Stanisław Berg. Trzeci brzeg Styksu - Krzysztof Beśka - ebook + audiobook

Stanisław Berg. Trzeci brzeg Styksu ebook i audiobook

Krzysztof Beśka

4,0

Opis

Koniec XIX-wieku. Łódź spowija dym wielkich kominów rozkwitających fabryk włókienniczych. Obok nieciekawych spelunek i ciemnych zaułków wyłaniają się reprezentatywne pałace bogaczy. Niespodziewana tragedia spotyka fabrykanta Friedricha Neumanna. Pod osłoną nocy porywacz atakuje jego sześcioletniego syna. Wkrótce okazuje się, że porwanie chłopca rozpoczyna serię tajemniczych zniknięć. Bez wieści przepada dziecko innego fabrykanta, a także zlicytowany szlachcic odwiedzający miasto. Śledztwo przejmuje prywatny detektyw Stanisław Berg. Czas nagli, a okoliczności stają się coraz bardziej problematyczne.

„Trzeci bieg Styksu" to pierwszy tom cyklu o Stanisławie Bergu, utrzymanym w klimacie retro. Kontynuację historii poznasz w kolejnych powieściach z serii: „Pozdrowienia z Londynu" oraz „Dolina popiołów".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 522

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 38 min

Lektor: Artur Ziajkiewicz

Popularność




Krzysztof Beśka

Trzeci brzeg Styksu

Saga

Trzeci brzeg StyksuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2012, 2020 Krzysztof Beśka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726594485

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Łódź zasypiała.

Jednostajny pomruk tramwajów, podmiejskich pociągów, ostatnich fabryk, wreszcie ludzkich szeptów, modlitw i złorzeczeń – przed chwilą jeszcze wyraźny, niczym buczenie natrętnego owada – nagle zaczął się rwać, jakby muzykowi, który dął w ustnik instrumentu, zabrakło powietrza. Jeszcze raz czy dwa jęknie rozpaczliwie i zarzęzi, uderzając w wyższe tony, co podobne będzie wołaniu o ratunek lub – przeciwnie – szybszy koniec, by wreszcie zamilknąć zupełnie. Kto wie, czy nie na zawsze...

Po chwili rozdarła się syrena; modulowany, raz cichnący, to znów głośniejszy dźwięk nie wzywał jednak ludzi na zasłużony spoczynek; dobiegał od pojazdu z niebieskim światłem na dachu, bo gdzieś, to pewne, znów górą było zło. Takich syren w głębokich wąwozach ulic rozlegnie się tej nocy jeszcze kilka, może kilkanaście, choć miasto dalej, nieporuszone, a może już martwe, pogrążać się będzie w mroku i ciszy.

Żadna siła nie powstrzyma łuszczącego się tynku elewacji starych kamienic, kruszejących murów zapomnianych tkalni i browarów, rdzewiejących bram niegdysiejszych pałaców i willi ani tym bardziej ręki z nożem czy kastetem, opadającej w bezlitosnym ciosie, w ciemnym zaułku między Wschodnią a Włókienniczą. Krew ludzka zmiesza się z deszczem i wodą kapiącą z dachów, w którą w czas odwilży przemienił się śnieg, z oddanym świeżo moczem i sosem z kebabów – jak na ironię, łagodnym...

– A pan to chyba przyjezdny, co? Po oczach poznaję. – Sprzedawca w małym sklepiku spożywczym na rogu ulic, oddzielonym od świata witryną z potężną kratą, kasował po kolei wszystkie produkty z koszyka; czytnik pojękiwał miarowo, a mężczyzna (może nawet sam właściciel przybytku, kawał chłopa – spokojnie dałby sobie radę w pojedynkę, broniąc swojej własności!) wciąż obserwował jedynego w tej chwili klienta. – Ale nie z Warszawy – ocenił po chwili, szeleszcząc plastikową reklamówką. – Mam rację?

– Skąd pan wie? – zapytałem, siląc się na uśmiech i swobodny ton, a nie było to wcale łatwym zadaniem.

– Za inteligentnie pan wyglądasz – zabrzmiała diagnoza. – Bo oni w tej Warszawie, proszę pana, w sejmie, w rządzie, telewizji, to chyba zupełnie zapomnieli, że niedaleko leży takie miasto Łódź. Dwie godzinki jazdy, a jakby koniec świata. Wyspa ludożerców! I równie duże, nie żadna tam pipidówka. Tam przypominają sobie o nas dopiero wtedy, gdy coś się dzieje złego. Bo mój znajomy to mówi, że u nas, jak w soczewce, ogniskuje się całe zło tego kraju. I nie ma racji?

W odpowiedzi tylko wzruszyłem ramionami, szukając gorączkowo oparcia dla wzroku. I znalazłem: na regale z alkoholami, wypełnionym po brzegi. Sprzedawca zaś ciągnął dalej, z coraz większym zapałem, a może i złością, która widać wreszcie znalazła ujście:

– Nie ma racji? Nie ma?! Sam pan powiedz. Jak odstrzelić łeb politykowi, to tylko w Łodzi. Dzieci zapeklować w beczkach albo podusić jak koty na złość swojej ślubnej – proszę bardzo! Dobić chorego zastrzykiem, zamiast go ratować, żeby zakład pogrzebowy miał zarobek – oczywiście, zapraszamy do nas! Nie, ludzie tak szybko nie zapominają. Zapytaj pan, kogo chcesz...

– Ile płacę?

– A ten mój znajomy, proszę pana, to mówi jeszcze, że cała Polska swoim kształtem przypomina jedną wielką dupę. A jeśli tak, to nasze miasto jest dziurą w tej dupie. Dwadzieścia trzy pięćdziesiąt poproszę. Możliwie jak najdrobniej, jeśli pan byłby tak uprzejmy.

Zapłaciłem, pożegnałem się cicho i wyszedłem. Ulicą przejechał miejski autobus, rozpryskując na boki fontanny brudnej mazi. Rozejrzałem się dookoła, chcąc zorientować się, którędy mogę wrócić do domu. To znaczy nie do mojego domu, tylko... Ale może po kolei.

Pociąg przyjeżdżał na stację Łódź Fabryczna o szesnastej dwanaście. Rozklekotane wagony kolejki podmiejskiej udawały pospieszny, ruina udawała dworzec (lada dzień miano go zamknąć), a ja udawałem, że jestem spokojny. Że wiadomość, która dotarła do mnie poprzedniego wieczora, to jednak jakieś nieporozumienie. I z pewnością na miejscu spotkam kogoś bardziej kompetentnego, kogoś, jak to mówią, bardziej w temacie, kto zajmie się pochówkiem zmarłej przedwczoraj dalekiej ciotki, a także, jeżeli nie przede wszystkim, pozostawionym przez nią mieszkaniem...

Adres, który zapisałem na kartce, niewiele mi mówił. Znałem miasto słabo, jeżeli nie źle, choć i to nie skłoniło mnie do wzięcia spod dworca taksówki. Przypomniałem sobie bowiem zasłyszaną gdzieś kiedyś prawdę o Łodzi, że wszystkie drogi prowadzą do ulicy Piotrkowskiej. Poza tym dzień był jeszcze w miarę jasny, choć bez słońca, którego dawno nie widziano na niebie pod tą szerokością geograficzną, jak to często bywa na przełomie zimy i wiosny.

Szybko, bo w ciągu niespełna pół godziny, i bez większych problemów, odnalazłem właściwą kamienicę, choć decyzji „wejść czy jednak sobie darować”, nie potrafiłem podjąć przez dobrych kilka minut. Stojący samotnie trzypiętrowy dom przy ulicy Tadeusza Kościuszki, równoległej do wspomnianej Piotrkowskiej, był z pewnością przed laty pięknym okazem secesyjnej architektury. Dzisiaj, podobnie jak większość wiekowych kamienic w tym mieście, straszył brudną elewacją, tu i ówdzie odłażącym tynkiem, poobtłukiwanymi ornamentami, w większości drewnianymi, starymi oknami, wreszcie ciemną czeluścią bramy, która, mogłem iść o zakład, musiała cuchnąć kocimi odchodami i stęchlizną...

– Pan może od pani Leokadii? – usłyszałem za plecami drżący, kobiecy głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem starszą panią w szarym, wytartym płaszczu. Kobieta dźwigała w obu rękach ciężkie siaty wypełnione sprawunkami.

Czy ja mam to wypisane na twarzy? – zapytałem sam siebie w duchu.

– Tak, to ja. Dzień dobry pani – przywitałem się grzecznie, a następnie przedstawiłem nazwiskiem, choć równie dobrze mogłem podać obojętnie jakie; ciotka nazywała się bowiem inaczej niż ja i moja rodzina.

– Jestem sąsiadką – powiedziała moja rozmówczyni, po czym wskazała ruchem brody ciemną bramę. – Niech pan wejdzie. Czekamy od rana...

Weszliśmy do środka. W bramie nie śmierdziało; przegrałbym zakład. U stóp schodów zaoferowałem się, że poniosę siatki, ale kobieta nie chciała pomocy. Klatkę schodową oświetlało słabe, żółte światło, ale mimo to mogłem stwierdzić, że schody są dokładnie zamiecione, a na bladozielonych ścianach nikt nie wymalował ani nie wydrapał żadnych napisów. Na pierwszym piętrze, zaraz za progiem swojego mieszkania, sąsiadka zostawiła zakupy, a zabrała pęk kluczy. Mimo że przed chwilą kobieta użyła liczby mnogiej, wciąż była sama.

