Stacja - Marcin Majchrzak - ebook

Stacja ebook

Marcin Majchrzak

3,8

Opis

Piotr wraca do rodzinnego miasta, aby przygotować do wynajmu mieszkanie pozostawione przez jego niedawno zmarłą matkę. Będzie musiał się zmierzyć nie tylko z bólem straty, ale także z duchami przeszłości. Trzynaście lat temu doszło tu do tragedii, której echa nie cichną do dzisiaj. Co wydarzyło się wówczas na śląskiej prowincji? Dlaczego, pomimo upływu lat, miejscowa Stacja wciąż przeraża Piotra tak bardzo, że nie potrafi nawet na nią spojrzeć? W tym miejscu nikt nie może żyć, nie będąc jednocześnie skażonym piętnem przeszłości. Zło rodzi zło. Krzywda rodzi krzywdę. A stara Stacja ma swoje tajemnice, za odkrycie których zapłacić można tylko szaleństwem lub krwią.

Piekło jest puste, a wszystkie diabły są tu – chciałoby się zacytować Szekspira po lekturze Stacji Marcina Majchrzaka. Stacja w bezbłędny sposób rozgrywa najbardziej przerażającą prawdę, jaką może nam zaoferować literatura grozy: że najgorsze z demonów zamieszkują nigdzie indziej, tylko w ludzkiej psychice. Nie odgrodzimy się od nich, nie przepędzimy, nie pobijemy: są w nas, są nami samymi. A świat wokół, to dziwaczne, wrogie nam miejsce, jest tylko projekcją ich-naszej woli. Na taki polski horror – dojrzały formalnie, treściwo zaangażowany w rzeczywistość i palące problemy ludzkiego istnienia – zawsze czekam z niecierpliwością.

Wojciech Gunia Powrót, Miasto i Rzeka, Nie ma wędrowca

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 275

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:

Popularność




Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2020

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Marcin Majchrzak, Stacja, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja i korekta: Barbara Mikulska i Anna Dzięgielewska

Projekt okładki: Kornel Kwieciński, Strangely Twisted

Skład i łamanie: Sandra Gatt Osińska

Wydanie I 

ISBN: 978-83-66518-40-7

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

STACJA/ZERO

Na starej stacji od dawna już toczy się cicha wojna, wojna na wyniszczenie, prowadzona między dwoma nieustępliwymi siłami. Stare pokolejowe i poprzemysłowe budynki, straszące brudnym lodem wybitych szyb i liszajem odpadającego tynku, sprzęgły się w śmiertelnym uścisku z siłami natury, która oplotła je ciasno gałęziami i bluszczem.

Dawno temu to ludzie wygrywali w tej walce. Przeszło dwukilometrowej długości pas zieleni został przetrzebiony, wykorzeniony, przekopany, wyrównany i pokryty siatką asfaltowanych arterii, przy których w górę piąć zaczęła się nowa, bo betonowa już dżungla. Biurowce, nastawnie, posterunki, dyżurki; lokomotywownie, dźwigi i obrotnice; stołówki i wysokie wieże obserwacyjne – wszystkie stały się w końcu częścią gigantycznej machiny. Nowego, sztucznie powołanego do życia organizmu, w którego żyłach zamiast krwi płynęły węgiel i ropa. A później?

Później przyroda zdążyła upomnieć się o swoje. Nawet najwyższe i najpotężniejsze budowle skarlały i zapadły się w sobie, gdy natura ruszyła z kontrofensywą. Stacja stała się linią frontu, przez którą przebiegają dziś kolczaste zasieki żywopłotów. Nieuważny obserwator mógłby powiedzieć, że trwa stan zawieszenia broni, ale to bzdura; walka toczy się tu i teraz. Zbyt powolna, byśmy mogli dostrzec ją gołym okiem, ale nieustająca i wieczna jak sam czas. Pod betonową i stalową powłoką tętnią bólem, huczą pretensją wzgardzone moce Ziemi. Darń pulsuje niespokojna, napuchła od zielonej posoki, gotowa mścić się za wszystkie krzywdy. Ona wie, że nadchodzi czas retorsji, rozrachunku za ucisk i prześladowania.

Nad terenem stacji matka natura rozpościera dywany z gęstej mgły. Mgła jest metaliczna i ostra w smaku, przynosi na myśl gaz bojowy użyty pod Ypres. Te budynki, które wciąż stoją, trzymając się w pionie chyba tylko siłą przyzwyczajenia, pokryte są popękanym tynkiem i wybroczynami starej farby, odchodzącej płatami jak skóra z napromieniowanego ciała. Tu i ówdzie zieją w nich gigantyczne dziury; kto wie, czy nie wybiła ich niewidoczna gołym okiem artyleria.

Swego czasu uciec zdążyły stąd wszystkie zwierzęta. Wyniosły się bezpańskie psy i koty, lisy i borsuki opuściły swoje jamy, małe gryzonie poginęły gdzieś w wysokiej trawie, jakby w ostatniej chwili ostrzeżone. Czasem tylko jakiś zbłąkany ptak przelatuje obok lub na chwilę przysiada na kruszących się ze starości gontach. Zaraz jednak pierzcha, podskórnie wyczuwając grożące mu niebezpieczeństwo.

Bo są na tym świecie miejsca, będące czymś więcej niż nam się wydaje. Gdy się skupisz, zauważysz w nich obecność świadomości, zakamarków której nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby odkrywać. Jeśli posłuchasz wystarczająco uważnie, usłyszysz jej szept. I będzie to ten rodzaj szeptu, którym opowiada się tylko najstraszniejsze, najokropniejsze z pradawnych baśni.

Gdzieś tam, w sercu tego placu boju, wyrosła przez lata czarna i mroczna jak odmęty piekieł nienawiść. Czekała cierpliwie, w ciszy, schowana pod kamieniami, pod korzeniami, odcięta od świata, paląca się do mordu. Śmierć to jedyne, co zna, bo śmiercią nasiąkła przez lata. Śmierć i walka powołały ją do życia, ponieważ w naturze nic nie ginie, a żadne cierpienie nie rozmywa się i nie idzie na marne. Wręcz przeciwnie; skrapla się na szybach, osiada na ścianach, błąka po przepastnych przestrzeniach, łączy w obłędnej symbiozie z miejscem i przedmiotem.

Na starej stacji nienawiść zagościła na dobre; na lata, może na wieki lub millenia. Ukryta, niewidoczna dla postronnych, czekająca na odpowiedni moment, by wszem i wobec obwieścić swoją obecność.

Czekająca na mnie.

2019/JEDEN

Wyruszyłem wcześnie rano, robiąc sobie nadzieję, że nie spotkam zbyt wielu podróżnych. Nie lubię tłumów, nigdy nie lubiłem. Ludzka masa przeraża mnie, kojarzy mi się z brudną, wezbraną rzeką, która właśnie przerwała ostatnie wały ochronne i teraz pędzi na ślepo, porywając ze sobą wszystko, co tylko znajdzie się na jej drodze. Nurtem pełnym wołających o pomoc topielców, którzy wysuwają ponad taflę wody karykaturalnie wykrzywione, zdjęte przerażeniem twarze.

Przystanąłem przed głównym wejściem dworca, wtuliłem się we wnękę pomiędzy drzwiami i ścianą, by osłonić się przed zimnem i ciekawskimi spojrzeniami. Wysupłałem z kieszeni płaszcza papierosa; pogięta, poturbowana paczka mentoli wypluła ostatniego truciciela i skończyła żywot w przydworcowym śmietniku, dziurawym, pordzewiałym, stojącym już jedynie na słowo honoru. Zostało mi piętnaście minut do odjazdu pociągu, a potem cholera wie, co będzie dalej. Piętnaście minut to bardzo dużo czasu. Uważa się, że przeciętny ludzki mózg może znieść od trzech do sześciu minut niedotlenienia. Później następują nieodwracalne zmiany, nierzadko kończące się śmiercią. Wynika z tego, że w ciągu piętnastu minut można umrzeć od dwóch do pięciu razy, a przecież dopiero co otworzyliśmy listę możliwości.

Można też przez ten czas, na przykład, odbyć rozmowę telefoniczną, podczas której pracownica szpitala poinformuje nas zimnym, znudzonym głosem że nasza matka właśnie odeszła na tamten świat. Zaraz potem powie nam – dyspozytorka, nie matka, rzecz jasna – że jest jej przykro, ale musi już kończyć. Taka rozmowa trwała w moim przypadku dwie minuty i szesnaście sekund, co oznacza, że w ciągu piętnastu minut można uśmiercić przez telefon sześć koma sześć dziesiątych matek. Przykra sprawa.

To było dwa tygodnie temu. Nie pojawiłem się na pogrzebie, nie miałem na to nerwów. Kiepsko radzę sobie w takich sytuacjach, ale ludzie rzadko kiedy wykazują zrozumienie dla dziwadeł podobnych do mnie. Byłbym się tam pewnie rozpłakał, a publiczne okazywanie emocji to nie jest to, co lubię robić w życiu. I nie miałbym nic na swoją obronę, w końcu niecodziennie chowa się matkę. Całe życie było mi przez nią przykro, choć nie dlatego, że zrobiła mi jakąkolwiek krzywdę; wręcz przeciwnie, dlatego, że okazała się tak dobrym człowiekiem, pomimo ewidentnych sprzeciwów losu. Nie potrzebowałem z jej strony dodatkowej przykrości, tym bardziej takiej ostatecznej, na pożegnanie.

Ci, spośród członków mojej rodziny, którzy jeszcze mnie nie wyklęli, teraz mieli ku temu doskonałą okazję i nie wątpię, że z niej skorzystają. Jedynie ojciec zachował w tej materii odrobinę wyrozumiałości, nie próbując niczego mi wyrzucać. Może zresztą miał na to ochotę, ale w jego wykonaniu byłby to festiwal hipokryzji. Sam zostawił nas na długo przedtem i wyjechał na drugi koniec świata. Oczywiste, że nie zamierzał fatygować się do Polski tylko po to, żeby pójść na pogrzeb kobiety, z którą od przeszło dekady nic go nie łączyło, może z wyjątkiem okazyjnych przelewów bankowych.

„Ktoś musi zająć się mieszkaniem i rzeczami. Tym debilom od strony twojej matki nie powierzyłbym nawet dziurawych skarpetek” – powiedział mi przez telefon zaledwie w kilka dni po pogrzebie. Zgodziłem się z nim bez słowa protestu.

Ojciec mieszka w Australii, w białej willi na przedmieściach Brisbane. Ma nową rodzinę: trzydziestoletnią, zgrabną Meghan i dwójkę różowiutkich dzieciaków, których imion nawet nie pamiętam. Mają też psa imieniem Jack, basen za domem, niebieskiego forda mustanga. Tyle da się zobaczyć na zdjęciach na Facebooku, na które trafiałem czasem przypadkiem. Kolorowo tam mają, szczęśliwie. Trawa jakoś bardziej się zieleni po tamtej stronie globu, słońce piękniej świeci.

Facet mieszka czternaście tysięcy kilometrów stąd, a mimo to wziął na siebie obowiązki, którym ja nie sprostałem. Wszystko zorganizował przez telefon. Wysłał komu trzeba odpowiednie pieniądze. Opłacił zakład pogrzebowy, księdza, wieńce, transport i wyżywienie dla darmozjadów, którzy o mojej matce pamiętali jedynie wówczas, gdy trzeba było wyciągnąć od niej fundusze lub przysługę. A teraz posłał mnie na drugi koniec kraju, żebym wrócił do domu rodzinnego i zajął się rzeczami, którymi nie zajmie się nikt inny, no i przygotował mieszkanie do wynajmu. Nie miałem serca mu odmówić, rozumiecie? Może wyrzuty sumienia dopadły mnie w odpowiednim momencie. Wszystko się zgrało. Mało istotne. Istotne jest to, że zegar dworcowy wybija właśnie godzinę jedenastą i cichy, ponury dźwięk oznajmia mi, że muszę ruszać, jeśli nie chcę spóźnić się na pociąg.

Przeszedłem szybko przez halę dworca, zawieszając spojrzenie na barze z logiem Coca-Coli, gdzie potężnej postury kobieta uwijała się nad składaniem równie potężnych hamburgerów. Dolatywał stamtąd swąd spalonego tłuszczu i taniego sosu. Wszyscy znają ten zapach, a przynajmniej wszyscy ci, którym czasem zdarza się opuścić wygodne pielesze własnego domu i ruszyć w nieznane, by spędzać życie na brudnych, zakurzonych dworcach tego świata. W kolejce po żarcie stała trójka podróżnych. Każdy z nich miał na sobie przeciwdeszczową kurtkę, sprane dżinsy i gigantyczny plecak; wyglądali na zupełnie zdezorientowanych. Chyba właśnie wrócili do cywilizacji z kilkumiesięcznej podróży po bezdrożach i wciąż nie mogli się przyzwyczaić do dźwięków miasta. Ja czułem się podobnie, choć przecież nie wracałem z żadnej dziczy. Wystarczyło mi wyjść z domu po wielu, bardzo wielu tygodniach.

W pociągu wybrałem miejsce przy oknie. Zawsze wybieram miejscówkę przy oknie, tyłem do kierunku jazdy. Większość robi na odwrót, bo mdli ich, gdy siedzą tyłem do lokomotywy. Ja z kolei uwielbiam patrzeć na rzeczy, które zostawiam za sobą. Dla niektórych podróż jest permanentnym wypatrywaniem tego, co dopiero ich czeka; dla mnie jest wiecznym pożegnaniem z tym, co było przed chwilą.

* * *

Przedział jest pusty, rozłożyłem więc wszystkie swoje rzeczy na wolnych siedzeniach, jak ostatni cham. Może i jestem ostatnim chamem, pewnie tak, ale zawsze ceniłem sobie, po chamsku, swój święty spokój. Swego czasu wpadłem nawet na to, żeby rozkładać w przedziałach zakupione chwilę wcześniej w aptece igły i strzykawki. Większość ludzi po zobaczeniu czegoś takiego przez szybę w drzwiach natychmiast przyśpieszała kroku i odwracała wzrok.

Pogoda tego dnia jest deszczowa, jak to w listopadzie. Jesienna szaruga za oknem zamienia świat w postapokaliptyczną parodię samego siebie. Nagie drzewa wyrastają ze zmarzniętej gleby na podobieństwo kikutów amputowanych kończyn. Pociąg mija na zmianę gołe lasy, pozostawione same sobie pola uprawne i niewielkie wioski, które sprawiają wrażenie opuszczonych. Z żadnego komina nie wydobywa się dym, jakby wszyscy mieszkańcy w ciągu jednego dnia wyprowadzili się, wynieśli do jakiejś innej rzeczywistości, w której właśnie panuje środek lata. Jeśli tak faktycznie było, to bardzo im zazdroszczę.

Przez pewien czas w znudzeniu obserwuję krople wody spływające po szybie – jedno z moich ulubionych zajęć jeszcze z czasów wczesnego dzieciństwa – a potem nagle dociera do mnie, że zaczynam czuć bliżej nieokreślone napięcie. Chodzi o to, że już za chwilę przyjdzie mi zobaczyć przez okno to miejsce. Minęło tak wiele lat od mojej ostatniej wizyty. Szmat czasu. Niektóre wspomnienia nie mają jednak daty ważności. Są jak miód znaleziony w grobowcach faraonów – wiecznie zdatne do użytku. Z tą tylko różnicą, że diametralnie różnią się od niego smakiem. Są gorzkie jak piołun lub cierpkie jak imbir.

Czym bardziej pociąg zbliża się do mojego rodzinnego miasta, tym gorzej zaczynam się czuć. Wracają do mnie echa przeszłości, które chciałbym na zawsze pochować gdzieś pod bardzo grubą warstwą kurzu. Wracają twarze ludzi, których wolałbym na wieczność zapomnieć. Na kilkaset metrów przed stacją zdaję sobie sprawę, że moje ręce zostawiają na spodniach plamy z potu, że drżą jak w febrze. Na miejscu żołądka wyrasta mi jakiś dziwny, ciężki nowotwór.

Zaczynam bić się sam ze sobą, metaforycznie, rzecz jasna. Spojrzę tam, czy nie spojrzę? Odwrócę wzrok w kluczowym momencie i będę udawać, że stara nastawnia nie istnieje, czy też wytrzymam spojrzenie w otchłań, która podobno spojrzenia takie czasem odwzajemnia?

Spoglądam.

Stoi tam dalej, jeszcze bardziej paskudna niż przeszło dekadę temu, jak zaropiały wrzód na tkance tego świata. Umiera już od dziesiątek lat, lecz umrzeć nie potrafi, niczym Titonos z mitologii Greków. Coraz bardziej szkaradna, coraz bardziej zniszczona, ale nieśmiertelna, podtrzymywana przy życiu jakąś tajemną mocą.

Muszę odwrócić wzrok, ulokować go gdzieś w bezpiecznym miejscu. Zaczepić na fotelu, podwiesić na prętach luku bagażowego, zostawić pod opieką przypadkowego przechodnia na korytarzu. Pociąg zaczyna hamować, a spod kół wydostają się wysokie, przerażające piski. Tym dźwiękiem wita się ze mną mój dawny dom: zgrzytem, charkotem, wrzaskiem stali. Nie zaprasza mnie, ale to dobrze, bo ja wcale nie czuję się tu mile widzianym gościem.

2006/JEDEN

Idziemy w szóstkę torem kolejowym, jedno za drugim, jak kacza matka i jej pisklęta. Wysforowałem się naprzód, bo myśl o tym, co czeka nas na końcu trasy, przyciąga mnie z siłą neodymowego magnesu. Tak już mam. Jestem liderem, prawdziwym pionierem z krwi i kości. „Szybciej, chodźcie” – powtarzam co jakiś czas, zachęcając resztę do marszu. Co rusz oglądam się za siebie, żeby sprawdzić, czy pozostałym nie brak niezbędnego entuzjazmu. Póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Moja rzeczywistość jest bezpieczna, oczekiwana. Jestem reżyserem tego spektaklu, a tak przynajmniej mi się wówczas wydaje.

Gdy z gracją saren skaczemy po kolejowych podkładach, plastikowe torby pełne szkła i puszek wesoło pobrzękują do rytmu kroków. Mamy po szesnaście lat i to jest nasza wolność, zaklęta w butelkach swoboda o nieco gorzkim, nie do końca jeszcze rozszyfrowanym smaku. Tak naprawdę nikt z nas nie lubi piwa, ale wszyscy uwielbiamy łamać zasady. Prawo nas nie dotyczy, reguły nie obowiązują, życie może się odpierdolić; nawet z grawitacją, póki co, wygrywamy na punkty. Mamy po szesnaście lat i świat jest nasz.

Słońce pali mnie w kark niemiłosiernie, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Miną długie lata, zanim nauczę się nienawidzić tej pory roku, zanim zacznę się pocić na samo wspomnienie czerwcowego upału. Na ten moment wszystko jest doskonałe.

– Daleko jeszcze? – pyta Gładki.

To jego pierwsze wyjście z nami. Pierwsze wyjście na piwo, więc chłopak jest trochę podenerwowany. Jasne, znamy się wszyscy ze szkoły, z jednej klasy, ale to nic nie znaczy. W tym konkretnym przypadku nasza grupa dzieli się na dwie kategorie. Tych, którzy już zaliczyli swoją pierwszą puszkę z procentami, i tych, którzy jeszcze tego nie zrobili. Gładki nie jest w temacie, jest sam, więc cała reszta patrzy na niego protekcjonalnie, jak weterani dwóch wojen światowych na wystraszonego szeregowca z poboru. Może to też trochę kwestia jego wyglądu, bo Gładki wygląda dokładnie tak, jak sugeruje to jego ksywa. Jest, no… gładki. Jak azjatyckie dziecko, poprawiane szpachlą przez samego Michała Anioła; jakby codziennie kąpał się w kozim mleku, a przed snem nacierał oliwą z oliwek. Znacie ten typ? Gdyby było to możliwe, z porów na jego skórze wydobywałaby się złota poświata. Jest tak doskonały i delikatny, że pasuje do tej scenerii jak pięść do nosa. Gdyby urodził się w Paryżu, trzymaliby go w gablocie w Luwrze, ale miał pecha urodzić się tutaj, więc czeka go co najwyżej chrzest bojowy i rzyganie na buty.

– Nie, całkiem blisko – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Nieprawda, daleko – wchodzi mi w słowo Zwyrol. – Najdalej. Lepiej od razu zawróć. Jeszcze ktoś powie twojej starej i będziesz miał przypał. – Posyła za siebie szelmowski uśmiech.

Zwyrolowi brakuje lewego kła, ma pociągłą, niewiarygodnie wręcz długą twarz, której po części zawdzięcza pseudonim. Jest z nas najstarszy, kiblował rok. Patrząc na niego trudno w to powątpiewać. Jako jedyny z nas pali papierosy; jego popisowy numer to wsadzenie sobie szluga w miejsce brakującego zęba. Wygląda wtedy kropka w kropkę jak Popeye. Taki wybrakowany, polski Popeye. Ludzie się go boją, ale my wiemy, że to swój chłop.

– Daruj, błagam – strofuje go Nastia.

Jedyna dziewczyna w naszym gronie. Sami nie wiemy, czemu zabieramy ją ze sobą. Pewnie dlatego, że jest zabawna, inna niż reszta lasek z klasy. I brzydka. No, może nie do końca brzydka, po prostu nie wygląda jak inne dziewczyny. Ma gęste podniszczone włosy w kolorze kasztanów. Nosi stare, brudne dżinsy i sweter, ciągle ten sam. Zielony, wygląda jakby odziedziczyła go po Kurcie Cobainie. Inne laski z klasy nabijają się, że dawno już przyrósł jej do skóry i teraz Nastia musi w nim chodzić nawet pod prysznic, ale my mamy to w dupie. W tym wieku chłopcy są mniej wybredni, jeśli chodzi o zawieranie znajomości. Inne priorytety. Dopóki od niej nie śmierdzi, wszystko jest w porządku. A nawet gdyby, to przecież za parę godzin wszyscy będziemy capić jak stara gorzelnia, wiec co za różnica.

– Zamknij mordę, Zwyrol – dorzucam i też się uśmiecham.

Jest dobrze, jest dobrze jak jasna cholera.

W powietrzu unosi się zapach rozgrzanego metalu. Szyny prężą się na słońcu, wyciągają i mruczą jak stalowe koty. Spomiędzy starych kolejowych podkładów wyzierają palce mchu. Są miękkie, zamieniają marsz w zabawę, w skakanie po poduszkach. Co jakiś czas wszyscy oglądamy się za siebie, przezornie, szukając trójkątnych świateł pociągu, choć przecież nic nie jeździło tędy od kilku, jeśli nie kilkunastu lat. Tak daleko nasza pamięć nie sięga. Wiemy jednak, że tory na zachód od drugiego peronu są od jakiegoś czasu nieustannie rozkradane.

Na pierwszy rzut poszły miedziane kable, z których i tak nie było już żadnego pożytku. Gdy skończyła się miedź, przyszedł czas na same szyny, choć to była przecież trudniejsza sprawa. Niemniej amatorów nigdy nie brakowało; da się ich zauważyć w nocy, jak na poskręcanych własnoręcznie wózkach taszczą pocięte nierówno fragmenty torowiska. Mają niepisaną umowę z miejscowym skupem złomu, którego właściciel siedzi cicho i udaje, że nie ma o niczym pojęcia. Jedynie Służba Ochrony Kolei stoi na straży pozostawionej na pastwę losu stacji. Podobno mają broń, prawdziwą. Po mieście krąży historia o tym, jak parę lat temu miejscowy żulik padł trupem po postrzeleniu przez jednego z sokistów. My się jednak nie przejmujemy. Właśnie skończyliśmy gimnazjum i jesteśmy kuloodporni.

– A oto i ona – mówię. – Chomiczówka. Nastawnia. Panowie i panie, zaraz będziemy chlać! – dodaję.

Zza moich pleców podnoszą się wiwaty, a zza ściany drzew przede mną wyrasta dwupiętrowy budynek ochlapany żółtą farbą. Surowy, odrapany, pokryty graffiti i plamami z rdzy. Sprawia wrażenie betonowego, ale zdradzają go dziury w tynku – to typowy drewniany szachulec, stary jak sam świat, na który słusznie miniona władza nałożyła prymitywny makijaż, by nie zdradzał swojej pruskiej proweniencji. Do środka prowadzi jedno wejście, doskonale ukryte pośród drzew. Działka wokół Chomiczówki najeżona jest wystającymi prętami i słupami, wszędzie wokół zieją kilkumetrowe dziury i studnie nieznanego zastosowania i pochodzenia. Gdyby któreś z nas tam wpadło, byłoby po nim, ale to nie są kategorie myślenia szesnastolatków, mających przed sobą długie godziny zabawy.

Wchodzimy do środka po schodach zawieszonych na kilku prętach zbrojeniowych. Tynk kruszy się pod stopami, nieśmiało zwiastując własny koniec. Wewnątrz są dwa korytarze – lewy i prawy. Lewy prowadzi do piwnicy, prawy na piętro. W piwnicy jest całkiem ciemno, ale gdy wejść tam z latarką, można zauważyć, że na ścianach ktoś wymalował brudnoczerwone swastyki i celtyckie krzyże. Podobno tutaj zbierają się wszyscy miejscowi sataniści. Każde miasto ma takie miejsce, taką historię i takich ludzi. W niektórych są to sataniści, gdzie indziej popłuczyny po faszystach, narkomani lub „zwykli” pijacy.

Niezależnie od tego, czy historia o satanistach to prawda czy też nie, żadne z nas nie zostałoby tam na dole na noc za żadne skarby tego świata. Nawet w dzień klimat w piwnicy nastawni zwiastuje coś złego. Zalatuje stamtąd odór krwi, a może tylko mi się wydaje. Może to jedynie wyobraźnia. Jednak za każdym razem, gdy tu jesteśmy i przechodzimy obok schodów do piwnicy, dostrzegam na twarzach reszty ten sam grymas odrazy. Odruch atawistycznego wstrętu, krzyk podświadomości, która z odległej pamięci wywleka strach udręczonego zwierzęcia.

Idziemy na piętro, depczemy po stłuczonym szkle. Odruchowo podnoszę rękę w górę, mijając namalowany na ścianie portret Adolfa Hitlera. Za mną Zwyrol otwiera pierwszą puszkę, słyszę syk i donośne: „O rany, tego mi było trzeba!” Z piętra da się wejść po drabinie na dach i wszyscy w końcu wybieramy go jako nasz ostateczny cel. Siadamy w kółku, rozpakowujemy zabrany prowiant. Butelki, paczki i puszki wędrują z ręki do ręki, Gładki trochę się denerwuje; widzę, jak niespokojnie chodzą mu dłonie. Ostatecznie to poważna sprawa. Jest z nas wszystkich najporządniejszy. Jego rodzice, oboje są lekarzami z dziada pradziada, chyba strzeliliby sobie w łeb, gdyby zobaczyli go w takim miejscu i sytuacji.

– Nie bądź cipa, Gładki – dopinguje go Zwyrol, a reszta z zaciekawieniem kieruje spojrzenia na trzymane przez Gładkiego piwo. W końcu chłopakowi udaje się przemóc, otwiera puszkę i pociąga solidnego łyka.

– I jak? I jak? – pyta Petrol, nasz grupowy mądraliński, smerf Ważniak, którego naturalnym talentem jest wkurwianie ludzi samą swoją egzystencją.

– Gorzkie – odpowiada Gładki i krzywi się, jakbyśmy kazali wypić mu cykutę, ale zaraz potem bierze kolejny łyk. Chrzest bojowy zaliczony, witamy w gronie weteranów.

Nastia wyciąga z futerału gitarę, którą zawsze nosi ze sobą. Zaczyna coś brzdękać, coś, co brzmi niepokojąco podobnie do Dżemu, więc od razu mam ochotę dać jej w mordę, ale powstrzymuję się. Niech się dziewczyna cieszy. Zaraz jednak zagłusza ją telefon Zwyrola, który puszcza w eter empetrójkę Arki Satana.

„Ja chleję!”.

„Daję w żyłę!”.

„Tankuję!”.

„Ja codziennie piję…”.

– …SPERMĘ! – krzyczymy wszyscy i zaczynamy się śmiać. W wieku lat szesnastu człowiek ma słabą głowę i jeszcze słabsze poczucie humoru. Pół puszki wystarczy do tego, żeby się zaczęło kręcić pod czaszką. Też wyjmuję swój telefon – nieśmiertelny Sony Ericsson k750i – i próbuję zepsutym joystickiem wmanewrować w odebrane wiadomości. Uśmiecham się do dwucalowego wyświetlacza, widząc wiadomość od Agnieszki. Wiadomość złożoną z samych serduszek.

– Co tam, Piter, zaruchałeś w końcu? – nabija się Petrol.

Wszyscy wiedzą o tym, że kręcę z Agą, wliczając w to Gładkiego. To trochę komplikuje sytuację, bo Gładki to, przynajmniej nominalnie, jej chłopak. Staramy się o tym nie gadać w jego towarzystwie, zaś ja staram się nie przebywać z nim sam na sam, bo sprawa trochę śmierdzi. Chyba tylko Petrol może być tak skończonym fiutem, żeby gadać o tym w takiej chwili. Ignoruję go, podobnie jak reszta. Nikt nie chce, żeby wesołe piątkowe popołudnie zamieniło się w chujowe piątkowe popołudnie.

Wiem, że nie powinienem tego robić, ale uczucia nie są racjonalne, nie można ich włożyć do szuflady, owinąć folią aluminiową i udawać, że nie istnieją. Lubię, jak pachnie Agnieszka, lubię jej głos i kolor włosów. Lubię jej zielone kocie oczy. Jeszcze nie wiem, że przez całe dorosłe życie będę – równie podświadomie co bezskutecznie – szukał kobiet podobnych do niej.

Ktoś zaczyna temat szkoły średniej. Po wakacjach wszyscy z wyjątkiem Zwyrola i Gówna złożyliśmy papiery do tej samej szkoły. Nie chcę gadać o rekrutacji, bo wiem, że ze swoimi ocenami nie mam żadnych szans na prestiżową Dwójkę. Wyczuwam pomału, do czego to wszystko zmierza. Jeszcze miesiąc i każdy z nas pójdzie w swoją stronę. Może przy odrobinie szczęścia będziemy dalej się widywać, choć już rzadziej, bo przecież każdy będzie miał nową paczkę i nowe obowiązki. To mnie odróżnia od reszty, że jeszcze nie zdążyłem nacieszyć się tą sytuacją, wakacjami. To moje pierwsze wakacje, podczas których mam jakichkolwiek znajomych, przyjaciół.

Jesteśmy zgraną paczką, ale ja dołączyłem najpóźniej. Zawsze stałem na uboczu, dopiero ostatnie miesiące szkoły dały mi to, czego nie zaznałem przez całe dzieciństwo. Znajomych, z którymi mogłem rozmawiać i śmiać się, którzy byli na moim poziomie. Nie pamiętam, dlaczego nie skumplowaliśmy się wcześniej, nie ma to zresztą w tej sytuacji żadnego znaczenia. Faktem jest tylko to, że czas przecieka mi przez palce, a ja nie mogę nic zrobić. Jesteśmy wszyscy jak ta podskakująca na rozgrzanej blasze pieca kropla wody, która zdaje się radośnie tańczyć, ale tak naprawdę jedynie sekundy dzielą ją od niechybnego końca. Bardzo chciałbym wierzyć w to, że będzie inaczej.

– Gówno, podaj mi browara – rzucam, wyrywając się z zamyślenia.

Chłopak nazwany Gównem krzywi się i podaje mi puszkę. Nie dziwię mu się, że nie lubi swojej ksywy. Chcecie poznać jej genezę? No pewnie, że chcecie. W końcu otwieram drugie piwo, więc mogę wam opowiedzieć.

Gówno ma na włosach blady ślad, całkowicie biały fragment wielkości kilku centymetrów, który wygląda jak gołębia sraka. To pierwszy powód. Drugi powód jest taki, że zawsze, jak zjawialiśmy się paczką pod jego domem, otwierała nam jego matka i mówiła, że „Michał zaraz przyjdzie, jest w toalecie”. Koleś literalnie zawsze srał, gdy tylko zbliżaliśmy się do jego domu. Werdykt mógł być tylko jeden.

Najzabawniej było wtedy, gdy Gówno wdepnął w gówno. Wówczas wszyscy zanosiliśmy się śmiechem, krzycząc: „ciągnie swój do swego!”. Nie było rady, byliśmy bezlitośni dla Gówna i jego problemów gastrycznych.

– Zaraz wracam – mówi Gówno, podnosząc się z trudem z dachu. Dach jest płaski, ale procenty zrobiły swoje.

– Idziesz srać? – pyta Zwyrol.

– Szczać.

– Nie kłam, wszyscy wiemy, co będziesz robił. Idź do piwnicy, tam i tak już śmierdzi. Chcesz chusteczkę? Podetrzeć ci? – nabija się dalej Zwyrol, ku naszej wspólnej uciesze.

Gówno jedynie macha na to ręką, podchodzi do krawędzi dachu i rozpina rozporek. Odwracam na chwilę wzrok, chcę coś powiedzieć Nastii, ale wtedy kątem oka dostrzegam, że Gówno chwieje się niebezpiecznie. Raz, a potem drugi. Stawia jedną stopę w tył, jedną w przód, balansując na krawędzi dachu. Przesuwam spojrzenie na Petrola, widzę jego rozszerzające się ze strachu źrenice i nagle zaczynam czuć się tak, jakby puścili mnie w zwolnionym tempie. Już wiem, że nie zdążę nic zrobić, nie ma szans, ale mimo to zrywam się na równe nogi jako pierwszy.

Zanim jeszcze zdążę pomyśleć, zaczynam biec w kierunku Gówna, ale on jest już poza krawędzią. Tylko jedna jego noga zwisa pod dziwnym kątem z dachu, ale zaraz i ona znika gdzieś w dole. Gdy dopadam do krawędzi, mogę już tylko bezradnie patrzeć, jak Gówno wije się na ziemi. Jego lewa ręka jest w górze, wyciągnięta i wygięta, jakby próbował złapać coś przed sobą. Mój wzrok wędruje dalej, w dół jego ciała. Widzę to i momentalnie gardło wysycha mi na wiór, serce ściska przypływ adrenaliny, jakiego nie czułem chyba nigdy w życiu. Zza pleców słyszę, jak ktoś woła: „O Boże! O kurwa!”, ale nie mogę rozpoznać głosu. Dudni mi pod czaszką jak nagranie słuchane pod wodą.

Gówno leży rozciągnięty na betonowej posadzce, z jego brzucha wystaje zardzewiały pręt. Chłopak próbuje się podnieść, ale przypomina to wysiłki muchy przyszpilonej igłą do blatu. Wszędzie jest krew, mnóstwo krwi.

– Zróbcie coś! – wydziera się Nastia, ale ja nie mam zielonego pojęcia, co mógłbym zrobić. Nie mam zielonego, niebieskiego ani nawet fioletowego pojęcia. Mimo to biorę się w garść i zbiegam na dół, najpierw po drabinie, potem po schodach. Wszyscy krzyczymy: „Gówno, Gówno!”; gdyby był tam ktoś postronny, wziąłby to za objaw masowego obłąkania. Bo to jest masowy obłęd; takie rzeczy nie mogą dziać się naprawdę, nie w moim życiu, nie na serio.

Dopadam do niego jako pierwszy. Od razu uderza mnie smród krwi i kału. Tak, proszę państwa, Gówno znowu się zesrał. Spodnie ma całe brudne, pokryte brązową mazią. Nie tylko spodnie, prawdę mówiąc; gówno wylewa się z Gówna cienkim strumykiem przez dziurę w brzuchu.

– Mieliśmy być kuloodporni – szepcę, nieświadom tego, że wypowiadam słowa na głos.

Gówno drze się wniebogłosy. Na zmianę wzywa matkę, Boga i pomocy. Nie wiemy, co robić. Ktoś, chyba Petrol, chce, żebyśmy złapali go za ręce i nogi i ściągnęli z pręta, ale przecież to idiotyczny pomysł. Gówno wykrwawi się wówczas na śmierć.

I tak się wykrwawi, przychodzi mi na myśl, po czym uświadamiam sobie, że jeszcze nikt nie zadzwonił po karetkę. Wyjmuję komórkę i próbuję wybrać numer, ale ręce mam jak z marmuru. Joystick znowu się zaciął, ale w końcu udaje mi się wpisać Trzy Magiczne Cyfry i już po chwili rozmawiam z dyspozytorką. Odwracam się, uciekam od wrzasków Gówna i reszty, przez które nie słyszę własnych myśli. Mówię kobiecie, że jesteśmy na Chomiczówce, ale ona nie ma pojęcia, gdzie to jest. Tłumaczę jej wszystko, wyjaśniam, co się stało – robię to z prędkością karabinu maszynowego – ale wiem już, że to bez sensu. Najbliższa droga jest dwadzieścia minut marszu stąd. Na dobrą sprawę nie da się tutaj wylądować nawet zasranym helikopterem.

– Proszę uciskać ranę, włożyć do środka jakieś szmaty. Zaraz będziemy – mówi kobieta, a ja rozłączam się i biegiem wracam do reszty.

– Włóżcie mu do środka jakieś szmaty! Szmaty! Włóżcie… – krzyczę, ale wcale nie trzeba już krzyczeć. Na miejscu jest bardzo cicho.

Podchodzę do Gówna, widzę jego otwarte oczy, wysunięty język i wylewającą się przez usta krew. Patrzę na resztę. Nastia bezgłośnie płacze, zwijając się na ziemi, Gładki rzyga nieprzetrawionym piwem, Petrol i Zwyrol stoją ramię w ramię, dzieląc ten sam wyraz twarzy: absolutną nicość.

Mówię Zwyrolowi, żeby dał mi szluga, ale ten nie reaguje, więc sam muszę wyjąć sobie paczkę z kieszeni jego spodni. Nigdy wcześniej nie zapaliłem papierosa. Nigdy później nie próbowałem nawet rzucić. Po trzecim szlugu dołączam do Gładkiego.

Ratownicy pojawili się dwie godziny później. Było już ciemno, prawie noc.

* * *

Piter90 23:02

Jesteś?

Aga666 23:03

Jestem.

Piter90 23:03

Ja… nie wiem, co się stało. Aga, ja pierdoe Matka i ojciec śpią, tyle dobrze, że nie musiałem z nimi gadac. Ale jutro tu pewnie będzie policja czy jakieś inne chuje na kiju…..

Aga666 23:04

Słyszałam. Piotrek, ja… Chciałabym żebyś tu był,wiesz?

Piter90 23:04

Też bym chciał, żebyś t była

Tu*

Aga666 23:05

Gadałeś z resztą?

Piter90 23:05

Nie

Aga666 23:05

Ok. słuchaj, nie wiem co Ci powiedzieć. Zobaczymy się jutro,ok?

Piter90 23:06

Tsk.

Tak*, zobaczymy się, tylko nasza dwójka

Aga666 23:06

Obiecaj mi, że nigdy już tam nie pójdziecie, proszę

Piter90 23:07

Aga, serio? Ja pierdole

Aga666 23:07

Przepraszam.

Piter90 23:09

Nie przepraszaj, obiecuje. Przytul mnie, proszę

Aga666 23:09

<tuli>

Piter90 23:09

Idę spać. Idę udawać, że śpie, nie wiem. Boże, niech to się skończy. Niech to się już wreszcie skończy.

Aga666 23:10

Piotrek…

Piter90 23:10

No?

Aga666 23:10

Wiesz.

Piter90 23:11

Wiem co?

Aga666 23:11

Wiesz. Tęsknię.

Piter90 23:15

Wiem.

* * *

Wstaję od komputera, wyłączam go i patrzę na niebieski ekran z kolorowym oknem, dopóki ten nie zgaśnie. Potem kładę się na łóżku, w głowie mam pustkę, a zamiast serca kulę ołowiu. Nigdy nie sądziłem, że coś takiego może powodować fizyczny ból. Klatka piersiowa rwie mnie tak, że chyba zaraz wykituję. Mam ochotę krzyczeć. Sięgam po butelkę i biorę łyk, ale woda smakuje jak zimny tłuszcz. Chce mi się rzygać, naprawdę chce mi się rzygać, więc otwieram okno i puszczam pawia z drugiego piętra, prosto na chodnik. Trochę lepiej.

Nikomu o tym nie powiedziałem. Ani chłopakom, ani Nastii, ani nawet Agnieszce. O tym, że gdy po wszystkim wracaliśmy z Chomiczówki i przechodziłem obok schodów do piwnicy…

Jezu.

Przysiągłbym, że usłyszałem dochodzący ze środka śmiech.

Spis treści

STACJA/ZERO

2019/JEDEN

2006/JEDEN

2019/DWA

2006/DWA

2019/TRZY

2006/TRZY

2019/CZTERY

2006/CZTERY

2019/PIĘĆ

2006/PIĘĆ

2006/KRÓTKA ROZMOWA PIOTRA Z ALTANY

2006/PIĘĆ I PÓŁ

2019/SZEŚĆ

DET SOM ENGANG VAR

2019/SIEDEM

Punkty orientacyjne

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Kolofon