Spragnieni - Saga Dark - ebook

Spragnieni ebook

Saga Dark

4,5
29,00 zł

lub
Opis

Zanurz się w podniecający świat magii!
Tu króluje potężna Rada, która pilnuje porządku. Tu można zostać przekąską dla krwiożerczego wampira. Tu można natknąć się na polujące wilkołaki. Tu w końcu można znaleźć miłość swojego życia!
Anna jest zwykłą dziewczyną, a przynajmniej tak jej się wydaje, która trafia na polującego wampira. Nie byle jakiego wampira. Jedna noc z Alexem zmienia całe jej życie. Nagle okazuje się, że wcale nie zna świata, w którym żyje. Czy zgodzi się na związek z wampirem? Czy w ogóle będzie miała jakiś wybór?
Spragnieni to książka, która wprowadzi Was w mroczny świat seksownych wampirów i podstępnych wiedźm, duszków kwiatowych i chochlików. I ludzi, z których niektórzy wiedzą, co tak naprawdę dzieje się nocą!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 273

Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0



Projekt okładki

Daniel Wolak

Korekta

Małgorzata Stempowska

© Copyright by Saga Dark

ISBN 978-83-960021-0-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Wszelkie podobieństwo do osób znanych bądź nieznanych, publicznych czy nie, żywych lub martwych, jest całkowicie przypadkowe.

Rozdział 1

Została sama. W centrum było pełno ludzi, ale teraz, kiedy mijali przedmieścia, nie było już nikogo oprócz kierowcy. Żałowała, że usiadła na samym końcu.

Zatrzymali się na jakimś szczególnie ciemnym przystanku i do autobusu wsiadł mężczyzna. Anna nie mogła dojrzeć jego twarzy ‒ i wcale nie dlatego, że było ciemno. Światła latarni wpadały regularnie do środka i widziała wyraźnie jego jasne włosy i błyszczące oczy, ale rysy twarzy dziwnie się zamazywały. Zerknęła na niego jeszcze raz i szybko odwróciła głowę, bo chyba to zauważył.

Przedostatni przystanek. Anna wysiadała na końcowym i miała jeszcze do przejścia całkiem spory kawałek kompletnie nieoświetlonej drogi. Do tego przez las. Nie była pewna, czy woli iść tamtędy sama, czy w towarzystwie dziwnego nieznajomego. Autobus wtoczył się w końcu w zatoczkę na pętli.

— Koniec trasy — oznajmił kierowca.

Nieznajomy ruszył drogą dokładnie w kierunku, w którym zmierzała Anna. Chcąc nie chcąc, poszła za nim. „To właściwie nie tak źle ‒ pomyślała ‒ przynajmniej nie idę przed nim”. Wtedy dopiero miałaby stracha. Nieznajomy, mimo że nie wyglądał na chuligana, wzbudzał w niej jakiś nieokreślony lęk. Jak w jasnym, pięknym lesie, gdy umilkną wszystkie ptaki. Niby wszystko w porządku, ale czuć coś nienaturalnego.

— Nie boi się pani tak wędrować samotnie po ciemku? — odezwał się nagle nieznajomy.

Och, nie zauważyła, kiedy zatrzymał się i lekko odwrócił. Łapiąc oddech, wpatrywała się w jego oczy, które wręcz świeciły w ciemności. Zielonkawo jak oczy drapieżnika.

Nagle poczuła się jak w długim tunelu, na którego końcu błyszczały upiornie zielone oczy. I już się ich nie bała. Jej oddech przyspieszył, poczuła uderzenie gorąca, jej twarz płonęła. Widziała w tych oczach wszystkie swoje pragnienia — ziszczone.

— Dobrze się pani czuje? — Zielone oczy zbliżyły się do niej, a jej świat skurczył się do rozmiaru ich opalizujących źrenic. Wreszcie odnalazła głos.

— Nic mi nie jest. — Głęboko odetchnęła. — I nie, już się nie boję.

Nieznajomy uśmiechnął się. Uśmiech też miał drapieżny. Prawy kącik ust powędrował nieco wyżej niż lewy. Zęby były dokładnie przykryte i Anna z jakiegoś powodu miała pewność, że celowo.

— Odprowadzę panią. Odwaga odwagą, ale ta droga nie jest dla pani bezpieczna.

Podał jej ramię i w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować. To takie staroświeckie ‒ iść z kimś pod ramię. Wsunęła swoją rękę w zagięcie jego łokcia i poczuła pod miękkim materiałem garnituru twarde jak stal mięśnie. Nagle otuliło ją ciepło, poczuła się jak w kokonie, delikatnie pulsującym, wilgotnym i bardzo podniecającym. „Co się ze mną dzieje?” — pomyślała trochę zamroczona. To przecież nieznajomy. Nieznajomy, który pachniał morską bryzą, świeżością i jeszcze czymś. Czymś tajemniczym, gorącym i nieskończenie pociągającym.

— Jeszcze tylko kawałek. Idę do znajomej, szczerze mówiąc, jestem tu pierwszy raz. Gdybym wiedziała, że trzeba iść przez ciemny las, nie umówiłabym się tak późno.

Nie wiedziała, dlaczego mówi mu to wszystko.

— Nie lubi pani wyzwań. — To nie było pytanie, ale tak to odebrała.

— Nie lubię. Wolę bezpieczną rutynę.

Przechylił głowę i spojrzał na nią, jakby powiedziała coś nieprzyzwoitego.

Natychmiast się zarumieniła. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś tak na nią działał. Ich oczy się spotkały i nagle jego prężne mięśnie pod jej dotykiem stały się bardziej realne, fala gorąca przetoczyła się przez jej ręce do nabrzmiałych piersi, a potem niżej, aż do źródła kobiecości. Kolana się pod nią ugięły i upadłaby, gdyby nie jego ramię, którego trzymała się jak koła ratunkowego.

— Jesteś wreszcie! — Przez gęstą mgłę w jej mózgu doszedł ją okrzyk z naprzeciwka.

Nieprzytomnie spojrzała w tym kierunku i napotkała znajomą twarz. Chwilę zajęło jej rozpoznanie. Ewka. No jasne, przecież właśnie do niej szła.

— Zaczęłam się już niepokoić. Napisałaś z centrum, że już jedziesz, a tu faktycznie trochę trudno trafić. — Ewka spojrzała pytająco na nieznajomego.

— Przepraszam. — Anna nie do końca wiedziała, za co przeprasza. — Pan był tak uprzejmy, że mnie odprowadził. Dziękuję panu.

— Cała przyjemność po mojej stronie — powiedział nieznajomy niezwykle sugestywnym, seksownym głosem.

Anna zastanawiała się, czy jeśli puści jego ramię, zdoła dotrzeć do domu Ewki. Musi wziąć się w garść. Teraz.

— Dobranoc.

Odsunęła się na krok i zaczęła się odwracać.

— Miłych snów — prawie szepnął nieznajomy.

***

— Podrywał cię. — Ewka prawie się zachłysnęła. — Do tego bezwstydnie, na moich oczach. Kto to jest? Zabójczo przystojny. I ten głos. Skąd, do jasnej cholery, go znasz?

— Nie znam go. I bez przesady, przystojny, owszem, ale zabójczo? — Anna sama nie wiedziała, czemu kłamie. Do tego przyjaciółce.

Upiła łyk z podanego kieliszka. Hm, zimne wino dziwnie rozgrzało jej żołądek i przypomniało woń nieznajomego. Ciągle była podniecona. To powinno być zakazane ‒ wywoływanie takiego wrażenia na Bogu ducha winnej kobiecie.

— Nie znasz, nie znasz. Ale sama widziałam, jak tuliłaś się do niego. I dawno nie miałaś takich maślanych oczu. Poważnie pytam: kto to jest?

— Poważnie, nie wiem. Jechał ze mną autobusem. Tak jak ja wysiadł na końcu i jakoś tak wyszło, że, no, po prostu mnie odprowadził.

— A jak na ciebie patrzył. — Westchnęła Ewka i też łyknęła ze swojego kieliszka. — Nawet mój mąż już na mnie tak nie patrzy. — Zastanowiła się chwilę. — Chyba nigdy tak nie patrzył.

— Twój mąż wielbi ziemię, po której stąpasz. — Uśmiechnęła się Anna.

— Cieszę się, że przyjechałaś. Piotr wyjechał na kolejną konferencję, więc to cudowny czas na babski wieczór. A dzięki twojemu przystojnemu nieznajomemu mamy świetny temat do plotkowania.

— O nie, tylko nie to. Nic nie mów Lidce! To przecież nic takiego. Gość odprowadził mnie kawałek przez las, nie ma o czym mówić! — Anna z jakiegoś powodu nie chciała dzielić się swoim nieznajomym.

W korytarzu rozległ się dzwonek.

— O wilku mowa. — Ewka uśmiechnęła się i poszła otworzyć drzwi.

Anna rozejrzała się po nowo wyremontowanym domu. Pistacja w części kuchennej malowniczo gryzła się z wszechobecnym różem, ulubionym kolorem Ewki. Brązowe drewniane podłogi wcale nie poprawiały efektu. Do tego wykończenia w błyszczącym złocie, klamki, lampy i kinkiety. Nie chciała być nieuprzejma, więc kiedy gospodyni w drzwiach spytała ją o zdanie, powiedziała tylko, że wnętrze pasuje do przyjaciółki.

Do salonu wparowała Lidka, trzecia muszkieterka, jak mówili o nich na studiach, a Ewa od razu nalała jej wino.

— Jaki nieznajomy? Naprawdę taki przystojny? Masz jego numer telefonu?

Zasypała ją pytaniami jak serią z automatu. Jak zwykle bezpośrednia. Gdyby to Lidka zobaczyła ją z przystojnym nieznajomym, wiedziałaby już, gdzie mieszka, ile zarabia i jaki ma numer buta.

— Nieznajomy, przystojny, nie mam jego numeru — powiedziała Anna.

— Że też nie zdążyłam na ten autobus. Zamiast jechać taksówką, pokazałabym ci, jak to się robi.

— Już to widziałam. Nawet kilka razy. Ostatnio facet obrzygał ci sukienkę.

— Nie rozpamiętuję swoich błędów, uczę się na nich — odparła spokojnie Lidka. A potem uśmiechnęła się diabolicznie. — To co o nim wiemy?

— Wysiadł na pętli — odpowiedziała Ewka.

— Wsiadł trzy przystanki wcześniej. — Anna usłyszała swój głos, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie chce o nim mówić. — Możemy zmienić temat?

— W życiu! — zawołała Lidka.

— Taki soczysty kąsek — dodała Ewka, uśmiechając się z przekąsem.

Anna musiała jeszcze przez ponad godzinę tłumaczyć, że nie zna faceta, nie wie, ile ma lat ani gdzie pracuje. Nie ma pojęcia, czy ma żonę, dzieci, mieszka z mamą czy z psem. Kiedy parę godzin później wino szczęśliwie się skończyło i dziewczyny zmęczyły się domysłami, obgadały nowy dom Ewki, problemy z firmami remontowymi i zapakowały się do łóżek w pokojach gościnnych. Anna mogła wreszcie odetchnąć.

Dostała pokój od zachodu, co bardzo jej odpowiadało. Nie lubiła, kiedy słońce świeciło jej rano w twarz i budziło niezależnie od pory. Wprawdzie we wrześniu raczej nie groziła jej pobudka o piątej, ale i tak wolała powolne budzenie. Ponieważ była klasyczną sową, rano zaczynało się dla niej koło dziesiątej. I cieszyła się, że dziewczyny o tym wiedziały. Zapowiedziały wprawdzie, że jutro ciąg dalszy przesłuchania w sprawie przystojniaka, ale teraz, po szybkim prysznicu, w lekkiej koszulce i w wygodnym łóżku, poczuła się niemal odprężona.

Niemal, bo ciągle odczuwała przyjemne podniecenie. Kiedy zamknęła oczy, prawie natychmiast poczuła obecność nieznajomego. Czuła jego rozpalony wzrok na swoim ciele. Przekręciła się na łóżku i jej koszulka podwinęła się wyżej, niż powinna, ale nie była skrępowana. Na którymś poziomie podświadomości wiedziała na pewno, że to cudowny sen, a nie rzeczywistość. Bezwstydnie wypięła piersi w kierunku nieznajomego i od razu poczuła na nich jego delikatny oddech. Jej sutki stwardniały, a on jakby nie mógł się powstrzymać ‒ chwycił jeden z nich w usta i nawet przez koszulkę poczuła jego gorący język. Jęknęła i poczuła jego ręce unoszące koszulkę jeszcze wyżej, tak aby mógł possać drugą pierś. Przeszył ją dreszcz, wilgoć między nogami stała się nie do zniesienia. Jego ręka sunęła po wewnętrznej stronie jej uda, więc rozchyliła nogi jak najszerzej, żeby poczuć jego dotyk jak najszybciej. Najpierw delikatnie pogłaskał jej dolne wargi. Dwoma palcami delikatnie je rozchylił, a trzecim ślizgał się u wejścia do jej ciała. Jego rytm pasował do rytmu, w którym ssał jej sutki. Raz po raz jego palec wnikał w jej ciało, najpierw płytko, potem coraz głębiej. Ta podwójna stymulacja doprowadzała ją do szaleństwa. Rzucała głową to w jedną, to w drugą stronę, chciała uwolnić się od jego ust i dłoni, a jednocześnie pragnęła być jak najbliżej tego cudownego dotyku. Napięcie w jej ciele narastało. Nagle zamiast subtelnego pocierania poczuła jego palce wdzierające się gwałtownie w jej kobiecość i jednocześnie delikatny napór palca drugiej ręki na odbyt. Nie wytrzymała, krzyknęła, a przynajmniej tak jej się wydawało, i jej ciało rozbiło się na miliardy rozkosznych pulsarów. Ciągle czując jego palce wewnątrz siebie, powoli dochodziła do siebie. Wyrównała oddech i osunęła się w nieświadomość.

***

Ledwie zdążył przed świtem. Nie planował tak długiego czekania na posiłek, ale dziewczyna była niesamowicie pociągająca. A jej zapach niemal powalił go na kolana. Wsiadając do autobusu, nie spodziewał się takiej reakcji i w pierwszej chwili spanikował. Był pewien, że dziewczyna go zauważyła i że dostrzegła w nim coś dziwnego. Musiał się bardzo postarać, aby przytłumić swoją drapieżną aurę. Był świadom każdego jej ruchu, każdego spojrzenia. To, że wysiadła na ostatnim przystanku, w takiej odludnej okolicy, wcale mu nie pomogło. Jakby prosiła się o jego uwagę. Jakby czekała na to spotkanie. Jej niespokojne niebieskie oczy ciągle do niego wracały, krótkie, nastroszone brązowe włosy podskakiwały nerwowo, kiedy tylko spoglądał w jej kierunku.

Kiedy odezwał się do niej, wyczuł jej przyspieszony puls. Był pewien, że się go boi. To zresztą naturalne, ale nie spodziewał się tak silnej reakcji. Zwykle dziewczyny nie wyczuwały jego prawdziwej natury. Potrafił tak bardzo upodobnić się do przeciętnego człowieka, że nic nie podejrzewały, a po wszystkim niczego nie pamiętały. Nie lubił wykorzystywać kobiet bardziej, niż to konieczne. Zazwyczaj wystarczyło, żeby spojrzał im głęboko w oczy, a zapadały w pewnego rodzaju trans. Coś jak po rohypnolu. Mógł im robić dużo gorsze rzeczy niż pobranie odrobiny krwi. Po wszystkim nie pamiętały nic poza niejasnym wspomnieniem niewinnego flirtu. Nie zostawiał śladów na ich skórze, nie zabierał więcej, niż potrzebował, a nie potrzebował wiele.

Z tą kobietą było inaczej. Nie chciał, żeby go zapomniała. Nie chciał, żeby rano obudziła się z uczuciem miłego wspomnienia i niczym więcej. Chociaż wiedział, że tak właśnie będzie.

Kiedy usłyszał jej głos, wszelkie wątpliwości, jakie mógł jeszcze mieć, rozwiały się całkowicie. Musiał ją mieć. I nie myślał tylko o krwi. Podczas pożywiania się jego podniecenie stawało się wręcz bolesne. A przy niej już teraz czuł wzrastającą erekcję, chociaż nie wypił jeszcze ani kropli. Sam jej zapach doprowadzał go do wrzenia.

Gdy spojrzała mu w oczy, użył całej swojej mocy, aby widziała tylko jego. Chciał być dla niej atrakcyjny i wiedział, po jej reakcji, że mu się powiodło. To już nie strach napędzał jej puls. Jej podniecenie stało się oczywiste, szczególnie przy jego wyczulonym węchu. Dosłownie czuł jej słodycz, jej wilgoć i niemal smakował jej cudowny aromat.

Zostawił ją z koleżanką i nie dbał już o to, czy jego ewidentnie dziwne zachowanie zostanie zauważone przez osoby postronne, czy nie.

Czekał jeszcze kilka godzin, aż dziewczyny skończą imprezę i rozejdą się do łóżek. Miał nadzieję, że będzie spała sama w pokoju. Inaczej byłoby mu trudno się opanować. Miał szczęście. Wyczuł jej zapach, i tylko jej, w jednym z okien od zachodu. Potem musiał tylko czekać, aż zaśnie.

***

— Co tak późno? — zapytał wuj Eustachy, kiedy Alex pojawił się w drzwiach.

— Możesz to nazwać wczesnym śniadaniem.

— Nie powinieneś czekać do ostatniej chwili.

— Kto mówi, że czekałem. — Alex uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie godziny rozkoszowania się miękkim ciałem dziewczyny.

Po pierwszym orgazmie niemal straciła przytomność, więc kolejne pieszczoty dawkował jej po trochu, pozwalał nawet pospać kilka chwil. Wtedy obserwował jej subtelne skronie, słuchał jej spokojnego oddechu, lekko dotykał włosów. A potem delikatnie budził pieszczotami na nowo i kiedy osiągała kolejne orgazmy, posilał się, bardzo oszczędnie, żeby nie zabrać za dużo, i zamykał ranki lekkimi, czułymi liźnięciami. Nie chciał jej obudzić do końca, więc cierpiał z niezaspokojenia jak nigdy w życiu. Jego członek nigdy nie był tak twardy. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i eksploduje. Teraz nie mógł się doczekać kolejnego spotkania. Na tym etapie uzależnienia od jej zapachu był pewien, że będzie w stanie wywąchać ją z drugiego końca miasta.

— Wpędzisz mnie kiedyś do grobu, miałeś być trzy godziny temu.

— Stryju, do grobu nie wpędzi cię nic poza osinowym kołkiem – mruknął Alex.

— Stefan miał nadzieję, że się pojawisz. Nie powiedział tego wprost, ale poczuł się urażony.

Cholera, zupełnie zapomniał o tym spotkaniu. Właśnie dlatego wsiadł do tego autobusu, że liczył na szybką przekąskę. Odludzie, późno w nocy, zawsze znajdzie się jakaś nieostrożna ofiara ‒ tylko z tego powodu w ogóle myślał o zwykłej komunikacji. Wpadł na tę dziewczynę – Annę, jak nazywały ją koleżanki – i zapomniał o całym świecie. Nigdy mu się to nie zdarzało. Przez ponad trzysta lat swojego istnienia nigdy nie zapomniał się do tego stopnia przez człowieka. Właściwie przez kobietę. Ale jaką kobietę! Znów poczuł przypływ pożądania. „Skup się”.

— Poszedł już spać? — zapytał wuja.

— Tak, kazałem przygotować mu błękitny pokój. Ma wszelkie zabezpieczenia i jest wygodny. Choć nie tak jak biały, w którym umieściłem jego towarzyszkę.

— Towarzyszkę? Stefan się ustatkował?

— Nie, towarzyszka jest tu z niejasnych przyczyn, choć uważam, że Stefan bawi się w swatkę. – Eustachy uśmiechnął się pod nosem.

— Chyba słabo cię zna. – Zaśmiał się Alex. — I co, spodobała ci się?

— Nie była dla mnie. – Teraz już wyraźnie ubawiony wuj spojrzał na nagle pobladłego Alexa.

— Żartujesz.

— Nie mam aż tak podłego poczucia humoru.

— Stefan nie mógłby przecież…

— Masz swoje lata i jesteś sam. Nie bez znaczenia dla Stefana jest też twoja pozycja w Europie.

— Twoja jest wyższa.

— Ale wszyscy wiedzą, że nie zapomniałem o Matyldzie.

Eustachy spojrzał na obraz wiszący nad kominkiem. Piękna złotowłosa kobieta smutno się uśmiechała, patrząc na małego chłopca bawiącego się z psem. Chłopcem był Aleksander, wtedy już osierocony. Kobieta, Matylda, była partnerką Eustachego. Poznał ją wieki temu i zakochał się bez pamięci. Kiedy zaszła w ciążę, był najszczęśliwszy na świecie. Kiedy tylko jego syn podrósł na tyle, że nie potrzebował mleka matki, Eustachy przemienił ją i myślał, że będą żyli długo i szczęśliwie. Jednak żyli szczęśliwie niedługo, do śmierci syna, który uparł się, że stanie się mężczyzną, a wojna to najlepsza okazja. Głupota, jak widać, nie wybiera gatunku. Oboje z Matyldą błagali go, żeby został, wojny ludzi nie są dla nich. Owszem, to okazja do łatwiejszego pożywiania się, ale nie trzeba ich szukać po świecie. I po co się bić dla ludzi, skoro można na nich spokojnie żerować?

Nie, Ludwik się uparł. „To wielka wojna, ojcze, będzie się o niej pamiętać tysiące lat, chcę mieć w niej prawdziwy udział”. Nie słuchał, kiedy tłumaczyli mu, że to nie jego wojna i nie jego Bóg. Ludwik koniecznie chciał mieć udział w tak wzniosłym celu jak wyprawa krzyżowa. Eustachy do teraz nie rozumiał syna, choć minęło już prawie tysiąc lat. Skąd u wampira ta chęć walki w wojnie religijnej? Umarł w 1190 roku, podczas oblężenia Akki. To był głupi wypadek ‒ podczas naciągania urwała się lina maszyny oblężniczej i skosiła, dosłownie, czworo ludzi: dwóch rycerzy i dwóch giermków. Pierwszy stał Ludwik i metalowy naciąg liny ściął jego głowę jak zapałkę, troje kolejnych, też w kawałkach, upadło tuż obok niego. Szczęśliwie, bo resztki ofiar pomieszały się do tego stopnia, że nikt nie zauważył garści popiołu, która została po jego jedynym synu. Tak niewiele rzeczy może zabić wampira, a jedynym naprawdę pewnym sposobem jest dekapitacja.

Matylda nie mogła mieć dzieci po przeobrażeniu, a Eustachy nie wyobrażał sobie wzięcia innej kobiety, chociaż ona nie miałaby nic przeciwko. Nawet sama od czasu do czasu pytała go, czy nie myślał o potomku. Nie potrafił jej zdradzić. Nawet dla potomka.

Ich rodzaj mógł się rozmnażać jedynie z ludzkimi samicami. Po przemianie kobieta traciła zdolność rozrodu, zatrzymywało się też krwawienie. Wampiry nie traciły krwi, nawet po zranieniu. Podtrzymywała ich życie i była jedynym pożywieniem.

Alex zerknął na stryja.

— Naprawdę przywiózł tu kobietę? Ludzką?

— Ludzką. Z rozmowy wynikało, że jest zdrowa, silna i sprawdzona przez radę. Zastanawiam się, kto z rady ją sprawdził, bo ja nic o tym nie wiedziałem. Sam nie wybrałbym jej dla ciebie.

— Czemu?

— Chce przeobrażenia, czuję to wyraźnie. Nie przeszkadza jej, że do tego będzie potrzebne jej dziecko z tobą.

— Zimna i wyrachowana, to chyba dobrze.

— Dla kogo?

Alex uśmiechnął się.

— Na pewno nie dla mnie. Nigdy nie popierałem narzucanych związków.

— Prześpij się trochę, po zmierzchu Stefan sam ci powie, czego chce. Bo raczej nie współpracy z naszą firmą, a tylko o tym dzisiaj mówił.

Alex ruszył do sypialni. Wieczorem zajmie się gośćmi, teraz ciągle czuł smak i zapach kobiety, z której dzisiaj pił, chociaż jeszcze jej nie miał. To się wkrótce zmieni.

***

Anna obudziła się jak zwykle później niż dziewczyny, dziwnie, przyjemnie zmęczona. Przeciągnęła się i z jakiegoś powodu poczuła wszystkie mięśnie, szczególnie te dawno nieużywane. Ostatnio czuła się tak obolała po wyjątkowo intensywnej nocy, jeszcze na studiach, kiedy jej ówczesny chłopak miał wolną chatę. To rzadko się zdarzało, więc przeżyła wyjątkowo przyjemne dwie godziny, zanim się zmęczył. Teraz czuła się jak po seksmaratonie, co więcej ‒ ciągle była wilgotna. Całą noc śniła o seksie z przystojnym nieznajomym. Dawno nie miała tak wyrazistego, tak szczegółowego snu. Ciągle widziała jego zielone oczy, czuła dotyk jego dużych, ale bardzo kształtnych dłoni, czuła jego palce głęboko w sobie. Pamiętała smak jego ust. Wydawało się jej, że spędzili na pieszczotach całą noc, a zmęczone mięśnie tylko to potwierdzały.

Coś jednak jest w tych amerykańskich naukowcach ‒ kiedyś podobno odkryli, że intensywne myślenie o wysiłku powoduje adekwatne spalanie kalorii.

Kuśtykając, weszła pod prysznic, a potem zeszła do kuchni, skąd rozchodził się rozkoszny zapach kawy i jajek na bekonie.

— Dzień dobry, śpiochu. – Ewka uśmiechnęła się znad patelni. – Nawróciłaś się już na kawę?

— Nie, chociaż pachnie bosko. Masz herbatę?

— W szafce po lewej.

Anna znalazła herbatę i przygotowany kubek, Ewka już zalewała go wrzątkiem.

— Jak się spało?

— Cudownie, masz rewelacyjnie wygodne łóżka. – Anna uśmiechnęła się na wspomnienie nocy.

— Coś ci się śniło? Wiesz, pierwsza noc w nowym miejscu, zupełnie nowym – takie sny się spełniają.

Dobrze, że jeszcze nie spróbowała herbaty, mogłaby się poważnie zachłysnąć.

— Nie pamiętam samego snu – skłamała — ale na pewno był przyjemny, bo obudziłam się uśmiechnięta.

— Lidka biega. – Ewka zaczęła wyciągać talerze. – Zaraz będzie. Ale jak na ciebie wstałaś nieprzyzwoicie wcześnie.

Anna spojrzała na zegar i ze zdziwieniem stwierdziła, że jeszcze nie ma ósmej.

— Może po śniadaniu wybierzemy się na grzyby? Pogadamy na twoim cudownie świeżym powietrzu.

Ewka oprócz nowego domu miała całkiem spory kawałek lasu, chociaż tak blisko miasta ‒ raczej parku.

— Nie ma grzybów. Byłam przedwczoraj, bo też pomyślałam, że będziecie chciały się wybrać. Ale możemy pospacerować. Po drugiej stronie działki mam malowniczą rzeczkę, gdzie Piotr obiecał zbudować mi malowniczy mostek, ale na razie mam malowniczą kupę gruzu.

— Malownicze rzeczy zawsze do mnie przemawiały, możemy pospacerować.

Lidka wbiegła przez otwarte francuskie drzwi na werandę, zdyszana, ale zadowolona.

— Masz bardzo malowniczą kupę gruzu po drugiej stronie działki – wydyszała. – Za trzy minuty wrócę spod prysznica, to wam opowiem. O, śniadanie!

I zniknęła w głębi domu.

— Leć się umyć. – Ewka zaśmiała się, nakrywając do stołu na werandzie. – Nie jest jeszcze zimno, a szczęśliwie weranda od rana jest na słońcu. Nie przeszkadza ci?

— Skąd. Śniadanie na werandzie, własna kupa malowniczego gruzu – westchnęła Anna — znowu zaczynam ci zazdrościć.

***

Do domu dotarła wieczorem. Zadzwoniła do brata, żeby dać znać, że już wróciła, pozdrowiła bratanków, bratowa szczęśliwie nie chciała z nią rozmawiać.

Jej brat Paweł był jej jedyną rodziną. Byli przyrodnim rodzeństwem. Jej matka zmarła zaraz po porodzie, a ojciec związał się potem z inną kobietą. Urodziła mu syna i zgodnie ze starą zasadą z bajek dla dzieci była koszmarną macochą. Kiedy ojciec zmarł, tylko brat był jej pociechą. Szczęśliwie macocha nie miała nic do powiedzenia w sprawie spadku. To znaczy do powiedzenia miała bardzo dużo, ale nie mogła nic zrobić. Ojciec podzielił majątek tak, że oboje z Pawłem mieli swoją część spadku i mimo starań Jolanty Anna otrzymała nieco gotówki ‒ wystarczająco, aby kupić małe mieszkanie i mieć jakieś zaskórniaki.

Pracowała w biurze niewielkiej firmy przewozowej, gdzie pomagała zajmować się dokumentacją, księgowością i kadrami. Mimo skończonych studiów wylądowała na stanowisku „przynieś, wynieś, pozamiataj”, ale nie narzekała. Pensja była wystarczająca na jej potrzeby i zostawało jej dość dużo czasu na ukochane książki. Była stałym bywalcem trzech bibliotek i wydawała wszystkie zaoszczędzone pieniądze na książki z antykwariatu. W jej malutkiej sypialni mieściło się spore łóżko (bo lubiła wygodnie spać) i wisiała cała masa półek, na których ustawionych było ponad tysiąc książek. Jej małe niebo.

Po grillu z dziewczynami, podczas którego wrócił Piotr i bardzo się sprawdził w roli kucharza i kelnera, nie była głodna. Zrobiła więc sobie herbatkę z melisy i mięty i zawinąwszy się w miękki kocyk, wybrała sobie lekturę na dobranoc. Po krótkich poszukiwaniach sięgnęła po Sherrilyn Kenyon ‒ jej seria o mrocznych łowcach bardzo wpasowała się w jej wczorajszy sen. Opowieści o romantycznych wampirach, ociekające wręcz seksem, jakoś dobrze pasowały jej do przystojnego nieznajomego, którego pewnie już nigdy nie zobaczy.

***

Alex ocknął się kilka chwil przed zmierzchem.

Jego rasa właściwie nie spała. Po wschodzie słońca zapadali w bardziej lub mniej świadomy letarg. Świadomość tego letargu miała dużo wspólnego z siłą danego wampira. Alex na przykład tylko przez pierwsze sto lat swojego życia tracił świadomość po wschodzie słońca. Teraz mógł nie spać nawet kilka dni, choć jego aktywność w ciągu dnia była bardzo ograniczona. Nie mógł bezboleśnie wyjść na słońce, a bez letargu musiał posilać się więcej niż zwykle. Północna Polska mu odpowiadała: nie za dużo słońca, a zimy długie i łagodne. Jedyny dyskomfort mogły stanowić ciągłe wiatry, ale to też mu specjalnie nie przeszkadzało. Lubił morze i wiatr. Przez kilka dziesięcioleci mieszkał w Norwegii i chociaż samo życie było tam łatwiejsze, to surowość klimatu ściągnęła go z powrotem do Polski. No i żerowanie było tu prostsze ‒ więcej ludzi do wyboru, mniej niedźwiedzi do walki, jeśli akurat chciał przejść na dietę wegetariańską.

Pierwsze, o czym pomyślał, to dziewczyna, na której żerował wczoraj. Gdyby mógł śnić, na pewno śniłby o niej. Ta miękkość, ten smak, ten zapach. Już czekał na następne spotkanie. Wiedział, że jeszcze dzisiaj będzie się na niej pożywiał, choćby miał znieważyć starszego wampira z Krakowa.

Kolację, czy też śniadanie, podano w dużej jadalni.

Eustachy mieszkał w obszernej willi w Gdyni. Na ludzkie standardy nie była nowoczesna, stała na Kamiennym Wzgórzu, osłonięta od ulicy gęstym żywopłotem, za którym znajdował się wielki trawnik. W głębi sporej działki stała willa z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Wysokie stropy, wysokie okna zabezpieczone niezawodnymi żaluzjami, obszerne piwnice, gdzie również znajdowało się kilka pokoi, zabezpieczonych przed słońcem i komfortowo urządzonych. Alex często go odwiedzał. Widok na zatokę od strony podwórza był niepowtarzalny. Nawet w nocy zapierał dech w piersiach.

Stefan i jego samica zeszli tuż za Eustachym.

— Macie tu fantastyczne zabezpieczenia – pochwalił Stefan.

— Dziękuję – powiedział cicho Alex, chociaż wiedział, że komplement miał trafić do jego stryja.

Stefan, jak większość przedstawicieli ich rasy, nie zdawał sobie sprawy, że z nich dwóch to Alex był silniejszy. Eustachy ze względu na wiek i doświadczenie powinien rządzić tą częścią Europy, ale nawet rada nie wiedziała, że faktycznie to Alex sprawował władzę. Eustachy był mu doradcą i podporą, a także jego głosem w radzie, ale decyzje dotyczące ich rasy podejmował Alex.

— Widzę, że przywiozłeś swoją własną przekąskę.

— To było bardzo nieuprzejme, Aleksandrze. Proszę, poznaj Dorotę. Jej rodzina od kilku pokoleń służy naszym celom.

Alex symbolicznie skłonił głowę w stronę Stefana i dziewczyny.

—Zapraszamy na kolację – wskazał gościom stół.

Oprócz ludzkiego jedzenia, które przygotowano specjalnie dla ludzkiego gościa, na stole stały dwie karafki: jedna z winem, które czasem pijali, choć alkohol nie działał na wampiry tak jak na ludzi, druga z krwią.

— Elfia. Wiem, że lubisz. – Alex skinął Stefanowi.

— Skąd masz?

— Mam swoje dojścia. — Alex nie wchodził w szczegóły. — Doroto, smakuje ci stek?

— Dziękuję, jest odpowiednio krwisty.

Alex przyjrzał się kobiecie, a właściwie dziewczynie, bo nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat. Brunetka, dość wysoka, dobrze zbudowana, długie włosy falami opadały jej aż za pas. „Posągowa” ‒ pomyślał Alex. I kompletnie nie w jego typie. Jadła małymi kęsami, popijając winem.

— Nie przeszkadza ci nocny tryb życia?

— Nie, zupełnie, moja rodzina od lat żyje nocą. Przyzwyczaiłam się.

Alex nalał sobie wina. Ciągle czuł krew Anny i picie innej wydawało mu się zupełnie nieodpowiednie, nawet elfiej. Co oczywiście było głupie i o tym wiedział. W końcu będzie musiał zmienić żywiciela. Pomijając wszystko inne, nie mógł odbierać jej tyle krwi, bo to ją osłabi. Gdyby się połączyli, mógłby pić mniej, ale Alexowi nie spieszyło się do tego. Co będzie musiał dyplomatycznie wyjaśnić Stefanowi, jeśli stryj Eustachy nie myli się w swoich podejrzeniach.

— Dorocie bardzo podoba się nad morzem – zagaił Stefan, kiedy po posiłku odeszli od stołu.

Eustachy zaprosił ich do salonu. Alex usiadł w swoim ulubionym fotelu przed kominkiem. Goście zajęli niewielką kanapę, stryj stanął przy kominku z kieliszkiem.

— Może zabrałbyś ją do jakiegoś klubu?

„Stefan nie traci czasu” – pomyślał Alex.

— Najpierw chciałbym porozmawiać o interesach, jeśli ci to nie przeszkadza. Możemy oczywiście zorganizować w tym czasie dla Doroty wycieczkę po nocnych atrakcjach.

— W sumie sam chętnie bym się gdzieś wybrał. Interesy mogą poczekać.

Alex zamyślił się, patrząc na Stefana.

— Kiedy rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu, odniosłem wrażenie, że zależy ci na kontrakcie z Czechami.

— Zależy, oczywiście, że zależy. Po prostu pomyślałem, że należy nam się nieco rozrywki.

— Oczywiście – odezwał się Eustachy – jest nowy klub w Sopocie. Ja wprawdzie nie gustuję już w takich rozrywkach, ale chętnie potowarzyszę gościom.

Alex uśmiechnął się pod nosem ‒ stryj i jego poczucie humoru.

— W takim razie zorganizuję transport.

Rozdział 2

Naprawdę nie wiedziała, dlaczego zgodziła się na to wyjście. Mareczek zadzwonił i oświadczył, że koniecznie, ale to koniecznie muszą się wybrać do nowego klubu w Sopocie. Na pewno znajdą dla niej jakiegoś smakowitego heteryka, a on i tak znajdzie sobie jakąś przygodę na noc. Od kiedy rozstał się z Mariuszem, bywał w nocnych klubach w każdy wolny wieczór. Zapowiedział, że będzie czekał w taksówce pod jej domem za godzinę, więc musi się sprężać.

I tak oto teraz, ubrana w obcisłe dżinsy i kusą granatową bluzeczkę z całkiem sporym dekoltem, wchodziła w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela do klubu Inferno. Usiedli przy barze, bo okazało się, że wszystkie stoliki są zajęte, a klimatyczne wnęki z pluszowymi kanapami nie podobały się Mareczkowi, który stwierdził, że w takim miejscu na pewno nikogo nie poderwą. Teraz rozmawiał z dwoma facetami siedzącymi po jego drugiej stronie, upewniwszy się wcześniej, czy Anna ma drinka. Na parkiecie pojawiły się już pierwsze pary.

Anna dobrze wiedziała, że z Mareczkiem nie pozna żadnego heteryka i to tylko pretekst, żeby wyszła „do ludzi”, jak mawiał. Sączyła swojego drinka i przez chwilę znowu pozwoliła sobie na przyjemne rozmyślania o przystojnym nieznajomym. Powoli zaczęła myśleć, że tylko się jej przyśnił i wcale się nie spotkali. Wspomnienia z krótkiej rozmowy stały się jakieś przytłumione i niewyraźne.

— Ale ciacho – mruknął do niej Mareczek.

Nie zwróciła na to uwagi, bo dla Mareczka ciacha przelewały się szerokim strumieniem przez cały czas ich znajomości.

— W skali jeden do dziesięciu jakieś dwanaście.

To już było co innego. Jej kumpel oceniał swoje ciacha maksimum do siódemki. Wyżej podobno nie spotkał, chociaż na początku znajomości z Mariuszem określał go jako gorące osiem.

— I do tego patrzy na nas, a właściwie na ciebie. Mówiłem, że znajdziemy tu dla ciebie smakowitego heteryka. Jaka szkoda, że to nie gej.

— Skąd wiesz, że nie gej?

— Widzę przecież. Jak się odwrócisz, to też zobaczysz.

Anna poczuła na karku dreszcz i w jednej chwili stała się świadoma każdej części swojego ciała, szczególnie tych bardziej wrażliwych.

Nie zdążyła się odwrócić. Za plecami poczuła czyjąś gorącą obecność.

— Zatańczymy? — usłyszała tuż przy uchu niski, ciepły głos.

„To niemożliwe” ‒ pomyślała. To był ten głos. Wstrzymując oddech, odwróciła głowę i zatonęła w zielonych oczach.

Chyba zachwiała się na barowym stołku i wyciągając rękę, chwyciła jego dłoń. Tak właśnie tłumaczyła sobie fakt, że nagle znalazła się w objęciach swojego wyśnionego nieznajomego.

— To pan — wymamrotała, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu.

Dostrzegła zdziwienie w zielonych tęczówkach, które z jakiegoś powodu zaczęły ciemnieć.

— Pamiętasz mnie… – To właściwie nie było pytanie.

Anna zorientowała się, że są już na parkiecie, muzyka zmieniła się w jakąś wolną balladę, a ona przytula się do czarnej koszuli opinającej szeroką pierś.

— Jakim cudem mnie pamiętasz? — zamruczał w jej ucho.

Poczuła jego wargi na szyi, tuż przy linii szczęki, jedną ręką przytrzymywał jej dłoń na swojej piersi, drugą objął ją nisko i przyciskał do siebie. Wyraźnie czuła jego wzwód na brzuchu i kołysząc się w tańcu, lekko się o niego ocierała. Jego ręka prawie na jej biodrze przyciągała ją jeszcze bliżej, jak gdyby było to możliwe.

Nagle zorientowała się, że nie są sami, tańczą na środku nocnego klubu, otoczeni przez dziesiątki ludzi, a ona próbuje niemal wejść na tego faceta. Nigdy się tak nie zachowywała. „To jakieś szaleństwo” ‒ pomyślała i poczuła, jak rumieniec rozlewa się na jej policzkach, ale nie odsunęła się nawet na milimetr.

***

Alex wyczuł ją, gdy tylko wysiadł z limuzyny. Ten zapach uderzył w jego nozdrza z siłą młota pneumatycznego. Jak nieprzytomny zwrócił się do Eustachego:

— Zajmij, proszę, naszych gości, stryju, mam pewne zobowiązania tutaj.

— Ten zapach… czuję…

— Władimir zajmie się wami, to jego klub.

Alex ruszył do drzwi, dając znać Władowi, że jest i potrzebuje prywatności. Bramkarze na wejściu, młode wilkołaki, skłoniły tylko lekko głowę przed nim. Eustachy z gośćmi jeszcze wysiadali z samochodu.

— Alex, czuję wyraźnie…

— Będę niedługo z wami, stryju.

Alex wszedł do klubu i przy samych drzwiach niemal zderzył się z postawnym wilkołakiem.

— Sasza, jak miło cię widzieć.

— Władik, będę zajęty przez jakiś czas. Zajmij się, proszę, Eustachym i naszymi gośćmi. – Alex już rozglądał się po klubie.

— Pamiętasz, mam nadzieję, o naszych zasadach pożywiania?

— Nie chodzi o pożywianie, potrzebuję tylko nieco prywatności.

— Załatwione. Ty i twoi goście możecie się tu czuć jak u siebie w domu. Nie przejmuj się ewentualnymi wspomnieniami postronnych, mam na usługach wiedźmę, zajmie się ich pamięcią.

Alex już nie słuchał. Zapach poprowadził go prosto do baru, gdzie na wysokim stołku siedziała ona, Anna. Wszystkie zmysły były zajęte jej zapachem, wyglądem, cichym szmerem jej krwi w żyłach. Nie podobało mu się, że jej bluzka pokazuje tyle dekoltu, że dżinsy są tak opięte. Miał wrażenie, że musi spacyfikować każdego samca w zasięgu wzroku. Zamiast tego ruszył prosto do niej, usuwając ze swojej drogi wszystkich: wilkołaki, wampiry, ludzi i dwa bardzo dobrze zakamuflowane elfy.

Chyba poprosił ją o taniec, bo podała mu dłoń i po chwili miał ją w swoich ramionach, dokładnie tam, gdzie powinna być.

I poznała go. To powinno go ocucić, ale fala satysfakcji, którą poczuł, stłumiła wszystkie rozsądne myśli.

Lekko skubał jej szyję, tuż pod uchem, jednocześnie przyciągając jej biodra do swoich. Musiała czuć jego erekcję. Nie odsunęła się, wtulała się w jego ciało, jakby właśnie tam chciała być.

Był zachwycony. Całe jego ciało wibrowało od żądzy jej krwi i jej ciała. Dzisiaj nie będzie się ograniczał do żerowania, zamierzał zaspokoić wszystkie swoje żądze.

Bardziej poczuł, niż zauważył rumieniec na jej policzkach, bicie jej serca zagłuszało wszystkie inne dźwięki.

— Zawiozę cię do domu – szepnął.

— Nie powinien pan…

— Alex, mam na imię Alex.

— Alex… przyszłam tu z przyjacielem.

Zazdrość uderzyła go i zaraz przeszła, bo nie wyczuł na niej żadnego innego zapachu oprócz jej cudownej woni i śladu swojego zapachu. Nie była z nikim od wczoraj.

Ciasno ją obejmując, poprowadził ją do baru, wziął jej torebkę i kusy płaszczyk.

— Jestem Alex, musimy z Anną chwilę pogadać – powiedział do przystojnego mężczyzny, z którym przyszła. I który ewidentnie zajęty był innym przystojnym mężczyzną przy barze. „No tak, przyjaciel i do tego gej.” – Zawiozę ją potem do domu.

— OK. An, dobrze się czujesz?