Wspięliśmy się w milczeniu na najwyższe piętro kamienicy. Starsza pani otworzyła drzwi mieszkania ciotki nieboszczki i wpuściła mnie do środka. Wszedłem z mocno bijącym sercem.

– Ciało jest w kostnicy szpitala Kopernika przy Pabianickiej, jakby pan chciał ją zobaczyć – powiedziała ściszonym głosem, a ja aż się wzdrygnąłem. – Sąsiedzi, starym zwyczajem, zrobili już zbiórkę pieniędzy na wieniec.

– Tak. Dziękuję – bąknąłem tylko, rozglądając się z coraz większą ciekawością.

– Jakby pan czegoś potrzebował, wie pan, gdzie mnie szukać.

I cicho zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam. Pomyślałem wtedy, że może wypadałoby zdjąć buty, ale tego nie zrobiłem. W kilku krokach pokonałem przedpokój, po czym znalazłem się w dużym pokoju, na którego końcu szarzało dwuskrzydłe, wysokie okno, zakończone łukowato.

Mieszkanie sprawiało wrażenie, jakby ktoś opuścił je w pośpiechu i za chwilę miał zamiar wrócić. Na stoliku przykrytym owalną koronkową serwetą stała szklanka z niedopitą herbatą, obok leżały jakieś gazety. Sprawdziłem: był to dziennik sprzed trzech dni wraz z dodatkami. Ludzie, którzy do mnie zadzwonili, jako przyczynę śmierci cioci Leokadii podali mi zawał serca. A może jednak był to wylew. Na szczęście nikt jak na razie nie egzaminował mnie pod tym kątem.

Pogotowie musiało ją zabrać z domu, a potem to już pewnie poszło szybko. Ile mogła mieć lat? Nawet tego nie wiem... – rozważałem w myślach, wciąż rozglądając się z ciekawością dziecka,  które znalazło się w zupełnie obcym mieszkaniu.

Były to wnętrza typowe dla starszych ludzi: meble modne w latach sześćdziesiątych, zakupione z pewnością w dekadzie następnej, na ścianie oklejonej pożókłą tapetą kilka świętych obrazków, czarno-białe, podretuszowane zdjęcia jakichś ludzi, których nie znałem, choć może powinienem. Sporo roślin doniczkowych, które pewnie trzeba będzie zaraz podlać. Sweter w nijakim kolorze przewieszony przez poręcz krzesła. Czarne pantofle na niskich, startych ukośnie obcasach. Wyraźnie wyczuwalna, znajoma skądinąd i niezbyt miła woń starości...

– Co ja mam, do cholery, z tym wszystkim teraz zrobić? – zadałem sobie pytanie, ale nawet to, że zrobiłem to na głos, drapiąc się przy tym bez skrępowania po głowie, nie przybliżyło mnie ani trochę do odpowiedzi; chyba nawet było zupełnie odwrotnie.

Pokoje były dwa: przez salon wchodziło się do sypialni, niemal w jednej trzeciej zajętej przez ogromną, ciemną, trzydrzwiową szafę, do której, póki co, nie miałem zamiaru zaglądać. Przez niedomknięte drzwi łazienki dochodził jednostajny szum uszkodzonej spłuczki. Kuchnia była całkiem spora, widna, choć wyposażona podobnie jak reszta lokum. Całe mieszkanie zaś, co było charakterystyczne dla stylu secesyjnego, było bardzo wysokie. To wszystko.

Wróciłem do dużego pokoju. Na niskiej szafce stał telewizor, na oko dwudziestoletni, kolorowy. Może działał. Nacisnąłem czerwony przycisk, nie zadawszy sobie nawet trudu odszukania pilota. Po chwili z głośników dobiegł nosowy głos prezentera prowadzącego wiadomości, co można było potwierdzić kilka chwil później, kiedy pojawił się obraz.

Nagle poczułem się głodny. Niestety, w lodówce znalazłem tylko kawałek spleśniałego żołtego sera, napoczęty słoik dżemu z jagód, trzy jaja. Czyżbym więc jednak pomylił się w obliczeniach i ciotka leżała w szpitalu o wiele dłużej? Trzeba będzie o to zapytać sąsiadkę...

Wyszedłem w poszukiwaniu sklepu. Na dworze było już ciemno, ale szybko udało mi się zrobić niezbędne zakupy. Po niespełna dwudziestu minutach byłem z powrotem, bogatszy o spostrzeżenia sprzedawcy na temat jego miasta. Ja chyba jeszcze nie zdążyłem wyrobić sobie zdania, a nawet gdyby tak było, nie spieszyłbym się z jego ujawnianiem komukolwiek.

Szum wody gotującej się w czajniku w połączeniu z dźwiękiem dochodzącym z głośnika telewizora tchnął w to miejsce nieco życia. Kiedy zalałem wrzątkiem jedną z ostatnich saszetek ekspresowej herbaty, rozpocząłem poszukiwania  cukru.

W chwili gdy otworzyłem pierwszą z brzegu górną szafkę, jakiś podłużny kształt wysunął się z jej wnętrza. W ostatniej chwili udało mi się pochwycić to coś, co okazało się pudełkiem po czekoladkach Baker's z blachy pociemniałej ze starości, choć nie pokrytej w żadnym miejscu rdzą. Wieczko lekko odchyliło się, ukazując zawartość wnętrza.

Pudełko było wypełnione wycinkami z gazet. Nie musiałem szukać daty pod winietą, aby stwierdzić, że gazety są stare. Nawet bardzo stare. Zdjęcia przedstawiały mężczyzn w cylindrach i melonikach, kobiety z parasolkami, tu i ówdzie w tle pojawiał się jakiś powóz czy dorożka.

– „Tajemnica napadów na banki rozwiązana”. „Łódź odetchnęła z ulgą”. „Kim jest bohater?” – zacząłem czytać na głos kolejne tytuły wycinków, niewiele jednak z tego rozumiejąc.

Prócz pożółkłych fotografii w pudełku znajdował się też pociemniały ze starości brulion. Miał niewiele stron, za to chroniły go sztywne okładki. Otworzyłem na chybił trafił. Pismo było łatwe do odczytania; autor używał pióra. Przez chwilę walczyłem jeszcze z wątpliwościami, czy wypada mi zaglądać do czyichś, jakby nie było, prywatnych notatek. Wreszcie zacząłem czytać, znów na głos:

– „Wróciwszy do Łodzi, zaczął wcielać w życie swój szaleńczy plan. Prace rozpoczął dużo wcześniej, prawdopodobnie z zupełnie innych pobudek. Miał zamiar spekulować wodą, trzymać w szachu tak fabrykantów, jak i zwykłych ludzi. Na budowę nie wydał ani jednego rubla, nie płacił też pracującym dla niego robotnikom...”

Przerwałem. Z zewnątrz nie dochodził żaden, najcichszy nawet dźwięk. Miasto spało, może już nawet snem wiecznym. Para unosiła się znad powierzchni stygnącej herbaty pionową, wąską smużką, niczym dym z fabrycznego komina w bezwietrzny dzień...

Prolog, w którym pojawia się cień

1

Tego wieczora słońce zachodzące nad Retkinią i Brusem przypominało wielką, pulsującą kulę ognia. Taki ogień w parę chwil potrafi strawić kolejną upadającą fabrykę, a wraz z nią i ludzkie marzenie o potędze, władzy, a może nawet, kto wie, szczęściu. Wciąż jednak było to tylko słońce – trochę jeszcze zimowe, trochę już wiosenne.

Dzień kończył się też jak zwykle, jak dobiegł kresu wczoraj i najpewniej odejdzie w niebyt jutro: głosem setek fabrycznych świstawek, odgwizdujących zgodnie koniec dniówki, tupotem, a raczej chlupotem tysięcy par lichych robotniczych drapoków na pokrytym błotem bruku wąskich ulic, które w mieście tym przecinały się bez końca, tworząc swoistą szachownicę; wreszcie szmerem prowadzonych półgłosem rozmów, tu i ówdzie głośniejszych wyrzekań na los, który odczarować trudno, właściwie to chyba nie sposób, a może i nie warto.

– Idziesz, Franek, do famuły, czy z nami na piwo? – pytał robotnik robotnika, pracownik farbiarni tego, co cały dzień, od bladego świtu, spędzał przy ładowaniu bel bawełny na ogromne platformy, zwane z niemiecka rolwagami.

– Nie. Nie mogę – brzmiała odpowiedź cicha, wręcz ledwo słyszalna.

– Dajcie żesz spokój chłopinie. Widzicie, że majster mu tak plecy obił, że ledwo idzie.

– Może jutro. Może... Przecież lubię piwo...

No i ogniowi na koniec dnia, temu prawdziwemu, niszczycielskiemu, też nikt by się nie zdziwił. Choć pożary w mieście Łodzi, za które zgodnie winiono zawsze przypadek, mrugając przy tym znacząco okiem, wybuchały zazwyczaj ciemną nocą...

W pałacu Neumannów, secesyjnej, trzypiętrowej budowli zajmującej od niespełna roku działkę przy ulicy Długiej 30, od wczesnego popołudnia, właściwie już od obiadu trwało żywe poruszenie. Każdy, kto w ostatnich godzinach spojrzałby na Annę Karolinę Neumann, najstarszą córkę Friedricha, znanego w całym mieście i poza jego granicami właściciela sześciu fabryk włókienniczych, i jego żony Gudrun, stwierdziłby bez wahania, że ma do czynienia z gorączką, a przez to być może z grypą lub jakąś inną groźną chorobą. Kto wie, czy nie tropikalną.

Nikt z domowników nie załamywał jednak rąk, nie wzywał lekarza, choć ten z pewnością przybyłby do pałacu w kilka chwil. Wiedzieli bowiem zarówno Friedrich, jak i jego Gudrun, jak na kochających, choć bardzo zajętych na co dzień rodziców przystało, że za stan ich córki odpowiada nie żadna choroba, a coś zupełnie innego.

– Bal! Idę na bal, Mutti – powtarzała bez końca jasnowłosa, ładna dziewczyna wszystkim naokoło, nie tylko matce.

– Jesteś piękna – odpowiadała jej na to Gudrun Neumann, która, choć nie chciała tego po sobie poznać, denerwowała się równie bardzo jak jej córka, a może i bardziej.

– Mój pierwszy w życiu bal...

Próżno było tłumaczyć małej, że to nie bal, wszak trwał post poprzedzający święta Wielkiej Nocy, a jedynie przedstawienie w Theater-Varieté przy Konstantynowskiej. Ale niech i będzie bal!

Ledwo więc służba wyniosła zastawę po obiedzie, na pokoje wtargnęli zgodzeni specjalnie na tę okoliczność fryzjerzy, modystki na czele z zażywną krawcową o czerwonej, szerokiej twarzy sprzedawczyni wędlin. Wspierało ją pół tuzina pomagierek, na które pokrzykiwała bez końca, choć niezbyt głośno, bo wnętrza pałacowe, nie tak dawno przecież urządzone, budziły we wszystkich nie lada respekt.

– Proszę tutaj, ja, tu będzie dobrze – komenderowała osobiście frau Gudrun, za pomocą złożonego japońskiego wachlarza odprawiwszy wszystkie pokojówki, służące i kamerdynerów, żeby jej się pod nogami nie plątali.

Zaczynała się bowiem gra o stawkę największą: o pozycję Neumannów w światku towarzyskim Łodzi – to raz. I o taką samą pozycję, ale w świecie wielkich fortun, gdyż wydanie córki za mąż należało wciąż i będzie należeć zawsze do najważniejszych interesów – to dwa. Na przedstawieniu w Theater-Varieté miały się bowiem pojawić wszystkie liczące się rodziny łódzkie ze swoimi córkami i synami.

– Ta suknia jest stanowczo za długa – powiedziała zażywna krawcowa, przypatrując się krytycznie przepięknej, różowej, marszczonej gęsto sukni z najprawdziwszego jedwabiu, którą przed chwilą włożyła na siebie Anna Karolina i teraz stała w niej na stole niczym porcelanowa lalka, niemal bez ruchu, jak miała przykazane.

– Jak to za długa? Jak to za długa? – Gudrun Neumann zamrugała nerwowo oczami.

– Będzie się plątała – zaczęła wyjaśniać mistrzyni nożyc, choć jeszcze bez użycia rąk, a gestykulować potrafiła i lubiła. – Ręczę dobrodziejce. Mimo obcasików.

– Mimo obcasików – powtórzyła jak echo żona fabrykanta, by zaraz zapytać: – I co?

– Trzeba skrócić, ale niewiele. Skrócić trzeba.

– Ale ile to potrwa? – zaniepokoiła się gospodyni, spoglądając to na rzeźbiony bogato zegar z kukułką, wiszący na jednej ze ścian, to na przerażoną, pobladłą twarzyczkę córki. – Żeby zdążyć, musimy wyjechać za trzy godziny. Za dwie. Zwei Stunde!

– Kole godzina, może mniej – uspokoiła ją kobieta, ujmując się pod boki. – Nawet się pani dobrodziejka nie obejrzysz, jak córę będzie można do ślubu prowadzić...

W tym samym czasie, kiedy Annę Karolinę przygotowywano z mozołem do jej pierwszego w życiu towarzyskiego wyjścia, dwa piętra wyżej jej młodszy, bo ledwie sześcioletni brat imieniem Johann siedział w pojedynkę na parapecie jednego z pałacowych okien i znudzonym wzrokiem patrzył przez okno. Pokrywające powierzchnię szyby liszaje, powstałe po spadłym wczoraj wieczorem deszczu pomieszanym ze śniegiem, dalece utrudniały obserwację.

Ciemniejąca coraz szybciej wschodnia strona nieba, na którą wychodziły okna dzięcięcego pokoiku małego Hansika, bo tak często zwracali się do niego domownicy, coraz bardziej przerażała chłopca. Latarnie uliczne jeszcze się nie paliły, a kominy fabryk, a było ich widać stąd co najmniej kilkanaście, przypominały mu żywe istoty. Żywe, ale gotowe pozbawić tego życia innych. Ludzi, dzieci, jak on. Chwilami był pewny, iż walcowaty, strzelisty kształt porusza się, przybliża coraz bardziej. I zaraz podejdzie pod okna ich pałacu, stłucze szyby w oknach i zabierze go ze sobą. Albo wessie do środka!

Na szczęście i tym razem wybawił go od złego głos bony, Frau Gertrudy, która pojawiła się  w jego pokoju nie wiadomo kiedy, cicho niczym duch; jej malec się nie bał.

– Hansiku, kolacja!

Zjadł bez grymaszenia, choć w pojedynkę, co było dość nietypowe w domu, gdzie każdy posiłek był swoistą celebrą: do pokoju jadalnego, drugiego w pałacu pod względem wielkości po reprezentacyjnym, urządzonym z prawdziwym przepychem salonie, schodzili się wszyscy domownicy, służba przynosiła wiktuały, rozmawiano, czasem nawet śmiano się, gdy ojciec był w dobrym humorze, bo jakiś geszeft mu się udał.

– Danke – powiedział cicho, zeskakując szybko z krzesła.

Obsługujący go stary kamerdyner imieniem Hermann skinął na to głową i poniewczasie, za to niemal bezszelestnie odsunął ciężki mebel. Wysokie ściany na spółkę z sufitem odbiły tupot małych nóżek na drewnianej podłodze. Odprowadzający wzrokiem malca Hermann jeszcze nie wiedział, jak bardzo jeszcze zatęskni za tym dźwiękiem i widokiem...

Kilka chwil później Hansik Neumann był z powrotem na górze, w swoim dzięcięcym pokoju. Próbował bawić się ołowianymi żołnierzykami, ale wkrótce go to znudziło. Na to, by dosiąść swojego ukochanego drewnianego konia na biegunach, stojącego w kącie pokoju, był, jak sam oceniał, już za duży. Popatrzył też na półkę z książkami, ale szybko odwrócił wzrok. Nic nie było w stanie skupić na dłużej jego uwagi. W dodatku, mimo że godzina była już wieczorna, wcale nie chciało mu się spać.

Na szczęście znów z opresji wybawiła chłopca bona, która zarządziła wieczorną kąpiel. A Neumann-junior bardzo lubił się kąpać: baraszkował w głębokiej wannie wypełnionej wodą z pianą, głośno przy tym krzycząc. Zazwyczaj chwilę przed wyjściem z wanny ogarniała go senność. Tak było i tym razem. Ubrany w białą piżamkę i niesiony na rękach do pokoju, myślał o swojej siostrze i o rodzicach. Inkrustowany sufit przesuwał się przed oczami, ozdoby traciły swe ostre kontury, aż w końcu obraz zastąpiła ciemność zupełna.

Kiedy się obudził, stwierdził, że jest we własnym łóżeczku. Było mu zimno i to chyba właśnie chłód był winny przebudzenia. Hansik przewrócił się na drugi bok, przykrył kołdrą po sam nos: widział teraz krzyż, który tworzyła futryna jedynego okna w jego pokoju. Cisza.

Zegar gdzieś za drzwiami, w głębi pałacu, uderzył wiele razy; Hans próbował liczyć, ale szybko się w tym pogubił. Ciężkie story, którymi zwykle zasłanianio okno, tym razem, najprawdopodobniej przez zapomnienie, nie były zasunięte, dzięki czemu płonące trzy piętra niżej gazowe latarnie uliczne rzucały świetlne refleksy na ściany pokoju. Chłopiec przez długą chwilę przypatrywał się im, a jego dziecięca wyobraźnia przyspieszała coraz bardziej.

Kiedy na powrót zaczęła go ogarniać senność, coś nagle stuknęło.

Chłopciec wstrzymał oddech. Dźwięk nie powtórzył się, a i mały nie był pewien, czy rozległ się naprawdę, czy tylko mu się to przyśniło.

– Kto tam? – zapytał niegłośno, podnoszą lekko głowę z małej, obszytej koronkami poduszki. – Ktoś tam jest?

Nikt mu jednak nie odpowiedział na pytanie. Wtedy mały Johann Neumann znów, chcąc nie chcąc, zaczął rozmyślać o fabrycznych kominach, które lada chwila ożyją i przyjdą do niego, by, mimo protestów, płaczów i krzyków malca, wessać go bez litości przez swoje okopcone dymem, bezdenne paszcze.

W tej samej chwili jakiś podłużny kształt położył się cieniem na jasnych prostokątach okna, niczym ukośna belka prawosławnego krzyża...

2

Mimo że zbliżała się ósma wieczorem, obszerna sala balowa hotelu „Grand” przy ulicy Piotrkowskiej zapełniała się gośćmi niezbyt szybko. Jednak stali bywalcy tego miejsca, jak i jego pracownicy, nie mieli najmniejszych wątpliwości, że tego wieczora i tak będzie nadkomplet. Cotygodniowe gościnne występy trupy warszawskich aktorów pod wodzą Jana Tomkiewicza cieszyły się bowiem, i to od samego początku, niesłabnącą popularnością.

To właśnie z tego powodu najlepsze łódzkie towarzystwo, nie tylko polskojęzyczne, można było spotkać wówczas właśnie w „Grandzie”, a nie w żadnym z działających oficjalnie teatrów: ani w Theater-Varieté, ani w teatrze o nazwie „Thalia”, w których zresztą wystawiano sztuki jedynie w języku niemieckim; nikt nie miał też wątpliwości, że najlepsze lata ma także za sobą teatr działający niedaleko, bo w stojącym ledwo po drugiej stronie głównej ulicy miasta hotelu „Victoria”, należącym do Wilhelma Kerna. To proste – stare ustępowało pod naporem nowego. Akurat w tym mieście i w tym czasie nikomu nie trzeba było tego długo tłumaczyć...

Mimo że zaimprowizowana scena była jeszcze pusta, jeśli nie liczyć ogromnych koszy kwiatów, którymi ją tradycyjnie przyozdobiono, spojrzenia gości zajmujących miejsca na widowni, a także stojących pod ścianami, w pobliżu marmurowych kolumn, wędrowały w jej stronę z taką samą częstotliwością jak w kierunku wejścia, gdzie co raz pojawiała się jakaś nowa para, częściej znana niż nieznana, rzadziej ktoś w pojedynkę, a jeśli już, to, rzecz jasna, był to mężczyzna.

Właśnie w drzwach pokazał się jeden taki: dość wysoki blondyn, o ciemnej, jakby ogorzałej od słońca karnacji, bez zarostu, ubrany wytwornie w tużurek aksamitny, kamizelkę żółtą z szewiotu, bardzo się wyróżniającą, czarny krawat, spodnie szare w lekką kratę, jasne – najpewniej jakiś zagraniczny dandys, których niemało, albo syn fabrykancki, co to dopiero przybył z daleka, z Europy, a może i zza oceanu, i teraz szyku chce zadawać, bo dobrze wie, że zawsze znajdzie się ktoś, kto temu z uznaniem przyklaśnie. Na czole tego człowieka, pod burzą gęstych włosów, znać było wyraźnie poziomy ślad po zdjętym przed momentem i pozostawionym w hotelewej szatni kapeluszu – cylindrze, a może nieco modniejszym meloniku.

– Witaj! Dawno cię u nas nie było! – Jeden z mężczyzn stojących w ciasnej gromadce przy drzwiach, kompletnie łysy o czerwonej, nalanej twarzy rzeźnika i małych oczach, wyciągnął rękę do przybysza, którą ten uścisnął serdecznie.

– Kto to? – zapytał łysego jeden z jego kamratów, gdy przybysz ruszył już szybkim krokiem w głąb pomieszczenia.

W odpowiedzi otrzymał wzruszenie ramion.

– A skąd ja mogę wiedzieć?! – odpowiedział mężczyzna, po czym zarechotał nisko, zaraźliwie, bo po chwili śmiali się już wszyscy.

– Przedni żart, Herr Dehne. Naprawdę przedni!

– A zatem wypijmy za to.

– Oczywiście, wypijmy. Kelner! Szampańskie!

Prowadzonym obserwacjom sprzyjało rzęsiste światło z ogromnego żyrandola zawieszonego pod zdobionym stiukowanymi ornamentami sufitem, a także płonących równie pracowicie kilkudziesięciu bocznych, trójramiennych kinkietów.

Wszyscy pojawiający się w drzwiach sali balowej cieszyli się podwójnie: raz, że robili wrażenie na pozostałych, w co nikt nie wątpił, bo inaczej nie byłoby go tutaj; dwa – na dworze, mimo końca marca, panował wyjątkowy ziąb. Było nieprzyjemnie i dżdżysto, o czym przekonywał się każdy, kto pokonał drogę z powozu czy dorożki do głównej bramy „Grandu” i był witany przez szwajcara w długiej, bordowej liberii z wielkimi guzikami, błyszczącymi w świetle latarni.

– Możesz mi jeszcze raz pokazać program, kochana? – poprosiła dama w latach, ubrana w różową suknię z koronkami i falbanami, udrapowaną malowniczo i z pewnością czasochłonnie.

– Proszę, kochana – odpowiedziała jej młodsza o całe pokolenie towarzyszka, może córka, choć nie były wcale do siebie podobne, jeśli nie liczyć podobnych kreacji, choć należy uściślić, że ta druga prezentowała się o wiele lepiej.

Starsza z przyjaciółek przebiegła wzrokiem po zadrukowanych stronach, trzepocząc przy tym czarnymi powiekami, przypominającymi łapki ogromnego, egzotycznego pająka, po czym jęła komentować ich zawartość tak, żeby słyszeli ją dobrze nie tylko towarzyszący jej i jej przyjaciółce panowie, ale i wszyscy sąsiedzi i sąsiadki:

– Mickiewicz. Grażyna... Mickiewicz! Znam, oczywista, nawet bardzo dobrze. Pięknie, przewspaniałe! – mówiła z egzaltacją, a jej towarzyszka wtórowała jej, kiwając głową:

– Zgadzam się z tobą, moja droga. Oczywiście: Mickiewicz.

Podczas gdy kolejni miłośnicy teatru, mniej lub bardziej potrafiący czytać w języku narodu nieistniejącego państwa, mniej lub bardziej zorientowani w dokonaniach polskich twórców, za to jednakowo mocno pożądający widoku deklamujących ich dzieła aktorów z Warszawy, zajmowali miejsca na widowni (kosztujące ich dwa ruble za krzesło), wypełniały się też boczne klubowe sale. Tam, siedząc w głębokich fotelach, paliło się papierosy, cygara, względnie fajki, piło szampańskie, ale i piwo, a także grało się w bilard. Na pełnych obrotach działały bary, kelnerzy roznosili zamówione dania gościom siedzącym przy stolikach w restauracji.

Najczęstszym tematem prowadzonych także i w tym, typowo męskim towarzystwie rozmów (poza, rzecz jasna, interesami, czyli czy i kiedy ceny surowców pójdą w górę i kto musi szukać ratunku przez szybki kredyt, zwolnienie robotników albo spalenie się) było wczorajsze uroczyste otwarcie nowej farbiarni w fabryce Scheiblera.

– Wielkie mecyje. Cebulą i czosnkiem tylko śmierdziało! – zaperzył się starszy mężczyzna z bujnymi faworytami, pochylając się nad zielonym suknem i celując kijem w białą bilę.

– Masz jeszcze do niego uraz? – chciał wiedzieć grający z nim jegomość, na oko jego równolatek, ogolony gładko, przez monokl w oku śledzący bacznie poczynania przeciwnika.

– Nie chcę o tym mówić, Franciszku – uciął tamten, prostując się szybko; w tej samej chwili czarna bila wylądowała w kluzie. – Piwo! – zawołał na przechodzącego właśnie obok kelnera, by zaraz sprecyzować: – Od Haberbuscha.

Do zamówienia przyłączył się także przeciwnik, bez słowa podnosząc w górę rękę. Ober skinął obu mężczyznom głową i ruszył w kierunku kuchni.

Tymczasem na zaimprowizowanej scenie w sali balowej pojawili się muzycy kwartetu smyczkowego. Zajmowali miejsca, dostrajali instrumenty. Rozmowy na widowni nieco przycichły, choć nie ustały zupełnie. Towarzyszka damy w różach wyciągnęła szyję na całą długość i rozglądała się ciekawie po zebranych. Wreszcie na jej twarzy zagościł uśmiech, co musiało oznaczać, że łowy zostały zakończone sukcesem.

– Widzisz, kochana, tego w aksamitnym tużurku i żółtej kamizelce? – zapytała swoją towarzyszkę, z trudem tłumiąc emocje. – Kto to jest?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała starsza dama po chwili obserwacji, wachlując się przy tym programem, by zaraz dodać: – Ale jest Kazimierski. Stoi tam, pod kolumną.

– Rzeczywiście, bardzo jest przystojny – oceniła kandydatka na żonę.

– Poznam cię z nim, jeśli chcesz.

– Dziękuję, kochana. Bardzo ci dziękuję...

W tym samym momencie, gdy o zdobiony ornamentami sufit największej sali hotelu „Grand” i wiszący pośrodku nich żyrandol uderzały pierwsze dźwięki Zimy Antonia Vivaldiego, przed siedzibą Banku Państwa przy ulicy Cegielnianej 20 zatrzymała się dorożka. Wysiadło z niej dwóch pasażerów. Gdy zbliżali się do połowy dystansu dzielącego pojazd od drzwi banku, jeden z nich odwrócił się na chwilę i dał znak ręką siedzącemu na koźle dorożkarzowi. Ten uniósł dłoń, w której dzierżył bat, i tak trwał przez dłuższą chwilę. Wyglądało to na pożegnanie, ale również mogło skojarzyć się z gestem, w jaki jedna osoba dodaje drugiej otuchy.

– Z Bogiem – mruknął dorożkarz pod nosem, by zaraz dodać, jeszcze ciszej: – A nawet z samym diabłem...

Mimo że mężczyźni byli coraz bliżej neorenesansowej fasady gmachu i umieszczonych u jej podnóża drzwi, dorożka nie ruszała z miejsca. Mogło to nieco dziwić, wszak przy tej pogodzie, a było coraz mniej przyjemnie, pewnie długo nie czekałaby na kolejnego klienta. Po chwili nad woźnicą, w świetle latarni, pojawił się gęsty obłoczek dymu, co niewątpliwie oznaczało jedno: przerwę. Niemal w tej samej chwili z niedalekich fabryk rozległ się dźwięk świstawek. Dwójka pasażerów dryndy, w długich, obszernych płaszczach przypominających peleryny i melonikach naciśniętych głęboko na głowy, zniknęła w drzwiach banku.

– Witam panów serdecznie w Banku Państwa – wyrecytował niczym z katechizmu mężczyzna w czarnym, mocno przyciasnym surducie; człowiek ów pojawił się przed nimi nie wiadomo skąd. – Czym możemy szanownym panom służyć? – zapytał z akcentem znamionującym niezbyt szlachetne pochodzenie.

– Dobry wieczór – przywitał się jeden z przybyszów, wyższy, bardziej postawny, co można było stwierdzić mimo obszernego okrycia.

– My w sprawie pożyczki – uzupełnił drugi schrypniętym nieco głosem.

– Właściwie już zamykamy... – Cerber chrząknął z zakłopotaniem, patrząc wymownie na zegarek z dewizką, który znalazł się w jego przypominającej bochenek chleba dłoni też nie wiadomo kiedy, pomijając fakt, że w ogóle do niej nie pasował.

– Widzę, że kasy jeszcze pracują – zauważył z niewinnym uśmiechem pierwszy z mężczyzn, wykonując ruch głową w kierunku sali operacyjnej, a drugi tradycyjnie wsparł i uzupełnił druha:

– Naprawdę nie zajmiemy państwu dużo czasu – rzekł, tym razem już bez chrypki.

To wystarczyło, żeby człowiek w czarnym surducie wykonał zapraszający, może nawet zbyt miękki jak na mężczyznę o takich gabarytach gest, jednocześnie kłaniając się i, co chyba najważniejsze, usuwając z drogi.

– Oczywiście, zapraszamy do środka – dodał jeszcze z werwą. – Interesy w mieście Łodzi nie mogą czekać. To oczywiste.

– Tak – burknął wyższy, naciskając kapelusz jeszcze bardziej na oczy. – Nie mogą...

– A panowie może z Widzewa? Z manufaktury? – chciał wiedzieć jeszcze cerber, ale nie doczekał się odpowiedzi.

Chwilę potem przybysze znaleźli się w dobrze oświetlonej, obszernej i wysokiej sali operacyjnej, z dwóch stron ograniczonej przez ściany, z dwóch pozostałych przez wysokie kontuary z ciemnego, lakierowanego grubo drewna, w których znajdowały się okienka kasowe. Wszystko wręcz pachniało tu nowością! Jedno spojrzenie wystaczyło też, by poznać liczbę klientów znajdujących się w tym momencie w głównym pomieszczeniu Banku Państwa: było ich dokładnie pół tuzina.

Dwaj mężczyźni stali na samym środku, jakby nie mogli się zdecydować, do którego okienka skierować kroki. Zwrócili uwagę oczekujących, ale tylko na krótko. Nikt z klientów  nie zauważył więc ruchów, jakie synchronicznie wykonali obaj mężczyźni: było to nałożenie na twarze czarnych masek z wyciętymi otworami na oczy, co udało im się uczynić... bez zdejmowania meloników. Następnie obaj gwałtowne odrzucili poły płaszczy, skąd wydobyli długie strzelby o bardzo grubych lufach. Niższy z mężczyzn wykonał zamach, umieszczając niczym ekwilibrysta lufę pod swoim ramieniem, wycelowaną do tyłu.

Rozległ się huk. Bankowy cerber, trafiony bezbłędnie w szyję, padł jak kłoda na lśniącą, jeszcze nie zadeptaną posadzkę z marmurowych kwadratów; krew z rozwalonej tętnicy bryznęła na ścianę niczym woda z fontanny.

Wszyscy klienci banku podnieśli wysoko w górę ręce, choć nie padło takie żądanie.

– Skarbnik! – wrzasnął morderca, kierując wylot lufy w stronę przeciwną.

Nie musiał powtarzać dwa razy: w drzwiach umiejscowionych pośrodku rzędu kas ukazał się niepozorny człowieczek w okrągłych okularach i przydługiej dwurzędowej marynarce urzędniczej. Jeden nieznaczny, ale czytelny gest napastnika wystarczył, by, drobiąc kroki, podszedł jeszcze bliżej. Jednocześnie robił wszystko, by opanować drżenie rąk i nóg, a także udawał, że nie dostrzega ranionego przed chwilą śmiertelnie pracownika...

– Do usług szanownym panom – jęknął ledwo słyszalnie.

– Prowadź do skarbca! – wydał polecenie wyższy z napastników.

– „Umilkł Litawor; zdało się, że czeka, aż Rymwid z wziętym odejdzie rozkazem. I Rymwid milczy, a odejścia zwleka...”  – deklamował z mocą i uczucem aktor stojący na scenie w sali balowej hotelu „Grand”.

Odkąd rozpoczął recytację fragmentów poematu Mickiewicza, kilkadziesiąt par oczu śledziło każdy jego ruch, a uszy gości syciły się polszczyzną. I on, Jan Tomkiewicz, założyciel i szef aktorskiej trupy z Warszawy, dobrze o tym wiedział. Miał ich! To się czuje, tym bardziej po tylu latach w zawodzie. Następny występ w Łodzi mają murowany, może nawet kilka...

W pewnym momencie jednak w owe doskonałe, jak sądził, porozumienie dusz i ciał wdarła się fałszywa nuta. Jedna, ale jakże dobrze wyczuwalna. Wręcz bolesna! Jak ta Targowica w koncercie Jankiela w Panu Tadeuszu. Nie, to nie Tomkiewicz się pomylił, zapomniał tekstu czy, Broń Boże, przejęzyczył. Nic z tych rzeczy! To widownia. Coś z nią zaczęło być nie tak. Ktoś wstał z miejsca, nogi krzesła przejmująco zazgrzytały o powierzchnę podłogi. Rozległy się szepty, jakiś mężczyzna rozkasłał się, zagłuszając skutecznie najbliżej siedzącym odbiór spektaklu.

– Nie tylko bowiem sam naród prostaczy, lecz i starszyzna za łakocią goni, a widząc zrazu pańskiej hojność dłoni, dobrze stąd sobie na przyszłość tłumaczy... – wycedził przez zęby Tomkiewicz, głośniej niż dotąd, tocząc jednocześnie wzrokiem po widowni i w ten sposób próbując wymusić posłuch, co było sprawdzonym sposobem na niesforną publiczność. Ale nie w Łodzi!

Lawina ruszyła na dobre: wstawali już całym rzędami, rozmawiali coraz głośniej. Ktoś podawał starszej opani sole trzeźwiące, tu i ówdzie w sufit buchnęło siarczyste przekleństwo. W jednej chwili podniosła atmosfera wieczoru prysła.

– To po prostu Łódź – skwitował za kulisami pierwszy skrzypek, widząc czerwoną z gniewu twarz Tomkiewicza, który zszedł ze sceny, nie dokończywszy recytacji Grażyny.

Tymczasem w hotelowym westybulu działy się dantejskie sceny: ludzie przepychali się do szatni i drzwi, tratując się nawzajem, słychać było krzyk i złorzeczenia w kilku językach, a nawet płacz. Co trzeźwiejsi i bardziej opanowani próbowali mimo wszystko dociec przyczyny takiego zakończenia wieczoru. Nie było to jednak łatwe.

– Krach na giełdzie. Leżymy! Wszyscy leżymy! – gorączkował się jakiś mężczyzna z długą, rozwichrzoną brodą.

– Pali się Grossman – wtórował mu inny. – Słyszałem dzwonki. Straż już jedzie...

– Gdzie jest moja torebka?! Moja torebka! – denerwowała się dama w różach, podczas gdy jej młodsza przyjaciółka, która chyba jako jedna z nielicznych nie straciła całkowicie głowy, rozlądała się dookoła z uwagą, której nie powstydziłby się gorodowoj pilnujący porządku na rogu ulic...

W pewnym momencie mignęły jej przed oczami znajomy tużurek i żółta kamizelka z szewiotu. Wydawałoby, że nieznajomy zaraz zniknie, przepadnie – i być może nigdy więcej się nie pojawi. W ostatniej chwili jednak mężczyzna odwrócił się i ukłonił z uśmiechem.

– Dobranoc – wyszeptała bezwiednie kobieta, a po jej szyi i dekolce rozlało się gorąco.

Nie miała przecież żadnych wątpliwości, że tak uśmiech, jak i ukłon nieznajomego blondyna o ogorzałej od słońca twarzy przeznaczone były tylko i wyłącznie do niej. Jednak ani ona, ani nikt z ludzi kłębiących się w tym momencie w westybulu nie domyślał się powodu, dla którego człowiek ów opuszcza w pośpiechu gościnne wnętrza hotelu „Grand”...

Dopinał szary, długi płaszcz już w biegu, co raz potrącany przez spieszących gdzieś w gorączce przechodniów. Nie cylinder ani melonik, a kapelusz z szerokim rondem, szykowny, ale często trudny do ujarzmienia, osadził mocniej na głowie jednym ruchem. Ten prosty, powtarzany po stokroć i pozornie tylko nic nie znaczący gest dodał mu pewności siebie. Chwilę jeszcze przecierał kostkami palców łzawiące od zimnego powietrza oczy.

Mężczyzna wydobył z kieszeni płaszcza skórzane rękawiczki i wsunął w nie dłonie. I nie żal mu było przerwanego spektaklu: znał Grażynę dość dobrze, w dodatku ta interpretacja niezbyt mu się podobała...

Znalazłszy się na rogu Piotrkowskiej i Pasażu Meyera, zatrzymał się i uważnie rozejrzał dookoła. Cieć pilnujący szlabanu zagradzającego wejście na jedyną w mieście prywatną uliczkę przyglądał mu się z niechęcią spod błyszczącego w świetle latarni daszka okrągłej czapki.

– Dali stąd! – rzucił nieprzyjaźnie w kierunku inruza, a może mężczyźnie w kapeluszu tylko podpowiedziała to wyobrażnia, pracująca w tym momencie na najwyższych obrotach.

Drgnął na odgłos kopyt końskich, jakże jednak inny od tego, jaki wydawały kopyta szkapy ciągnącej dorożkę, wiejski wóz czy rolwagę z bawełną. Odwrócił się ku ulicy, odruchowo cofnął o krok. Piotrkowską w stronę Nowego Rynku przejeżdżał patrol kozacki. W tym samym momencie kątem oka dostrzegł w bramie kamienicy wąski cień ludzki; cień dawał mu jakieś znaki.

Mężczyzna zbliżył się w kilku krokach do bramy. Cień zniknął, jednak on wiedział dobrze, że nadal tam jest. Że czeka tu tylko na niego.

– Gdzie?  – rzucił w półmrok niegłośno, ale ściany i tak zwielokrotniły jego głos.

– Bank Państwa – odpowiedział mu głos; można było powiedzieć o nim tylko tyle, że należał do mężczyzny niezbyt starego.

– Ilu?

– Trzech, szefie. Dwóch w środku, jeden na zewnątrz, czeka w dorożce. Obsługa nie zdążyła włączyć alarmu, a może wcale nie miała takiego zamiaru. Diabeł jeden ich wie. A ja przechodził przypadkiem...

– Jak zawsze – skwitował mężczyzna, wyglądając z bramy. – Coś jeszcze, Szmuliku?

– Słyszałem strzał. Jeden.

Ulicą przetoczyła się kilkudziesięciosobowa grupa robotników wracających do domów.

– Dobra – odezwał się człowiek nazwany szefem, po czym poprawił kapelusz, tym razem ciągnąc w dół za krawędź szerokiego ronda. – Daj mi teraz siedem minut. Albo lepiej osiem. Potem możesz biec tam, gdzie zapłacą.

Kilka chwil później z bramy, furkocząc połami płaszcza, wyprysnął cień. Przeciął ulicę, cudem chyba tylko unikając stratowania przez konie ciągnące pocztową karetkę, by zaraz zniknąć u wylotu wąskiej uliczki.

Dopiero wtedy odprowadzający go wzrokiem informator noszący imię Szmul (w zdrobnieniu Szmulik, choć mało kto tak go nazywał) skonstatował, że nie można pokonać kilkunastu łódzkich przecznic w ciągu tak krótkiego czasu. I że nie wie, ile to jest... siedem minut, a ile osiem. Bo przecież nie ma i nigdy nie miał zegarka...

Tymczasem dwie wiorsty dalej na północny zachód w linii prostej i cztery sążnie w dół, na najniższym poziomie piwnic Banku Państwa, skarbnik bankowy, Fiodor Maksimowicz Todorow, klęcząc i pochylając się nad leżącymi na ziemi, zmiażdżonym obcasem okularami, po raz drugi kończył w myślach Trisagion:

„Panie, zmiłuj się. Panie, zmiłuj się. Panie, zmiłuj się. Chwała Ojcu i Synowi, i Świętemu Duchowi, i teraz, i zawsze, i na wieki wieków. Amen...”

Na amen zamknięto jednak najważniejszy sejf, bo klucz do niego miał sam dyrektor banku. Początkowo napastnicy nie chcieli nawet o tym słyszeć. Jeden opróżniał z wprawą pomniejsze skrytki, gdzie klienci banku trzymali swoje kosztowności, podczas gdy drugi usiłował dowiedzieć się, czy to, co mówi Todorow, to aby prawda. Mógł to robić, nie spiesząc się, drzwi do banku bowiem były zaryglowane, a wszyscy pracownicy i klienci – dobrze zamknięci.

– Radzę ci, przypomnij sobie, gdzie jest ten klucz. Gdzie jest klucz od głównego sejfu?! – ryknął zamaskowany zbir, pochyliwszy się nisko nad uchem skarbnika.

Drugi z bandytów potrząsnął właśnie pękiem kluczy, by znaleźć ten, którym otworzyłby kolejną skrytkę – opatrzoną numerem 2307 – kiedy nagle usłyszał nad sobą czyjś głos:

– Bardzo przepraszam...

Głos był męski, niski i spokojny, choć jego właściciel usiłował zapanować nad sapką; w innych okolicznościach do tych epitetów należałoby dodać z pewnością i czwarty: ciepły. Ale nie teraz.

– Bardzo przepraszam, ale ta skrytka jest moja – wybrzmiał jasny komunikat.

Nim bandzior zdążył pomyśleć, został trafiony precyzyjne w grdykę. Chrupnęła miażdżona chrząstka. Cios okazał się na tyle mocny, że powalił go na ziemię. Gdy padał, jego znajdujący się o kilka stóp dalej druh podrzucił w górę broń i nie mierząc dokładnie, nacisnął spust. Huk był o wiele głośniejszy niż wcześniejszy, a to dlatego, że rozległ się w dużo mniejszym pomieszczeniu. I dlatego również, że... złożyły się na niego dwa wystrzały, a nie jeden.

W efekcie bandyta zachwiał się, a wypuszczona z rąk strzelba z grubą lufą upadła na podłogę. Sekundę później leżał obok niej jej właściciel, trzymając się oburącz za piersi, gdyż tam właśnie, z precyzją równą ciosowi, został trafiony z rewolweru, który trzymał w ręku właściciel  niskiego i spokojnego głosu oraz skrytki o numerze 2307...

Dopiero teraz Fiodor Maksimowicz Todorow odważył się podnieść wzrok. Najpierw, zanim tamten zdążył schować w zanadrze broń, rozpoznał model Colt Navy z 1850 roku; wiedział to tylko dlatego, że taki właśnie rewolwer posiadał dyrektor banku (ech, gdzie on teraz?!), który zawsze chwalił się, że kupił go od oficera amerykańskiej marynarki.

Następnie spojrzenie bankowego kasjera powędrowało nieco wyżej. Gdy to uczynił, struchlał, a serce zakołatało mu w piersiach jeszcze mocniej niż kilka minut wcześniej, gdy zastrzelono strażnika, a on sam szedł przez salę operacyjną na pewną śmierć. Ujrzał bowiem oto nad sobą cień mężczyzny w długim płaszczu, rysujący się na tle elektrycznego światła i spowity przez dym powstały za sprawą wystrzałów. Zwieńczony kapeluszem z szerokim rondem wydał mu się on wówczas – i tak właśnie Todorow powtarzał z uporem podczas późniejszych przesłuchań w cyrkule – ogromny niczym spiżowy pomnik i jak pomnik dostojny i twardy.

– Masz i pilnuj dobrze – usłyszał, po czym tuż obok niego na podłodze wylądował rzucony pęk kluczy od bankowych skrytek. – Albo przynajmniej lepiej niż do tej pory...

Nim Todorow zdążył się odezwać ani nawet pomyśleć, cień ów zniknął, jakby nigdy go nie było. Na ziemi leżeli dwaj zamaskowani bandyci. Kasjer zwymiotował na podłogę zjedzoną ledwo przed godziną kolację. Po chwili na schodach prowadzących do piwnic, niczym bębnienie w werbel, rozległ się tupot par ciężkich, podkutych butów.

Kilka sekund później w sali sejfowej Banku Państwa zrobiło się szaro i niebiesko: wpadło tam kilkunastu uzbrojonych policjantów.

3

– Wio, gniada! Wio! – krzyknął Andrzej, podnosząc się przy tym gwałtownie z kozła i stając na równych, szeroko rozstawionych nogach.

Głos mężczyzny i następujący zaraz za nim świst bata sprawiły, że siedząca obok Maria wzdrygnęła się, jakby ktoś polał ją bez uprzedzenia kubłem wody, takiej prosto ze studni.

– Wio, maleńka! No! – popędzał znów jedynego konia hrabia Potulicki, choć już bez użycia bata i siedząc spokojnie.

– Mamy jeszcze sporo czasu, Jędrusiu... – wtrąciła kobieta z lekkim wyrzutem, choć przecież lubiła szybką jazdę; spoglądała przy tym z ukosa na człowieka, którego rozumiała coraz mniej, szczególnie w ostatnim czasie.

– Wiem, wiem o tym dobrze, kochana – odpowiedział po dłuższej chwili, gdy lekka bryczka, którą się poruszali, odkryta i resorowana, wyjechała na dukt nieco szerszy, gdzie nie było już prawie śniegu (choć jeszcze przed paroma chwilami, w lesie, miejscami ciężko było przejechać), do tego nawet względnie twardy. – Pociąg warszawski wyjeżdża ze Skierniewic sześć minut po dziewiątej. Mamy godzinę ósmą rano – powiedział, nie spojrzawszy nawet na zegarek, który krył w kieszonce szkockiej kamizelki, teraz głęboko ukryty pod kortową marynarką i dodatkowo, mimo że w kalendarzu był dokładnie pierwszy dzień kwietnia, kożuchem.

Maria hrabina Potulicka nie odezwała się na to ani słowem. Odruchowo poprawiła kołnierz szarej baranicy, w którą również była szczelnie otulona; wiatr na otwartej przestrzeni, na którą właśnie wyjechali, był bowiem o wiele silniejszy i nieco bardziej chłodny, choć jednocześnie niósł wyraźny, pobudzający zapach nadchodzącej wiosny.

Wiedziała doskonale, że Andrzej wszystko przygotował w najdrobniejszych szczegółach. Absolutnie wszystko! Co się dziwić: umysł ścisły, człowiek praktyczny, wielki miłośnik wiedzy, miłujący książki, czytający od lat fachowe czasopisma.

Ona też lubiła czytać, owszem. Dzięki temu ten moment skojarzył jej się jak nic ze sceną kuligu z Potopu, powieści Henryka Sienkiewicza, którą dostała na ostatnie urodziny, jesienią. Kilka chwil wcześniej, kiedy jechali przez zaśnieżony zagajnik, wydawało jej się, że niemal słyszy dzwonki sań, tętent kopyt końskich na miękkim śniegu i pokrzykiwania jeźdźców. Że ona jest Oleńką Billewiczówną, Andrzej zaś, oczywiście... Andrzejem, ale Kmicicem, chorążym orszańskim, bohaterskim obrońcą Częstochowy przed szwedzką nawałą...

– Wio, gniada! Wio!

Piękne marzenie rozwiało się, jeszcze zanim wyjechali z lasu. Podobnie jak wszelka radość w ostatnich miesiącach. Bo wszystko byłoby dobrze, czyli jak dotychczas, wszystko byłoby pięknie,  a oni spaliby spokojnie, gdyby nie jedno, jedyne słowo – słowo bolesne, a jeszcze rok temu, nawet pół roku wcześniej, zupełnie im nieznane!

Zlicytowani.

Taka była bolesna prawda. Hipoteka majątku Potulickich niemal trzeszczała od naporu długów, procenty rosły jak ten perz na zapomnianym polu, terminy spłat mijały, lichwiarska pożyczka już dawno przestała być w ich domu słowem nieprzystojnym, a Żydzi, którzy im jej bardzo chętnie udzielali, tylko zacierali niedomyte ręce.

Nie to, żeby wcześniej nie szukano ratunku gdzie indziej! Szukano, nawet na zamku Czartoryskich, z którymi Potuliccy byli w dobrych, jeśli nie w bardzo dobrych stosunkach. Jednak i to na niewiele się zdało: kredyt gonił kredyt, tak jak krokodyl ze starej ryciny, wiszącej w ich salonie (a sprzedanej w pierwszej kolejności wraz z innymi rodzinnymi pamiątkami: szablami, olejnymi portretami przodków, meblami i miśnieńską porcelaną), pożerał własny ogon...

Majątek ich wart był przeszło dwieście tysięcy rubli i Andrzej o tym dobrze wiedział. Wiedział też, że trzy nie spłacone w terminie raty dadzą wierzycielom prawo do tego, by użyć innych środków perswazji. By Potulickich po prostu zlicytować!

Często wyrzucał sobie, że żyją ponad stan, ale przecież tak nie było. W jego głowie co raz rodził się koncept, jak wyjść na prostą, w czym Andrzej posiłkował się przeczytanymi  artykułami. Wszystko jednak pozostawało w sferze marzeń, względnie rozrysowane węglem na papierze.

Czasami mówili o tym wprost, z biegiem dni jednak temat zadłużenia ich majątku stawał się coraz bardziej kłopotliwy i po prostu nieprzyjemny. Jeszcze święta Bożego Narodzenia udało im się urządzić tak, jak tego wymagała tradycja i ich wieloletnie przyzwyczajenie.

Zjechała się rodzina, w większości niemająca o niczym pojęcia albo przynajmniej świetnie udająca, że o niczym nie wie. Wszystko odbyło się jak należy: jedzono, pito, śpiewano Jezus malusieńki... a potem jak gdyby nic grano w preferansa. Któryś z wujów, już na lekkim rauszu, napomknął o polowaniu, ale szczęściem go zignorowano. Maria i Andrzej wiedzieli już wtedy, że kolejnych świąt, czyli Wielkanocy, mogą już nie doczekać jako właściciele majątku...

Do stacji kolejowej w Żakowicach pozostała, na oko, niecała wiorsta drogi, kiedy nad burymi, pokrytymi jeszcze tu i ówdzie liszajami śniegu, pofałdowanymi nieco polami, rozległ się gwizd lokomotywy. Usłyszawszy to, Andrzej Potulicki spojrzał z ukosa na Marię, zmarszczył brwi, przygryzł lewego wąsa.

– Nie mogę się spóźnić – warknął, by następnie wstać z kozła i trzasnąć z bata, na który to dźwięk już nie tylko przeszedł dreszcz Potulicką, ale i stado żerujących blisko gawronów zerwało się z ziemi, trzepocząc skrzydłami, co Maria odebrała od razu jako wróżbę najgorszą z możliwych.

– Nie jedź – jęknęła, ale on jej nie słyszał.

– Wio, maleńka! No! – zawołał głosem, jakiego u niego jeszcze nie słyszała, przerażającym i rozpaczliwym, głosem niemalże szaleńca...

Koń, ostatni zresztą, który im pozostał, posłuchał wołania swojego pana. Pociągnął z ochotą bryczkę, również ostatni ich środek transportu, jaki mieli.

Wariat. Po prostu wariat! – oceniła Andrzeja w myślach Maria, tak samo jak wtedy, kiedy pierwszy raz powiedział jej o swoim najnowszym zamyśle. Byli już wtedy po licytacji, majątek poszedł za... Lepiej nie wspominać. Pewne było za to, że oto całkowicie zmienia się całe ich życie. Odprawili całą służbę. Planowali pomieszkać teraz kątem u dalekich kuzynów pod Krakowem, przynajmniej przez jakiś czas.

Ale któregoś dnia Andrzej spotkał jakiegoś starego znajomego, jeszcze z czasów studiów  (których zresztą nie skończył). I to prawdopodobnie po tym właśnie spotkaniu powziął decyzję, od której nic i nikt nie miał go teraz prawa odwieść. To w myśl nowych ustaleń Maria miała pod Kraków jechać sama, ponieważ on przyjął właśnie posadę... stangreta u jednego z właścicieli fabryk włókienniczych w nieodległym mieście Łodzi.

– Ani słowa, cyt! Nie zaczynaj mi od nowa... – powiedział twardo, gdy ich powóz zatrzymał się przed budyneczkiem stacyjnym w Żakowicach, a nadjeżdżający pociąg było już słychać bardzo wyraźnie.

– Nie jedź... – jęknęła tylko, niemal niesłyszalnie.

– Wszyscy chłopi już dawno wyjechali, by nająć się do fabryk. Całe wsie, że nie ma komu robić w polu. Zawsze mówiliśmy, że to proste chamy. Ojciec mówił to mnie, a jemu jego ojciec. A jednak znalazł jeden z drugim dla siebie miejsce, mało który wrócił na wieś. Dlaczego? Bo wykonuje pracę, za którą po raz pierwszy w życiu ktoś mu płaci. Ciarach zrzuca sukmanę, kupuje garnitur, a buty nosi już nie tylko do kościoła! – tłumaczył ze swadą, ale i złością, i po raz kolejny, stojąc obok powozu z jedną, choć dość dużych rozmiarów skórzaną walizką w ręku, bo tylko z nią udał się w tę podróż niedaleką, ale ważną. Może i najważniejszą w życiu.

Z drugiej strony wiedział dobrze, że jeszcze daleka droga, by jego Maria wszystko zrozumiała. Teraz była ostatnia okazja, by ją próbować przekonać do swoich racji. Do jedynego, jak sądził, wyjścia z sytuacji, w jakiej się znaleźli.

– Ale ty nie jesteś prosty chłop – zauważyła Potulicka.

Tylko zacisnął dłonie w pięści. By opanować ich drżenie, wsunął je do kieszeni czarnego, jednorzędowego paddocka, na który tymczasem zamienił wiejską baranicę; na jego głowie pięknie prezentował się lśniący, czarny cylinder.

– Wiem! Wszystko wiem – odparł głucho. – Ale co mi po szlacheckiej dumie, co mi po naszych herbach, kiedy zostaliśmy z niczym? Co?! A tam jest przemysł. Tam jest wielki świat. Kto wie, czy za tydzień z prostego stangreta nie zostanę kimś innym, lepszym. Przecież wiele jeszcze pamiętam ze studiów...

Nic nie pamiętasz i nikim nie zostaniesz. Nikim – odezwał się w głowie Potulickiej jakiś głos, którego nie mogła poznać. Po chwili ten sam głos odpowiedział za nią:

– Dobrze. Jedź z Bogiem – powiedziała, czyniąc nad nim oszczędny, ale czytelny gest.

– Mam łeb na karku. Nie zginę! A jak odbiję się od dna, wtedy ty przyjedziesz do mnie.

– Oczywiście – odpowiedziała głucho.

Andrzej podciągnął się i pocałował ją w policzek. Potem odchylił prawą klapę kortowej marynarki i taki sam pocałunek złożył na jej wewnętrzej stronie, gdzie przypięta była, niewidoczna z zewnątrz, niewielka kamea z wizerunkiem Marii. Ten gest zawsze ją śmieszył. Dziś jednak nawet się nie uśmiechnęła.

Od strony peronu, po którym snuły się pojedyncze cienie, dobiegło trzaskanie drzwi wagonów. Mężczyzna chwycił za rączkę walizy i nie bez trudu, omijając kałuże, szybkim krokiem ruszył w kierunku stacji.

– Nie zatrzymuj się nigdzie. Wracaj od razu do stryja Michała – rzucił jeszcze przez ramię. – Napiszę do ciebie zaraz po powrocie. Kocham cię!

Chciała jeszcze podnieść rękę, aby pomachać mu na pożegnanie, jakimś sposobem jednak nie mogła tego zrobić. Prawica wydawała jej się ciężka jak z ołowiu, choć nie było już na niej pierścionków ani bransolet, dawno sprzedanych lub oddanych pod zastaw.

Kilka chwil później parowóz fuknął gniewnie i pociąg ruszył w tumanach białej pary. Nad niewielką stacyjką Żakowice wisiała teraz nisko, jakby dla odmiany, ciemna chmura. Może był  to zwiastun deszczu albo jeszcze śniegu, a może po prostu Marii zrobiło się ciemno przed oczami, a serce wypełniła trwoga, jakiej chyba jeszcze, jak żyła, nie czuła.

Ostatni koń Potulickich, nieświadomy, że jego pan będzie teraz dbać o inne szkapy, obejrzał się kilka razy, machnął wesoło ogonem. Potem sam pociągnął bryczkę – która dopiero teraz zaczęła skrzypieć, jakby była żywą istotą, co straciła respekt dla swojego pana chwilę po jego odejściu – w kierunku domu.

Księga pierwsza: Tożsamość

1

Dzień 11 kwietnia 1892 roku, poniedziałek po Niedzieli Palmowej, wielu ludzi miało zapamiętać na długo. Niektórzy na całe lata, inni nieco krócej, bo przecież los (czy jak mu tam naprawdę na imię) każdemu z osobna i z góry wyznaczył – jak mówi poeta lub pacjent psychuszki – liczbę ziaren w tej klepsydrze czasu: jednym podług urodzenia, drugim mimo zasług, a jeszcze innym bez powodu. Tak czy inaczej – do końca i ostatniego smrodliwego oddechu, amen.

Fabryczne świstawki jak zwykle od świtu wzywały do fabryk tysiące robotników. Szli równo, zgodnie i szybko, ci od Poznańskiego i ci od Scheiblera, kobiety i mężczyźni, okutani jeszcze ciepło, a przez to niemal nie do rozróżnienia. Spośród nich kilkunastu, a może kilkudziesięciu miało usłyszeć ów dźwięk świstawek po raz ostatni. Klamka już zapadła i szlus. Postępu nie da się przecież powstrzymać!

Ale póki co wprawiono w ruch wszystkie maszyny i rozpoczęła się codzienna symfonia warkotów, huków, postękiwań, dzwonków, rumorów, trzasków i stu innych dźwięków, dla których nikt nie wymyślił jeszcze nazwy, i to w żadnym ze znanych języków.

Wyraźne za to były wszystkie komunikaty, które przekazywał swoim pracownikom majster nazwiskiem Szulc z fabryki Silbersteina.

– Dąbrowski, nie płacę ci za stanie, zarazo! Ruszacie się wszyscy jak muchy w smole. To nie majątek imć pana von Dupersztajna. Tu jest Łódź. Tu się robi, kpy ostatnie. Robi! Do Wielkiej Nocy jeszcze sporo czasu...

Zazwyczaj nic nie odpowiadano na takie słowa, czasem tylko któryś przekleństwo zmełł w ustach, uszy po sobie położył. Względnie zacisnął dłonie w pięści do bólu albo udał, że nie słyszy, że go obsługa maszyny tak bardzo zajmuje, pochłania bez reszty. Albo znikał za przewyższającymi go nawet i dwa razy sągami materiałów, które z uwagą rachował, by się... pomylić.

Tego dnia jednak majster przeszedł po halach fabrycznych bez jednego słowa, nie zaczepiając nikogo. Może miał dobry dzień, pod rudym wąsem błąkał mu się bowiem uśmiech, albo myślami był już przy świątecznym stole, zastawionym suto, bo to rzeczywiście tylko kilka dni zostało; jutro wszyscy łódzcy Żydzi zaczną świętować Pesach...

Obszedłszy wszystkie hale, Szulc zameldował się w kantorze, na pierwszym piętrze hali fabrycznej. Ledwo zamknął za sobą drzwi, inżynier Szałkowski, jego bezpośredni przełożony, podał mu złożony na czworo papier.

– Proszę, to jest ta lista – powiedział jeszcze, a gdy majster wziął ją do lekko drżącej ręki, pochylił się nad swoją pracą, uznając tym samym sprawę za zakończoną.

– Co mam z tym zrobić, panie inżynierze? – zapytał podwładny, a gdy odpowiedź nie padła, ukłonił się i usunął się cicho z kantoru.

Dopiero gdy nikt nie patrzył, rozłożył papier. Oparty plecami o ścianę, przebiegł szybko wzrokiem po zapisanych nazwiskach, odetchnął głęboko, nie znalałszy swojego (tego się obawiał, bo różnie mówiono, a w każdej plotce jest ziarno prawdy).

A więc nie, nie tym razem! Jeszcze im majster Szulc pokaże! – pomyślał z triumfem, jednak mimo że już wiedział, iż nic mu nie grozi, nie mógł jeszcze zrzucić z pleców tego niewidocznego ciężaru.

Złożył na powrót arkusz papieru i umieścił go starannie w bocznej kieszeni fartucha. Następnie ruszył z powrotem do hali fabrycznej. Wolał mieć to szybko za sobą.

Kwadrans później, chwilę po ogłoszeniu przerwy obiadowej, stali przed nim wszyscy. Cała  dwudziestka. Mężczyźni z listy.

– Żeby nie przedłużać... – zaczął majster – żołądek, prawda, ma też swoje prawa, więc mówię, jak jest. Po Wielkiej Nocy waszą robotę będzie wykonywać maszyna, co to ją właściciel właśnie kupił w Anglii. Dlatego musicie sobie poszukać innego miejsca. To tyle.

Słuchali, jakby mówił w jakimś obcym języku. Coś jak ksiądz na mszy, ale tam z góry wiadomo, że raczej nic złego, bo jakby coś miał, to przecie powiedziałby po polsku, od siebie. Maszyna zamiast ludzi? W Anglii? Nie będzie miejsca? Po Wielkiej Nocy?!

Zaczęli się rozchodzić, ale wciąż trzymali się w grupach, jakby każdy z osobna pozostałym chciał opowiedzieć, co słyszał, by w ten sposób przekonać się, czy aby usłyszał dobrze. Tylko  dwudziestoletni Lech Dąbrowski szedł w pojedynkę, z rękami głęboko ukrytymi w kieszeniach zbyt szerokich spodni, które nosił po starszym bracie. Pochylony nisko, w czapce krzywo nacisniętej na sztywne, sterczące na wszystkie strony włosy – wszystko zrozumiał. Nie potrzebował pociechy ani roztrząsania, bo wiedział dobrze, że z tego pożytek będzie marny.

Gdy wyszedł z hali, owionęło go zimne powietrze, przez co wróciło mu nieco świadomości. Świat zawirował przed oczami. Uchwycił się ręką muru, aż jakieś kobiety się obejrzały, myśląc pewnie, że się w biały dzień zaprawił. Słowa wypowiedziane przez majstra Szulca dopiero teraz docierały do niego. Docierały ze zdwojoną siłą i uderzały o wnętrze czaszki: nie ma roboty, nie ma roboty, nie ma!

Kiedy Lech Dąbrowski przechodził przez bramę fabryki, ktoś na niego zawołał po imieniu. Zatrzymał się, zaczął się rozglądać. Wreszcie ujrzał znajomą twarz. Podszedł bliżej i przywitał się ze starym znajomym. Tamten nazywał się Józef Wnuk. Obaj pochodzili z tych samych okolic.

– Słyszałem, że straciłeś robotę – powiedział Józek, częstując papierosami.

– Takie wieści jakoś dziwnie szybko się rozchodzą, nie uważasz? – warknął ze złością Lech. – A co?

– A to, że chyba miałbym coś dla ciebie.

– Co takiego? – Młody robotnik był coraz bardziej zdenerwowany, bo i coraz bardziej dotkliwie dawała o sobie znać bolesna prawda tycząca jego sytuacji. – Nie mam czasu na żadne rewolucyjne, socjalistyczne bajania! – wycedził jeszcze przez zęby.

– Spokojnie, przyjacielu. To nie są żadne rewolucyjne bajania – odparł tamten z powagą. – Przejdziemy się?

2

Pociąg z Warszawy do Łodzi wyjechał ze stacji w Koluszkach punktualnie o jedenastej minut czterdzieści pięć.

Ledwo skład szarpnął i potoczył się po torach, obaj siedzący w jednym z przedziałów klasy pierwszej mężczyźni spojrzeli na zegarki; obaj byli posiadaczami wielkich, złotych czasomierzy z dewizką, kto wie, czy nawet nie z takim samym napisem „E. Francillon Longines Suisse”, i dodatkowo doskonale opanowali gest sięgania po nie do kieszonki kamizelki, czyli tam, gdzie podobne skarby kryli mężczyźni chodzący po tym świecie na dwóch nogach. Było też jasne, że obaj panowie bardzo cenią swój czas.

– Doskonale, doskonale – zachwycił się niegłośno pierwszy z mężczyzn, niski i okrągły, z twarzą okoloną bujnymi faworytami, choć i tak podobną do... świni.

– No, w poriadkie – zgodził się drugi, będący totalnym przeciwieństwem sąsiada: wysoki,  chudy, starannie ogolony, z wąską, bladą twarzą przypominającą psa, a dokładnie charta; mógł być rówieśnikiem tamtego.

Krajobraz za szybą przesuwał się coraz szybciej: pola, na których już stopniał śnieg, większe i mniejsze skupiska drzew, które jeszcze nie zdążyły się zazielenić, tu i ówdzie droga wypełniona błotem. Para pomieszana z dymem wydobywającym się z komina przyspieszającej coraz bardziej lokomotywy ścieliła się płasko po ziemi, po obu stronach toru.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.