Stowarzyszenie Umarłych Poetów - Nancy H. Kleinbaum - ebook

Stowarzyszenie Umarłych Poetów ebook

Nancy H. Kleinbaum

4,4

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Książka powstała na podstawie scenariusza głośnego filmu w reżyserii Petera Weira, w którym rolę Johna Keatinga zagrał Robin Williams.

Rozpoczyna się rok szkolny w Akademii Weltona, elitarnej szkole średniej o wielkich osiągnięciach i… nader surowej dyscyplinie. W miejsce odchodzącego na emeryturę nauczyciela języka angielskiego, przychodzi nowy, John Keating. Czterem zasadom Akademii, którymi są: Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość przeciwstawia inny sposób kształcenia i wychowania młodych ludzi. Obrona własnej indywidualności, wrażliwość na poezję i umiejętność dostrzegania jej wokół siebie, radość życia i korzystanie z tego, co przynosi każdy dzień – to wartości, które próbują realizować jego uczniowie w tajnym klubie, Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Co zwycięży: rygorystycznie przestrzegana tradycja czy prawo do marzeń, wolności i młodzieńczego buntu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 168

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Roz­dział I

W muro­wa­nej kaplicy Aka­de­mii Weltona – pry­wat­nej szkoły poło­żo­nej wśród dale­kich wzgórz Ver­montu – po obu stro­nach sze­ro­kiej nawy sie­działo ponad trzy­stu chłop­ców ubra­nych w odświętne szkolne bluzy. Mię­dzy nimi zasie­dli ich pełni dumy rodzice. Wszy­scy cze­kali w napię­ciu. Kiedy roz­brzmiały pierw­sze takty pły­ną­cej z dud muzyki, przy­go­to­wu­jący się w przed­sionku do cere­mo­nii stary, siwy męż­czy­zna wziął do ręki świecę i pod­pa­lił ostroż­nie knot. Sino­nie­bie­skie wnę­trze roz­ja­śniło się bla­dym świa­tłem. Zagu­biony w fał­dach obszer­nej togi sta­ru­szek ruszył wol­nym kro­kiem ku głów­nej nawie, osła­nia­jąc drżącą dło­nią przy­ga­sa­jący w podmu­chach prze­ciągu pło­mień. Za nim podą­żył czte­ro­oso­bowy orszak chłop­ców, któ­rzy na wysoko unie­sio­nych drzew­cach dźwi­gali szkolne sztan­dary. Na końcu kro­czyli peda­go­dzy Aka­de­mii w czar­nych togach oraz nie­licz­nie przy­byli jej absol­wenci.

Dyrek­tor szkoły, Gale Nolan, krzepki męż­czy­zna nieco po sześć­dzie­siątce, stał przy mów­nicy, gdzie zwy­kle kapłan czyta swoje nie­dzielne kaza­nia, i spo­koj­nym wzro­kiem śle­dził idą­cych. Cze­kał cier­pli­wie, aż pro­ce­sja dobie­gnie końca.

Sta­ru­szek zatrzy­mał się przed pre­zbi­te­rium i odwró­cił ku zgro­ma­dzo­nym. Czte­rej chłopcy ze sztan­da­rami minęli go, uro­czy­ście wkro­czyli na podium i sta­nęli sztywno przed przy­go­to­wa­nymi dla nich krze­słami. Po nich swoje miej­sca w pre­zbi­te­rium zajęli nauczy­ciele i absol­wenci.

Sta­ru­szek uniósł świecę i postą­pił krok naprzód.

– Panie i pano­wie… chłopcy… – dono­śnym gło­sem ode­zwał się dyrek­tor, wska­zu­jąc pal­cem pło­mień. – Oto świa­tło wie­dzy!

Kiedy obecni w kaplicy zaczęli bić brawo, dmący w dudy uczeń skoń­czył grać i zło­żył instru­ment w bocz­nej niszy.

Czte­rej chłopcy opu­ścili drzewca na posadzkę i z ulgą usie­dli na krze­słach. Na pro­por­cach wid­niały wyszyte złotą nicią słowa: TRA­DY­CJA, HONOR, DYS­CY­PLINA, DOSKO­NA­ŁOŚĆ.

Zapa­dła cisza.

Sta­ru­szek pod­szedł do pierw­szego rzędu, w któ­rym sie­dzieli naj­młodsi ucznio­wie Aka­de­mii, trzy­ma­jący w dło­niach nie zapa­lone świeczki. Nachy­la­jąc się nad pierw­szym z nich, ostroż­nie przy­su­nął swój pło­myk do knota świecy chłopca.

– Świa­tło wie­dzy – zain­to­no­wał cere­mo­nial­nie dyrek­tor Nolan – zostało prze­ka­zane mło­dym przez star­szeń­stwo!

Następ­nie chło­piec zapa­lił świecę swo­jemu sąsia­dowi, ten prze­ka­zał pło­mień kolej­nemu i w ten spo­sób sym­bo­liczne świa­tło tra­fiło do wszyst­kich uczniów roz­po­czy­na­ją­cych edu­ka­cję w Aka­de­mii Weltona.

– Panie i pano­wie, czci­godni absol­wenci, ucznio­wie… – mówił dalej Nolan. – W tym roku, tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym, przy­pada setna rocz­nica powo­ła­nia do życia naszej Aka­de­mii. Sto lat temu, w roku tysiąc osiem­set pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym, czter­dzie­stu jeden chłop­ców usia­dło na tych samych krze­słach, na któ­rych teraz sie­dzi­cie wy, i posta­wiono im to samo pyta­nie, które zawsze pada tutaj wobec uczniów na początku każ­dego seme­stru. – Zamilkł na moment. Ogar­nął wzro­kiem wnę­trze kaplicy. – Pro­szę panów! – wykrzyk­nął. – Jak brzmią nasze Cztery Zasady?

Pod­nio­sły nastrój zakłó­ciło gwał­towne szu­ra­nie nóg. Szes­na­sto­letni Todd Ander­son, jeden z nie­licz­nych, któ­rzy zamiast odświęt­nej bluzy mieli na sobie zwy­kłe weł­niane swe­try, ocią­gał się długo, gdy jego kole­dzy sta­wali w rów­nym rzę­dzie. Matka nie­cier­pli­wie szturch­nęła go łok­ciem w ramię. Zro­bił nie­szczę­śliwą minę, pod­niósł się bez słowa i wodząc dookoła zagnie­wa­nym wzro­kiem, słu­chał, jak inni skan­dują gło­śno: „Tra­dy­cja! Honor! Dys­cy­plina! Dosko­na­łość!”

Nolan ski­nął przy­zwa­la­jąco głową i chłopcy usie­dli. Kiedy umilkł hałas dosu­wa­nych krze­seł, w kaplicy zapa­no­wała niczym nie zmą­cona, uro­czy­sta cisza.

– W pierw­szym roku ist­nie­nia Aka­de­mii Weltona – dyrek­tor nachy­lił się do mikro­fonu – ukoń­czyło ją pię­ciu uczniów. – Zro­bił krótką pauzę. – W roku minio­nym abso­lu­to­rium otrzy­mało pięć­dzie­się­ciu jeden i aż sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent z nich zdo­było indeksy naj­sza­cow­niej­szych uni­wer­sy­te­tów, nale­żą­cych do hono­ro­wej Ivy League!

Rodzice sie­dzący z dumą przy swo­ich pocie­chach burzą okla­sków wyra­zili uzna­nie dla Nolana za tak wyśmie­nite wyniki edu­ka­cji. Dwóch z czte­rech cho­rą­żych, szes­na­sto­letni Knox Over­street i jego przy­ja­ciel Char­lie Dal­ton, przy­łą­czyło się do powszech­nego aplauzu. Ubrani w odświętne szkolne bluzy, wypro­sto­wani jak struny, uosa­biali ideę uni­wer­sy­tec­kiej Ivy League. Knox był dobrze zbu­do­wa­nym mło­dzień­cem o krę­co­nych, krótko przy­cię­tych wło­sach i szcze­rym, sze­ro­kim uśmie­chu. Wysoki i przy­stojny Char­lie miał kla­syczną, ele­gancką powierz­chow­ność gim­na­zja­li­sty z eli­tar­nej szkoły śred­niej.

– Te osią­gnię­cia – mówił dalej Nolan, a Knox i Char­lie spo­glą­dali z góry na swo­ich kole­gów – są rezul­ta­tem peł­nej poświę­ce­nia pracy w imię pryn­cy­piów, jakie wpaja Aka­de­mia. Dla­tego wła­śnie tutaj rodzice chcą posy­łać swo­ich synów, i dla­tego wła­śnie nasza szkoła jest naj­lep­szą szkołą śred­nią w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. – Nolan zamilkł, cze­ka­jąc, aż ucichną kolejne brawa. – Wy, nowi ucznio­wie – kon­ty­nu­ował, zwra­ca­jąc się do tych, któ­rzy roz­po­czy­nali edu­ka­cję w Aka­de­mii – musi­cie wie­dzieć, że klucz do wie­dzy i waszego suk­cesu leży w Czte­rech Zasa­dach Aka­de­mii. Mówię to zarówno do naj­młod­szych, siód­mo­kla­si­stów, jak i do tych, któ­rzy prze­nie­śli się do nas z innych szkół.

Na dźwięk słów o uczniach, któ­rzy prze­nie­śli się z innych szkół, Todd Ander­son drgnął i poczuł się nie­swojo. Słowa te były skie­ro­wane do niego.

– Cztery Zasady to filary tej szkoły. To także kamie­nie węgielne poło­żone pod wasze życie. – Nastą­piła krótka pauza, po któ­rej Nolan wezwał: – Kan­dy­dat Aka­de­mii Weltona Richard Came­ron!

Jeden z chłop­ców trzy­ma­ją­cych sztan­dary zerwał się na równe nogi.

– Obecny! – krzyk­nął.

Sie­dzący obok niego ojciec pro­mie­niał dumą.

– Came­ron, czym jest tra­dy­cja?

– Tra­dy­cja, panie Nolan, to umi­ło­wa­nie szkoły, ojczy­zny i rodziny. Tra­dy­cją w Aka­de­mii Weltona jest być naj­lep­szym.

– Bar­dzo dobrze, Came­ron – pochwa­lił dyrek­tor. – Kan­dy­dat Aka­de­mii Weltona Geo­rge Hop­kins. Czym jest honor?

Came­ron usiadł sztywno przy uśmiech­nię­tym ojcu.

– Honor to god­ność i wypeł­nia­nie powin­no­ści – padła odpo­wiedź Geo­rge’a Hop­kinsa.

– Bar­dzo dobrze, Hop­kins. Kan­dy­dat Aka­de­mii Weltona Knox Over­street!

– Obecny. – Knox wstał.

– Czym jest dys­cy­plina? – zapy­tał Nolan.

– Dys­cy­plina to sza­cu­nek dla rodzi­ców, nauczy­cieli i dyrek­tora szkoły. Dys­cy­plina to nasz obo­wią­zek.

– Dzię­kuję, panie Over­street. Kan­dy­dat Aka­de­mii Weltona Neil Perry!

Knox usiadł, a wzru­szona matka pokle­pała go po ramie­niu.

Teraz wstał Neil Perry. Kie­szeń na piersi jego szkol­nej bluzy zdo­biły kolo­rowe odznaki za osią­gnię­cia w nauce. Stał wypro­sto­wany, wpa­tru­jąc się obo­jęt­nym wzro­kiem w dyrek­tora.

– Dosko­na­łość, panie Perry?

– Dosko­na­łość to rezul­tat cięż­kiej pracy – wyre­cy­to­wał mono­ton­nym gło­sem. – Dosko­na­łość to klucz do suk­cesu, w szkole i wszę­dzie poza szkołą. – Kiedy skoń­czył, usiadł i wpa­trzył się bez­na­mięt­nie w prze­strzeń.

– Sza­nowni pano­wie – zaczął znowu Nolan – w Aka­de­mii Weltona pra­co­wać będzie­cie dużo cię­żej, ani­żeli gdzie­kol­wiek wcze­śniej pra­co­wa­li­ście w swoim życiu. Nagrodą za ten wysi­łek będzie życiowy suk­ces, któ­rego wszy­scy bar­dzo od was ocze­ku­jemy. W związku z przej­ściem na eme­ry­turę naszego uko­cha­nego pro­fe­sora języka angiel­skiego, pana Por­tiusa, pozwolą pań­stwo, że przed­sta­wię jego następcę, pana Johna Keatinga, który także jest absol­wen­tem naszej szkoły, a przez ostat­nie kilka lat uczył w zacnych murach lon­dyń­skiego gim­na­zjum Che­stera.

Pan Keating, który sie­dział w gru­pie peda­go­gów, uniósł się lekko i ski­nął głową. Śred­niego wzro­stu i nie­wiel­kiej postury był prze­cięt­nie wyglą­da­ją­cym męż­czy­zną po trzy­dzie­stce. Miał inte­li­gentne brą­zowe oczy, śred­niej dłu­go­ści ciemne włosy i nie scho­dzący z twa­rzy cie­pły uśmiech. Robił wra­że­nie osoby god­nej sza­cunku i zna­ko­mi­cie wykształ­co­nej, jed­nak ojciec Neila Perry’ego zmie­rzył go wzro­kiem peł­nym nie­uf­no­ści.

– Na zakoń­cze­nie naszej cere­mo­nii inau­gu­ra­cyj­nej – powie­dział Nolan – chciał­bym popro­sić o kilka słów naj­star­szego z żyją­cych absol­wen­tów naszej Aka­de­mii, pana Ale­xan­dra Car­mi­cha­ela Juniora, z rocz­nika szkol­nego tysiąc osiem­set osiem­dzie­siąt sześć.

Zgro­ma­dzeni w kaplicy gło­śną owa­cją i powsta­niem z miejsc powi­tali osiem­dzie­się­cio­let­niego czło­wieka, który wynio­śle odtrą­ciw­szy wycią­gnięte ku niemu pomocne dło­nie, podrep­tał wolno w kie­runku mów­nicy. Sta­ru­szek wymam­ro­tał do mikro­fonu kilka nie­zro­zu­mia­łych dla nikogo słów, uśmiech­nął się ser­decz­nie i poma­chał ręką. Uro­czy­stość dobie­gła wresz­cie końca. Ucznio­wie i rodzice zaczęli wycho­dzić z kaplicy na przej­mu­jący chło­dem dzie­dzi­niec szkol­nego cam­pusu.

Od rze­czy­wi­sto­ści świata zewnętrz­nego Aka­de­mię Weltona odgra­dzały stare, zmur­szałe mury i pie­lę­gno­wana w nich pie­czo­ło­wi­cie surowa tra­dy­cja. Dyrek­tor Gale Nolan, niczym pro­boszcz sto­jący po nie­dziel­nej mszy na scho­dach swego kościoła, przy­glą­dał się z wysoka żegna­ją­cym się rodzi­nom.

Matka Char­liego Dal­tona odgar­nęła synowi włosy z czoła i czule go poca­ło­wała. Ojciec Knoxa Over­stre­eta objął syna po męsku, kiedy spa­ce­ro­wali po dzie­dzińcu, oglą­da­jąc mar­mu­rowe tablice upa­mięt­nia­jące fun­da­to­rów szkoły. Ojciec Neila Perry’ego stał wypro­sto­wany przed synem i popra­wiał wpięte w kie­szeń jego bluzy odznaki. Trzy­ma­jący się na ubo­czu Todd Ander­son czub­kiem buta wyko­py­wał z ziemi kamyk. Jego rodzice stali kilka metrów dalej i nie zwra­ca­jąc na niego uwagi, roz­ma­wiali z rodzi­cami jakie­goś innego ucznia. Wpa­tru­ją­cego się ponuro w zie­mię Todda zasko­czył nagle Gale Nolan. Pod­szedł do niego, chcąc odczy­tać imię i nazwi­sko na przy­pię­tej do swe­tra pla­kietce.

– Aaa, pan Ander­son – zaczął. – Czeka cię poważne zada­nie. Twój brat był jed­nym z pry­mu­sów naszej Aka­de­mii. Z pew­no­ścią mu dorów­nasz.

– Dzię­kuję, pro­szę pana – odpo­wie­dział Todd sła­bym gło­sem.

Niczym dobry gospo­darz Nolan ruszył dalej, mija­jąc po dro­dze rodzi­ców, pozdra­wia­jąc ich i uśmie­cha­jąc się nie­ustan­nie. Zatrzy­mał się dopiero przy panu Per­rym i jego synu. Poło­żył rękę na ramie­niu Neila.

– Wiele sobie po tobie w tym roku obie­cu­jemy, Perry – powie­dział poważ­nie.

– Dzię­kuję, panie Nolan.

– Na pewno nie zawie­dzie – rzu­cił ojciec Neila. – Prawda, synu?

– Będę się bar­dzo sta­rał.

Nolan pokle­pał Neila po ramie­niu i ruszył dalej. Zauwa­żył, że wielu naj­młod­szych uczniów z tru­dem powstrzy­muje łzy, a nie­któ­rzy pła­czą, tuląc się do matek.

– Na pewno ci się spodoba – prze­ko­ny­wał gło­śno jeden z ojców, macha­jąc na poże­gna­nie ręką i odcho­dząc śpiesz­nie w kie­runku par­kingu.

– Nie bądź dziec­kiem – łajał inny zapła­ka­nego syna.

Z wolna dzie­dzi­niec pusto­szał, jeden po dru­gim samo­chody opusz­czały szkolny par­king. Aka­de­mia Weltona stała się teraz dla chłop­ców nowym domem, odizo­lo­wa­nym w pięk­nych, ale suro­wych lasach Ver­montu.

– Chcę do domu! – krzyk­nął jesz­cze jakiś chło­piec chli­pią­cym gło­sem.

Któ­ryś ze star­szych kole­gów pokle­pał go pocie­sza­jąco po ramie­niu i popro­wa­dził w kie­runku bursy.

Roz­dział II

Wolniej, pro­szę panów, wol­niej. Nie bie­giem! – wołał nauczy­ciel z wyraź­nym szkoc­kim akcen­tem.

Czter­dzie­stu uczniów młod­szej klasy zbie­gało ze scho­dów w bur­sie, pod­czas gdy pięt­nastka star­szych usi­ło­wała uto­ro­wać sobie mię­dzy nimi drogę na pię­tro.

– Tak, tak, panie McAl­li­ster – powie­dział któ­ryś z pierw­szo­rocz­nia­ków. – Prze­pra­szam, pro­szę pana.

McAl­li­ster z dez­apro­batą kiwał głową, patrząc, jak chłopcy wybie­gają z budynku i pędzą przez cam­pus.

W wyło­żo­nej dębową boaze­rią Sali Repre­zen­ta­cyj­nej sied­miu uczniów cze­kało na wezwa­nie dyrek­tora Nolana. Co pewien czas kilka par oczu nie­spo­koj­nie kie­ro­wało się ku scho­dom po prze­ciw­nej stro­nie, które pro­wa­dziły do wycho­dzą­cych na pierw­sze pię­tro drzwi. Nie­ba­wem poja­wiło się w nich pię­ciu chłop­ców. Cięż­kim kro­kiem zaczęli scho­dzić. Za nimi, na szczy­cie scho­dów, sta­nął stary, siwie­jący dok­tor Hager.

– Over­street, Perry, Dal­ton, Ander­son, Came­ron! – krzyk­nął.

Kiedy szli gęsiego na górę, pozo­stała na dole dwójka śle­dziła z prze­ję­ciem ich odej­ście.

– Hej, Meeks, jak się nazywa ten nowy? – zapy­tał jeden z nich.

– Todd Ander­son – odparł szep­tem Ste­ven Meeks.

Ta wymiana zdań nie uszła uwagi sta­rego Hagera.

– Pano­wie Meeks i Pitts! Nagana! – krzyk­nął z groźbą w gło­sie.

Chłopcy spoj­rzeli w inną stronę. Roz­ża­lony Pitts wzniósł oczy ku niebu.

– Pitts! Dla cie­bie dodat­kowa nagana! – Dok­tor Hager był już wpraw­dzie stary, ale wzrok miał sokoli.

Wezwani chłopcy podą­żyli za Hage­rem, który żwa­wym kro­kiem zmie­rzał pro­sto do gabi­netu Gale’a Nolana. Po dro­dze musieli przejść przez sekre­ta­riat szkoły, pro­wa­dzony przez żonę dyrek­tora, panią Joan Nolan.

Chwilę póź­niej stali przed rzę­dem usta­wio­nych naprze­ciwko dyrek­tora krze­seł. Nolan sie­dział przy swoim biurku. Obok niego, na pod­ło­dze wyle­gi­wał się wielki dog.

– Witam panów w nowym roku szkol­nym. Panie Dal­ton, jak się miewa ojciec?

– Dobrze, pro­szę pana – odparł Char­lie.

– Dosko­nale, pro­szę prze­ka­zać mu moje pozdro­wie­nia. Czy pań­ska rodzina prze­pro­wa­dziła się już do tego nowego domu, Over­street?

– Tak, pro­szę pana. Mie­siąc temu.

– Wyśmie­ni­cie – Nolan uśmiech­nął się zagad­kowo. – Sły­sza­łem, że to piękny dom.

Pokle­pał psa po gło­wie i podał mu kra­kersa. Dog schru­pał ciastko z ape­ty­tem. Chłopcy cze­kali, nie­pewni i zakło­po­tani.

– Ale do rze­czy – pod­jął Nolan. – Ander­son, jesteś tu nowy, niech więc będzie mi wolno ci wyja­śnić, że w Aka­de­mii Weltona każ­demu z uczniów wyzna­czam zaję­cia poza­lek­cyjne, bio­rąc przy tym pod uwagę talent, kwa­li­fi­ka­cje oraz dotych­cza­sowe zain­te­re­so­wa­nia. Zaję­cia te są trak­to­wane rów­nie poważ­nie jak zaję­cia obo­wiąz­kowe, prawda, chłopcy?

– Tak, pro­szę pana! – odkrzyk­nęli pozo­stali zgod­nym chó­rem.

– Za nie­obec­ność na tych zaję­ciach udzie­lane są nagany. A więc tak… Naj­pierw Dal­ton: gazetka szkolna, przy­spo­so­bie­nie woj­skowe, piłka nożna, wio­sło­wa­nie. Knox Over­street: Sto­wa­rzy­sze­nie Kan­dy­da­tów Aka­de­mii Weltona, gazetka szkolna, piłka nożna, Klub Synów Absol­wen­tów. Neil Perry: Sto­wa­rzy­sze­nie Kan­dy­da­tów Aka­de­mii Weltona, kółko che­miczne, kółko mate­ma­tyczne, Księga Pamiąt­kowa Aka­de­mii, piłka nożna. Richard Came­ron: Sto­wa­rzy­sze­nie Kan­dy­da­tów Aka­de­mii Weltona, Klub Dys­ku­syjny, wio­sło­wa­nie, przy­spo­so­bie­nie woj­skowe, kółko medyczne, Rada Hono­rowa.

– Dzię­kuję, pro­szę pana – powie­dział Came­ron.

– Jeśli zaś cho­dzi o cie­bie, Ander­son… opie­ra­jąc się na danych prze­ka­za­nych mi ze szkoły w Balin­crest: piłka nożna, przy­spo­so­bie­nie woj­skowe, Księga Pamiąt­kowa Aka­de­mii. Czy może coś pomi­ną­łem?

Todd stał w mil­cze­niu. Usi­ło­wał wydu­sić z sie­bie kilka słów.

– Słu­cham, panie Ander­son, słu­cham – poma­gał mu Nolan.

– Ja… wolał­bym… wio­sło­wa­nie… pro­szę pana – Todd wykrztu­sił wresz­cie led­wie sły­szal­nym gło­sem.

Nolan spoj­rzał na niego. Todd zaczął się trząść ze zde­ner­wo­wa­nia.

– Wio­sło­wa­nie, powia­dasz…? Wio­sło­wa­nie? Ale zgod­nie z tym, co tu mam napi­sane… w Balin­crest gra­łeś w piłkę nożną. No więc?

Todd znowu zmu­sił się do wysiłku.

– Gra­łem… tak… ale… – szep­tał.

Nad jego brwiami poja­wiły się błysz­czące kro­pelki potu. Zaci­snął pię­ści tak mocno, że zbie­lały mu palce. Pozo­stali chłopcy widzieli, jak wal­czy z napły­wa­ją­cymi łzami.

– Polu­bisz piłkę nożną, Ander­son. – Nolan prze­rwał nara­sta­jące napię­cie. – To wszystko. Może­cie odejść.

Chłopcy wyma­sze­ro­wali rów­nym kro­kiem. Na twa­rzy Todda malo­wała się roz­pacz. Dok­tor Hager wezwał następ­nych.

W dro­dze do bursy Neil Perry zacze­kał na wlo­ką­cego się za wszyst­kimi Todda i podał mu dłoń.

– Będziemy miesz­kać w jed­nym pokoju – powie­dział. – Nazy­wam się Neil Perry.

– Todd Ander­son – odparł cicho Todd.

Przez jakiś czas szli w nie­zręcz­nym mil­cze­niu.

– Dla­czego prze­nio­słeś się z Balin­crest?

– Mój brat koń­czył Aka­de­mię Weltona – wyja­śnił Todd.

Neil spoj­rzał na niego zacie­ka­wiony.

– Ach, to ty jesteś ten Ander­son?

Todd wzru­szył ramio­nami.

– Rodzice od początku chcieli, żebym się tu uczył, ale nie mia­łem wystar­cza­jąco dobrych ocen. Musia­łem zacząć w Balin­crest, żeby się tro­chę pod­cią­gnąć.

– Cha, cha, tra­fi­łeś z desz­czu pod rynnę – zaśmiał się Neil. – Nie sądzę, żeby ci się tutaj spodo­bało.

– Już mi się nie podoba.

W holu bursy pano­wał nie­opi­sany roz­gar­diasz. Chłopcy bie­gali w tuma­nach kurzu, dźwi­ga­jąc swoje walizki, torby podróżne, maszyny do pisa­nia, książki, poduszki, gra­mo­fony… Przy wej­ściu stał por­tier i pil­no­wał sterty bagażu. Neil i Todd zaczęli szu­kać swo­ich rze­czy. Pierw­szy swoją pękatą torbę i skó­rzaną walizkę zna­lazł Neil. Zarzu­cił sobie torbę na plecy, chwy­cił mocno walizkę i ruszył do pokoju.

– Nie ma jak w domu – zachi­cho­tał pod nosem, gdy wszedł do cia­snego pomiesz­cze­nia, w któ­rym z tru­dem mie­ściły się dwa łóżka, dwie szafy i dwa biurka.

Rzu­cił bagaże na jedno z łóżek. Przez uchy­lone drzwi do pokoju zaj­rzał Richard Came­ron.

– Podobno masz tego nowego – powie­dział. – Sły­sza­łem, że to drę­twa natura. Ooo, par­don! – dodał, widząc za sobą Todda, i wyco­fał się szybko za drzwi.

Todd minął go w progu, poło­żył swoje rze­czy na dru­gim łóżku i zaczął się roz­pa­ko­wy­wać.

– Nie przej­muj się Came­ro­nem – powie­dział Neil. – To kawał dupka.

Todd wzru­szył ramio­nami, sku­pia­jąc uwagę na waliz­kach.

W pokoju poja­wili się Knox Over­street, Char­lie Dal­ton i Ste­ven Meeks.

– Słu­chaj, Perry. Wieść gminna nie­sie, że latem bra­łeś dodat­kowe lek­cje.

– To prawda, z che­mii. Ojciec uznał, że powi­nie­nem opa­no­wać tro­chę mate­riału naprzód.

– Hmm – zasta­na­wiał się Char­lie – Meeks jest orłem z łaciny. Ja chyba nie zapo­mnia­łem wszyst­kiego z gra­ma­tyki, więc mamy już dobrą grupę naukową, co ty na to?

– Jasne, tyle tylko, że wcze­śniej pro­po­no­wał mi to samo Came­ron. Nie macie chyba nic prze­ciwko temu, by go przy­jąć?

– A on w czym się spe­cja­li­zuje? – zaśmiał się Char­lie. – W lizu­so­stwie?

– Daj spo­kój – rzu­cił Neil. – To prze­cież twój kum­pel z pokoju.

– Nic na to nie pora­dzę – Char­lie potrzą­snął głową.

Pod­czas tej wymiany zdań Todd nie prze­sta­wał wyj­mo­wać i ukła­dać na łóżku swo­ich rze­czy.

Pod­szedł do niego Ste­ven Meeks.

– Cześć. Chyba się nie znamy, prawda? – zagad­nął. – Nazy­wam się Ste­ven Meeks.

Todd nie­śmiało wycią­gnął dłoń.

– Todd Ander­son.

Teraz rów­nież Knox i Char­lie wycią­gnęli ręce.

– Char­lie Dal­ton.

– Knox Over­street.

Todd uści­snął im dło­nie.

– Chło­paki, trzeba wam wie­dzieć, że bra­tem Todda jest nie kto inny jak Jef­frey Ander­son – powie­dział Neil.

Char­lie ścią­gnął brwi, jakby coś sobie przy­po­mniał.

– A tak, oczy­wi­ście. Ten sam, który wio­sną wygła­szał w imie­niu wszyst­kich uczniów poże­gnalne prze­mó­wie­nie na pro­mo­cji. Wyróż­nie­nia, nagrody, pań­stwowe sty­pen­dium…

Todd przy­tak­nął.

– Zatem witamy w Aka­de­mii Hel­l­tona1 – Meeks wybuch­nął śmie­chem.

– Tak, tu naprawdę jest tak ciężko, jak głosi fama. No, chyba że jest się takim geniu­szem jak Meeks – rzu­cił zaczep­nie Char­lie.

– Chce mi się przy­po­do­bać, żebym go pod­cią­gnął z łaciny – odciął się Meeks.

– I lite­ra­tury, i try­go­no­me­trii… – dodał Char­lie.

Meeks roze­śmiał się. Nagle roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi.

– Otwarte! – krzyk­nął Neil.

Tym razem nie był to żaden z kole­gów.

– Oo… ojciec – wyją­kał Neil i zbladł jak kreda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Hell (ang.) – pie­kło (przyp. tłum.). [wróć]

Tytuł ory­gi­nału: Dead Poets Society

Copy­ri­ght © 1989 by Touch­stone Pic­tu­res.

Based on the motion pic­ture from Touch­stone Pic­tu­res. Pro­du­ced by Ste­ven Haft, Paul Jun­ger Witt, Tony Tho­mas. Based on the motion pic­ture writ­ten by Tom Schul­man. Direc­ted by Peter Weir. Ori­gi­nally publi­shed in the Uni­ted Sta­tes and Canada as DEAD POETS SOCIETY by N. H. Kle­in­baum. This trans­la­ted edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with King­swell, an imprint of Buena Vista Books, Inc.

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2010, 2015, 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Elż­bieta Ban­del

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki oraz ilu­stra­cja na okładce: Lucyna Talejko-Kwiat­kow­ska

Foto­gra­fia na okładce: Piotr Choj­nacki

Wyda­nie III e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Sto­wa­rzy­sze­nie Umar­łych Poetów, wyd. III, dodruk, Poznań 2015)

ISBN 978-83-7818-105-7

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer