Stracony - Jane Harper - ebook + książka

Stracony ebook

Jane Harper

4,5

Opis

Kolejny kryminał pióra Jane Harper, autorki światowych bestsellerów, takich jak Susza i Siły natury, potwierdza jej umiejętności w kreowaniu zagadek i mrocznej atmosfery. Spalone słońcem pustkowia stają się świadkiem odkrywanych powoli tajemnic, jakie ma każda pozornie idealna rodzina.

Bracia Bright mieszkają trzy godziny jazdy samochodem od siebie. Na australijskim pustkowiu czyni ich to najbliższymi sąsiadami. Nathan i Bub przez kilka miesięcy się nie widzieli. Gdy się spotykają, Cameron, trzeci z ich rodzeństwa, leży martwy u ich stóp.

Cameron prowadził rodzinne gospodarstwo. Zostawił żonę, córki oraz matkę. Coś, czego ani Nathan, ani Bub nie są w stanie sobie wyobrazić, sprawiło, że ich brat znalazł się sam na spalonym słońcem pustkowiu.

Na ranczu zmarłego oprócz rodziny mieszkają jeszcze wieloletni pracownicy oraz dwaj zatrudnieni niedawno sezonowcy. Mimo żałoby Nathan nie może uwolnić się od podejrzeń. Stopniowo odkrywa sekrety, o których jego rodzina wolałaby zapomnieć.

Jeśli ktoś doprowadził do śmierci Camerona, to nie mógł się ukryć pośrodku niczego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (136 ocen)
76
52
7
1
0
Sortuj według:
aniawas

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka
00
Miron74

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna powieść. Siła emocji na stronach tej książki jest porażająca choć nie użyto żadnych sztuczek które zazwyczaj wyciskają z nas ekscytacje. Pięknymi słowami opisane kilka dni zwyczajnych ludzi w niezwyczajnym dla nas otoczeniu, a to wszystko w jakiś dziwny sposób sprawia bardzo prostolinijne wyrażenie. Czujesz że ci ludzie są tacy sami jak my, bez książkowych udziwnień. Wciąga od początku i chcesz z nimi być, a sama zagadka przestaje mieć takie znaczenie.
00

Popularność




Prolog

Z wysoka i z daleka ślady w kurzawie układały się w ciasny okrąg. Jego zarys daleki był jednak od ideału: raz odznaczał się mocniej, raz słabiej, a chwilami zupełnie zanikał. Wnętrze też nie było zupełnie nietknięte.

W środku znajdowała się płyta nagrobna, którą niezliczone ataki piasku, wiatru i słońca wypolerowały na gładź. Stała jednak zupełnie prosto, wysoka na metr. Skierowana na zachód, w stronę pustyni, co było niespotykane w tych stronach. Nikt nie kierował się na zachód z własnej woli.

Imię i nazwisko człowieka, który pod nią spoczywał, dawno przepadło w mrokach dziejów i miejscowi – których było wszystkich sześćdziesięciu czterech, nie licząc stu tysięcy sztuk bydła – nazywali to miejsce po prostu grobem pastucha. W tej okolicy nigdy nie było cmentarza, pastuch został pochowany tam, gdzie spotkała go śmierć, i od ponad wieku nie przybyło mu nikogo do towarzystwa.

Jeśliby przesunąć dłonią po wytartej powierzchni kamienia, można by wyczuć cyfry układające się w częściową datę. Jeden, osiem, dziewięć – tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty któryś. Tylko dwa słowa nadal dało się odczytać. Znajdowały się niżej na płycie, mniej narażone na działanie żywiołów. A może po prostu zostały mocniej wyryte: przekaz ważniejszy niż sam człowiek.

który zbłądził

Mijały miesiące, a nawet lata, kiedy nikt tamtędy nie przechodził, nie próbował odczytać wytartego napisu, mrużąc oczy w promieniach zachodzącego słońca. Nawet bydło nie zatrzymywało się w tym miejscu. Przez jedenaście miesięcy w roku ziemia, na której stał nagrobek, była sypka i piaszczysta, a przez pozostały miesiąc zalana przez mętne wody powodzi. Krowy wolały iść na północ, gdzie miały co skubać, a drzewa dawały cień.

W pobliżu nagrobka nie było nic, prócz ogrodzenia, które ciągnęło się kilkadziesiąt kilometrów na wschód i kilkaset na zachód, aż do pustyni, gdzie horyzont był tak płaski, że można było zwątpić, czy Ziemia jest okrągła. Była to kraina miraży, kilka niewielkich drzewek majaczyło w oddali, połyskując i unosząc się na nieistniejących jeziorach. Daleko na północ od płotu znajdowało się jedno gospodarstwo, kolejne gdzieś na południe. Sąsiedzi oddaleni od siebie o trzy godziny drogi. Stojąc przy nagrobku, można było dostrzec drogę na wschód, choć określenie „droga” było raczej na wyrost. Całymi dniami po tej szerokiej bitej ścieżce nie przejeżdżał żaden samochód.

Ścieżka prowadziła do Balamary, miasteczka składającego się w zasadzie z jednej ulicy, które zaspokajało potrzeby okolicznej ludności, mogącej z powodzeniem zmieścić się w jednym dużym pomieszczeniu. Tysiąc pięćset kilometrów dalej leżały Brisbane i wybrzeże.

W określonych momentach roku niebo nad grobem pastucha wypełniał huk helikoptera. Piloci dźwiękiem i ruchem maszyny zaganiali bydło na obszarze dorównującym niewielkiemu europejskiemu państwu. Teraz jednak niebo było puste i przytłaczało swym ogromem.

Później – kiedy nic już nie można było zrobić – helikopter przeleciał nad okolicą nisko i powoli. Pilot najpierw spostrzegł samochód, jego rozgrzaną metalową karoserię. Na stojący w pewnej odległości nagrobek zwrócił uwagę przez przypadek, kiedy kołował w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na lądowanie.

Pilot nie dostrzegł okręgu na suchej ziemi. Jego wzrok przyciągnął odcinający się od czerwonego pyłu niebieski materiał. Częściowo rozpięta, zsunięta z ramion koszula robocza. Temperatura w ciągu kilku poprzednich dni dochodziła do czterdziestu pięciu stopni. Nieosłoniętą skórę spaliło słońce.

Później osoby, które przybyły na miejsce, dostrzegając ślady w kurzawie, natychmiast przenosiły spojrzenie na odległy horyzont, próbując nie dopuścić do siebie myśli o tym, jak powstały.

Nagrobek rzucał niewielki cień – jedyne schronienie przed słońcem w zasięgu wzroku, a i ono było złudne. Cień to powiększał się, to malał, przemieszczając się niczym na tarczy zegara słonecznego. Mężczyzna podążał za nim, czołgając się, a następnie pełznąc. Wciskał się w cień, skręcając ciało w rozpaczliwe kształty. Kopał i rył ziemię, kiedy strach i pragnienie zaczęły brać nad nim górę.

Noc przyniosła mu chwilową ulgę, ale rychły wschód słońca ponownie rozpoczął dramatyczną wędrówkę. Drugiego dnia nie trwała ona długo, ale mężczyzna nadal walczył, nadal próbował. Starał się łapać cień, aż zabrakło mu sił.

Niemal pełny okrąg w kurzawie. Prawie doba. Aż w końcu pastuch doczekał się towarzystwa i na środku grobu pod niemiłosiernym niebem leżał kolejny martwy mężczyzna.

Rozdział 1

Nathan Bright najpierw nie widział nic, po czym dostrzegł wszystko naraz.

Wjechał na wzniesienie, mocno trzymając kierownicę z powodu wyboistego terenu, i cała scena nagle stanęła przed jego oczami, choć nadal z daleka, co dawało mu niepotrzebnie wiele czasu, by się wszystkiemu dobrze przyjrzeć. Zerknął na swojego pasażera. Kusiło go, żeby powiedzieć: „Nie patrz”, ale dał sobie spokój. Nie miało to sensu. Rozpościerający się przed nimi widok przykuwał wzrok.

Mimo to zaparkował samochód dalej od płotu, niż było to konieczne. Zaciągnął hamulec ręczny, żeby nie wyłączać silnika ani klimatyzacji, z których grudniowy queenslandzki upał wydobywał piski i zgrzyty.

– Zostań w środku – powiedział.

– Ale…

Nathan zatrzasnął drzwi, żeby nie słyszeć nic więcej. Podszedł do płotu, rozsunął druty i przeszedł na drugą stronę do swoich braci.

Nieopodal grobu pastucha stało zaparkowane auto z napędem na cztery koła – i w nim silnik i klimatyzacja chodziły z całą mocą. Drzwi od strony kierowcy otwarły się i wysiadł z niego najmłodszy brat Nathana.

– Cześć – powiedział Bub, kiedy Nathan znalazł się w zasięgu słuchu.

– Cześć.

Spotkali się przy nagrobku. Nathan wiedział, że w końcu będzie musiał spojrzeć na ziemię. Spróbował odsunąć tę chwilę od siebie, zaczynając rozmowę.

– Kiedy… – Usłyszał za sobą jakiś ruch i odwrócił się. – Hej! Zostań w aucie! – Musiał krzyknąć, żeby było go słychać, przez co zabrzmiało to surowiej, niż zamierzał. Spróbował raz jeszcze. – Zostań w aucie.

Nie wyszło dużo lepiej, ale przynajmniej teraz syn go posłuchał.

– Zapomniałem, że Xander jest u ciebie – powiedział Bub.

– Tak. – Nathan poczekał, aż drzwi samochodu się zamknęły. Widział przez okno zarys sylwetki syna, który w wieku szesnastu lat bardziej przypominał mężczyznę niż chłopca. Obrócił się z powrotem do brata. Tego, który przed nim stał. Trzeci z braci, środkowy, Cameron Bright, leżał u ich stóp tuż przy podstawie nagrobka. Dzięki Bogu przykryto go spłowiałym tarpem.

Nathan zaczął ponownie:

– Jak długo tu jesteś?

Bub zamyślił się na chwilę, jak miał to w zwyczaju, zanim odpowiedział na jakiekolwiek pytanie. Jego powieki pod rondem kapelusza nieznacznie opadały, tempo wypowiedzi było odrobinę za wolne.

– Przyjechałem wczoraj, tuż przed zmrokiem.

– Wujek Harry się tu nie wybiera?

Znów chwila ciszy i Bub potrząsnął głową.

– Gdzie on jest? W domu z mamą?

– I z Ilse, i z dziewczynkami – odpowiedział Bub. – Chciał przyjechać, ale powiedziałem mu, że ty będziesz.

– Pewnie lepiej, że ktoś jest teraz z mamą. Miałeś jakieś kłopoty? – Nathan w końcu zmusił się, żeby spojrzeć pod nogi. Coś takiego musiało przyciągnąć uwagę padlinożerców.

– Chodzi ci o dingo?

– Tak, stary. – Oczywiście. A o co by innego? Wybór tutaj był naprawdę niewielki.

– Musiałem parę razy strzelać. – Bub podrapał się po obojczyku i Nathan dostrzegł fragment zachodniej gwiazdy Krzyża Południa, który miał wytatuowany. – Ale nic się nie stało.

– To dobrze. W porządku. – Nathan dobrze znał ten rodzaj frustracji, który pojawiał się podczas rozmów z Bubem. Pożałował, że nie ma z nimi Camerona, żeby załagodził sprawy, i poczuł ostry ból pod żebrami, ponieważ prawda zaczęła do niego docierać. Zmusił się, żeby wziąć głęboki wdech: gorące powietrze napełniło jego gardło i płuca. Nikomu nie było lekko.

Bub miał zaczerwienione oczy, wczorajszy zarost i twarz zastygłą w szoku – Nathan przypuszczał, że sam musi wyglądać podobnie. Było między nimi również pewne, choć nikłe, rodzinne podobieństwo. To, że byli braćmi, bardziej rzucało się w oczy, kiedy był z nimi Cameron, mający cechy wspólne z każdym z nich. Bub wyglądał na zmęczonego i, jak zawsze od pewnego czasu, na starszego, niż Nathan pamiętał. Dzieliło ich dwanaście lat i Nathan nadal nie mógł oprzeć się zdumieniu, że jego najmłodszy brat nie tylko dawno wyrósł z powijaków, ale i dobiegał trzydziestki.

Nathan przykucnął przy tarpie, którego materiał był spłowiały i zawinięty pod spód, jakby to było prześcieradło.

– Patrzyłeś?

– Nie. Powiedzieli mi, żebym niczego nie ruszał.

Nathan nie uwierzył mu nawet na chwilę. Może zdradził go ton głosu, a może to, jak tarp był podwinięty na jednym z końców. Kiedy Nathan wyciągnął rękę, Bub wydał dziwny dźwięk.

– Nie rób tego, Nate. Nie jest dobrze.

Bub nigdy nie potrafił kłamać. Nathan cofnął rękę i wstał.

– Co mu się stało?

– Nie wiem. To, co powiedzieli przez radio.

– No tak, niewiele z tego usłyszałem. – Nathan starał się nie patrzeć bratu w oczy.

Bub przestąpił z nogi na nogę.

– Wydawało mi się, stary, że obiecałeś mamie mieć włączone radio.

Nathan nie odpowiedział, a Bub nie naciskał. Nathan obejrzał się za siebie, za ogrodzeniem rozciągała się jego ziemia. W samochodzie Xander nie mógł usiedzieć spokojnie. Przez ostatni tydzień przemieszczali się wzdłuż południowej granicy, pracując w dzień i biwakując nocą. Zeszłego wieczoru już mieli odłożyć narzędzia, kiedy powietrze wokół nich zadrżało i na niebie pojawił się helikopter. Czarny ptak w ostatnich przebłyskach konającego dnia.

– Dlaczego leci tak późno? – zapytał Xander, zadzierając głowę. Nathan nie odpowiedział. Nocny lot. Ryzykowna decyzja lub złowieszczy znak. Coś było nie w porządku. Włączyli radio, ale dla Camerona było już za późno.

Nathan patrzył na Buba.

– Usłyszałem, co było trzeba. Co nie znaczy, że coś z tego rozumiem.

Nieogolona twarz Buba drgnęła. Witaj w klubie.

– Nie mam pojęcia, co się tutaj stało, stary – powtórzył.

– W porządku, powiedz mi tylko to, co wiesz. – Nathan starał się zapanować nad zniecierpliwieniem. Poprzedniego wieczoru rozmawiał krótko z Bubem przez radio, żeby powiedzieć mu, że przyjedzie na miejsce o świcie. Cisnęły mu się setki pytań, ale nie zadał żadnego z nich. Nie na otwartej częstotliwości, gdzie każdy mógł ich usłyszeć. – Kiedy Cam wyruszył z domu? – zadał pytanie pomocnicze, widząc, że brat nie wie nawet, jak zacząć.

– Harry powiedział, że przedwczoraj rano. Koło ósmej.

– Czyli w środę.

– No, chyba tak. Ja go nie widziałem, bo wyjechałem we wtorek.

– Dokąd?

– Sprawdzić sytuację z wodą na północnym polu. Plan był taki, że tam przenocuję i w środę pojadę na Lehmann’s Hill spotkać się z Camem.

– Po co?

– Żeby naprawić regenerator sygnału.

Cameron potrafił zrobić to sam, pomyślał Nathan. Rola Buba miała się sprowadzać do podawania kluczy. No i we dwóch było bezpieczniej. Lehmann’s Hill znajdowało się na zachodnim krańcu posiadłości, cztery godziny jazdy od domu. Awaria masztu oznaczała brak komunikacji radiowej dalekiego zasięgu.

– Co poszło nie tak? – zapytał.

Bub wpatrywał się w tarp.

– Przyjechałem na miejsce spóźniony. Mieliśmy się spotkać około pierwszej, ale utknąłem po drodze. Do celu dotarłem kilka godzin później.

Nathan czekał.

– Cama nie było – mówił dalej Bub. – Myślałem, że może naprawił maszt sam i wrócił do domu, ale urządzenie nadal nie działało. Spróbowałem wywołać go przez radio, ale bez skutku. Trochę na niego czekałem, a później pomyślałem, że wyjadę mu na spotkanie.

– Ale on się nie zjawił.

– Właśnie. Cały czas szukałem go przez radio, ale bez skutku. Jechałem godzinę, ale i tak nie dotarłem do drogi, więc musiałem się zatrzymać. Robiło się ciemno, wiesz?

Bub spojrzał spod kapelusza na starszego brata, jakby chciał się upewnić. Nathan skinął głową.

– Nic więcej nie mogłeś zrobić.

To prawda. W Lehmann’s Hill noc oznaczała zupełną ciemność. Jazda w takich warunkach oznaczała niechybne zderzenie ze skałą lub krową i wtedy Nathan miałby dwóch braci leżących pod tarpem.

– Zaniepokoiłeś się? – zapytał Nathan, choć wiedział, jaka będzie odpowiedź.

– I tak, i nie. Wiesz, jak jest.

– No tak. – Oczywiście, że wiedział. Żyli w końcu w krainie skrajności: ludziom albo nic nie dolegało, albo było z nimi bardzo źle. Nic pośredniego. A Cam nie był przecież turystą, umiał się o siebie zatroszczyć. Dlatego można było założyć, że jakieś pół godziny od Buba zatrzymała go noc, i chociaż znajdował się poza zasięgiem radia, siedział sobie bezpiecznie w aucie z zimnym piwem wyciągniętym z lodówki w bagażniku. Mogło tak być, ale równie dobrze mogło być inaczej.

– Nikt nie odzywał się przez radio – mówił Bub. – Nikogo nigdy tu nie ma o tej porze roku, a jeszcze do tego popsuty maszt. – W jego głosie pobrzmiewała frustracja.

– No i co zrobiłeś?

– O świcie ruszyłem w drogę, ale i tak minęły całe wieki, zanim ktoś się zgłosił.

– Ile dokładnie?

– Nie wiem – zawahał się Bub. – Pewnie pół godziny zajęło mi dotarcie do drogi, a później jeszcze drugie tyle. A nawet potem złapałem tylko tych idiotów z Atherton. Minęło mnóstwo czasu, zanim znaleźli zarządcę.

– W Atherton zawsze zatrudniają tępaków – odpowiedział Nathan, myśląc o sąsiedniej posesji usytuowanej na północnym wschodzie. Rozciągała się na powierzchni wielkości Sydney. Jak słusznie zauważył, nie było tam nikogo mądrego, ale tylko na nich można było liczyć w razie problemów. – Wszczęli alarm?

– No tak, ale wtedy już… – Bub urwał.

Wtedy już nikt nie widział ani nie słyszał ich brata od dwudziestu czterech godzin, obliczył Nathan, czyli zanim zaczęto poszukiwania, sytuacja stała się krytyczna. Zgodnie z niepisaną umową wszystkie przyległe posiadłości były informowane, i wszyscy bez wyjątku włączali się do akcji. Na tym terenie jednak ludzi było niewielu i minęło sporo czasu, zanim do każdego dotarła niepokojąca wiadomość.

– To pilot go zobaczył?

– Tak, w końcu.

– Ktoś, kogo znasz?

– Nie, to jakiś pracownik kontraktowy stacjonujący w Adelajdzie. Pracuje w tym sezonie w Atherton. Ktoś z policji złapał go na częstotliwości lotniczej i poprosił o przysługę.

– Glenn?

– Nie, ktoś inny. Z centrali czy skądś.

– Jasne. – To szczęście, że pilot w ogóle dostrzegł Camerona. Grób pastucha leżał dwieście kilometrów od Lehmann’s Hill i głównej strefy poszukiwań. – Kiedy znalazł Cama?

– Późnym popołudniem. Większość nie dotarła do tego czasu nawet do Lehmann’s Hill. W tej okolicy nadal byliśmy tylko ja i Harry – ja o godzinę jazdy bliżej, więc wziąłem to na siebie.

– Cam na pewno już wtedy nie żył?

– Tak twierdzi pilot. Wszystko wskazuje na to, że kiedy go znalazł, Cam nie żył już od kilku godzin. Ale gliniarz i tak poinstruował go przez radio, żeby sprawdził to na wszystkie sposoby. – Bub skrzywił się. – Przyjechałem o zachodzie słońca. Gość przykrył ciało Camerona, tak jak mu powiedziano, ale i tak nie mógł się doczekać, żeby się stąd wydostać. Nie chciał ryzykować, że nie zdąży przed zmierzchem i będzie musiał zostać tu na noc.

To zrozumiałe, pomyślał Nathan. Też nie miałby na to ochoty. Źle się czuł z tym, że takie zadanie przypadło jego najmłodszemu bratu.

– Skoro Cam miał się z tobą spotkać w Lehmann’s Hill, to jak się znalazł tutaj?

– Nie mam pojęcia. Harry powiedział, że zapisał w dzienniku, że jedzie do Lehmann’s Hill.

– Tylko tyle?

– Harry nic więcej mi nie powiedział.

Myśli Nathana skierowały się ku dziennikowi. Wiedział, gdzie było jego miejsce: obok telefonu, przy tylnych drzwiach domu, który kiedyś należał do ich ojca, a teraz do Camerona. Nathan sam jako nastolatek wiele razy pisał w dzienniku. Częściej jednak w nim nie pisał: bo zapomniał, bo mu się nie chciało, bo nie chciał, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie się wybierał, albo nie mógł znaleźć długopisu.

Czuł skwar na karku. Spojrzał na zegarek. Cyfrowy wyświetlacz pokryty był drobnym rdzawym pyłem, przetarł go więc kciukiem.

– Kiedy mają przyjechać? – Chodziło mu oczywiście o policję i służby medyczne. A właściwie jednego policjanta i jednego ratownika – nie było mowy o żadnej ekipie.

– Nie wiem, są już w drodze.

Nie znaczyło to jednak, że zjawią się wkrótce. Nathan ponownie spojrzał na tarp, na ślady na ziemi.

– Ma jakieś rany?

– Nie wydaje mi się. W każdym razie ja nic takiego nie zauważyłem. Wygląda, jakby umarł z gorąca i pragnienia. – Bub spuścił głowę, dotykając czubkiem buta śladów na ziemi. Żaden z braci nie wspomniał o nich na głos. Widzieli już nieraz podobne, zostawione przez umierające zwierzęta. Nagle jakaś myśl przyszła Nathanowi do głowy i zaczął rozglądać się dookoła.

– Gdzie są jego rzeczy?

– Kapelusz jest pod tarpem. Nic więcej nie miał.

– Jak to? Nic więcej?

– Pilot powiedział, że nie. Policjant kazał mu sprawdzić i porobić zdjęcia. Niczego innego nie znalazł.

– Ale… – Nathan ponownie rozejrzał się dookoła. – Zupełnie nic? Nawet pustej butelki po wodzie?

– Nie sądzę.

– Rozejrzałeś się porządnie?

– Sam sobie popatrz, stary. Masz oczy.

– Ale…

– Nie wiem, okej? Nie mam dla ciebie żadnych odpowiedzi. Przestań mnie wypytywać.

– Dobra. – Nathan wziął głęboki oddech. – Ale wydawało mi się, że pilot zobaczył auto?

– Zgadza się.

– To gdzie ono jest? – Tym razem nie próbował ukryć zniecierpliwienia. „Prędzej dowiesz się czegoś od krowy niż od Buba”, mawiał ich ojciec.

– Niedaleko drogi.

Nathan spojrzał na niego zdumiony.

– Jakiej drogi?

– A ile tu jest dróg? Tylko nasza. Samochód stoi na północ od twojego ogrodzenia dla bydła. Jezu, stary, to wszystko było mówione przez radio.

– To niemożliwe. Przecież to z dziesięć kilometrów stąd!

– Wydaje mi się, że osiem, ale zgadza się.

Zapadło długie milczenie. Słońce wisiało wysoko na niebie i cień rzucany przez nagrobek skurczył się niemal do zera.

– Czyli Cam zostawił samochód? – Poczuł, że traci grunt pod nogami. Dostrzegł wyraz twarzy swojego najmłodszego brata i pokręcił głową. – Przepraszam, wiem, że też tego nie rozumiesz, ale to po prostu jest…

Przeniósł spojrzenie z brata na bezkresny horyzont. Jedynym źródłem ruchu w zasięgu jego wzroku była unosząca się i opadająca w rytm oddechu klatka piersiowa Buba.

– Pojechałeś sprawdzić samochód? – zapytał w końcu.

– Nie.

Tym razem Nathan nie miał wątpliwości, że brat mówi prawdę. Obejrzał się przez ramię. Xander siedział skulony na swoim miejscu.

– To jedziemy.

Rozdział 2

Koniec końców okazało się, że było to dziewięć kilometrów.

Samochód Nathana znajdował się po złej stronie ogrodzenia, więc mężczyzna z powrotem przez nie przeszedł i otworzył drzwi od strony pasażera. Xander spojrzał na niego, pytania cisnęły mu się na usta. Nathan powstrzymał go ruchem ręki.

– Później ci opowiem. Chodź. Jedziemy znaleźć samochód wujka Cama.

– Znaleźć? A gdzie on jest? – Xander zmarszczył brwi. Przez ostatnie kilka tygodni jego grzecznie przycięte włosy ucznia prywatnej szkoły wymknęły się spod kontroli, a zarost na podbródku sprawiał, że wyglądał dojrzalej.

– Gdzieś koło drogi. Bub nas zawiezie.

– Gdzieś koło twojej drogi?

– Wszystko na to wskazuje.

– Ale…? Jak?

– Nie mam pojęcia. Zobaczymy na miejscu.

Xander otworzył usta, od razu je zamknął i wysiadł z auta bez słowa. Przeszedł za Nathanem przez płot i rzucił spojrzenie na tarp, omijając go szerokim łukiem.

– Cześć, Bub.

– Cześć, mały. Już nie taki mały, co?

– Nie, chyba już nie.

– Jak ci leci w Brisbane?

Nathan zauważył wahanie syna, który najwyraźniej chciał powiedzieć: „Lepiej niż wam tutaj”.

– Dziękuję, dobrze. – Zdecydował się na uprzejmiejszą odpowiedź. – Przykro mi z powodu Camerona.

– No tak. – Bub otworzył drzwi do samochodu. – Wskakuj.

Xander patrzył na grób.

– Czy my go tak po prostu…?

– Co? – Bub siedział już za kierownicą.

– Tak go tu zostawimy?

– Powiedzieli, żeby nie dotykać.

Xander był wstrząśnięty.

– Nie zamierzałem tego dotykać. Jego. Zastanawiałem się tylko, czy któryś z nas nie powinien… – Skapitulował pod pustym spojrzeniem Buba. – Nieważne.

Nathan dostrzegał jak na dłoni miejską miękkość syna. Stępiły go wyważone rozmowy, zagraniczna kawa i poranny serwis informacyjny. Xander myślał, zanim się odezwał, i ważył konsekwencje swoich czynów, zanim się na nie zdecydował. Najczęściej nie było w tym nic złego. Ale wszystko zależało od tego, gdzie się znajdował. Nathan wsiadł do samochodu.

– Wszystko jest okej, stary. Jedźmy.

Xander nie wyglądał na przekonanego, ale zajął miejsce bez słowa. W samochodzie było chłodno i ciemno. Radio leżało cicho na swoim miejscu.

Nathan spojrzał na brata.

– Będziesz jechał wzdłuż ogrodzenia?

– Tak, tak chyba będzie najszybciej. – Bub spojrzał przez lusterko na Xandra. – Trzymaj się tam, będę się starał, ale teren jest wyboisty.

– Okej.

Jechali w milczeniu. Bub skupiał całą uwagę na ziemi przed kołami samochodu. Grób pastucha szybko znikł za tylną szybą, ponieważ wjechali na wzniesienie i Xander mocniej złapał za siedzenie. Nathan przyglądał się ogrodzeniu oddzielającemu jego ziemię od ziemi braci. Ciągnęło się w obie strony daleko poza zasięgiem wzroku. Gdy mijali miejsce, gdzie druty były niepokojąco słabo naciągnięte, pomyślał, że musi powiadomić o tym Camerona. Kiedy do niego dotarło, że już tego nie zrobi, znów poczuł ucisk w żołądku.

Bub zwolnił, bo zbliżali się do końca ziemi Camerona. Główna droga przed nimi była schowana za naturalnym wzniesieniem terenu, które biegło wzdłuż wschodniej granicy posiadłości. Po stronie Nathana znajdowały się przede wszystkim piaszczyste pagórki, po stronie Camerona niewzruszenie trwająca od tysiącleci formacja skalna. O zachodzie słońca połyskiwała na czerwono, niczym rozświetlona od środka. Teraz była matowo brązowa.

– Gdzie jest samochód? – zapytał Nathan.

Bub zwolnił niemal do zera i rozglądał się w skupieniu. Xander odwrócił się i patrzył w kierunku, z którego przyjechali.

– Po tej stronie nic nie ma – zauważył Nathan. – Co dokładnie powiedział pilot?

– Miał wyłączony GPS, więc… – Bub wzruszył ramionami. – Ale wspominał coś o skałach na północ od ogrodzenia. – Zmienił bieg. – Podjadę do drogi, może stamtąd coś zobaczymy.

Bub trzymał się blisko ogrodzenia, jadąc po bitej ścieżce, która łączyła pastwiska z drogą. Wjechał w przerwę między skałami i z szarpnięciem i piskiem silnika znaleźli się po drugiej stronie. Droga była pusta.

– Na północ? – zapytał Nathan, a Bub pokiwał głową. Spod kół uniosły się tumany kurzu, nabierali prędkości. Droga rozciągała się przed nimi niczym brudna wstęga, po jej lewej stronie ciągnęły się skały. Za kilka godzin schowa się za nimi zachodzące słońce.

Jechali przez minutę i Bub zwolnił przed niemal niewidoczną wyrwą w skale. Nie było żadnego drogowskazu. Miejscowi znali większość skrótów, a nielicznych turystów nie należało zachęcać do ich eksplorowania. Bub przejechał między wysokimi skałami i znaleźli się na pastwisku po drugiej stronie. Z tej perspektywy masyw wydawał się łagodnie wznosić ku szczytowi, za którym zaczynało się ostre zejście w dół. Bub zatrzymał się, nie gasząc silnika, a jego brat wysiadł na zewnątrz. Zerwał się wiatr i Nathan poczuł pył osiadający mu na skórze i rzęsach. Powoli obrócił się wokół własnej osi. W zasięgu jego wzroku znajdowały się skały i ogrodzenie. I horyzont. Nic więcej. Wsiadł z powrotem.

– Podjedź dalej.

Wrócili na drogę, a po chwili Bub skręcił w kolejną przerwę między skałami. Nathan ponownie wysiadł, rozejrzał się i znów nic nie zobaczył. Zaczął tracić nadzieję i już wsiadał do samochodu, kiedy usłyszał ciche pukanie w szybę. Xander wskazywał na coś i coś mówił.

– O co chodzi? – Nathan wsunął głowę do środka.

– Tam. – Xander wskazywał na zbocze. – W świetle.

Nathan nic nie dostrzegł, mrużąc oczy pod słońce. Schylił się, żeby zrównać się z synem, i podążył dokładnie za linią jego wzroku. I w końcu też to zobaczył. Na odległej skale, a dokładnie na jej szczycie: błysk przybrudzonego metalu.

Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Nie na oścież, tylko na tyle, żeby można było przez nie wysiąść.

Po tym jak Xander dostrzegł w oddali błysk metalu, Bub wrócił na drogę i wjechał w kolejne ukryte przejście. Tym razem ciężko było nie dostrzec land cruisera. Stał na płaskim szczycie skalnego pagórka, jego przód skierowany był w stronę drogi.

Za milczącą zgodą wszystkich Bub zatrzymał samochód na dole i dalej poszli na nogach. Na szczycie stanęli przy aucie Camerona i tylko podmuch wiatru szarpał ich ubrania.

Nathan obszedł wóz dookoła i po raz drugi tego dnia poczuł, że coś się nie zgadza. Na zewnątrz auto wyglądało zupełnie normalnie. Było brudne, a lakier miejscami poodpryskiwał od uderzeń kamieni, ale poza tym nic nie wzbudzało podejrzeń. Nathan poczuł, jak stają mu włosy na karku.

Wszystko było w porządku, a jednocześnie coś było bardzo nie tak. Do Nathana dotarło, czego się spodziewał: że samochód zarył w ziemię, przewrócił się lub roztrzaskał o skałę. Oczami wyobraźni widział syczącą parę lub wyciekający olej i płomienie. A przynajmniej otwartą maskę lub wszystkie cztery opony przebite. Sam nie wiedział, czego dokładnie oczekiwał, ale na pewno nie tego, co zastał. Musiało być przecież jakieś wyjaśnienie.

Przykucnął i sprawdził koła. Cztery nieuszkodzone opony stały pewnie na skalnym podłożu. Otworzył maskę i przeciągnął dłonią po znajdujących się pod nią urządzeniach. Na ile mógł się zorientować, wszystko było tak jak należy. Widoczne przez szybę wskaźniki paliwa w obu zbiornikach – podstawowym i zapasowym – świadczyły o tym, że było go pod dostatkiem. Jakiś dźwięk wyrwał Nathana z rozmyślań – to Bub otworzył tylne drzwi land cruisera. Obydwaj z Xandrem mieli dziwny wyraz twarzy. Nathan podszedł do nich.

W samochodzie znajdowała się spora ilość zapasów. Całe litry pitnej wody w zakorkowanych butelkach obok puszek z tuńczykiem i fasolką. Jednemu człowiekowi starczyłoby na tydzień. Nathan jednym palcem otwarł drzwi minilodówki, podłączanej do zasilania w aucie. Ich oczom ukazały się kolejne butelki wody, nieznacznie podeschnięte kanapki i sześciopak niezbyt mocnego piwa. Były też inne rzeczy. Kanister benzyny, dwie zapasowe opony, łopata i zestaw do pierwszej pomocy. W skrócie: to, co zawsze. Nathan miał dokładnie to samo w swoim samochodzie. Bub pewnie też. Podstawowy zestaw przetrwania w najsurowszym klimacie Australii. Bez niego nie ruszaj się z domu.

– Tu są jego kluczyki.

Xander zaglądał przez otwarte drzwi samochodu i Nathan się do niego przyłączył. Zdążył mimochodem zauważyć, że kiedy stali obok siebie, ich ramiona znajdowały się już na tej samej wysokości.

Czerwony pył dostał się do środka i pokrył cienką warstwą każdą powierzchnię. Kluczyki przypięte do czarnej smyczy leżały na siedzeniu.

To trochę dziwne, szepnął cichy głos w głowie Nathana. I nie chodziło wcale o to, że Cameron zostawił je w aucie. Nathan nie znał nikogo, kto by tego nie robił. Jego własne kluczyki leżały teraz na podłodze jego samochodu zaparkowanego obok grobu, a Bub powiesił swoje na dźwigni kierunkowskazu, kiedy wysiadali. Nathan nie mógł przypomnieć sobie ani jednej sytuacji, w której Cameron wyniósłby kluczyki z samochodu. Nie pamiętał jednak również, żeby kiedykolwiek tak starannie owinął je smyczą i ułożył na siedzeniu.

– Może się zepsuł? – podsunął Bub, ale bez przekonania.

Nathan nawet nie odpowiedział. Patrzył na kluczyki i w następnej chwili po prostu po nie sięgnął.

– Nie, tato, nie powinniśmy niczego…

Zignorował słowa syna. Nie miał wątpliwości, co się za chwilę okaże.

Usiadł na fotelu kierowcy, włożył kluczyki do stacyjki i przekręcił. Ruch był płynny, metal nie stawiał oporu. Poczuł wibracje i silnik zapalił. W ciszy rozbrzmiewał naprawdę głośno.

Nathan spojrzał na Xandra, ale syn nie zwracał już na niego uwagi. Odsunął się od samochodu i patrzył w dal, osłaniając oczy dłonią przed słońcem. Widać było zbliżający się tuman kurzu. Ktoś nadjeżdżał.

Rozdział 3

Po raz drugi tego dnia Nathan stał przy grobie pastucha i przyglądał się nadjeżdżającemu pojazdowi. Auto zwolniło, zbliżając się.

Miało napęd na cztery koła, opony pneumatyczne, osłonę na zderzaku jak wszystkie wozy w okolicy, ale w tym z tyłu znajdowały się nosze. Odblaskowe oznaczenia ambulansu połyskiwały w słońcu.

Nathan, Bub i Xander stali przy land cruiserze Camerona i patrzyli na przemieszczający się na południe tuman kurzu, aż w końcu dostrzegli wzbijający go pojazd. Bez słowa wrócili do samochodu i z powrotem udali się do grobu pastucha, aby tam poczekać na służby.

Po raz pierwszy tego poranka Nathan poczuł coś na kształt ulgi, kiedy ambulans zatrzymał się i sanitariusz pozdrowił ich gestem ręki. W końcu jakaś pomoc.

Steve Fitzgerald był żylastym facetem tuż po pięćdziesiątce, który od czasu do czasu opowiadał o swoich przygodach w oddziałach Czerwonego Krzyża. Połowę roku spędzał w Afganistanie, Syrii, Rwandzie lub innym podobnym miejscu, a drugą w Balmarze jako jednoosobowy personel kliniki. Kiedyś powiedział, że lubi wyzwania, ale zdaniem Nathana sam siebie nie doceniał. Steve wysiadł z samochodu razem z policjantem, którego Nathan widział pierwszy raz w życiu.

– Gdzie jest Glenn? – zapytał, na co policjant zmarszczył brwi.

Steve nie odpowiedział od razu. Spojrzał na grób i na tarp i pokręcił głową.

– Jezu. Biedny Cameron. – Przykucnął, ale niczego nie dotykał. – Glenn od wczoraj siedzi w Haddon Corner. Samochód, którym jechała rodzina z małymi dziećmi, zagrzebał się w piachu, ale nie było wiadomo, gdzie dokładnie. Na szczęście już ich znalazł, ale będzie z powrotem dopiero jutro.

– Jutro?

– Stary, no przecież się nie rozdwoi.

– Cholera. – To prawda, sierżant Glenn McKenna samodzielnie sprawował pieczę nad obszarem wielkości stanu Wiktoria. Czasami był gdzieś w pobliżu, czasami zaś bardzo daleko, ale z pewnością świetnie znał swój teren. Nathan spojrzał badawczo na nowego policjanta. Słońce zdążyło już boleśnie poparzyć mu skórę. Na pierwszy rzut oka wyglądał na niewiele starszego od Xandra.

– Skąd cię ściągnęli?

– Z St Helens. Dziś rano. Jestem sierżant Ludlow.

– Szkolisz się tutaj?

– Nie. – Ludlow zawahał się. – W Brisbane.

– Jezu. W mieście? – Nathan zdawał sobie sprawę z tego, że jest niegrzeczny, ale nic go to nie obchodziło. – Od kiedy jesteś w St Helens?

– Od miesiąca.

– Świetnie. – Tym razem Nathan usłyszał, że nawet Bub westchnął. Spojrzał na Steve’a, który rozpakowywał swój ekwipunek medyczny. – Może powinniśmy poczekać na powrót Glenna?

– Wy możecie sobie tutaj czekać, ile dusza zapragnie – powiedział Steve całkiem uprzejmie. – Ale sierżant Ludlow i ja zajmiemy się tym od razu.

Nathan spojrzał na Buba. Żadnej reakcji.

– No dobra – odparł. – Przepraszam, stary, to nic osobistego, ale…

– Rozumiem – powiedział sierżant. – Ale obawiam się, że albo ja, albo nikt.

Nastała chwila niezręcznej ciszy, podczas której Nathan ważył swój wybór.

– Oczywiście zrobię, co w mojej mocy, dla twojego brata – dodał Ludlow.

Nagle Nathan poczuł się jak ostatni dupek.

– Jasne, oczywiście. Dzięki, że w ogóle chciało ci się tutaj przyjechać. – Nathan dostrzegł cień ulgi na twarzy młodego policjanta i poczuł się jeszcze gorzej. Przedstawił wszystkich sobie jak należy, a następnie sierżant wyciągnął aparat fotograficzny ze swojej torby.

– Teraz… – Ludlow wskazał na obiektyw i na grób, więc odsunęli się, a on zaczął robić zdjęcia tarpu i otoczenia z każdej strony i pod różnymi kątami. W końcu, kiedy jego spodnie i koszula całe pokryły się rdzawym kurzem, wstał z kolan. – Jest twój – powiedział do Steve’a.

Sanitariusz przykucnął i odchylił tarp, w taki sposób, że Nathan nie mógł dostrzec nic pod spodem. Poczuł przypływ wdzięczności. Bub odszedł na bok i schronił się w cieniu swojego samochodu, a sierżant, mrużąc oczy, przeglądał zdjęcia na ekranie aparatu.

Nathan i Xander stali obok siebie i przyglądali się pracy sanitariusza. Camowi by się to nie spodobało, pomyślał jego starszy brat, nigdy nie był ze Steve’em w dobrych stosunkach. Jakby wyczuwając, że Nathan o nim myśli, Steve go zagadnął:

– Co u ciebie w ogóle słychać, stary?

– Okej.

– Tak? Wszystko dobrze? Pomijając tę sytuację, oczywiście. – Ton głosu Steve’a był przyjazny, ale pobrzmiewała w nim też zawodowa nuta. To było pytanie, a nie zwyczajne uprzejmości.

– Tak, wszystko w porządku. To Bub siedział tutaj całą noc.

– Wiem. Po prostu nie widziałem cię od dłuższego czasu. – Wywiad trwał nadal. – Nie przyszedłeś na wizytę w klinice.

– Ale zadzwoniłem.

– Chodziło jednak o to, żebyś przyszedł.

– Przykro mi. – Nathan wzruszył ramionami. – Miałem robotę.

– Ale dobrze się czujesz?

– Tak. Już to powiedziałem. – Nathan posłał Steve’owi znaczące spojrzenie. Nie przy moim synu. Było już jednak za późno. Xander przyglądał się mu uważnie i z niepokojem. Po dłuższym czasie Steve otrzepał dłonie i przysiadł na piętach.

– No cóż. – Gestem ręki przywołał sierżanta i Buba. – Wczoraj rozmawiałem z pilotem i nie ma tu żadnych niespodzianek. Moim zdaniem to odwodnienie. Musimy posłać ciało na sekcję do St Helens, żeby mieć pewność, ale wszystkie symptomy są widoczne gołym okiem. – Steve spojrzał na Nathana i Buba. – Co on tutaj robił?

– Nie jesteśmy pewni – odparł starszy z braci.

Sierżant przeglądał swój notes.

– Czyli, hm… – Spojrzał na Buba. – Mieliście się spotkać w środę, czy tak?

– Tak.

Sierżant czekał, jego poparzona skóra z każdą chwilą stawała się coraz czerwieńsza.

– Możesz mi powiedzieć coś więcej?

Bub wyglądał na zaskoczonego tym obrotem sprawy, ale dzięki dużej liczbie pytań pomocniczych udało mu się raz jeszcze powtórzyć to, co wcześniej opowiedział Nathanowi. Niemniej jednak historia relacjonowana kolejny raz uległa pewnemu zniekształceniu i Nathan chwilami nie mógł się w niej połapać. Sierżant Ludlow zaciekle pisał w swoim notatniku długo po tym, jak Bub skończył. Następnie obrócił stronę i przejrzał zapiski.

– Dlaczego się spóźniłeś? – zapytał jakby od niechcenia, ale Nathan był pewny, że przygotował sobie to pytanie już jakiś czas temu. Spojrzał na policjanta, na jego poparzoną skórę i duże oczy, i zaczął się zastanawiać, czy nie osądził go zbyt pochopnie.

– Co? – Bub zamrugał.

– Dlaczego nie przyjechałeś na czas, żeby spotkać się z bratem na Lehmann’s Hill?

– Och. Złapałem dwa kapcie.

– Przebiłeś opony?

– No.

– Ale aż dwie?

– No.

– Niezły pech. – Sierżant uśmiechał się, ale w jego tonie pojawiła się nowa nuta.

– Zdarza się – uciął szybko Nathan i z ulgą zauważył, że Steve mu przytaknął. – Zwłaszcza przy tym upale i kamieniach. Opony się przebijają, częściej jedna, ale czasem dwie. A o tej porze roku wymiana zajmuje czterdzieści pięć minut do godziny. – Zdał sobie sprawę, że zbacza z tematu, więc szybko zamknął usta.

Sierżant Ludlow nadal patrzył na Buba.

– Tak właśnie było?

Na szczęście Bub bez słowa skinął głową. Policjant przyglądał mu się znad notesu, a następnie skreślił kilka słów. Miał szczery wyraz twarzy, ale Nathan nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś się za nim kryje. Nathan spojrzał na samochód Buba. Dwie przednie opony rzeczywiście wyglądały na nowsze. Zauważył, że jego syn zrobił dokładnie to samo, i obaj spuścili wzrok.

W końcu Ludlow przeniósł uwagę z Buba na Steve’a.

– Jakieś przypuszczenia co do czasu zgonu?

– Można przypuszczać, że jakoś wczoraj rano. Przy tej temperaturze, braku cienia i wody byłbym bardzo zdziwiony, gdyby wytrzymał dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. Sekcja pewnie powie nam więcej.

– Czy to nie za krótko? – Sierżant nie dowierzał. – Ile on miał lat? Około czterdziestu?

– Dokładnie czterdzieści – poprawił go Nathan.

– Wytrzymał dłużej niż wielu innych na jego miejscu – odparł Steve. – Ale myślę, że dwadzieścia cztery godziny to może być zbyt optymistyczne założenie.

– Jak daleko stąd do domu Camerona? – Ludlow znów spojrzał na braci.

– Na piechotę, w linii prostej na północny zachód, jakieś piętnaście kilometrów – powiedział Nathan. – Jadąc samochodem, trzeba się trzymać bitej drogi – najpierw w kierunku zachodnim, potem północnym – jeśli nie chce się utknąć w piachu, więc to będzie jakieś trzydzieści kilometrów. Najbezpieczniej będzie jednak nadłożyć kolejne dziesięć i stąd udać się na wschód w kierunku skał, i dopiero tam skręcić w drogę na północ.

Tam właśnie znaleźli samochód Cama. Nathan wymienił spojrzenia z Bubem, co nie umknęło uwadze sierżanta.

– Czyli nawet najkrótszą drogą to będzie kilka godzin marszu do domu? – upewnił się Ludlow.

– Stąd nie da się dojść do domu, nie przy tej pogodzie – powiedział ściszonym głosem Steve. Znów zaglądał pod tarp. – To właśnie przydarzyło się tym trzem gościom, co pracowali na kontrakcie w Atherton kilka lat temu. Pamiętasz, Bub? Brałeś udział w poszukiwaniach, prawda?

Bub przytaknął.

– Ile oni mieli lat? Jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć? – mówił dalej. – Usiłowali wrócić na nogach. Zaszli z siedem kilometrów, w najlepszym wypadku. Dwóch zmarło już po sześciu godzinach.

– Co tu jeszcze jest w okolicy? – dopytywał Ludlow, podchodząc do ogrodzenia. – Po drugiej stronie jest twoja ziemia, prawda? – zwrócił się do Nathana.

– Tak.

– Czy twój brat mógł mieć nadzieję, że cię znajdzie?

Nathan, Bub i Steve spojrzeli na niego jak na komendę.

– Nie.

– Skąd ta pewność?

– Po prostu.

– Ale… – Ludlow ponownie zajrzał do notesu. – Cameron wiedział, że naprawiasz z synem ogrodzenie?

– Tak, bo zawsze to robię o tej porze roku. Ale nie było nas nigdzie w pobliżu.

– Czy Cameron mógł to wiedzieć z całą pewnością?

Długa cisza.

– Nie.

Ludlow przetarł dłonią górny drut ogrodzenia i spojrzał na nią: była brudna od kurzu.

– Czy masz jakiś pomysł, dlaczego twój brat znalazł się w tym konkretnym miejscu?

– Nie mam zielonego pojęcia – odparł po dłuższej chwili Nathan. – Ale znał je dobrze.

– Często tu bywał?

– Nie sądzę, żeby tak było ostatnio. – Nathan spojrzał na Buba, który tylko wzruszył ramionami. – Ale kiedyś tak.

– Tutaj jest jedyny skrawek cienia w promieniu wielu kilometrów – powiedział Steve. – Być może więc skierował się tu instynktownie.

Ludlow zastanawiał się nad tym, wpatrując się w kształt leżący na ziemi. Nawet zakryty tarpem, ponad wszelką wątpliwość był ludzki.

– W jakim stanie psychicznym był twój brat w ciągu ostatnich kilku tygodni?

Pytanie zostało zadane z wyczuciem i musiała minąć chwila, zanim do Nathana dotarło, że było adresowane do niego.

– Nie mam pojęcia. Nie widziałem go od kilku miesięcy.

– Ilu dokładnie?

– Chyba od czterech? Kiedy naprawialiśmy tamtą drogę, Bub? – Wtedy to właśnie Nathan po raz ostatni widział obu braci. Spojrzenie Buba nie wyrażało nic.

– Cztery miesiące temu – przyszedł z pomocą Ludlow – czyli jakoś w sierpniu? We wrześniu?

– Chyba trochę wcześniej. – Nathan starał się sobie przypomnieć. – Zaraz, zaraz. To było jakoś w tym czasie, co pierwszy mecz ligi State of Origin, bo rozmawialiśmy o nim.

– W czerwcu – powiedzieli jednocześnie Ludlow i Bub.

– Tak, chyba tak.

– Czyli pół roku temu.

– Na to wygląda. Czasami rozmawialiśmy przez radio.

– Często?

– Wystarczająco.

– Czy był jakiś powód, dla którego się nie widywaliście?

– Nie. Żadnego. Mieszkamy o trzy godziny drogi od siebie. Mamy swoją robotę. – Poszukał wsparcia u Buba, ale brat nie przyszedł mu z pomocą. – Ty go widywałeś codziennie w domu, co myślisz?

Nathan spodziewał się, że Bub zbędzie pytanie zwyczajowym wzruszeniem ramion, ale brat się zamyślił. W końcu wziął głęboki oddech.

– Cam był ostatnio jakiś nerwowy.

Nathan spojrzał na niego z niedowierzaniem. Sprawy musiały mieć się naprawdę źle, jeśli nawet Bub coś zauważył.

– Nerwowy? W jakim sensie? – zapytał sierżant.

Tym razem Bub wzruszył ramionami. Sam wyglądał na lekko wzburzonego.

– Nie wiem. Zwyczajnie.

Wszyscy czekali, aż powie coś więcej, ale najwyraźniej nie miał takiego zamiaru.

Ludlow po raz kolejny zajrzał do swoich notatek.

– Kto jeszcze mieszka w gospodarstwie Camerona?

– Ja – Bub zaczął wyliczać na palcach – mama, Ilse, żona Cama, i ich dwie córki, wujek Harry…

– Harry Bledsoe – wtrącił się Nathan. – Nie jest tak naprawdę naszym wujkiem, ale przyjacielem rodziny. Pracował dla naszej rodziny, zanim jeszcze się urodziliśmy.

– Czyli z technicznego punktu widzenia jest pracownikiem? – zapytał sierżant.

– Właściwie tak, ale nikt go tak nie traktuje – powiedział Nathan.

Bub pokiwał głową.

– W tej chwili jest też para przyjezdnych.

– Co tam robią?

– To, co zwykle. Pomagają przy domu i w polu. Co akurat się nadarzy. Cam zatrudnił ich kilka miesięcy temu.

– Często brał kogoś do pomocy?

– Kiedy była taka potrzeba – odparł Nathan. – W ciągu roku przewija się przez gospodarstwo cała gama pracowników kontraktowych i dorywczych. Glenn, to znaczy sierżant McKenna, wie to wszystko.

Ludlow zapisał coś w notatniku.

Steve wstał i otrzepał kolana.

– No dobrze. Chciałbym go teraz wnieść do ambulansu. Sierżant i ja poradzimy sobie z noszami, chyba że któremuś z was bardzo zależy na tym, żeby to zrobić osobiście.

Nathan i Bub pokręcili głowami. Nathanowi ulżyło: obawiał się, że ciężar ciała jego brata przytłoczy go na resztę życia.

Steve ponownie przykucnął.

– Teraz odkryję tarp całkowicie, więc jeśli nie macie ochoty patrzeć, odwróćcie głowy.

Nathan chciał coś powiedzieć synowi, ale chłopak już zdążył się odwrócić plecami.

Miejski mięczak, pomyślał, ale w gruncie rzeczy był zadowolony. Bub wpatrywał się w horyzont.

Nathan za długo się wahał i decyzja została podjęta za niego. Tarp zsunął się, kiedy bezwładne ciało Camerona spoczęło na noszach. Bub miał rację. Ich brat nie wyglądał na rannego, przynajmniej nie w tradycyjnym sensie tego słowa. Ale upał i pragnienie robią straszne rzeczy z człowiekiem. Kiedy Cameron stracił zdolność logicznego myślenia, zaczął się rozbierać, więc skóra na jego ciele była spękana. Jeśli coś faktycznie niepokoiło go za życia, śmierć nie przyniosła mu ukojenia.

Nathan długo patrzył w ślad za noszami, nawet po tym, jak zniknęły z tyłu ambulansu. Sierżant Ludlow odwrócił się od grobu i odruchowo wytarł ręce o spodnie. Nagle zatrzymał się w pół ruchu i zrobił krok do przodu, przyglądając się miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą leżało ciało Camerona. Ziemia była piaszczysta i poprzerastana nędznymi kępami wyschniętej trawy. Sierżant się pochylił.

– Co to takiego?

Nathan poczuł, że z jednej strony zbliżył się do niego brat, z drugiej syn. Wszyscy patrzyli na to, na co wskazywał Ludlow.

Tuż obok nagrobka, w miejscu, w którym plecy Camerona stykały się z ziemią, znajdowało się niewielkie zagłębienie.

Rozdział 4

Dziura, wielkości mniej więcej trzech pięści, była pusta. Ludlow zrobił całą serię zdjęć, a następnie wetknął do środka palec w jednorazowej rękawiczce. Boki natychmiast osunęły się do środka i piasek zaczął zasypywać otwór. Ziemia zachowywała się niczym żywe stworzenie i Nathan wiedział, że za dzień, za dwa nie będzie śladu po tym, co przydarzyło się jego bratu. Ludlow zaczął kopać głębiej i Nathan zadał sobie pytanie, jak głęboko pochowano legendarnego pastucha.

– Niczego tutaj nie widzę. – Ludlow wytarł ręce o spodnie i popatrzył na Steve’a. – Sprawdziłeś jego dłonie?

Steve zniknął z tyłu ambulansu, aby pojawić się minutę później.

– Ma połamane paznokcie, a pod nimi ziemię i brud. Możliwe, że wykopał tę dziurę rękami, jeśli o to pytasz.

– Po co miałby marnować energię na coś takiego?

– Bo mózg mu się usmażył, co nie?

Wszyscy obrócili się na dźwięk głosu Buba. Przyglądał się im zgarbiony i z założonymi rękoma.

– Co? – Po raz kolejny wzruszył ramionami. – To chyba jasne, nie? Wczoraj było czterdzieści pięć stopni. Nie wiem, czemu Cameron wyszedł z samochodu, ale w momencie, kiedy to zrobił, było po nim. Koniec i kropka.

Ludlow spojrzał na Steve’a, który nieznacznie skinął głową.

– Tak, Bub ma rację. Odwodnienie dość szybko prowadzi do utraty zdrowego rozsądku.

Długo wpatrywali się w zasypaną dziurę. Ludlow otrząsnął się jako pierwszy.

– Chciałbym teraz zobaczyć jego samochód.

Nathan zaproponował, że podwiezie sierżanta, a Bub najwyraźniej nie miał nic przeciwko. Wyglądało na to, że z ulgą został ze Steve’em, który chciał pobrać próbki i umieścić je w lodówce, zanim staną się bezużyteczne.

Nathan, Ludlow i Xander przeszli przez płot i wsiedli do land cruisera. Przynajmniej ten jeden raz Nathan poczuł się lepiej po swojej stronie. Sprzeczny z naturą widok ciała Camerona leżącego na ziemi, którą kochał, zaburzył w jakiś sposób harmonię tego miejsca.

Dłonie Nathana na kierownicy lekko zadrżały, kiedy usiłował sobie przypomnieć ostatnie spotkanie z bratem w czerwcu, czy kiedy to tam było. Cam pewnie się uśmiechał, bo to miał w zwyczaju. Nathan rozluźnił ręce, jedną po drugiej. Przed oczami cały czas miał twarz pod tarpem. Zaczynał żałować, że nie odwrócił wzroku. Kiedy zapalił silnik i ruszył, dotarło do niego, że sierżant coś mówił.

– Proszę?

– Pytałem, czy ty i twój brat celowo kupiliście ziemię obok siebie.

– Och. Nie. Posiadłość Burley Downs Station należała do naszego ojca. Ja, Cam i Bub wychowaliśmy się tutaj. Potem ja dostałem część ziemi po tej stronie ogrodzenia. To było z okazji, ach, mojego ślubu. – Widział w lusterku, że Xander wygląda przez okno, udając, że nie słucha. – Czyli jakieś dwadzieścia lat temu. Niedługo później zmarł nasz ojciec i Cameron przejął Burley Downs.

– Czyli Cameron stał się właścicielem posiadłości?

– Zarządza nią. I ma większość udziałów.

– Ach tak?

– Tak, ale nie ma się czym podniecać. Taki jest obraz sytuacji już od wielu lat. Po śmierci ojca każdemu z nas przypadła trzecia część majątku – wszystko ładnie i sprawiedliwie. Niedługo później odsprzedałem połowę swojej części Camowi. On też zarządza całością. Obmyśla codzienny przydział obowiązków i zajmuje się długoterminowym planowaniem. Do Buba nadal należy jedna trzecia, a do mnie jedna szósta.

Ludlow zapisał wszystkie informacje.

– A jak duża jest ta posiadłość w całości?

– Trzy i pół tysiąca kilometrów kwadratowych, na których pasie się trzy tysiące herefordów.

– I wasza rodzina dogląda je wszystkie sama?

W sposobie, w jaki Ludlow mówił, było coś bardzo dziwnego. Dopiero kiedy Nathan otworzył usta, żeby odpowiedzieć, uderzyło go, o co chodzi. Policjant mówił do niego zupełnie normalnie. W jego tonie nie było jawnej ani niejawnej groźby, nie było też zatroskania, z jakim czasem, choć rzadko, Nathan się spotykał. Zastanawiał się, kiedy Steve wtajemniczy go w sytuację. Pewnie w ambulansie podczas drogi powrotnej. Historia świetnie nadawała się do zabicia czasu, i w dodatku nie była to przecież żadna tajemnica. Na ile Nathan się orientował, weszła już do miejscowej ustnej tradycji.

Ludlow poprawił się na siedzeniu i Nathanowi przypomniało się, że jeszcze mu nie odpowiedział.

– Jak już mówiłem, kiedy potrzebna jest pomoc, to się kogoś zatrudnia. Robi się to zawsze na potrzeby spędu, ale są firmy kontraktowe, więc po prostu dzwonisz i zamawiasz ekipę. Wszystko teraz załatwia się przy pomocy helikoptera i motorów. Cam zatrudniał pracowników kontraktowych, kiedy potrzebował pomocy przy pracy inżynieryjnej, przy stawianiu płotów i tak dalej. Ale do codziennej pracy wystarczy rodzina. Zwłaszcza w takim spokojnym okresie jak teraz, kiedy masarnie są zamknięte ze względu na święta Bożego Narodzenia.

– Nie potrzeba nikogo więcej do dojenia tylu krów?

Nathan zobaczył w lusterku, jak Xander uprzejmie tłumi uśmiech.

– To są mięsne krowy, nie mleczne.

– Czyli co? Masz lodówki pełne steków?

– I mleka z długą datą przydatności do spożycia. Ale nie, w takim gospodarstwie jak nasze jest inaczej niż na farmie. Na tak dużym terenie bydło wypasa się samo, a kiedy nadchodzi odpowiedni czas, jest zaganiane. Pod wieloma względami to są dzikie zwierzęta. Większość z nich od chwili narodzin aż do trafienia do rzeźni prawie w ogóle nie widzi człowieka.

– A jak duża jest twoja działka?

– Około siedmiuset kilometrów kwadratowych.

– Czyli znacznie mniej niż Burley Downs.

– Tak.

– Dlaczego?

Nathan zawahał się. Xander znów wyglądał przez okno.

– To długa historia. W skrócie, jest to wynik trudnego rozwodu.

Choć raz Ludlow przyjął to bez dalszych pytań i Nathanowi przeszło przez myśl, że być może nie bez powodu przeniósł się do miejsca oddalonego od Brisbane o tysiąc pięćset kilometrów.

– Kto jeszcze mieszka w twoim gospodarstwie? – zapytał sierżant po chwili.

Nathan nie odpowiedział od razu.

– Na stałe nikt. Mieszkam sam.

Ludlow aż obrócił głowę i spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Zupełnie sam?

– No tak. Jednoosobowa operacja. Oczywiście, są też pracownicy, kiedy ich potrzebuję. – I kiedy są na nich pieniądze.

Sierżant gapił się na niego teraz otwarcie.

– Sam na siedmiuset kilometrach kwadratowych? A ile masz bydła?

– Jakieś pięćset czy sześćset sztuk?

– Chryste, to naprawdę dużo.

Nathan milczał przez chwilę. Z jednej strony była to prawda, z drugiej nie do końca. Tyle zwierząt wystarczyło, aby zamienić jego nędzny skrawek ziemi w piaszczystą pustynię. Nie wystarczyło natomiast, żeby wyszedł choćby na zero.

– Ale – Ludlow spojrzał na rozciągający się przed nimi bezkresny horyzont – samotność ci nie doskwiera?

– Nie. – Kolejne szybkie spojrzenie w lusterko na syna. Xander słuchał ich teraz bardzo uważnie. – Nie, ani trochę. To mi nie przeszkadza. A dopóki jest woda, bydło radzi sobie bez mojej pomocy.

– Ale przecież nie całkiem.

– Nie, oczywiście, że nie, ale w ostatnich kilku latach poszczęściło się nam z Grenville – odparł Nathan, zadowolony ze zmiany tematu.

– To jest rzeka?

– Tak. Zbiera wszystkie składniki odżywcze z deszczówki, więc kiedy wylewa, użyźnia grunt. W zeszłym roku wylała, kilka lat temu też.

Ludlow zmrużył oczy przed słońcem.

– Ile musi padać, żeby rzeka tutaj wezbrała?

– Tutaj powodzie są bez deszczu – odpowiedział Xander z tylnego siedzenia i sierżant obrócił się do niego.

– Naprawdę?

Nathan pokiwał głową. Mimo że oglądał je od czterdziestu dwóch lat, nadal było to dla niego zdumiewające zjawisko. Poziom wody w rzece podnosił się i woda wylewała pod bezchmurnym, nieskazitelnie niebieskim niebem. A wszystko to za sprawą deszczu, który spadł wiele dni wcześniej tysiące kilometrów na północ. Wskazał za okno.

– Kiedy jest powódź, większość z tego, co widzisz, znajduje się pod wodą. Miejscami rzeka ma dziesięć kilometrów szerokości. Bez łodzi nic się nie wskóra. Domy i miasteczko stoją na odpowiedniej wysokości, ale drogi znikają.

Ludlow był pod wrażeniem.

– Jak w takim razie wychodzisz?

– Nie wychodzę. Wiele gospodarstw zamienia się w wyspy. Raz utknąłem na dobre pięć tygodni.

– Sam?

– Tak – powiedział. – Ale nie ma się czym przejmować. Po prostu trzeba być na to przygotowanym, nic się nie poradzi. To kwestia geografii.

Spojrzał na roztaczający się przed nimi krajobraz, zdominowany przez czerwoną ziemię. Trudno to było sobie wyobrazić, ale miliony lat wcześniej znajdowało się tutaj dno ogromnego śródlądowego morza. Świadczyły o tym wykopane na tych terenach kości wodnych dinozaurów oraz połyskujące miejscami na pustyni kopce skamieniałych muszli. Nagle Nathanowi przypomniało się, jak jako dzieci chodzili z Cameronem szukać kości dinozaurów. Oczywiście z łopatą i workiem na podorędziu. Lata później na podobne poszukiwania Nathan zabierał syna, tym razem uzbrojony w plastikowe dinozaury, które zakopywał, bo prawdziwe nie spieszyły się z ujawnieniem.

Sierżant znów coś notował.

– Kim są wasi sąsiedzi?

– Najbliższa posiadłość to Atherton. – Nathan wskazał na północny wschód. – Dalej na południe jest miasteczko, a jeszcze dalej na wschód kilka innych posiadłości. Druga największa w okolicy to Kirrabee Station, granicząca z moją ziemią. W tej chwili należy do firmy.

Ale wcześniej był to majątek rodzinny. Dokładnie rzecz biorąc, niegdyś była to własność teścia Nathana. Byłego teścia, poprawił się w myślach, bo zdecydowanie wolał to określenie. Zwolnił, ponieważ zbliżali się do miejsca, gdzie mógł przejechać przez ogrodzenie. Xander wyskoczył z samochodu i otworzył bramę. Przejechali i po raz kolejny znaleźli się na ziemi Camerona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki