkaczy i Charles godzinami obserwował, jak budowały i naprawiały swe workowate gniazda. Podobno pewnego dnia, na krótko przed Bożym Narodzeniem, przyniósł do domu chorego ptaka, który zdechł, może nawet w rękach Moneta. Niewykluczone, że był to tkacz, choć w żaden sposób nie dało się tego ustalić, i że jego śmierć spowodował wirus poziomu 4 – co jest również niemożliwe do stwierdzenia. Monet zaprzyjaźnił się także z czarno-białą wroną, oswajaną niekiedy przez mieszkańców Afryki. Ten przyjacielski i inteligentny ptak chętnie siadał na dachu bungalowu i obserwował krzątanie się człowieka. Gdy wrona była głodna, sfruwała na werandę, po czym wchodziła do mieszkania, gdzie dostawała resztki ze stołu.

Każdego ranka Monet udawał się pieszo do pracy, pokonując trzykilometrową drogę biegnącą wśród trzciny cukrowej. W okresie Bożego Narodzenia robotnicy wypalali pola, które żółkły i czerniały. Odkryty teren umożliwiał wówczas obserwowanie wulkanu Elgon, znajdującego się w odległości czterdziestu kilometrów w kierunku północnym. Góra przybiera różny wygląd, zależnie od warunków atmosferycznych i zmieniającego się oświetlenia. O świcie przypomina zaostrzony słup utworzony przez szare granie, tonące we mgle i zbiegające się w górnej części złożonej z dwóch szczytów – przeciwległych krawędzi krateru. Podczas wschodu słońca wulkan staje się srebrzystoszary – jest to barwa tropikalnego lasu porastającego stoki góry. W ciągu dnia pojawiają się chmury i zasłaniają widok, natomiast późnym popołudniem, tuż przed zachodem słońca, gęstnieją, skupiając się w ciężki cumulonimbus o kształcie kowadła, przez który przedzierają się błyskawice; towarzyszą im ciche wyładowania atmosferyczne. Dolna część chmury ma kolor węgla, jej grzbiet zaś zachodzące słońce barwi na pomarańczowo. Nad chmurą widać ciemnoniebieskie niebo, a na nim nieliczne podzwrotnikowe gwiazdy.

Moneta łączyły bliższe stosunki z kilkoma kobietami z Eldoret, miasta położonego na południowy wschód od wulkanu. Zamieszkują je biedacy żyjący w chatach skleconych z desek i blachy. Monet dawał swym przyjaciółkom pieniądze, one zaś chętnie się z nim kochały. Gdy nadeszły święta Bożego Narodzenia, postanowił wyjechać na kemping na górę Elgon i poprosił jedną ze znajomych z Eldoret, by mu towarzyszyła. Nikt nie zapamiętał jej nazwiska.

Jechali land roverem zwykłą drogą gruntową, prowadzącą do Endebess Bluff, urwiska po wschodniej stronie wulkanu. Samochód wzbijał pył wulkaniczny, czerwony jak zaschnięta krew. Minęli pola kukurydzy i plantacje kawy, a następnie pastwiska i stare, częściowo zrujnowane, kolonialne farmy angielskie, ukryte za rzędami drzew gumowych. W miarę wznoszenia się powietrze stawało się coraz zimniejsze, a z drzew cedrowych zrywały się czubate orły. Turyści rzadko odwiedzają górę Elgon, samochód Moneta był więc prawdopodobnie jedynym pojazdem na drodze; mogło jednak przechodzić tamtędy wielu pieszych, wieśniaków prowadzących małe gospodarstwa w niższych partiach wzniesienia. Dążyli do lasu tropikalnego, mijając Mount Elgon Lodge, zajazd angielski zbudowany na początku stulecia, obecnie w stanie ruiny, z popękanymi ścianami i farbą odpadającą płatami pod wpływem słońca i deszczu.

Elgon znajduje się na granicy Ugandy i Kenii, niezbyt daleko od Sudanu. Wulkan ten stanowi wyspę tropikalnej roślinności w środku Afryki; nad suchymi równinami szerokości osiemdziesięciu kilometrów rozciąga się obszar pokryty drzewami, bambusami i wrzosowiskiem alpejskim. Elgon jest największym wzniesieniem Afryki Środkowej. Wulkan ten powstał siedem do dziesięciu milionów lat temu w wyniku gwałtownych erupcji i eksplozji popiołu, które wielokrotnie niszczyły rosnące na zboczach lasy. Zanim góra Elgon uległa erozji, prawdopodobnie była najwyższym szczytem Afryki, dorównującym dzisiejszemu Kilimandżaro. Jest ona nadal najbardziej rozległym wzniesieniem; podczas wschodu słońca jej cień pada w kierunku zachodnim w głąb Ugandy, natomiast o zachodzie sięga daleko na terytorium Kenii. U stóp wulkanu leżą wioski i miasta zamieszkane przez różne grupy plemienne, między innymi Masajów – lud pasterski, zajmujący się hodowlą bydła, który przybył tu z północy. Łagodne deszcze przez cały rok zraszają niższe partie góry; powietrze jest tam przyjemnie chłodne i świeże, a ziemia wulkaniczna daje bogate plony kukurydzy. Wioski tworzą na zboczach wulkanu pierścień, który zacieśnia się wokół lasu, jak pętla dławiąca środowisko naturalne. Las jest stopniowo wyrąbywany w celu uzyskania drewna na opał i terenów na pastwiska, a liczba słoni maleje.

Niewielką część góry Elgon zajmuje park narodowy. Monet i jego przyjaciółka zatrzymali się przy wejściu, by opłacić wstęp. Małpa, być może pawian – nikt tego nie pamięta – miała zwyczaj wieszania się na bramie w oczekiwaniu na „łaskawe datki” zwiedzających. Skuszona przez Moneta bananem usiadła mu na ramieniu. Kobieta roześmiała się, lecz oboje stali bez ruchu, gdy zwierzę jadło. Następnie wjechali nieco wyżej i rozbili namiot na wilgotnej zielonej łące, opadającej w stronę potoku, który wypływał z lasu tropikalnego. Woda miała dziwną mleczną barwę, nadawaną jej przez pył wulkaniczny. Trawa była niska i upstrzona zwierzęcymi odchodami – tu wypasano bawoły kafryjskie.

Wokół biwaku Moneta wznosił się las, plątanina powykrzywianych afrykańskich drzew oliwnych, z czarnymi, trującymi dla ludzi owocami, porośniętych mchem i pnączem. Dochodziło stamtąd brzęczenie owadów oraz odgłosy bójek i nawoływania się żerujących małp. Były to gerezy; czasem jedna z nich złaziła na dół i przemykała w pobliżu namiotu, rzucając na ludzi czujne, inteligentne spojrzenie. Stada gołębi wypryskiwały nagle spomiędzy gałęzi, a ich niski, niezwykle szybki, ukośny lot miał je chronić przed jastrzębiami, które potrafiły atakować znienacka i rozszarpywać zdobycz w powietrzu. Rosły tam drzewa kamforowe i tekowe, a także cedry afrykańskie i cuchnące drzewa czerwone, tu i ówdzie zaś rozciągała się nad lasem ciemnozielona chmura liści. Były to korony zastrzalinów, największych drzew Afryki, niemal równie wielkich, jak kalifornijskie sekwoje. Na górze żyły tysiące słoni; słychać je było, gdy wędrowały przez las, zdzierając korę i łamiąc gałęzie drzew.

Po południu, jak zwykle na górze Elgon, padał deszcz, więc Monet i jego towarzyszka pozostali w namiocie i być może kochali się, gdy nad nimi przetaczała się burza. Zapadł już zmrok, kiedy deszcz ustał. Rozpalili ognisko i ugotowali posiłek. Był wieczór sylwestrowy. Niewykluczone, że obchodzili go, pijąc szampana. Po kilku godzinach chmury jak zwykle się rozwiały i czarny cień wulkanu ukazał się pod Drogą Mleczną. Gdy wybiła północ, być może Monet stał na trawie i z głową odchyloną do tyłu patrzył w niebo; chyba niezbyt pewnie trzymał się na nogach po spełnieniu toastów.

W noworoczny poranek powietrze było chłodne (zaledwie kilka stopni powyżej zera), a trawa mokra i zimna; po śniadaniu Monet z przyjaciółką pojechał błotnistą drogą w górę wulkanu i zatrzymał się w małej dolinie poniżej groty Kitum. Przedzierając się przez krzaki, ruszyli do niej po ścieżkach słoni, które wiły się wzdłuż strumyka płynącego wśród kępy drzew oliwnych, pokrytych bujną trawą łąk. Rozglądali się uważnie, wystrzegając się spotkania z niebezpiecznym bawołem kafryjskim. Strumyk tworzył kaskadę nad otworem groty, znajdującym się w górnej części doliny. Ścieżki słoni łączyły się przed jaskinią i prowadziły do wnętrza. Monet i jego towarzyszka spędzili tam cały dzień Nowego Roku. Prawdopodobnie padało, więc siedzieli w wejściu za zasłoną utworzoną przez spadającą wodę. Wypatrywali w dolinie słoni i obserwowali skalne góralki – puszyste zwierzęta wielkości świstaków – biegające po głazach.

Stada słoni wchodzą do groty Kitum w poszukiwaniu minerałów i soli. Na równinie zwierzęta te mogą łatwo znaleźć sól w zlepieńcach i wyschniętych kałużach w starych korytach rzek, lecz w lasach tropikalnych jest ona niemal rzadkością. Grota może pomieścić nawet siedemdziesiąt słoni. Spędzają one w niej noc, drzemiąc na stojąco lub ryjąc skałę kłami. Odłupane kawałki kamienia rozdrabniają zębami i połykają. W odchodach leżących wokół groty jest pełno okruchów skalnych.

Monet i jego towarzyszka mieli latarki, udali się więc w głąb jaskini, by zbadać, dokąd prowadzi. Wejście jest ogromne – ma około pięćdziesięciu metrów – a dalej grota jeszcze bardziej się rozszerza. Przeszli przez teren pokryty wysuszonym łajnem słoni, wzniecając stopami kłęby kurzu, który przyćmił światło. Dno groty podniosło się, tworząc szereg półek pokrytych zielonym mułem. Były to odchody nietoperzy – przetrawiony materiał roślinny, wydalany przez nietoperze owocożerne, których kolonia mieszkała pod stropem groty.

Obudzone wylatywały z furkotem z dziur i krążyły z piskiem wokół głów ludzi. Setki rubinowych oczu spoglądały z góry na intruzów. Fale dźwięków wydawanych przez zwierzęta odbijały się od stropu i wracały echem przypominającym otwieranie się wielu małych drzwi osadzonych na nienaoliwionych zawiasach. Monet i jego towarzyszka zobaczyli niezwykłe zjawisko groty Kitum. Znajduje się tam skamieniały las tropikalny. Ze ścian i stropu sterczą zamienione w kamień pnie drzew tekowych, zastrzalinów, drzew wiecznie zielonych. Erupcja wulkanu Elgon, która nastąpiła przed siedmioma milionami lat, pogrzebała las tropikalny pod popiołem, a drzewa po wielu latach zamieniły się w opal i kwarc. Pnie są otoczone przez białe szpikulce minerałów wyrastające ze skały. Kryształy te, równie ostre jak igły strzykawki, iskrzyły się w świetle latarek.

Monet i jego przyjaciółka wędrowali przez grotę, podziwiając spetryfikowany las tropikalny. Czy Monet przesunął dłońmi po kamiennych drzewach i ukłuł się w palec kryształem? Ze stropu i ścian sterczały skamieniałe kości krokodyli, dawnych hipopotamów i przodków słoni. Wśród pni wisiały na pajęczynach pająki, żywiące się ćmami i innymi owadami.

Wędrowcy dotarli do łagodnego wzniesienia, gdzie główna komora powiększała się, osiągając szerokość około stu metrów, czyli więcej niż wynosi długość boiska futbolowego. Natknęli się na szczelinę skalną i oświetlili latarkami jej dno. Znajdowała się tam dziwna szarobrunatna masa. Były to zmumifikowane ciała słoniątek. Wędrując nocą przez grotę, zwierzęta kierowały się dotykiem – badały teren trąbami; słoniątka wpadały niekiedy w szczeliny.

Monet i jego towarzyszka posuwali się dalej, aż doszli do filaru, który, jak się wydawało, podtrzymuje strop. Widać było na nim rysy i rowki – ślady kłów słoni. Dalsze żłobienie podstawy podpory mogłoby spowodować jej zawalenie, a wraz z nią stropu Kitum. W głębi groty wędrowcy natknęli się na inny filar, już złamany. Unosiła się nad nim aksamitna chmara owadożernych nietoperzy, które zanieczyszczały go czarnymi odchodami, odmiennymi od zielonego guano w pobliżu wejścia do groty. Czy dłoń Moneta zetknęła się z tymi ekskrementami?

Nie wiadomo, co się działo z jego przyjaciółką w ciągu kilku lat po wycieczce na górę Elgon. Później nieoczekiwanie pojawiła się w barze w Mombasie, gdzie pracowała jako prostytutka. Lekarz z Kenii, który zajmował się przypadkiem Moneta, pewnego dnia pił tam piwo i nawiązał z nią błahą rozmowę. Gdy wymienił nazwisko Francuza, kobieta, ku jego zaskoczeniu, powiedziała: „Wiem o tym. Pochodzę z zachodniej Kenii i żyłam z Charlesem Monetem”. Lekarz nie uwierzył prostytutce, lecz opowiadała mu całą historię tak szczegółowo, że przekonała go o swej prawdomówności. Po spotkaniu w barze kobieta ta zniknęła w ludzkim mrowisku Mombasy, a późnej prawdopodobnie zmarła na AIDS.

Charles Monet powrócił do swego zajęcia w stacji pomp. Każdego dnia szedł do pracy przez wypalone pola trzciny cukrowej, niewątpliwie podziwiając widok góry Elgon; nawet gdy była pokryta chmurami, mógł odczuwać jej przyciąganie, podobne do grawitacji niewidocznej planety. Tymczasem jakaś forma życia, dla której Charles Monet stał się żywicielem, rozmnażała się w jego organizmie.

Zwykle ból głowy pojawia się w tydzień po zetknięciu się z czynnikiem zakaźnym. Siódmego dnia po swej noworocznej wizycie w grocie Kitum, 8 stycznia 1980 roku, Monet poczuł tętniące łupanie w głębi oczodołów. Postanowił pozostać w domu i położyć się do łóżka. Ból się nasilił. Objął gałki oczne, później skronie i całą głowę. Nie ustępował pod działaniem aspiryny. Potem pojawił się w krzyżu. Służąca Johnnie nie wróciła jeszcze ze świątecznego urlopu, Monet zaangażował więc tymczasowo inną kobietę. Próbowała ona zaopiekować się chorym, nie bardzo jednak wiedziała, co ma robić. Trzeciego dnia po wystąpieniu bólu głowy pojawiły się kolejne objawy: gorączka, nudności, a następnie nasilające się wymioty, które przeszły w odruchy wymiotne. Chory stał się apatyczny. Jego twarz zastygła w pozbawioną wyrazu maskę, a nieruchome spojrzenie przypominało paralityka. Opadające powieki tylko częściowo zakrywały wytrzeszczone i przekrwione oczy, które spoglądały nieruchomo. Skóra twarzy Moneta była żółtawa i pokryta błyszczącymi czerwonymi plamami w kształcie gwiazdek. Wyglądał jak zombi[2]. Stan Moneta przeraził służącą. Nie zdawała sobie sprawy, co się z nim dzieje. Jego zachowanie także uległo zmianie. Stał się ponury, drażliwy, wrogo usposobiony do otoczenia. Potrafił odpowiadać na pytania, wydawało się jednak, że nie wie, gdzie się znajduje.

Nieobecność Moneta w pracy zastanowiła kolegów, którzy wreszcie odwiedzili go, by sprawdzić, jak się czuje. Siedząca na dachu czarno-biała wrona obserwowała gości. Gdy zobaczyli przyjaciela, zdecydowali, że powinien pojechać do szpitala. Ponieważ był w bardzo złym stanie i nie mógł sam prowadzić samochodu, jeden ze współpracowników zawiózł go do prywatnej kliniki w centrum Kisumu, nad Jeziorem Wiktorii. Lekarze zbadali chorego, lecz nie potrafili wyjaśnić, co się stało z jego oczami, twarzą i umysłem. Myśląc, że przyczyną mogła być jakaś infekcja bakteryjna, zastosowano zastrzyki antybiotyku, lecz nie miało to jednak żadnego wpływu na stan pacjenta.

Doktorzy uznali, że Monet powinien się udać do szpitala w Nairobi, najlepszej prywatnej kliniki w Afryce Wschodniej. Telefony działały źle, a wydawało się, że nie ma potrzeby zawiadamiać tamtejszych lekarzy o przybyciu chorego. Trzymał się jeszcze na nogach i sądzono, że może podróżować sam. Miał pieniądze i rozumiał, że musi dostać się do Nairobi. Zawieziono go więc taksówką na lotnisko, gdzie wsiadł do samolotu linii Kenya Airways.

„Gorący” wirus z lasów tropikalnych wytrzymuje dwudziestoczterogodzinną podróż. Wszystkie większe miasta świata są połączone siecią linii lotniczych, a gdy wirus znajdzie się w niej, może w ciągu doby dotrzeć wszędzie: do Paryża, Tokio, Nowego Jorku, Los Angeles – dokądkolwiek latają samoloty. Właśnie na pokład jednego z nich dostał się Charles Monet i żyjący w nim wirus.

Samolot śmigłowy komunikacji lokalnej Fokker Friendship miał trzydzieści pięć miejsc. Po starcie przeleciał nad niebieskim połyskującym Jeziorem Wiktorii, na którym kołysały się łódki rybaków, wykonane z wydrążonych pni, następnie skręcił i skierował się na wschód. Poniżej ciągnęły się zielone wzgórza pokryte plantacjami herbaty i widać było niewielkie farmy. W samolotach afrykańskich linii lokalnych panuje często tłok, ten również miał prawdopodobnie komplet pasażerów. Trasa lotu prowadziła dalej nad pasmami lasów, skupiskami okrągłych chat i wioskami z domkami o blaszanych dachach. Krajobraz uległ nagle zmianie, pojawiły się urwiska i wąwozy, a barwę zieloną zastąpiła brunatna. Samolot przelatywał nad Wielkim Rowem Wschodnim. Pasażerowie obserwowali przez okienka tereny, na których powstał rodzaj ludzki. Dostrzegli chaty stłoczone między ciernistymi krzewami i rozchodzące się od nich ścieżki bydła. Z szumem śmigieł, podskakując i kołysząc się, maszyna pokonywała kłęby chmur wiszących nad doliną. U Moneta wystąpiły objawy choroby powietrznej. W samolotach komunikacji lokalnej siedzenia są wąskie i ścieśnione, pasażerowie widzą więc wszystko, co się wewnątrz dzieje. Kabina jest szczelnie zamknięta, a powietrze recyrkuluje, toteż wszelkie zapachy są natychmiast wyczuwalne. Człowiek, który zachoruje, musi zostać zauważony.

Jest silnie pochylony, wiadomo więc, że nie czuje się dobrze, trudno jednak dokładnie określić, co mu dolega. Trzyma przy ustach torebkę. Zanosi się kaszlem i wymiotuje. Torebka pęcznieje. Gdy podnosi głowę, na jego wargach widać błyszczącą czerwoną wydzielinę z czarnymi kropkami, jakby żuł fusy kawy. Jego oczy mają kolor rubinów, a twarz jest pozbawiona wyrazu i pokryta sińcami. Czerwone plamki, które kilka dni wcześniej przypominały gwiazdki, powiększyły się i zlały w wielkie purpurowe plamy; cała głowa stała się czarnoniebieska. Mięśnie twarzy obwisły. Tkanka łączna zanikła i wydaje się, że ciało jest jakby oderwane od czaszki. Chory otwiera usta i nieprzerwanie wymiotuje, chociaż jego żołądek powinien być od dłuższego czasu pusty. Torebka napełnia się po brzegi substancją zwaną vomitonegro (wymioty fusowate). Jest to cętkowana dwubarwna ciecz, czarna i czerwona, którą stanowią smołowate drobiny zmieszane ze świeżą krwią tętniczą. Rozchodzi się odór rzeźni. Wymioty fusowate są pełne wirusów. Ta silnie zakaźna, śmiertelnie niebezpieczna maź stanowi postrach ekspertów wojskowych. Fetor wypełnia kabinę pasażerów. Monet zamyka pełną torebkę i zawija jej górny brzeg. Papierowy woreczek pęcznieje i mięknie, grożąc wycieknięciem zawartości. Monet wręcza torebkę stewardesie.

Organizm gospodarza, w którym rozmnaża się wirus, zostaje nasycony jego cząstkami, od mózgu do skóry. Eksperci wojskowi mówią wówczas, że nastąpiła „ekstremalna amplifikacja” wirusa. Nie jest to coś w rodzaju zwykłego przeziębienia. Zanim dojdzie do maksymalnej amplifikacji, ilość krwi chorego mieszcząca się w zakraplaczu do oczu może zawierać sto milionów cząstek wirusowych. W procesie tym organizm przekształca się częściowo w cząstki wirusowe. Innymi słowy, organizm gospodarza zostaje opanowany przez obcą formę życia, która dąży do wchłonięcia tego organizmu. Przemiana nie jest jednak całkowita – pozostaje rozpadające się ciało przesycone wirusami. Proces ten można określić jako katastrofę biologiczną. Do ekstremalnej amplifikacji doszło u Moneta; dowodem tego były czarne wymioty.

Wydawało się, że chory zastygł w bezruchu, jak gdyby każde poruszenie mogło wywołać pęknięcie czegoś w organizmie. Jego krew krzepła, tworząc zatory. Wątroba, nerki, płuca, ręce, stopy i głowa były zablokowane skrzepami. Gromadziły się one również w mięśniach jelit, odcinając dopływ krwi. Mięśnie jelit zaczęły więc obumierać. Prawdopodobnie Monet nie zdawał sobie w pełni sprawy ze swego stanu, gdyż krew nie docierała także do mózgu, którego uszkodzenie pozbawiło Charlesa osobowości. W stanie tak zwanej depersonalizacji zanika wszelka aktywność i cechy charakteru. Człowiek staje się automatem. Komórki nerwowe rozpadają się, a wówczas najpierw zanikają wyższe funkcje psychiczne, pozostają natomiast te na poziomie prymitywnego mózgu szczura lub jaszczurki. Można powiedzieć, że umarła już osobowość Charlesa Moneta, żyje natomiast jego ciało.

Atak wymiotów uszkadza jakieś naczynie krwionośne w nosie Moneta. Z obydwu nozdrzy zaczyna lecieć błyszcząca krew tętnicza, ściekając po zębach i podbródku. Płynie nieprzerwanie, gdyż zabrakło w organizmie czynników powodujących krzepnięcie krwi. Stewardesa podaje Monetowi papierowe serwetki, którymi próbuje on bezskutecznie zahamować krwotok.

Gdy pasażer siedzący obok nas w samolocie choruje, nie chcemy go wprawiać w zakłopotanie, więc nie zwracamy uwagi na jego dolegliwości. Sądzimy, że wkrótce poczuje się lepiej. Niewykluczone, iż po prostu źle znosi podróż. Może mieć nudności i krwotok z nosa, powietrze jest przecież suche i rozrzedzone… Pytamy dyskretnie, czy możemy mu jakoś ulżyć. Nie odpowiada lub coś niewyraźnie mamrocze, zostawiamy go więc w spokoju, lecz wydaje się nam, że lot trwa w nieskończoność. Może stewardesa coś poradzi. Zachowanie ofiar zabójczego wirusa zmienia się do tego stopnia, że nie reagują na propozycję udzielenia pomocy. Są nastawieni nieufnie i nie życzą sobie, by ich dotykano. Nie chcą też rozmawiać. Na pytania odpowiadają mruknięciem lub monosylabami. Ma się wrażenie, że trudno im znaleźć odpowiednie słowa. Potrafią powiedzieć, jak się nazywają, lecz nie umieją określić dnia tygodnia lub opisać swoich dolegliwości.

Samolot leci przez chmury, wzdłuż Wielkiego Rowu, a Monet zapada w fotel i wydaje się, że drzemie… Być może niektórzy pasażerowie zastanawiają się, czy nie umarł… Nie, żyje. Porusza się. Jego przekrwione oczy są otwarte i nieznacznie się przesuwają.

Jest późne popołudnie. Słońce chylące się za wzgórza po zachodniej stronie Wielkiego Rowu rzuca promienie we wszystkich kierunkach, jak gdyby rozproszyły się one na równiku. Maszyna wykonuje łagodny skręt i przecina wschodnią krawędź Wielkiego Rowu. Teren wznosi się, a jego barwa zmienia się z brunatnej na zieloną. Pod prawym skrzydłem pojawiają się wzgórza Ngong. Opadający samolot przelatuje nad parkiem narodowym, w którym widać zebry i żyrafy. Minutę później ląduje na międzynarodowym lotnisku im. Jomo Kenyatty. Monet podnosi się, spływając krwią. Ustaje jednak na nogach. Potykając się, schodzi po schodkach na płytę lotniska. Jego koszula to jedna czerwona plama. Nie niesie bagażu. Jedynym bagażem jest wirus rozmnożony w organizmie, który przekształcił się w ludzką bombę wirusową. Monet przechodzi wolno przez budynek dworca lotniczego i skręca w ulicę, gdzie zawsze parkują taksówki. Otaczają go kierowcy.

– Taxi? Taxi? – pytają.

– Nairobi… szpital – mamrocze.

Jeden z kierowców pomaga Monetowi wsiąść do samochodu. Taksówkarze z Nairobi lubią gawędzić ze swymi pasażerami, kierowca pyta więc prawdopodobnie Moneta o zdrowie. Odpowiedź powinna być oczywista. Dolegliwości nieco się zmniejszyły. Wprawdzie żołądek jest ciężki i wzdęty jak po zjedzeniu posiłku, lecz ustał już ten piekący, rozdzierający ból.

Taksówka wjeżdża na magistralę Uhuru i kieruje się do Nairobi. Mknie przez łąkę porośniętą drzewami akacjowymi, mija faktorie, dociera do ronda i włącza się w gorączkowy ruch uliczny miasta. Na poboczach drogi kłębi się tłum: kobiety idące po wydeptanych, brudnych chodnikach, wałęsający się mężczyźni, dzieci na rowerach, człowiek naprawiający obuwie; widać tu także traktor ciągnący wóz z węglem drzewnym. Taksówka skręca w lewo w Ngong Road, mija park miejski, pokonując wzgórze, potem rzędy wysokich eukaliptusów, wreszcie wąską drogą dociera do portierni i wjeżdża na teren szpitala w Nairobi. Samochód zatrzymuje się na postoju obok kiosku z kwiatami. Przy szklanych drzwiach widnieje napis: „Oddział wypadków”. Monet wręcza kierowcy pieniądze i wysiada z taksówki. Otwiera szklane drzwi, po czym podchodzi do okienka izby przyjęć, gdzie zgłasza się jako poważnie chory. Mówienie sprawia mu trudność.

Krwawi, więc zostanie przyjęty natychmiast. Musi poczekać na wezwanie lekarza, który wkrótce się zjawi. Monet siada w poczekalni.

Jest to niewielkie pomieszczenie z wyściełanymi ławkami. Jasne, intensywne słońce wschodniej Afryki pada przez rząd okien na stół założony poplamionymi czasopismami i rysuje prostokąty na szarej żwirowej podłodze, pośrodku której znajduje się ściek. Izba, przesiąknięta słabym zapachem spalanego drewna i potu, jest pełna ludzi o zaropiałych oczach, Afrykanów i Europejczyków, siedzących ciasno obok siebie. Zawsze są tu jacyś chorzy z ranami ciętymi, którzy czekają cierpliwie na założenie szwów, przytrzymując poplamione krwią opatrunki na głowach lub palcach. Charlie Monet nie różni się wyglądem od innych pacjentów, jeżeli pominąć jego posiniaczoną, pozbawioną wyrazu twarz i czerwone oczy. Napis na ścianie ostrzega przed złodziejami kieszonkowymi, a inny głosi:

PROSZĘ ZACHOWAĆ CISZĘ.

DZIĘKUJEMY ZA WSPÓŁPRACĘ.

UWAGA: JEST TO ODDZIAŁ WYPADKÓW.

OFIARY NAGŁYCH WYPADKÓW MAJĄ

PIERWSZEŃSTWO.

POZOSTALI PACJENCI OTRZYMAJĄ

WÓWCZAS POMOC

W NASTĘPNEJ KOLEJNOŚCI.

Monet w milczeniu czeka na zainteresowanie się nim. Nagle jego choroba przechodzi w ostatnią fazę. Ludzka bomba wirusowa eksploduje. Specjaliści wojskowi określają ten stan jako „wyniszczenie i wykrwawienie” lub – łagodniej – „zejście”.

Monetowi kręci się w głowie i odczuwa krańcowe wyczerpanie. Traci też zmysł równowagi, ponieważ jego kręgosłup stał się miękki i pozbawiony nerwów. Pokój wiruje wokół Moneta, którego organizm znajduje się w stanie wstrząsu. Chory pochyla się, dotyka głową kolan i łapiąc z jękiem powietrze, wyrzuca ustami olbrzymią ilość krwi. Osuwa się na podłogę. Mimo utraty świadomości, dusząc się, wymiotuje dalej. Następnie słychać jakby odgłos rozdzierania prześcieradła – to pękają jelita i z odbytu wypływa krew zmieszana z treścią zniszczonego organu. Monet utracił swe wnętrzności. Nastąpiło wyniszczenie i wykrwawienie organizmu.

Inni pacjenci w poczekalni wstają i odsuwają się od mężczyzny leżącego na podłodze. Wzywają lekarza. Wokół Moneta szybko rozlewa się czerwona kałuża. Po unicestwieniu swego żywiciela wirus wydostaje się wszystkimi otworami na zewnątrz, szukając nowej ofiary.

Druga ofiara wirusa

15 stycznia 1980

Przybiegły pielęgniarki i salowe z wózkiem, położyły na nim Charlesa Moneta i zawiozły go na oddział intensywnej terapii. Do krwawiącego pacjenta wezwano przez głośniki lekarza. Natychmiast zjawił się młody doktor, Shem Musoke, uważany powszechnie za jednego z najlepszych lekarzy szpitala. Był to energiczny mężczyzna o dużym poczuciu humoru, który miał już sporą praktykę i dobrze radził sobie z nagłymi wypadkami. Kiedy podszedł do Moneta leżącego na wózku, stwierdził jedynie, że nastąpił gwałtowny krwotok. Nie było czasu na domysły, co go spowodowało. Chory z trudem łapał powietrze, a po chwili zachłyśnięcie krwią spowodowało zatrzymanie oddechu.

Doktor Musoke zbadał tętno. Było ledwo wyczuwalne. Pielęgniarka podała laryngoskop – rurkę, którą można wykorzystać do udrożnienia dróg oddechowych. Lekarz rozerwał koszulę chorego, by móc zauważyć najmniejszy ruch klatki piersiowej, i nachylił się nad nim.

Czerwone oczy Moneta patrzyły na doktora Musokego, lecz gałki oczne były nieruchome, a źrenice rozszerzone. Oznaczało to uszkodzenie mózgu: utrata świadomości. Z nosa i ust chorego wydobywała się krew. Lekarz odchylił jego głowę do tyłu, by wprowadzić laryngoskop. Nie miał na dłoniach gumowych rękawiczek. Kiedy palcem usuwał z jamy ustnej pacjenta śluz i krew, jego ręce pokryły się śliskim, czarnym skrzepem. Chory cuchnął okropnie, lecz doktor Musoke był do tego przyzwyczajony. Pochylił się jeszcze bardziej i jego twarz znalazła się tuż nad twarzą Moneta; zajrzał do jego jamy ustnej, by ocenić położenie wziernika. Następnie przesunął przyrząd i odciągnął język na bok, aby móc obserwować obszar za nagłośnią – ciemny otwór prowadzący do płuc.

Wepchnął przyrząd w głąb i zajrzał do wziernika. Nagle Monet drgnął i zwymiotował. Czarno-czerwony płyn opryskał lekarza, dostał się do jego oczu i ust; na białym fartuchu pojawiły się smugi krwawego śluzu z czarnymi plamami.

Doktor zmienił ułożenie głowy pacjenta i wytarł mu palcami usta. Krew pokryła dłonie, przeguby i przedramiona lekarza. Dosłownie wszystko – wózek, doktor, podłoga – było zalane krwią. Pielęgniarki na oddziale intensywnej terapii nie wierzyły własnym oczom i trzymały się z boku, nie wiedząc, co robić. Lekarz zajrzał do wziernika i wsunął przyrząd głębiej. Stwierdził, że drogi oddechowe są pokryte krwią.

Powietrze wdarło się do płuc pacjenta, który zaczął znów oddychać.

Chory był niewątpliwie w stanie wstrząsu wywołanego tak silnym krwawieniem. Organizm uległ odwodnieniu. Krew wydobywała się wszystkimi otworami ciała. Jej ilość była zbyt mała, by utrzymać krążenie, tętno stało się więc bardzo słabe, a ciśnienie spadło prawie do zera. Konieczna okazała się transfuzja.

Pielęgniarka przyniosła butelkę krwi. Doktor zawiesił ją na statywie i wbił igłę w ramię pacjenta. Działo się coś dziwnego: krew wypływała na zewnątrz. Lekarz poszukał innego miejsca. Bez efektu. Wyciekło jeszcze więcej krwi. Za każdym razem igła rozrywała żyłę jak gotowany makaron; ze wszystkich ukłuć sączyła się krew, która nie krzepła. Doktor Musoke zrezygnował z transfuzji, bojąc się, że małe ukłucia spowodują wykrwawienie się i śmierć chorego. Nie ustawał krwotok z jelit, a wydzielina stała się czarna jak smoła.

Monet pozostawał w stanie pogłębiającej się śpiączki i nie odzyskał już świadomości. Zmarł na oddziale intensywnej terapii wczesnym rankiem. Doktor Musoke czuwał cały czas przy chorym.

Nie ustalono, co zabiło Moneta. Jego śmierć była niewytłumaczalna. Autopsja wykazała, że nerki zostały zniszczone, a wątroba przestała działać na parę dni przed zgonem pacjenta; była żółta, częściowo w stanie płynnym, wyglądała jak u osoby zmarłej przed trzema dniami. A więc Monet stał się trupem jeszcze za życia. Martwica jelit, w których zanikła błona śluzowa, to inny efekt obserwowany zwykle w kilkudniowych zwłokach. Co konkretnie doprowadziło do śmierci Francuza? Ustalenie tego okazało się niemożliwe, istniało bowiem zbyt wiele prawdopodobnych przyczyn. W organizmie Moneta zawiodło wszystko, absolutnie wszystko; jego zgon mogły spowodować skrzepy, gwałtowne krwotoki, zamieniona w pudding wątroba, pełne krwi jelita. Nie dysponując słowami i pojęciami umożliwiającymi opisanie tego, co nastąpiło, określono ostatecznie przypadek Moneta jako „gwałtowną niewydolność wątroby”. Zwłoki zmarłego umieszczono w wodoszczelnym worku i, zgodnie z istniejącą dokumentacją, pochowano w Nairobi. Gdy po latach odwiedziłem to miasto, nikt nie pamiętał, gdzie jest grób Moneta.

24 stycznia 1980

Po dziewięciu dniach od momentu, gdy oczy i usta doktora Shema Musokego zetknęły się z wymiocinami Moneta, lekarz poczuł bóle krzyża. Nie miał nigdy takich dolegliwości, lecz zbliżał się do trzydziestki, a więc wieku, w którym niektórzy zaczynają je odczuwać. W ostatnich tygodniach intensywnie pracował. Przez całą noc czuwał przy chorym na serce, a przez następną noc zajmował się tym krwawiącym, przybyłym z północy Francuzem. Pracował dniami i nocami bez snu. Nie przypomniał sobie wymiotującego pacjenta, nawet gdy ból zaczął ogarniać całe ciało. Kiedy spojrzał w lustro, zauważył, że ma przekrwione oczy.

Pomyślał, że może to oznaka malarii. Gorączkował, musiał zatem ulec jakiejś infekcji. Ból krzyża rozszerzył się, obejmując wszystkie mięśnie. Doktor Musoke zaczął zażywać pastylki przeciwmalaryczne, nie przyniosły mu jednak ulgi. Poprosił więc jedną z sióstr, by zrobiła mu odpowiedni zastrzyk.

Pielęgniarka wykonała iniekcję domięśniową, która okazała się niezwykle bolesna. Wydało się to lekarzowi czymś anormalnym i zastanawiającym. Następnie pojawił się ból brzucha, co nasunęło mu przypuszczenie, że choruje na tyfus. Przyjmował zatem doustnie antybiotyki, lecz nie zmniejszyły one jego dolegliwości. Ponieważ był potrzebny swoim pacjentom, więc dalej pracował. Bóle brzucha i mięśni stały się jednak trudne do zniesienia, a do tego rozwinęła się żółtaczka. Nie mogąc zdiagnozować swej choroby ani dłużej wykonywać obowiązków lekarza, doktor Musoke zwrócił się do doktor Antonii Bagshawe, koleżanki z tego samego szpitala. Po zbadaniu go stwierdziła, że ma gorączkę, zaczerwienione oczy i żółtaczkę, ale nie sformułowała konkretnej diagnozy; brała jednak pod uwagę kamienie żółciowe lub ropień wątroby. W obydwu wypadkach mogły występować podobne objawy; lekarka nie potrafiła tylko wytłumaczyć przyczyny przekrwienia oczu pacjenta. Zleciła przeprowadzenie ultrasonografii wątroby. Analizując obraz ukazany na ekranie, stwierdziła, że jest ona powiększona, nie zauważyła jednak niczego niezwykłego. Doktor Musoke był już bardzo osłabiony, umieszczono go więc w separatce, pod całodobową opieką pielęgniarek. Twarz chorego stężała w pozbawioną wyrazu maskę.

Prawdopodobny atak kamicy żółciowej mógł być bardzo groźny. Doktor Bagshawe zaleciła operację diagnostyczną w celu ustalenia ostatecznego rozpoznania. Zabieg został przeprowadzony w głównej sali operacyjnej szpitala w Nairobi przez zespół chirurgów pod kierunkiem doktora Imre’a Loflera. Wykonano nacięcie i rozsunięto mięśnie brzucha. To, co znaleziono, zaszokowało wszystkich. Wątroba chorego była opuchnięta, czerwona i nie wyglądała na zdrową, lecz nie znaleziono śladu kamieni żółciowych. Nie ustawało jednak krwawienie. Wszelkie działania chirurgiczne powodują przecięcie naczyń krwionośnych, które przez chwilę krwawią, a następnie krew krzepnie. Jeżeli są z tym trudności, chirurg pokrywa naczynia pianką, która przerywa krwawienie. Jednak u doktora Musokego nic to nie dało. Mogło się wydawać, że pacjent cierpi na hemofilię. Lekarze rozprowadzili piankę na całej wątrobie, ale krew wsiąkała jak w gąbkę. Odciągano jej nadmiar, lecz każde nacięcie ponownie się nią wypełniało. Jeden z chirurgów powiedział później, że lekarze wykonujący zabieg „mieli ręce po łokcie we krwi”. Wykonano biopsję wątroby, pobierając jej skrawek, który umieszczono w naczyniu z płynem konserwującym, i natychmiast zaszyto brzuch doktora Musokego. Po operacji stan chorego szybko się pogorszył; ustawała praca nerek. Wydawało się, że umiera. W tym okresie lekarka prowadząca, Antonia Bagshawe, musiała wyjechać za granicę i pacjentem zajął się doktor David Silverstein. Niewydolność nerek u Musokego i konieczność zastosowania dializy wywołały zaniepokojenie w szpitalu, chory był bowiem bardzo lubiany przez kolegów, którzy nie chcieli go utracić. Silverstein zaczął podejrzewać, że przyczyną choroby Musokego jest jakiś nietypowy wirus. Pobrał pewną ilość krwi swego pacjenta i oddzielił surowicę, przezroczystą, żółtawą ciecz, pozostałą po usunięciu z krwi czerwonych krwinek. Wysłał kilka probówek zamrożonej surowicy do zbadania w laboratoriach National Institute of Virology w Sandringham w Afryce Południowej i Centers for Disease Control w Atlancie w stanie Georgia. Czekał na wyniki tych badań.

Diagnoza

David Silverstein mieszka w Nairobi, lecz jest także właścicielem domu w pobliżu Waszyngtonu. Niedawno, pewnego letniego dnia, gdy przybył do USA, by załatwić jakieś sprawy, spotkałem go w barze kawowym w centrum handlowym, w pobliżu jego domu. Kiedy usiedliśmy przy stoliku, opowiedział mi o przypadkach Moneta i Musokego. Silverstein to szczupły, niski mężczyzna, zbliżający się do pięćdziesiątki, z wąsami i w okularach, o żywym, bystrym spojrzeniu. Chociaż jest Amerykaninem, mówi z lekkim akcentem suahili. Tamtego dnia nosił drelichową kurtkę i niebieskie dżinsy, był ładnie opalony, w dobrej formie i zrelaksowany. Zdobył licencję pilota i lata własnym samolotem. Ma największą prywatną praktykę lekarską w Afryce Wschodniej, dzięki czemu należy do znanych postaci w Nairobi. Jest osobistym lekarzem Daniela Arapa Moi, prezydenta Kenii, któremu towarzyszy w podróżach zagranicznych. Leczy również wszystkie ważne osobistości: skorumpowanych polityków, aktorów i aktorki, chorujących podczas safari, podupadłą arystokrację angielsko-afrykańską. Był też osobistym lekarzem lady Diany Delamere. Gdy się zestarzała, podróżował z nią, by kontrolować jej ciśnienie krwi i pracę serca (pragnęła uprawiać swoje ulubione wędkarstwo dalekomorskie u wybrzeży Kenii, chociaż miała kłopoty z krążeniem). Silverstein zajmował się również zdrowiem Beryl Markham, autorki West with the Night, pamiętnika z lat, gdy pracowała jako lotnik w Afryce Wschodniej. Lubiła przesiadywać w klubie lotniczym w Nairobi, gdzie miała opinię hałaśliwej i kłótliwej pijaczki („Zanim ją poznałem, była zapijaczoną starszą panią”). Pacjent Silversteina, doktor Musoke, stał się znaną postacią w kronikach chorób.

„Leczyłem doktora Musokego w sposób zachowawczy – powiedział Silverstein. – Próbowałem jedynie odżywiać go i obniżać gorączkę, gdy była wysoka. Nie miałem żadnego programu leczenia”.

Pewnej nocy o drugiej nad ranem w domu Silversteina w Nairobi zadzwonił telefon. Mieszkający w Kenii badacz amerykański chciał przekazać wiadomość, że specjaliści z Afryki Południowej znaleźli we krwi Musokego coś bardzo dziwnego: „Próba na obecność wirusa marburg jest dodatnia. To poważna sprawa. O wirusie tym wiemy niewiele”.

Silverstein nie słyszał nigdy o czymś takim. „Po otrzymaniu tej informacji nie mogłem zasnąć – powiedział. – Śniłem jakby na jawie, zastanawiając się, co to za wirus”. Leżał w łóżku, myśląc o cierpieniach swojego przyjaciela i kolegi, doktora Musokego, przerażony perspektywą rozprzestrzenienia się nieznanego drobnoustroju wśród personelu szpitala. W uszach dźwięczały mu słowa: „O wirusie tym wiemy niewiele”. W końcu ubrał się i pojechał do szpitala. Do swego gabinetu Silverstein dotarł przed świtem. W literaturze medycznej wyszukał informację o wirusie marburg.

Notatka była krótka. Jest to drobnoustrój afrykański, noszący jednak nazwę niemiecką. Określenia wirusów pochodzą od miejsc, gdzie po raz pierwszy je wykryto. Marburg to stare miasto w środkowych Niemczech, otoczone lasami i łąkami, w którym znajdują się fabryki usytuowane w zielonych dolinach. Wirus ujawnił się tam w 1967 roku w zakładach Behringa, wytwarzających szczepionki z komórek nerkowych małp afrykańskich – zielonych koczkodanów. Zwierzęta te regularnie importowano z Ugandy. Wirus przybył do Niemiec wraz z partią małp, liczącą pięćset lub sześćset sztuk. Tylko dwie lub trzy były nosicielami wirusa. Prawdopodobnie początkowo nie zauważono oznak choroby. W każdym razie wkrótce po przywiezieniu zwierząt do zakładów Behringa wirus zaczął się rozprzestrzeniać; kilka małp zachorowało i wykrwawiło się. Niedługo potem wirus z marburga przeniósł się na ludzi i nagle pojawił się wśród mieszkańców miasta. Jest to przykład amplifikacji wirusa.

Pierwszą ofiarą był Klaus F., pracownik zakładów Behringa, który karmił małpy i czyścił ich klatki. Zakaził się 8 sierpnia 1967 roku i zmarł dwa tygodnie później. O wirusie marburg wiadomo tak mało, że wydano tylko jedną publikację na ten temat, stanowiącą zbiór prac przedstawionych na sympozjum poświęconym wirusowi, które odbyło się w 1970 roku na Uniwersytecie w Marburgu. W książce tej czytamy:

Dozorca małp Heinrich P. powrócił z urlopu 13 sierpnia 1967roku i od 14 do 23 sierpnia wykonywał swą pracę, polegającą na zabijaniu małp. Pierwsze objawy choroby wystąpiły 21 sierpnia.

Laborantka Renate L. stłukła 28 sierpnia 1967 roku probówkę, która miała być poddana sterylizacji, ponieważ zawierała zakażony materiał, a 4 września 1967 roku zachorowała.

I tak dalej. U osób, które zetknęły się z wirusem, mniej więcej po siedmiu dniach występowały bóle głowy. Dalszemu rozwojowi choroby towarzyszyła wysoka gorączka, powstawanie skrzepów, krwotoki i końcowy wstrząs. Przez kilka dni lekarzom w Marburgu wydawało się, że nastąpił koniec świata. Ostatecznie spośród trzydziestu jeden osób, które uległy zakażeniu wirusem, siedem zmarło w kałużach krwi. Świadczy to o niezwykłej letalności wirusa marburg; nawet w najlepszych nowoczesnych szpitalach, gdzie pacjenci są podłączeni do aparatów podtrzymujących życie, zabija on co czwartego chorego. Natomiast wirus żółtej febry, uważany za wybitnie letalny, powoduje śmierć tylko jednego na dwudziestu hospitalizowanych.

Wirus marburg należy do rodziny tak zwanych filowirusów i został odkryty jako pierwszy. Łacińskie słowo filovirus można przetłumaczyć jako „wirus nitkowaty”. Wszystkie filowirusy są do siebie podobne i nie przypominają innych znanych wirusów, z których większość to kuliste cząstki wyglądające jak ziarenka pieprzu, natomiast filowirusy da się porównać do splątanych nitek, włosów, robaków lub węży. Gdy pojawiają się w postaci wielkiej rozlewającej się papki – co często ma miejsce, gdy zniszczą już swą ofiarę – przypominają wyrzucone na podłogę spaghetti. Cząstki wirusowe skręcają się niekiedy w pętle. Marburg to jedyny znany wirus w kształcie pierścienia.

W Niemczech działanie wirusa marburg na mózg było szczególnie przerażające i przypominało wściekliznę, która uszkadza ośrodkowy układ nerwowy i może zniszczyć mózg. Również wyglądem cząstki obydwu wirusów niewiele się różnią. Cząstka wirusa wścieklizny ma kształt pocisku. Rozciągnięty pocisk przypomina sznurek, a w wyniku skręcenia sznurka powstaje pierścień podobny do wirusa marburg. Dawniej sądzono, że obydwa wirusy są spokrewnione, później jednak stało się jasne, że marburg należy do odrębnej rodziny.

Dość szybko po śmierci Charlesa Moneta ustalono, że rodzina filowirusów obejmuje oprócz wirusa marburg także dwa typy wirusa ebola: ebola zair i ebola sudan. Marburg jest najłagodniejszy, a ebola zair najbardziej niebezpieczny. Dziewięćdziesiąt procent zarażonych nim ludzi umiera. To prawdziwy zabójca.

Wirus marburg działa podobnie jak promieniowanie jądrowe, uszkadzając w zasadzie wszystkie tkanki organizmu. Szczególnie gwałtownie atakuje narządy wewnętrzne, tkankę łączną i skórę. W Niemczech ci, którzy przeżyli, całkowicie lub częściowo wyłysieli. Cebulki ich włosów obumierały, a same włosy wypadały kępkami, jak pod wpływem silnego promieniowania. Następował krwotok ze wszystkich otworów ciała. Miałem w ręku fotografię człowieka zabitego przez wirus marburg, wykonaną na kilka godzin przed jego śmiercią. Leżał obnażony do pasa. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, całe ciało pokrywały plamy i sińce, a na brodawkach sutkowych widać było krople krwi.

Pacjentom, którzy przeżyli, w okresie rekonwalescencji złuszczała się skóra z twarzy, rąk, nóg i genitaliów. Niektórzy mężczyźni mieli rozdęte, ropiejące jądra. Najcięższe objawy tej dolegliwości wystąpiły u pracownika kostnicy, który zajmował się ciałami zmarłych. Wirus pozostawał również przez wiele miesięcy w płynie wewnątrz gałek ocznych niektórych ofiar. Nikt nie wie, dlaczego upodobał sobie szczególnie jądra i oczy. Pewien mężczyzna zaraził nim swoją żonę podczas stosunku płciowego.

Lekarze zauważyli, że wirus marburg wywiera dziwny wpływ na mózg. Według wspomnianej powyżej książki zachowanie większości pacjentów staje się ponure, nieco agresywne lub negatywistyczne. Dwaj pacjenci mieli uczucie, jakby leżeli na tartej bułce. Jeden z pacjentów stał się psychotyczny, niewątpliwie w wyniku uszkodzenia mózgu. Pacjent Hans O.V. nie wykazywał oznak zaburzeń umysłowych, jego gorączka spadła i wydawało się, że następuje stabilizacja stanu zdrowia, lecz potem nagle, bez sygnałów ostrzegawczych, nastąpił ostry spadek ciśnienia krwi, załamanie się funkcjonowania organizmu i śmierć. Po otwarciu czaszki stwierdzono intensywny, śmiertelny krwotok w środku mózgu. Nastąpiło „wykrwawienie” się pacjenta do mózgu.