Śreżoga - Katarzyna Puzyńska - ebook + książka
BESTSELLER

Śreżoga ebook

Katarzyna Puzyńska

4,2

138 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwunasty tom sagi o Lipowie.

Ktoś czai się z siekierą w ciemności. Sierżant sztabowy Radosław Trawiński boi się, że to aspirant Daniel Podgórski, który odkrył, że śmierć jego partnerki nie była samobójstwem. Czyżby przyszedł się zemścić? Tymczasem w okolicy giną jeszcze trzy osoby. Właściciel zajazdu wygląda wprawdzie, jakby spokojnie zasnął, ale jego pracownica nie ma tyle szczęścia. Jej ciało zostaje brutalnie zmasakrowane. Kilkanaście kilometrów dalej, na cichej leśnej polanie, ktoś ustawił aparat fotograficzny. Jego obiektyw skierowany jest na porąbane ciało młodego mężczyzny. Tylko twarz pozostaje nienaruszona. Zamiast dłoni i stóp sterczą za to groteskowe ptasie nóżki. Ale to nie pierwszy raz, kiedy sprawca zabiera ze sobą trofeum. Dwa lata wcześniej ginie pewna młoda dziewczyna. Ona również zostaje w ten sposób okaleczona. Kim jest i dlaczego wygląda, jakby przybyła z przeszłości? Co oznacza dziwny znak, który rysuje pewna pisarka? I czy prawdą jest, że kto usłyszy dźwięk wrzeciona kikimory, ten umrze?

Katarzyna Puzyńska (ur. 1985) - z wykształcenia psycholog. Przez kilka lat pracowała jako nauczyciel akademicki na wydziale psychologii. Teraz całkowicie skupiła się na swojej największej pasji, czyli pisaniu. W wolnych chwilach biega i zajmuje się swoim czworonożnym stadem - psami i końmi. Uwielbia Skandynawię i Hiszpanię. Kocha muzykę rockową, zwłaszcza punk i metal. Mówi się, że jest najbardziej wytatuowaną polską pisarką. Od lat jest weganką.
Lipowska saga to nie tylko trzymające w napięciu klasyczne kryminały psychologiczne, ale także powieści z rozbudowanym wątkiem społecznym i obyczajowym. Prawa do publikacji powieści Puzyńskiej sprzedano do ponad dwudziestu krajów. Puzyńska jest też autorką książek non-fiction "Policjanci. Ulica", "Policjanci. Bez munduru" i "Policjanci. W boju", w których razem ze swoimi rozmówcami przedstawia służbę funkcjonariuszy Policji od zupełnie innej strony, niż miało to dotychczas miejsce w literaturze.
W 2019 roku wspólnie z Fundacją wydawnictwa Prószyński i S-ka przeprowadziła z sukcesem I charytatywną akcję #NIEBIESKIM, z której dochód został przekazany Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach. Z okazji jubileuszu stulecia Polskiej Policji za książki "Policjanci. Ulica" i "Policjanci. Bez munduru" otrzymała od Komendanta Głównego nagrodę w kategorii "Policja w literaturze".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 694

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (1263 oceny)
643
371
174
65
10
Sortuj według:
Mikanik

Nie polecam

Bardzo nie podoba mi się, w jaką stronę idzie autorka, mam wrażenie, że ciągnie serię na siłę, z tomu na to jest coraz gorzej. Początkowo byłam zachwycona serią, teraz z coraz większym trudem przychodzi mi przebrnięcie przez kolejne książki. Zdecydowanie wolę pierwowzór Lipowa, Fjallbakę...
50
Karolinka1988

Z braku laku…

Przegadana i nudna. Za dużo postaci, przez co trudno połapać się w relacjach pomiędzy nimi. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać gdy przeczytałam, że Weronika nadała swojej córeczce imię po zmarłej kochance swojego byłego męża, przez którą rozpadło się jej małżeństwo. WTF!? Najgorsza część sagi.
40
MaggiePieprz

Nie oderwiesz się od lektury

Według mnie najlepsza część sagi. Już się nie mogę doczekać kolejnej.
30
Urszula089

Z braku laku…

Tak na dobrą sprawę lepiej zacząć czytać od ...drugiej połowy książki. Pierwsza kompletnie niepotrzebna. Sama nie wiem co autorka chciała osiągnąć tym tomiszczem. Kompletny miszmasz. Jestem zniechęcona.
10
pyzia1978

Całkiem niezła

nadmiar watkow i platanina akcji ale da sie czytac.
00

Popularność




 

W serii ukazały się:

MOTYLEK

WIĘCEJ CZERWIENI

TRZYDZIESTA PIERWSZA

Z JEDNYM WYJĄTKIEM

UTOPCE

ŁASKUN

DOM CZWARTY

CZARNE NARCYZY

NORA

RODZANICE

POKRZYK

 

 

Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2020

 

Projekt okładki

Mariusz Banachowicz

 

Zdjęcie na okładce

© mcherevan/Shutterstock

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

 

Korekta

Maciej Korbasiński

 

ISBN 978-83--8234-567-4

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Krzyśka

 

Forgive me

I have but two faces

One for the world

One for God

Save me

The Poet and the Pendulum

Tuomas Holopainen,

Nightwish

 

Z NOTATEK MŁODSZEJ ASPIRANT

EMILII STRZAŁKOWSKIEJ

W SPRAWIE ŚMIERCI JULII SZYMAŃSKIEJ

 

Julia Szymańska – śmierć 6 lutego 2018

firma 1 – Dąbrowscy (Szymańscy)

Jakub Dąbrowski

Zofia Dąbrowska

Paweł Krupa

Julia Szymańska

(Tomasz Szymański)

 

firma 3 – Kwiatkowscy

Sławomir Kwiatkowski

Hanna Kwiatkowska

Beniamin Kwiatkowski

Malwina Górska ???

 

firma 2 + zajazd Sadowskiego

Franciszek Sadowski

Robert Janik

Izabela Pietrzak

Ryszard Pietrzak

 

agencja modelek Oliwiera

Oliwier Pietrzak

Kalina Pietrzak

 

* * *

2020

Działka Trawińskiego w Kuligach.

Niedziela, 23 lutego 2020. Godzina 20.00.

Sierżant sztabowy Radosław Trawiński

 

Sierżant sztabowy Radosław Trawiński nacisnął guzik pilota. Brama nie zaskoczyła od razu. Otworzyła się dopiero po kolejnej próbie. Zaklął cicho pod nosem. Będzie trzeba coś z tym zrobić. Tym bardziej że wyglądało na to, że trochę posiedzi na działce. Kłótnia z żoną przeciągała się. Maja nie rozumiała, że on miał dość. Nie jej oczywiście. Tylko tego, co robił. Ale ona chciała więcej i więcej. Była nienasycona. Nie pytała, skąd Trawiński bierze pieniądze. A przecież musiała wiedzieć, że nie z pensji policjanta. Musiała. Nie wierzył, że nie.

W końcu porozmawiał z nią wprost. Myślał, że znajdzie w niej sprzymierzeńca. Przecież oboje obiecywali sobie, że będą zawsze stali ramię w ramię. Nieważne, jakie przeciwności przyniesie życie. Bez względu na wszystko. Tymczasem Maja wybuchnęła. Krzyczała, że nie będzie żyła w biedzie. Potem nakręcała się coraz bardziej. Mówiła, że zawsze jest wyjście. Tylko wyjście proponowane przez nią wcale mu nie odpowiadało. W końcu Trawiński nie wytrzymał i wyszedł z mieszkania. Czuł, że jeżeli tego nie zrobi, to wybuchnie. A nie chciał, żeby dzieci na to patrzyły. Nie były niczemu winne.

Całe szczęście kupili jakiś czas temu tę działkę. Tu miał być ich wymarzony dom. Po remoncie oczywiście. Na razie to była tylko ruina. Ruina obok ruiny. Działka mieściła się w Kuligach. Tuż obok opuszczonego starego dworu, który teraz majaczył mu w ciemności we wstecznym lusterku. Obok był jeszcze zniszczony pegeer. Powybijane szyby i dziurawe dachy straszyły w ciągu dnia. Teraz ukryła je czerń nocy.

– Kurwa – mruknął Trawiński i jeszcze raz nacisnął guzik pilota.

Brama zaczęła się zamykać, zamiast otwierać. Powinien był zamówić elektryka, żeby to zamontował. Ale nie, uparł się, że zrobi to sam. A praktycznie w ogóle nie znał się na elektryczności. No i proszę. Teraz są efekty.

W końcu brama się otworzyła i policjant wjechał na teren działki. Zakupy rzucone niedbale na tylne siedzenie pobrzękiwały. Niedługo spodziewał się gościa. Nie oczekiwał niczego dobrego po tym spotkaniu. Niestety nie umiał odmówić. Za długo się na wszystko zgadzał, żeby teraz to zrobić.

A zgadzał się na wszystko. Zabił nawet człowieka. I to koleżankę z pracy. Trawińskiego zalała gorzka fala rozpaczy, kiedy przypomniał sobie, jak celował Emilii Strzałkowskiej w głowę.

Jak głucho zabrzmiał wystrzał.

Jakby dochodził z daleka, a nie z jego zabezpieczonej rękawiczką dłoni. Jakby nie dotyczył jego i Strzałkowskiej. Jakby to się działo gdzie indziej. A jednak. Policjantka upadła na ziemię i było po wszystkim.

A właściwie nie, nie było po wszystkim. Minęły dwa lata, a Trawiński nie potrafił zapomnieć. To, że codziennie w robocie widział Daniela Podgórskiego, pogarszało jeszcze jego samopoczucie. Doskonale pamiętał rozpacz kolegi nad ciałem kochanki. Czegoś takiego się nie zapomina. Dobrze, że Podgórski nigdy nie dowie się prawdy. Już Trawiński o to zadbał. On i ludzie, dla których pracował. Śmierć Emilii uznano za samobójstwo i tak zostanie. Prawdziwy przebieg zdarzeń pozostanie na zawsze tajemnicą.

Trawiński wziął pilota i nacisnął guzik, żeby zamknąć bramę. O dziwo, od razu zaczęła się zamykać. Już się ucieszył, ale w pewnym momencie coś zgrzytnęło i znów się otworzyła.

– Kurwa – rzucił Trawiński, naciskając jeszcze raz guzik na pilocie.

Sytuacja się powtórzyła. W bramie był czujnik, żeby nie zamknęła się, kiedy na przykład pies albo dziecko wbiegnie nagle pomiędzy jej skrzydła. Może jakiś zbłąkany kot się tu zapuścił. Najbliższe zabudowania były co prawda dobry kawałek dalej, ale po polachczęsto wędrowałyzwierzaki. Te dzikie też. Może lis przyszedł w poszukiwaniu jedzenia. Trawiński widywał tu kilka. Nawet trochę je dokarmiał.

Policjant nacisnął znów guzik pilota. Światło czujnika zamigało w ciemności, ale brama się nie zamknęła. Uparcie trwała otwarta. Trawiński spojrzał w lusterko. Na tle majaczącego w ciemności opuszczonego dworu zobaczył jakiś ruch. Na pewno nie był to lis. To musiał być człowiek. I to wysoki.

Trawiński wysiadł z samochodu i odwrócił się powoli.

– Daniel? – zapytał zaskoczony.

Ostrze siekiery połyskiwało w świetle księżyca.

* * *

 

CZĘŚĆ 1

2020

 

ROZDZIAŁ 1

Droga wzdłuż jeziora Strażym.

Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.00.

Weronika Podgórska

Weronika Podgórska patrzyła, jak Klementyna przedziera się pomiędzy gałęziami. Emerytowana komisarz szła ścieżką tuż przed nią i mruczała coś pod nosem. Zapewne coś bardzo niepochlebnego. Klementynie niezbyt się podobało, że wybrały ścieżkę wzdłuż jeziora, ale Weronika bardzo chciała porozmawiać z nią sam na sam. Latem na tej ścieżce aż roiło się od turystów. Zimą miejsce pustoszało i można było co najwyżej spotkać najbardziej zapalonych biegaczy albo leśniczego, który doglądał swoich włości wokół jeziora Strażym. Podgórska czuła, że będą tu mogły pomówić spokojnie.

– Zaraz wyjdziemy na taką dziką polankę – poinformowała, żeby złagodzić choć trochę irytację Kopp.

Klementyna zatrzymała się i powoli odwróciła się do Weroniki. Ogolona głowa i zmarszczki na twarzy dodawały jej wyglądowi surowości. Stare wyblakłe tatuaże, skórzana kurtka z przykrótkimi rękawami, bojówki i wojskowe buty dopełniały obrazu. Kto by zobaczył Klementynę po raz pierwszy, myślałby pewnie, że twarda z niej kobieta. Nie pomyliłby się. Ale Weronika wiedziała swoje. Za groźnym wyglądem kryły się też uczucia. A przede wszystkim wielka przyjaźń, którą darzyła Daniela. A właśnie o byłego męża Weroniki tu chodziło.

– Spoko. Ale! Już od dłuższego czasu czołgam się po tych krzakach. A ty niezbyt chcesz gadać – irytowała się Kopp. – Bo o czymś chcesz gadać, co? Księżyca teraz nie odkrywam. Raczej nie wybieramy się codziennie na takie urocze wspólne przechadzki.

Weronika nie zaprzeczyła. Faktycznie chciała gadać. Nawet bardzo chciała. Tylko że ciężko było się do tego zabrać. A przede wszystkim odpowiednio ubrać to w słowa. Odkąd zmarła Wiera, Podgórska nie miała tu takiej prawdziwej przyjaciółki od serca. Rozpaczliwie potrzebowała po prostu z kimś pomówić. Nie tylko o Danielu, ale też o tym wszystkim, co sama przechodziła.

Tylko od czego by tu zacząć? Od tego, że ciągle zostawiała swoją maleńką córeczkę pod opieką pierwszego byłego męża i drugiej byłej teściowej? Bo mimo że tak bardzo oczekiwała dziecka, okazało się, że po porodzie coś było nie tak i nie potrafiła odnaleźć w sobie satysfakcji i szczęścia, których tak pragnęła. Myślała, że z czasem będzie lepiej. Ale wszystko było takie skomplikowane. Ułoży się, słyszała.

Tylko że nic nie było lepiej. Córeczka miała już rok i prawie cztery miesiące, a niewiele się zmieniło. Weronika nie potrafiła odnaleźć radości z macierzyństwa, którego tak pragnęła. Wyrzuty sumienia, że jest złą matką, zupełnie ją wyniszczały. Gdyby nie Mariusz i Maria, pewnie by sobie nie poradziła.

Mogłaby mówić o tym, i to bardzo długo. Ale mogła też wspomnieć, jak bardzo winiła się za śmierć Emilii Strzałkowskiej. Zadręczanie się śmiercią kochanki drugiego męża, właściwie teraz już eksmęża, zatrącało co najmniej o melodramat, ale Weronika nie potrafiła tego powstrzymać. Przecież to ona doprowadziła do tego, że Daniel zerwał z Emilią, w wyniku czego policjantka popełniła samobójstwo.

Może dlatego Weronika w jakimś geście rozpaczy nazwała swoją maleńką córeczkę imieniem rywalki. Z jakiegoś powodu czuła, że jest to Strzałkowskiej winna. Może myślała, że zagłuszy wyrzuty sumienia. Maleńka Emilka urodziła się pierwszego listopada dwa tysiące osiemnastego roku. Dokładnie w dzień Wszystkich Świętych. Mniej więcej osiem miesięcy po tym, jak Strzałkowska popełniła samobójstwo.

Podgórski był w tamtym czasie pogrążony w zupełnym stuporze. Zaakceptował imię. Weronika nie była jednak pewna, czy dlatego że faktycznie chciał, żeby ich córka tak się nazywała. Być może uznał, że po rozwodzie i tak nie ma prawa do decydowania. A może jego żal był zbyt wielki, żeby cokolwiek go to obchodziło.

– O czym chcesz gadać, co? – zapytała Kopp, przerywając potok myśli Podgórskiej.

Weronika chciała rozmawiać o Danielu. Niedługo po samobójstwie Emilii wzięli rozwód, mimo że Weronika była w zaawansowanej ciąży. Policjant powiedział jej szczerze, że nie da rady. Że kocha Emilię i tak zostanie. Mimo że ona nie żyła.

Głos mu wyraźnie drżał, kiedy to mówił. Twarz miał wprawdzie spokojną, ale Weronika czuła, że buzują w nim emocje. Była mu wdzięczna za tę szczerość. Nie chciała żyć w kłamstwie i uznała, że mimo iż spodziewa się jego dziecka, lepiej będzie dla nich wszystkich, jeżeli faktycznie się rozstaną.

Wtedy niespodziewanie pomógł jej Mariusz. Jej pierwszy były mąż z nieoczekiwaną radością zaczął zajmować się cudzym dzieckiem i nią. Nawet kiedy byli małżeństwem, nigdy nie okazywał jej tyle czułości. Może dopiero teraz do tego dojrzał.

Po zakończeniu śledztwa dotyczącego Pokrzyku Mariusz miał trochę kłopotów. Założył nielegalny podsłuch i musiał to wyjaśnić. Ostatecznie się wybronił. Artykuł 267 paragraf 3 kodeksu karnego głosił, że bezprawne uzyskiwanie informacji podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Ściganie następuje na wniosek pokrzywdzonego. Ale osoby pokrzywdzone nie żyły. I w ten sposób Mariusz wylądował u Weroniki w dworku w Lipowie. Zamiast Daniela. A Podgórski wrócił do sutereny domu swojej matki. Czyli tam, gdzie mieszkał, kiedy go poznała. Życie bywa przewrotne.

– Jak chcesz – mruknęła Kopp i ruszyła dalej przez krzaki, nie czekając, aż Weronika zdecyduje się odezwać.

– Myślałam, że łatwiej będzie tędy przejść – przyznała z westchnieniem.

Wiosną i latem faktycznie było tu gęsto od liści. Teraz drzewa i krzaki miały łyse gałęzie. Mimo to jakby próbowały je zatrzymać. Jakby nie chciały dopuścić, żeby Weronika i Klementyna dotarły do polanki nad jeziorem.

Przedzierały się dalej w milczeniu. Weronika zastanawiała się, od czego zacząć. Chciała powiedzieć, że Daniel przychodzi odwiedzać córeczkę. Że bawi się z nią, że nawet się uśmiecha. Ale ten uśmiech nie jest prawdziwy. Jego oczy zawsze są smutne. Podgórska była bardzo czuła na takie rzeczy. Może dlatego, że była psychologiem.

Wiedziała też, że ona sama nie jest odpowiednią osobą, żeby z Danielem o tym wszystkim pomówić. Za dużo nagromadziło się między nimi niewypowiedzianych słów, żeby teraz jej się zwierzał. Z matką też nie chciał rozmawiać, chociaż Weronika była pewna, że Maria chętnie by go wysłuchała. Pozostawała więc tylko Klementyna.

Weronika patrzyła, jak pod ciężkimi butami emerytowanej komisarz łamią się gałązki na ścieżce. Ziemia nie była zamarznięta. Temperatury tej zimy praktycznie nie spadały poniżej zera. Teraz było prawie dziesięć stopni, choć zdawało się zimniej. Chłodny wiatr sprawiał, że raz po raz przebiegały jej po plecach dreszcze. Wilgoć w powietrzu potęgowała chłód. Może niedługo będzie padać śnieg z deszczem. To nie była zwykła zima. Czuło się, że rok dwa tysiące dwadzieścia zaczyna się dziwnie. Ciekawe, co jeszcze może się zdarzyć.

– Chcesz pogadać o Danielu, co? – rzuciła Kopp. Tym razem się nie odwróciła. – Tak przynajmniej zasugerowałaś, kiedy wychodziłyśmy. To może już przejdziesz do rzeczy, co? Czy będziemy tak wędrować w milczeniu, co? Pije znów czy jak?

Klementyna jak zwykle wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Póki się człowiek nie przyzwyczaił, trudno ją było zrozumieć.

– Nie.

Weronika chciała powiedzieć, że po prostu się o niego martwi. Nie wrócił co prawda do nałogu. Z tego, co wiedziała, przestał nawet palić. Całe dnie spędzał w pracy. Wydawało jej się, że to była forma ucieczki. Chciała mu pomóc, ale wiedziała, że były mąż by sobie nie życzył, żeby o nim rozmawiała. Nawet z Kopp. Może Weronika wyolbrzymiała problem. Czy miała w ogóle prawo ingerować w jego sprawy? Po tym wszystkim, co się stało?

– Chodzi o Malwinę Górską – powiedziała więc, porzucając temat Daniela.

Może jeszcze przyjdzie czas, że pomówi o nim z Klementyną. Teraz miała jeszcze jedną sprawę do obgadania. Obiecała.

– Czyli? – odparła Kopp. – Nie kojarzę kobiety.

– To pisarka. Niedawno wprowadziła się do tego drewnianego domu koło mnie – wyjaśniła Weronika.

Podgórska przeprowadziła się z Warszawy do Lipowa prawie dokładnie siedem lat temu. Po rozwodzie z Mariuszem. Kupiła wtedy stary dworek pod lasem. Przez bardzo długi czas za jedynych sąsiadów miała z jednej strony drzewa, a z drugiej pola. Zabudowania Lipowa znajdowały się nieco dalej. Dwa lata temu jeden z rolników sprzedał część swojego terenu. Kupiła go pisarka z Warszawy i wybudowała drewniany dom. Trochę to trwało, ale teraz roboty dobiegły końca i Malwina Górska w końcu się wprowadziła.

Początkowo Weronice wydawało się, że znalazły wspólny język. Może dlatego, że Podgórska była tak bardzo spragniona wychodzenia z domu. A może dlatego, że Górska też chciała z kimś nawiązać kontakt. Najwyraźniej potrzebowała otworzyć się przed kimś, bo opowiadała Weronice o sobie i wielu innych rzeczach. Również o tych, których ta wcale nie chciałaby słuchać.

Podgórska westchnęła. Po prostu pewien fakt z życia Malwiny od razu sprawił, że Weronika pożałowała znajomości z nią.

– Co z tą pisarką, co? – zapytała Kopp.

– Obiecałam jej, że pomówię o jej problemie z kimś, kto jest z policji albo zna się na policyjnej robocie.

– W domu masz eksmężusia byłego policjanta i drugiego eksmęża policjanta, to po co ci ja, co?

– Ta Malwina Górska twierdzi, że ktoś ją chyba śledzi – powiedziała Weronika, ignorując pytanie Klementyny. – I ona nie wie, co zrobić. Boi się, bo…

– Czekaj. Stop! – Kopp zatrzymała się nagle.

– Co? – zdziwiła się Weronika.

Były już prawie na polance, do której zmierzały na tym niezbyt udanym spacerze. Znajdowała się mniej więcej pośrodku jeziora Strażym. Na wysokości ośrodka wypoczynkowego Na Wzgórzu, tylko po drugiej stronie.

– Słyszysz to, co? – zapytała Klementyna.

Podgórska w tym momencie też to usłyszała. Oprócz plusku wody w jeziorze dało się rozróżnić jakiś dziwny dźwięk. Coś jakby szum połączony z delikatnymi uderzeniami? Nie wiedziała, co to mogło być ani dlaczego twarz Kopp przybrała szczególny wyraz.

– Tam – oznajmiła emerytowana komisarz. – A miałam się już nie pakować w takie rzeczy.

Weronika zadrżała, kiedy zobaczyła, co wskazuje Klementyna. A właściwie kogo. To był młody mężczyzna z długimi czarnymi włosami. Pewnie farbowanymi, bo kolor był na tyle głęboki, że nie mógł być chyba dziełem natury. Mężczyzna leżał tuż przy stercie kamieni, które wyglądały, jakby były jego stosem pogrzebowym. Gdyby nie to, że były częściowo zarośnięte zeszłoroczną trawą i mchem, można by pomyśleć, że stanowiły część inscenizacji.

Bo całość zdecydowanie przypominała Weronice jakąś inscenizację. Ciało młodego mężczyzny było zmasakrowane. Tułów, nogi i ręce pokrywały głębokie rany. Tylko twarz pozostała nietknięta. Zastygła w grymasie ni to strachu, ni to zaskoczenia.

A dłonie i stopy…

Dłoni i stóp nie było. Zostały zastąpione groteskowymi ptasimi łapkami. Podgórska widziała takie kiedyś w sklepie dla zwierząt, kiedy szukała psich ciasteczek dla Bajki. Nigdy by nie kupiła takich smakołyków. Nie wyobrażała sobie, żeby jej suczka latała po domu z czymś takim w pysku.

– Może nie powinnaś… – krzyknęła, kiedy Kopp przykucnęła, żeby zbadać puls leżącego.

Klementyna nawet na nią nie spojrzała. Dotknęła ostrożnie szyi młodego mężczyzny, mimo że od razu widać było, że jest martwy.

– Świeży – mruknęła. – Zrobiono z niego trupka całkiem niedawno. Ciało jest jeszcze ciepłe.

Weronika rozejrzała się nerwowo. Jeżeli do morderstwa faktycznie doszło przed chwilą, to sprawca mógł tu jeszcze być. Rozejrzała się nerwowo. Dopiero teraz zauważyła aparat fotograficzny, który stał na statywie kawałek dalej. Obiektyw skierowany był prosto na zbezczeszczone ciało.

– A ten dźwięk? – zapytała.

Na poranionej piersi zamordowanego mężczyzny leżał niewielki dyktafon. To z niego dobywał się dźwięk, który usłyszały, kiedy tu szły. Urządzenie nadal odgrywało swoje nagranie. Szum i stukot.

– Nie mam pojęcia – mruknęła Kopp.

– No i ten aparat fotograficzny…

– Wiem. Widzę – odparła Klementyna z krzywym uśmieszkiem. – Też mam oczy.

– Ktoś mu robił zdjęcia?

– A tego to akurat nie wiem. Jeszcze.

– Chyba musimy zadzwonić na poli… – zaczęła mówić Podgórska, kiedy zauważyła poruszenie. Z drugiej strony polanki też prowadziła droga. Ktoś tam był.

 

ROZDZIAŁ 2

Zajazd Sadowskiego.

Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.00.

Aspirant Daniel Podgórski

Aspirant Daniel Podgórski spojrzał na ciało zamordowanej kobiety. Leżała na plecach i martwymi oczami patrzyła w sufit. Lewa ręka ułożona była wzdłuż ciała, a prawa zgięta i uniesiona wnętrzem dłoni do góry. Wyglądało to tak, jakby kobieta komuś machała.

– Ktoś chyba specjalnie ją tak ułożył – zastanawiał się głośno doktor Koterski.

Medyk sądowy wstał z kolan i zdjął rękawiczki. Uśmiechnął się do Podgórskiego szeroko. W żadnej mierze nie przypominał stereotypowego przedstawiciela swojego zawodu. Miał nieco pucołowatą twarz, kasztanowe loki i wyglądał niczym cherubinek. Trudno byłoby odgadnąć, ile ma lat.

– Krwi jest dość mało jak na takie obrażenia – zauważył Ziółkowski. – Na moje oko ktoś tu posprzątał. Ale luminol nam pomoże. Przekonamy się, czy tu była krew. Zaraz się tym zajmę.

Natomiast szef techników kryminalnych praktycznie nigdy się nie uśmiechał. Jego twarz wykrzywiona była w wiecznym grymasie, jakby życie nie sprawiało mu ani odrobiny radości. Nawet ślub, który wziął niedawno, tego nie zmienił. A może dlatego, zaśmiał się w duchu Daniel.

– Przyjrzę się temu dokładniej podczas sekcji, ale widzę też ranę z tyłu głowy – kontynuował Koterski. – Zobaczymy, co to jest. Na pewno użyto innego narzędzia zbrodni niż na reszcie ciała. Ale na oko, chociaż na oko to dziadek zmarł, jak to niektórzy mówią… ale na oko większość ran została zadana nożem. Oprócz tej tłuczonej z tyłu głowy. Tam stawiałbym na jakieś tępe narzędzie.

Daniel popatrzył na rozbitą butelkę wódki, która leżała nieopodal. Nie pił już długo, ale za każdym razem gdzieś głęboko czuł, że kilka łyków by mu pomogło. Kiedyś liczył dni trzeźwości. Teraz tylko te, które minęły od śmierci Emilii. Siedemset trzydzieści. Dziś mijały dokładnie dwa lata bez niej.

– Tego nie użyto? – zapytał, wskazując rozbitą butelkę. – Taki tulipan może być naprawdę śmiercionośnym narzędziem. Nie raz tak bywało.

– Wypowiem się po sekcji – powtórzył Koterski. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Znamy tożsamość ofiary? – zapytała Laura Fijałkowska.

Zastępczyni naczelnika co chwilę poprawiała nerwowym ruchem ciemne włosy. Daniel i tak się dziwił, że się tu zjawiła. Wszyscy wiedzieli, że nienawidzi nieboszczyków. Bała się ich. Unikała jeżdżenia na zdarzenia związane ze śmiercią, nawet kiedy służyła w prewencji. Potem w wydziale kryminalnym pozostawała wierna tej tradycji.

Dziś chciała chyba się pokazać, bo sama zaproponowała pomoc, kiedy partner Daniela spóźnił się do pracy. Podgórski podejrzewał, że chciała się popisać przed naczelnikiem Urbańskim, żeby utrzymać swoją pozycję. Różne plotki chodziły po jednostce.

– Ofiara nazywała się Izabela Pietrzak i była pracownicą tego zajazdu – powiedział sierżant sztabowy Radosław Trawiński.

Daniel ostatnio często pracował z Trawińskim. Zaprzyjaźnili się po śmierci Emilii. Radek był na miejscu, kiedy Strzałkowska strzeliła sobie w głowę. Sama ta myśl… Podgórski odetchnął głębiej. Starał się nie myśleć o tym, że nigdy już nie usłyszy głosu Emilii ani nie zobaczy, jak wywraca oczami i mówi, że nie powinien tyle palić. Nie mógł znieść myśli, że jej nie będzie. A Trawiński zdawał się jedyną osobą, która go rozumie. Może dlatego, że ostatni widział ją żywą.

Od śmierci Emilii naczelnik Urbański często przydzielał im służby razem. Daniel był z tego zadowolony, rozumieli się z Radkiem bez słów. Dobrze było móc komuś zaufać. Niektórzy żartowali nawet na komendzie, że Podgórski i Trawiński zaczynają się do siebie upodabniać. Obaj wysocy, z długą brodą i nieco zbyt wystającym brzuchem. Wyglądali trochę jak bracia.

– Sorry, że się spóźniłem – szepnął kolega. – Pożarliśmy się z żoną i teraz mieszkam na działce w Kuligach. Dobrze, że ją kupiliśmy, przynajmniej mam gdzie się zatrzymać. Mówię ci, stary…

– A co, aż tak źle? – zapytał Podgórski.

– No tak średnio – przyznał kolega, wzruszając ramionami lekceważąco. Widać było jednak, że jest przejęty. – Jakoś to będzie.

Daniel skinął głową. Życie potrafiło dać człowiekowi w kość jeszcze bardziej niż niejeden trup.

– Zjawa zamierza przyjechać? – zapytał.

Prokurator Bastian Krajewski nazywany był Zjawą ze względu na swój charakterystyczny wygląd. Białe włosy i blada skóra albinosa nadawały mu złowrogi wygląd. Przypominał ducha.

– Chyba żartujesz – zaśmiał się Trawiński. – Przecież wiesz, jaki on jest.

Daniel uśmiechnął się pod nosem. Stwierdzenie, że prokurator prowadzi sprawę, oznaczało ni mniej, ni więcej, że policja ma wykonać wszystkie czynności, a Krajewski będzie tylko dzwonił i wszystkich popędzał. Zjawa nie budził zbyt ciepłych uczuć i wyglądało na to, że bardzo dba, żeby to się nie zmieniło.

– Zostawcie prokuratora w spokoju – obruszyła się Fijałkowska, jakby i Zjawie chciała się podlizać, mimo że go tu nie było.– To poradzicie sobie teraz beze mnie? Skoro jesteście już we dwóch?

W głosie zastępczyni naczelnika słychać było nadzieję.

– Jasne – powiedział Daniel. – Możesz wracać do bazy.

Fijałkowskiej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Daniel widział, że Trawiński uśmiecha się pod nosem. Doktor Koterski też wyglądał na rozbawionego tą niezbyt subtelną rejteradą.

– Chodźmy pogadać z tą pisarką – powiedział Daniel do kolegi.

Wyszli z kuchni na korytarz. Zajazd Sadowskiego zbudowany był z bali. Wszędzie pachniało drewnem. Z kuchni prowadziły drzwi na klatkę schodową. W wolnej przestrzeni pod schodami ulokowano palarnię. Właśnie tam stała Malwina Górska oparta niedbale o ścianę. Jej farbowane na różowo włosy stanowiły mocny kontrast z dość bladą skórą. Duże kolczyki i koła bransoletek na nadgarstkach brzęczały przy każdym jej ruchu. Minispódnica i ciężkie buty sprawiały, że przypominała Danielowi młodszą wersję Klementyny Kopp. Tylko bez tatuaży.

Obok niej przycupnął młody mężczyzna. Palił nerwowo papierosa. Przez twarz przebiegała mu wyraźnie widoczna blizna. Napinała się za każdym razem, kiedy mężczyzna się zaciągał. To był Robert Janik. Jeszcze jeden pracownik zajazdu.

– I co? – zapytał Robert. Malutki piesek, którego trzymał na rękach, nie pasował do jego wyglądu rapera z blokowiska. – Ja pierdolę, to jakaś masakra. Przepraszam za słownictwo, ale nie wiem dosłownie, co powiedzieć.

Malwina Górska wzruszyła tylko ramionami. Kolczyki i bransoletki znów zadźwięczały. Niedawno wprowadziła się do domu w Lipowie. Daniel kojarzył ją jednak nie tylko ze swojej rodzinnej wsi. Pisała kryminały, ale także książki z wywiadami z policjantami. Wielu ją znało w policyjnym środowisku. Kilka razy usłyszał nawet od kolegów żartem, jak bardzo podobne są ich nazwiska.

– Słyszeliśmy, że panowie rozmawiają o ranie tłuczonej. Drzwi są uchylone – powiedziała tonem wyjaśnienia Malwina i pokazała głową w stronę kuchni. Widać było, jak Koterski przygotowuje ciało do zabrania. – Izabela miała taki młotek, prawda?

Pisarka odwróciła się do chłopaka z blizną.

– Jo – potwierdził Robert Janik. – Piec czasem nie działał i Izabela w niego waliła. Jak weszliśmy do kuchni, to młotka nie było. Więc może to ten.

Ciało zamordowanej kobiety znalazła właśnie ta dwójka. Daniel zdążył już z nimi porozmawiać, zanim przyjechał Trawiński, ale rozmów nigdy dość. Nawet powtarzania tego samego. Czasem okazywało się bowiem, że świadek za drugim razem mówił coś zupełnie innego.

– Pani przyjechała tu po rzeczy, tak? – upewnił się więc Podgórski. Trzeba było powoli uporządkować informacje.

– Tak. Mieszkałam tu w pokoju numer jeden. Od początku lutego – uściśliła Malwina. – Bo musiałam sprzedać dom w Warszawie. A pan Sadowski i jego ekipa dopiero kończyli budować mi dom w Lipowie. Sam pan wie.

Podgórski potwierdził.

– No i teraz przewożę rzeczy. Właściwie przewiozłam, bo wczoraj rano przeprowadziłam się tam ostatecznie – wyjaśniła. Miała niski, nieco zachrypnięty głos. – Ale trochę drobiazgów zostało w pokoju, więc przyjechałam. Nikogo nie było w recepcji, postanowiłam więc, że zajrzę do kuchni. Myślałam, że może ktoś tam będzie i się przywitam. Izabela czasem tam przesiadywała, jak nie było gości. Głupio mi było tak po prostu pójść do jedynki. Nie byłam pewna, czy jakiś nowy klient nie zajął pokoju.

– Oczywiście – powiedział Daniel, chociaż nie wyglądało na to, żeby byli tu jacyś klienci. Zajazd był zupełnie pusty. Nie licząc ekipy z policji i tej dwójki.

Policjant zapamiętał to miejsce nieco inaczej. Byli tu kiedyś z Emilią. To było dwa lata temu. Zanim wszystko się stało. Pojechali na jakieś zdarzenie i wracając, po prostu tu zajechali. To nie było zaplanowane. Po prostu się stało. I to w okresie, kiedy na jakiś czas przestali się potajemnie spotykać. No a potem… dwa tygodnie później Emilia popełniła samobójstwo…

Teraz miejsce wyglądało na zaniedbane. Jakby przez te dwa lata, kiedy Daniela tu nie było, nastąpił zupełny upadek. Mimo to stanęły mu przed oczami tamte chwile. Zmierzwione blond włosy i zaczerwienione policzki Strzałkowskiej. Miał wrażenie, że Emilia zaraz wyjdzie z pokoju numer jeden, który wtedy dostali. Najwyraźniej tego samego, który ostatnio zajmowała pisarka.

Może nie wszyscy uznaliby Emilię za piękność. Według niego była idealna. Wiele razy przeklinał swoją głupotę i to, jak długo zwlekał, żeby wreszcie wykonać ruch. Jej śmierć to była jego wina. W całości jego wina. Tymczasem on żył już dwa lata, a jej nie było. A przecież powinno być odwrotnie. Nieraz myślał nawet, żeby zrobić to samo co ona. Wtedy kabura przy pasku ciążyła naprawdę mocno.

A najdziwniejsze było to, że świat się nie skończył. Mimo całej rozpaczy Daniela piekarze nadal piekli chleb, złodzieje nadal kradli, dilerzy nadal sprzedawali towar na mieście, a mordercy nadal zabijali. I on też wstawał codziennie, wkładał blachę1 do kieszeni i szedł na służbę. Chociaż codziennie mu się zdawało, że umarł w środku.

– Właściciela zajazdu nie ma? – zapytał Daniel, porzucając ponure rozmyślania. Trzeba skupić się na sprawie. Odwrócił się do Roberta Janika. – Bo pan, zdaje się, jest tylko sekretarzem szefa? Dobrze zrozumiałem?

– Tak – potwierdził Robert Janik. – Jestem sekretarzem… Próbowałem dzwonić do szefa, ale pan Sadowski nie odbiera. Ja dziś miałem wolne. Byłem na działce. Przyjechałem, bo obiecałem usiąść w recepcji. Jak wchodziłem, to pani Malwina stała w drzwiach kuchni. No i można powiedzieć, że razem ją znaleźliśmy… znaczy Izabelę.

Pisarka pokiwała głową. Była wysoka. Wyższa nawet niż Weronika. Wpatrywała się w Daniela nieco zaczepnie. Jakby rzucała mu wyzwanie. Nie potrafił rozszyfrować tego spojrzenia. Wiedziała więcej, niż mówiła?

– Filemon bardzo się zdenerwował – ciągnął Robert Janik, unosząc delikatnie małego pieska.

Daniel miał właśnie powiedzieć, że Filemon to był chyba kot, kiedy na drewnianych schodach rozległy się kroki.

– Panie aspirancie, pozwoli pan na górę.

Podgórski nie musiał nawet odwracać się w tamtą stronę. Sarkastyczny ton głosu nie pozostawiał wątpliwości. Mimo to spojrzał w górę. Łukasz stał u szczytu schodów w granatowym mundurze policjanta prewencji.

Był synem Daniela i Emilii. Podgórski starał się zobaczyć w twarzy młodego mężczyzny rysy Strzałkowskiej, ale widział tam tylko siebie. I spojrzenie pełne nienawiści. Przez minione dwa lata syn ani razu nie dał Podgórskiemu zapomnieć, że to przez niego Strzałkowska popełniła samobójstwo.

– Co się stało? – zapytał syna.

Daniel wcale nie był zadowolony, że Łukasz został policjantem. Ale najwyraźniej to było mu pisane, skoro oboje rodzice tym się właśnie zajmowali. Zresztą ojciec Daniela także nosił niebieski mundur. Mimo to Podgórski najchętniej oszczędziłby synowi widoków takich, jaki zastali tu w kuchni. Dlaczego akurat jego patrol znajdował się niedaleko zajazdu? Nie mogło paść na kogoś innego?

– No raczej się stało – odpowiedział Łukasz cierpko.

Widać było, że stara się zachować zimną krew, ale Daniel doskonale wiedział, ile chłopaka musiało to kosztować. Pierwszego trupa zawsze się zapamiętuje. Zawsze. Chociażby potem było ich tysiące.

– Co jest? – zapytał Trawiński.

Podgórski niemal zapomniał o obecności kolegi. Radek był dziś mocno przygaszony. Pewnie przez kłótnię z żoną. Trzeba będzie z nim potem pogadać. Może jakoś pomóc.

– Kolejny trup – powiedział Łukasz, poprawiając furażerkę. – Jest na górze.

– Kto? – zapytał Robert Janik. – Kto jeszcze nie żyje?!

– Proszę tu zaczekać – poprosił Daniel.

Był trochę zły na Łukasza, że tak po prostu powiedział to przy świadkach. No ale syn dopiero się uczył. Zaczął służbę na początku tego roku. Puste pagony posterunkowego pokazywały, jak mało doświadczenia jeszcze ma i jak długa przed nim droga. Do młodych trzeba dużo spokoju i cierpliwości.

– Ale kto tam jest? – zapytał znów Robert Janik.

Jego nerwowość wydawała się teraz teatralna, ale w takiej sytuacji stres to coś normalnego. Przecież Janik i ta pisarka znaleźli przed chwilą trupa. A okazało się, że zajazd krył kolejne tajemnice.

Daniel odwrócił się do Trawińskiego.

– Poczekaj tu z nimi – poprosił. Nie potrzebował jakichś histerycznych reakcji przy denacie. Lepiej było najpierw zobaczyć, co się dzieje na górze.

Trawiński potwierdził skinieniem głowy.

– No dobrze – mruknął Podgórski i ruszył na górę po drewnianych schodach.

Były pokryte grubą warstwą piasku, kołtunów kurzu i jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego brudu. Policjant spodziewał się, że stopnie będą skrzypiały pod jego stopami, ale nic takiego się nie stało. Zajazd nie był starym budynkiem. Daniel nie pamiętał dokładnie, kiedy został zbudowany, ale było to zaledwie kilka lat temu. Przedtem był tu zakład produkujący domy drewniane. Jedna z trzech konkurujących ze sobą na tym polu firm w mieście. Franciszek Sadowski postawił zajazd chyba tylko po to, żeby się wyróżniać spośród swoich przeciwników biznesowych.

– Jest tu, panie aspirancie – poinformował Łukasz. Jego głos znów ociekał sarkazmem i niechęcią. – To jakaś sala konferencyjna czy coś.

Weszli do pomieszczenia. Było całkiem spore. Z oknami w skośnym dachu. W powietrzu unosiła się woń rozkładu. I wcale nie chodziło o trupa, który leżał na kanapie. A przynajmniej nie tylko. Bo wszędzie walały się brudne talerze, pokryte pleśnią resztki jedzenia, puste butelki i różne inne rzeczy wskazujące wyraźnie na to, że odbyła się tu większa impreza.

– Chyba już nie musimy szukać właściciela zajazdu – powiedział Daniel. Bardziej do siebie niż do Łukasza. Był pewien, że syn i tak nie odpowie.

– Ja tam nie wiem – mruknął chłopak wbrew oczekiwaniom Podgórskiego. Nie było to wiele, ale przynajmniej zareagował.

Policjant ruszył pomiędzy stolikami z pozostałościami balangi. Pośrodku tego rozgardiaszu na kanapie pod ścianą leżał trup. Zupełnie jakby nigdy nic. Daniel kojarzył Franciszka Sadowskiego i był pewien, że ma przed sobą właściciela zajazdu. W przeciwieństwie do swojej pracownicy, która leżała pocięta w kuchni, mężczyzna wyglądał, jakby po prostu zasnął.

– Narkotyki – mruknął Daniel.

Na podłodze obok kanapy leżała strzykawka, a wokół ręki mężczyzna miał zaciśniętą opaskę, żeby łatwiej znaleźć żyłę.

– No i zauważyłem coś tu pod kanapą – powiedział Łukasz, teraz prawie normalnym tonem.

Podgórski musiał przykucnąć, żeby zajrzeć pod sofę. Kolana trzasnęły mu głośno. Ileż to razy obiecywał sobie, że weźmie się za siebie. Że schudnie. Że znów zacznie ćwiczyć i tak dalej. Nigdy nie było na to czasu.

Zajrzał pod kanapę. Na podłodze leżały dwie ptasie nóżki.

1 Potocznie odznaka.

 

ROZDZIAŁ 3

Dzika plaża nad jeziorem Strażym.

Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.20.

Weronika Podgórska

Klementyna rzuciła się w stronę ścieżki po przeciwległej stronie polanki. Niewiele myśląc, Weronika też pobiegła w tamtą stronę. Trup czarnowłosego chłopaka z makabrycznymi ptasimi łapkami zamiast dłoni i stóp zdawał się machać im swoimi okaleczonymi kończynami na pożegnanie.

– Co tu się dzieje?!

Obie z Kopp zatrzymały się jak wryte. Ścieżką nadchodziła Maria Podgórska. Pulchna twarz była zaczerwieniona od zimna i szybkiego marszu. Jej widok zupełnie nie pasował do zbrodni, która się tu rozegrała. Aż dziwne, że Weronika od razu nie rozpoznała sapania eksteściowej. Może ten dziwny niepokojący dźwięk z umieszczonego na ciele chłopaka dyktafonu sprawił, że Podgórska skupiła się tylko na tym, a inne dźwięki zupełnie wyparła ze świadomości.

– Co tu się dzieje? – powtórzyła matka Daniela.

Oddychała głośno, najwyraźniej zmęczona wędrówką. Nie przeszkadzało jej to rozglądać się z zainteresowaniem wokoło. Zawsze była wścibska i pierwsza znała wszystkie plotki we wsi.

– Mama miała pilnować Emilki – przypomniała Weronika.

Nadal nazywała byłą teściową mamą. Rozwód z Danielem nic tu nie zmienił. Jakoś tak się utarło i zostało. Maria przyszła rano odwiedzić wnuczkę. A kiedy przyjechała Klementyna, została z Mariuszem w dworku. A przynajmniej miała zostać.

– No jest z twoim Mariuszkiem – w głosie Marii zabrzmiał lekki wyrzut. Jakby o wszystko obarczała winą Weronikę. A przecież to jej syn chciał rozwodu. – Miałam wrażenie, że będziecie rozmawiali o Danielku, więc uznałam, że chcę przy tym być. Nie chcę, żeby beze mnie podejmowało się jakieś decyzje na temat mojego syna.

– Spoko. Ale! Zostawmy na razie może twojego syneczka. Mamy tu ważniejsze sprawy. Na przykład trupa. Widziałaś tam kogoś, co? – zapytała Klementyna. – Jak szłaś.

Kopp kiwnęła głową w stronę drogi, skąd Maria przyszła. Była szersza niż ta, którą dotarły tu z Klementyną. Ta ich przeznaczona była tylko dla spacerowiczów. Przecinała polankę i biegła dalej wzdłuż jeziora Strażym. Z kolei ta, którą zeszła na plażę Maria, była odgałęzieniem większej leśnej drogi i pozwalała dojechać na polankę samochodem.

– Co tam leży… – zainteresowała się Maria, ignorując pytanie Klementyny.

Weronika zastanawiała się, czy powinna zasłonić martwego chłopaka przed teściową, czy może pozwolić jej zobaczyć ciało. Inscenizacja była wprawdzie makabryczna, ale Maria też wiele w życiu widziała. Ojciec Daniela był policjantem. Na pewno opowiadał jej o swojej służbie. Maria pracowała też przez długi czas na posterunku w Lipowie jako pracownica cywilna.

– Świeży denat – odparła po prostu Kopp. Najwyraźniej nie miała takich rozterek jak Weronika. – Widziałaś kogoś na tej ścieżce czy nie, co? Sprawca może cały czas być w pobliżu.

Maria była niewiele starsza od Klementyny, ale trudno byłoby znaleźć dwie bardziej różne od siebie kobiety. Matka Daniela była pulchną, stateczną starszą panią. Najczęściej chodziła w kraciastych spódnicach, a siwe włosy nawijała na wałki. Wyglądała jak uosobienie stereotypowej dobrodusznej babci. Kopp ze swoimi tatuażami i ogoloną na łyso czaszką wręcz przeciwnie.

– Samochód – wyjaśniła Maria. – Wyjechał stąd, kiedy schodziłam z głównej drogi.

– Leśniczy? – zapytała Weronika.

Podgórska spacerowała tędy dość często i czasem też wybierała tę szerszą drogę. Co jakiś czas widywała tam samochód służb leśnych.

– Nie, ale też taki duży. Terenowy.

Weronika zerknęła na Klementynę. Najwyraźniej ktoś był tu samochodem tuż przed tym, jak nadeszły. A jeżeli ktoś tu był, to albo widział to, co one, albo zamordował tego chłopaka i przygotował tę makabryczną inscenizację, a potem uciekł.

– Jaki to był samochód, co? – zapytała Kopp, znów wypluwając słowa. Chyba pomyślała o tym samym, co Weronika.

– A czy ja wiem? Nie znam się na tym. Trzeba by zapytać Danielka.

– Spoko. Ale! Danielka tu nie ma – odparła Kopp ze sztuczną słodyczą. – Opisz jakoś to auto.

– Ciemne.

– Ciemne – powtórzyła za Marią Klementyna uszczypliwie. – Okej. No dobra. Bardzo wiele nam to mówi.

Weronika nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– To był duży i ciemny samochód – powtórzyła Maria. – Już mówiłam, taki terenowy jak ma leśnik. Ale to nie był on. Ktoś inny.

– Widziałaś kierowcę, co? – indagowała dalej Klementyna.

– Nie przypatrywałam się – odparła Maria defensywnie. – Skąd niby mogłam wiedzieć, że to ważne? Myślałam, że będziecie rozmawiać o Danielu, a nie znajdować trupy. Ot co!

– Niech mama się zastanowi – poprosiła Weronika spokojnie. – Pamięta mama coś jeszcze?

– Wydaje mi się, że tam był kierowca i pasażer. To znaczy wydaje mi się, że ktoś siedział na siedzeniu z przodu obok kierowcy.

– Czyli to były dwie osoby – powiedziała Weronika w zamyśleniu.

– Jo. A co się stało temu biedakowi?

Zanim Weronika zdążyła ją powstrzymać, była teściowa ruszyła żwawym krokiem w stronę zamordowanego chłopaka.

– O mój Boże – wykrztusiła i przeżegnała się kilkakrotnie. – Przecież on jest cały pokiereszowany. I te kurze łapki zamiast rąk i stóp. Kto mógł coś takiego zrobić? Co się dzieje z tym światem? A ten aparat fotograficzny?! Ktoś chciał mu robić zdjęcia? Przecież tak nie wolno!

– Nie sądzę, żeby ten człowiek się przejmował, co wolno, a co nie wolno, mamo – odparła Weronika delikatnie. – Pamiętasz może cokolwiek więcej na temat tego samochodu? Oprócz tego, że był ciemny i terenowy? To może być ważne.

– Nie. Przecież mówię.

Weronika odwróciła się do Kopp.

– Nie skończyłam ci opowiadać, ale ta pisarka mówiła mi, że śledziła ją właśnie terenówka – wyjaśniła Klementynie. – A właściwie SUV. Może to ten sam… Mamo, czy ten samochód to był taki naprawdę terenowy, czy taki bardziej elegancki?

– Nie wiem. Nie znam się. Chyba był ładny.

Weronika westchnęła. Nie wiedziała, jak przekazać Marii, jaka jest różnica pomiędzy autem terenowym a SUV-em, żeby mogły zdobyć choć trochę więcej konkretów. Tymczasem była teściowa wyciągnęła z kieszeni płaszcza paczuszkę herbatników.

– Zjedzcie dziewczyny – zarządziła. – Trzeba mieć siłę.

Weronika znów się uśmiechnęła. Maria po prostu nie potrafiła nie karmić wszystkich wokół siebie. Zazwyczaj wytrzymywała nie dłużej niż pół godziny. To chyba było silniejsze od niej. Jedzenie miała zawsze ze sobą, nawet kiedy wydawało się, że nie było gdzie go schować. Potrafiła na przykład ukryć coś w podomce, którą nosiła latem. Aż strach pomyśleć, ile zapasów schowała w ciężkim zimowym płaszczu, który miała teraz na sobie.

– Ja dziękuję – zapewniła Weronika. Zdecydowanie nie czuła głodu w towarzystwie okaleczonego ciała. Odwróciła się znów do Kopp. – Myślisz, że to może być ten sam samochód, który śledził pisarkę? I że ci ludzie zabili tego chłopaka?

Kopp wzruszyła ramionami. Wzięła ciastko od Marii, ale nawet nie zaczęła go jeść. Wyglądała na zamyśloną.

– A skąd ja niby mam wiedzieć, co? To nie mnie pisarka się zwierzała.

– Ależ to przecież jest ten chłopak! – zawołała nagle matka Daniela, podchodząc bliżej do trupa. Chrupała przy tym zawzięcie herbatnik. Najwyraźniej stan, w jakim znajdowało się ciało, zupełnie nie robił na niej wrażenia.

– Znasz go, co? – zapytała Klementyna szybko.

– No kojarzę z gazety. Syn takich ludzi od budowy domów drewnianych. Jak on się nazywał? Beniamin chyba. Beniamin Kwiatkowski. Tak, jestem pewna. – Maria się uśmiechnęła. – Bo wiecie, że u nas trzy rodziny budują te drewniane domy. Kwiatkowscy, Sadowscy i Dąbrowscy. Był o tym cały artykuł w „Prawdziwym Głosie”. I akurat dali zdjęcie tego chłopaka. I mówili tam, że to nowe pokolenie i że ono może doprowadzi do zgody i współpracy pomiędzy trzema firmami. Coś w tym guście. Zapamiętałam go, bo ma te okropne czarne włosy. Ja to nie rozumiem, jak chłopcy mogą farbować włosy. To tak nieporządnie wygląda. Kobiety to co innego. Trzeba o siebie dbać.

Weronika znów pomyślała o Malwinie Górskiej. Pisarka zamieszkała w drewnianym domu zbudowanym właśnie przez jedną z tych trzech firm. Podgórska nie pamiętała, o którą z nich chodziło. Może to byli właśnie Kwiatkowscy? Tylko dlaczego ich syn leżał teraz martwy tak niedaleko Lipowa? Dlaczego był tu ciemny samochód terenowy, który być może śledził pisarkę?

– On jest chyba porąbany siekierą – zauważyła Maria. Otarła okruszki z twarzy. – Wy na pewno nie jesteście głodne?

– Nie – odpowiedziały niemal chórem Weronika i Klementyna.

– No bo widziałam już takie rany – podjęła Maria. – Kiedyś Chruścik się pokłócił z Borowieckim i tak to się skończyło. Byłam wtedy młodą dziewczyną.

– Też pomyślałam o siekierze – przyznała Kopp znów zamyślona.

– Wygląda trochę jak na tym obrazie – powiedziała Weronika. Dopiero teraz przyszło jej to do głowy: – Krzyk Muncha.

Nie mogła sobie uzmysłowić, gdzie ostatnio widziała reprodukcję tego obrazu. Postać z otwartymi szeroko ustami i rękami uniesionymi wzdłuż twarzy. Absolutne przerażenie. Beniamin Kwiatkowski wyglądał podobnie. Z wyjątkiem tego, że zamiast dłoni miał te groteskowo wyglądające ptasie nóżki.

– Czekaj. Stop. A to co? – mruknęła Kopp, kucając przy ciele.

Emerytowana policjantka wyciągnęła komórkę i zrobiła zdjęcie.

– Co tam masz? – zaczęła pytać Weronika, kiedy znów kątem oka zobaczyła poruszenie.

To było trochę jak déjà vu sytuacji, kiedy przyszła tu Maria. Tylko tym razem ktoś pojawił się na wąskiej ścieżce, która była przedłużeniem tej, którą dotarły tu z Klementyną. Weronika mimowolnie wstrzymała oddech.

Stał tam mężczyzna z siekierą. Nawet z tej odległości Podgórska widziała, że narzędzie pokryte było krwawymi plamami.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI