Stary kuferek - Grażyna Jeromin-Gałuszka - ebook

Stary kuferek ebook

Grażyna Jeromin-Gałuszka

4,6

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Ostatni tom barwnej, pełnej emocji historii rodu Konarskich i Bogdanowiczów.
Dwieście lat temu dziedzic Andrzej Konarski podarował swej młodszej siostrze Konstancji mały folwark w dolinie rzeki. Wokół gospodarstwa powstała niewielka osada, która w prawie niezmienionym stanie przetrwała okres zaborów, dwie wojny światowe i lata komunizmu. Ludzie żyli tu sobie spokojnie, pomimo wielu dramatycznych wydarzeń i zawirowań losu.
Teraz jednak, za sprawą odgórnych decyzji o powstaniu zbiornika retencyjnego w dolinie, tutejszym mieszkańcom grozi wysiedlenie, a osadzie całkowita zagłada.
Nestorka rodu Konarskich, Adela, samotna i bezradna wobec urzędniczych decyzji, z niepokojem patrzy w przyszłość. Co powinna zrobić, by nie tylko móc zakończyć długie życie w ukochanej dolinie, lecz także ocalić to jedyne miejsce na ziemi dla Matyldy, swej najmłodszej wnuczki, przyszłej właścicielki dawnego folwarku Konstancji? Sprawa wydaje się beznadziejna, zwłaszcza że Matylda Konarska, oskarżona o morderstwo, oczekuje w areszcie na proces…

Grażyna Jeromin-Gałuszka - autorka wielu książek, które urzekają niezwykłym klimatem i wprowadzają w magiczny świat pełen fascynujących postaci i zdarzeń. Niektóre z jej powieści, jak na przykład "Kobiety z Czerwonych Bagien" czy "Magnolia", zdobywały laury na festiwalach i od wielu lat cieszą się nieustającym uznaniem czytelników. Mieszka w Sosnowicy, małej osadzie w dolinie Radomki, gdzie kończą się wszystkie drogi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (42 oceny)
31
7
4
0
0

Popularność




 

 

Copyright © Grażyna Jeromin-Gałuszka, 2020

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Zdjęcie na okładce

© Katharina Brandt/Arcangel Images;

Ildiko Neer/Trevillion Images

 

Ilustracje w książce

© Margo Miller/Shutterstock.com;

Olly Molly/Shutterstock.com;

Vectorgoods studio/Shutterstock.com;

StocKNick/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Ewa Witan

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8234-585-8

 

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Bohaterowie piątego tomu sagi Dwieście wiosen

Gospodarstwo Konarskich:

Adela Konarska – właścicielka, córka Klementyny Turczynowej

Kajetan Konarski – mąż Adeli

Marcelina Konarska – córka Adeli i Kajetana

Matylda Konarska – córka Marceliny i Kornela Dunaja

Miron Konarski – starszy syn Adeli i Kajetana

Tereska Konarska – żona Mirona

Klementyna Turczynowa – matka Adeli

Mela Odolańska-Fiszer – młodsza siostra Klementyny

 

Członkowie rodziny spoza Osady:

Marcel Turczyn – syn Klementyny i Mundka Turczyna, starszy brat Adeli, leśnik w Bieszczadach

Mikołaj Konarski – młodszy syn Adeli i Kajetana

Ewa Konarska – żona Mikołaja, malarka

Andrzej Konarski – syn Mikołaja i Ewy, astrofizyk

Jagoda i Baśka – córki Mirona i Tereski

Wiki Richardson – córka Megi Walczewski

 

Młyn:

Klemens Bogdanowicz – były właściciel, potem zarządzający młynem

Aldona Bogdanowicz – starsza córka Klemensa

Zula i Natka – bliźniaczki, młodsze córki Klemensa

Igor Bogdanowicz – syn Aldony i Michaiła Janczara

Megi Walczewski-Bogdanowicz – druga żona Igora

Kalina i Maja – córki Igora

Antośka – córka Kaliny

 

Inni:

Michaił Janczar – wnuk Kacpra Janczara, ukochany Aldony, ojciec Igora

Kornel Dunaj – wielka miłość Marceliny, ojciec Matyldy

Rodzina Zawadów – sąsiedzi Konarskich

Renia i Witek Gąsiorowscy – sąsiedzi Konarskich

Michalina Marciniak – sąsiadka Konarskich

Magda Jamroz – od dzieciństwa przyjaciółka Marceliny

Bartek Kesler – młody przedsiębiorca, mieszkaniec Konar, pasjonat historii Osady

Abigail Goldberg – pisarka, jedna z córek karczmarza Tewela, ukrywanych podczas wojny u Konarskich

Brygida – wybranka Andrzeja Konarskiego

Jerzyk – adoptowany syn Emilii i Gustawa Drozdowskich

 

 

Trzydzieści lat matka szukała swoich synów: pięknych, inteligentnych, podobnych jak dwie krople wody z jednego dzbana. Nie było miesiąca, żeby nie pokazała się na miejscowym posterunku milicji i nie pytała, czy przypadkiem gdzieś – żywi bądź martwi – się nie odnaleźli. Mimo zapewnień, że jej dzieci umieszczono w krajowym rejestrze osób zaginionych, z każdej skromnej pensji salowej, a potem z jeszcze skromniejszej emerytury wygospodarowała parę złotych na bilety kolejowe i, wykorzystując do ostatniego dnia cenny urlop, jeździła po kraju, odwiedzając wszystkie większe miasta, a w nich główne komendy. Kupiła w księgarni niewielką mapkę Polski i zakreślała w kółko odwiedzane miasta, lecz tych, do których nie dotarła, wciąż było bardzo wiele. Odmawiała więc sobie wszystkiego, by odbyć kolejną podróż. Podporządkowała i poświęciła całe swoje szare życie jednemu celowi: by w końcu ich odnaleźć, choć – ona jedna wiedziała to najlepiej – nie byli wiele warci.

Mieli po dwadzieścia osiem lat, gdy trzydziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku wyszli z domu wczesnym rankiem i już nigdy nie wrócili. Mieli na sobie garnitury, na jakie ich matki nie byłoby stać (nawet gdyby dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu wycierała szmatą szpitalne podłogi i wynosiła spod chorych baseny), w oczach zaś arogancką pewność, że świat jest ich, a to, co na nim najlepsze, bez dwóch zdań im się należy.

Do tej pory nie splamili się pracą, choćby najlżejszą, wystarczało im jednak pieniędzy na wszystko: na ubrania, buty, restauracje, z których, upojeni alkoholem, weseli, prawdziwi książęta życia, wracali nad ranem, a także na podróże, do pewnego czasu będące zagadką dla matki.

Nie wiedziała, w kogo się wrodzili, bo nawet nie w ojca moczymordę, który pewnej nocy zasnął pod budką z piwem i już się nie obudził. Mimo wielu wad był jednak dobrym człowiekiem, jego synowie natomiast nie mieli serca. Nawet dla niej, matki.

Kiedy po jakimś czasie od zniknięcia odważyła się wejść do ich pokoju i znalazła kalendarz z zapisanymi pod wieloma datami imionami i nazwiskami kobiet, zrozumiała, czym się zajmowali. Oszukiwali i wyłudzali pieniądze od naiwnych, starszych bądź młodszych; wszystko było zanotowane. Skrupulatnie prowadzili swą buchalterię, bo obok podstawowych danych, takich jak imię, nazwisko i adres, był także wiek, a na samym końcu kwoty – te często napisane innym odcieniem atramentu, zapewne dodane, gdy sprawa się już sfinalizowała. Na ten przykład: Teresa Piskorz, l. 38, Tarnów, ul. Parkowa 23, 3750 zł. Były kwoty mniejsze i większe; przy każdej serce matki zamierało z trwogi i wstydu, że takich łobuzów urodziła, a potem zaharowywała się, żeby ich wychować, ubrać i nakarmić.

To właśnie wstyd nie pozwolił jej iść z tym kalendarzem na milicję, by ujawnić łajdactwo synów i poprosić, żeby poszli śladem ostatniego zapisu z trzydziestego pierwszego grudnia pięćdziesiątego dziewiątego roku, a mianowicie: „Zofia i Bernadetta Bogdanowicz, l. 30, Osada”. Zamiast tego kupiła w księgarni najdokładniejszą mapę i zaczęła szukać tej miejscowości, postanawiając, że sama tam pojedzie i spróbuje się czegoś dowiedzieć, lecz jej nie znalazła.

Trudno, myślała na początku, wcześniej czy później sami wrócą, na wszelki wypadek jednak pokazywała się raz w miesiącu w komendzie, przypominając, że jej piękni i inteligentni synowie wyszli z domu w pewien zimowy mroźny poranek i do tej pory nie znaleźli drogi powrotnej.

Z każdym miesiącem, rokiem, z kolejną dekadą coraz mniej było w niej wiary, że jeszcze zobaczy ich żywych, później myślała już tylko o tym, żeby ich pochować, zanim sama umrze, lecz na to też straciła w końcu wszelką nadzieję.

I oto pewnego dnia w drzwiach jej skromnego mieszkanka staje młody milicjant, bardzo uprzejmie prosi, by się ubrała i pojechała z nim do komendy. Tam słyszy, że tu i tu, gdzieś na Mazowszu, niedaleko jakiejś Brzozowej Osady odkryto szczątki dwóch młodych mężczyzn, jak się wydaje braci bliźniaków, bo identyczne…

– Brzozowa Osada… – bezwiednie wymyka się z ust staruszki. – To dlatego nie mogłam jej odnaleźć…

Komendant, nie zwracając uwagi na jej mamrotanie, mówi dalej, że wszystko poza kośćmi uległo daleko idącemu rozkładowi, więc identyfikacja szczątków wydaje się wręcz niemożliwa, jest jednak coś, co się oparło upływowi czasu…

– Złote medaliki z Matką Boską – wchodzi mu w słowo kobieta. – Nie zdejmowali ich od Pierwszej Komunii… Byli bardzo religijni.

 

Część pierwsza

 

 

1.

Wiosna 2015

Diabli nadali z tymi telefonami – złości się Adela Konarska na dźwięk sygnału komórki. Dopiero co skończyła rozmowę z Jagodą, wcześniej dzwonił Andrzej, już kolejny raz. – A głupi człowiek nosi to przy sobie nie wiadomo po co, a potem narzeka… O, Tereska… – mamrocze z niechęcią, chwilę się zastanawia, w końcu odbiera. – No, co tam? Dobrze… Tak… Nie… Nie, nic mnie nie boli… Poza ręką, od trzymania komórki przy uchu…

Zula z Natką, oparte o studnię nieopodal dawnej oficyny, szturchają jedna drugą łokciem, coś tam do siebie szepcząc. Adela włącza telefon na tryb głośnomówiący, kładzie aparat na pokrywie studni, a sama staje pod oficyną i, z rękoma wspartymi na biodrach, przygląda jej się w skupieniu. Podupadła już tak bardzo, że trzeba się mocno zastanowić, czy ją jeszcze ratować, czy po prostu rozebrać do gołej ziemi.

– W pewnym wieku trzeba już uważać na każdy krok – słychać z telefonu skrzekliwy głos Tereski, niosący się na pół podwórka. – Trzeba patrzeć, żeby się o co nie potknąć, żeby zdradliwy wiatr nie owiał pleców… Gdzie mama jest, bo słyszę indyki! No chyba niena dworze?!

– Jakie indyki, kretynko? Świnie przez pół życia hodowała, a teraz indyka od kaczki nie odróżni, pani z miasta – mruczy pod nosem Adela, głośno zaś, żeby tamta słyszała, woła: – Ja nie muszę na nic uważać! Swoje już przeżyłam, co ma być, to będzie. – Wraca do studni i pyta rzeczowo: – Czego chcesz, Tereska? Bo nie mów, że interesuje cię moje zdrowie.

– Gdyby mnie nie interesowało, tobym nie dzwoniła, prawda? A tak przy okazji…niech mi mama powie, czy to prawda, że cała Osada ma być zalana wodą…

– Nieprawda! – odpowiada bez namysłu staruszka.

– Ja jednak słyszałam, że są takie plany.

– I co w związku z tym?

– A to, że chyba dość pochopnie sprzedałam mój piękny dom i kawał ziemi. Teraz, jakzaczną wszystko wykupywać i płacić ludziom odszkodowania, to chyba będą to innepieniądze, więc…

– Sprzedałaś – przerywa synowej Adela – wzięłaś pieniądze, daj mi teraz spokój. – Wyłącza telefon, znowu idzie pod oficynę, a Zula i Natka także. – Jej piękny dom… – kpi staruszka. – Całą Osadę zepsuła tym pięknym domem, a mnie dotąd psuje nerwy.

– Zablokuj ją – podpowiada jedna z bliźniaczek.

– Chętnie bym tak zrobiła, ale to w końcu matka moich wnuczek. No i w gruncie rzeczy… – dodaje po namyśle Adela – nie jest zła. Trochę nie pasowała do nas albo my do niej… Może za mało się staraliśmy… Mniejsza z tym, sama podjęła taką, a nie inną decyzję, teraz już tego nie odwróci.

 

Kiedy parę lat temu starszy syn Adeli, Miron, zmarł nagle na tętniaka, Tereska szybko postanowiła przeprowadzić się do miasta. Nikt jej decyzji za bardzo się nie dziwił, bo Mironowa od dawna prowadziła tam intratny interes, córki poszły za mężami, a tu dom duży, za duży dla samotnej kobiety. Nie bez znaczenia też był fakt, że nigdy nie przylgnęła ani do Osady, ani do rodziny męża na tyle, by szukać pośród niej swojego miejsca po jego śmierci. Zresztą, co z tej rodziny zostało? Z bliższej tylko teściowa na stałe i zjeżdżające na wakacje czy dłuższe weekendy Krakusy, bo tych z młyna Tereska za żadną rodzinę nie uważała. Wspaniałomyślnie jednak zawiadomiła Adelę o swoich zamiarach, a ta od razu zatelefonowała do młodszego syna, Mikołaja, z rozpaczliwym pytaniem, co tu teraz robić. Jak przeżyć utratę południowej części rodzinnej posiadłości? Przecież po tej kwiecistej łące na obniżeniu biegały w dzieciństwie z Aldoną i Georginą boso, w czyściutkiej wodzie, gdy zalewało teren przy każdej powodzi. A wiadomo, kto to kupi, kto tu przyjdzie?

Dwie godziny później Mikołaj oddzwonił z informacją, że po burzliwej naradzie z Ewą postanowili kupić tę część dla Andrzeja, i żeby matka trzymała rękę na pulsie. Za co? Za to, co dawno temu Mikołaj dostał od rodziców na zakup kawalerki na prywatny gabinet, można więc powiedzieć, że te pieniądze po prostu wrócą do Osady. Już jakiś czas nosił się z zamiarem rzucenia prywatnej praktyki, a w tej sytuacji nie ma się nad czym zastanawiać. Ewa coś tam zarabia na obrazach, coś tam mają odłożone, a młodzi już nie są; najwyższa pora i ostatni moment, żeby się nacieszyć spokojnym życiem.

Jeśli zaś chodzi o Andrzeja, to w końcu też przyjdzie moment, kiedy będzie miał dość wykładów, dość pracy naukowej i zamarzy mu się coś własnego, bo tamto uczelniane mieszkanko w Toruniu to jak hotel. Już mu się zresztą marzy, jak twierdzi Ewa, bo zna syna na wylot i wie, czego mu potrzeba. Przede wszystkim dziewczyny, jakiejś wariatki, bo inne Andrzeja nie interesują, i kawałka własnej przestrzeni, a gdzie tej przestrzeni szukać, jak nie w jego ukochanej Osadzie.

Adela odetchnęła z wielką ulgą. Kilka miesięcy później Tereska wyprowadziła się do dwupokojowego mieszkania na nowym osiedlu, rzut beretem od apartamentowca, w którym mieszkała jej starsza córka, Jagoda, z mężem, a Andrzej Konarski został właścicielem południowego skrawka Osady. Jak właściwe było to posunięcie, jego babka przekonała się, gdy po raz pierwszy od transakcji przyjechał i, uścisnąwszy Adelę, poszedł tam natychmiast, obejrzał wszystko kilka razy, po czym wyciągnął ręce w górę i zawołał: „Babciu! Kochana babciu!”. Wszystkim po kolei się zachwycał, jakby tego wszystkiego na pamięć nie znał, jedynie piętrowe, kryte eternitem domiszcze omijał wzrokiem, a jeśli już spojrzał, to ze zmarszczonym czołem, Adela wiedziała więc, że długo to paskudztwo tu już nie postoi…

 

– No i co w końcu zamierzasz z tą oficyną? – pyta druga z bliźniaczek. – Chyba najrozsądniej byłoby ją zburzyć.

– Mam inne plany – burczy kuzynka, zła na nie za te „dobre rady”.

– Czy my w ogóle możemy mieć jakieś plany, zamiary… W naszym wieku?

– Wy może nie, ja tak – odpowiada dziewięćdziesięcioczteroletnia Adela. – A jak już o tym mowa, to ja się nikogo o tyle lat nie prosiłam. Wręcz odwrotnie. Jeśli już się modliłam, to o zdrowie dla bliskich, a dla siebie tylko o niezbyt bolesną śmierć w jakimś przyzwoitym wieku. Skoro jednak góra zdecydowała inaczej, to nie będę siedzieć z założonymi rękami i czekać nie wiadomo na co, bo nigdy tak nie robiłam… Jaka ta oficyna piękna! – zachwyca się nagle, składając ręce jak do modlitwy.

– Piękna? – dziwią się siostry Bogdanowiczówny.

– Piękna i już.

– Przecież to ruina.

Stary budynek, mimo odłażącego tynku, sczerniałych ram okiennych i wypaczonych drzwi, a także podziurawionego na obrzeżach dachu, ma w sobie jakiś urok, który zdaje się widoczny tylko dla najstarszej mieszkanki Osady, co akurat nie powinno dziwić. Pomijając schronienie, jakie wraz z rodziną tu znalazła, gdy tuż po wojnie remontowano dom po pożarze, w dzieciństwie chowała się w oficynie przed gniewem matki, gdy zraniła sobie kolano, spadając z jakiegoś dachu, i tylko kochany ojczym, Mundek Turczyn, wiedział, gdzie ją znaleźć. Tu także z kuzynkami, Aldoną i Georginą, uciekały przed wścibską Wacławą i wyjawiały sobie pierwsze dziewczęce sekrety. I jakie to niesamowite, oficyna, mimo że w ruinie, nie szpeci podwórka, a wręcz odwrotnie, bo podmurówka z łupanego kamienia i czerwona cegła wyłaniająca się spod tynku to czyste piękno pochodzące z natury.

– Ta ruina stoi tu od początku, w niezmiennym stanie. Mam do takiej niezmienności głęboki sentyment – odpowiada kuzynkom. – Przyszłyście mi dogadywać?

– Wręcz odwrotnie.

– Podziwiamy cię.

– Że jeszcze chce ci się coś ratować.

– Wam nie?

– U nas rządzi Megi.

– Mądrze.

– Od czasu do czasu.

– To prawda – przytakuje Adela. – Bez niej jednak już dawno umarłybyście z nudów.

– A tak sobie żyjemy…

– Beztrosko.

– Budzimy się, a tu po całym domu roznosi się zapach pieczonego chleba, bułeczek albo innych frykasów. Wszystkie przepisy z jakiejś przedwojennej książki…

– Tej, którą wygrzebała w mojej biblioteczce – wtrąca staruszka. – I nie myśli oddać.

– No właśnie – potwierdza jedna z sióstr. – Ale na punkcie chleba nasza Megi ma prawdziwego fioła.

– Musimy go jeść – dodaje druga – boby się obraziła śmiertelnie, i udawać, że nam smakuje.

– I że jesteśmy szczęśliwe.

– Bo jesteśmy.

– No… tak na upartego, to jesteśmy.

– Coś wam jednak chodzi po głowie. – Starsza kuzynka przygląda im się z uwagą. – Znam was.

– Woda – odpowiadają.

– Żyjemy nad nią.

– Nie w tym rzecz…

– Tylko w czym?

– A jeśli jednak nas zaleją…

– Och, idźcie już! – złości się Adela. – Całkiem jak moja matka. Zaraz jak skończyła gadać o Katyniu… Chyba tylko dlatego, że już można było o tym mówić… zaczęła o wodzie. Że kiedyś tu była i znowu wróci… Coś jej się nagle przypomniało. Co i skąd, za cholerę nie wiem. Już w dziewięćdziesiątym siódmym, jak na wszystkie podwórka weszła woda, powiedziała: „Oho! Ale to jeszcze nie wszystko”. W przypływie humoru znowu bredziła coś o kuferku, w którym jej babka… jakże jej było… Florentyna, o!… schowała całą naszą przeszłość. Woda i kuferek – dwie rodzinne legendy! Idźcie już, bo mi działacie na nerwy.

– Sama jesteś… – zaczynają tamte, lecz Adela nie daje im skończyć.

– To się wkrótce zmieni! – wybucha. – Andrzej chce sobie tu wyszykować gniazdko na emeryturę… Już by sobie szykował, ale musi mieć trochę szmalu, żeby najpierw zburzyć ten piękny, kryty eternitem dom Tereski i postawić coś normalnego. No i Matylda… Może w końcu wróci…

– Matylda siedzi w pace – przypomina jej jedna z bliźniaczek.

– Z poważnymi zarzutami – dodaje druga.

– Wróci albo i nie wróci – powątpiewają jednym głosem.

Adela obrzuca je lekceważącym spojrzeniem.

– Andrzej znajdzie jej porządnego adwokata, bo ten matoł z urzędu naciska tylko na jedno: żeby się przyznała i wyraziła skruchę, to dostanie mniejszy wyrok.

– A jeśli…

– Co, jeśli?! Co, jeśli? Jeśli jest winna? Nie denerwujcie mnie. Matylda popełniła wiele błędów… Przypomnijcie sobie swoje… ale nigdy mnie nie okłamała. Kiedy więc dostałam od niej wiadomość…

– Pierwszą… od ilu lat? – nie odpuszczają siostry.

– …która brzmiała: „Ja tego nie zrobiłam! Dlaczego nikt mi nie wierzy?”, ja jej uwierzyłam. I postanowiłam coś z tym zrobić. Gdybym wcześniej wiedziała, zare­agowałabym od razu, nie trzeba było tyle czekać, szlag!

– No powiedzmy… – zaczyna ostrożnie Zula bądź Natka – że coś tam pójdzie po twojej myśli…

– Coś tam? Idźcie już do domu.

– Nie unoś się tak, Adela, bo nie ma o co – tamte próbują ją ułagodzić, znowu jednocześnie. – Martwimy się o ciebie.

– O siebie zacznijcie się martwić.

Zula z Natką zerkają na siebie, po czym z promiennym uśmiechem zwracają się do Adeli:

– Odkąd same uniknęłyśmy paki, skoro już o tym mowa, cieszymy się pięknym życiem…

– I nie martwimy o nic.

– O nic…

– To do was podobne – kwituje chłodno Konarska. – Wyjść cało z takiej awantury to tylko wy mogłyście. I to dwa razy.

– Jak dwa razy?!

– Jak dwa razy, jak dwa razy… – przedrzeźnia kuzynki Adela. – Pierwszy raz w pięćdziesiątym dziewiątym, kiedy doszło do tej masakry, a drugi trzydzieści lat później, jak przyszło się z niej wyspowiadać…

Jesień 1989

Po wstępnym przesłuchaniu Zuli i Natki, podczas którego obie stanowczo zaprzeczały znajomości z jakimiś Rafałem i Grzegorzem Niwińskimi i zapewniały, że pierwszy raz w życiu o nich słyszą, Bogdanowiczówny zostały wezwane do stawienia się nazajutrz w pokoju numer sześć Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej w celu złożenia oficjalnych zeznań, tudzież pewnej konfrontacji, co przyjęły bez mrugnięcia okiem.

Kiedy milicjanci odjechali, bliźniaczki wyszły na taras, oparły się o balustradę i spojrzały niewinnym wzrokiem na starszą siostrę. Aldona jednak nie dała się na to nabrać.

– Siadajcie mi tu zaraz – rzuciła ostro – i mówcie, o co chodzi.

– No właśnie nie wiemy… – zaczęła jedna, niczemu niewinna.

– Pierwsze słyszę o jakichś Niwińskich. Pierwsze! – dodała druga, jeszcze niewinniejsza.

– Ale oni słyszeli o was! – warknęła Aldona.

– No to ciekawe skąd? – zdziwiły się jednocześnie.

– Może z gwiazd? – podpowiedziała ironicznie, na co nie znalazły sensownej odpowiedzi.

Zerkały jedna na drugą niepewnie, bo już wiedziały, że starsza siostra nie odpuści. W tej sytuacji Konarscy poczuli się intruzami.

– Przyjdziemy później, Aldona – odezwała się Adela. – Opowiesz nam, co tam tyle czasu robiłaś w tych Bieszczadach…

– Bieszczady nie uciekną! – zareagowała gwałtownie tamta. – Zostańcie… – poprosiła zaraz. – Potrzebuję waszej pamięci.

– Pamięci?

– Zgadza się. Padła tu konkretna data: trzydziesty pierwszy grudnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku. Sylwester…

– Trzydzieści lat temu – wszedł jej w słowo Kajetan. – Kto to dziś pamięta?

– Ja pamiętam. – Aldona na to. – Wy zapewne też sobie przypomnicie, jak wam powiem, że to był ten pamiętny sylwester, kiedy hrabina Hryniewiecka postawiła na stole jakąś niedorzeczną ilość nieprzyzwoicie dobrego bimbru i na drugi dzień nikt wcześniej jak po południu się nie podniósł.

– Ach, ten! – Adelę olśniło. – To wtedy jeszcze prawie wszyscy tu byliśmy: hrabina, twój ojciec, nasza Emilka… Zula z Natką przyszły dopiero przed północą…

– No i dochodzimy do sedna sprawy – wtrąciła grobowym głosem Aldona.

– …bo czekały na swoich jednakowych kawalerów – zakończyła Konarska.

– Których się nie doczekały – dodał Kajetan.

– Czyżby? – rzuciła zaczepnie starsza Bogdanowiczówna, wbijając wzrok w młodsze siostry. – Przedziwnym zbiegiem okoliczności, cytując milicjanta, dwa jednakowe szkielety zostały odkryte niedaleko stąd i jakimś cudem zidentyfikowane jako bracia Niwińscy, którzy pamiętnego dla nas wszystkich dnia opuścili dom rodzinny, by spotkać się z pewnymi bliźniaczkami z Osady, na co wskazuje ostatnia notatka w ich kalendarzu.

– To nie oni! – zaprzeczyła zdecydowanie jedna z bliźniaczek.

– My czekałyśmy na Staszka i Zbyszka Kowalskich – dodała druga.

Aldona parsknęła śmiechem.

– Kowalskich… A może Nowaków? – zakpiła.

Zula z Natką uciekły wzrokiem, każda w inną stronę. Widać, że straciły pewność siebie, a to wystarczyło Aldonie, by nabrała przekonania, że jednak coś jest na rzeczy. I nie chodzi tu o jakąś drobną rzecz, głupi wybryk, z których, sądząc po ostatniej akcji na drodze, przy obejściu nowych sąsiadów, sześćdziesięcioletnie panny wciąż nie wyrosły, tylko o coś znacznie gorszego.

– Usiądźcie – zwróciła się do nich łagodnie – i wyduście z siebie wreszcie, co tu trzydzieści lat temu zaszło.

– My nic złego nie zrobiłyśmy! – oświadczyły jednym głosem.

– Kamień z serca mi spadnie, jeśli okaże się to prawdą.

– Może potem ci powiemy – jeszcze próbowały się wykręcić.

– Teraz, do jasnej cholery!

– Aldona! – upomniał ją Kajetan.

– Co, Aldona? Co, Aldona?! – oburzyła się kuzynka. – Wracam sobie po dwóch miesiącach z pięknych Bieszczad, gdzie wreszcie udało mi się odnaleźć coś sensownego…

– Widziałaś się z Michaiłem? – próbowała zgadnąć, jakby nigdy nic, jedna z bliźniaczek.

– Coś do tej pory mi nieznanego, jak na przykład święty spokój, czyli niezamartwianie się o matkę, ojca, młyn, wnuczki wychowywane bez rodziców, nie wspominając już o zwariowanych siostrach… delikatnie mówiąc. Już mi się wydaje, że wreszcie na stare lata dany mi będzie jakiś spokój, radość z życia, które nie wiadomo kiedy minęło…

– Jak każdemu – wtrąciła Adela.

– Nie, mnie szybciej i nie będę wam tłumaczyć dlaczego. Wracam więc sobie w cudownym nastroju, słyszę, że mój jedyny syn lada moment przyjedzie z Iraku, więc już w ogóle pełnia szczęścia, a tu nagle… Jutro w komendzie – zwróciła się do sióstr, wymachując im przed nosem palcem wskazującym – tak was podejdą, że wyśpiewacie wszystko. I to, co trzeba, i czego nie trzeba, żebyście wiedziały…

– Powiemy wszystko – oświadczyła jedna z bliźniaczek, siadając na ławce – tylko już przestań.

Druga zrobiła to samo, po czym przesunęła obojętnym wzrokiem dookoła i powiedziała:

– Bo my tylko chciałyśmy pokochać kogoś tak jak ty Michaiła…

– I żeby nas tak ktoś, jak Michaił ciebie, pokochał – dodała pierwsza.

 

Długo trzeba było na tę miłość i wymarzonych chłopców czekać. Może gdyby nie postanowienie, że oddadzą serca tylko braciom bliźniakom, dawno już by wśród tego tabunu kawalerów starających się o ich względy godnych siebie znalazły. Ale one nie!

Setki ogłoszeń, jakie uparcie słały do różnych gazet, zaowocowały kilkunastoma spotkaniami, które, oprócz rozczarowań, nic Zuli i Natce nie dały. Z każdym kolejnym natomiast robiło się coraz gorzej. Już mniejsza z tym, że kandydaci wcale nie byli tak jednakowi, jak by sobie tego życzyły, lecz oprócz tego wymagały od swych przyszłych mężów kultury, delikatności, jako takiej inteligencji i choćby odrobiny romantyzmu. Niestety.

Już straciły wszelką nadzieję, już zaczęły się godzić z losem starych panien, gdy tu naraz, z końcem lata pięćdziesiątego dziewiątego, przyszedł list: krótki, rzeczowy i piękny, a w nim zdjęcie dwóch identycznych przystojniaków. Gdyby nie to, że siostry miały już pewne doświadczenie i wiedziały, iż nie wszystko złoto, co się świeci, od razu by się w tych chłopcach zakochały. Nie, takie głupie to nie były, wiedziały, że fotografie czasem kłamią, a piękne słówka zwodzą, postanowiły więc poczekać i owo niezwykle pozytywne pierwsze wrażenie skonfrontować z rzeczywistością. Napisały więc do dwóch pięknych chłopców na poste restante… Nie, nie zaniepokoiło ich to poste restante, dlaczego miałoby je zaniepokoić – same z początku, jak jeszcze się wstydziły przed ojcem i siostrą, że w taki sposób szukają mężów, stosowały tę praktykę. Napisały więc do nich i zaprosiły do Osady.

Miesiąc później bracia Kowalscy, Staszek i Zbyszek, zjawili się we młynie. Zula z Natką, widząc z okna swego królestwa na poddaszu, jak idą drogą od Konar, zbiegły szybko na dół, o mało nie łamiąc nóg, i wyszły gościom naprzeciw. Na ugiętych kolanach, bo już z daleka widać było, że fotografia nie kłamała. Zaraz też okazało się, że piękne słówka listu to tylko skromna zapowiedź ich ogłady i inteligencji. Siostry odetchnęły z wielką ulgą, po czym, w jednej chwili, na raz dwa trzy bez pamięci się w nich zakochały – Zula w Staszku, Natka w Zbyszku bądź odwrotnie.

Co było dalej, to każdemu z grubsza wiadomo…

 

– Nie każdemu – sprostowała w tym momencie Aldona – bo Adela i Kajetan mogli jedynie widzieć, jak się z nimi prowadzacie po Osadzie, ale żadnej wiedzy, poza tym, że cholernie przystojni, na ich temat nie mają.

– A po co im teraz wiedzieć…

– Po tylu latach, Aldona – protestowały nieśmiało jedna przez drugą – po co im wiedzieć cokolwiek…

– Po to – ostro ucięła ich sprzeciw starsza siostra – że po tylu latach okazuje się, iż mamy poważny problem. Już teraz widzę, i chcę, by Adela i Kajetan, na których życiową mądrość bardzo teraz liczę, byli świadomi, że gdyby poza piękną aparycją wasi kawalerowie nie mieli innych zalet, nie byłoby sprawy.

– Racja – poparł Aldonę Kajetan.

– Chcę więc, żeby wiedzieli – kontynuowała – że oboje z ojcem, widząc z kuchennego okna tych przystojniaków, prowadzonych przez was do domu, spojrzeliśmy na siebie i parsknęliśmy śmiechem.

– Dlaczego? – spytały Zula i Natka, bardzo urażone.

– A czego się można było po takich pięknisiach spodziewać? – odparła. – Ojciec powiedział, że na pewno głupie jak buty z lewej nogi albo jakieś ostatnie jełopy, ja mu przytaknęłam. A tu proszę, wchodzą… – Tu Aldona zaczęła chodzić po tarasie i, obrazując gestami zachowanie braci, kontynuowała: – Tacy grzeczni, trochę nieśmiali, co już dobrze o nich świadczyło, ale nie to, że spanikowani… Dla mnie bombonierka, dla ojca porządna wódeczka, ojciec już zadowolony, ja jeszcze bardziej, bo widzę po oczach, że obaj niegłupi, słyszę, że ważą każde słowo, nawet komplementy pod moim adresem niezbyt przesadzone, no, pełna kultura jednym słowem…

– Czyli pierwsze wrażenie pozytywne – wtrąciła Adela. – Wymarzeni chłopcy.

– Drugie, trzecie i dziesiąte też! – dodała Aldona na jednym wydechu. – Po prostu ideały.

– A nam czegoś brakowało? – spytała nieśmiało jedna z bliźniaczek.

Aldona zmierzyła je wzrokiem.

– Jak zwykle chyba rozumu, patrząc z dzisiejszej perspektywy, do czego zapewne dojdziemy, wtedy jednak wydawało się, że wreszcie trafili wam się… dobrze to, Adela, ujęłaś… wymarzeni kawalerowie. Ten takt, ta ogłada! Jak wiedzieli, co powiedzieć, o co zapytać!

– A o co tak znowu pytali, żeby się teraz nad tym rozwodzić i zachwycać? – burknęła druga z sióstr.

– Było jakoś tak koło południa, więc ja się złapałam za obiad, a ojciec jeszcze ich delikatnie sondował – zignorowała jej burknięcie Aldona, już teraz zwracając się tylko do Konarskich. – Tatuś, jak wiecie, nie miał zaufania do mruków, ale na gaduły po prostu był uczulony…

– Najgłośniej i najwięcej krzyczą ci, co najmniej mają do powiedzenia, nieraz tak mówił wujek, to prawda – potwierdził Kajetan.

– Więc już było widać, że pod tym względem nie ma im nic do zarzucenia – kontynuowała najstarsza Bogdanowiczówna – a jak zainteresowali się młynem, wypytując o różne szczegóły, tak zaraz otworzył tę ofiarowaną wódkę, nalał do trzech szklanek, mniej więcej do połowy…

– I jak zobaczył, że wypili bez żadnego obrzydzenia – zaczęła dalej opowiadać jedna z bliźniaczek – tak zawołał: „No to chodźcie, chłopaki, do młyna, wszystko wam pokażę”…

 

Tam chyba ostatecznie przekonał się, że to nie jakieś chłystki, półgłówki, a już na pewno nie ostatnie jełopy, więc gdy wrócili po jakiejś godzinie, kazał im dać obiad i ugościć, jak się należy. Musieli zrobić na nim naprawdę dobre wrażenie, bo, usłyszawszy podczas tego obiadu, że przyjechali aż spod Wrocławia, zaproponował, żeby przenocowali. Trochę się przed tym wzbraniali, twierdząc, że nie wypada tak po pierwszej wizycie, ojciec jednak miał już swoje zdanie na ten temat.

– Po pierwszej czy po dziesiątej… – zaczął, świdrując wzrokiem córki, które w tym momencie wstrzymały oddech. – Jesteście w podróży, a taka okoliczność ma swoje prawa, koniec gadania.

– No to zostaniemy – tamci na to.

Zula z Natką odetchnęły z ulgą, a Aldona uśmiechnęła się zdawkowo, widząc, że siostry wreszcie doczekały się tego, o czym od tak dawna marzyły.

Po cudownym wieczorze, który spędzili we czwórkę na poddaszu, bliźniaczki zeszły na dół i położyły się w małym pokoju, oddając swoje królestwo kawalerom. Położyły się, lecz nie zasnęły, tylko szeptały do rana. Nic dziwnego więc, że nazajutrz zaspały trochę, a może nawet i bardziej niż trochę, bo gdy weszły do kuchni, Aldona sprzątała już po śniadaniu. Po liczbie talerzyków, które zbierała ze stołu, zgadły, że bracia już jedli.

– Witamy śpiące królewny! – zwróciła się do nich żartobliwie. – Ładnie to tak?

– Gdzie oni są? – spytały bez tchu.

– Jak gdzie? Odjechali – odparła Aldona, widząc jednak, jak zbladły, roześmiała się głośno. – Żartowałam, głupie! – uspokoiła je zaraz. – Znowu z ojcem we młynie. Od świtu. Wszystko ich ciekawi, wszystkim się interesują, ojciec wniebowzięty.

Ojciec był bardziej niż wniebowzięty.

– Zula, Natka! – zawołał, gdy tamci odjechali. – Już nie prenumerujcie tych babskich gazet!

– Dlaczego, tatusiu?

– Bo kogo miałyście znaleźć, to już znalazłyście. „Dlaczego”, jeszcze się pytają!

One także już to wiedziały: znalazły swoje miłości i nie zamierzały dalej szukać. Chociaż, prawdę mówiąc, do końca nie były pewne, czy ich piękni chłopcy równie mocno się zaangażowali. Dopiero na pożegnanie, gdy całą czwórką stali na rozdrożu, dokąd ich odprowadziły, bracia przytulili je z całej siły i wyznali, że jadąc tu, nie spodziewali się aż tak wiele. I że teraz, choć tak biedni, są już bogaci, bo trafili na takie dwa skarby. Takie perły najcenniejsze, które należałoby oprawić w złoto i chronić, żeby nie powstała na nich najmniejsza rysa. Zula z Natką aż tak wielkiej ochrony przed życiem nie potrzebowały, bo dotąd nieźle sobie radziły, miło było jednak coś takiego słyszeć. Na pytanie, czy prędko się zobaczą, tamci zapewnili, że najprędzej, jak się da, a więc gdy tylko uzbierają na kolejną podróż. Opiekują się schorowaną matką, bo nikogo oprócz niej nie mają na tym świecie…

– Nas macie – wymknęło się Zuli bezwiednie. Zawstydzona odwróciła wzrok i cichutko dodała: – Nas już teraz macie.

– Naprawdę? – spytali jednym głosem, po czym każdy z osobna szepnął do ucha swej wybrance, że następnym razem, jak tu przyjadą, poprosi pana Bogdanowicza o jej rękę.

– Kiedy? – spytały bez tchu.

– Wkrótce.

– Tak szybko…? – Zawahały się.

– Czy nie widzicie, że jesteśmy dla siebie stworzeni? – Usłyszały w odpowiedzi. – Na co tu czekać?

Na nic. Wróciły do domu jak na skrzydłach.

Nazajutrz, gdy emocje trochę opadły, zaczęły się zastanawiać, czy to nie zbyt piękne, by było prawdziwe. Dwaj jednakowi chłopcy, blondyni, jak one, zabójczo przystojni i inteligentni – w najśmielszych snach nie oczekiwały aż tak wiele. Czas miał pokazać, czy sen się ziści.

Już po paru dniach przyszedł płomienny list, jeden do nich obu, i odtąd co dzień przychodziły kolejne. Bracia Kowalscy w pięknych słowach pisali o miłości, która spadła na nich jak grom z jasnego nieba, a bliźniaczki rozpływały się w tych słowach niczym kawałek czekolady w spragnionych słodyczy ustach. Ojcu wprawdzie trochę się to nie podobało, bo odniósł wrażenie, że wreszcie pojawili się tu konkretni faceci z jajami, a nie jacyś korespondencyjni picusie-glancusie, i zaczął powątpiewać, czy z takiego listownego lania wody coś będzie, Aldona jednak… Niech sobie przypomni… bardzo je wspierała.

– Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje – pewnego dnia przypomniał ludowe przysłowie ojciec, coraz bardziej zniesmaczony listami braci, które jego córki czytały na głos dziesięć razy dziennie. Ile można. – Niech przyjadą, jak wam obiecali, niech pokażą, że są facetami, wtedy będziemy gadać.

– Jeden opiekuje się chorą matką, drugi tyra na leczenie dla niej, tatusiu – broniły swych wybranków bliźniaczki. – I tak na zmianę.

W końcu, z początkiem grudnia, chłopcy napisali, że po świętach wreszcie mogą przyjechać. Jeszcze tego samego dnia Bogdanowiczówny odpowiedziały, że w takim razie miło by było spędzić sylwestra w rodzinnym gronie, do którego wkrótce – taką mają nadzieję – obaj dołączą i nazajutrz, jak tylko listonosz pojawił się w Osadzie, dały mu list do wysłania. Odtąd nieprzytomnie odliczały dni do tego ostatniego w roku, który miał być najszczęśliwszym w ich życiu. Aż w końcu ów dzień nadszedł…

 

W tym momencie, żeby zrozumieć, co się wówczas stało, trzeba wrócić do owego wieczoru podczas pierwszej wizyty, który spędzali we czwórkę w pokojach dziewcząt na poddaszu.

Były tam dwa spore pomieszczenia, jedno dzienne, drugie nocne i mały przedsionek między nimi, skąd prowadziły schody na dół. Już pomijając wszelkie szczegóły, którymi po tylu latach nie ma sensu nikogo zanudzać, wystarczy powiedzieć, że jak tylko z ust ojca padła niepodlegająca dyskusji propozycja, żeby gościom zapewnić nocleg, Zula z Natką klasnęły z zadowoleniem w dłonie, bo tak się pięknie złożyło, że całą górę miały wysprzątaną, okna były umyte, a w łóżku leżała czyściutka, wykrochmalona pościel. Pod poduszką każdej leżało jeszcze coś, o czym nieszczęsne bliźniaczki w całej tej euforii i tak wtedy szczęśliwe, zapomniały…

 

– No, no… – przerwała opowieść Adela Konarska. – Przechodzimy do pikantnych szczegółów?

– W tym rzecz, że niestety nie – odparły jednym głosem.

– Więc o co chodzi? – spytała podejrzliwie starsza siostra.

Popatrzyły na siebie, westchnęły głęboko, po czym szybko i nie dając nikomu dojść do słowa, jakby chciały się natychmiast czegoś pozbyć, jedna przez drugą wyjaśniły:

– Otóż były tam dwa pistolety.

– Pod poduszkami.

– Tak, te same, które owego koszmarnego dnia wiosną czterdziestego piątego przyłożyłyśmy sobie, jedna drugiej, do czoła i, których, zaraz potem, gdy pojawił się na tarasie Michaił Janczar i zapobiegł tragedii, miałyśmy się pozbyć.

– Nie pozbyłyśmy się, cóż z tego! Przecież wszyscy wiedzą, jakie byłyśmy zwariowane na punkcie broni! Nie o to teraz chodzi!

– Chodzi o to, że Staszek i Zbyszek, zadowoleni z luksusowego noclegu, rzucili się na nasze łóżko, z tej radości chwycili za poduszki i zaczęli się nimi ze śmiechem okładać.

– Oczywiście spostrzegli pistolety i tak się wystraszyli, że w jednej chwili odechciało im się zabawy. Wtedy to my zaczęłyśmy się śmiać…

– Patrzyli na nas jak na wariatki, trzeba więc było im wytłumaczyć, a potem zademonstrować, bo wciąż nie dowierzali, że broń nienabita, a leży sobie, bo leży.

– Jedni śpią z kotami, inni z pluszakami, no a my z pistoletami, cóż w tym dziwnego. Nabite czy nie, dawały nam poczucie bezpieczeństwa, pomijając już inne względy, czyli na przykład swego rodzaju przyjemność z samego ich posiadania.

– Ja chyba śnię! – wydarła się siostrom w twarz Aldona.

– Daj już spokój! Niech mówią! – upomniał ją ostro Kajetan.

Zula i Natka podziękowały mu wzrokiem i już, zdecydowanie spokojniej, kontynuowały.

 

Potem więc, gdy chłopcy uspokoili się nieco, opowiedziały im, co zaszło wtedy na tarasie, nie pomijając tych dramatycznych chwil, gdy, chcąc uniknąć najgorszego ze strony czterech ruskich bojców, wymierzyły do siebie i na „raz dwa trzy” zwolniły spusty.

– Na „raz dwa trzy”?! – wykrzyknęli bliźniacy.

– Jak wiele innych rzeczy – odparły, nie tłumacząc nic więcej.

Teraz, powracając do owego nieszczęsnego sylwestra, można powiedzieć tylko tyle, że to, co się wtedy stało, było jedynie konsekwencją tamtego pięknego wieczoru. Idąc nieco dalej, śmiało można dodać, że gdyby bracia podczas pierwszej wizyty nie zrobili tak dobrego wrażenia na ojcu, być może do drugiej by nie doszło, a jeśli nawet, to straty mogły być całkiem innego rodzaju i, o ile w ogóle by były, to po stronie Zuli i Natki, a nie ich kawalerów. Dlaczego? Już tłumaczą.

 

Otóż trzydziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku, chwilę po tym jak Aldona i ojciec udali się do Konarskich, Zula z Natką, nie mogąc usiedzieć w miejscu, ubrały się i wyszły na drogę. Doszły do figurki, popatrzyły w stronę Konar, wróciły i, widząc światło we młynie, zaszły tam, by pogadać z Jerzykiem Drozdowskim, przypomnieć mu, jaki to dzień i która godzina. Dla Jerzyka dzień był zwyczajny, a pora w sam raz, żeby poprzestawiać paki, powymiatać resztki starej mąki i resztki zboża, pozalepiać mysie nory. Usłyszawszy stłumione ujadanie psów, pożegnały go szybko i ruszyły do domu. Zanim tam doszły, usłyszały skrzypienie butów na zmrożonym śniegu i ujrzały dwa migające w powietrzu ogniki papierosów. Chwyciły się za ręce i mocno ścisnęły.

– Są… Przyjechali… – wyszeptała jedna.

– To się tatuś zdziwi – dorzuciła druga.

– Poczekajmy, niech wejdą na podwórko.

– Po co?

– Po to, żeby nie widzieli, jak ich wyglądamy. Wracamy sobie niby ze spaceru… Niech nie myślą.

– Racja, niech sobie za dużo nie myślą.

Drżąc z emocji, z głowami pełnymi kłębiących się myśli, ukryły się za gołym o tej porze roku, lecz dostatecznie gęstym krzakiem jaśminu przy płocie. Wstrzymały oddech, gdy chłopcy stanęli pod furtką, objętą słabym światłem żarówki wiszącej nad gankiem. Jeden z nich już ją otwierał, gdy drugi nagle chwycił go za ramię.

– To co, wyjeżdżamy od razu z koksem, czy też rozmiękczamy dalej rodzinkę i jeszcze z raz się tu fatygujemy? – Usłyszały głos jednego z braci, jakże obcy, jakże inny od zapamiętanego.

A potem odpowiedź drugiego:

– Chce ci się tu jeszcze przyjeżdżać? Na to zadupie? One już miękkie, a na rodzinkę lepiej uważać. Stary, jak stary, ale siostrunia nie w ciemię bita. Bierzmy, ile się da, i spieprzajmy. Chyba widzisz, że tu i tak za dużo się nie skorzysta, to na cholerę mamy jeszcze na bilety tracić.

– A to już nie do mnie pretensje. Zawsze mówię, że najlepiej wyszukiwać samotne panny, a jeszcze lepiej wdówki. Z tymi wszystko zrobisz, ostatni grosz wyciągniesz i do końca zdziwione. Do końca nie wierzą… Rodzina to zawsze spore ryzyko, bracie.

– No ale jak takie ładne!

– Fakt, niebrzydkie. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Co myślisz, bracie?

– Myślę, że skorzystamy. Z tego na pewno!

Parsknęli śmiechem, rzucili papierosy i weszli na podwórko.

To niewiarygodne, jak szybko dotarła do Zuli i Natki straszna prawda. Cud, że ich, takich jeszcze chwilę przedtem szczęśliwych, nie zabiła. Wręcz odwrotnie. Spojrzały na siebie w ciemności, znowu ścisnęły się za ręce, odczekały chwilę, po czym w milczeniu skierowały się do furtki. Dopiero tam zaczęły się śmiać, szczebiotać wesoło, udając, że wracają ze spaceru.

Trudno im teraz o tym mówić, więc może w jakimś wielkim skrócie. Po czułym powitaniu, które musiały znieść, weszli do domu. Zaproponowały braciom coś ciepłego. Herbatę i kąpiel. Tamci, zmordowani podróżą i zziębnięci, chętnie na jedno i drugie przystali. Siostry, nie chcąc, by oszuści zaczęli coś podejrzewać, nie przestawały się śmiać i wesoło szczebiotać, czy to podając im gorącą herbatę, czy też szykując gorącą kąpiel; jednym słowem, żadnym gestem czy grymasem twarzy nie zdradziły się, że już wszystko wiedzą. Dopiero gdy tamci weszli do łazienki, wzięły ich niewielkie torby podróżne i ruszyły z nimi na górę. Tam wpadły na moment w panikę, nie mogąc znaleźć woreczka z nabojami, ale w końcu któraś wygrzebała go w pudełku ze ścinkami, a wtedy się uspokoiły, wyjęły spod poduszek pistolety, załadowały je i położyły z powrotem.

– Myślisz, że spróbują nas wykorzystać? – spytała jedna drugą, jakby szukając usprawiedliwienia czy też powodu do załadowania broni po raz pierwszy od zakończenia wojny.

– Od tego zaczną – usłyszała w odpowiedzi.

Trudno uwierzyć, że poza tym z ich ust nie padł żaden komentarz wobec zaistniałej sytuacji. Świat im się nagle zawalił i nic? To „nic” mówiło wszystko, dalsze słowa były już zbyteczne.

Gdy bracia, w samych ręcznikach zawiązanych na biodrach, weszli po kąpieli na górę, bliźniaczki siedziały na łóżku, jedna koło drugiej, z rękoma skromnie ułożonymi na kolanach. W myślach, bez zbędnych słów, porozumiały się, że jak tylko tamci zaczną się do nich przystawiać, wyciągną pistolety spod poduszek, przyłożą oszustom do piersi i każą im iść do wszystkich diabłów. Oczywiście, że mogły im to powiedzieć bez spektakularnych rekwizytów, lecz uznały, że po takim upokorzeniu odrobina dramatyzmu im się należy.

Niestety, w pewnym momencie straciły kontrolę nad przewidzianym rozwojem wypadków, gdy niewinnie zapytały braci o powód ich zatroskanych min. Tak nagle. Pytanie było prowokacyjne, rzecz jasna, bo przecież wiedziały, że tamci coś knują.

– Cóż się tak nagle stało, Zbysiu? – chciała wiedzieć Zula.

– Skąd nagle ten smutek, Staszku, w twych ukochanych oczach? – drwiła w żywe oczy Natka.

– Kąpiel była za zimna?

– Za gorąca?

– Może jeszcze kubek herbaty?

– Albo po kieliszeczku na rozgrzewkę…

– Po kieliszeczku tak! – odrzekł wreszcie Zbyszek czy raczej Grzesiek, mniejsza o to. – A smutek… No cóż, nie chcieliśmy psuć wam pięknego wieczoru naszymi kłopotami…

– Wasze kłopoty są naszymi – oświadczyły razem.

Teraz już wiedzą, że najlepiej byłoby wtedy wyjąć spluwy spod poduszki, zademonstrować, że nabite, i w tym momencie wszystko zakończyć. Wtedy jednak tego nie wiedziały, pozwoliły więc chłopcom wyżalić się, co ci uczynili z wielce zatroskanymi minami.

Zaczęli od tego, jak bardzo im wstyd, że pierścionki zaręczynowe, z którymi mieli tu przyjechać, leżą sobie na wystawie u jubilera, bo zwyczajnie nie było ich na nie stać. Na podszytą fałszem uwagę jednej z sióstr, że do zaręczyn może dojść bez pierścionków, gwałtownie się sprzeciwili, bo co to, to nie, nigdy w życiu. Może są biedni i zacofani, ale matka im wpoiła, że pewne tradycje trzeba pielęgnować i trzymać się ich bez względu na wszystko. Więc się trzymają, nie tylko z szacunku dla niej, ale też z miłości do swych wybranek, z którymi chcą spędzić resztę życia, bo drugich tak cudownych istot nie znajdą.

A jeśli już mowa o matce… Tu obaj padli sobie w objęcia i zaczęli chlipać melodramatycznie, co już naprawdę było nie do wytrzymania, po czym otarli łokciami rzewne łzy i przeszli wreszcie do rzeczy, mówiąc, że pieniądze na łapówkę dla specjalisty, który podjął się wyleczyć matkę, ktoś ukradł, więc można sobie wyobrazić, co obaj teraz czują i w jak tragicznym położeniu się znaleźli. Nie dając siostrom czasu na przełknięcie tej wiadomości i wyrażenie w taki czy inny sposób współczucia, dokręcali śrubę, mówiąc jeden przez drugiego:

– Największym marzeniem mamy było zobaczyć nas przed ołtarzem.

– Jak się dowiedziała, że wreszcie znaleźliśmy śliczne, mądre i dobre panny, złożyła ręce i powiedziała: „O Boże, gdybym tylko mogła doczekać tej pięknej chwili…”.

– Więc obiecaliśmy jej, że doczeka.

– Przyrzekliśmy jej to.

– I chwytaliśmy się każdej roboty, żeby uzbierać pieniądze…

– Dla matki.

– Dla niej wszystko.

– W robocie nie przebieraliśmy.

– Na ryj padaliśmy, ale co tam, każda złotówka się liczyła.

– Kopaliśmy rowy…

– Ładowaliśmy ciężkie wory z cementem…

– Rozładowywaliśmy wagony węgla…

– Jaka to kwota?! – Bogdanowiczówny przerwały wreszcie tę żałosną wyliczankę.

– Pięć tysięcy – padła natychmiast odpowiedź.

– Oooo… – zdziwiły się. – To duża suma.

– Duża i nieduża.

– Do zarobienia.

– Do uskładania.

– W każdym razie nie to, że nieosiągalna.

– Właściwie, jakby się tak zastanowić… Osiągalna dla każdego.

– No może prawie dla każdego. My musimy tyrać na nią przez kolejne miesiące.

– Ciężko tyrać, bracie, ale co to dla nas, nie boimy się pracy.

– Dla matki wszystko.

– Tylko czy ona doczeka…

– Właśnie, to jest problem.

– Chyba żeby…

– Żeby co?

– Chyba żeby nam ktoś pożyczył…

– Kto nam pożyczy pięć tysięcy? Obcy?

– No tak. Rodziny przecież nie mamy.

– Oprócz matki…

Bliźniaczki już miały tego naprawdę dość. Spojrzały na siebie, na roznegliżowanych przystojniaków, dla których jeszcze godzinę temu były gotowe na wszystko i, nie dając po sobie nic poznać, powiedziały, że z każdej sytuacji, nawet tak trudnej, jest jakieś wyjście. Poparły swoje słowa promiennym uśmiechem, po czym, mówiąc, że przed wyjściem do Konarskich, gdzie wszyscy ich z wielką niecierpliwością oczekują, przydałby się ów wspomniany kieliszeczek na rozgrzewkę, ruszyły do schodów, oglądając się zalotnie na chłopców. Już nawet zeszły po nich prawą skrzypiącą stroną do półpiętra, po czym, zdjąwszy domowe pantofle, wróciły lewą do szczytu schodów. Tam najpierw usłyszały stłumiony chichot braci, a następnie rzucone przez któregoś półszeptem słowa:

– Jak myślisz, chwyciły przynętę?

– Masz! Połknęły haczyk bez mrugnięcia, teraz wystarczy tylko odpowiednio manewrować żyłką, a dopłyną do brzegu, ślepo wierząc, że to jedyna droga do wyśnionego ołtarza.

– Stary też nie mrugnie. Pięć tysiaków to niewygórowana cena za pozbycie się dwóch starych panien z domu.

– Migiem sobie odrobi we młynie na boku, można było podać wyższą kwotę.

– A kto wiedział!

– Dobra, nie ma co, bo zaczną coś podejrzewać, już takie głupie nie są, przeżyjemy.

– Pod warunkiem, że dostaniemy coś na osłodę.

– Przed nudnym wieczorem z rodzinką, koniecznie.

Kolejny stłumiony chichot uderzył Zulę i Natkę jak rzemienny bat; zgięły się wpół, oparły o ścianę i zamarły. Jednak odgłos sprężyn w wysłużonym materacu, świadczący, że Kowalscy rzucili się na łóżko i czekają na swego rodzaju rekompensatę, to już było za wiele. Spojrzały na siebie, a potem w dół na półpiętro, gdzie leżały zdjęte pantofle i już zaczęły schodzić, żeby je włożyć i z przytupem wrócić, a wtedy stało się coś, co je w jednej chwili zatrzymało.

– Co za kretynki. – Usłyszały głos jednego z bliźniaków. – Żeby spać z bronią pod poduszką… I to nienabitą?!

– Jak to one mówiły… – Usłyszały głos drugiego. – Raz, dwa, trzy…

Potem rozległ się strzał. Zdawało im się, że jeden, lecz gdy wpadły do sypialni, ujrzały obydwu braci leżących obok siebie na łóżku, każdy z dziurą od kuli pośrodku czoła, martwych…

 

W tym momencie bliźniaczki zamilkły i z głębokim westchnieniem spojrzały sobie w oczy. Mimo trzech dekad, które minęły od tamtej pory, wciąż było to bolesne wspomnienie.

– Martwych? – powtórzyła za nimi Aldona.

– Strzelili do siebie? – dopytywał się Kajetan.

Siostry tylko potakiwały.

– Na raz dwa trzy?

Nadal kiwały głowami.

– I… i co z nimi zrobiłyście? – delikatnie zagadnęła kuzynki Adela Konarska.

Wszyscy troje zbliżyli się do Zuli i Natki, patrząc na nie wyczekująco, z naleganiem. Nic więc dziwnego, że tamte w końcu nie wytrzymały.

– A co miałyśmy zrobić?! – wybuchnęły. Jedna miała łzy w oczach, druga zaciśnięte pięści, obie były na skraju wytrzymałości.

Aldona chodziła w kółko po werandzie, ręce przycisnęła do twarzy. W końcu zatrzymała się i zerknęła na Konarskich, jakby szukała u nich pomocy. Kajetan przejął inicjatywę.

– Która to mogła być godzina? – spytał.

– Co?!

– Gdy to się stało.

– Siódma, ósma… Bardziej ósma – odpowiedziały.

– Przyszłyście do nas tuż przed północą… Zmarznięte, nieswoje – kontynuował Konarski tonem rasowego detektywa, odtwarzającego przebieg zdarzeń – co wszyscy wzięliśmy za oznaki rozczarowania i zawodu, że wasi chłopcy nie przyjechali…

– Zabawne, że po tylu latach człowiek pamięta takie rzeczy – wtrąciła Adela.

– I nikomu do głowy nie przyszło, że wy w tym czasie pozbywałyście się dwóch trupów.

– Kajetan! – zareagowała ostro żona, lecz nic sobie z tego nie robił.

Zula z Natką jakby nagle ochłonęły z emocji; podniosły wreszcie głowy, nie bojąc się spojrzeć prawdzie w oczy i, w kontekście wygrzebanej, nomen omen, zaistniałej sytuacji, zmierzyć się z wypadkami z przeszłości.

– Co miałyśmy zrobić… – znowu zaczęły opowiadać, tym razem z niezwykłym spokojem. – Poleciałyśmy do młyna.

– Do Jerzyka?

Potwierdziły i dalej referowały oddzielnie:

– Nawet okiem nie mrugnął, jak mu powiedziałyśmy, co się stało.

– Tylko chwycił spod młyna sanki, drugie kazał wyciągnąć z naszej szopy i weszliśmy we trójkę na górę.

– Razem z Natką wytaszczyli ciała na dół, a ja w tym czasie robiłam porządek na łóżku…

– Nie, to ja szybko zmieniłam zakrwawioną pościel, a ty z Jerzykiem wynieśliście ich z domu.

– No co ty! Dobrze pamiętam, że to ja zajęłam się łóżkiem, a ty…

– Chyba coś nie tak z twoją pamięcią, bo było akurat odwrotnie. Stałam i zastanawiałam się, co zrobimy z poduszkami, bo jak zdjęłam powłoczki, to okazało się, że krew przesiąkła…

– Ja się nad tym zastanawiałam.

– Właśnie że ja…

– Jakie to ma teraz, do jasnej cholery, znaczenie?! – rzuciła im w twarz Aldona. – Opamiętajcie się!

Uspokoiły się w jednej chwili.

– Ułożyliśmy ich na sankach.

– Jednego na jednych, drugiego na…

– Może już bez zbędnych szczegółów – zaproponował ze stoickim spokojem Kajetan.

Siostry rzuciły sobie wzajemnie krótkie, aczkolwiek pełne urazy spojrzenia, po czym już bez zbędnych szczegółów opowiedziały, jak to zaciągnęły ciała braci do zarośniętego chaszczami torfowiska, gdzie według Jerzyka ludzka stopa nie stanęła od lat, tak było niedostępne.

 

Już na pierwszych nierównościach zwłoki zsunęły się z tych sanek, więc Jerzyk, klnąc siarczyście, wrócił po sznury. Przy okazji wziął szpadel i parę worków. Tak wyposażeni dotarli do torfowiska, gdzie, przedarłszy się przez kłującą tarninę, zaczął odgarniać śnieg, żeby nieboszczyków jako tako przykryć, bliźniaczkom natomiast kazał ponaciągać na ciała worki i obwiązać sznurami, to jednak wydało się siostrom zbyt makabryczne, więc spróbowały się wykpić, pytając, co to da.

– Coś tam da! – warknął Jerzyk. – Przynajmniej doleżą pod śniegiem do odwilży w całości! Dół z dala od pól ornych, między łąkami, to chłopy tu wcześni jak do sianokosów nie przyjdą, a ja do ty pory zdążę ich zakopać. Torf puszysty, bez gliny, pierwszy puści, już spokojna wasza głowa, dopilnuję wszystkiego, a wy, jak macie mi tu stać i nic nie robić, to lepiej wracajcie do domu, sam se poradzę, tylko mi latarkę zostawcie.

Tak zrobiły. Pognały pędem przez zawiane śniegiem łąki, nie wiadomo kiedy dotarły do Osady, a tam, złapawszy nieco tchu, od razu udały się do Konarskich. Dochodziła północ…

 

Korzystając z osłupienia słuchaczy, bliźniaczki, jedna po drugiej, zaczynają się tłumaczyć:

– To wszystko działo się tak szybko.

– Potoczyło się jak kula śniegu pchnięta z górki.

– A my przecież nic złego nie zrobiłyśmy…

– Jerzyk powiedział, że nawet jak milicja uwierzy, że sami do siebie strzelili, to i tak wsadzą nas do więzienia za posiadanie broni…

– Nie zdążyłyśmy się zastanowić…

– Tak byłyśmy przerażone.

Aldona, nieoczekiwanie, nic nie mówiła. Spoglądała w dal, na ciągnące się do zachodniego horyzontu łąki, pośród których przez trzydzieści lat przeleżały ciała dwóch młodych mężczyzn. Nie wiadomo, czy celowo tam patrzyła, bo twarz miała pozbawioną emocji, a wzrok obojętny, czy tylko tak sobie. W pewnym momencie dotknęła siwych włosów, spiętych w luźny kok z tyłu głowy, i rzekła:

– Gdyby nie to, że którejś suchej wiosny te chaszcze zajęły się od wypalanych łąk, a Mikuła wykarczował resztę, żeby mieć dostęp do torfu…

– Nie ma co gdybać – przerwał jej Kajetan – bo nic to teraz nie da, tylko trzeba się zastanowić, co dalej.

– Powiemy prawdę – zdecydowały w jednej chwili bliźniaczki – i niech się dzieje, co chce.

Aldona z głębokim westchnieniem zerknęła na siostry, oparła się o balustradę i rzekła:

– Chyba innego wyjścia nie ma. Nie wiem tylko, kto poza nami w taką prawdę uwierzy.

– I co z tego wyniknie – zakończył smętnym głosem Kajetan.

Zula z Natką odparły, że trudno, co ma być, to będzie. Nie było dnia od tamtej pory, żeby o tym nie myślały. Ciężar prawdy stał się już naprawdę nie do zniesienia. Potrzebują jakiejś ulgi, kary, a w jej konsekwencji rozgrzeszenia.

Adeli zrobiło się żal bliźniaczek.

– Jeszcze przemyślcie swoją decyzję – poradziła im na odchodne – bo jeśli się zastanowić, to niczym nie zawiniłyście…

– Poza głupotą i naiwnością niczym – wtrąciła swoje Aldona.

– A jak władza to zinterpretuje, jest wielką niewiadomą.

– Za spluwy na pewno bekną – kontynuowała ze złością starsza siostra. – Z tego ich nikt nie rozgrzeszy.

A jednak. Zula z Natką doczekały się rozgrzeszenia już następnego ranka. I to ze strony matki Niwińskich, która przyjechała do Konar pierwszym pekaesem. Krok za krokiem przydreptała od przystanku na rozdrożu, rozejrzała się po maleńkiej Osadzie, po czym weszła na podwórko Bogdanowiczów. Zapukała do drzwi, a gdy jej otworzono, powiedziała, kim jest. Zula z Natką wpadły w panikę, ale tylko na chwilę, bo w oczach matki bliźniaków nie dostrzegły wrogości, wręcz odwrotnie.

– Tak się cieszę – powiedziała ciepłym głosem staruszka – że wreszcie odnaleźli się moi chłopcy. Trzydzieści lat na to czekałam.

Aldona, widząc, co się dzieje, chwyciła sweter z krzesła i wyszła na dwór, młodsze siostry zaś wprowadziły przybyłą do kuchni, gdzie akurat szykowały sobie śniadanie. Posadziły kobietę przy stole, zrobiły herbatę, podzieliły się z gościem jajecznicą, po czym same usiadły i, jedząc powoli, opowiedziały, co tu się trzydzieści lat temu wydarzyło, jak wcześniej wyznały wszystko starszej siostrze i kuzynostwu. Nie pominęły żadnego szczegółu, ani razu się nie zająknęły; płynnie i bez emocji zdały matce relację z ostatnich godzin życia synów. Niwińska zaś, wysłuchawszy wszystkiego, podziękowała za śniadanie, po czym ujęła kościstymi palcami szklankę z herbatą i, pijąc małymi łykami, popatrzyła bliźniaczkom w oczy.

– Skrzywdzili wiele młodych kobiet – odezwała się wreszcie – i ani przez chwilę nie pomyśleli o matce. Wielu ojców czy braci tych biedaczek szukało zapewne jakiejś sprawiedliwości za łajdactwa, których się dopuścili. Jedni z nich… którzy – kto teraz to wie, szukaj wiatru w polu… podążyli za nimi aż tutaj i tu ich dopadli…

– Ale… – próbowały zaprotestować siostry.

– Wreszcie pochowam moich pięknych, kochanych chłopców – łagodnie przerwała im staruszka – na których tamtej sylwestrowej nocy żeście się nie doczekały, nic mi więcej już nie trzeba. Nic.

Kilka godzin później, podczas przesłuchania, siostry Bogdanowiczówny oświadczyły, że owszem, w sylwestrowy wieczór pięćdziesiątego dziewiątego czekały na swych narzeczonych, Staszka i Zbyszka Kowalskich, lecz ich się nie doczekały. Nie, nie wiedziały, że to Rafał i Grzegorz Niwińscy, bo skąd miały wiedzieć. Były młode, ufne i zakochane. Zeznania Niwińskiej, z których wynikało, że jej synowie żyli ponad stan, a także przedstawiony przez starą kobietę kalendarz ze skrupulatnymi zapiskami oszustów matrymonialnych, uwiarygodniły słowa bliźniaczek; siostry Bogdanowiczówny, oczyszczone z podejrzeń, wróciły do Osady.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI